Don Juan
...ja nauczę głazy,
Jak mają walczyć przeciwko tyranom.
Niech świat wie, czyśmy nie mieli odrazy
Do tronów, tę pieśń przyszłym ziemi panom
Przekażę; niech się dowiedzą, co przebył
Ten nasz glob, kiedy jeszcze wolny nie był.
Pieśń Ósma
Pieśń pierwsza
I
Szukam nie lada rzeczy — bohatera.
Trudne to, bo dziś coraz inny modny;
Gazeciarz czarem przygód go podpiera,
Czas waży, mierzy, odrzuca. Przygodny
Jego opieki walor spadł do zera.
Lecz jest bohater jeden niezawodny:
Don Juan, ten sam, co go na operze1,
Może za wcześnie, czart do piekła bierze.
II
Rzeźnik Cumberland, Wolfe, Keppel, Hawke, Vernon,
Ferdynand, Burgoyne, Granby2, innych sporo
Wzięli dań hańby lub czci niepomierną,
Jak Wellesleya na szyldy ich biorą
Kupcy. Od sławy Banko3 wygrał terno4,
A z nim „maciory prosiąt dziewięcioro”.
Taki Dumourier5, taki Bonaparte
W „Kurierze” każdą uświetnili kartę.
III
Mirabeau, Barnave, Condorcet i Brissot,
Lafayette, Petion, Klotz, Danton i Marat,
A po nich Joubert, Hoche, Marceau6 — patrz, ci są
Bohaterami; śród wojennych narad
Lannes, Moreau, Dessaix za działań kulisą
Regulowali zwycięski aparat.
Każdy z nich w parze swojej był olbrzymem,
Ale nie k’rzeczy tu ich sławić rymem.
IV
Jak Marsa7 czcili Nelsona8 wyspiarze,
Lecz gdy się wieko trumienne zatrzasło,
Wraz9 oniemiała pieśń o Trafalgarze,
Słońce na grobie bohatera zgasło,
Więc wstydem płoną wilków morskich twarze;
Infanteryja10! — takie dzisiaj hasło.
Armii lądowej chce król całą duszą,
Howe, Duncan, Jervis, Nelson11 w kąt iść muszą.
V
Przed Atrydami12 żyli wielcy wodze,
Żyli i po nich mądrzy i zuchwali,
Lubiący kochać, bić — już nie tak srodze
Lecz że poeci o nich nie pisali,
Poszli w niepamięć; w nikogo nie godzę,
Ale myśl moja epiczna się żali,
Że mi nie świta jakieś imię duże;
Więc Don Juana wołam: Bywaj, druże13!
VI
Dziś epik prosto in medias res14 wpada;
Horacy15 zrobił to rodzajem mody.
Co się zdarzyło przedtem, opowiada
Bohater, kładąc jako epizody,
Gdy po obiedzie z kochanką zasiada
W pałacu lub się chroni pod lip chłody
Albo z nią zwiedza grotę nad ponikiem16,
Co jest dla czułej pary gołębnikiem.
VII
Ja tej metody zwykłej nie używam,
Bo ja zaczynać lubię od początku.
Obrazów zatem na pół nie rozrywam,
Bo to jest z hańbą zdrowego rozsądku,
Ale choć tracę czas, z góry zaśpiewam,
Nie gubiąc jednej nuty w pieśni wątku.
Powiem o ojcu jego, co należy,
Następnie podam konterfekt17 macierzy.
VIII
W Sewilli ujrzał padół śloz18 i trudu,
Słynnej z pomarańcz i kobiet urody.
„Ten, kto Sewilli nie zna, nie zna cudu”,
Głosi przysłowie — potwierdzę dla zgody.
Najmilsze to z miast hiszpańskiego ludu,
Jedyny Kadyks idzie z nim w zawody.
Z okien pałacu widne nurty i wir
Rzeki szlachetnej, zwanej Gwadalkwiwir.
IX
Ojciec, Don José, był złożony modłą19
Dawnych hidalgów20; rodu mu nie kalał
Nigdy Żyd ani Maur; krew miał niepodłą,
Gocką; szczep gocki wczas Hiszpanię zalał21,
Dzielniejszy rycerz nie siadał na siodło
Ani się z siodła na ziemię nie zwalał
Niż José, co nam spłodził bohatera,
Co... lecz niech naprzód pieśń się nie wydziera.
X
Matką mu była uczona niewiasta,
Nad każdym studia odbywała kwiatkiem,
Gdzie jaki z gleby chrześćjańskiej wyrasta.
Prócz cnót dowcipem zachwycała rzadkim,
Że się dziwiła nawet mędrców kasta
I nawet zacni wzdychali ukradkiem,
Że blaskiem swoim tak ich w cienie chowa
Uczona własną sztuką — białogłowa.
XI
Deklamowała biegle na wyrywki
Kalderonowe22 dzieła i Lopeza23;
Gdyby na scenie aktor zabył śpiewki,
Podpowiedziałaby doña Ineza,
Przybladłby przy niej Fajnagiel24, choć krewki.
Umiejętności kram strącił do biesa;
Słaby był jego kunszt mnemotechniczny25,
By wyhodować taki okaz śliczny.
XII
Najmilszy był jej dział Matematyki;
Wspaniałomyślność — cnota z cnót wybrana;
Żart — żartowała czasem — jak z Attyki26;
W mowie subtelność, mgłą grubą owiana;
Słowem — była tym, co wszystkie języki
Zwą: „Dziwo”. W dymkę27 stroiła się z rana;
Na wieczór: zimą w jedwab, latem w gazę.
Nie chcę, by zmysły miały stąd obrazę.
XIII
Z łaciny znała Pater noster28 w treści;
Alfabet grecki — przez pół oczywista;
Czytała czasem francuskie powieści,
Lecz pronuncjacja jej nie była czysta,
Dla kastylskiego nie żywiła cześci29,
A wymawiając nim, bywała mglista.
Co myśl — sentencja, co słowo — zagadka,
Jakby w mroczności tkwiła wyższość rzadka.
XIV
Znała angielską i hebrajską mowę,
Twierdziła, że są zbliżone akcentem;
Z Bibliji miała dowody gotowe;
Sądzę, jakkolwiek profan w Piśmie świętem,
Że jej wywody są trafne, wzorowe,
Gdy potwierdzone Starym Testamentem.
Hebrajskie słowo, co „Jam jest” oznacza,
W angielskim się w przekleństwo przeistacza.
XV
U innych język — tu mówiły lica;
Słuchacze z jej ócz, z jej brwi morał pili;
Była to samorządna pracownica
Ziemi, jak opłakany Sam Romilly30,
Ów praw wykładacz i państwa strażnica,
Co samobójstwo spełnił chyba w chwili
Bezwiedzy; dowód, jak na świecie znika,
Co się urodzi. (Sąd orzekł: „Miał bzika”).
XVI
Mógłbyś rzec: Była chodzącą rachubą
Lub panny Edgeworth31 powieścią wcieloną,
Lub pani Trimmer32: Wychowania próbą
Dziełem: Kawaler w pogoni za żoną.
Zawiść myszkując zawiodłaby się grubo,
Bo doña Inez była nieskażoną.
Choć się „niewieści grzech” dziś w świecie sroży,
Ona bez grzechu była — co najgorzej.
XVII
Ach! czystsza była niż łabędzie puchy
I niż dewotek naszych święte grona;
Tak z dala od niej stały piekieł duchy,
Że nawet anioł stróż odjął ramiona.
Stateczne były u niej wszystkie ruchy
Jak w czasomierzach sławnych Harrisona33.
Na ziemi z cnotą jej nic nie szło w parze,
Chyba twa „cudna maść34”, o Makassarze!
XVIII
Ach! doskonała... lecz że doskonali
Ciężarem nudnym są nędznego świata,
Gdzie Adam z Ewą kochania nie znali,
Aż się zamknęła dla nich rajska krata,
Bo wprzód bez chuci żyli cisi, biali...
Co oni robić mogli przez te lata?
Don José, jako prawdziwy syn Ewin35,
Prócz żony zrywał jabłka z różnych drzewin.
XIX
Don José był to człek, jakich niemało;
Wiedzy nie lubił, więc nie był uczony;
Chciał iść tam, gdzie mu właśnie się zachciało,
Nie dbając, że to przykre jest dla żony.
Świat, co rad zawsze, gdy się co źle stało,
Gdy dom się wali lub się chwieją trony,
Wykrył dwie struny zbytnie w jego lutni;
— Wystarczy jedna do domowej kłótni.
XX
A doña Inez w takiej zalet krasie
Bardzo ceniła cnót swych idealność,
Toż przeniewierstwo męża znieść?... A zasię36!
Święta — to prawda — była jej moralność,
Lecz czasem w sercu diabeł bruździł — zda się,
Bo, z przywidzeniem rzeczy dotykalność
Mieszając, chwili nie straciła żadnej,
By pana męża wpędzić w potrzask zdradny.
XXI
A do złapania nietrudny małżonek,
Co grzesząc, z boku nie postawi straży.
Najbieglejszemu, choćby jak postronek
Prężył uwagę, despekt37 się wydarzy,
Że mu na głowę spada nagle trzonek
Wachlarza żony, który ciężko waży,
Bo dłoń żonina nim jak szablą władnie,
Zaś mąż nie dojrzy ciosu, aż nań spadnie.
XXII
Błąd jest, gdy panny uczone wychodzą
Za ludzi, którzy nie mają oświaty;
Za panów, którzy choć „dobrze się rodzą”,
Ale ich nudzą poważne debaty.
Przestrogi moje skromne w nic nie godzą,
Ja jestem prosty człek i nieżonaty...
Lecz — mężu mądrej żony, szczerze powiedz,
Czy was nie wodzą jak gromadę owiec?
XXIII
W domu słyszano czasem głośne swary;
O co? Przesadzał się w badaniu śmiałem
Młody i młoda, i stara i stary;
Źle, że nie dbali tak, jak ja nie dbałem.
Wścibstwem się brzydzę; grzech to godzien kary;
Jeżeli kiedy czym skromnie błyszczałem,
To, żem łagodził mych przyjaciół sprzeczki,
Sam pozbawiony kłótliwej żoneczki.
XXIV
Chciałem i między nami zrównać przedział.
Chciałem — Bóg świadkiem; oni po kryjomu
Szydzili ze mnie, chyba w nich czart siedział!...
Dla mnie nie było nigdy „państwa w domu”,
Choć mi na ucho odźwierny powiedział...
Mniejsza już o to — lecz doznałem sromu38,
Bo mały Juan na głowę mi wylał
Kubełek pomyj, gdym się z drzwi wychylał.
XXV
Ladaco z wiechą pokędzierzawioną,
Diablik skaczący do nocy od ranka;
Rodzice zawsze w zwadzie, w jednym pono
Zgodni: w pieszczeniu małego szatanka.
Ojciec rozsądny, miast się kłócić z żoną,
Do szkoły posłałby młodego panka
Albo go w domu zapoznał z brzeziną;
Chłopiec z mniej gęstą w świat by poszedł miną.
XXVI
Don José z doñą Inez tym sposobem
Wiedli czas jakiś nieszczęśliwe życie,
Pragnąc już raz się rozdzielić — choć grobem.
Dla ludzkich oczu żyli przyzwoicie,
Jako że byli dobrego wyrobem
Chowu; nikt nie zgadł, że się gryzą skrycie,
Aż ogień długo tłumiony wybuchnął
I cały sekret jawną wieścią gruchnął.
XXVII
Pani wezwała doktory, znachory,
Chcąc dowieść, że jej mąż cierpi na „głowę”.
Lecz że „lucida momenta39” miał chory,
Godziła się, że „serce” ma niezdrowe.
Gdy tłumaczono jej, że to pozory,
Niosła w zeznaniach dowody jałowe.
„Bóg mnie — mówiła — oskarżyć przymuszał.”
Na to eskulap40 ramionami ruszał.
XXVIII
W dzienniczku błędy męża spisywała
I gromadziła stosy bilecików,
Skąd argumenty oskarżeń czerpała.
W Sewilli mnogich liczyła stronników,
A wśród nich babkę, co już zdziecinniała.
Wszyscy zaś dużo wyprawiali krzyków:
Inkwizytorzy, sędziowie, juryści,
Ci dla uciechy głupiej, ci z zawiści.
XXIX
A potem słodki ten ideał żony
Z taką pogodą znosił męża bole,
Jak owe dawniej spartańskie matrony,
Co nie wydały skargi, gdy mąż, w pole
Wyszedłszy — legł; nie biły w płaczu dzwony.
Chłodna, choć go kto oszczerstwem zakole,
Na męki męża z takim jasnym czołem
Patrzała, że świat krzyknął: „Jest aniołem!”
XXX
Cenić przyjaciół, choć im w oczy plwano,
To filozofia prawdziwa i czysta.
„Wspaniałomyślność” też jest piękne miano,
Zwłaszcza gdy z miana tego się korzysta.
Nigdy jej na tym grzechu nie złapano,
Co go zwie malus animus41 jurysta42.
Że nie jest zemsta osobista cnotą,
To prawda — ale czyż ja mam dbać o to?
XXXI
Gdy stare waśni z grobu wywołają
Skandal zwietrzały i w kłamstwa ubiorą,
To ludzkie złości roli tu nie grają;
Skandal trwa, bo się stał tradycji zmorą.
Naszym czcigodnym przez kontrast umają
Czoło, moralność zyska w dziesięcioro.
Wiedza się przez to zmartwychwstanie wzmoże:
Skandal jest dobry pod sekcyjne noże.
XXXII
Zadyszeli się w pojednawczym dziele
Znajomi; krewnym poszło jeszcze gorzej
(Doprawdy, iż się sądzić nie ośmielę,
Komu w tym razie powierzyć „ład boży”,
Czy krewni lepsi, czy też przyjaciele);
Juryści chcieli rozkucia obroży
Ślubów — lecz ledwo wzięli pierwsze raty,
Nagle don José odszedł w lepsze światy.
XXXIII
Umarł — w wyborze pory niełaskawy,
Bo, ile mogłem wyczuć ze wskazówek
Biegłych, co znali już podobne sprawy,
Z szeptów ostrożnych, mrugań i półsłówek,
Śmierć jego proces przerwała ciekawy,
A co smutniejsza — spędziła z placówek
Mieszczańskich uszu czaty, co z tej racji
W wielkiej zaczęły się wznosić sensacji.
XXXIV
Ach! umarł — a z nim razem pogrzebiono
Opinię tłumów, jurystów zasługi;
Pałac sprzedano, służbę rozpędzono;
Żyd zabrał jednę z kochanek, przy drugiej
Ksiądz został — tak mi przynajmniej mówiono...
Gdym pytał, co mu przerwało niedługi
Żywot, eskulap rzekł: Febris quartana43.
— Żonie w sumieniu pozostała rana.
XXXV
Zresztą don José był dobre człeczysko;
Staję w obronie, bom go dłużej badał;
Więc nie wystawiam go na pośmiewisko
Ni o słabostkach będę rozpowiadał.
Wprawdzie przekraczał czasem stanowisko
Przyzwoitości, żądzami nie władał,
Jako ów Numa, Pompiliuszem zwany44,
Ale — żółciowy był, źle wychowany.
XXXVI
Choć pamięć jego dzisiaj nic nie waży,
Biedny on! Nieraz ból mu dojął srogi.
Przyznaj, hart ducha najtęższy się zwarzy
W dniu jak ów, kiedy wstąpił w domu progi
I u zwalonych, sierocych ołtarzy
Stanął... skruszone łkały u nóg bogi.
Wybrać musiało serce tkliwe, dumne
Śmierć albo sprawę w sądach — wzięło trumnę...
XXXVII
Bez testamentu zmarł. Ustawą prawną
Juan wziął proces, domy, lasy, pola,
W spadku; pod ręką opiekunów wprawną
Ogromne zyski rokowała rola.
Regencję matka objęła — jak dawno
Uświęca zwyczaj i natury wola:
Synek jedynak z rąk jedynej matki
Wyjdzie rozsądny, uczony i gładki.
XXXVIII
Najmędrsza z niewiast i wdów zapragnęła,
By Juan wzorem był dobrego tonu.
Nie godnyż, by się przed nim szlachta gięła?...
(Ojciec z Kastylii był, a z Aragonu
Matka). W rycerskie go szeregi pchnęła;
W wypadku wojny miał się trzymać tronu.
Uczył się rąbać, strzelać, jeździć konno,
Brać szturmem bramę forteczną, zakonną...
XXXIX
Lecz jeden, imperatywnej natury,
Punkt ponad inne wzniósł się punkty walne.
Zapowiedziała pedagogom z góry,
Że wychowanie ma być skroś moralne;
Wszelakie książki przez rodzaj cenzury
Miały przejść, zanim stały się czytalne,
Z wszystkich gałęzi wiedzy Juan młody
Mógł szczknąć prócz jednej: nauki przyrody.
XL
Wszystkie języki, zwłaszcza starożytne;
Wszystkie nauki, zaś metafizyczne
Specjalnie; sztuki, mające zaszczytne
W dziedzinie piękna miejsce — nie uliczne.
Te wiadomości były dlań aż zbytne,
Lecz omijano rzeczy skandaliczne:
O ras przerództwie ni najmniejszych wzmianek,
By się — broń Boże! — nie zepsuł Juanek.
XLI
Klasyczne studia bruździły okrutnie,
Bo był w nich Jowisz45, Mars46, Juno47, Wenera48,
Co zbytkowali w miłości wierutnie,
Lecz bez staników, majtek et cetera49...
Ochmistrze wiedli z doñą częste kłótnie,
Aby ocalić z Wergilim50 Homera51,
Często musieli użyć apologii,
Bo nie cierpiała Inez mitologii.
XLII
Owidiusz52 raptus — znać to w każdym słowie;
O skromność nie jest Anakreon53 dbały;
Katullus54 rzadko coś grzecznego powie,
Nawet w Safonie55 nie tkwią ideały,
Choć Longin56 twierdzi, że w hymnów osnowie
Szczytniejszych wzniesień oczy nie widziały.
Czysty jest Wergil, ale gdzież miał rozum,
Gdy pisał: Pastor Corydon formosum57?
XLIII
Lukrecjusz58, brzydki dla swojej niewiary,
Młodym żołądkom nie da zdrowej strawy;
Juwenal59 — wierzę — miał czyste zamiary,
Lecz użył środków złych dla zacnej sprawy.
W szczerocie myśli nie zachował miary
I gruby, szorstki jest, nawet plugawy,
A już chcę wierzyć, że nikt nie pochwala
Nieprzyzwoitych wierszyków Marcjala60.
XLIV
Z najlepszych wydań uczono Juana;
Takie przez biegłych trzebione wydanie
Mądrze uchyla sprzed oczu młodziana
Jaskrawsze zwroty; lecz że obrzezanie
Kaleczy szpetnie skromnego kapłana
Muz i żal widzieć go w tym smutnym stanie,
Wyimki swoje notują w przypisku,
Tak spis obscoenów młodzieniec ma w zysku.
XLV
W indeksie razem wszystkie zgarniesz dłonią,
Miast je jak ryby zganiać do więcierzy61;
Stoją w szeregu jak wojsko pod bronią,
Gotowe potkać się z rzeszą młodzieży,
Aż mniej surowi wydawcy je zgonią
I każdy ustęp wsuną, gdzie należy,
Nie chcąc, by stały tak nagością widne
Jako w ogrodach boginie — bezwstydne.
XLVI
Mszał — familijny skarb — jak wszystkie mszały
Oraz kościelne książki, daty starej,
Był malowany po krawędziach cały
W figlarne grupy; a już nie dam wiary,
Żeby ktoś, patrząc, jak się całowały
Owe osóbki, zwracał okulary
W tekst książki; toteż matka, myśląc zdrowo,
Wzięła ją sobie, a on — dostał nową.
XLVII
Musiał Juanek oczyma, uszyma
Badać homilie, kazania, żywoty
Złotoustego Jana62, Hieronima,
A czynił owe studia bez ochoty.
Jak się dochodzi wiary, jak utrzyma,
Augustyn63 bieglej od onej hołoty
Pogańskiej prawi w Wyznaniach tak lubo,
Że jego grzechy wydają się chlubą.
XLVIII
Było to chłopca dzieło ulubione;
Muszę jej oddać hołd wedle zasługi
Za cne zamiary — urzeczywistnione.
Miała go zawsze na oku; gdy sługi
Brała, to stare; gdy przyjęła bonę64,
To nie znalazłbyś równie brzydkiej drugiej,
Tak zabiegała już za nieboszczyka,
Na wzór mężatkom, roztropna podwika65.
XLIX
Juan tymczasem rósł piękny jak kwiatek;
Miluchny chłopczyk z jedenastym rokiem
Już zapowiadał, że za kilka latek
Zaćmi spółczesnych męskości urokiem.
Uczył się, sił miał młodzieńczych dostatek,
Zdał się do nieba iść stanowczym krokiem,
Bywało, pół dnia w kościele przepędza,
Pół w gronie matki, mentora i księdza.
L
W szóstym — jak rzekłem — czarujące dziecię,
W dwunastym piękny chłopiec, choć za cichy.
W dzieciństwie był jak młody wilczek; przecie
Tak go głaskali, aż oskromniał z pychy;
Myśleli: dobrze, gdy się żywość zgniecie
W chłopcu; potulny zdał się i uśmiechy
Wywabiał matce na twarz mędrzec mały;
Tak był stateczny, roztropny, wytrwały.
LI
Czy był? Wątpiłem; jeszcze mi wątpliwe
Dzisiaj; nie bój się! złe stąd nie wypadnie,
Znałem Joségo, a mam przenikliwe
Oko — lecz bardzo byłoby nieładnie,
Wnioskując z ojca o synu, złośliwe
Czynić uwagi; z żoną żył nieskładnie,
To prawda; ale zgorszeniem się brzydzę,
Obmowy nawet w żarcie nienawidzę.
LII
Więc nic nie mówię — nic; nawet jedynym
Domysłem nie chcę cię, słuchaczu, męczyć,
Lecz gdyby Pan Bóg obdarzył mnie synem
(Że nie obdarzył, pragnę się wywdzięczyć),
Nie robiłbym go, jak ona — rabinem,
Nad katechizmem nie kazałbym ślęczeć,
Nie — nie! — posyłałbym chłopca do szkoły,
Gdzie sam zbierałem wiedzę, jak miód pszczoły.
LIII
Kwitnież tam wiedza! Nie chcę się nadymać
Z tego, com zyskał; com zyskał — pominę.
Nie wszystko wprawdzie zdołał mózg poimać66,
Daremnie kułem grekę i łacinę;
Od innych za to nie mogłem się wstrzymać
Studiów — nie powiem jakich — język zwinę.
Jestem kawaler, ale śmiem wnioskować,
Że syna trzeba całkiem nie tak chować.
LIV
Rok już szesnasty Juanowi mijał.
Przystojny, żywy, młodością wiośnianą
Wiotki, lecz silny, jak dąb się rozwijał,
Każdy prócz matki dawał mu już miano
Mężczyzny; jej zaś mało nie zabijał
Gniew, gryzła wargi, kiedy tak go zwano,
By nie wybuchnąć, bo dojrzałość wczesna
Była w jej oczach rzecz bardzo bezczesna67.
LV
Śród przyjaciółek wielu naszej donny,
Dla68 pobożności cennych i rozsądku,
Jaśniała doña Julia. Byłby płonny
Zamiar w porównań różnych kreślić wątku
Piękność, co była dla niej tym, czym wonny
Pyłek dla kwiatka, a ciepło dla wrzątku,
Czym dla Amorka łuk, pas dla Wenery...
(To porównanie chroma69 — jestem szczery).
LVI
Czarne jej oczy widocznie zdradzały,
Że mauretańskiej krwi zdroje w niej płyną,
W istocie różne krwi się pomieszały
— Hiszpan pogardza taką mieszaniną —
Grenady dumnej gdy runęły wały,
Boabdil70 smętny zbiegł, zbiegli z rodziną
Przodkowie Julii nazbyt wrogom znani;
Jej pra-prababka została w Hiszpanii.
LVII
Z hidalgiem jakimś — nie pomnę pieczęci —
Wstąpiła w związki; szlachcic krew swą skalał,
Prawa szlacheckie mając w niepamięci;
Dziad jego pewno w grobie się przewalał,
Bo stara szlachta stary zwyczaj święci.
Co na mezalians nigdy nie pozwala;
Żenią też z sobą braci, siostrzenice,
Skąd świetność rodu obraca się w nice.
LVIII
I teraz ród się obrócił na nice,
Krew się zepsuła, odrodziło ciało;
Drzewo szpecące hiszpańską ziemicę
Znowu strzelistą latorośl wydało,
Przestawszy rodzić karły i karlice,
Lecz próżno chciałbym zdusić wieść rozgrzmiałą,
A wstrząsającą owej damy sławę,
Że... w dom wnosiła prawe i nieprawe.
LIX
Bądź co bądź ród ten najpiękniejszym sprostał
I piękniał jeszcze w późne pokolenia,
Aż wreszcie w rodzie jedynak pozostał,
Co miał znów jedynaczkę; bez wątpienia
Każdy zgadł, że ten szczep, który się ostał,
To była Julia; ja z tego zdarzenia
Mógłbym urobić poemat niebrzydszy;
Miała wdzięk, męża, lat dwadzieścia i trzy.
LX
Jej oczy (bardzo piękne oczy cenię)
Ogromne, czarne, obłoczyste, rzewne,
Kiedy mówiła, rzucały płomienie,
A nigdy dumne nie były ni gniewne,
Zawsze miłosne; czasem z nich zachcenie
Rozkoszy błysło — lecz trwożne, niepewne,
I gasło zaraz — bo hartowna dusza
Uskramia ciało i milczeć przymusza.
LXI
Lśniący włos czoło w powabnej obręczy
Trzyma, połyskiem lustrzanym nasyca.
Brwi w kształt powietrznej zginają się tęczy;
Młodości zorzą purpurowe lica
Tak przezroczyste czasem, jak z pajęczej
Tkanki, pod którą w żyłach błyskawica
Żarzy się. Słowem, twór niepospolity;
Wysmukła — krępej nie znoszę kobiety.
LXII
Niedawno śluby ją związały święte
Z mężem — niestety! — wiosen pięćdziesięci.
Myślę — a z życia mam dowody wzięte —
Że lepiej mieć dwu o dwudziestu pięci,
I znowu myślę tak: ...mi vien in mente71...
Że gdzie krew kipi i do życia nęci,
A słońce grzeje, tam wybór niewieści
Przekłada męża, co ma lat trzydzieści.
