Dziewica Orleańska
Tragedia romantyczna w pięciu aktach z prologiem
OSOBY:
- KAROL VII, król francuski
- KRÓLOWA IZABELA, jego matka
- AGNIESZKA SOREL, jego kochanka
- FILIP, zwany Dobrym, książę Burgundii
- HRABIA DUNOIS, poboczny syn księcia Orleanu
- LA HIRE, DU CHATEL, oficerowie królewscy
- ARCYBISKUP z Reims
- CHATILLON, rycerz z Burgundii
- RAOUL, rycerz z Lotaryngii
- TALBOT, wódz naczelny Anglików
- LIONEL, FASTOLF, wodzowie angielscy
- MONTGOMERY, rycerz z Walii
- RADCY MIEJSCY z Orleanu
- HEROLD ANGIELSKI
- TEOBALD D’ARC, zamożny wieśniak
- ANNA, ANIELA, JOANNA, jego córki
- STEFAN, KLAUDIAN, RAJMUND, młodzi pasterze z Dom-Remy
- BERTRAND, wieśniak
- RYCERZ CZARNY
- WĘGLARZ i JEGO ŻONA
- Żołnierze
- Lud
- Służba królewska
- Księża
- Zakonnicy
- Marszałkowie
- Członkowie magistratu
- Dworzanie i orszak koronacyjny
Rzecz dzieje się w latach 1429–1431.
PROLOG
Wiejska okolica.
Na prawo widać obraz Najświętszej Panny w kaplicy, na lewo wysoki dąb.
SCENA I
Teobald D’Arc, jego trzy córki, trzej pasterze
TEOBALD
Tak jest, sąsiedzi, dziś jeszcze się zwiemy
Synami wolnej, francuskiej ojczyzny;
Dziś jeszcze swoim nazywać możemy
Kraj ten, krwią ojców i znojem ich żyzny.
Ale któż zgadnie, jakich jutro panów
Znosić nam przyjdzie? Zewsząd od Loary,
Tratując końmi plony naszych łanów,
Anglik zwycięskie potrząsa sztandary.
Niewierny Paryż czci go śród swych progów
I Dagoberta, dotąd nieskażoną,
Świętą, odwieczną, rycerską koroną
Wieńczy niemowlę z pokolenia wrogów.
A król nasz prawy — o, hańbo i wstydzie! —
Wnuk królów naszych, Pański pomazaniec,
Lud swój o wsparcie próżno błagać idzie,
W państwach swych własnych błądzi, jak wygnaniec.
A przeciw niemu, wpośród krwi i gruzów,
Najbliższy z krewnych, najpierwszy z Francuzów,
Ha! własna matka — potwór pełen zgrozy! —
Nieprzyjacielskie prowadzi obozy.
Wioski i miasta jedną wielką łuną
Świecą ich drodze; a dym i popioły,
Kłębiąc się na kształt czarnej chmury, suną,
Ćmiąc kirem niebo i kraj nasz wesoły.
— A więc, sąsiedzi, zgodnie z wolą nieba
Dziś zabezpieczyć chcę i przedsięwziąłem
Los córek moich, bo dziś to im trzeba
Męża obrońcy; a dzielona społem
Miłość pomaga znieść wspólną niedolę.
do pierwszego z pasterzy
Zbliż się, Stefanie! Wiem, że kochasz Annę.
Z pastwiskiem mojem graniczy twe pole;
Wzrośliście razem: przywiązanie ranne1
Szczęśliwe wróży stadło.
do drugiego Klaudianie!
Cóż to? Drżysz cały i mojej Anieli
Twarz, widzę, zbladła. Skąd to nieufanie?
Zaliż myślicie, że ojciec rozdzieli,
Co Bóg połączył dlatego, że łanu,
Że skarbu nie masz równego jej wianu?
Któż dziś ma skarby? — Dom, stodoła, trzody,
Są pastwą ognia lub pierwszego wroga;
Ale dłoń męża, śmiała na przygody,
Ale pierś męża, co nie zna, co trwoga,
To skarb, co żadnej nie boi się szkody,
To puklerz lepszy niż zamki i grody!
ANIELA
Ojcze!
KLAUDIAN
Anielo!
ANIELA
ściskając Joannę
Siostro moja droga!
TEOBALD
Każdej z nich daję tyle, com zostawił
Pola sam sobie, i trzodę w wyprawie,
Dom i zagrodę. Bóg mnie błogosławił,
Z Bogiem, jak ojciec, ja was błogosławię.
ANNA
ściskając Joannę
Czyż i ty ojca nie zechcesz pocieszyć?
Młodsza z sióstr starszych niechby przykład brała.
TEOBALD
Idźcie! — Ślub jutro, potrzeba się śpieszyć.
Gościem na godach będzie wioska cała.
Obie pary biorą się za ręce i odchodzą.
SCENA II
Teobald, Rajmund, Joanna
TEOBALD
Joanno, czemu nie idziesz ich torem?
Widok ich szczęścia cieszy starość moję;
Ty, ty mię tylko trapisz swym uporem.
RAJMUND
Dość, ojcze! Przestań martwić dziecię swoje.
TEOBALD
Oto jest młodzian, ozdoba wsi całej,
Pilny, poczciwy! Już to trzecie żniwo,
Jak tając boleść, pokorny a stały,
W sercu ku tobie żywi miłość tkliwą.
A ty, ty zimna, zasklepiona w sobie,
Ulżyć mu nawet nie umiesz cierpienia.
Ani widziałem, by kto inny w tobie
Obudził tkliwsze czucia lub wzruszenia.
A jednak widzę, że piękność dziewicza
Zewsząd ku tobie ciągnie serca ludzi;
Anielska słodycz twojego oblicza,
Blask twego oka podziwienie budzi.
Bóg cię obsypał, jako drzewo kwiatem,
Dary swojemi; lecz czyliż dożyję,
Że miłość kiedyś, jako słońce latem,
Szczęścia twojego owoc z nich wywije?
