Powiedziałem:

to musi być dziura pod mapą,

przez którą tu wchodzą, a kiedy już

rozprostują skrzydła, jest za późno — katastrofa.

Z pokoju socjalnego na pewno

nie dochodzi żaden podejrzany dźwięk.

Wiem, że gromadzone tam papierowe kubki

już dawno odbiegły od normalności.

To pomieszczenie z każdym dniem

coraz bardziej przypomina kościół

obwieszony dewocjonaliami,

więc wchodzą przez tę dziurę,

żerują na twoich zdjęciach, urządzają sobie

swobodne przeloty tam, gdzie byliśmy sami,

przynajmniej do czasu, nim ktoś

swoje kroki zaczynał odliczać

na pustym korytarzu.

I nawet rzutnik, folię z wykresami,

stosy papieru, grzbiety książek, stare

długopisy, a także ruloniki, kalki,

przerysowane długie zwoje, gliniane coś,

leżące na biurku, spinacze, torebki

z tajemniczym pyłem — opanowały.

Wszędzie ich ślady, podłużne smugi.

Musiały znaleźć szczelinę w betonowej płycie;

gdzieś na spojeniu jaskiniowy uskok,

w budynku przypominającym kontynent.

I rzeczywiście nie mam nic do powiedzenia,

brzęczenie otumania, wpadam w trans

nad kartką, podczas gdy one zakreślają

coraz mniejsze koła — lśniące w popołudniowym

słońcu dwa wielkie szerszenie.