Wiersz osobisty

Niech Buddowie i Bodhisattvowie

błogosławią mojego Marka.

Jego oddech płytki i szybkie spojrzenia,

dźwięk przełykanej śliny i lęk przed czasem,

taki jak mój.

I jego tętno i taniec nad ranem przy Św. Marcinie

i też taksówkę, jazdę bez trzymania się zasad,

zbite szklanki, skaleczenia nocą,

wychodzenie przed czasem z najlepszej imprezy.

Tę drogę w dół, która każdemu z nas znaczy

twarze i dłonie, stopy i usta, bez której bylibyśmy

jak porzucone przez ptaki gałęzie,

ciemniejsi o ton

i mniej obecni niż teraz, kiedy stoimy

przy kiosku i patrzymy na tych, co dzwonią

i tych, co przechodzą.

Niech błogosławią, kiedy wszystko jest

odległe i dzieje się teraz, dzwonek tramwaju

i syk opon, puszkę po farbie, którą wiatr popycha,

lecz ona obraca się wokół własnej osi,

unieruchomiona przez kamień.