Bo serce zimne, nieczułe za młodu
Lub znaczy ciężką pomyłkę natury,
Lub wbrew jej woli popełnia grzech, który
Zwarzy je samo tchem własnego chłodu.
RAJMUND
Krzywdzisz ją, ojcze! Miłość twej Joanny
Nie jest to owoc powszedniego drzewa.
Szybko, jak rozkwitł, przemija kwiat ranny,
Co ma trwać wiecznie, powoli dojrzewa.
Myśl jej dziś jeszcze, jak ptak na swobodzie,
Buja po świecie, po wysokiem niebie.
Bojąc się zniżyć ku wiejskiej zagrodzie,
Gdzie mieszka troska, myśląca o chlebie.
Widzę ją nieraz, gdy na wzniosłych górach
Idzie za trzodą lub na skał urwisku,
Na wpół ukryta w mgły porannej chmurach,
Duma, podobna wietrznemu zjawisku.
Jest coś w jej twarzy, w postaci, w jej ruchach.
Co mimowolną cześć i trwogę budzi,
I mimowolna myśl o wyższych duchach
Łączy ją z niemi i wznosi nad ludzi.
TEOBALD
I to jest właśnie, co mię trwoży o nią.
Obca śród swoich; smutna, gdzie się śmieją;
Posępne lasy, odludne ustronie,
To jej zabawa. Nim kury zapieją,
Zrywa się z łoża i w strasznej godzinie,
Gdy każdy człowiek rad szuka człowieka,
Cóż ją tak ciągnie w najdziksze pustynie,
Że jak ptak nocny od ludzi ucieka?
I wiem, że nieraz na rozstajnych drogach
Rozmawia z echem, czy z wiatru powiewem;
I nie pamięta o ojca przestrogach,
Godziny trawi pod tem zgubnem drzewem,
Gdzie przed wiekami swe krwawe ofiary
Święcił druida, a dziś nikt z sąsiadów
Za skarby świata nie siadłby w mrok szary.
Bo któż nie słyszał od ojców i dziadów
Strasznych powieści i podań? Kto nie wie,
Jakie tu szatan widziadła i mary
Wywodził nieraz lub jakie na drzewie
Słyszano głosy? Mógłbym nie dać wiary,
Lecz sam, pamiętam, gdym był jeszcze młody,
Wracając tędy — ja, ja sam widziałem
Widmo-niewiastę olbrzymiej urody,
Cała okryta jakby płótnem białem,
Stała pod drzewem i skinieniem dłoni
Zwała mię k’sobie2; lecz ufałem w Bogu,
Szybko, nie patrząc, przebiegłem koło niej
I na pół martwy padłem na mym progu.
RAJMUND
wskazując na obraz w kaplicy
Lecz skąd wiesz, ojcze, że ów obraz święty,
Źródło niebieskiej łaski i otuchy,
Nie ma dla córki twej większej ponęty
Niż to złowrogie drzewo z swemi duchy?
TEOBALD
Nie, nie, niestety! Długo tak mniemałem,
Lecz sen mi odkrył prawdę tajemnicy.
Trzykroć się zdało, że ją w Reims widziałem,
Zasiadającą na królów stolicy.
Siedm gwiazd jej skronie otaczało kołem,
A z berła w ręku trzy lilije białe,
Jak z pnia żywego wykwitały społem.
Biskupi, wodze, wojsko zda się całe,
Ja, sam król nawet, bili przed nią czołem,
A okrzyk ludu ogłaszał jej chwałę.
Skądże to? Czyliż spodziewać się mogę,
By w mej lepiance taki blask się zjawił?
Nie! Bóg to we śnie zesłał mi przestrogę,
W widzeniu pychę myśli jej objawił.
Wstyd jej niskiego stanu poniewierki
I, że zbyt wiele wzięła z ręki Pana,
Że się zna wyższą nad inne pasterki,
Nie chce znać granic duma rozigrana.
A grzech to przecież, co aniołów chóry
Potrącił w przepaść i najpierwszych ludzi
Wygnał z bram raju, i aż do tej pory
Przezeń to szatan najłatwiej nas łudzi.
RAJMUND
Mylisz się, ojcze! Bo w czemże jej pycha?
Kto tu jej równy? A przecież znajdź drugą,
Co by tak skromna, pokorna i cicha,
Zdała się wszystkich najuboższych sługą!
Kto z nas ją widział, by, w pracy leniwa,
Od powinności zraziła się trudem?
Czyż pod jej ręką twe trzody i żniwa
Jakby widocznym nie mnożą się cudem?
W każdym jej czynie znać wpływ łaski bożej,
Co na nią zlewa szczęście niepojęte.
TEOBALD
Tak, niepojęte! I toć to mię trwoży,
Nie wszystko bowiem nadludzkie jest święte.
Lecz dosyć o tem! Chciałżebym oskarżać,
Ojciec swe dziecię? Lecz milczeć nie mogę.
Nie! Jedno zawsze będę ci powtarzać:
Pomnij na Boga, na ojca przestrogę!
Nie chodź tu sama ni we dnie, ni w nocy,
Nie błądź po polach przy księżyca blasku;
Nie zbieraj nocnych ziół, nie śledź ich mocy,
Ani kreśl znaków na wietrze, ni piasku!
Bo wiedz, o córko, że ducha jaskini
Każda występna myśl nasza ośmiela.
Nie stroń od ludzi! Pomnij, że w pustyni
Szatan śmiał nawet zwodzić Zbawiciela.
SCENA III
Ciż i Bertrand (wchodzi, trzymając hełm w ręku)
RAJMUND
Patrz! Bertrand wraca! Cóż to? Z hełmem w dłoni?
BERTRAND
Dziwno wam, widzę, że wracam tak zbrojny.