LXIII
Smutna to jest rzecz, przyznam, ale winię
Słońce; ono się tak nieskromnie jarzy,
Taki roznieca żar w człowieczej glinie,
Tak ją przypieka, grzeje, pali, smaży,
Że choć człek modli się i z postów ginie,
Zawsze tam ciało, nie duch, gospodarzy.
Co my umizgiem, nierządem prorocy
Zwą, częstsze w krajach słonecznej przemocy.
LXIV
Północne ludy skromne, jak wam błogo!
— Wasz grzech jest zimny. U was morał goni
Grzesznika bez szat na śnieżycę srogą,
Wszak w śniegu kruszył się święty Antoni.
Sędzia orzeka, jak się płaci drogo
Cnotę niewiasty; kto się wdzięczy do niej,
Skazan na grzywny; podatek nie lada,
Co jak papiery wznosi się i pada.
LXV
Don Alons — tak się zwał mąż pięknej żony —
Na swoje lata dość był zamaszysty;
Ni to kochany, ni znienawidzony,
Żył z nią, jak wiele stadeł, w zgodzie czystej,
Gdyż pobłażały sobie obie strony.
Nie mieli jednej duszy ni dwoistej;
On był zazdrosny, ale cicho siedział:
Zazdrość nie lubi, by świat o niej wiedział.
LXVI
Julia z Inezą — przyczyny nie wskażę —
Była od dawna bardzo sprzyjaźniona,
Chociaż ich gusty nie chodziły w parze,
Bo Julia wcale nie była uczona.
Ludzie szeptali (lecz to kłamstwo wraże,
Złośliwość mile łechce ludzkie łona),
Że nim don Alons z Julią stworzył stadło,
Raz dlań Inezy serce w grzech popadło;
LXVII
Że podejmując dziś starą znajomość,
Którą uczynił czas czystą jak chusta,
Względy, którymi cieszył się jegomość,
Zlała na żonę dama złotousta.
Schlebiała Julii ta względów rzekomość,
Które chwaliły don Alonsa gusta
W wyborze żony; gdy plotek do zniku
Zdusić nie mogła, użyła tłumiku72.
LXVIII
Czy Julia na ten stosunek patrzała
Okiem sąsiadów, czyli73 była skrzętna
W odkryciach własnych — nie wiem, nie dawała
Poznać, jakie jej w sercu biły tętna.
Może istotnie ślepa lub niedbała,
Może znudzona, może niepamiętna,
Doprawdy dziwna kobieca natura,
Kryjąca zawsze głąb duszy jak chmura.
LXIX
Znała Juanka i buziak dziecinny
Ucałowała czasem; nad przepaście
Nie wiedzie przecież taki gest niewinny...
Dwadzieścia miała lat, a on trzynaście.
Lecz wnet stosunek nastał wcale inny,
Kiedy młodzieniec liczył lat szesnaście...
Wielkie się zmiany przez lat kilka darzą,
Zwłaszcza u ludów z ogorzałą twarzą.
LXX
Ulegli nagle niepojętej zmianie:
Ona się stała skryta, on płochliwy,
Nie całowali się na powitanie,
W oczach się zjawiał wyraz kłopotliwy.
Nie można wątpić — prawda, piękne panie,
Że rozumiała zmiany nieszczęśliwej
Przyczynę Julia; lecz on miał pojęcie,
Jak ten, co łódki nie zna — o okręcie.
LXXI
Julię bo chłód ten robił bardziej miłą;
Gdy wysuwała swe paluszki drżące
Z Juana ręki, to dotknięcie było
Tak delikatnie lekkie, tak mamiące,
Iż mogła sądzić dusza, że się śniło,
A nigdy zwodnej Armidy74 tysiące
Czarów nie kuło tak rycerzy w pęta,
Jako Juana serce — te rączęta.
LXXII
I spotykała go już bez uśmiechu,
Ale ze słodszą niż uśmiech tęsknotą,
Jak gdyby myśli, szemrzące po cichu
I pełne skargi, tuliła pieszczotą
Za to, że więzi je w serca kielichu.
Wszak i niewinność nie grzeszy szczerotą,
Sercu drugiemu prawdy nie poruczy75;
Miłość obłudy już z młodu się uczy.
LXXIII
Ale się zdradza namiętność nieszczera,
Właśnie przez skrytość swą; jak czarne chmury
Zwiastują dziką burzę, tak przeziera
Namiętność przez ócz zamglone lazury
I w jakąkolwiek szatę się ubiera,
Jest zawsze jednej, obłudnej natury.
Chłód, duma, niechęć lub szorstkość bolesna,
To jest jej maska, zazwyczaj niewczesna.
LXXIV
Były westchnienia głębsze, bo tłumione,
Słodka w kradzionych spojrzeniach nieśmiałość,
Rumieńce wstydu za niepopełnione
Winy; przed zejściem76 lęk, z rozejściem żałość.
Wszystko to zdradza pożądania one,
Co z namiętnością młodą tworzą całość,
Wskazując, jak to się miłość wietrznica
Zmienia w trusiątko, gdy napotka fryca77.
LXXV
Wstrząśnione było serduszko niebogi,
Czuła, że słabnie, więc milczeć przymusza
Niesforne serce; wszak jeszcze jej drogi
Honor i duma, mąż i własna dusza.
Postanowienia czyni, pełna trwogi,
Zdolne powstrzymać nawet Tarkwiniusza,
Prosi o pomoc Najświętszej Panienki:
Ona zna radę na takie udręki.
LXXVI
Postanowiła unikać Juana,
Lecz trzeba było odwiedzić dom stary.
Siedziała, w odgłos każdy zasłuchana...
Ktoś wszedł... to pewno on... nie... ksiądz wikary!
Dziękując Marii, siedzi zadąsana
I czeka; znów ktoś wszedł... ach! nie do wiary!
Rozpacz — znów nie on. W tę noc, strach mi wielce,
Nie modliła się Bożej Rodzicielce.
LXXVII
Teraz myślała tak: Kobieta z głową
Winna pokusie spojrzeć prosto w oczy;
Ucieczka rzeczą jest niehonorową,
Więc wytrwać trzeba; wtedy nie zaskoczy
Serca wróg żaden spojrzeniem, rozmową;
A jeśli nim jest młodzieniec uroczy,
Przystojny, miły, grzeczny?... no, dość na tem,
Nigdy nie będzie czymś więcej niż bratem.
LXXVIII
A gdyby kiedy — któż zaręczy za się?
Bo diabeł nie śpi i ciągnie ku zgubie —
Poczuła, że jej serce w ambarasie
Szepce: „Ja tego chłopca bardzo lubię!”
O! to cnotliwa kobieta nie da się
Skusić, i lepsza będzie po tej próbie.
A gdyby prosił... odmówić, i basta!
— Tak czynić każda powinna niewiasta.
LXXIX
Zresztą jest miłość, co świętością poi:
Czysta, powietrzna, jak kwiat nienaganna,
O której w niebie boski anioł roi
(Na ziemi czasem roi stara panna),
W której platońska woń... „właśnie jak w mojej”
Taka myśl była w Julii nieustanna.
I ja bym myślał tak, gdybym to ja był
Tym, co posesję w sercu Julii nabył.
LXXX
Takiej miłości nie mam za zwodnicę;
Powierzyć się jej może młodych dwoje.
Pierwszy całusek w rękę, drugi w lice...
Ja się w podobne rzeczy wdawać boję,
Bo pocałunek stanowi granicę
Bezpiecznych traktów; poza nią wyboje,
Przepaści; nie chodź, bo połamiesz nogi.
Ostrzegam — kto chce, niech słucha przestrogi.
LXXXI
Miłość więc, lecz nie wychodząca z szranek,
To był jedyny cel, bardzo niewinny.
Praktyczne lekcje, które z nią Juanek
Odbywał, kiedyś przydać się powinny.
Więc przy jej oczach, co jako kaganek
Błyszczały, uczył się, przy miodopłynnej
Rozmowie, głosach bijącego łona,
Czego?... ni Juan nie wiedział, ni ona.
LXXXII
A Julia, serce hartując i zbrojąc
Tą próbą jako spiżem duszę białą,
Żądała walki, pokus się nie bojąc,
Jak gdyby była fortecą lub skałą.
Mówiła sobie, serdeczne spokojąc
Obawy, że ją bój okryje chwałą,
Ale czy w boju owym była silną,
Czekajcie! Zaraz powiem, gdy wam pilno.
LXXXIII
Plan jej niewinny zdał się i możebny;
Któż by o miłość posądzał... smarkaczy?
Nawet, gdyby ktoś dziecko o haniebny
Związek z mężatką oskarżał, co znaczy?
Gdy serce winy nie zna, niepotrzebny
Strach, bo w nim pokój panuje prostaczy.
Przecież chrześcijanie78 palili się wzajem,
Wierząc, że za to Bóg nagradza rajem. —
LXXXIV
Gdyby tymczasem mąż umarł... Do licha!
Ta myśl by serca Julii nie skaziła
Nawet i we śnie — (tak marzy i wzdycha).
Ona by jego straty nie przeżyła!...
Ale przypuśćmy, tak inter nos79, z cicha,
Żeby istotnie śmierć męża skosiła. —
(Inter nos, raczej entre nous80; Julia lubi
Myśleć z francuska — ale to rym gubi.)
LXXXV
Przypuśćmy — ta jej myśl wpadła do główki:
„Tymczasem w męskość zacznie się oblekać
Juan i będzie gotów mąż dla wdówki
Która nań kilka lat może zaczekać.
Cnota (tu kończę przypuszczań osnówki)
Nie będzie mogła bynajmniej narzekać
Na ten stosunek, bo to będzie próba
Miłości takiej, jak miłość cheruba81.
LXXXVI
Tyle o Julii. — Do Juana pora
Powrócić. Biedny chłopiec! Nie rozumiał,
Że mu komórka jedna w sercu chora,
Czuł, jak Medea82, jakiś zgiełk, co szumiał
W głowie i straszył, jak skrzydło upiora.
Nie odgadł bowiem, że najprostszy tu miał
Fenomen, wcale dla serca niewstrętny,
Nawet po bliższym poznaniu — ponętny.
LXXXVII
Milczący, dziki, w marzeniach ponury,
Jakby z tajemnym bólem walki staczał,
Po desperacku krył się w lasy, góry
I ranne serce w samotności maczał.
Ja także lubię las lub ciche mury,
Lecz pragnę (nie chcąc, by ktoś myśl mą spaczał)
W samotni paszą być i pełnić cnotę,
Mając w haremie pustelniczą grotę.
LXXXVIII
„Miłości! W lasów splątanej gęstwinie,
Kędy się zachwyt z bezpieczeństwem parzy,
Tam, w czarów cudnych przeważnej dziedzinie,
Jesteś boginią z ramienia i twarzy”.
Poeta, który tak pisze, nie zginie,
Ale wiersz drugi mózgi ludziom smaży,
Bo gdy z „zachwytem bezpieczeństwo” złączę,
To mi się w głowie związek słów tych plącze.
LXXXIX
Poeta tymi wyrazy wskazuje
Prawdę, co w łonie ludzkiego plemienia
Tkwi, którą każdy starszy człowiek czuje
I może o niej mówić z doświadczenia,
Że przerwą równie śniadanie się psuje
Jak miłość. Nie tknę już treści „parzenia”...
„Zachwyt” jest czasem dobry — jak się zdarzy.
Lecz „bezpieczeństwo” niech stanie na straży.
XC
Don Juan chadzał ponad szklane wody,
— W sercu mu dziwne mary grały ładnie —
Lub twarz przytulał do traw dla ochłody,
Gdzie dąb na czoła brzóz konary kładnie,
Gdzie wieszcz Fantazji wychowuje płody,
Z których pożywać musisz, gdy tak padnie.
Ujdzie, gdy jakieś jądro w treści chowa
I nie jest ciemna jako Wordsworthowa83.
XCI
Tam on (nie Wordsworth, lecz Juan) prowadził
Ze swoją wzniosłą duszą samożycie,
Aż ból, co mało piersi nie rozsadził,
Uspokoił się i ustało bicie
Serca na chwilę. Jak umiał, tak radził
Swojej niedoli, wszystko czyniąc skrycie.
I nie zważając, że rozsądek ronił,
W metafizyczność się jak Coleridge84 wchłonił.
XCII
Myślał o swym „Ja”, o ziemi, o masie
Światów i gwiazd, o ich powietrznych szlakach,
W jakim, u diabła, mogły powstać czasie,
I o wulkanach, i wojennych znakach,
I wiele może liczyć księżyc w pasie,
I o balonach, i o wielkich brakach
W dziedzinie wiedzy, o górnych przezroczach —
A potem myślał znów o Julii oczach.
XCIII
Bystra źrenica w myślach tych odkryje
Wzniosłe żądania i marzenia szczytne,
Jeden się rodzi z nimi, drugi żyje
Badaniem, goniąc mary niepochwytne.
Dziwne to, gdy się młodzik z niebem bije
Myślą, czym trwają niebiosa błękitne.
Może sądzicie, że filozofował
Juan? — a gdzież tam; w dojrzałość wstępował.
XCIV
Kładł się na liście i na kwiatów puchy
I słyszał w szumach wiatru gadaninę.
Myślą przedstawiał nimfy, wodne duchy,
Jak to do ludzi chodziły w gościnę.
Tracił z rachubą czasu drogę w głuchej
Puszczy, a kiedy spytał o godzinę,
Spostrzegł, że stary czas piorunem bieży
I że do domu wróci — po wieczerzy.
XCV
Czasem go nęcił w takiej leśnej głuszy
Boscan85 lub Garcilasso86; wtedy czytał,
A jak, gdy karty księgi wiatr poruszy,
Drżą, tak gdy marzeń powiew doń zawitał,
Drżały tajemne karty jego duszy,
Ni to czarownik ją w powietrze chwytał,
A potem burzom rzucał na ofiarę,
Jak przy kominku bają babki stare.
XCVI
Tak błądzi często niezaspokojony.
W kąt poszły: humor, zabawa, nauka;
Wzniosłe dumania i poezji tony
Nie wystarczają mu; on myślą szuka
Piersi, na których mógłby utulony,
Spocząć i słuchać, jak w nich miłość puka
I szuka, czego? — pamiętam po sobie,
Lecz dziś nie wydam — powiem w swojej dobie.
XCVII
Takie dumania, błądzenia po lesie
Musiała doña Julia zauważyć;
Toteż spostrzegła, że z Juanem źle się
Dzieje... lecz na to muszę się poskarżyć,
Że nie szkodziło to doñi Inezie,
Gdy pozwalała włóczyć się i marzyć;
Czy nie spostrzegła, czy nie miał kto ostrzec,
Czy mając rozum swój, nie chciała spostrzec?
XCVIII
Dziwne to, ale prawdziwe, niestety!
Mąż, na ten przykład, kiedy żona łamie
Prawa święcone kodeksu kobiety
I gdy przekracza — któreś przykazanie
(Które? nie liczę; nie przestąpię mety
Grzeczności, jaka przynależy damie),
I jeśli zazdrość w mężu się zapala,
Tym chętniej żona zrobi zeń — rogala.
XCIX
Prawy małżonek podejrzewać musi,
Tylko że bardzo często podejrzewa
Człeka, co wcale mu żony nie kusi,
A znów jak ślepiec hańbą się okrywa,
Gdy „przyjaciela” mało że nie dusi
W uściskach, ten zaś frant, jak zwykle bywa,
Ucieka z żoną... Mąż stoi jak słupiec
I woła: „Zdrajcy!” zamiast: „O, ja głupiec!”
C
Rodzice równie czasem niedowidzą
(I najbystrzejszy wzrok tam nie poradzi);
Nie dojrzą, choć już ludzie głośno szydzą,
Kochanki Jasia lub kochanka Jadzi.
Aż tajemnicę, nad którą się biedzą,
Jakiś nieszczęsny wypadeczek zdradzi,
Matka zawodzi, ojciec klnie na czarty
Krzycząc: „Nie dzieci!” „Wyrodki!” „Bękarty!”
CI
Lecz matka była tak czujna, ostrożna
I doświadczona, że domysł odmienię;
Widać w tym tkwiła jakaś myśl pobożna,
Że wystawiała go na pokuszenie.
— Na trop podejrzeń puszczać się, rzecz zdrożna. —
Może tak — chciała skończyć wykształcenie
Lub z don Alonsa oczu zdjąć ślepotę,
Przez którą wierzył zbytnio w żony cnotę...
CII
Był to zwyczajny dzień a pora letnia.
Lato to pora bardzo niebezpieczna,
Równie jak wiosna pod sam koniec kwietnia;
Przyczyna — sądzę — leży ostateczna
W słońcu... Śmiejesz się?... Patrz! Myśl mą uświetnia
Prawda w naturze stała i odwieczna,
Że są weselsze i płodne miesiące:
Maj w heroiny jak marzec w zające.
CIII
W szóstym dniu czerwca... Dokładność nazwiecie
Przesadą, lecz ja tej przesady bronię;
Wymieniam zawsze miesiąc, rok, stulecie. —
Daty to stacje, gdzie Los zmienia konie,
Historia czyni zwrot, za czym po grzbiecie
Ludów i mocarstw pędzi w wielkim gonie,
Nie zostawiając nic prócz chronologii
I mszy żałobnych pod znak teologii.
CIV
W owej godzinie, w której dzień już kona,
A więc o siódmej albo wcześniej może,
Siedziała Julia, niby huri czczona
I usadzona gdzieś na rajskim dworze
Od Mahometa i Anakreona —
Moora, któremu niech lutnia i hoże
Pieśni triumfu grzmią, a wawrzynowy
Liść niechaj nigdy nie opada z głowy...
CV
Siedziała, jednak nie sama — albowiem...
(Brak mi o owej schadzce komentarzy,
Nic nie wiem — choćbym i wiedział, nie powiem,
Ząb językowi winien stać na straży).
Albowiem (tu mnie strach przechodzi mrowiem)...
Było ich dwoje... twarzyczka przy twarzy.
Gdy ujrzysz dwoje na takiej gawędzie,
Nie patrz; trudne to, ale mądre będzie.
CVI
Jak była piękna! Serce doświadczone
Płonęło w licach, a nie czuła trwogi;
Miłości! Mocy twe, chociaż tajone,
Silnych gną, słabych stawiają na nogi,
Często rozumnych ludzi omamione
Serca, twój powab goniąc, schodzą z drogi. —
Choć nad głęboką stanęła otchłanią,
W głębszej ufności nie zważała na nią.
CVII
Myślała o pokusach, o młodości
Chłopca, sumieniu gderzącym nieznośnie,
Zwycięstwie cnoty, małżeńskiej wierności,
O don Alonsa pięćdziesiątej wiośnie...
— Tę cyfrę muszę wpisać z konieczności;
Nic z niej dobrego nigdy nie wyrośnie,
Bo w każdej strefie, czy grzeje, czy chłodzi,
W pieniądzach dobra, lecz — w miłości szkodzi.
CVIII
Rzecze ktoś: Razy pięćdziesiąt mówiłem
Waćpanu — znak to, że go gniew unosi;
Rzecze poeta: Wierszy ukropiłem
Pięćdziesiąt — strach ci, że je wnet wygłosi;
Bandę pół-setni zawsze obejdź tyłem;
Miłość pół-wieczną prędko niemoc skosi,
Ale że miłość u dam tanią ma być,
Można za złotych pięćdziesiąt ją nabyć.
CIX
Julia chowała dla męża szacunek,
Miłość i wierność; potrzebując rady,
Wzywała wszystkich świętych na ratunek,
By ślubny pierścień zbawić od zagłady,
Oddała rozsądkowi posterunek
W sercu i tocząc tak z duszą układy,
Rękę Juana w swoją rękę wzięła
Przypadkiem — myśląc, że własnej dotknęła.
CX
Potem bezwiednie wsparła się na drugiej,
Co jej muskała kruczych włosów zwoje,
I zda się, wiodła z myślami spór długi,
Bo się odbiły w twarzy niepokoje.
Nie miała Inez przed Bogiem zasługi,
Że ostawiła tak razem — tych dwoje...
Ona, co dawniej tak Juana strzegła...
Moja by matka złemu zapobiegła.
CXI
Rączka, co rękę Juana pieściła,
Lekko, lecz tkliwie wzmocniła ujęcie,
Jak gdyby prosząc: „Weź, jeślim ci miła”.
Chciała, ot, dotknąć tylko — wierzę święcie,
Bo się platońska w niej myśl rozkwiliła,
A gdyby inne myśli w tym momencie
Powstały, to by odepchnęła przecie,
Boć to jest zdrożna rzecz zacnej kobiecie.
CXII
Nie wiem, czy uścisk go rozgrzał jak trunek...
Za to, co zrobił, winić go nie można:
Wdzięczny na rączce złożył pocałunek,
A potem myśląc, że to jest bezbożna
Śmiałość, twarz odział w rozpaczny frasunek87.
— Miłość, gdy młoda jest, jest taka trwożna...
Ona nie mogła krzyknąć, bo ją owił
Jakby żar ognia i lica spąsowił.
CXIII
Poszło spać słońce; po niedługiej chwili
Wstał żółty księżyc. W księżycu „złe siedzi”,
A kto go nazwał „czystym”, ten się myli;
Bo słońce, chociaż pół ziemi odwiedzi
W dniu owym długim, co się z nocą sili,
Ani połowy tych psot nie wyśledzi,
Którym przez parę godzin jest przytomny88
Pyzaty księżyc, choć zda się tak skromny.
CXIV
Jest niebezpieczne tej chwili milczenie,
Cichość, co daje duszy przepełnionej
Moc odemknięcia się, a na uśpienie
Już nie wystarczą nocnych muzyk tony.
Blask, co jak srebro kapie na odzienie
Lasów i rzuca czar na świat uśpiony,
Wnika też w serce, spokój zeń wypłoszy,
Potem otula je w półsen rozkoszy.
CXV
Julia siedziała na pół opleciona,
Pół uchylając gorące uściski,
A całym ciałem drżeli — on i ona.
Sądziła jednak, że jeszcze niebliski
Grzech, że w czas89 chłopca odepchnie od łona;
A tu tak dobrze... w oczach takie błyski
Rozkoszne świecą... a potem — ach! potem...
Nie wiem — żałuję już, że piszę o tem.
CXVI
O Plato! Plato! W twej dzikiej doktrynie
Wycięta ścieżka, co nią wiedzie szatan
Do piekieł; bardziej twoje brednie winię,
Gdy nimi serca miąższ bywa skołatan,
Niźli stek baśni, co z bardonu płynie
Romansopisów; tak, jesteś szarlatan
I krasomędrek; niechajże cię chórem
Okrzyczą! Jesteś ludzkości rajfurem90.
CXVII
Głos Julii rozwiał się w westchnieniu, i tym
Samym do dalszych zwierzeń się nie nadał;
Z pięknych ócz zdrojem łzy trysły obfitym,
Jakiś nieszczęsny traf jej cnotą władał.
Ach, któż z nas kocha, nie głupiejąc przy tym?
Jeszcze rozsądek w niej z pokusą gadał,
Jeszcze wzdragała się, jeszcze siliła
I „nie pozwolę” szepcąc — pozwoliła.
CXVIII
Skarby obiecał Kserkses91 nierozumny
Temu, kto znajdzie dlań uciechy nowe.
Iście, kto znalazł, mógł być bardzo dumny
I wybrał skarbca co najmniej połowę.
Ja jestem sobie wieszcz spokojno-umny,
Lubię miłostki (rozrywką je zowę).
Nie żądam uciech nowych, bo mi stare
Zgoła wystarczą, byle trwały w miarę.
CXIX
Rozkoszy! Wspierasz ty sprawę miłosną,
Lecz dla cię piekłu trzeba oddać duszę,
Postanowienia czynię z każdą wiosną,
Że nim rok minie, poprawić się muszę.
Lecz cóż!... Westalskim myślom92 skrzydła rosną
I ulatują. Tym razem się skruszę,
Ni chybi; patrzaj, serce żalem łzawię
I przyszłej zimy pewno się poprawię.
CXX
Tu niech mej czystej Muzie wolno będzie....
— Nie obawiajcie się, panny i panie,
Już się nie potknie, wstyd mając na względzie,
Ale licentia poetica w planie
Wypracowanym niteczki rozprzędzie
I choć zasłużył na poszanowanie
Arystoteles93 i jego reguły,
Przez kilka chwilek będę dlań nieczuły.
CXXI
Wolność tę oprę na błogiej nadziei,
Że słuchacz szósty dzień czerwca, co treści
Udzielił mojej wielkiej epopei,
Bacząc na bohaterów tej powieści,
Z zwykłego czasów toru wykolei
I po nim zaraz listopad umieści.
Był więc listopad; dzień nie pomnę który,
Zresztą w powieści brak nie zrobi dziury.
CXXII
Dziś o czym innym; słodko jest, gdy schodzi
Z księżycem bladym noc na modre morze...
Śpiew słychać dźwięczny z gondoliera łodzi
I wioseł plusk, jak rybek plusk w jeziorze;
Słodko jest patrzeć, jak się gwiazda rodzi
I słuchać wiatrów poszumu na dworze.
Słodko jest, gdy się przegnie na niebiosa
W fali kąpana tęcza krasnowłosa.
CXXIII
Słodko jest słyszeć kundysa szczekanie
Zacne, jak w skowyt radosny się mieni;
Słodko jest widzieć, że ktoś na spotkanie
Wyjdzie, że oko mu się rozpromieni.
Słodko, gdy ptaszki zbudzą na śniadanie,
A uśpi burza. Słodko, gdy szepleni
Pierwsze wyrazy dziecko, kiedy pszczoły
Brzęczą, gdy słychać dziewcząt śmiech wesoły.
CXXIV
Słodkie jest winobranie, gdy się śmieją
Bachusowego soku94 pełne grona
Błękitne; słodko przed miejskich zawieją
Uciech rzucić się naturze w ramiona;
Słodko biednemu cieszyć się nadzieją,
A ojcu pierwsze przycisnąć do łona
Dziecię; żołdactwu bardzo słodkie łupy,
Kobiecie zemsta, korsarzom okupy.
CXXV
Słodki jest spadek, a nadzwyczaj słodka
Rzecz, gdy się z liczby żyjących wymaże
Siedemdziesięcioletni wuj lub ciotka,
Która „nam młodym” długo czekać każe
Na schedę ani da zajrzeć do środka
Skrzyni, a sama żyje jak Łazarze,
Gdy nas tu Żydów opadają hurmy
Wołając: „Zapłać, bo pójdziesz do turmy95...”
CXXVI
Słodko laurowe zyskiwać wianeczki
Krwią lub inkaustem; słodko, gdy ostudzi
Serce swe gniewy; słodko miewać sprzeczki
Z nieznośnym gościem, kiedy nazbyt nudzi;
Słodkie jest wino z flaszek, piwo z beczki;
Miło, gdy słabą istotę z rąk ludzi
Wyrwiesz; gdy szkolną izbę uprzytomnisz,
Co już nie pomni cię, choć ty ją pomnisz.
