Pani Michałowska
Pani Michałowska umarła we wtorek.
Nad ranem znaleźli trupa, nad ranem.
Jej pończocha wisiała za oknem, podarta
i zacerowana, i znowu podarta — wzory
skłębionych myśli odciśnięte w powietrzu.
Kiedy ją wynosili, pies zawył i kawa
wylała się na obrus. Z okrutnej sierści
jest ten świat utkany. Taka myśl krążyła
jak mucha nad kanapką, w czaszce pustej,
białej, przesiąkniętej pleśnią.
Potem prześcieradło wdarło się na pierwszy plan.
Zagrało scenę z wiatrem, sznurkiem, z upadkiem
na ziemię. Już wieczorem było szmatą
i następnego ranka nie istniało.
Rozdzielone na włókna,
przyczepione do drutów, do drzew,
których gałęzie sięgają aż tu, wysoko,
do pokoju, gdzie ona umarła, we wtorek,
nad ranem, podobno przed czwartą.