TEOBALD
Skąd masz ten szyszak? W spokojnej ustroni
Znakiem złej wróżby zda się godło wojny.
Joanna, która dotąd milcząco i obojętnie stała na stronie, zbliża się i słucha z uwagą.
BERTRAND
Słuchajcie! Jest w tem jakby trochę cudu.
Byłem w Vaucouleurs. W mieście, na ulicy,
Na rynku, wszędzie tłum i ciżba ludu:
Orlean bowiem napadli Anglicy,
I, kto mógł, stamtąd ucieka w te strony.
Patrząc więc na nich, idę zamyślony;
Aż na zakręcie zjawia się przede mną
Jakaś Cyganka; urody olbrzyma,
Czarna, okryta jakąś płachtą ciemną,
Idzie wprost do mnie, a hełm w ręku trzyma
I, wzrok swój we mnie wlepiwszy, powiada:
«Wiem, szukasz hełmu, masz! Tanio go przedam».
«A mnież to na co? — rzekłem — co mi nada?
Jam, Bogu dzięki, nie żołnierz, nic nie dam».
A ona znowu: «Bracie, czas wojenny!
Hełm dziś pewniejszą ochroną dla głowy
Niż dach miedziany albo mur kamienny!»
I krok w krok za mną, z podobnemi słowy,
Idzie przez miasto i hełm swój podaje.
Zniecierpliwiła mię w końcu: więc staję,
Biorę go w ręce: myśląc, że jak zganię,
Da mi już spokój; lecz patrzę, robota
Cudna, i kruszec, i droga pozłota.
Rycerz go mógłby użyć za ubranie.
Gdy go więc ważę i próbuję dźwięku,
Coś mi się nagle migło przed oczyma;
Spojrzę: Cyganki przede mną już nie ma;
Szukam, na próżno! Hełm został w mem ręku.
JOANNA
szybko i gwałtownie sięgając po niego
Daj mi go!
BERTRAND
Na co? Blask wojennej stali
Dziko odbija na dziewiczem czole.
JOANNA
wyrywając mu hełm
Daj mi go, mówię! Dla mnie go przysłali!
TEOBALD
Co tej dziewczynie?
RAJMUND
Zostaw jej swą wolę,
Strój ten rycerski przystoi dziewicy,
W której też piersiach tchnie serce rycerza.
Któż nie pamięta w naszej okolicy,
Jak dzieckiem prawie pokonała zwierza,
Wilka-hienę, który tak bezkarnie
Pustoszył nasze trzody i owczarnie?
Z rąk młodzi naszej wypadała dzida
Na widok jego; pierzchali, a ona,
Jakby w nią z góry wstąpił duch Dawida;
Dziewica, sama, lecz nieustraszona,
Z pasterską tylko łaską w słabej ręce,
Puszcza się w pogoń za mordercą trzody
I młode jagnię, co już niósł w paszczęce,
Beczącej matce powraca bez szkody!
O, czyjekolwiek hełm ten zdobił skronie,
Godniejszych nie mógł!
TEOBALD
do Bertranda
Cóż opowiadali
Ci z Orleanu? Gdzie król? W jakiej stronie
Jest wojsko nasze?
BERTRAND
Bóg się niech użali
Ziemi francuskiej, bo dłoń Jego kary
Cięży nad nami! Znowuśmy przegrali
Dwie krwawe bitwy. Anglik wzdłuż Loary
Stanął obozem... rabuje i pali,
I obiegł zewsząd mury Orleanu.
TEOBALD
Boże, strzeż króla!
BERTRAND
Mówią, co widzieli,
Że jak szarańcza, gdy padnie śród łanu,
Jak pszczoły w ulu, rój nieprzyjacieli
Nieprzeliczony, jak oko zasięga,
Zaczernił wkoło równiny i wzgórza.
Cała Burgunda zebrana potęga,
Od gór szwajcarskich do zimnego morza:
Ludzie różnego narodu i stanu,
Różnych języków, zgromadzeni razem,
Przysięgli, mówią, zgubę Orleanu
I chcą go zniszczyć ogniem i żelazem.
TEOBALD
O, straszne czasy! Gdy się brat krew brata,
Ziomek krew ziomka przelewać ośmiela!
Mściwy Burgundzie!
BERTRAND
Gorszy wzór dla świata:
Matka królewska, dumna Izabela,
Jest też z Filipem. Konno, w pełnej zbroi,
Przejeżdża szyki; błaga i zaklina
Wszystkich o pomstę niby krzywdy swojej.
Matka!... o pomstę przeciw swego syna3!...
TEOBALD
Oby skończyła jak owa, do której
Tak jest podobną z pychy i imienia,
Sprośna Jezabel!
BERTRAND
Straszny Salisbury
Stoi na czele wojsk i oblężenia.
Przy nim Lionel i tygrys, niesyty
Krwi naszej, Talbot. Trzy wysokie wieże
Wznieśli przed miastem: na jednej rozbity
Namiot ich wodza, z którego on strzeże
Poruszeń miasta; z dwóch drugich dzień cały
Ogniste kule miota na kształt gromów.
Połowę miasta gruzy zasypały,
Mieszkańcy giną pod zwaliskiem domów.
Sam katedralny ów kościół wspaniały
Najświętszej Panny od gęstych wyłomów
Grozi upadkiem; a prochowe miny,
Ten wymysł piekieł, podkopane wszędzie.
I nikt tam nie wie dnia ani godziny,
Gdy na sąd straszny powołany będzie.
Joanna przysłuchuje się z natężoną uwagą i wkłada hełm na głowę.
TEOBALD
Lecz gdzież są nasi waleczni obrońcy,
La Hire i Santrailles, i niezwyciężony
Dunois? Gdzie są, że tryumfujący
Wróg tak się wdziera w nasz kraj opuszczony?
Gdzie król? Czyż zawsze jako zimny świadek
Patrzy na państwa, na miast swych upadek?