CXXVII
Lecz stokroć słodsza dla duszy i ciała
Pierwsza namiętna miłość. Jako Ewa
Po pierwszym grzechu większych nie zaznała
Rozkoszy, tak gdy z wiadomości drzewa
Uszczkniesz i wszystko już poznasz — bez mała,
Dusza milszego nic się nie spodziewa
Nad ów niebiański grzech, co tak jest mitem,
Jak baśń o ogniu z niebiosów dobytym.
CXXVIII
Jest dziwne zwierzę, co się zwie człowiekiem,
Co w sobie wszystkie zdolności kojarzy
I popisuje się wszechstronnym stekiem
Głupstw, i wystawia w kramach ku sprzedaży.
Wiek nasz jest dziwów rozpuszczonych wiekiem,
Gdzie każdy talent ma swoich handlarzy;
Sprzedają prawdę, a gdy worek pusty,
Z przekupniów prawdy robią się — oszusty.
CXXIX
Wszechstronność wdziera się w odkryć dziedziny;
Geniusz, gdy mu się kieszeń wyjałowi,
Przyprawia nosy, stawia gilotyny.
Ten ci wybije zęby, ten odnowi...
Race Congreve’a96 są nie bez przyczyny
Lekiem przeciwnym całkiem — ospie krowiej,
Gdy doktor starą niemoc leczy, nowy
Zaród słabości zbierając u — krowy.
CXXX
Z ziemniaków da się wypiec (marna) bułka,
Galwanizm97 trupom policzki wykrzywia,
Lecz dziś przynosi większą korzyść: Spółka
Filantropijna, co unieszczęśliwia
„Gratis” umarłych — życiem. A zlicz kółka
Maszyn, którymi się dziś ruch ożywia!...
Rzekłem, że mała ospa wnet nas minie;
Może też po niej i wielka zaginie.
CXXXI
Mówią, że wielka przyszła z Ameryki;
Niechby z powrotem skrzydła ją poniosły.
Ludność za gęsta — twierdzą statystyki,
Przetrzebić warto krze, gdy się rozrosły.
Zrobią to wojna, głód, mór, Angielczyki,
Cywilizacji najdzielniejsze posły,
Lecz nie wiem, czy ich prastare zarazy
Od naszych nowych nie lepsze sto razy!
CXXXII
Wiek nasz patentem obdarza sposoby
Na ciał zabicie, ale dusz zbawianie.
Wszystko to dobrych zamiarów wyroby.
Lampa Davy’ego98, z którą się w otchłanie
Spuszczając górnik czarne kruszy groby,
Po Lodowatym spacer Oceanie
Lub po Tombuktu — równe czynią straty,
Jak pod Waterloo czyniły armaty.
CXXXIII
Człowiek — przyrody najdziwniejsze dziecię,
Przerasta sądy, które o nim głoszą.
Szkoda doprawdy, że w tym ślicznym świecie
Rozkosz jest grzechem, czasem grzech rozkoszą...
Nikt nie wie, gdzie go wir losów pomiecie;
Sława i miłość w drodze go unoszą,
Pnie się... a kiedy po promyku złotym
Nadziei dojdzie... śmierć — jak wiesz — a potem...
CXXXIV
Cóż potem?... Nie wiem. Pewno nie wiesz i ty,
Więc idź spać. — Ja zaś do mojej powieści.
Był to listopad w dni dżdżyste obfity,
Gdy już puch śniegów skalne turnie pieści,
We mgle majaczą wierzchołków błękity,
Jezioro głucho u brzegu szeleści,
Pieniąc się wspina na skały niezłomne
I spać o piątej idzie słońce skromne.
CXXXV
Była to „gruba” noc — jak mówią stróże —
Bez gwiazd, księżyca. Wiatr północną stroną
Wył, na kominkach snop iskier ku górze
Strzelał. Przy ogniu, pomnę, siada grono
Rodzinne... Lubię takie ognie duże,
Jasne jak niebios nieschmurzone łono;
Lubię przy ogniu sieść99, gdy pracy zbędę,
Lubię ostrygi, szampan i gawędę.
CXXXVI
Północ. Już doña Julia głową w puchy
Wtuliła, pewnie śpiąc. Wtem niespodzianie
Powstał zgiełk zdolny wzruszyć śpiące duchy
Umarłych, gdyby na świętych wołanie
Nie byli wstali, jak śród zawieruchy
W dniu ostatecznym każdy z nas powstanie.
We drzwi ktoś pięścią tłukł i z wielu krtani
Wychodził okrzyk: „Pani! Otwórz, pani!”
CXXXVII
„Czy pani słyszy?... Pan wraca! Mój Boże!
I wlecze z sobą prawie pół Sewilli!
Słyszał kto kiedy o takim potworze?
Czuwałam, ale tak nas zaskoczyli...
Trzeba otworzyć drzwi — weszli w podwórze,
Już są na schodach — będą tu w tej chwili,
A jak go znajdą... Jezu! i wywloką...
Niech skoczy!... Okno nie bardzo wysoko”.
CXXXVIII
A don Alonso kroczył rozjuszony,
Za nim przyjaciół, sług, pochodni siła100.
Większość gromady miała także żony,
Toż była dla nich gratka bardzo miła
Przerwać sen słodki damie rozmarzonej,
Co może męża świątnicę kaziła.
Przykład niewiary zaraża jak dżuma:
Przebaczysz, druga z grzechem się pokuma.
CXXXIX
Nie wiem, jak i skąd takie podejrzenia
Mogły się w głowie Alonsowej zrodzić,
Lecz jawnie dowiódł szlachcic z urodzenia,
Że się nie umie z damami obchodzić,
Kiedy znienacka i bez ostrzeżenia
Śmiał do sypialni żony sejmik zwodzić,
Zganiać lokajów z mieczem i pochodnią,
By dowieść rzeczy... brrr... która jest zbrodnią.
CXL
A biedna Julia — niby przebudzona
(Uważ: nie mówię, że sen był udany),
Zaczęła wzdychać, łkać, prężyć ramiona...
Wtedy Antonia, której spryt był znany,
Wzburzyła pościel, jak gdyby to ona
Powstała z łóżka; miała snadź101 swe plany,
Gdy chciała dowieść w tej chwili naglącej,
Że pani spała przy boku służącej.
CXLI
Więc Julia-pani przy Antonii-służce
Leżały, jak dwie babie102, pełne trwogi,
Mniej przed wampirem, co się we krwi pluszcze,
Niż przed żołdactwem z sąsiedniej załogi.
Tak przytulone na jednej poduszce
Przemęczą całą noc obie niebogi,
Póki nie wróci wierny mąż. O świcie
Wołając: „Otóż mnie masz, moje życie!”
CXLII
Wreszcie głos Julia z piersi wydobyła:
„Na Boga! mężu, czy cię szał ogłupił?
Co to ma znaczyć? Bogdajbym nie żyła,
Nimeś mnie biedną na ofiarę kupił!
Po co tu przyszła ta zgraja opiła?
Czyś się szaleju najadł, czyś się upił?...
Ja bym umarła, niżbym cię oszukać
Miała... tak — szukaj!” Mruknął: „Idę szukać”.
CXLIII
Szukał — szukali — weszli do alkowy,
Zajrzeli do szaf, komody i biurka,
Znaleźli parę pończoszek, balowy
Trzewik, wstążeczki, sznurki, szlarki, piórka
I wszystko, czego do strojenia głowy
I lic używa każda Ewy córka;
Zrąbali lustra, stoły, krzeseł parę,
Pokłuli sofy, dywany, kotarę.
CXLIV
Pod łóżko oczy puścili na zwiady;
Znaleźli coś — lecz nie to, czego chcieli.
Otwarłszy okno badali, czy ślady
Jakie na piasku są — nic nie ujrzeli,
Więc popatrzali na się, jakby rady
Wzajem szukając — a żaden z mścicieli
(Psychologiczna to dla mnie zagadka)
Nie śpieszył — w łóżku poszukać gagatka.
CXLV
Śród tego nie spał języczek jejmości:
„O tak, szukajcie — wołała — nie bronię,
Wyczerpcie cały zapas krzywd i złości.
Na toż mi przyszło, nieszczęśliwej żonie!
Na toż w jagnięcej cierpiałam cichości,
Żeś mi łeb stary kołysał na łonie?...
A! — już za wiele — to obelga krwawa;
Jeszcze Hiszpania jest i żyją prawa.
CXLVI
Tak, don Alonso, mężem być przestajesz;
Nie wiem, czyś nawet był kiedy mężczyzną...
Masz lat pięćdziesiąt, staruszkiem się stajesz,
Czyliż się zgadza z poważną siwizną
Zazdrość? Mądrze to? O, czemu mi krajesz
Serce, haniebną je naznaczasz blizną?
Niewdzięczny zdrajco, krzywdzisz mnie niegodnie!
Jak śmiesz anioła posądzać o zbrodnię?...
CXLVII
Na tom, jak jaka pustelnica dzika,
Praw się płci mojej i wieku wyrzekła?
Na tom starego wzięła spowiednika,
Od którego by wnet inna uciekła,
A i ten w cnocie mojej nie wytyka
Plam, tak ją czysta białość już powlekła.
On nie chciał wierzyć, bym zamężna była...
Cóż byś rzekł, gdybym z trwogi poroniła?...
CXLVIII
Na toż ci dotąd oszczędzałam rogów
I na kortejów103 nie patrzałam wcale?
Nie wychodziłam prawie z domu progów,
Chyba na walkę byków, mszę i bale,
A wielbicieli — aż wstyd mi... jak wrogów
Precz odpędzałam w niewinności szale.
Na toż to hrabia O’Reilly104 jenerał,
Co zdobył Algier, życie dla mnie sterał?...
CXLIX
Czy to uległam, gdy muzyk Cazzani
Chciał moją stałość zmiękczyć nutą tkliwą?
Czy mnie nie nazwał Włoch, książę Corniani,
Jedyną w państwie kobietą cnotliwą?
A — policz książąt z Rosji i Brytanii!...
Książę Krepkijew, na którego krzywo
Spojrzałam, umarł; dla mnie się z rozpaczy
Książę Caffehouse zabił... (zapił raczej).
CL
Czyż nie łazili za mną dwaj biskupi,
Don Fernan Nunez i hrabia Ikary?...
Taką to żonę wierną krzywdzisz?... głupi!
Czy dziś na nowiu księżyc? Czy to czary?
Dobrze choć, iż się na tym tylko krupi;
Że mnie nie bijesz, by dopełnić miary
Tyraństwa. Ha! ha! Pocieszne figurki!
Dobyli mieczów i odwiedli kurki.
CLI
Więc się twój nagły wyjazd skończył na tem?
Po toś pojechał do jakiegoś kupca
Z tym hersztem zbirów — panem adwokatem,
Co wystrychnąwszy się tutaj na głupca
Tak mądrze patrzy! Oj! Godzieneś batem
Dostać, a bardziej ten pan — pozwo-róbca,
Bo nie z miłości dla mnie ni dla ciebie
W skandalach, gdzie się da, jak w śmieciach grzebie.
CLII
Może sądowne chce zrobić zajęcie?
O proszę, proszę, jestem bardzo rada;
Mąż przygotował wszystko na przyjęcie:
Tu jest atrament, pióro, niech pan siada,
Rachuje, pisze, przykłada pieczęcie...
Mąż mój zapłacił — niech pan kąty zbada;
Lecz my w negliżu — niech się straż nie tłoczy!”
Antonia jękła: „Wydrapię im oczy!”
CLIII
„Czegóż stoicie? Szukajcie, a śmiele!
Tu jest przedpokój, tu salon, alkowa,
Tu sofa, krzesła, kanapy, fotele,
Piec... może w piecu kochanek się chowa!
Ale ja chcę spać, moi przyjaciele;
Szukajcie cicho — bo mnie boli głowa;
A jeżeli gdzie przydybiecie gaszka,
Zbudźcie mnie! Będzie i dla mnie igraszka.
CLIV
Teraz, mój panie, gdyś już na manowiec
Wszedł i na cnotę mą miotasz pociski
Ku własnej hańbie, bądź łaskaw i powiedz,
Kto jest twój rywal? Daleki czy bliski
Znajomy? Szlachcic? Kawaler czy wdowiec?
Przystojny? Młody? Wysoki czy niski?...
Mówże! A gdy już mą dumę tak łechcesz,
Wiedz, że się może stać to, czego nie chcesz.
CLV
Może sześćdziesiąt ma lat? — dla mężatki
Za stary — zwłaszcza gdy mąż taki młody!
Nie zabijaj go — za twardy na jatki
(Och! och! Antonia, daj mi szklankę wody!).
Lecz czegóż płaczę? Czyż nie jestem matki
Swej córką? Szkoda mych łez i urody.
Nie spodziewałaś się, matko kochana,
Że się dostanę — biedna — w moc tyrana...
CLVI
Czy-ć o Antonię zazdrość, mężu tkliwy?
Widziałeś, jak jej przytuliłam skronie
Do piersi, gdyś wpadł i twój obelżywy
Zastęp. Ha! Szukaj, bezwstydny — nie bronię;
A bądź drugi raz bardziej litościwy
I z całą bandą wstrzymaj się na stronie,
Byśmy się mogły przyzwoicie przebrać,
Gdy towarzystwo takie ma się zebrać.
CLVII
Skończyłam — więcej nie powiem, mój panie,
A co wyrzekłam, to jest cicha skarga
Na barbarzyńskie twe postępowanie,
Które bezbronną cnotę w błocie szarga.
Sumienie zada ci kiedyś pytanie:
Dlaczegoś skrzywdził... i tak ci zatarga
Duchem, że niechaj ratują niebiosa!...
— Antonia! Podaj mi chustkę do nosa.”
CLVIII
Umilkła — wsparła na poduszkach głowę,
W spłakanych oczach pałała źrenica,
Jak zza łez nieba ognie piorunowe.
Jedwabne, czarne warkocze na lica
Spadłszy welonem, ledwo przez połowę
Kryły ramiona jasne jak księżyca
Białość; na pół się rozchyliły wargi
I serce biło głośniej — pełne skargi.
CLIX
Gdy don Alonso stał w sromie głębokim,
Antonia wściekła biegała po sali,
Podniósłszy nosek, nicestwiła wzrokiem
Pana i za nim stojących wasali,
A nikt się smutnym nie cieszył widokiem
Prócz adwokata, co widział już w dali
Proces — i nie dbał o przyczynę sprzeczek,
Byle z tej racji napełnił woreczek.
CLX
Wietrząc, nos podniósł w górę, oczy zmrużył
I tak Antonii poruszenia śledził.
Snadź105 się w nim bardzo duch podejrzeń burzył.
O dobre imię cudze się nie biedził.
O młodość nie dbał, powabom nie służył,
Byle z szumowin procesik wycedził;
Przeczeniom wiary nie dawał prócz w śledztwach —
Gdy na fałszywych wsparto je świadectwach.
CLXI
Don Alons — rzekłem — zasromany wszytek106
Stał i doprawdy pocieszną miał minę,
Kiedy zajrzawszy do najskrytszych skrytek,
Sponiewierawszy młodą kobiecinę,
Odkrył wstyd tylko swój, a na dobitek
Żona, do gniewu znalazłszy przyczynę,
Słowa piekącym zaprawiła jadem,
I łając, szydząc, sypała jak gradem.
CLXII
Zatem bąknął coś na kształt przeproszenia,
A tu się płaczu odezwały dzwony;
Zapowiedź spazmów, która się odmienia..
Z kolei w mdłości — płacz nieutulony,
Drgawki i inne podobne zachcenia.
On wspomniał sobie portret Joba107 żony,
A w perspektywie ujrzał szwagrów, ciotki...
I chciał swej twarzy nadać wyraz słodki.
CLXIII
Miał coś rzec, raczej znów bąknąć boleśnie,
Ale Antonia do wymysłów skora,
Kowadło mowy odcięła mu wcześnie
Od młota, mówiąc: „Wyjdź pan! Pani chora,
Wyjdź pan, bo skona!” On mruknął: „Niech sczeźnie!”
A już minęła do gadania pora,
Więc spojrzał jeszcze na nią, już ze łzami,
I nie wiedząc jak — znalazł się za drzwiami.
CLXIV
Z nim wyszedł jego posse comitatus108,
Adwokat wprawdzie nie bardzo się kwapił,
Lecz go Antonia gniewna na kształt gratu z
Izby wypchnęła. Widocznie go trapił
Ten nagły w czynach Alonsa hiatus109,
Co się mógł skończyć źle; gdy tak się gapił,
Wszystek nad sprawą zadumany walną110,
Drzwi mu zamknęła przed twarzą legalną.
CLXV
Klucz obróciła — wtedy... o boleści!
O grzechu, wstydzie, o, wy, białogłowy!
Możecież czyniąc tak, nie stracić cześci?
Czy nie ma za to kary dość surowej?
Czy się przy cnocie radość nie pomieści?
O! Niech wypowiem gromiącymi słowy
Czyn, co się w piersi oburzeniem wtłoczył...
Z łóżka — półżywy — Juanek wyskoczył.
CLXVI
Skąd się wziął? nie chcę domysłami psować
Mózgu — w kronikach nie znalazłem wzmianek.
Młodziutki, gibki, potrafił się schować
Zwinąwszy w kółko jak ten obwarzanek,
A niepodobna111 już chyba żałować,
Że wy łóżku mało nie umarł Juanek;
Bo lepiej dać się udusić dziewczynie
Niż być, jak Clarens, utopionym w winie.
CLXVII
Po wtóre — nie żal mi, gdyż uniesienie
Wwiodło go w czyny, co się sprzeciwiały
Prawu, których się wzdryga przyrodzenie;
— Nie mówię — starszy ktoś! Lecz chłopiec mały...
Ha! Trudno. Szesnastoletnie sumienie
Nie czuje zgryzot tych, co wiek zgrzybiały,
Kiedy rachując złe i dobre kreski,
Widzi po diablej stronie — diable zyski.
CLXVIII
Opowiadają żydowskie kroniki,
Że gdy król Dawid był już śmiercią siny,
Gdy nie pomogły pigułki, kleiki,
Plastr przyłożono mu z młodej dziewczyny
I skoczył raźno jako rybka z rzeki,
I ozdrowiał król Dawid tej godziny...
Snadź doktor ów plastr odmiennie przyłożył,
Bo Juan dusił się, gdy Dawid ożył.
CLXIX
Cóż? Don Alonso, choć zakończył łowy,
Wróci, gdy zbrojne odprawi sąsiady.
Antonia znów szła po rozum do głowy,
Ale na próżno — nie było już rady,
Żeby obrócić wniwecz atak nowy.
Zresztą na niebie błąkał się już blady
Cień dnia; w omdleniu Julia głos traciła
I do ust jego usta przytuliła.
CLXX
On ją całując czule, dłonią małą
Odgarniał z czoła czarnych włosów sploty,
I tak już pili miłość piersią całą,
Że nie spłoszyłyby ich armat grzmoty!
Aż cierpliwości Antonii nie stało...
„Chodź pan! Chodź! Nie czas teraz na pieszczoty —
Szeptała zlękła i zła — tu alkowa,
Niech się pan prędko do alkowy schowa.
CLXXI
Dla tych czułości lepszą noc znajdziecie.
— Kto panu zgadnąć pomógł, skąd wiatr wieje?
Diabeł sam wiedział o waszym sekrecie.
Dobrze wam śmiać się, ja cała truchleję.
Czy to czas gruchać? O zakład idziecie?
Jeszcze minuta, a krew się poleje.
Ja mogę służbą, on życiem przypłacić,
A pani, pani... jeszcze więcej stracić.
CLXXII
Gdyby mężczyzna jeszcze, jak się godzi,
Dwudziestopięcioletni... (Ach! Uparty
Dzieciak) — ale tu co? — Pani się zwodzi
Sama; z własnego gustu stroi żarty,
Chodźże, na miłość boską — pan nadchodzi!
Tam, prędzej — prędzej — gdzie pokój otwarty...
Och! Byle przetrwał, aż się dzień rozjaśni.
Tak — dobrze. — (Proszę, Juanku, nie zaśnij!)”
CLXXIII
Wszedł don Alonso, bez świadków tym razem,
I pokojówka swadę swą przerwała,
Chciała coś mruknąć, pan jednym (wyrazem
Rzekł: „Wyjdź!” — więc, rada nierada, musiała.
Nie uszła wprawdzie jeszcze zdrada płazem,
Lecz cóż pomoże, choćby i została?
Przeto zerknąwszy skośnym oczu migiem,
Obcięła świeczce knot — i wyszła z dygiem.
CLXXIV
On milczał; potem, jakby się do winy
Przyznając, rzekł coś i z rozsądkiem sprzecznie
Zaczął tłumaczyć nocne odwiedziny...
Nie ma co mówić: obszedł się niegrzecznie
Z małżonką! — Wprawdzie miał pewne przyczyny,
Lecz je wyłuszczać bliżej — niebezpiecznie.
Zatem retora sztuką z przyczyn skutki
Wywodził w mowie, którą zwą „ogródki”.
CLXXV
Julia milczała, chociaż w tę obronę
Miała ochotę wtrącić swoje „ale”,
Bo żona, która zna najsłabszą stronę
Męża — zaraz go powstrzyma w zapale
I argumenta skłóci wyuczone
Jednym zarzutem, choć kłamliwym wcale112.
Trzeba być tylko w zdaniu pełną buty,
Za jeden zarzut oddać trzy zarzuty.
CLXXVI
Miała swe „ale” Julia — bez wątpienia,
Bo o Alonsie i Inezie głucha
Wieść się błąkała. Może głos sumienia
Milczeć jej kazał... Nie — bo go nie słucha
Kobieta, gdy ma krzywdę do pomszczenia.
Raczej nie chciała synowskiego ucha
Ranić; nie wiedział Juan, że są plamy
Na nieskażonym dlań honorze mamy.
CLXXVII
Był jeszcze jeden powód, więc już dwoje:
Mąż jej Juana najmniej podejrzewał,
I dziś, kiedy wpadł na żony pokoje,
Nie wiedział, jaki zdrajca tam przebywał.
Chciał dać zazdrości wyraz — zresztą swoje
Domysły w głębi własnej duszy skrywał.
Więc na Inezę teraz mowę zwrócić
Było to — gacha w ręce męża rzucić.
CLXXVIII
W tych delikatnych rzeczach starczy słówko;
Milczenie lepsze, bo dowodzi „taktu”
— Choć wyraz ten jest istną łamigłówką,
Biorę go dla dotrzymania kontraktu
Rymowi — „takt” jest kobiecie wskazówką,
Jak mówić, aby nie wymienić faktu.
Lube istoty! Kłamstwo u nich tanie
I nic nie zdobi ich tak jak udanie.
CLXXIX
Jakże nie wierzyć, kiedy się zapłonią...
— Ja bo wierzyłem zawsze. Na nic sprawa,
Gdy zaczepiony chcesz tą samą bronią
Bić; nawał słów cię zaleje jak lawa,
A gdy utracą dech, westchnienia ronią,
Chyląc wilgotne oczy, w których stawa
Para łez... Wtedy ty: „Masz, duszko, rację” —
Rzeczesz — a siadłszy, siadłszy — jesz kolację.
CLXXX
Skończył i błagał o łaskę skruszony.
Udobruchana pół — pół jeszcze łając,
Julia warunki kładła, jakich żony
Kłaść nie powinny, nawet odmawiając
Pieszczot; on zaś jak Adam wypędzony
Z raju stał, próżnym żalem się kajając,
Wreszcie już spełniał naznaczoną karę,
Gdy wtem... potknął się o — trzewików parę.
CLXXXI
Para trzewików... cóż to? rzecz niezdrożna!...
— Gdyby trzewiki były z damskiej nogi,
Lecz — w sercu czuję nagle ostrze rożna,
Te — były męskie!... Ujrzał je, z podłogi
Porwał... O sprawo kobieca, bezbożna!
Pulsy mi dzwonią z gniewu, zęby z trwogi...
Don Alons zbadał, jakiego są kształtu,
I wszystkie nerwy w nim krzyknęły: „Gwałtu!”
CLXXXII
Wybiegł, by ostry miecz przynieść na wroga,
Julia tymczasem wpadła do alkowy;
„Uchodź, Juanie! O, prędzej! Na Boga!
Uciekaj — nie mów już nic — nie trać głowy —
Wejdź w ten korytarz — wiesz, którędy droga —
Tu od ogrodu klucz — uchodź — bądź zdrowy —
Prędzej — Alonso powraca — daj usta —
Luby — idź — jeszcze mrok — ulica pusta”.
CLXXXIII
Była to, przyzna każdy, dobra rada;
Szkoda, że przyszła nieco poniewczasie.
Trudno, podatki takie los nakłada,
Dla doświadczenia każda przykrość zda się.
Juan chciał rzucić prędko dom sąsiada
I już drzwi dopadł w wielkim ambarasie,
Wtem wbiegł w szlafroku Alons; gniew mu palił
Lica — więc Juan stanął, pchnął, powalił...
CLXXXIV
Dzielne było natarcie. Światło zgasło.
Antonia wrzasła „gwałtu!”, pani — „gore!”
Lecz nikt ze służby nie wszedł na to hasło.
Alonso wołał: „Życie jej odbiorę!”
Juan odpowiedź dał, aż w krzyżach trzasło,
I krzyczał, bowiem płuca miał niechore.
Choć młody, bił jak Tatar, bez pamięci,
Bo męczennikiem zostać nie miał chęci.
CLXXXV
Miecz (razem z pochwą) na ziemię się stoczył
I zapaśnicy poszli na kułaki.
Szczęście, że Juan żelaza nie zoczył,
Bo mając w żyłach krew nie jak prostaki,
Może by ostrze w krwi Alonsa zbroczył
I wyprawił go na niebieskie szlaki.
O, strzeżcie mężów i kochanków głowy,
By z was nie stały się — podwójne wdowy.
CLXXXVI
Alons chciał wroga ramiony obwinąć,
Juan się szarpał, bo w nim dusza marła,
Krew (szczęściem z nosa) już zaczęła płynąć;
Wreszcie zaciekłość się wysiłkiem zżarła,
Zadał cios, który nie mógł celu minąć,
Witem się ostatnia zasłona rozdarła...
Uciekł jak Józef, do którego zwłaszcza
Tym był podobny, że uciekł bez — płaszcza.
CLXXXVII
Nadbiegła służba, hałasem zbudzona,
Ujrzała widok, co oczy odpychał:
Antonia w spazmach, a Julia zemdlona,
Alons, oparty o drzwi, ciężko dychał,
Na ziemi reszta bielizny splamiona
Krwią, której strumyk zaledwie wysychał.
