Morskie Oko

Czemu, gdy księżyc wschodzi, jak mara spłoszona

Staw stopionych szafirów w gór zapada spody,

I źrenica Tatr, oko marzącej przyrody,

Spuszcza rzęsy mgieł — tonie wśród pomroku łona?

A księżyca twarz dziwna, smutna, zamyślona

Wstrzymuje bieg tułaczy między skał obwody,

Patrzy długo w zakryte mgłą jeziora wody,

I blednie coraz bardziej — a nad ranem kona?

Może kiedyś ten księżyc, młody i płomienny,

Kochał ziemię i patrzał w jej źrenicę cudną,

Aż zdradzony dla słońca uciekł za świat dzienny...

Lecz zapomnieć kochanki swej młodości trudno!

Wiecznie ku niej powraca, wygasły, bezsenny,

I blady patrzy na nią, jak w mgłę pierzcha złudną...