BERTRAND
Król z dworem bawi w Chinon, lecz snać4 nie ma
Dość wojska z sobą, by wyjść przeciw wroga.
Lecz, choćby wyszedł, czyż garstka dotrzyma
Pola tysiącom, gdy strach, jak od Boga,
Jako zaraza powiał w serca ludzi
I w najmężniejszych krew i zapał mrozi?
Próżno głos wodzów nadzieję w nich budzi,
Ojczyzna błaga i monarcha grozi.
Jak trzoda owiec, gdy ją zwierz napadnie,
Francuz, niepomny swej sławy od wieka,
Kupi się5 tylko i pierzcha bezładnie,
Lub, zgiąwszy szyję, na miecz wroga czeka!
Jeden się tylko znalazł, jak słyszałem,
Co zebrał kilka chorągwi konnicy,
I, w pomoc króla z tym małym oddziałem
Ciągnąc, po naszej błądzi okolicy.
JOANNA
prędko
Jak imię jego?
BERTRAND
Baudricour. — Lecz czyli
Zdoła się przerznąć i pogoń omyli?...
Wątpię, bo zewsząd ściskają go wrogi.
JOANNA
Wiesz, gdzie on teraz?
BERTRAND
O dzień ledwo drogi
Od Vaucouleurs’u.
TEOBALD
do Joanny
Skąd ci to pytanie
W rzeczach, co wcale nie tyczą się ciebie?
BERTRAND
Że wróg tak mocny, a król nasz nie w stanie
Dać nam odsieczy ni wsparcia w potrzebie,
W Vaucouleurs przeto dziś mają uchwalić,
Że Burgundowi poddać się należy.
Bo tak i miasto może się ocalić
Od angielskiego jarzma i łupieży,
I nam spod władzy pokrewnego księcia
Łatwiej powrócić do prawego pana,
Gdy, sytych wreszcie wspólnego zawzięcia,
Złączy znów kiedyś zgoda pożądana.
JOANNA
z zapałem
Żadnych układów! Żadnego przymierza!
Bo przyszła chwila, że wstanie obrońca.
Pod Orleanem wróg kresu domierza.
Dzień chwały jego chyli się do końca!
Dojrzał na zgubę, jako plenna niwa,
I już żniwiarka z krwawym sierpem w ręce
Zbliża się... Przyjdzie... i z wzgardą pozrywa
Z gwiazd dumy jego rozwieszone wieńce!
Nabierzcież serca, ludzie małej wiary,
Bo nim ten księżyc dojdzie pełni swojej,
Żaden angielski koń z nurtów Loary,
Żaden krwią naszą wróg się nie napoi!
BERTRAND
Minął czas cudów!
JOANNA
Nie! Przyszedł czas cudu!
Biała gołąbka wzleci orła lotem,
Spadnie na sępów, chciwych krwi jej ludu,
Skruszy Burgunda zdrajcę i z Talbotem,
Bluźniercą nieba, i z owym ponurym
Łupieżcą świątyń, dzikim Salisburym,
I z tym Fastolfem, i z tymi wszystkiemi
Najezdnikami naszej pięknej ziemi
Łamać się będzie — i wszystkich wyżenie6,
Jako lew trzody lub tygrys jelenie!
Bo Pan z nią będzie, bo, jak wiatr palący,
Duch Jego przed nią, bo On jej prawicy
Da siłę śmierci i w słabej dziewicy
Okaże światu, że On wszechmogący!
TEOBALD
Co za duch, przebóg! opętał dziewicę?
RAJMUND
Hełm to w niej budzi ten zapał wojenny.
Ale patrz, ojcze! Patrz na jej źrenice,
Co w nich za jasność! Co za blask promienny!
JOANNA
Kraj by nasz upadł? Kraj zwycięstw i chwały,
Raj krajów świata, wybrany od Boga?
Dzieci by jego wiecznie dźwigać miały
Hańbiące więzy zamorskiego wroga?
Nie! Tu runęła moc poganów dzika,
Krew męczenników oblała tę ziemię;
Tu leżą prochy świętego Ludwika,
Skąd odzyskano grób w Jeruzalemie!...
BERTRAND
z podziwieniem
Któż by nie wierzył, że mówi natchniona?
Bóg ci, sąsiedzie, dał cudowne dziecię!
JOANNA
Naszychże królów odwieczna korona
Pójdzie w pogardę lub zniknie na świecie?
Gdzie są królowie, by jej byli godni,
Prócz królów naszych? — Rolnika obrońcy,
Opiekunowie wszystkiego, prócz zbrodni;
Dawce i Stróże swobód; panujący
Z Bogiem po ludzku; sędziowie łagodni,
Straszni rycerze, lecz nienastający
Na właść sąsiada, ni ludu szczęśliwość!
W cieniu ich tronu trzy lilije białe
Rozkwitły: Wiara, Miłość, Sprawiedliwość,
A woń ich święta tchnie na państwo całe!...
Czyliż król, obcej wychowaniec ziemi,
Którego przodków nie tu prochy leżą,
Co dzieckiem z dziećmi nie igrał naszemi,
Młodzieńcem z naszą nie kochał młodzieżą,
Któremu słowa naszej pięknej mowy
Czczym tylko dźwiękiem, pamięć wielkich czynów
Przeszłości naszej, chwały narodowej,
Nie zabrzmi w duszy jak pieśń cherubinów: —
Będzież on ojcem swej ojczyźnie nowej?
Lub czyż w niej dla się znajdzie miłość synów?
TEOBALD
Boże, zachowaj Francyję i króla!
Lecz nie nam dumać o losach mocarzy:
Wieśniak pilnuje swej chaty i pola
I czeka, komu Bóg zwycięstwo zdarzy.
Bo losem bitew boska rządzi wola,
Bo los narodów Bóg w swej ręce waży.
Dla nas ten będzie pomazaniec boży,
Kto w Reims koronę królów naszych włoży!