Juanek dopadł furtki, klucz obrócił
I niegościnny dom chyłkiem porzucił.
CLXXXVIII
Tu się pieśń kończy. Mamże jeszcze śpiewać,
Jak Juan, odzian tylko nocy mrokiem
(Co takich zbrodni nie powinna skrywać),
Wstydliwym bardzo wrócił do dom krokiem?...
Skandal ten, jak się możecie spodziewać,
Z babskich języków wypłynął potokiem;
O rozwód podał don Alonso wściekły
— Angielskie pisma wiele o tym rzekły.
CLXXXIX
Kto by chciał dotrzeć aż do jądra sporów,
Poznać protesty, repliki, petyta,
Imiona sędziów i prokuratorów,
Woźnych i świadków — niech wie, że obfita
Literatura o tym jest i zbiorów
Kilka, z których się każdy mile czyta;
Najlepiej jednak badaczy z tą sprawą
Obezna Gurney w dziełku in 8-vo.
CXC
Doña Ineza, by w głuchej otchłani
Pogrążyć jeden z największych skandalów,
O jakich słychać nie było w Hiszpanii
Od ostatniego najazdu Wandalów,
Złożyła (pewno nie bez skutku) w dani
Pud gromnic Marii, koicielce żalów,
I po naradzie dam, najlepsza z matek
Wsadziła syna w Kadyksie na statek.
CXCI
Postanowiła, aby wszystkie kraje
Europy zwiedził i na każdym dworze
Poprawiał szorstkie swoje obyczaje.
Do Włoch i Francji miał jechać przez morze
(Morska przejażdżka lekarstwem się staje). —
Julię w surowym zamknięto klasztorze.
Poszła w milczeniu, pełna smutnych myśli,
Które ten oto list najlepiej skreśli:
CXCII
„Więc, to już koniec? Wybierasz się w drogę...
To dobrze — mądrze — choć stąd dla mnie świeże
Smutki — do twego serca już nie mogę
Praw rościć; swoje dałam i w ofierze
Znów dam; grzech jeden plami mnie, niebogę:
Zbyt cię kochałam!... Jeśli na papierze
Są plamy... O! nic — wierz mi — nic nie znaczą,
Oczy me palą się, drżą, lecz nie płaczą.
CXCIII
Kochałam, kocham cię i z tej przyczyny
Straciłam cnotę — ludzie mną wzgardzili
I Bóg — przecież swej nie żałuję winy,
Tak mi jest droga pamięć lubej chwili.
Nie mówię chełpiąc się jak heroiny...
Nie tak mnie ludzie ostro osądzili
Jako ja sama; piszę, bo się smucę...
O nic nie proszę, nic ci nie zarzucę.
CXCIV
Miłość mężczyźnie nie jest życiem całym —
Dla kobiet miłość — jedyne istnienie.
Jemu być wolno ambitnym i śmiałym,
Zdobywać sławę, majątek, znaczenie,
Napełniać serce rozkoszą i szałem,
Każda u niego trudność w jednej cenie,
On wszystkie dobra ma — kobieta jedno:
Kochać i kochać, i być zawsze biedną!
CXCV
Ty pójdziesz dalej w rozkoszy i dumie,
Kochając będziesz kochany; mnie smutnej
Nic nie zostało na ziemi — nic tu mię
Nie czeka, chyba wstydu chleb pokutny...
I wstyd przeżyję — ale nie przytłumię
Wspomnienia chwili szczęścia — niepowrótnej...
Więc bądź zdrów! Przebacz mi! Kochaj mnie! — A! Nie!
Skądże to słowo dziś?... Lecz niech zostanie.
CXCVI
Pierś moja chora dziś i jak podcięta
Bólem, a jednak skupiam resztki ducha
Duch mój już milczy, a krew jeszcze wzdęta
Jak morze, kiedy milknie zawierucha.
Kobiece serce mam — wszystko pamięta,
Ale jednego tylko dźwięku słucha;
Jako się igła do bieguna kręci,
Tak mi drży serce do twojej pamięci.
CXCVII
Rzec już nic nie mam, a jeszcze mnie siła
Jakaś wstrzymuje; nie wiem, czy położę
Pieczęć... lecz trzeba, bym kielich spełniła,
Dola ma gorszą chyba być nie może!...
Gdyby zabijał żal, już bym nie żyła;
Że biednych mija śmierć — tego się trwożę,
Więc muszę jeszcze żyć po tym pogrzebie
Szczęścia — kochać cię, modlić się za ciebie”.
CXCVIII
Na złotobrzeżnym ten list był pisany
Welinie113 kruczym piórem; kiedy kładła
Pieczęć i w kroplach spadał lak rozgrzany,
Z jej oczu ani jedna łza nie padła,
Choć ręka trzęsła się; lak był różany,
Motto: Elle vous suit partout114 (w nim odgadła
Los swój) — wyryte w pieczątce z karniolu115
Nad słonecznikiem rzniętym w białym polu.
CXCIX
— Taki był debiut Juana. Którędy,
Raczej „czy” powieść poprowadzę dalej,
To już publiki jest rzecz; ona błędy
Oraz zalety rozważa na szali,
Piórem na czapce wieszcza są jej względy
(Choć i nagana nie zaraz opali
Skrzydła poecie), więc jeśli łaskawie
Osądzą, za rok znów się z pieśnią zjawię.
CC
Moje poema, które się w epiczne
Przedzierzga — na ksiąg dwanaście rozłamię,
Opiszę wojny, miłości rozliczne,
Lądy i morza — a w niczym nie skłamię.
W tece mam już trzy epizody śliczne,
Pokażę także piekło w panoramie,
Stylem w dziedzictwie wziętym po Homerze,
Bo — do epicznych poetów należę.
CCI
Wszystko w odstępach stosownych rozmieszczę,
Z Arystotelem pragnąc żyć w przyjaźni,
Którego prawom poddają się wieszcze
I wstają wielcy ludzie albo — błaźni!...
Biały wiersz lubią — ja się rymem pieszczę,
Kto mistrz, narzędziem włada bez bojaźni.
Mitologiczną nową maszynerię
Mam — i bohaterstw prześliczną scenerię —
CCII
Nieznany zwłaszcza szczegół wytknąć muszę,
Co mnie wyróżnia od epicznej braci.
I tu przewaga — jest przy mnie, jak tuszę116.
Blask mych cnót przy tej na sile nie straci,
A kwestię ważną nadzwyczaj poruszę.
Oto: zbyt kraszą117 wszystko — myśl się schwaci118,
Nim przez labirynt bajek przejdzie żywa —
Moja zaś powieść cała jest prawdziwa.
CCIII
Kto o tym wątpi, niechaj spojrzeć raczy
Na dzieje w jednym z tradycją ujęciu,
Dzienniki, w których prawdy się nie paczy,
Opery w aktach trzech, komedie w pięciu,
A bohatera przyszły los obaczy
(Ja też nie stanę w wielkim przedsięwzięciu),
Zwłaszcza że pomni, kto żyje w Sewilli,
Jak się na scenie oń szatani bili.
CCIV
Jeżeli kiedy zniżę się do prozy,
To poetyckie napiszę reguły,
Przewyższające wszystkich reguł grozy.
Jeżeli na nie wieszcz nie będzie czuły,
To jego Muzę wpakuję do kozy —
Ekstraktem myśli okraszę bibuły;
Nazwę swe dzieło: Longin o pijaństwie,
Czyli: Poeta królem w rymów państwie.
CCV
Wierzaj119 w Drydena120, Pope’a121 i Miltona122,
Nie wierz w Wordswortha123, Coleridge’a124, Southeya125;
Szkapa pierwszego cała rozemdlona,
Southey wodnisty, Coleridge się upija,
Crabbego126 Muza jest niedościgniona,
Za to nie zawsze Campbellowi sprzyja.
Słów Rogersowi nie kradnij spod pióra
I nie romansuj z Muzą IMci Moora.
CCVI
Więc: nie pożądaj Muzy Sotheby’ego127
Ani Pegaza, ani żadnej rzeczy,
Która jego jest; nie mów fałszywego
Świadectwa jak „ktoś”, co mi nie zaprzeczy,
Pisać masz wedle przykazania mego —
To jest krytycyzm. To uczeń na pieczy
Mając, przed rózgą moją niech zna respekt,
Bo na Bóg żywy!... wyrządzę mu despekt128.
CCVII
Gdyby ośmielił się ktoś rozpowiadać,
Że propaguję niemoralność grzeszną,
Niechaj nie krzyczy, nim rózgą okładać
Zaczną; niech czyta jeszcze raz — nieśpieszno,
A o powieści mej nie będzie gadać,
Że niemoralną jest, chociaż ucieszną.
Zresztą w dwunastej pieśni wam pokażę,
Dokąd prawdziwi wędrują zbrodniarze.
CCVIII
A gdyby, mimo żem tak się z nim porał129,
Przeczył, że jest w niej dydaktyczne znamię;
Gdyby już błąd mu tak w mózg się zaorał,
Iżby rozumiał ciągle, że go mamię,
Krzycząc jak ślepiec: „Nie widzę, gdzie morał”...
To — gdyby ksiądz to był, rzekłbym, że kłamie,
Gdyby zaś to był żołnierz albo krytyk,
Rzekłbym mu grzecznie: „Jesteś pan... polityk”.
CCIX
A teraz nagródź mnie oklasków grzmotem
I pomnij, com tu rzekł o moralności
— Kraszę tę brzydką rzecz poezji złotem,
Tak dzieciom dają bawidełka z kości,
Gdy się im ząbki kłują — a wiedz o tem,
Że mam pretensję do poetyczności;
Lecz aby krytyk nie miał na mnie chrapki,
Przekabaciłem „Przegląd” mojej babki130.
CCX
Posłałem „prośbę” do wydawcy w liście,
On mi odwrotną pocztą złożył dzięki,
Zaraz artykuł palnie — oczywiście.
Lecz gdyby Muzę moją wziął na męki
I zawiódł, choć przyrzekał uroczyście...
I przeczył, że coś wziął z ręki do ręki,
Miodowe słówka na żółciowe mieniąc...
— Krzyknąłbym zaraz, że wziął gruby pieniądz.
CCXI
Sądzę — w tym świętym związku mogę pożyć
Długo, pod jego skrzydłami na walne
Czekać natarcie i czekając, trwożyć
Pisma codzienne, miesięczne, kwartalne.
Nie myślę wcale klientów im mnożyć...
Trudneż to, kiedy są „niepoczytalne”.
A „Edynburski Przegląd” i „Kwartalny”
Na krnąbrnych wieszczów mają sposób walny131.
CCXII
Non ego hoc ferrem callida juventa
Consule Planco132 — tak Horacy rzecze;
I ja tak rzekę; niech słuchacz pamięta,
Że to już szósty czy siódmy rok ciecze,
Odkąd rzuciłem kraj; dziś mnie ma Brenta,
Wtedym był gotów iść na gołe miecze,
Gniew u mnie jawny był, bom go nie chował,
Gdy Jerzy III w Brytanii panował.
CCXIII
Dziś mi w trzydziestym roku włos siwieje
(A gdy o dziesięć lat jeszcze podrosnę,
Chyba peruką łysinę odzieję),
W sercu ustały już bicia miłosne,
Już mnie nie nęcą walki ni turnieje.
Strwoniłem lato, ach! jeszcze na wiosnę,
Przepiłem życia procent i kapitał,
Sam bym się o hart duszy już nie pytał.
CCXIV
Nigdy już — nigdy jako deszcz majowy
Moc wrażliwości serca nie ochłodzi,
Choć z woni, świateł i barw ciągle nowy
Urok i nowe uczucia wywodzi,
A potem w sercu niby skarb miodowy
Składa; sądzisz-li, że się nimi słodzi
Miód serca?... Gdzież tam! Wszak to w duszy twojej
Jest moc, co słodycz miodnych soków dwoi133.
CCXV
Nigdy już — nigdy, o nigdy, me serce,
Nie będziesz gwiazdą moją, mym wszechświatem...
Dawniej me wszystko, dziś ze mną w rozterce,
Nie będziesz wonnym ciała mego kwiatem.
Ułudy znikły i dziś w poniewierce
U ciebie czułość... A ja?... Co też na tem
Straciłem? Owszem, nabyłem rozumu,
Dziw, że nie uciekł od żądz głośnych szumu.
CCXVI
Minęły dni mej miłości... ostatnie!
Śliczne dziewice, mężatki, ba! wdowy
Już nie zachwycą mnie, nie wciągną w matnię,
Słowem — zaczynam sposób życia nowy;
Przestaję wierzyć w dzielne dusze bratnie,
Wina się zrzekam na rozkaz surowy
Doktora; stanę się mrukliwym gderą...
Lecz mieć namiętność muszę — będę sknerą.
CCXVII
Ambicja była mym bogiem — dziś kona
Przed ołtarzami Uciech i Boleści...
O! Jeszcze noszę ja po nich znamiona
I o znikomej ich rozmyślam treści,
Mówiąc, jak głowa śpiżowa Bakona:
„Czas jest, czas był i czas minął.” — Trzydzieści
Mam lat — a życie moje już jałowe...
Serce spaliłem w żądzy, w rymach głowę.
CCXVIII
Jakiż cel sławy?... Na cetnar134 bibuły
Przelać przez pióro inkaustu pół beczki!
Dla niej się ludzie pną w górę jak muły,
A w górze często nie ma dróg ni steczki135 —
Dla niej się żołnierz krwawy, mówca czuły
Staje, wieszcz trawi noc przy blasku... świeczki,
Gdy oryginał przedzierzgnie się w marę,
Zostanie imię, portret, ciżmy stare...
CCXIX
Czym są nadzieje? Król Cheops przed laty
Posłał pod chmury piramidy dumny
Szczyt, chcąc swą mumię zbawić od zatraty
I wwieść swe imię w poczet wieków tłumny.
Lecz świętokradcza dłoń rozbiła kraty
Grobu, powieki otworzyła trumny...
O! Nie stawcie mi głazów na mogile,
Kiedy Cheopsa grobowiec legł w pyle.
CCXX
Bo ja prawdziwą filozofię cenię
I często taka myśl mi w duszy dzwoni:
Śmierć przyjdzie w porę po każde stworzenie;
Skosi i ciebie, jak bodiak136 na błoni;
Młodość nie przeszła ci niepostrzeżenie,
Choćbyś odzyskał ją, znowu się strwoni,
Więc dziękuj gwiazdom, że ci dobrze w świecie,
Bibliję czytaj i myśl o kalecie137.
CCXXI
Na tym więc, luby czytelniku, stajem —
A teraz ja, wieszcz, co te rymy składam,
Za rękę ściskam cię starym zwyczajem
I uniżony sługa — do nóg padam.
Spotkasz mnie; jeśli polubim się wzajem,
Z tajniejszych myśli ci się wyspowiadam.
Inaczej — przestań na tej okruszynie...
— Niechby tak każdy czynił, jak ja czynię.
CCXXII
„Poezjo moja! Lutni mojej szumie!
Rzucam cię w wodę — płyń, gdzie cię poniesie,
A jeśli jaki człowiek cię zrozumie,
To się i moje imię przez to wzniesie”.
Gdy kto Southeya czyta, a rozumie
Wordswortha, toć i mnie pobawić chce się...
— Cztery te pierwsze wiersze to intruzy
Niepożądane z Southeyowej Muzy. —
Pieśń druga
I
Wy, co chowacie młodociane kwiatki
Hiszpanii, Francji, Anglii, Portugalii,
Nie szczędźcie rózeg na niesforne dziatki;
Rózga bolesna, morał w nich utrwali.
Oto najlepszej wychowanie matki
W przypadku, któryśmy właśnie poznali,
Chybiło, odkąd sposobem zbyt dziwnym
Naiwny chłopiec stał się nienaiwnym.
II
Gdyby go dano do elementarnej
Szkółki, do klasy czwartej albo trzeciej,
W pracy oskromniałby chłopiec figlarny;
Szkoła ma w Anglii wielki wpływ na dzieci,
Nie tak w Hiszpanii, gdzie klimat jest parny,
Mimo że fakt ten znany od stuleci,
Nie przewidziała ochmistrzów rachuba
Rozwodu dzięki sprawkom żółtodzióba.
III
Zresztą młokosa nazbyt się nie wini;
Spójrz przez rozsądku tylko okulary;
Więc naprzód: Pani matka, rachmistrzyni
I — sam już nie wiem — ochmistrz, osieł stary;
Piękna kobieta — brzydka nie uczyni
Głupstwa i zwykle dochowuje wiary;
Mąż siwiejący nie w wielkiej jedności
Z młodą małżonką; czas, okoliczności...
IV
Tak — tak — świat musi wirować na osi,
A z nim wiruje cała ludzka trzoda;
Człek żyje, kocha, mrze, podatki znosi,
A kędy wieje wiatr, tędy się poda;
Król z tronu rządzi, ksiądz moralność głosi,
Doktor uśmierca — życie mknie jak woda,
Człek jada, pija, wzdycha, nie zadrzemie
W pracy, z tego cóż?... proch, cień, czasem imię!...
V
Do naznaczonej Juan pędził mety;
Kadyks przepiękne miasto i ogromne,
Rynek dla Indii — upada, niestety,
Odkąd się Peru stało wiarołomne;
W mieście dziewice... chcę mówić: kobiety
Takie słodziutkie, ponętne a skromne,
Że nie opiszę zgoła, choć się męczę.
Nie każdy takie widział — za to ręczę.
VI
Jako arabskie dzianety138, jak łanie,
Jako żyrafy smukłe lub gazele;
A te ich stroje niby malowanie!
Owe mantyle139 i szale... za wiele
Mówię — pieśni mi na opis nie stanie.
A nóżki, łydki, a ten w całym ciele
Wdzięk... szczęściem nie mam przenośni gotowej;
Skarć, Muzo, wieszcza surowymi słowy,
VII
Niech o lubieżnych rzeczach nie majaczy. —
Patrz, spod mantyli ruch jej ręki mlecznej
Odsłania oko, a oko zahaczy
O serce widza... O! kraju słoneczny:
Miłości! Nim cię zapomnę, niech raczej
Zapomnę modlić się! — Zbyt niebezpieczny
To strój — a takiej oczętom swawoli
Dozwala chyba weneckie fazzioli.
VIII
Kazała matka więc, by się wyprawił
Ku Kadyksowi, gdzie okręt na niego
Czekał; wzbroniła jednak, aby bawił140
Długo w tym mieście — nie powiem, dlaczego.
Chłopcu się nowy zupełnie świat jawił;
Hiszpański okręt, jak arka Noego,
Pod opiekuńczy miał go schować rąbek,
By zeń wyleciał czysty jak gołąbek.
IX
Kazał więc Juan pakować tłumoki,
Walizy, kufry. Jako stało w planie,
Wojaż młodzieńca miał trwać cztery roki.
Otrzymał nieco gotówki, kazanie,
Rady, jak stawiać pierwsze w świecie kroki.
Rozstanie było smutne — jak rozstanie...
List pełen przestróg dała jeszcze w ganku
(Nigdy nie czytał go) — i list do banku.
X
Kiedy wyjechał, by darmo nie trawić
Czasu, niedzielną założyła szkółkę
Dla psotnych malców, choć malcy się bawić
Woleli w wojnę, w piłkę lub kukułkę;
Więc czteroletnia i trzechletnia gawiedź
Szła często z płaczem klęczeć na podściółkę
Z grochu — bo Inez zaczęła wnioskować,
Że powołana była — dzieci chować.
XI
Wstąpił na pokład, ściągnięto kotwicę,
Fale skakały, wiatr cichnął powoli.
W zatoce owej częste nawałnice
Huczą; ja ich też użyłem do woli,
Podróżnym woda morska siecze w lice,
Ciało przesiąka wilgotnością soli.
Juan stał, patrzał na ląd już daleki
I pożegnanie słał — może na wieki.
XII
Smutno — wrażenie we mnie jeszcze świeże —
Patrzeć, jak brzegi rodzinne z ócz giną
Za wielką wodą... to cię tak rozbierze,
Zwłaszcza gdy żegnasz je prawie dzieciną...
Białe jest — pomnę — Brytanii wybrzeże,
Inne wybrzeża wyglądają sino.
Tak tedy, siadłszy na okręt, zaczynasz
Wierzyć, że robi się z ciebie — marynarz.
XIII
Juan stał, z głową czarnymi ciężarną
Myślami; śpiewał wiatr, majtkowie klęli,
Maszt trzeszczał, Kadyks był już plamką marną,
Tak się daleko odeń odsunęli.
Na słabość morską (w kwestię sanitarną
Puszczam się) — dobry jest beef-steak. Jeżeli
Masz zaufanie do mnie, spory kawał
Zażyj i pomnij, żem ja — radę dawał.
XIV
Juan przy sterze stał i wzrok synowski
Rzucał na góry swoje mgłami strojne.
Pierwsze żegnanie jest jak pierwsze głoski
Dla dziecka — trudne. Czuje to na wojnę
Idący pierwszy raz lud; dziwne troski
Rozpierają tak serce niespokojne,
Że kiedy nawet kraj porzucasz wstrętny,
Przy tym żegnaniu wzrok się zrobi mętny.
XV
A Juan wiele w ojczyźnie zostawił:
Matkę, kochankę — nie zostawił żony —
Słuszniej więc bólem niestłumionym trawił
Serce niż starszy ktoś i ożeniony.
A pomnij: jeśliś ty się płaczem dławił
Żegnając ludzi, z którymiś zwaśniony,
Możnaż łez nie lać, gdy się swoich żegna?...
— Chyba je z oczu sroższa boleść zegna.
XVI
Płakał więc Juan, jak płakali Żydzi
U wód Babelu, pamiętni Syjonu,
I ja bym płakał — ale Muza szydzi;
Zresztą zbyt nikły to powód do skonu.
Podróż młodemu nigdy się nie zbrzydzi,
Bo podróż bawi. Gdy do karabonu141
Kłaść będą tłumok, to w nim, mam nadzieję,
Już i książeczka ta kącik zagrzeje.
XVII
Juan stał, myślał, wzdychał i łzy ronił;
Łzy słone na toń słoną padające;
„Słodkie na słodkie”... (Ten wiersz mi zadzwonił,
Bom właśnie czytał, jak kwiaty pachnące
Przyniosła na grób, który prochy chronił
Ofelii — Danii królowa). Niknące
Brzegi natchnęły refleksjami duszę
I zaczął myśleć naprawdę o skrusze.
XVIII
„Bądź zdrowa! — wołał — Hiszpanio, bądź zdrowa!
Może cię nigdy, nigdy nie obaczę
I umrę z dala, bo się nie uchowa
W obczyźnie serce, ale się zapłacze...
Gwadalkwiwirze mój, rzeko domowa,
Żegnaj; ty, matko!... gdy nie przeinaczę
Losu — ty, Julio!...” Tu wyjął niebieski
List i przeczytał od deski do deski.
XIX
„Gdybym zapomnieć miał.... słuchaj mnie, Boże!...
Nie, nie — tak tanio czci mej nie pogrzebię,
Prędzej ta ziemska kula wpadnie w morze,
Prędzej to morze utopi się w niebie,
Niżeli inną nad ciebie przełożę,
Niż inną kiedy pokocham — prócz ciebie.
Nie dla mnie balsam powtórnej miłości...
(Tu okręt zachwiał się — on dostał mdłości).
XX
Wprzód niebo ziemię zgniecie... (tu się skutki
Wstrząśnienia wzmogły). O Julio! dopóty
Łkać będę... (Piotrze, daj mi trochę wódki,
Battista, pomóż mi zejść do kajuty...)
Aniele!... (prędzej, wy, piekła wyrzutki!...)
Luba!... (ten okręt chwieje się jak struty)
Tak bym się dzisiaj do nóg twoich cisnął
Całować!... (tu się gwałtownie zachłysnął!)
XXI
Czuł tę mrożącą jakąś słabość serca
(Raczej żołądka), w której jest smak piekła;
Co w mdłe człowiecze jestestwo się wwierca,
Kiedy druh zdradził, kochanka uciekła,
Kiedy najdroższych zesłał los wydzierca
Daleko albo gdy śmierć ich zawlekła...
Juan by świetniej wymową zapałał,
Cóż — gdy ocean jak emetyk142 działał.
XXII
Miłość kapryśna jest; sprawioną żarem
Własnym gorączkę odważnie przetrzyma;
Lecz się osłabia kaszlem lub katarem
I na ból gardła cierpliwości nie ma.
Rany śmiertelne leczy niby czarem,
Lecz pospolitych chorób się nie ima,
Ucieka, gdy ktoś, zamiast westchnąć, kichnie,
I czerwonością oczu się odstrychnie.
XXIII
Lecz ją najpewniej zmęczy i najsrożej
Morska choroba, co w jelita wnika,
Miłość tętnicę odważnie otworzy,
Lecz gorącego boi się ręcznika.
Przeczyszczająca ją pigułka trwoży,
Mdłości zabiją. Pomyśl, jak u smyka
Była zawzięta, gdy jeszcze śród mdłości
Żar go namiętny przejmował do kości!
XXIV
Okręt nazwany pięknie: „Trinidadą”,
Gnał do Liworna po gościńcu szklistym.
W tym mieście stara rodzina Moncado,
Która się rozstać musiała z ojczystym
Krajem — osiadła. Familijną radą
Był tam wysłany, opatrzony listem;
Prócz tego inni znajomi w Sewilli
Listy do swoich znajomych wręczyli.
XXV
Sług don Juana zastęp nie był liczny,
Wszystkiego troje i ochmistrz Pedrillo,
Człowiek stateczny i wielojęzyczny,
Który dziś leżał, zwyciężony tylą
Wrażeń, w hamaku i czuł ból febryczny,
A w głowie zamęt większy z każdą chwilą
I strach — bo woda, pryskając w strzelnice,
Skrapiała hamak, poduszki i lice.
XXVI
Słusznie się trwożył; charakter wojenny
Morza coraz to groźniej znaczył burzę.
Wiatr nie był jeszcze wściekłością brzemienny,
A już lądowcy pobledli jak tchórze.
Lecz marynarze — to jest ród odmienny.
Pod noc ściągnięto żagiel w samej górze;
Niebo wróżyło, że nastąpi starcie
I kilka żagli pójdzie na rozdarcie.
XXVII
O pół do drugiej wiatr nagłym zawrotem
Wpakował okręt między dwa bałwany,
Co dno wybiły, kując w nie jak młotem,
Spłukały pomost, uszkodziły ściany;
I nim żeglarze, strwożeni łoskotem,
Zbiegli się dźwigać okręt skołatany,
Ster pękł; do pomp biegł i stary, i młody,
W statku było już — cztery stopy wody.
