Senne saneczki

Czy mnie potępisz, śpiący między szynami

liściu łopianu,

kiedy się głucho odbijają od ciebie

pomruki pierwszych przechodniów?

Gdybyś się nagle uniósł, mógłbyś całkiem

zakryć tę wiatę na Kórnickiej,

gdzie czekam na szóstkę i wymyślam, co

powiem szefowi, gdy zapyta, dlaczego

tak późno przychodzę.

Mógłbyś mnie otulić i zwinąć się jak cygaro,

tak, żebym mógł przeczekać atak mgły

i ten chłód, który się wzmaga i rodzi

podejrzenie, że nie zatrzyma się wcale.

Mógłbyś też (wcale nie żartuję) stać

się tym tajemnym zielem, które daje

przez chwilę wrażenie, że jest się bez ciała.

Ale ty jesteś postrzępiony i żółkniesz

w kilku miejscach naraz.

Jeszcze kilka

dni i nie zobaczę cię tu wcale — senne saneczki

będą ześlizgiwać się z pagórka,

dzieci ugniotą śnieg, wdrapując się pod górę,

będę wsiadał na innym przystanku.