Lecz czas do pracy! — W naszym niskim stanie
Dość myśleć tylko o jutrze. Królowie
I radcy królów niech myślą o zmianie
Przyszłości świata, bo na ich to głowie
Leży świat cały. Mniejsza nasza troska.
Co bądź się dzieje, my możem spokojnie
Patrzeć na przyszłość, bo ta ziemia boska,
Co nam uprawiać kazał, choć ją zbrojnie
Najdzie i zdepce wróg, choć dom i wioska
Ulecą z dymem, ona znów nam hojnie
Nagrodzi stratę. Bo, gdzie szczera praca,
Gdzie ufność w Bogu, szczęście prędko wraca.
Odchodzą wszyscy prócz Joanny.
SCENA IV
JOANNA
sama
Góry wy moje, wy pola rodzinne,
Joanna wiecznie, wiecznie żegna was!
Przeszły jej lata, jej mary dziecinne.
Swobody serca przeszedł dla niej czas.
Z wami me były zabawy niewinne:
Tu mi z wiatrami mroczny śpiewał las;
Tu zdrój, kryształy przetaczając płynne,
Dźwiękiem harmonii słodki zwabiał wczas7;
Tu, łąk tych wonnym owiana oddechem,
Pieśnią z tych dolin rozmawiałam echem.
Kwitnijcie w ciszy i miłej pogodzie,
Mnie tam w kraj burzy i piorunów zwą!
Trzody wy moje, igrajcie w swobodzie,
Pasterka wasza traci wolę swą!
Innej ja teraz przewodniczyć trzodzie
Pójdę na pola, ludzką zlane krwią!
Pcha mię i ciągnie moc wyższego ducha,
Nie żądza sławy, nie szczęścia otucha.
Bo Ten, co niegdyś ogniem na Horebie
W duszę Mojżesza swoją wolę tchnął
I Izajasza, pacholę, do siebie
Wzniósł i z przyszłości chmurę przed nim zdjął,
On, wszechmogący na ziemi i niebie,
On mnie, pasterkę, za swą sługę wziął.
I z drzewa tego tchem wiatru rzekł do mnie:
«Idź i na ziemi daj świadectwo o mnie!
Uzbrój twe serce, jak twą pierś dziewiczą,
Piersi i serce w twardą odziej stal!
A wzgardź miłością i ziemską słodyczą,
Zamrzyj na ziemskie wesele i żal!
Ani się chwałą daj unieść zwodniczą,
Ale mnie tylko każdem dziełem chwal!
Bo ja to będę, co sławy wojennej
Na skronie twoje dam wieniec promienny.
I, gdy wróg hardy moc Francyji zetrze,
Gdy zadrżą przed nim rycerze i król,
Ty mą chorągiew roztoczysz na wietrze,
Ty, jak żniwiarka plony bujnych pól,
Zmieciesz ich wojska, a strach jak powietrze
Wejdzie w ich piersi; pomścisz wstyd i ból
Ojczyzny twojej i, przez cię zbawioną,
W Reims króla swego uwieńczysz koroną!»
Bóg znak swej woli miał mi zesłać w porę —
Hełm ten jest znakiem. On go zesłał mnie!
Nieziemski ogień we krwi mojej gore.
Nieziemski? męstwo w piersiach moich tchnie.
Ty mi daj, Panie, stałość i pokorę,
Bym mogła godnie spełnić dzieło Twe!
Głos trąb wojennych już słyszę w mem uchu:
Stało się! Wiedź mię, tajemniczy Duchu!
Odchodzi.
AKT PIERWSZY
Obóz króla Karola pod Chinon.
SCENA I
Dunois i Du Chatel
DUNOIS
Nie! Zostać dłużej nie chcę i nie mogę,
Opuszczam króla, co się sam opuszcza.
Cóż bym tu czyni!? Radę i przestrogę
Obrazą tronu zwie dworaków tłuszcza.
A we mnie serce zalewa się łzami,
Widząc, jak wrogi dzielą naszą ziemię,
Jak ku nim miasta wychodzą z kluczami,
Jak lud nasz cierpi i — jak tu król drzemie!
Słyszę, że bliska zguba Orleanu:
Rzucam się na koń; z brzegów oceanu
Pędzę, przybywam, drżąc, zali już może
Król nie zwiódł bitwy, pewny, że już stoi
Na czele wojska; a on tu, na dworze,
Z trubadurami swoją arfę stroi,
Śpiewa ballady lub u stóp Agnieszki
Wzdycha i świetne wyprawia biesiady.
Jakby na świecie nie było zamieszki!...
To nadto! Idę w konetabla ślady:
Opuszczam wojsko i kraj! Ale biada!
Biada nam wszystkim!
DU CHATEL
Cicho! Król na progu.
SCENA II
Ciż i król Karol
KAROL
Konetabl miecz swój odesłał i składa
Urząd swój w ręce nasze. Dzięki Bogu!
Mniej będzie jednym8, co z całego świata
Nieradzi, wszystkim mistrzować by chcieli.
DUNOIS
Nie tak mnie małą zda się jego strata,
Mąż taki dzisiaj wart tysiąc minstreli...
KAROL
Dunois, mówisz przez ducha przekory:
Póki był z nami, waśniłeś z nim nieraz.
DUNOIS
Prawda, że lubił i rad wszczynał spory,
Nie wiedząc nigdy, co wybrać; lecz teraz
Wybrał najlepsze i w czas się oddala
Z miejsc, w których pobyt bez sławy i celu.
KAROL
Dunois zawsze szlachetny: wychwala
Tylko za oczy! Słuchaj, Du Chatelu,
Od króla René przybyli posłowie,
Króla wesołych pieśni i pasterzy;
Trzeba ich przyjąć: wszyscy trzej bardowie,
Każdemu złoty łańcuch dać należy.
do Dunois
Czego się śmiejesz?