XXVIII
Podróżni widząc, że ich okręt ginie,
Raźno skoczyli. Zaczęto przewracać
Beczki, odsuwać kufry, paki, skrzynie,
Lecz nikt się nie mógł otworu domacać,
Wreszcie znaleźli go. Całej drużynie
Zaczęła w serca mdłe otucha wracać,
Choć się wdzierała woda przez szczeliny,
Kładziono kołdry, tłumoki, pierzyny
XXIX
W otwór, co wszystko na nic się nie zdało;
Musieliby iść na pożarcie hajom,
Mimo wysiłek i energię całą,
Gdyby nie pompy. Niechaj ludzie znają,
Jaką się pompy te okryły chwałą
(Pięćdziesiąt beczek wody wyrzucają
W godzinę, a zaś ich wyrobem słynie
Zaszczytnie znany Mr. Mann w Londynie).
XXX
Dzień drugi dawał pozory pogody;
Więc byli radzi i krzepili siły,
Choć wewnątrz było na trzy stopy wody,
Którą trzy pompy nieustannie piły.
Znowu wiatr zawiał, nowe zrządził szkody.
Wpadli w wir, działa z łożysk się stoczyły,
Ogromny bałwan na okręt się rzucił,
Uderzył, podbił i na bok przewrócił.
XXXI
Tak wywrócony leżał i bez ruchu;
Pokład się w wodzie nurzał do połowy,
Sprawiając widok, co tak może w duchu
Utkwić jak gromów huk, ogień bojowy,
Jak wszystko, co się dobywa z rozruchu
Uczuć i łamie serca, karki, głowy.
Tak i topielcy, gdy wypłyną z toni,
Drżąc, straszne rzeczy powiadają o niej.
XXXII
Więc maszty, które okręt nachyliły,
Wyższy i niższy, toporami ścięto.
Okręt ani drgnął — leżał na kształt bryły,
Leniąc się powstać, jak parobek w święto.
Snadź143 mu dwa maszty ostatnie ciężyły:
Przedni i tylny — w milczeniu je ścięto;
Nikt się przed czynem rozpacznym nie wzdrygnął...
Wtedy się nagle stary okręt dźwignął.
XXXIII
Łatwo odgadnąć, że gdy te przewroty,
Odbywały się, podróżni niezdarni
Biegali tam — sam, nie mając ochoty
Zbyć życia prędzej, nim zbędą śpiżarni.
Ba! Stare wygi, gdy śmiertelne poty
Strach im wyciśnie, stają się niekarni,
Wódki wołają, wszelkie prawa depcą,
Czasem rum nawet prosto z beczki chłepcą.
XXXIV
Nic tak zapewne ducha nie posili,
Jak rum i wiara... Wierząc w te sposoby,
Jedni śpiewali psalmy, drudzy pili,
Wiatr wył dyszkantem — jak w chórze żałoby
Basem dudniły fale. Przestrach zmyli
Cierpienia, z morskiej wyleczy choroby.
Przekleństwa, modły i pijackie krzyki
Z ryczącą falą chór stworzyły dziki.
XXXV
Może by prędzej padli w tej pogoni
Z losem — lecz Juan, mądry, choć tak młody,
Stanął przed drzwiami, w każdej dzierżąc dłoni
Pistolet; a jak gdyby śmierć od wody
Lżejszą być miała niż od palnej broni,
Zaczęli prosić i łzami jagody
Rosić i wzdychać; toż bardzo się gani,
Że chcieli gwałtem umierać pijani.
XXXVI
„Więcej nam grogu144 daj — wołali — bo my
Zaraz umrzemy!” — „Nie! — Juan zawoła —
Prawda, że los mi nasz wspólny wiadomy,
Lecz umierajmy człowieczeństwa z czoła
Nie starłszy”. Mówiąc, od drzwi lud łakomy
Odpychał na kształt rajskiego anioła.
Pedrillo nawet z szanownym obliczem,
Choć kornie oczy wznosił, odszedł z niczem.
XXXVII
Poczciwy staruch na ramieniu duszę
Miał i zawodził, i wzdychał żałośnie,
Rachował grzechy, zagrzebany w skrusze,
Wołał: „Niechaj Bóg karą mnie ochłośnie!”
Przyrzekł, że gdy się dostanie na suszę,
To się z sukienką kapucyńską zrośnie.
A nie zabawi dłużej ni kwadransa
Przy don Juanie niby — Sanszo Pansa.
XXXVIII
Nadzieja jedna świeciła im trwale,
Dzień wstawał, wiatr snął, masztów już nie było,
Otwór wzrósł, wkoło ławy piasku, ale
Nie ląd; tak okręt bujał — nad mogiłą.
Do pomp się znowu rzucili; w zapale
Ostatnią ręce wytężali siłą;
Ze wschodem słońca pracowali sporzej,
Mocniejsi u pomp — a u żagli chorzy.
XXXIX
Płótno u sztaby uczepiono statku
I tak trzymało się jakby na rei,
Ale bez masztów, żagli, a w dodatku
Z dziurą w dnie — trudno nie tracić nadziei.
Rozpaczać jednak trzeba — na ostatku,
Żywot, choć długi, nigdy się nie przeje,
A choć czas przyjdzie, że śmierć załopoce
Skrzydłem — smutno gnić w lyońskiej zatoce.
XL
Tam ich wiatr rzucił; sam zaczął sterować
I samowolnie po odmętach wodził,
Ze steru trzeba było zrezygnować
I ze spoczynku; czas prędko uchodził
Przy pracy, bo maszt musieli prostować,
Ster lada jaki też by się przygodził145.
Niepewna chwila ta okrętu zmora
Płynęła, lecz nie z biegłością kaczora.
XLI
Sobą strawiła się gwałtowność burzy;
Lecz fala parła gwałtownie przez dziury
W okręcie; łudzić nie mogli się dłużej.
Wody też słodkiej zabrakło, bez której
Śmierć ich czekała niechybna w podróży.
Przez teleskopów poglądali rury,
Lecz nie ujrzeli ni żagli, ni brzegu,
Nic — tylko morską toń i strach noclegu.
XLII
Znów wicher zawył i znów okręt kruchy
Zaczął się głębiej zanurzać w topieli;
Choć wyzierała śmierć z tej zawieruchy,
Wszyscy cierpliwi byli, nawet śmieli,
Aż gdy się zdarły skóry i łańcuchy
U pomp, zwątpienie przyszło i ujrzeli,
Jak go pochwycił wiatr, wściekłością zbrojny..
— Tak chwyta ludzi wir domowej wojny.
XLIII
Zbliżył się cieśla. Łzy miał pod zgrubiałą
Powieką i rzekł cicho: „Kapitanie,
Nie ma ratunku!...” Ten człek żył niemało,
Po niejednym się błąkał oceanie
I widno146 strasznie mu się w duszy działo,
Bo nie było to kobiece płakanie...
Lecz tam zostały w chacie dzieci, żona...
Tą myślą człowiek zwariuje, nim skona.
XLIV
Ocean teraz prawie podkład zmywał;
Okręt się przegiął, strach różnicę znosił.
Ktoś swoim świętym funt świec obiecywał
(Ba! gdzie ich dostać?), drugi ręce wznosił
W górę, ów dziko w morze się wpatrywał,
Kilku spuszczało łódź, a jeden prosił
Pedrilla, aby dał mu rozgrzeszenie;
Ten go „do diabła” słał — przez roztargnienie.
XLV
Ci się rzucili w hamaki i spali,
Ci się stroili pięknie jak na gody,
Ci dzień urodzin swoich przeklinali,
Zgrzytali, wyli, włosy darli z brody.
Inni — jak rzekłem — mężni i wytrwali,
Spuszczali wielką szalupę do wody,
Marząc, że uda się śmierci wywinąć,
Byle nie trzeba wbrew prądowi płynąć.
XLVI
Lecz co myśl wiodło do ostateczności,
To — zjawiające się głodu widziadło.
Rozumiał każdy, iż zbraknie żywności,
Gdyby tak dłużej błąkać się wypadło;
A człek nie lubi żyć i mrzeć we czczości;
Morze śpiżarnię prawie całą zjadło,
W kutrze zmieściła się ledwo troszeczka
Masła — dwa sądki — i sucharów beczka.
XLVII
Szalupa była większa, toteż dla niej
Przypadło: chleba zmokłego dwadzieście
Funtów, sześć wiader wody, wina w bani
Pół wiadra; z mięsa kupionego w mieście
Kadyksie: jeden comberek barani,
Szynka wieprzowa, wołowina, wreszcie
Osiem galonów rumu — jak widzicie,
Dość licho asekurowano życie.
XLVIII
Jolla147, pinassa148 poszły z huraganem,
Kiedy się wzmogła burza — jeszcze rano,
Lecz można było boleć i nad stanem
Szalupy; z kołder żagle pozszywano,
Z wiosła, które się naszło w skołatanym
Statku, maszt jakiś wykoncypowano.
Dwie łodzie ledwo pół wzięły załogi,
A kuter w żywność był nader ubogi.
XLIX
Dzień bezsłoneczny powoli uchodził
Z morskiej pustyni. A jako zbrodniarze
W maskę twarz kryją, aby cios ugodził
Śmielej, i nocy powierzają straże,
Tak się im zjawiał mrok, co cienie zwodził
Na toń samotną i na blade twarze.
Dwanaście pełnych dni wiodła ich trwoga,
Teraz jej miejsce zajmie śmierć złowroga.
L
Zaczęto tratwę z gorącym pośpiechem
Zbijać, lecz tratwa na morzu — cóż znaczy?...
Na to mógłby ktoś poglądać z uśmiechem,
Gdyby był bardzo wesół i junaczy,
Prędzej zawtórzyłby pijackim echem,
Podochoceniem szalonym rozpaczy,
Epileptycznym pół, pół histerycznym;
Śmierć się bankietem radowała ślicznym.
LI
Opół do ósmej wyrzucono z nawy149
Kosze i belki, i wszelkie brzemiona150,
By jak najdłużej utrzymać dziurawy
Okręt; czuł każdy, jak nieunikniona
Śmierć dyszy... Z nieba padał blask sinawy;
Okręt, jak trumna trupem obciążona,
Szedł ciężko, potem drgnął, schylił się, zwinął,
Sztabą uderzył wprzód... i z wolna ginął.
LII
Wtedy żegnalny okrzyk w niebo wionął;
Tchórz wrzaskiem buchnął, zęby zaciął śmiały,
Niejeden w morze się rzucał i tonął,
Żądając prędzej śmierci — niewytrwały.
Ocean wkoło niby piekło zionął,
Okręt wpadł — ciągnąc z sobą morskie wały151,
Jak ten, co z wrogiem zaplótłszy ramiona,
Wpierw go udusić pragnie, zanim skona.
LIII
Straszne wołanie z piersi się wydarło:
Głośniejsze niźli głos burzy, co wyła
Jak zwierzę — potem cichło i zamarło...
Już tylko szumiał wiatr i fala biła
O falę; morze jak grób się zaparło;
Dłoń się zeń czasem skurczona dobyła,
Czasem krzyk krótki, zakończon bełkotem
Topielca, co się rozstawał z żywotem.
LIV
Łodzie spuszczono — jak rzekłem — na tonie;
W tych łodziach grono żywych się zebrało;
Ale nadzieja gasła w każdym łonie,
Bo wiatr jak przedtem dął, morze szumiało,
A nikt nie wiedział, w której ląd jest stronie;
Za wielu było ich — chociaż tak mało!
Ogółem było wydartych powodzi
Dziewięciu w kutrze, a trzydziestu w łodzi.
LV
Reszta zginęła. Dwieście dusz szkaradnie
Wyszło z ciał; a tu żal wynurzyć muszę,
Że gdy katolik jaki w morze wpadnie,
To długo czeka, nim ktoś mszą za duszę
Żałobną ogniom czyśćca go wykradnie,
Bo nim o statku wieść dojdzie na suszę,
Któż do niepewnych datków ma ochotę?
Zaduszka pono kosztuje trzy złote...
LVI
Don Juan prędko do szalupy skoczył,
A chciał ocalić Pedrilla i psisko.
Uczeń nad mistrzem opiekę roztoczył,
A opiekuńcze owo stanowisko
Odwagę tchnęło weń. Pedrillo moczył
Oblicze łzami, widząc śmierć tak blisko.
Battistę (co się zwał zdrobniale: Tita)
Już powaliła przedtem okowita.
LVII
Piotrka chciał także ocalić z przygody,
Lecz i ten, czując groźne położenie
Chwili, upił się, a gdy szedł na schody,
Upadł i poszedł między morskie cienie,
I znalazł nagle grób z wina i wody.
Chciano ocalić go, lecz się na scenie
Już nie pojawił, bo morze szalało,
Zresztą i miejsca w szalupie nie stało.
LVIII
Charcik, dzielący Juanowe losy,
Którego jeszcze don Jose wychował,
Stał na pokładzie i wył wniebogłosy;
Ze stanu rzeczy trafnie wywnioskował
(Psy mają czułe i rozumne nosy),
Że woda sięgnie niebawem nad pował.
Juan posłyszał go, pochwycił, skoczył
Do łodzi, a psa pod siedzenie wtłoczył.
LIX
Napełnił także pieniędzmi kieszenie
I obładował nimi smętne ciało
Pedrilla, który wpadłszy w zasępienie,
Bezmyślnie, co się Juanowi zdało,
Czynił; huk morza powiększał w nim drżenie.
Juan, przeciwnie, miał minę dość śmiałą;
Ufając, że się nim zajmie niebieska
Siła, ocalił ochmistrza i pieska.
LX
Noc była czarna. Wiatr skrzydłem łopotał;
Próżno się żagiel to w głębi topieli,
To w górze z siłą przeważną szamotał —
Zwinąć go ani rozwinąć nie śmieli,
Nurt się przelewał przez ster i łaskotał.
Podróżni wodą sieczeni skostnieli,
Wnet każdy głowę opuścił bezradną
I biedny kuter powędrował na dno.
LXI
Ubyło dziewięć dusz. Drugi się trzymał
Statek; maszt na nim z wiosła był zrobiony,
A żagiel z kołder pysznie się wydymał,
Niby na rei, sznurkiem utwierdzony.
Ocean huczał, pienił się i zżymał,
Przez burt przewalał, więc strach był niepłony.
Ludzi im było żal, lecz równie masła
I chleba, których drużyna nie spasła.
LXII
Ogniście wstało słońce i czerwono,
Krwawy posłannik wracającej burzy.
Cóż czynić mogli? Płynąć w niezmierzoną
Dal, patrzeć, rychło niebo się rozchmurzy.
Po łyżce rumu z winem rozdzielono
Między tych, którzy głodu znosić dłużej
Nie mogli; reszta zjadła chleb spleśniały,
Z wszystkich zamiast szat łachmany wisiały.
LXIII
Trzydziestu było w tak ciasnej przestrzeni,
Że nikt swobodnie nie mógł użyć ręki,
Jedni zziębnięci, przemokli, skurczeni
Siedzieli — inni, by złagodzić męki,
Na kształt dantejskich pokładli się cieni
Czuwając; febrą dzwoniły im szczęki.
Tak wlokła się łódź, szkielety152 ciężarna,
Wspólnym ich płaszczem była chmura czarna.
LXIV
Wiadomo: dłużej żyje, kto spragniony
Jest życia; znają tę prawdę doktorzy.
Pacjent, co nie ma przyjaciół lub żony,
By go dobili, jeszcze nienajgorzej
Ma się; jeszcze go śmierci wyostrzony
Nóż ani Parki nożyca nie trwoży.
Strata nadziei życia — życie skraca,
Śmierć wtedy człeka dmuchnięciem wywraca.
LXV
Ludzie mający pono dożywocie153
Potrafią dłużej żyć — sam Bóg wie, na co
Wierzycielowi na złość! — Temu krocie
Pachną, a oni żyją i nie płacą.
Najgorsi z wszystkich są Żydzi; ci w złocie
Naprzód ukąpią, a potem zatracą.
Jam do pożyczek bywał zawsze chutny,
Tylko mnie trapił dzień terminu smutny!
LXVI
Równie gromada owa w lichej łodzi
Żyła ochotą życia i dlatego
Zniosła, co ludzkie pojęcie przechodzi,
Jak skała, kiedy fale ją oblegą.
Trud się żeglarzom z przeznaczenia rodzi,
A to od czasów korabiu Noego,
Który wiózł ludzi, ród gęsi, krów, owiec,
Jak Argo154, pierwszy korsarski żaglowiec.
LXVII
Wszak mięsożerna człowiek jest istota:
Musi jeść, a ma tę wadę nieszczęsną,
Że jeść nie może, jak dżdżownica, błota,
Ale jak tygrys, haja strawę mięsną,
Anatomiczny wprawdzie skład żywota
Znosi jarzyny, lecz żołądki klęsną
Od takiej strawy; człowiek, co pracuje,
Musi jeść mięso — i wół mu smakuje.
LXVIII
Tak zrozpaczonej owej ludzkiej trzodzie,
Gdy się w dniu trzecim ocean ukoił,
Anioł zaświtał w niebieskiej pogodzie
I rozbliźnione rany serca goił.
Posnęli wszyscy jak żółwie na wodzie;
Gdy się ocknęli, głód w żołądkach broił;
Więc gospodarskiej niepomni nauki,
Na żer się chciwie rzucili — jak kruki.
LXIX
Przewidzieć było łatwo, co się stanie:
Zjedli chleb, resztki wina wysączyli,
Głusi na prośby, groźby i łajanie,
Ani się widmem głodu nie trwożyli.
Mieli nadzieję — głupi — że wiatr wstanie
I pchnie do brzegu. Z nadzieją jest milej,
Lecz mając wiosłem kawał drewna kruchy,
Powinni byli zachować okruchy.
LXX
Przyszedł dzień czwarty, fala nie podrosła,
Ocean leżał jak dzieciak uśpiony;
W piątym to samo; woda ich nie zniosła,
Modra i jasna jak niebios opony155.
Z jedynym wiosłem (gdyby choć dwa wiosła)
Co mogli zdziałać?... Głód wyciągnął szpony;
Więc pieska, chociaż Juan się przeciwił,
Zarżnęli; każdy cząstką się pożywił.
LXXI
W szóstym brać głodna skóry się chwyciła.
Juan się wzbraniał jeść z tego powodu,
Ze to pieszczona psinka ojca była,
Lecz czując w sobie straszne sępy głodu,
Z żalem i wstrętem — ta myśl go dławiła —
Przyjął łaskawie daną mu od przodu
Łopatkę z łapką; Pedrillo poglądał
Żałośnie; zjadł pół, a jeszcze pożądał.
LXXII
Przeszedł dzień siódmy bez wiatru; żar z nieba
Tryskał; jak ścierwo łódź na wodzie legła,
W łodzi szkielety... Im było potrzeba
Wiatru, a wiatr spał. Do białek im zbiegła
Krew i spojrzeli na się... chcieli chleba,
Jeść chcieli; głodem w oczach się zażegła
Kanibalowa chuć... Patrzą i milczą,
A szczęki im się wydłużają wilczo.
LXXIII
Wreszcie jeden coś szepnął do sąsiada,
Ten szepnął drugim, a ten innym jeszcze
I trwała jakaś tajemna narada,
Jakieś szemrania syczące, złowieszcze.
I pojął każdy, że myśl jedna włada
Wszystkimi, chutne wywołując dreszcze;
A była to myśl, że losować trzeba
I ludzkim ciałem zastąpić brak chleba..
LXXIV
Ale nim doszło do tego, spożyli
Resztki skórzanych czapek i kamaszy;
Długo się wzrokiem rozpacznym mierzyli,
Nikt bowiem stać się materiałem paszy
Nie chciał — na koniec losy porobili,
Ale z substancji, co Muzę przestraszy,
Bo gdy nie mieli nazwisk spisać na czem,
Juan list Julii musiał oddać — z płaczem.
LXXV
Losy spisano, zmieszano, rzucono,
A nawet harpia głodu, co ich ciała
Żarła jako sęp kaleczący łono
Prometejowe, przycichła struchlała.
Nie namyślano się tam, nie radzono;
Natura sama do strasznego gnała
Postanowienia — a fortuna sroga
Pierwszego wzięła sobie — pedagoga.
LXXVI
Prosił, aby mu otworzono żyły.
Cyrulik użył dzielnie swoich noży,
I na Pedrilla padł sen taki miły,
Że nie czuł, jak wszedł do rajskich przestworzy.
Umarł tak, jak żył — dobry do mogiły
Katolik, człowiek świętobliwy, boży,
Ucałowawszy Chrystusową mękę,
Spokojnie dał pod nóż gardło i rękę.
LXXVII
Pierwszym kawałkiem miał być opłacony
Cyrulik; lecz że pieczeń była zbita
I twarda, a on ogromnie spragniony,
Napił się ciepłej krwi, której obfita
Struga płynęła. Trup obmyto w słonej
Wodzie, do morza rzucono jelita
Na ucztę dla haj, co w trop jak grabarze
Płynęły; resztę pożarli żeglarze.
LXXVIII
Czterej majtkowie odmówili strawy,
Nieżądni najmniej ludzkiego mięsiwa.
Juan, co patrzał na skon pieska łzawy,
Nie chciał jeść także. Rzecz nader godziwa,
Iż wstręt w nim budził ten posiłek krwawy.
Pamięć Pedrilla jeszcze w nim zbyt żywa
I nad uczucie głodu była czystsza,
Nie tknął więc swego pasterza i mistrza.
LXXIX
Lepiej, że nie jadł, bo ci, co zasiedli
Do uczty, skutków wnet smutnych doznali:
Którzy najwięcej i najchciwiej jedli,
Wpadli w szaleństwo, Boga przeklinali,
Pianę toczyli z ust, w konwulsjach bledli
I słoną wodę jak smocy żłopali,
Zgrzytali, wyli, włosy darli w szale
I umierali z śmiechem jak szakale.
LXXX
Liczba nędzarzy schudła z tego względu,
Reszta też schudła jak gromada duchów,
Jedni nagłego dostali obłędu,
I ci szczęśliwsi byli od swych druhów,
Inni krwawego żądali obrzędu
Raz jeszcze, choć im z konwulsyjnych ruchów
Ginącej rzeszy śmierć przestrogę słała,
By się ludzkiego nie chwytali ciała.
LXXXI
Nazajutrz paść miał chłopiec okrętowy,
Najtłustszy — lecz się wymknął spod tasaka,
Nie przeto, iż miał chęć nie zbywać głowy;
Rzecz ocaliła inna nieboraka.
Oto — już z dawna był nie bardzo zdrowy,
Czego przyczyna znowu była taka:
Kiedy w Kadyksie bawił156, przez trafunek
Od dam składkowy dostał podarunek.
LXXXII
Z Pedrilla rączka została i udko,
Jedni nie jedli, by nie szkodzić zdrowiu,
Drudzy oszczędni, wiedząc, że na krótko
Wystarczą, resztki zgryzali tułowiu.
Juan sam trzeźwy panował nad łódką
Ssąc tylko kąski trzciny lub ołowiu,
Wreszcie złapano dwie jaskółki wodne
I trup rzucono między ryby głodne.
LXXXIII
Kogo Pedrilla los nabawia dreszczy,
Patrzaj: Ugolin157 wroga w wiecznej wojnie
Dławi, czaszka mu krwawa w zębach trzeszczy,
A zaraz powieść swą kończy spokojnie.
Gdy w piekle wroga gryźć kazał duch wieszczy,
Toć spożyć druha — nie jest nieprzystojnie
Na morzu; gdy kto pięć dni z rzędu pości,
Wolno mu mieć mniej niźli Dant litości.
LXXXIV
Tej nocy upadł deszcz rzęsisty z nieba;
Usta otwarły się jak popękana
Ziemia; człowieka dopiero potrzeba
Uczy, że skarbem jest woda źródlana.
Jeśliś w gorących był krainach Feba158,
Na oceanie, lub gdzie karawana
Do wody z piersi przepalonych wzdycha,
Chciałbyś, gdzie Prawda, być — na dnie kielicha.
LXXXV
Deszcz nie napoił, choć padał do ranka,
Aż się płócienną posłużyli szmatą,
W którą kapała woda, jak do dzbanka.
Gdy była pełna, rzucili się na to
Naczynie chciwie — a choć piwa szklanka
Lepszą byłaby biedakom obiatą,
Jednak się ozwał głos powszechnej zgody,
Smaczniejszej nigdy że nie pili wody.
LXXXVI
Wargi spalone i gorączką zżarte
Ssały te męty jak krople nektaru;
Języki czarne a gardła rozwarte
Jak u bogacza, co śród piekieł żaru
Żebrze, aby mu Łazarz przez zaparte159
Niebo upuścił niebieskiego daru
Bodaj kropelkę; jest to prawda stara,
Że czasem chrześćjan konserwuje wiara.
LXXXVII
Dwóch ojców było w tym gronie nędzarzy,
A mieli synów dwóch; jeden, jak róża
Rumiany, silny i czerstwy na twarzy,
Wcześniej żyć przestał. Gdy do śmierci łoża
Przyciągnął ojca jeden z marynarzy,
Ten spojrzał i rzekł: „Dziej się wola boża,
Nie moja wola!160” — i źrenicą szklaną
Patrzał, jak dziecko do morza wrzucano.
LXXXVIII
Drugi dziecinę miał wątłą, słabiuchną,
O miękkim liczku, delikatnym ciele.
Ten chłopczyk dłużej żył, choć był jak próchno,
Tkwiła w nim dusza cicha jak w aniele.
Nie mówił, lecz się uśmiechał miluchno,
Jak gdyby sercu ojca chciał — wesele
Wrócić i ulżyć brzemieniu boleści,
Choć czuł, że go już dłużej nie popieści.
LXXXIX
Nad twarzą syna zwisła twarz rodzica;
Ojciec już nie wstał, ale z ustek pianę
Bladych ucierał, zapatrzony w lica
Dziecka. Gdy spadły krople pożądane
I szklanym blaskiem raz jeszcze źrenica
Błysła i zdała się poznawać znane
Oblicze — ojciec mu wargi rozszerzył,
Wlał trochę wody — próżno! — chłopiec nie żył.
XC
Skostniał; wziął ciało ojciec nieszczęśliwy
I patrzał długo, długo, aż zrozumiał,
Że to śmierć trup mu rzuciła nieżywy
Na piersi; wtedy jak dziecko się zdumiał,
Patrzał uparcie, aż nielitościwy
Ocean trupa w sobie skrył, zaszumiał;
A on padł z duszą martwą; tylko ciało
W konwulsjach życiem ledwie znacznym drgało.
XCI
W tej chwili tęcza wybiegła na chmury;
Z obu stron warkocz świetlny w morzu tonął
Nad falujące rozpięty lazury.
