W starym stylu

I oto umarła nam kompletnie.

Martwa jest noga i szorstka pięta.

Zgięcie w kolanie też świeci pustką.

A z ciepła brzucha pozostał popiół,

czarna saszetka wypełniona puchem.

Nawet papieros, ten nędzny motyl,

złączenie płuc, trucizny i oddechu,

jest tylko napisem na słupie ogłoszeń,

który nic nie mówi przechodniom.

Bo martwe są usta, którymi on włada.

I nawet ja, leżący przed południem

w zatęchłej już nieco pościeli,

jednorazowy jak strzykawka, nasiąkam

jak wacik i ciemnieję wewnątrz.

Choć chciałbym rozjaśnić się i ufarbować,

zmienić ton i przebieg rozmowy,

to jednak głos pozostaje głuchy

na inne brzmienia poza własnym brzmieniem.