DUNOIS
Że łatwo królowi
Ze słów królewskich wić złote łańcuchy.
KAROL
do Du Chatela
Cóż to?
DU CHATEL
Niestety! Gorzką prawdę mówi.
Skarb twój, o królu, od dawna już suchy!
KAROL
To się postaraj skąd nie bądź! Śpiewacy
Nie mogą od nas odejść nieuczczeni.
Oni nam słodzą trud królewskiej pracy,
Ich sprawą berło laurem się zieleni.
Duch ich sam twórca swych wietrznych pałacy,
Rządzi z nich sławą w czasie i przestrzeni.
Stąd się wieszcz z królem równać może śmiele:
Obadwaj stoją na ludzkości czele.
DU CHATEL
Królu i panie, oszczędzałem ciebie,
Póki sam mogłem dać pomoc i radę,
Lecz dziś wzgląd musi ustąpić potrzebie,
Nie stać cię, panie, ach, nie na biesiadę,
Nie na podarki, lecz na chleb powszedni!
Niepłatne wojsko burzy się; niejedni
Broń już rzucili; ledwie wiem co ranku,
Jak dzień opatrzyć twój i dworzan twoich.
KAROL
Obmyśl więc sposób: zastaw w jakim banku
Dochody celne lub które z dóbr moich.
DU CHATEL
Cło na trzy lata zastawione z góry.
KAROL
Ziem przecież pięknych mamy jeszcze wszędzie.
DUNOIS
Tak, póki zechce Bóg i Salisbury!
I niech no jeszcze Orlean zdobędzie,
Wtenczas ci chyba z królem René w parze
Wziąć kijek w rękę... i grać na fujarze.
KAROL
Zawsze swój dowcip ostrzysz na tym królu —
On przecież jeden pomni nas w złym czasie.
DUNOIS
Mała pociecha, gdy zamiast wojsk w polu,
Nasz sprzymierzeniec sam swe owce pasie!
KAROL
Jest to żart tylko, zabawa niewinna!
Nęci go urok pasterskiej prostoty,
Ich szczera radość, ich miłość niewinna.
Chce sobie w życiu przypomnieć wiek złoty.
Lecz, co prawdziwie wielkiego zamierza,
To jest zwrot owych bohaterskich czasów,
Gdy miłość była natchnieniem rycerza,
A piękność celem i sędzią zapasów.
W tych czasach starca żyje duch młodzieńczy,
I, jak je dawne pieśni przekazały,
Chciałby je wskrzesić, wznieść jak gmach wspaniały,
Z mgły przezroczystej i kolorów tęczy.
Dwór swój uczynił tych wieków obrazem,
Gdzie rycerz musi hołdować piękności,
Gdzie piękność tkliwa i skromna zarazem,
A sąd osobny przestrzega wierności.
Sąd ten dziś właśnie, za króla rozkazem,
Śle mi dyploma na Księcia Miłości.
DUNOIS
Któż jej potęgę czuć może nade mnie,
Com jest jej razem dowodem i czynem?
Przez nią krew książąt płynie tylko we mnie
I Orleańskim nazywam się synem.
Lecz w ojcu moim mam wzór, jak należy
Skarbić jej łaski, w ojcu moim, który,
Jak serca niewiast, na czele rycerzy
Umiał zdobywać nieprzyjaciół mury.
Jeśliż więc, królu, chcesz piastować godnie
Nowy twój urząd, ucz się jego czynów!
Wdziej hełm na skronie, a dłoń z sercem zgodnie
Niech nam przypomną sławę paladynów!
Bo, jak czytałem, nie owiec pasterze,
Jak ów król René, za okrągłym stołem,
Lecz w twardych zbrojach i laurach rycerze
Z królem Arturem biesiadali społem.
Bo, kto niewiasty obronić nie zdoła,
Nie wart jej serca! Teraz czas, o królu!
Potrzeba nagli i powinność woła:
Wystąp jak rycerz i na bitew polu
Walcz o tron przodków, o cześć twej ojczyzny!
A, gdy ją zbawim i wroga pobijem,
My sami wtedy twe znoje i blizny
Otrzem laurami i mirtem okryjem.
KAROL
do Pazia, który wchodzi
Cóż?
PAŹ
Z Orleanu przybyli posłowie.
Proszą o wejście.
KAROL
Wprowadź!
Paź odchodzi
Chcą pomocy —
Jakąż im damy?
SCENA III
Ciż i trzej radcy z Orleanu
KAROL
Witam was, panowie!
Cóż nam niesiecie? Czy wrogów przemocy
Miasto się jeszcze opiera? Czy zdoła
Oprzeć się długo?
RADCA
Królu nasz i panie,
Miasto do ciebie o ratunek woła,
W tobie ostatnie złożyło ufanie!
Zewnętrzne szańce runęły, załoga
Przez pół zginęła na murach lub w mieście
Wymiera z głodu, a cała moc wroga
Bije do szturmu dzień i noc, że wreszcie
Musim się poddać lub zginąć. Wódz zatem,
Rochepierre hrabia, łącznie z magistratem,
Weszli w umowę z wrogiem, której mocą,
Jeśli w przeciągu całych dni dwunastu
Wojska nam, króla, nie przyślesz z pomocą
Lub skąd żywności nie opatrzysz miastu —
Miasto się podda.
Dunois wzdryga się z gniewem.
KAROL
Czas krótki.
RADCA
O panie!
Ślą nas ku tobie bracia i ziomkowie,
By do twych uszu doszło ich wołanie,
Byś w czas9 nieszczęsnej zabieżał10 umowie.
DUNOIS
Jakże mógł Santrailles przystać na haniebną?
RADCA
Póki żył Santrailles, ufano w orężu.
DUNOIS
Santrailles nie żyje?
RADCA
Legł śmiercią chwalebną
Za kraj i króla.
KAROL
Ach, w tym jednym mężu
Straciłem wojsko!