A wewnątrz łuku blask jaśniejszy płonął
Niż zewnątrz. Jasność pomknęła do góry
Jak sztandar, ale barwy z wolna chłonął
Eter — tęcza się zgięła, potem zbladła,
Roztopiła się we mgle i przepadła.
XCII
Zniknął niebieski kameleon, dziecię
Powietrza i mgły, i słońca, zrodzone
W ogniu, w rubinów kołysane kwiecie,
Spowite w obłok, płynnym złotem chrzczone,
Niby półksiężyc, lśniący na meczecie,
Lub pryzmat, ma barwy utajane
W jednej — (lub sine na twarzy obrazki
U osób, co się boksują bez maski).
XCIII
Rozbitkom był to znak bożej opieki...
Wiara — jak wiecie — człowieka uzdrawia,
Wierzyli w „omen” Rzymianie i Greki.
Desperatowi „omen” ulgę sprawia.
Toż, gdy czekając pomocy dalekiej,
Spostrzegli ogon niebieskiego pawia,
Wróżyli sobie jakby z horoskopu
Szczęśliwy koniec i wyjście z zatopu.
XCIV
Ptaszyna nader piękna, śnieżnobiała
Z płetwami u nóg, z wejrzenia jakoby
Gołąbka (pewno w drodze się zbłąkała),
Polatywała tejże samej doby
Nad łodzią, pragnąc sieść161; a choć widziała
Podejrzanego oblicza osoby
W łodzi, krążyła, obserwując z góry,
Póki dnia — był to dobry „omen” wtóry.
XCV
A muszę tu być w spostrzeżeniu szparki162:
Szczęście to ptaszka, że nie siadł na maszcie,
Bowiem na kruchym drągu naszej barki
Mniej miał bezpieczną grzędę niż na baszcie.
— Gdyby był nawet ptak z Noego arki
Powracający z oliwką, to zważcie:
Nie zjadłbyż człowiek, który sześć dni pości,
Oliwki, mięsa z ptaszyny, ba!... kości?
XCVI
O zmierzchu zadął wiatr, lecz już nie szalał,
Gwiazdy się w chmurnym niebie roziskrzyły,
Łódź gnała, ale w rozbitkach duch malał,
Bo w kraj nieznany losy ich pędziły.
W dali szmat ciemny — jak ląd — niebo walał,
Jakieś ławice z mgieł oko mamiły,
Ktoś słyszał huk fal, a inny moździerzy.
O tym ostatnim — to wątpić należy.
XCVII
Wstał świt; wiatr powiał ciszej, pieszczotliwiej;
Wtem krzyknął majtek stojący na straży:
„Patrzajcie, ląd, ląd! Jeśli wzrok mnie myli,
Niech się tak dusza moja w piekle smaży.
Przetarli oczy, i dziw!... zobaczyli
Zatokę; szał ogarnął marynarzy:
Istotnie był to ląd, z dala widzialny,
W oczach rosnący, prawie dotykalny.
XVIII
Płaczem buchnęła wielkim część załogi.
U reszty były oczy mdłe i mętne,
Nie odróżniali radości od trwogi,
Tak się im stało wszystko obojętne.
Pacierzem kusił ktoś wzgardzone bogi...
Trzech spało; twarze mieli bólem wstrętne,
Głową się ciężką o dno łódki wsparli,
Chciano ich zbudzić, wstrząsano... — umarli.
XCIX
Jeszcze przed tym dniem znaleźli na fali
Śpiącego żółwia. Zwierz był bardzo duży,
Więc podpłynęli cicho i złapali
I mieli mięsny znów pokarm na dłużej,
A co ważniejsza, ducha zhartowali
I uczynili twardszym do podróży,
Bo ze zdarzenia tego się wysnuwał
Wniosek, że Dobry Ktoś nad nimi czuwał.
C
Ląd był istotnie, co teraz wyraźniej
Czarną, skalistą postać ku nim zwrócił,
Prąd łódkę znosił i płynęli raźniej.
Fakt tylko jeden przestraszał i smucił:
Ogromnej była powodem bojaźni
Niepewność, dokąd ich ocean rzucił...
Mówiono: Kreta, Rodos; sternik z szyprem
Bardzo stanowczo obstawał za Cyprem.
CI
Tymczasem prądem silnym łódź niesiona
Do upragnionej zmierzała przystani,
Niby z bladymi duchy łódź Charona163.
Już tylko czterech ludzi było na niej
Oraz trzy trupy, których osłabiona
Ręka nie mogła zepchnąć do otchłani.
Dwie haje, z łódką pędzące w zawody,
Przypominały się, pryskając z wody.
CII
Upał i zimno, rozpacz, niedostatki
W ich się wyglądzie nędznym odbijały;
Synów by własne nie poznały matki
W owej szkieletów rzeszy wynędzniałej.
W nocy chłód, we dnie żar, ubiór na szmatki
Zdarty, więc nie dziw, że z gromady całej
Zostało czterech; tamci własną winą
Legli, Pedrilla spłukując morszczyną164.
CIII
I ukazało się pofalowane
Wybrzeże, wszystkie zachwycając zmysły.
Wonie, nad lasów szczytem rozedrgane,
Płynęły mgłami, w powietrzu zawisły
I ochraniały im źrenice szklane
Przed płomieniami, co od fal odprysły.
Wszystko tam było lube, jasne, hoże,
Wstecz się cofało groźne, czarne morze.
CIV
Ląd był zarosły, bezludny; dokoła
Ryczały fale; lecz ich opanował
Taki szał, tak ich ląd nęcił, że zgoła
Zważać nie chcieli, że śmierć im gotował.
Tam, kędy165 groźne raf sterczały czoła,
Ocean pienił się, burzył, kotłował;
Oni nie dbając, że na skały wpadną,
Pchnęli się — pękła łódź i poszła na dno.
CV
W Gwadalkwiwirze, rzece swej rodzinnej,
Juan się nieraz po uszy zanurzył,
Więc nie przestraszał go element płynny.
Wyborny pływak nieraz godnie użył
Swej sztuki. Lekki, wytrwały a zwinny,
Przed Hellespontem166 by nawet nie stchórzył,
Który przepłynął — pomnij, łaska czyja,
Leander, po nim pan Ekenhead i ja...
CVI
Więc choć skostniały, wycieńczony głodem,
Parł się i walką wytężał zajadłą
Członki mdłe167, tak iż dosiągł przed zachodem
Wybrzeża, które przed nim się rozsiadło;
Rekin napędził strachu mimochodem,
Wziąwszy jednego z pływaków na jadło;
Dwóch nie-pływaków zaraz wir pochłonął
I tylko jeden Juan nie utonął.
CVII
Lecz by nie dobił do brzegu bez wiosła,
Które dłoń jakaś opiekuńcza dłoni
Jego, jak deskę zbawienia, przyniosła,
Gdy w dół strącony pogrążył się w toni,
Choć już mogiła mu nad głową rosła,
Fale dudniły niby tabun koni,
On, tego drewna dzierżąc się, nad grzywy
Rumaków spłynął na brzeg, pół nieżywy.
CVIII
Przytłumił oddech, palce wbił kurczowo
W żwir i bronił się fali rozsierdzonej,
Co wypuszczoną ofiarę na nowo
Wessać pragnęła w grób niezapełniony.
W piasek się wtłoczył i dotykał głową
Jaskini, dłutem wód w skale rzeźbionej;
Tyle miał życia, że czuł mocne bole,
Ale mniej czucia, by pojął swą dolę.
CIX
Z trudem na chwiejnym podniósł się ramieniu,
Lecz na skrwawione znów opadł kolana;
Oczyma wodził, szukając w półcieniu,
Czy nie wynurzy się gdzie postać znana
I nie zjawi się towarzysz cierpieniu.
Jednego spostrzegł tylko, trup kompana,
Który, przedwczoraj skonawszy, noclegu
Szukał na obcym, nagim, twardym brzegu.
CX
Tak patrząc, poczuł, że mózg mu się kręci,
A z nim świat cały; myśl się rozprzęgała,
Przytomność z resztką ginęła pamięci...
Padł na bok, ręka za wiosło chwytała
Odruchem samozachowawczej chęci.
I legł jak lilia podcięta i biała,
Prześcigający kształtem cherubiny,
Choć jeno z ziemskiej urobiony gliny.
CXI
Jak długo potem w tej martwocie leżał,
Nie wiedział; świat mu zdał się jedną bryłą.
Czas już dlań nocy i dnia nie rozmierzał,
Krew skrzepła; co czuł, to jakby się śniło.
Aż gdy go sen ów niemocy odbieżał,
Tętna ruszyły się, serce zabiło
I pulsująca krew zagrała męsko,
Walkę ze śmiercią stoczywszy zwycięską.
CXII
Otworzył oczy, zamknął, znów otworzył,
Ujrzał kształt jakiś, niejasny, zamglony.
Marzył, że chwilkę go w łodzi sen zmorzył,
Lecz że się zbudził — wiatr go chwyta w szpony,
A on rozpacza, że z martwoty ożył...
Potem myśl skupiał, zsyłał w czas miniony
I gdy wspomnienia snuł, a snuł jak z wątka,
Szesnastoletnią ujrzał twarz dziewczątka.
CXIII
Do ust mu usta przyłożyła tkliwie, .
Jakby się chciała nimi tchu dopytać,
I, ciepłą rączką głaszcząc pieszczotliwie,
Zdała się duszę odchodzącą chwytać.
Zwilżając skronie, czatowała chciwie
Na objaw życia, aż z wolna zakwitać
Zaczął rumieniec i wnet oddech cichy,
Równy wywabił na jej twarz uśmiechy.
CXIV
Wina mu trochę wlawszy w usta, ciało
Płaszczem okryła i ramieniem głowę
Podtrzymywała zwisłą i omdlałą,
A potem liczko jej ciepłe, różowe
Pod zimną chłopca skroń się podesłało.
Wyżęła włosy, morską wodą płowe,
Wzdychając, prawie że współczuła bóle
Chorego, strzegąc go bacznie a czule.
CXV
Potem ostrożnie wniosły go do groty;
Nasza urocza dzieweczka wraz z drugą
O kształtach nie tak wytwornej roboty,
Silniejszych barkach — iż zdała się sługą.
Wznieciły ogień, a kiedy blask złoty
Jasną, szeroką padł na ściany strugą,
W świetle dziewczyna, dama lub czym była,
Jeszcze się bardziej powabną zjawiła.
CXVI
Na głowie złote blaszki jak motyle
Śród fal brunatnych włosów migotały;
Kędziory bujne w warkocz zwite w tyle,
A mimo wzrost jej smukły168, okazały,
Bo w młodzieńczego wieku pełnej sile,
Warkocz do kostek sięgał — a tak śmiały
Miała wzrok i tak panowała głową,
Jak gdyby była tych krajów królową.
CXVII
Włos był brunatny, ale oko duże,
Czarne jako śmierć, w rzęs jedwabnym cieniu
Wabiło, skryte, niby gwiazdy w chmurze,
A niby pęki strzał tkwiło w spojrzeniu,
Czy było słodkie, czy wróżyło burzę
Zjawiającą się w błysków dziwnym drżeniu,
I było wtedy podobne do węża,
Co jad wyrzuca i sploty rozpręża.
CXVIII
Czoło szerokie, a różowomleczne,
Lice jak rannej blask na chmurach zorzy.
Wierzchnia jej warga mniejsza, usta śliczne,
Tylko całować!... Wprost arcytwór boży,
Jak te modele żywe, artystyczne,
Których człowiecze dłuto nie odtworzy.
Widziałem takich pięknych kobiet wiele,
Że niech rzeźbione uklękną modele!
CXIX
Powiem, czemu się moja dusza skarży
I skąd ten przeciw rzeźbiarstwu artykuł:
Znałem irlandzką damę, której twarzy
Nikt dotąd godnie w marmurze nie wykuł,
Choć pozowała często. Gdy czas zwarzy
Kwiat, przepędziwszy po nim swój wehikuł,
Przepadnie piękno przez naturę kute,
Nie skopiowane, nawet nie odczute.
CXX
A taka była ta z groty księżniczka.
Że nie jesteśmy w hiszpańskiej krainie,
Świadczyła żywsza barwami sukienka.
— Hiszpanki jasno noszą się jedynie
W domu; za domem kryją smagłe liczka
W mantyli, a biust w powabnej baskinie169.
Pod niepozornym strojem oczy czarne
Lśnią tajemnicze razem170 i figlarne.
CXXI
Otóż dzieweczki naszej strój był wcale171
Piękny, w kolory przeróżne pisany,
Zwój włosów spadał na szyję niedbale,
Gwiazdami drogich kamieni usiany.
Na pasku lśniły rubiny, opale,
Welon z najdroższej materii był tkany.
Palce w pierścieniach — ale wstyd mnie reszty...
Na bosych stopach panna miała meszty172.
CXXII
Drugiej ubranie pierwszemu podobne,
Ale sukienka była grubsza cała,
Drogich kamieni mało — i to drobne,
We włosach srebro, matka dać musiała
Na wiano — wszystkie stroiki mniej zdobne,
Równie swobodna w ruchach, lecz mniej śmiała.
Włos gęstszy, ale krótszy zwój warkoczy,
Czarne i żywe, ale mniejsze oczy.
CXXIII
Służąc mu, obie krzątały się pilno,
Znosiły jadło, suknie do ubrania,
Z tą chęcią lubą, czułą i przychylną,
Co zmusza ludzi gwałtem do kochania.
Przygotowały mu zupkę posilną,
Rzecz, którą wspomnieć poezja się wzbrania,
Ale co lepsza dla chorych niż owa
Wojom podana uczta Achillowa.
CXXIV
Powiem, kto były, by nie myślał który,
Że to przebrane księżniczki; na straży
Jawności stoję, zwolennik natury,
Przeciwny sztuce dzisiejszych bajarzy.
Więc krótko: obie prostych ludzi córy,
Nie dyplomatów, poetów, rzeźbiarzy;
Pani i sługa. — Pani była córą
Człowieka, co żył przeważnie z naturą.
CXXV
Był rybołówcą w swoim wieku młodym,
Łówcą pozostał na dojrzalsze lata,
Lecz wyższe cele złączył z tym zawodem,
Dlatego stał się przykrą plagą świata
I żył w niezgodzie ze strażników rodem.
Trochę to handlarz był, trochę pirata,
Lecz wzór wzorowy dla wszystkich piratów,
Bo sobie korzec uzbierał dukatów...
CXXVI
Był więc rybakiem — na ludzi rybakiem,
Jak Piotr apostoł — i często obdzierał
Kupiecki okręt, gdy szedł pustym szlakiem,
I staczał czasem bitwy jak generał.
A gdy zwyciężył, to zwycięstwa znakiem
Podróżnych sobie na jeńców wybierał,
Potem wystawiał na tureckie rynki
Mężczyzn, chłopczyków, dziewice, dziewczynki.
CXXVII
Był Grekiem; piękny dom sobie wystawił
Na jednej z Cyklad, wyspie mało znanej,
I tam bezpiecznie, wygodnie czas trawił.
Dom za pieniądze cudze zbudowany,
Bo ilu okradł, a ilu zadławił,
. Sam Bóg wie. Był to stary praktyk, szczwany.
Dom był zaciszny, obszerny, spokojny,
W misterne rzeźby berberyjskie strojny.
CXXVIII
Miał jednę córkę — Hajdeą się zwała,
Najposażniejsza wysp jońskich dziedziczka;
Wszystka młódź za nią z miłości szalała,
Nad posag ceniąc powaby jej liczka.
Miała szesnaście lat; jak brzózka biała
Rosła, strącając pod władzę trzewiczka
Rój wielbicieli; karcąc ich zaloty,
Sama miłosnej nabrała ochoty.
CXXIX
Dziś idąc do skał przez nabrzeżne piaski
— Zwykła przechadzka przed słońca zachodem —
Spostrzegła jakąś, pod wieczorne blaski,
Postać; don Juan to był, zmorzon głodem,
Sztywny; wzdrygła się, bo był bez — przepaski,
Lecz wraz zagrała litość w sercu młodem,
Więc współczującym... (równie z tej pobudki,
Że był przystojny bardzo i bielutki),
CXXX
Ale ratunku byłby cel chybiony,
Gdyby go chciała wziąć do domu ojca;
Znaczyło myszkę rzucić w kocie szpony
Lub wpuścić łanię do psiego ogrojca.
Bo stary miał swe szczególne zakony173,
Nie jak gościnny Arab, zacny zbójca:
On by mu także z głodu umrzeć nie dał,
Lecz utuczywszy go, potem by sprzedał.
CXXXI
Więc się zgodziła pani z pokojówką
(Panienka u sług zawsze szuka rady),
Że grota lepszą dlań będzie kryjówką.
Gdy otwarł czarne oczy chłopiec blady,
Obie schyliły się nad jego główką,
Bo już litości jęły się „z zasady”,
A mówi św. Paweł, że ta cnota
Jest mytem u wrót rajskiego żywota.
CXXXII
Roztliły ogień, ale z materiału,
Który mu wielkiej nie mógł nadać siły,
Bowiem niezdatne były dla opału
Kawałek wiosła, szczęt masztu przegniły;
Płomienie ich się chwytały pomału,
Lecz się na koniec raźno w górę wzbiły;
A że leżało dużo tych drew blisko
Groty — starczyły na duże ognisko.
CXXXIII
Aby mu miękkie, ciepłe usłać łoże,
Hajdea zdjęła futro sobolowe,
A że powietrze morskie, i to w porze
Nocnej, chłopięciu mogło być niezdrowe,
Spódniczkami go otuliły hoże
Dziewoje, jutro przyrzekając nowe
Przynieść sukienki i wina, i chleba.
Jaj, ryb i czego więcej było trzeba.
CXXXIV
Wyszły — a on się dal ogarnąć snowi,
Jakby kamieniem był lub nieboszczykiem.
Śmierć jest snem tylko — jakim?... sam Bóg to wie.
Może doczesnym?... — Spał — mary mu dzikim
Nie zawodziły chórem u wezgłowi
Ani straszyły widma krwawym szykiem,
Co tak niekiedy wspomnieniem przerażą,
Że drżąc, budzisz się z zapłakaną twarzą.
CXXXV
Spał więc bez widzeń Juan, lecz panienka,
Co była taka dobra i troskliwa,
Zatrzymała się w biegu jak sarenka,
Mniemając, że jej po imieniu wzywa.
Często jest w błędzie serce, ucho, ręka
I często różne przywidzenia miewa;
Nie uważała zatem w roztargnieniu,
Że obcej nie mógł wzywać po imieniu.
CXXXVI
I zadumana wróciła do domu,
Milczenie ścisłe zalecając Zoi,
Która wiedziała też, co mówić komu,
Rokiem od pani doświadczeńsza swojej.
Zoe wiedziała, że rok u przełomu
Dziecięctwa wiele znaczy, wiele broi,
Więc oszczędzała lat — w szkole przyrody
Zbierając wiedzy pożyteczne miody.
CXXXVII
Świt przyszedł budzić, ale nie zrozumiał
Wezwania Juan w sobole zakuty.
Ni strumyk zbudził go, co blisko szumiał,
Ni błysk ze słońca rannego wysnuty.
Znużony, nad snem panować nie umiał,
Leżał wygodnie, toż mógł spać dopóty,
Póki chciał. Pomnę, że drugi przypadek
Taki opisał w Podróżach mój dziadek.
CXXXVIII
Hajdea noc tę spędziła boleśnie,
Jak lunatyczka w księżycowym blasku.
To po zgniliźnie ciał deptała we śnie,
To piękne trupy widziała na piasku.
I pokojówce wstać kazała wcześnie,
I niewolników zbudziła o brzasku.
Aż po armeńsku zaklęli — i grecku,
Nie wiedząc, co jest kapryśnemu dziecku.
CXXXIX
Więc wstała sama, wszyscy za nią wstali,
A cel rzekomy tak rannego wstania
Był: widzieć, jak się wschód na niebie pali.
Piękny to widok, gdy się z mórz wyłania
Świetlany Febus, a chmury jak biali
Duchowie od gór zlatują; śpiewania
Słychać ptaszęce i natura chowa
Żałobę niby młoda, płocha wdowa.
CXL
Wschód jest zjawiskiem niezwykle wspaniałem.
Znam te mgły, brzaski, tę rumianość zorzy,
Bo dla nich często całą noc nie spałem,
Co jest zabójcze — mówią mi doktorzy.
Toż kto chce zdrowy być duszą i ciałem,
Niechaj — się do snu o ósmej ułoży,
Wstanie o świcie — a na grobie dłutem
Napis wyryją mu: „Wstawał z kogutem”.
CXLI
Hajdea twarzą w twarz spojrzała dzienną,
Jej była świeższa — lecz choć zawsze biała,
Teraz się różą zrobiła płomienną,
Bo jej krew z serca w lica się przelała.
Tak potok, górę gdy spotka kamienną,
Co mu się w drodze porohem usłała,
Tworzy jezioro. Tak wygląda ono
Czerwone morze — (choć w nim nie czerwono).
CXLII
A kiedy szybkim krokiem między skały
Zeszła, co brzegów pilnowały morza,
Ranne się do niej oczy słońca śmiały,
Mokrymi usty174 całowała zorza,
Biorąc za siostrę... i ty byś niemały
Miał kłopot poznać, że nią nie jest hoża
Dziewica, której piękność równej miary
Z ową — smaczniejsza była, bo nie z pary.
CXLIII
Szła po nadbrzeżnych do groty kamuszkach
I w głąb jej wbiegła prędko a ostrożnie,
Juan na futrach spał jak na poduszkach,
Sen tajemniczy jest, więc chwilkę trwożnie
Stanęła, a podszedłszy na paluszkach,
Szczelniej okryła go, bo było mroźnie,
Jak anioł śmierci nad nim się schyliła
I oddech jego ust łakomie piła.
CXLIV
Mówię: — jak anioł, który przy skonaniu
Dobrego czuwa i śle sen pogodny.
Chłopiec cichutko leżał na posłaniu,
Do groty wietrzyk zalatywał chłodny.
Zoe tymczasem wiedząc, że w śniadaniu
A nie w czym wróci do sił panicz głodny,
Nie patrząc na nich, dobyła z koszyka
Zapasy chleba, miodu, kawy, mleka.
CXLV
Kto głodny, z serca nie potrafi śpiewać,
A głodny musiał być rozbitek gładki175.
Niezakochana Zoe jęła ziewać,
Zwłaszcza że chłód wiał z tej podskalnej klatki.
Zaczęła prędko śniadanie odgrzewać,
Lecz dać nie mogąc ponczu ni herbatki,
Podała chleb, miód, owoce suszone,
Wszystko za miłość czystą, nie mamonę.
CXLVI
A potem chciała obudzić Juana,
Bo kawa, jaja były już gotowe,
Lecz ją wstrzymała pani zastrachana,
Paluszek kładąc na wargi wiśniowe.
Odeszła mrucząc Zoe rozgniewana,
Śniadanie trzeba było robić nowe.
Cóż począć! Pani nie chciała przez grzeczność
Przeszkadzać snowi, który trwał jak wieczność.
CXLVII
On spał bez przerwy; twarz mu wycieńczaną
Gorączki ciemne ognie spłomieniły
Jak owe, co na śnieżnych szczytach płoną,
Na skroniach sine, niewyraźne żyły
Słabym prężyły się życiem, a słoną
Wodą zlepione włosy, pełne zgniłej
Trawy, splątane, w gęste kłęby zbite,
Wprzód czarne — zżółkły, pyłem ścian pokryte.
CXLVIII
Klęczała nad nim; on jak utulona
Leżał dziecina na matczynym łonie,
Zwieszon jak brzoza, gdy schyli ramiona,
Cichy jak morza niezmącone tonie.
Piękny jak róży rozwitej korona,
Słaby jak ptaszę, które się obronie
Powierza puchów — słowem, śliczny młodzian,
Tylko w spłowiałą trochę skórę odzian.
CXLIX
Zbudził się, spojrzał i myślał, że marzy,
I chciał znów zasnąć — nie z lenistwa — wierzę;
Lecz gdy to dziewczę obaczył na straży,
Zrozumiał, że się mu na sen nie zbierze.
Juan słabostkę miał do pięknych twarzy,
Bo nawet kiedy odmawiał pacierze,
Nie wabili go święci męczennicy,
Tylko cudowna twarz Bogarodzicy.
CL
Na łokciu sparłszy twarzyczkę omdlałą,
Spojrzał w twarz dziewki, na której różowo
Pod tłem liliowym płomię176 krwi zagrało,
A jej choć pierwsze zmarło w ustach słowo,
Oczy mówiły — i to wystarczało.
Wreszcie doń grecką ozwała się mową,
Jońskim akcentem, prosząc go najsłodziej,
By jadł, bo słaby jest i głód mu szkodzi.
CLI
Juan zrozumieć nie mógł słów dziewczęcia,
Nie będąc Grekiem, lecz miał słuch nie lada,
A głos jej dźwięczał jak świegot ptaszęcia
I spadał jako w kropelkach kaskada,
Słowa czcze o nim nie dadzą pojęcia,
O takich dźwiękach łzą się opowiada
Pomimowolną; jest w nim ta moc tonu,
Jakby melodia zstępowała z tronu.
CLII
Więc spojrzał jak ten, którego przebudzi
Akord organu i wstaje w nim ciemna
Świadomość, ale go długo nie łudzi,
Bo to puka stróż albo inna ziemna
Istota lub to głos stajennych ludzi.
Mnie jest podobna rzecz najmniej przyjemna.
Lubię spać we dnie — noc cenię z zalety,
Że rozaniela gwiazdy i kobiety.
CLIII
W mig uleciały przywidzenia senne;
Natomiast poczuł Juan, że go dręczy
Zatrważający apetyt; kuchenne
Wonie (gdyby to z pieczeni zajęczej!...)
Łechtały zmysły niby ambry cenne,
Widział, jak ogień gore, Zoe klęczy,
Dmuchając niby westalska dziewica,
I wymarzyła mu się... polędwica.
CLIV
Lecz na bezkrowich wyspach polędwica
Rzadką jest; za to baran, cap — mniej rzadki.
Gdy przyjdzie święto wesołego lica,
Na rożnach skwierczą baranie łopatki.
Mało i takich uczt, bo okolica
Skalista, tu i ówdzie biedne chatki
Stoją; na szczęście przyjacielska owa
Wyspa mniej była niż inne jałowa.
CLV
Woły tam rzadkie; a tu mam gotowe
Wytłumaczenie, że stare podanie
O Minotaurze177, na które surowe
Minki — już widzę — robią skromne panie
(W micie tym dama przebiera się w krowę),
To alegoria tylko, na wskazanie,
Że Pazyfae178 wspierała chów byków,
By bojowymi zrobić Kreteńczyków.
