Mat o brzasku

Wypiliśmy trochę, więc zaszło słońce.

Przed przejazdem kolejowym ustawiona szachownica.

Dróżnik jak kot. I gubiłem się w zakurzonej szybie,

sądząc, że ty się odbijasz, nie ja.

Resztę milczenia we mnie otwierał ten widok:

taksówki ciągnące pod górę, wyjące jak w procesji,

przy każdym zakręcie.

Mówiłem ci:

święto ciała zaczyna się o tej porze,

włosy stroszą się i elektryzuje skóra.

Kto posłał te metalowe chrząszcze, ażeby błądziły

po wąskich drogach? To jedynie cię zajmowało:

ruch skoczka i przegrana, za pierwszym razem

przełknięta jak zimna herbata.

Tego się spodziewałem.

Ryku silników, powolnego dudnienia, kurzu na wargach.

Mówiłem: jadą z pobliskiego miasteczka,

mówiłem: oczyść się, rękawem przetrzyj, albo

wstań i umyj.

Odpowiedź zawsze była ta sama.

Świecisz w ciemnościach chłopcze,

masz mata.