Rycerz wchodzi i rozmawia cicho z Dunois, który porywa się przerażony.
DUNOIS
Zdrajcy!
KAROL
Co się stało?
DUNOIS
Wojsko się szkockie buntować zaczyna
O żołd zaległy i zapowiedziało,
Że rzuci oręż. Lord Duglas zaklina
O prędką radę.
KAROL
do du Chatela
A więc jaka rada?
DU CHATEL
wzruszając ramionami
Niestety! Żadnej!
KAROL
Nie zechcąż poczekać?
Przedam, zastawię wszystko!
DU CHATEL
Nic nie nada11!
Nie będą wierzyć. — Bo cóż im przyrzekać?
KAROL
To są najlepsze ze wszystkich wojsk moich.
Cóż poczniem bez nich?
RADCA
padając na kolana
Pomnij o nas, królu!
W nas jest ostatnie przedmurze państw twoich:
Jeśli upadniem, nie oprzesz się w polu!
KAROL
z rozpaczą
Co mam uczynić? Widzicie, słyszycie!
Czyliż mi zboże wyrośnie na dłoni
Lub wojsko z ziemi? Mam i oddam życie,
Lecz skąd wziąć złota, żołnierzy i broni?
Postrzega wchodzącą Agnieszkę Sorel i z otwartemi ramionami rzuca się na jej spotkanie.
SCENA IV
Ciż i Agnieszka Sorel (ze szkatułą w ręku)
KRÓL
O, pójdź najmilsza, mój stróżu aniele!
Pójdź! Niech twe słowa mą rozpacz ukoją!
Z tobą mi wszędzie pokój i wesele,
Nic nie stracone, pókiś ty jest moją!
AGNIESZKA
rozglądając się naokoło wzrokiem pytającym i bojaźliwym
Prawdaż to? Mówcie! Prawdaż, co słyszałam?
Wojsko się burzy?
DU CHATEL
Niestety!
AGNIESZKA
Karolu!
Ja tobie serce, ja siebie oddałam,
A tyś nie zwierzył twych potrzeb i bolu!
do du Chatela, podając mu szkatułę
Masz! Tu jest złoto, tu drogie kamienie:
Przedaj, stop wszystko, a zapłać żołnierzy!
Mam jeszcze zamki, mam bogate mienie,
Bierz, przedaj, śpiesz się, nim pora ubieży!
Zmusza go do odejścia.
KAROL
I cóż wy na to, przyjaciele moi?
Jestżem ubogi, gdy takiego serca
Miłość posiadam? Czyż jej nie przystoi
Cześć, co mam dla niej? Niejeden oszczerca,
Wiem, szukał dumy w jej miłości ku mnie,
Lecz, godna rodem, wyższa sama sobą,
Dość niechby tronu pożądała dumnie,
Najpotężniejszych byłaby ozdobą.
Lecz ona gardzi tronem; ziemskie dary
Nogą pomiata i w tem jest jej pycha,
Że, wszystkie dla mnie poniósłszy ofiary,
Wszystkie wzajemne, prócz serca, odpycha.
I teraz — patrzcie! — na obronę moją
Oddała resztę, do Dunois Czujesz wielkość w czynie?
DUNOIS
Czuję to, żeście szaleni oboje:
Ciebie nie zbawi, sama tylko zginie.
W dom gorejący rzuca skarby swoje!...
Leje w bezdenne Danaid naczynie!...
AGNIESZKA
O, nie wierz jemu! Sto razy dla ciebie
Krew swą poświęcał, a na mnie się gniewa,
Że ci strój błahy oddaję w potrzebie,
Chce, bym bez ciebie być mogła szczęśliwa!
Nie, nie, Karolu! Precz od nas blask zwodny,
Precz miękkość zbytku w niebezpieczeństw chwili!
Daj wzór poświęceń, jeśli chcesz być godny,
By się za ciebie drudzy poświęcili.
Dwór swój zmień w obóz! Pierś odziej żelazem!
Znoś głód i trudy! Płać życiem i zdrowiem!
Niech żołnierz widzi, że i król ich razem
Wiatr ma przykryciem, a ziemię wezgłowiem.
Wtenczas w ich piersiach znajdziesz tarcz niezłomną.
Dokażą cudów, bo siebie zapomną!
KAROL
z uśmiechem
Teraz pojmuję tajemnicze słowa,
Com z ust natchnionej niegdyś prorokini
Słyszał w Clermoncie: że mię białogłowa
Zbawi, zwycięzcą i królem uczyni.
Wierzyłem wróżbie, lecz do jej spełnienia
Czekałem matki, aż swój gniew rozbroi,
Lecz tyś jest anioł mego przeznaczenia,
Bóg mi zbawczynię dał w najmilszej mojej!
AGNIESZKA
Miecz twych przyjaciół przepowiednię ziści.
KAROL
W niezgodzie wrogów mam także nadzieję.
Wiem, że od dawna żar skrytej zawiści
W sercu Burgunda i Anglików tleje.
La Hire’a przetoż wysłałem do księcia,
Azali, pomny na krwi naszej związki,
Nie złoży z serca mściwego zawzięcia
I w dawne ku nam wróci obowiązki? —
Co chwila nazad oczekuję gońca.
DU CHATEL
u okna
Widzę go właśnie, jak pędzi do bramy.
KAROL
Tem lepiej! Prędzej dowiemy się końca,
Czego się lękać lub spodziewać mamy.
SCENA V
Ciż i La Hire
KAROL
idąc naprzeciw niemu
Witaj nam! Jakież przynosisz nowiny?
Jestże nadzieja?
LA HIRE
Tak! W Bogu i w broni!
KAROL
Co? Burgund nie chce naprawić swej winy?
Odrzuca zgodę? Cóż powiedział o niej?