CLVI
Podobnie wiemy, że angielskie plemię
Łase na mięso — że już o porterze
Nie wspomnę, który jest płynem, a że mię
Unosi na zły tor, niech kat go bierze —
Stąd lubią wojną tłuc morza i ziemie;
A wojna piękne, choć kosztowne zwierzę,
I oto jasne zestawień wyniki,
Że wojna kwitnie tam, gdzie żyją byki.
CLVII
Lecz do powieści: Juan, co usychał
Z głodu, na łokciu oparł ciężką głowę
I ujrzał to, do czego dawno wzdychał,
Bo co przez tydzień jadł, było surowe,
Więc do łakoci mile się uśmiechał,
A czując wewnątrz przestrzenie jałowe,
Na żer się chciwie zgłodniały pustelnik
Rzucił jak szakal, sęp, ksiądz albo celnik.
CLVIII
Jadł, jadł do syta; a śliczniutka pani,
Co go jak matka swej dzieciny strzegła,
Rozkoszowała się, bo radość dla niej
Była — poglądać, że śmierć go odbiegła.
Lecz Zoe, której rozumek wstał raniej179,
Wiedząc z praktyki — w książkach bowiem biegła
Nie była — głodny że musi pomału
Jeść, bo zaszkodzi wyschniętemu ciału,
CLIX
I rozumiejąc tu, że więcej zyska
Czynem niż słowy — rzecz była nagląca —
Chłopca, co tak się już w serduszko wciska
Pani, iż wstaje dlań o wschodzie słońca,
Gwałtem odwiodła prawie od półmiska,
Przesytem życiu by nie zadał końca;
I wydzierając dogryzane kości,
„Toż koń by — krzyknie — dostał niestrawności!
CLX
Potem — (Juan był jak turecki święty,
Miał ledwie skromne spodeńki) — do stroju
Wzięły się; w ogień poszły sukien szczęty,
A dostał ubiór tureckiego kroju
Czy też greckiego, w którym nieciśnięty,
Bez pistoletów, kindżału, zawoju,
Mesztów, mógł ruszać się bardzo swobodnie,
To jest: koszulkę, szarawarki wschodnie.
CLXI
Hajdea chciała go bawić rozmową,
Nie wiedząc, że mu język jej nie znany,
A Juan siedział, patrzał, kiwał głową
I wydawał się bardzo zasłuchany,
Lecz gdy go chciała wyciągnąć na słowo,
Pokazało się, że protegowany
Prawdziwie siedział na kazaniu „greckiem”,
Choć znał ten język, ale — gdy był dzieckiem.
CLXII
Więc próbowała go gestami pytać,
Uśmiechem, oczu wymownym spojrzeniem;
A w jego twarzy — na tej jednej czytać
Umiała książce — słów odwzajemnieniem
Niemych odpowiedź zaczęła wykwitać
I dusze w oczy spłynęły strumieniem.
Każdy błysk źrenic był głoską w tej mowie,
Której klucz znają tylko kochankowie.
CLXIII
Więc naśladując rąk i oczu znaki,
I powtarzając dźwięk słów kryształowy,
I wypełniając spojrzeniami braki,
Juan wziął pierwszą lekcję greckiej mowy,
A jak ten, co chce gwiazd wybadać szlaki,
W niebo pogląda, nie w pergaminowy
Foliał180, tak Juan brał swe abecadła
Z jej ócz; ta lekcja wybornie wypadła.
CLXIV
Jest to rozkoszna rzecz i powab wielki
Dla ucznia słuchać lekcyj z ust jak wiśnie,
Zwłaszcza gdy uczeń od nauczycielki
Nie młodszy. Pomnę ja te lekcje i śnię...
Za dobre pensum uśmiech jak karmelki
Słodki; za złe... też; w przestankach się ściśnie
Za rączkę albo przestraszy buziaczkiem...
Ja się uczyłem tak, gdy byłem żaczkiem,
CLXV
Greckich, tureckich i hiszpańskich słówek,
Włoskich nie — bowiem nie miałem ochmistrza.
Do angielszczyzny nie rób mi przymówek:
Uczyłem się jej, gdzie jest nienajczystsza,
U Tillotsona181, Southa, łamigłówek
Zasię od Blaira, elokwencji mistrza
Kościelnej, świeckiej; na myśl samą zgrzytam...
Z poetów wszystkich — drwię, więc ich nie czytam.
CLXVI
O damach nawet rzec nie mogę tyle
Ja, zbieg ze świata brytańskich wielkości,
Gdziem miał jak wszyscy swoje wielkie chwile,
Gdziem miał jak wszyscy swe drobne słabości,
Które z cnotami dziś zostały w tyle;
Gdzie głupcy, którym często mogłem kości
Połamać; gdzie płeć piękna i płeć brzydka;
— Wszystko to dzisiaj jest snem dla rozbitka...
CLXVII
Don Juan, słysząc wyrazy realne,
Dźwięczne, wyraźne, zaczął je wymawiać.
Są w ludziach czucia tak uniwersalne
Jak słońce; w serca ich nie trzeba wstawiać,
Jak w serca mniszek gwałtownie zapalne;
Był zakochany — a miłość się zjawiać
Zaczęła równie w pięknej, młodej pannie,
Rzecz ta się zdarza w świecie nieustannie.
CLXVIII
O świcie — gdy spał, bo Juan podwójne
Zażywał dozy snu, mocniejsze ranem —
Szła do jaskini i oczęta czujne
Zwracała, patrząc, jak w gniazdku usłanem
Śpi ptaszę: włoski mu gładziła bujne
I wzrok pieściła licem ukochanem,
I oddychała cichutko nad skronią,
Jak wiatry, co się nad różami słonią.
CLXIX
Wracały prędko kolory młodości
I powróciły mu siły w połowie;
Krzepkość, dobrobyt są szczęściem ludzkości,
Kochania głównym warunkiem — bo zdrowie
I wywczas182 są dla ognia namiętności
Prochem i siarką. A już każdy to wie
Że dla Wenery tam trudny interes,
Gdzie nie pomaga jej Bachus183 i Ceres184.
CLXX
Gdy Wenus wiedzie serce w zalecanki
— Miłość bez serca jest niedoskonała —
Ceres podaje po włosku łazanki,
Bo miłość trzeba odżywiać jak ciało.
W tym czasie Bachus leje wino w szklanki,
By spłukać ryby, ostrygi i białą
Pulardę185; lecz kto dał wszystko? — dalipan,
Nie wiem; Jowisz-li, Neptun186, Pluto187 czy Pan188...
CLXXI
Kiedy się budził Juan, już znajdował
Kąpiel, śniadanie i te oczy czarne,
Których czar serce by każdemu skował;
Obok nich Zoi oczęta figlarne...
Przestanę, abym powieści nie psował:
Powtarzanie jest niemądre i marne.
Dość, że gdy skończył w kąpieli zabawy,
To do Hajdei wracał i do kawy.
CLXXII
Oboje młodzi, ona tak niewinna,
Że przed nagością oczu nie słoniła;
Juan istotą był, jak ją dziecinna
Jej wyobraźnia z dawna wymarzyła.
Godzien kochania, bo mu szczęście winna,
Za co go, zda się jej, uszczęśliwiła.
Kto szczęścia spragnion, ściągnął po nie ręce,
Musi część oddać; szczęście jest bliźnięce.
CLXXIII
Patrzeć nań — rozkosz; wsłuchiwać się w cienie
Wieczoru razem — to zwiększenie bytu;
Czuwać nad śpiącym i na przebudzenie
Czekać — to chwile lubego zachwytu.
A żyć z nim razem — zuchwałe marzenie,
A stracić — straszny upadek ze szczytu
Szczęścia; on skarb jej wyrzucon z głębiny
Morskiej, kochanek pierwszy i jedyny.
CLXXIV
I tak dzień po dniu czas im słodko płynął;
Hajdea chłopcu składała wizyty
Z rana, lecz bacznie tak, iż miesiąc minął,
A nikt nie wiedział, kto był w grocie skryty.
Aż dnia jednego pirata rozwinął
Żagle, bo zwęszył z kupców łup obfity.
Wyszedł nie jak Zeus189 po dziewicę Io190,
Ale po statki płynące ze Skio.
CLXXV
Zyskała wolność. Nie miała już matki;
Ojciec wędrował po morzach okolnych,
Więc mogła zażyć swobód jak mężatki
Lub inne damy z rodzaju swawolnych.
Nie miała brata, by zamknął do klatki,
Toż najwolniejsza była z kobiet wolnych,
A mam na myśli chrześcijańskie damy,
Których w haremach jeszcze nie trzymamy.
CLXXVI
Więc był z nią częściej i korzyść odnosił
Z jej rozmów, i już nauczył się tyle,
Że na przechadzkę pierwszy ją poprosił;
Jeszcze nie puszczał się o własnej sile,
Odkąd jak kwiatek, co go żeniec skosił,
Leżał na piasku i był pół w mogile.
Trafili właśnie na tę chwilę miłą,
Gdy księżyc wyjrzał, a słońce się kryło.
CLXXVII
Był brzeg ponury, na łup fal podany,
Z piaskami w dole, a skałami w górze,
O które czołem tłukły huragany,
Z zatoką, której nie tykały burze,
Kędy się chronił okręt skołatany.
U skał ocean wył w ponurym chórze:
Wiatrów; w dni tylko parne, letnią porą,
Rozfałdowany błyszczał jak jezioro.
CLXXVIII
Lekka tam piana rzucona z oparu
Lśni jak ta, srebrną co kiścią uwieńcza
Brzeg szumiącego szampanem pucharu;
Ta bujna rosa ducha, ta serc tęcza.
Niech słucha kazań, kto się piekieł żaru
Obawia; niech się z księżmi pozaręcza...
Dla nas kobiety, wino, śmiech, śpiewanie,
Jutro sodowa woda i kazanie!
CLXXIX
Mądry, gdy pije, powinien się upić.
Upiciem chwile są najsłodsze z młodu;
W miłości, sławie, złocie, winie skupić
Można nadzieje ludzi i narodu.
Bez owych soków musiałoby strupieć
Drzewo żywota i nie wydać płodu.
Upij się — radzę — a gdy się z zawrotem
Głowy obudzisz, słuchajże, co potem:
CLXXX
Zadzwoń, niech lokaj do łóżka przyniesie
Reńskiego wina i wody sodowej.
Ty byś nie wzgardził. nimi, o Kserksesie!
Bo ani sorbet mrożony w śniegowej
Wazie, mi czyste źródło w suchym lesie,
And burgunda napój rubinowy
Po pracy, boju, tyle sił nie doda,
Co reńskie wino i sodowa woda.
CLXXXI
Brzeg — (zdaje mi się, że mówiłem właśnie
o brzegu?... tak, tak, mówiłem o brzegu...)
Usypiał; był to czas, gdy słońce gaśnie;
Układały się fale do noclegu.
Cicho — ptak tylko morski czasem wrzaśnie
Lub pluśnie delfin, lub swawolna w biegu
Dziecinnym fala o kamiuszki trąci
I szmerem starych skał zadumę zmąci.
CLXXXII
Chodzili sami; ojciec na rabunek
Wyszedł z drużyną z okolic zebraną;
Nie miała matki, braci ni piastunek,
Prócz Zoi, która budziła ją rano
I którą łączył serdeczny stosunek
Z panią; jej służba była: wodę grzaną
Przynieść do mycia, długi warkocz uwić
Lub się o starą sukienkę przymówić.
CLXXXIII
Była to chwila owa, gdy czerwona
Tarcz słońca schodzi poza sine góry,
Co, zda się, ziemię objęły w ramiona
I są stróżami drzemiącej natury.
Jedna się nimi piętrzy świata strona,
A z drugiej morza lśnią ciche lazury.
Nad wszystkim niebo błękitnoróżowe,
A z nieba gwiazdy patrzą brylantowe.
CLXXXIV
Chodzili sami, dłoń trzymając w dłoni,
Po muszlach, piasku nadbrzeżnym i żwirze,
A potem zeszli do skalnej ustroni,
W której snadź191 burze pracowały chyże,
Mistrzowską rękę przykładając do niej,
I wykowały tę grotę w porfirze.
Tam siedli spocząć, a splótłszy ramiona,
Patrzali, jak dzień ma zachodzie kona.
CLXXXV
Patrzali w niebios szafirowe pole,
Ubrane w chmury jako listki róży,
I poglądali znów na morze w dole,
Gdzie topił jasne oko księżyc duży,
Bawił ich plusk fal i wiatru swawole,
A potem oczy zatrzymali dłużej
Na własnych twarzach; twarze się zbliżyły,
Usta się zeszły, przylgnęły, spoiły...
CLXXXVI
W pocałowanie długie, lube, świeże,
Miłosne, jak ognisko skupiające
Rozkosze, w rajskiej urodzone sferze,
Młodością tylko pojęte, niosące
Ciało, myśl, duszę miłości w ofierze. —
Krew — lawa, pulsy — wulkany grające,
Całus serdeczny — grom; jego wartości
Dochodzić trzeba — sądzę — po długości
CLXXXVII
Trwania. — Ile ich pocałunki trwały?...
Pocałowania minutą nie zmierzy.
Nie liczą — na co liczby się przydały?
W pocałowaniu jednym wieczność leży.
Milczeli, ale ognie na nich wiały,
Zdało się, dusza sama k’duszy bieży,
A usta do ust lgną jako rój młody,
Serca to kwiaty, skąd im płyną miody.
CLXXXVIII
Siedzieli sami, ale nie tak sami,
Jak ci, co puste zwiedzają cmentarze.
Ocean gładki, zasiany gwiazdami,
Mgły podnoszące się jak nocy straże,
Ściany pieczary miarowo kroplami
Ciekące — serca zbliżyły i twarze.
Zda się im, sami że żyją pod niebem,
A życie nie ma się skończyć — pogrzebem.
CLXXXIX
I nie straszyły ich tam niepokoje.
Ani ich nocy nie trwożyły cienie,
Żyli dla siebie, mieli mowę swoję
Myślaną, w głosu łamiącą się drżenie,
W której, gdy czego nie pojmą oboje,
Zaraz tłumaczą sobie przez westchnienie.
O, pierwsza miłość!... natury konieczność,
Dziedzictwo Ewy cór — dane na wieczność.
CXC
Hajdea ślubów ani obiecanek
Nie czyniła mu; nie miała pojęcia
O tym, czym ślubny jest mąż, czym kochanek,
Jak zgubna czasem miłość dla dziewczęcia.
Więc nieświadomie czysta, jak poranek,
Do kochanego zbiegała chłopięcia,
A niosąc duszy tę prześliczną białość,
Nie urozumiała nawet słowa: „Stałość”.
CXCI
Kochała, była kochana; wielbiła,
Była wielbiona; natura tak zwarła
Ich dusze, że się jedna w drugą wpiła
I chętnie w szczęściu razem by umarła.
Do równowagi chwilkę myśl wróciła
I uciszyła się, lecz wnet wydarła
Z objęć spokoju. Hajdea uczuła,
Że ich w istotę jednę miłość skuła.
CXCII
Niestety, byli tak piękni, tak młodzi,
Tak zakochani, bezbronni i sami,
A chwila była owa, w której schodzi
Na serce urok, rozpala ogniami
Żądz i niestarty wiecznością czyn rodzi,
Który opłacić potem trzeba łzami.
I ogniem piekła, gorejącym gwoli192
Sprawcom rozkoszy cudzej lub niewoli!...
CXCIII
Para, miłością i wdziękiem tak strojna,
A tak niebaczna, że w człowieczym rodzie
Nikt, chyba Adam i Ewa dostojna
Szli w równie chyżym do piekła pochodzie.
Hajdea, która była bogobojna,
Musiała słyszeć o styksowej wodzie,
Piekle i czyśćcu, ale zapomniała,
Kiedy stanowcza chwila się zbliżała.
CXCIV
Patrzą na siebie, z oczu blask im bije,
Ona mu białe ramię koło głowy
Oplotła; on zaś, objąwszy za szyję,
Skrył dłoń w kaskadzie włosów hebanowej.
Już na kolanach mu siadła, dech pije,
Oddech się staje prędszy, gorączkowy...
I wtedy grupę stworzyli klasyczną,
Nagą, miłośną, naturalną, śliczną.
CXCV
A gdy on syty szałem po upływie
Tych chwil pochyla w jej ramiona skronie,
Ona nie zaśnie, lecz mocno a tkliwie
Głowę mu trzyma na powabnym łonie
I czasem oczy obróci lękliwie,
I od lic jego bladych pierś jej płonie.
I wszystkie w sobie rozkosze zestrzela,
Których doznała i których udziela.
CXCVI
Astronom, kiedy patrzy na firmament193,
niemowlę, kiedy ssie piersi matczyne.
Dewotka, święty gdy przyjmie sakrament,
— Arab, gdy prosi wędrowca w gościnę,
Wódz, kiedy widzi w armii wrogiej zamęt,
Skąpiec, gdy złoto chowa pod pierzynę,
Nie poglądają wzrokiem tak promiennym
Jako dziewczyna, gdy czuwa nad sennym
CXCVII
Kochankiem, który jak dziecię uśpiony
Leży istotą swą w jej życiu wryty,
Bezsilny, niemy i nieporuszony.
Nieświadom, jakie przynosi zachwyty
wszystkimi uciech, smutków i żądz tony
W duszy anioła stróża swego skryty,
Z wszystkimi błędy194 i wdziękami — drogi,
Spokojny jak śmierć bez grozy i trwogi.
CXCVIII
Czuwa nad śpiącym, a w godzinę oną,
Gdy miłość i noc, i samotność wola,
I dusze wiąże siłą połączoną.
Pomiędzy piaski i skał groźne czoła
Mrok tuli grotę szczęściem przystrojoną,
Gdzie ich miłości nikt zajrzeć nie zdoła,
A nigdy gwiazdy, stojące na straży
Nocy, szczęśliwszych nie widziały twarzy.
CXCIX
Miłości kobiet — o! poznania warte,
Piękne a groźne, pełne tajemnicy.
Kobieta wszystko stawia na tę kartę,
Gdy przegra, to jej nic oprócz tęsknicy
I żalu życie nie odda rozdarte.
Za to ich zemsta, jak skok tygrysicy,
Krwawa... lecz i ta zwiększa serca rany,
Bo czują same cios drugim zadany.
CC
Nie dziw, że mszczą się kobiety, ofiary
Męskiej przemocy, nie dziw, że ich ręka
Zbroi się w sztylet, jadem poi czary;
Już dziećmi muszą się taić, choć pęka
Serce za lubym — przyjdzie bogacz stary,
Weźmie na żonę — skończona piosenka.
„Potem srogi mąż, niewierny kochanek,
Stroje, dzieciaki — ksiądz... w śmierci przystanek.
CCI
Jedna zakocha się, druga rozpije,
Ta stajnią zajmie się, tamtą — rautami;
Ta rzuci męża i z kochankiem żyje,
Zdobywa szczęście, ale honor plami,
A nie wiadomo nawet, czy zabije
Robaka smutku — ot — zwykle się mami...
Ta kusi diabła, potem powieść kleci,
A tak w pałacach jest czy w chatkach kmieci.
CCII
Hajdea była kochanką natury,
Dziecięciem żądzy, zrodzonym, gdzie żar nie
Ciecze powoli, ale tryska z góry
Na usta i na oczy dziewic sarnie.
Żyła, by kochać — kochać tego, który
Był jej przeznaczon; a wszystkie męczarnie
Nadziei, troski, trwogi były chwilką
Przelotną; serce biło tu, tu tylko.
CCIII
Co te serc bicia złego narobiły!...
Ależ bo każdy ich ruch szybszy, żywszy
Jest w swych przyczynach i skutkach tak miły,
Że nawet Rozum, pilnie wyplewiwszy
Rozkosz z alchemii swej, nie ma dość siły
Odwodnej; ba! głos sumienia najtkliwszy
Prawd nie nauczy, co myśl tak bogacą,
Że dziw mi, czemu podatku nie płacą?...
CCIV
Stało się... Serca ich się zaręczyły
W ciszy; pochodnie godowe z promieni
Gwiazd nad głowami pięknych pięknie lśniły.
Ocean świadkiem, jaskinia z kamieni
Łożem, spojrzenie ślubem do mogiły,
Kapłanem noc — i byli pożenieni;
Szczęśliwi, bo się aniołami wzajem
Sobie wydali, a świat cały — rajem.
CCV
Miłości! — której Owidiusz195 kapłanem,
Adeptem Cezar196, sługą był Antoni197,
Uczniem Horacy198, Katull199 — Tytus panem,
Sawantka200 Safo201 kapłanką — kto po niej
Ślub zechce z sinym zabrać oceanem?...
Nikt... Ha! Leukadia dziś się za was płoni...
Miłości! Nazwę cię bóstwem... niecnoty,
Bo cię diablicą zwać — nie mam ochoty.
CCVI
Ty doprowadzasz stan małżeński do met
Nieprawych; śmiejesz się z czół wielkich ludzi:
Cezar, Pompejusz202, Belizar203, Mahomet,
Patrz — gwoli którym dotąd pióro trudzi
Historia, którzy błyszczą na kształt komet,
A czas nieprędko takie duchy zbudzi,
Patrz... przecie w jeden ich punkt zniosły fale:
Wszystko to mędrcy, zdobywcy... rogale!
CCVII
Z ciebie Arystyp, Epikur204 ród bierze,
Owa przesławna materialna dwójca,
Co teoriami wygodnymi k’wierze
Do niebieskiego chce nas wwieść ogrójca,
Czy tylko diablim szponom nas odbierze
Ten piękny system biozofii ojca?...
„Jedz, pij, miłości jasne ognie zapal!”
Tak mawiał mędrzec a król: Sardanapal205.
CCVIII
A Juan?... Czy już o Julii ze szczętem
Zapomniał? Miałby zapomnieć tak skoro206?...
Nie — posądzenia odsuwam ze wstrętem,
Lecz myślę, że gdy nocną to się porą
Działo, to księżyc swym światłem przeklętem
Nagle ze zdrowej duszy robił chorą,
Bo cóż by było w tym, że buziak świeży
Zaraz tak miękkie serce rozpuklerzy?
CCIX
Ja się miłością niestateczną brzydzę
I gardzę ludźmi, których serca prawie
Z żywego srebra, że lada intrydze
Ulegną. Snadź na złej stoją podstawie.
Za to dozgonną miłość mile widzę...
Jednak minionej nocy na zabawie
Maskowej, śliczną gdy ujrzałem Włoszkę,
Serce się do niej rozbujało troszkę...
CCX
A wtem nadchodzi Filozofia krewka.
I: „Co zamyślasz? Wszakże to rozpusta!”
„Wiem, Filozofio, wiem, stara to śpiewka,
Ale jej oczy i... Nieba... jej usta!...
Chcę tylko wiedzieć, mężatka czy dziewka,
Czy ni to, ni to... ot, ciekawość pusta...”
„Stój!” — Filozofia wrzaśnie z gestem greckim,
Choć była w stroju, jak pomnę, weneckim. —
CCXI
„Stój!” Więc stanąłem. — Teraz idę dalej:
To, o czym miano „niestałość” opiewa,
To jest hołd tylko należytej skali
Złożon przyrodzie, co (na przedmiot zlewa
Wybrany dary swe; a jak się chwali
Obraz czy posąg z kamienia czy drzewa,
Tak dziw dla piękna jest miarą stopniową
Tego, co ludzie „beau ideal207” zową.
CCXII
Jest to pojęcie piękna erotyczne,
Subtelne wszystkich władz duszy rozwicie,
Uniwersalne, dziwne, platoniczne,
Zlane z gwiazd, w nieba cedzone błękicie,
Bez czego serce może wpaść w sceptyczne
Bagnisko; słowem, ócz mądre użycie,
Które zmysłami poparte dowodzi,
Że ciało ogień i z ognia się rodzi.
CCXIII
Bo skądże by się wszelka wina brała,
Jeśliby człowiek gust miał lada jaki?
Gdyby wam jedna miłość wystarczała,
Zadowalały was jedne przysmaki,
Byłoby serce całe, kieszeń cała.
A tak — czujecie nieustanne braki,
Ach! Gdy do śmierci jedna się podoba
Jedynie — zdrowe serce i wątroba!
CCXIV
Serce, jak błękit, w niebie ma mieszkanie,
W nim się jak w niebie zmiany dzieją co dnia,
Chmury je ściemnią, gromy padną na nie,
Czarna zamieszka w nim groza i zbrodnia,
A kiedy zgore208, pęknie, bić przestanie,
Wtedy jak burza — we łzy się rozwodnią,
Zaś gdy serdeczna krew zmienia się w wodę,
To z życia robi angielską pogodę.
CCXV
Funkcja wątroby jest: żółć leczyć chorą,
Ale się czasem z przeznaczeniem mija,
Bo w pierwszym szale staje jej zaporą,
Że nie puszczona żółć skupia się, zbija
Jak kłąb żmij, co się na śmiecisku zbiorą!
Wściekłości, strachu, żalu, zemsty żmija;
Z tego znów kłębu wszystko złe wytryska
Jak wulkan z ziemi głównego ogniska.
CCXVI
Anatomiczne tymczasowo sfery
Porzucam i niniejszym konstatuję:
Strof dwieście wedle przyjętej „maniery”
Ukułem w pieśni tej. Razem ukuję
Pieśni dwanaście lub dwadzieścia cztery.
Panom się kłaniam, a damom całuję
Rączki, kochanków zaś razem zostawię
Ku edukacji waszej i zabawie.
Pieśń trzecia
I
Cześć, Muzo! i tak dalej — Juan zasnął,
Na pięknym, szczęsnym łonie kołysany,
Pod strażą oczu, których blask nie gasnął
Jeszcze, serduszkiem dziewczęcym kochany,
Nie pojmującym, że je żądłem drasnął
Zatrutym, cichy ten, śpiący, zesłany
Jak wróg, by młodość jej bezgrzeszną skłócił
I czystą serca krew we łzy obrócił.
II
Czy to czar kryje człowiek, mały światek,
Co drugich w jego ramiona popycha?
Czemu do szczęsnych smutny cyprys chatek
Zaziera, czemu, kto miłuje — wzdycha?
Czemu uszczknięty, wonny, żywy kwiatek,
Choć ciepłej piersi zwierzony — usycha,
A gdy się miłość dziewczynie zaśmieje,
To choć kochana, więdnie i marnieje?
III
W pierwszej miłości kochanka kobieta
Kocha, w następnych już miłość jedynie;
Serca w jej dłoni jak drobna moneta,
Miłość się zsuwa lekko jak dziewczynie
Z rąk rękawiczka; wrażliwość już nie ta
Co dawniej; dawniej w uściśnieniu ginie,
Dziś się z wieloma uściśnieniem splata,
Ani jej taki nadmiar nie przygniata.
