Puch

Miasto niczym punkt programu w kiepskim przedstawieniu.

Nieobecne już od godziny w monologu faceta z piwem.

Jednak już za chwilę będziemy je mieli, proste jak kazanie

o niegodziwym koledze kradnącym kurtkę z szatni szkoły,

do której chodziliśmy dniem i nocą, dniem i nocą bez ustanku.

Oszukując za każdym razem, gdy wywoływano nas do tablicy.

Mam tylko nazwisko bez ciała i jestem ciałem bez imienia.

Tlenionej nauczycielce w kusej spódniczce, która skromnie tańczyła

na każdej imprezie, to właśnie mówiłeś, aż przecierała oczy,

aż na jej twarzy wykwitał uśmieszek, jak pleśń zabarwiająca kawy,

które sto lat temu zostawili rodzice w filiżankach białych jak puch gęsi,

delikatnych jak śmierć, mocnych jak gęsta rzęsa na jeziorze. Słowem:

żadnego nowego wrażenia, tylko ten plastik szczęśliwy i gadzi

uśmiech, złoto zabawiające się z rajfurem, błękitny kryształ

w piździe kochanki. Nie pamiętam kiedy otworzyła drzwi

prosząc nas: spadajcie.

Nieważne są te rzeki i strumienie, w których ukrywa się ciernik,

z gniazdem ze śliny, puchu i kamieni, ani błoto wysychające na podeszwie

buta, którego już nie włożysz, bo wkradł się demon, pękły szwy,

poszło w cholerę całe lustro. Jedynie pociąg, pocięte siedzenia, skaj i trawa

palona w półmroku i postać w rozkroku, która za chwilę cię uderzy.

Usta z sączącym się monologiem, wszystkie świąteczne słowa, zagadki

i pytania, których nie zadałbym wcale, gdyby nie okno, zakurzona framuga,

pył naprowadzający stale na jedną i tę samą metaforę, opadającą

jak świetlisty refren, kadencje w muzyce.

Akord bez początku.

Wszystko co brudne zmieniające się w czyste.