LA HIRE
Przed wszystkiem innem, nim dalszej umowie
Nakłoni ucha, chce, byś Du Chatela,
Co go zabójcą ojca swego zowie,
Wydał mu w ręce.
KAROL
Ja dać przyjaciela
Na zemstę wrogom! Cóż, jeśli odmówię?
LA HIRE
Układ zerwany.
KAROL
Nazbyt się ośmiela!
Czy żeś go wyzwał, by jako mąż z mężem,
Mimo krwi związków i stanu różnicę,
Sam spór swój ze mną rozstrzygnął orężem?
LA HIRE
Złożyłem przed nim twoją rękawicę,
Mówiąc, że zstąpisz z wysokości tronu,
By kraj swój przed nim swą piersią zasłonić,
I, choć niewinny ojca jego zgonu,
Czci swej chcesz mieczem od zarzutów bronić.
Lecz odpowiedział, że nie ma potrzeby
Wieść bojów o to, czego jest już panem.
Gdy zaś koniecznie chcesz tego, ażeby
Walczyć z nim, znajdziesz go pod Orleanem.
To mówiąc, usta przygryzał zawzięcie,
I z tem do innych oddalił się gości.
KAROL
Żadenże12 za mną w moim parlamencie
Nie wzniósł się czystej głos sprawiedliwości?
LA HIRE
Głuszy go wściekłość stronnicza. Parlament
Ród twój i ciebie pozbawił korony.
DUNOIS
O biedny kraju, gdzie, ufny w praw zamęt,
Gmin chce obalać i stanowić trony!
KAROL
Cóż matka moja? Byłżeś13 u niej?
LA HIRE
po chwili namysłu
Panie,
Byłem w Saint-Denis, gdy przywłaszczyciela
Święcono królem. Strojni Paryżanie,
Jak w dzień godowy, z okrzykiem wesela
Stali po drodze, a gminna hałastra
Śród muru włóczni i puklerzy stalnych
Ciągnęła powóz Henryka Lankastra
Pod cieniem łuków i bram tryumfalnych.
Król-dziecko omal nie płakał z przestrachu,
Gdy lud z szalonym witał go zapałem.
Angielskie wojska przy kościelnym gmachu
Stały pod bronią. Wszedłem i widziałem,
Jak siadł na świętej Ludwika stolicy.
Po bokach stali dumni jego stryje,
Bedford i Gloster, a u stóp lennicy
Na klęczkach, kornie nachylając szyje,
Hołd mu składali. Burgund na ich czele!
KAROL
O zdrajca!
LA HIRE
Dziecię patrzyło nieśmiele,
I, wchodząc na tron, potknęło się w kroku.
«Zły znak, zła wróżba!» szeptano dokoła,
Śmiech nawet powstał; gdy wtem nagle z boku
Matka twa, panie, weszła do kościoła...
I...
KAROL
Mów!
LA HIRE
I, w pomoc podawszy mu dłonie,
Sama go na twym posadziła tronie.
KAROL
O matko, matko!
LA HIRE
Widziałem: lud cały
Wzdrygnął się na to i nawet Anglicy
Spuścili oczy. Sam Burgund zuchwały
Oblał się wstydem, a w każdej źrenicy
Znać było zgrozę. Zapewne dostrzegła,
Wzrok jej zaiskrzył i, skinieniem ręki
Dając znak, groźnem lud okiem przebiegła,
«Francuzi! — rzekła — mnie składajcie dzięki,
Że w pień spróchniały waszych królów domu
Zaszczepiam gałęź laurowego wieńca
I tron wasz świetny ochraniam od sromu,
By na nim wami rządził syn szaleńca!»
Król zakrywa twarz — Agnieszka bieży ku niemu i bierze go w swoje objęcia — wszyscy obecni okazują wzgardę i przerażenie.
DUNOIS
Tygrzyca14! Potwór! A! furyja z piekła!
KAROL
po pauzie do radców
Widzicie sami, w jakim rzeczy stanie.
Śpieszcie, by próżno krew ludzka nie ciekła,
Powiedzieć waszym braciom w Orleanie,
Że ich uwalniam od wierności ku mnie,
I na Burgunda, radzę, by się zdali.
Zawzięty na mnie, postępuje dumnie,
Lecz zwą go Dobrym, on miasto ocali.
DUNOIS
Jak to? Czyż innych nie znajdziesz już środków?
RADCA
klękając
Nie! Słów tych, królu, nie odniesiem ziomkom.
Sławę z wierności wzięliśmy od przodków
I nieskażoną zostawim potomkom.
Ty nam swej tylko nie cofnij opieki,
A zginiem raczej!
DUNOIS
Nie wstydże15 ci, królu,
Że wolisz hańbą okryć się na wieki,
Niż oko w oko wrogom zajrzeć w polu,
Że poniewierasz miast Francyji perłą,
Co, jako ona, przodków twoich berło
Zdobiło z wieków?...
KAROL
Dość już krwi płynęło!
Bóg snać swą rękę ociężył nade mną.
We wszystkich bitwach wojsko me pierzchnęło,
Najwaleczniejsi zginęli daremno;
Parlament wyzuł mię z tronu; stolica
Z bezwstydną pompą święci tryumf wroga;
Najbliższy krewny, ha! własna rodzica
Zguby mej pragną; lud przejęła trwoga!
Mamliż16 krew jeszcze, jak próżną ofiarę,
Lać dla mej dumy? Nie, ustąpmy raczej!
Opór daremny! — Przejdźmy za Loarę
Czekać i znosić, co nam Bóg przeznaczy.
AGNIESZKA
Nie dopuść, Boże, byś spełnił twe słowa,
Byś tak sam sobie i ojczyźnie skłamał!
Nie! Nie z twej duszy pochodzi ta mowa:
Sprośny czyn matki twoją stałość złamał!
Lecz wiem, że męska wnet wróci otucha,
I znów, jak puklerz, moc twojego ducha
Zostawisz losom!
KAROL
ponuro