Małe liturgie

Teraz, kiedy palimy ubrania i papiery

i jest minus dziesięć stopni — wciskamy się

w tę biel, jakby była ogromną poduszką.

Dla patrzących z góry (jeśli są tacy),

musimy być wrednymi stworkami, które

tworzą czarną plamę, płaczą nad nią —

i dokładają do ognia, żeby czerń była

jeszcze czarniejsza.

Trochę to nielogiczne dla nich,

woleliby pewnie wszystkie te ptasie

ruchy na drążku, przewracanie oczami,

wypieki na policzkach, stroszenie piór

i wieczorny lament; a tu nic z tego,

przedstawienie jest ascetyczne jak

liturgia zen. Czerń, biel, dłoń i szmaty.

Gdzieś na zachodzie wielki czerwony

Budda Amithaba uśmiecha się i szepcze,

że wszystko jest kwestią umysłu.

Pozbywamy się zbędnych przedmiotów,

po prostu. Po prostu, ale przedmioty,

uczucia, całe to życie to jeszcze nie to.

Jest jeszcze pamięć

i „całe to bagno z pieniędzmi”.