IV
Co tam w zjawisku owym leży na dnie
— Ja nie wiem; to wiem: kobieta dojrzała,
Jeśli w dewocję po uszy nie wpadnie,
W pewnym momencie zachciankami pała.
Wprawdzie tam pierwsza miłość zawsze władnie,
Pamięć jej czaru nigdy nie zwątlała.
Niektóre nigdy nie miały kochanka,
Lecz gdy był jeden, będzie ich wiązanka.
V
Śmieszna doprawdy rzecz, która dowodzi
Ludzkiej słabości, głupia, prawie wstrętna,
Że miłość w parze z małżeństwem nie chodzi,
Choć w nich z natury jedne biją tętna.
Miłość w małżeństwo, jak wino przechodzi
W ocet; przelewka cierpka, kwaśna, mętna,
Napój zmieniony z ambrozji różowej
Na specjał godny apteczki domowej.
VI
Czują coś jakby antypatię czepce
Niewiast do wianków na dziewiczej głowie,
Którym niepięknie płaszczą się pochlebce;
Dziewczyna, czym jest kochanek, się dowie
Niestety późno, gdy jej szczęście zdepce.
Ot, jaka zmiana znaczeń w jednym słowie;
Wiemy: Namiętność w kochanku jest wzniosła,
Lecz z męża robi — jak by to rzec?... — osła.
VII
Mąż się zbytniego rozkochania wstydzi;
Czasem wyczerpią ognie wieloletnie
(To rzadziej) — za czym żonę sobie zbrzydzi
(Trudno miesiące wszystkie brać za kwietnie). —
Stoi w zakonie209, który mają Żydzi
I my, że śluby jeno śmierć rozetnie.
Smutno! Żonę grześć, róże pośród cierni
Życia — i służbę domu widzieć w czerni!
VIII
Mają coś w sobie małżeńskie roboty,
Z czym rzeczywista miłość nie licuje.
Powieść, szeroko kreśląca zaloty,
— Małżeństwo tylko z profilu maluje.
Nikt o poślubne nie stoi pieszczoty,
Z małżeńskich gruchań cnota nie szwankuje,
Poezja ileż poniosłaby straty,
Gdyby Petrarka210 z Laurą był żonaty.
IX
Tragedia zwykle śmiercią się — zamyka, —
Komedie kończy powiązanie stułą.
Dalszy los dwojga jest dla czytelnika
Ciemny, bo pisarz boi się bibułą
Określać świat ten, do którego wnika
Młodziutka para; to by mu zepsuło
Poczytność. Resztę więc spycha na księży,
A Śmierć i Dama już nas nie ciemięży.
X
Dwaj, co skreślili, jeśli dobrze pomnę,
Piekło i niebo — inaczej małżeństwo —
Dante i Milton211 — przenieśli ogromne.
Pod swych połowic pantoflem męczeństwo.
Lada błąd — ludzkie ciało tak ułomne —
Straszne na głowy ich ściągał przekleństwo.
Beata Danta, jak Ewa Miltona,
— To była Muza poety, nie żona.
XI
Dant teologię podobno przedstawia
W osobie, która zwie się Beatrycze.
Domysł, jakkolwiek w dziw i zachwyt wprawia,
Komentatorom za mrzonkę policzę,
Chyba ich jaki dobry dowód zbawia,
Dając skazówki pewne — nie zwodnicze.
Raczej Dant, symbol dobywając z powić,
Matematykę chciał nią uzmysłowić.
XII
Juain z Hajdeą nie był ślubem spięty,
Lecz to ich wina, nie moja — mospanie!
Jeślić to czyni, czytelniku, wstręty,
Że z sobą żyli jak niechrześcijanie,
Jeślibyś wolał, by ich wiązał święty
Ślub, to rzuć książkę w ogniste otchłanie,
Zanim się skutków doczekasz fatalnych...
Strach o miłościach czytać nielegalnych!
XIII
Lecz szczęście pełne dała im ta zdrożna
Folga dla zachceń wabnych jak kwiat róży!
Hajdea coraz bardziej nieostrożna
Zapominała, komu wyspa służy.
Ale kochanka odtrącać nie można,
Najmniej w początkach, nim się jedno znuży,
Więc się schodzili częściej i na długo. —
Ojciec tymczasem parał się żeglugą.
XIV
Darujcie! Bo on zarabiał na życie,
Gdy podskubywał zbyt ciężarne statki.
Ot, jeśli tylko nazwanie zmienicie,
Będzie minister skarbu i podatki.
On nawet skromny — nie tonął w przesycie,
Nie miał milszego nic od swojej chatki,
Zarabiał na chleb w zacnym znoju, a racz
Zważyć, że nie brał nic więcej jak haracz.
XV
Poczciwiec dłużej nad zamiar żeglował,
Bo go wiatr wstrzymał przeciwny i łupy,
Za którymi już od dawna myszkował,
Choć mu zabrało morze dwie szalupy
I sporo jeńców. Resztę pocechował212
I zakuł mocno, spędziwszy do kupy.
Mieli w obrożach głowy, ręce, nogi,
A przedstawiali dochód wcale213 mnogi.
XVI
Więc na Matapan wysłał kilku jeńców
Majnotom; możny tumetański kady
Kupił towaru za pięćset czerwieńców;
Jeden staruszek, że chory i blady,
Został utopion; bogatszych młodzieńców
Schował na okup — a resztę gromady
Powiązał razem, miał zaś na lud drobny
Firman od Beja z Tunisu osobny.
XVII
Posortowawszy towary bławatne214,
Na lewantyjskie rozsyłał bazary,
Tylko niektóre rzeczy drożej płatne
Przeznaczył córce kochanej na dary:
Atłasy, wstążki, pióra delikatne,
Szale, dżeliki, duże szkła, gitary
I alikanckie bębenki, bandurki,
Wszystko cny ojciec zrabował dla córki.
XVIII
Małpę, buldoga, indyjskie kuraki,
Papugę, kotkę, kocięta z Angory
I rozmaite zwierzęta i ptaki,
Wyżełka, co go jakiś Anglik chory
Na rumowisku odumarł Itaki,
A wieśniak przyjął do swojej komory —
Wszystko, by schronić przed burzą — ów zbójca
Do ogromnego razem wsadził kojca.
XIX
A gdy ukończył morskie korowody,
Kilka korsarskich naw na morze rzucił,
Sam zaś, gdy okręt wessał trochę wody,
Ku brzegom wyspy swojej bieg wykrócił,
Gdzie córka swoje gościnne zachody
Odprawowała; lecz z przeciwnej wrócił
Strony, bo tutaj piaski brzeg zaległy,
Więc port urządził indziej korsarz biegły.
XX
Wysiadł, wodnego zbywszy elementu,
A że kwarantann tam ani komory
Nie było, kozak nie czynił mu wstrętu,
Nie badał wójt, gdzie bawił do tej pory,
Kazał wydobyć ładunek z okrętu,
Połatać, smołą zaprawić otwory;
Wszystkie się ręce zajęły robotą,
Wydobywając towary i złoto.
XXI
Gdy się na wzgórze, idąc ku domowi,
Dostał, skąd widział dwór, ogrodu smugi,
Stanął. — Jak to się serce zastanowi
Człeku, z wędrówki gdy powraca długiej
Z tą myślą pełną lęku: Czy też zdrowi?
Jak przyjmie jeden, a jak przyjmie drugi?
W nastroju, co się z przypomnienia krzesze,
Sadzając serce w prastare pielesze..
XXII
Kiedy wracają mężowie szczęśliwi
Albo ojcowie w domowe opłotki...
To się im serce zastracha, roztkliwi,
Bo białogłowski rodzaj mdły215 i wiotki...
— Niczemu mniej się nie ufa, nie dziwi;
Przykro mi, że lżę kokietki i trzpiotki.
Żony się stają bez opieki chytre,
Córki książęcą nawet plamią mitrę.
XXIII
Nie każdy człowiek uczciwy, gdy wróci,
Będzie nagrodzon losem Ulissesa216.
Nie każda żona po mężu się smuci
I zalotników odsyła do biesa...
Gorzej, gdy go już w niepamięć zarzuci,
Dzieciąt kilkoro u kolan się wiesza,
Które „przyjaciel” wywiódł dla pokoleń;
Gdy go pies własny pochwyci za goleń...
XXIV
Gdy zaręczony, może ukochaną
Zabrał mu bogacz, skąpiec pełen chuci,
I wtedy lepiej, bo prędko ustaną
Czułości, pan się z małżonką pokłóci,
A on znów miłość podejmie przerwaną,
Jako „przyjaciel domu” — lub porzuci.
A jeśli uprze się w nim czucia trwałość,
Napisze odę Na kobiet niestałość.
XXV
Panowie! Jeśli który w waszym gronie
Ma „stosuneczek” (rozumiem uczciwy
Popęd przyjaźni ku nieswojej żonie,
Jedyny węzeł łatwo rozpletliwy,
Choć zda się ścisły; rzetelny w zakonie
Miłosnym Hymen217 — inny jest fałszywy) —
Nie bawcież w drodze długo, bo mężatki
Zmieniają gachów tak łatwo jak szatki.
XXVI
Lambro, nasz morski celnik, grzesznik stary,
Co bieglej morza niż lądy okradał,
Cieszył się, widząc kominów dym szary,
Lecz psychologiem nie będąc — nie badał,
Skąd się mu w głowie dziwne snują mary,
Czemu strach jakiś na duszę przypadał?...
Czy córka chora?... Bał się dobry ojciec,
A nie mógł więcej niż filozof dociec.
XXVII
Obaczył domu słońcem białe ściany
I zieleń warzyw i drzew — — jak w obrazku;
Słyszał górskiego strumienia dźwięk szklany
I psa szczekanie — a w pobliskim lasku
Między cytryny, oliwy, kasztany
Postaci ludzkie z migocącą w blasku
Bronią (broń noszą tam wszyscy) i kwietne
Stroje, barwami jak motyle świetne.
XXVIII
A kiedy podszedł pod ustronie sielskie,
Aby rozpoznać owo zgromadzenie,
Usłyszał dźwięki, ale nie anielskie,
Tylko bezecne, ziemskie rzępolenie.
Wzniosły się dziwem oczy rodzicielskie,
Na głowę padło mu oszołomienie,
Bo grzmiały trąby, flety, taralbuki
I najmniej wschodnie śmiechy, wrzaski, huki.
XXIX
Więc przyśpieszywszy kroku i już prawie
Biegnąc po góry spadzistym zakręcie
I rozchylając gałęzie, brnąc w trawie,
Ujrzał — i stanął jak głaz w tym momencie —
Bandę czeladzi, w cudacznej zabawie
Tańczącą, niby derwisze, na pięcie,
I poznał, że to był piryjski taniec,
W jakim się wschodni lubuje mieszkaniec.
XXX
W kółku dziewice niby greckie chóry;
Jedna trzymała chustki sztandar biały,
Inne jak perły nizane na sznury
Tańcem się, ręce splótłszy — kołysały.
Włosy im spadły na szyi marmury;
Najbrzydsza sześciu poetów by w szały
Wprawiła; pierwsza śpiewa, za nią inine
Takt wybijając, następują zwinne.
XXXI
Część biesiadników, na dywanie w głębi
W kucki usiadłszy, je. Tu baranina
Z ryżem (tak zwany pilaw) parą kłębi,
Tam stoją flasze samijskiego wina,
Sorbet się w wazie porowatej ziębi.
Nad gośćmi drzewo gałęzie ugina,
Podając dłoniom granaty ogniste
I pomarańcze nabrzmiałe, soczyste.
XXXII
Tam śnieżnoruny baran w gronie małej
Dziatwy; dziatwa mu rogi wieńcząc pląsa,
A patriarcha owiec osiwiały
I niby jagnię cichy, głową wstrząsa
Poważną, z lekka, dostojny, wspaniały,
I sam je z ręki, znów niby się dąsa,
Rogi nadstawia i czoło surowe
I znów, powolny218 rączkom, chyli głowę.
XXXIII
Piękne, klasyczne profile, błyszczący
Strój, drobne twarze i oczy ogniste,
Włos rozpuszczony, rumieniec gorący
I wzrok wymowny, gęsta wyraziste,
Czar niewinności, dziecięctwa broniący,
Robiły z Grecząt malowidła iste;
Lambro — filozof, aż westchnął żałośnie,
Że to maleństwo na ludzi wyrośnie.
XXXIV
A karzeł błazen, jak Szecherezada,
Gromadce starców, co z nargili219 pyka,
O zamkach, skarbach zaklętych powiada
I arabskiego dowcipach szelka,
I o lekarstwach czarodzieja dziada,
I o pałacu, co się sam odmyka;
Nawet o wiedźmie, która (bardzo wierzę)
Każdego męża przemieniała w zwierzę.
XXXV
Słowem, były tam. wszystkie (czystej treści)
Podniety zmysłom, chęciom, wyobraźni:
Śpiew, wino, tańce, muzyka, powieści,
Wszystko, co cnoty uczciwej nie drażni,
Lecz Lambro patrzał i pełen boleści
Rozumiał szkodę swą coraz wyraźniej
Widząc, że tańce te, półmiski, trunki,
Obciążą jego miesięczne rachunki.
XXXVI
Człowiek co jest? Często go śmierć spotyka,
Kiedy żołądka zaspokaja chuci.
Czym darzy życie szczęsnego grzesznika?
Do kubka żółci kroplę miodu rzuci!
Rozkosz przynęca i gubi młodzika,
Bo ma syrenią twarz i czule nuci.
Przyjęcie Lambra u wrót własnej chaty
Było jak... starcie z ogniem mokrej szmaty.
XXXVII
Ale był mężem, co się w pogadanki
Nie wdawał; chcąc spaść na nich niespodzianie
(Zazwyczaj mieczem czynił niespodzianki) —
Nie dał się poznać, więc trwało śniadanie
Dalej i nikt się nie zrywał od szklanki;
On mierzył wzrokiem służbę, panów, panie,
Zdumiony raczej niż uradowany
Kompanią, co mu wysuszała dzbany.
XXXVIII
Nie wiedział, iż wieść przybyła ze świata
Przez greckich kupców usta (Ach, ci łgarze!),
Że umarł (Tacy ludzie żyją lata!).
Anioł żałoby objął w domu straże.
Ale kir prędko zastąpiła szata
Godowa, wraz220 się rozchmurzyły twarze.
Hajdei oschły łzą mokre jagody,
I jęła221 pełnej używać swobody.
XXXIX
Stąd owa uczta, tancerze i grajki,
I nie widziana dotąd wyspie feta.
Służba próżniacza, rozpita, nahajki.
Zbywszy, czuła się w raju Mahometa.
Gościnność Lambra poszła między bajki
Wobec uczt, jakie dawała kobieta.
Dziwna, że ma czas na przyjęcie gości,
Skoro dni całe poświęca miłości.
XL
Może myślicie, że słysząc te chóry
Wpadł w wściekłość? Tak by zrobił człowiek miętki,
Łatwo tam było wyskoczyć ze skóry! —
Lub że postąpił sobie jak człek prędki:
Bił, w turmę sadzał lub brał na tortury,
Karcąc niewczesne u czeladzi chętki,
I że się z objęć spokoju wydarłszy,
Choć korsarz — chciał gniew okazać monarszy?
XLI
Mylisz się. To był pan, arystokrata,
Najstateczniejszy między rozbójniki,
Miał ułożenie, dobry ton magnata,
A niezbadany był jak mórz tajniki,
Tyle obłudy ni dworacka szata
Nie kryje, ani fartuszek podwiki.
Szkoda, że przez swe przeklęte myślistwo
Utracił prawo wejścia w „towarzystwo”.
XLII
Do biesiadnego zbliżywszy się stoła,
Uderzył w ramię gościa siedzącego
Przed nim i z krzywym uśmiechem dokoła
Spojrzawszy, co nic nie wróżył dobrego,
Zapytał, skąd im ta uczta wesoła.
Grek rozmarzony winem, do którego
Zwracał się, nadto wesół, aby pana
Poznać, napełnił swój kielich ze dzbana.
XLIII
I nie zwracając oblicza maszkary
Przez ramię chylił go z bachanckim gestem,
Wino po sukni lejąc z pełnej czary,
Rzekł: „Idźże sobie! Patrz, zajęty jestem.”
Drugi bełkotał: „Zdechł pono nasz stary,
Zapytaj pani, he! he! czy jej źle z tem...”
„Pani — rzekł trzeci — ho! mózgu barani,
Pan nowy dzisiaj tu rządzi, nie pani”.
XLIV
Łotry przyjęci świeżo nie wiedzieli,
Do kogo mówią. Lambro zbladł jak ściana,
W oczach mu łypnął jak błysk karabeli,
Lecz się sczaiła wściekłość hamowana
I próbował się uśmiechnąć weselej.
Zapytał tylko „szanownego pana”
O imię i stan owego młodzieńca,
Co zachciał pono panieńskiego wieńca.
XLV
„Nie wiem — odpowie łotrzyk — skąd przybywa
I kto go rodzi — ba! — ale to fracha!
Wiem, że ten kapłon222 w smacznym maśle pływa,
I że mi służy każda wina flacha.
Jeśli acana to nie przekonywa,
Zapytaj tego oto mego bracha,
Będziesz sobie mógł dobrze go wybadać,
Woli językiem mleć zamiast zajadać”.
XLVI
Lambro był człowiek uprzejmie cierpliwy
I teraz dobre wychowanie zdradził,
Ja bym go w Francji, gdzie jest niewątpliwy
Wzór gustu — między przedniejsze posadził,
Zniósł więc dla domu swego obelżywy
Przycinek, bruzdy na sercu wygładził,
Nie używając na razie złorzeczeń
Na służbę, która zjadała mu pieczeń.
XLVII
W człowieku, który przywykł rozkazować,
Gdy rzekł: „Idź!”, to szli, a gdy: „Stój!” — to stali,
Który ze słowem nie lubił żartować,
A wola jego była — miecz ze stali,
Dziw, że się umiał teraz pohamować.
My nie pojmujem tego — ludzie mali,
Lecz kto sam sobą rządzi, jak należy,
Godzien panować ludom — jak król Jerzy.
XLVIII
Nie przeto, aby nie miał być gorący,
Lecz nigdy, kiedy krwawe rzeczy knował.
Groźny — sam w sobie skupiony, milczący,
Jak wąż dusiciel zwinięty — czatował.
Milczał, gdy mówił za niego miecz grzmiący,
A gdy grzmiał słowy, krwi nie potrzebował.
Bo każdy wyraz jego był tak sieczny,
Że gdy ciął, już cios drugi był zbyteczny.
XLIX
Nie pytał więcej i zwlókł się ponury
Ku swej sadybie, drogę boczną sobie
Obrawszy; ledwie go pozdrowił który,
Bo nikt o panu nie marzył w tej dobie.
Nie wiem, czy trwała w nim jeszcze dla córy
Miłość — ale człek pochowany w grobie,
Poglądać musiał wcale nie z rozkoszą
Na ten dziwny żal, jaki po nim noszą.
L
Gdyby umarli mogli niezwalczoną
Śmierć pożyć, Boże broń! — w sposób cudowny,
Nie wszyscy... ale na przykład mąż z żoną
(Darujcie mi ten przykład niestosowny),
To jeśli dawniej żyli z sobą słono,
Teraz by życie było: kwas dosłowny,
A jeśli śmierć ich opłakali krewni,
Na zmartwychwstanie płakaliby rzewniej.
LI
Wszedł w dom swój, a w nim cudze już ognisko
Płonęło; ta myśl głębiej w piekło strąca,
Smutniejsze sercu wyprawia igrzysko
Niż myśl na łożu śmierci konająca.
Widzieć serdeczne gniazdo w cmentarzysko
Zmienione, gdzie już nadzieja gasnąca
Ziębnie jak popiół, o! Któż z was odgadnie,
Ile boleści w tym uczuciu na dnie?...
LII
Wstąpił do domu — już nie swego domu,
Bo nie ma domu, gdzie serca nie stanie,
I doznał pierwszy raz strasznego sromu223,
Że nikt nie wyszedł doń na powitanie.
Tam przeżył dni swe pod niebem bez gromu,
Oczom dziś dzikim i serdecznej ranie
Chcąc ulżyć, śpieszył do czystej, kochanej,
To jego ołtarz jeden — nieskalany.
LIII
Był to charakter dziwnego zakroju:
Miękki w obejściu, choć dziki w postawie,
Pomierny w jadle, napoju i stroju,
Umiarkowanie spokojny w zabawie,
Bystry w pojęciu, nie słabnący w znoju,
Wydał się lepszy, niż był — dobry prawie!
Szał zemsty żył w nim po ojczyzny klęsce
I niewolnika zamienił w ciemiężcę.
LIV
Chęć władzy, złota trzos, co dumę stwarzał
I zhartowane ciągłą walką życie,
Niebezpieczeństwa, w których się zestarzał,
Litości jego częste nadużycie,
Jęk ofiar, co się ciągle w duszę wdrażał,
Morze, co domem, zbójcy, co bandycie
Stali się braćmi, zrobiły go bogiem
Mordu, dla ludzi nieugiętym, srogim.
LV
Ale duch Grecji niby złotą łuną
Odblask rycerski rzucił duszy hardej,
Ten sam, co niegdyś po kolchijskie runo
Gnał bohaterów, jak śpiewają bardy.
Bój — jego życiem, a pokój był truną.
A zaś ojczyzna jego — godna wzgardy.
Nienawiść światu, ludziom miecz, płomienie
Niósł w zemście za swej ojczyzny spodlenie.
LVI
Lecz wpływ jońskiego powietrza, obłoków,
Wydelikacił serce w twardym łonie,
Strzegąc bezwiednie wszystkich jego kroków.
Jawił się w smaku, z jakim to ustronie
Wybrał, w miłości muzyki, widoków
Wzniosłych, strumienia, co się wił przez błonie,
Kwiatów, zieleni, niwy złotokłosej,
Których wdzięk rzeźwił go jak krople rosy,
LVII
A za to wszystka jego miłość zbiegła
Ku córce; ona anielską słodyczą
Od skamienienia twarde serce strzegła,
Krwią pokalane codziennie zbrodniczą.
Jej jednej dusza uparta uległa;
Gdyby rozstała się z tą tajemniczą
Władzą, resztę by ludzkich uczuć skalał
I jak ów Cyklop224 — ślepotą oszalał.
LVIII
Straszna jest lwica, szczeniąt pozbawiona,
Gdy rykiem grozi i źrenicą błyska;
Straszny ocean, gdy ze swego łona
Okręt sterczącym czołom skał odciska;
Lecz wcześniej wściekłość szalejąca kona,
Bo się o własną gwałtowność rozpryska,
Niż złość głęboka, niema, hamowana
Człowieka-ojca i dumnego pana.
LIX
Jest to rzecz smutna — a częsta, niestety,
Że nam ostatnie zatruwa godziny,
Któ?... Własne dzieci — te niby portrety
Nas samych, ale z ulepszonej gliny.
Gdy stare życie dobiega do mety,
Mgła pada na dni naszych zachód siny,
Dzieci rzucają nas, oddając wszakże
Dobrej kompanii: kaszlowi, podagrze225.
LX
Piękna to bardzo rzecz: liczna rodzina,
Póki ci drzemki zwykłej nie naruszy,
Cóż to za widok, kiedy macierz syna
Karmi! (Jeśli to nie szkodzi jej tuszy.)
Jak cherubinki dzieci u komina
Plączą się (widok, co grzesznika skruszy),
A piękna matka między córeczkami
Świeci jak cekin pomiędzy piastrami226. —
LXI
Lambro wszedł tajnym, nie widziany, gankiem,
Stanął u wejścia do jadalnej sali,
Gdzie młoda pani z młodzieńczym kochankiem
W blasku monarszej chwały wieczerzali.
Stół zastawiony przed nimi, a wiankiem
Dokoła piękni niewolnicy stali.
W zastawie złoto i kamienie świecą,
Najmniej już koral z perłową macicą.
LXII
Wieczerza z dań stu smaczna i obfita,
Godna twojego stołu, wielki Ałłach!
Wszelaka ryba, szafranem podmyta,
Zupy, szyszliki, ciasta przy nabiałach,
Których nie wyparłby się Sybaryta.
Na wety227 słodkie sorbety w kryształach;
Słodycz przez skórkę owoców ciśniona:
Pomarańcz, jabłek i winnego grona.
LXIII
Stały w dzbanuszkach szklanych owe soki,
Chleb daktylowy leżał i banany.
Na koniec dano odwar z czystej mokki
Arabskiej w kubkach z chińskiej porcelany.
Od waru czarnej jak smoła patoki228
Osłaniał dłonie spodek z filigrany;
Lecz z cynamonu, wanilii przyprawy
Psuły — mym zdaniem — wyborny smak kawy.
LXIV
Zamiast obicia — aksamitne płaty
Szkarłatne, żółte, brzegami spajane,
Szyte w jedwabne, damasceńskie kwiaty,
Szeroką złotą lamą bramowane.
W płat górny, arabeskami bogaty,
Ujęty w modry szlak — były wpisane
Lilijowymi głoskami przestrogi,
Wyjęte żywcem z perskiej pedagogii.
LXV
Zwyczaj pisania po ścianach przyjęto
Na Wschodzie w każdym pałacu, szalecie,
Jest to jak gdyby wcielone memento;
Jak na memfijskim ów czerep bankiecie
Lub Baltazara głoski mocą świętą
Mówiące, że go śmierć przede dniem zmiecie.
Lecz tu niech mentor gromkich rad zaniecha,
Gdzie mentoruje wyłącznie Uciecha.
LXVI
Piękność, po balu idącą na mary,
Lub geniusz, co się zapija arakiem,
Bezbożnik zmienion na „doktora wiary”
(Bowiem się lubi zwać imieniem takiem)
Lub apopleksją tknięty żarłok stary —
Wszystko jest smutnym a nie lada jakim
Dowodem, że szał rozkoszy, niewczasy
Szkód wyrządzają tyle co frykasy.
LXVII
Oboje państwo stopy opierali
Na karmazynie z lamą lazurową.
Ogromna sofa zajęła ćwierć sali,
Lambrowi zdała się zupełnie nową.
Wezgłowie godne, aby mu oddali
Czoła mocarze; na nim słońce płową
Jedwabną nicią wyszyte połyska,
Z niego jaskrawych pęk promieni tryska.
LXVIII
Złoto, porfiry, brązy i kryształy
Lśniły przepychem. Indyjskie dywany,
Których się stopy prawie dotknąć bały,
Gazele, koty, ku śmieszkom wybrany
Trefniś229, a tu i owdzie ów niecały
Człowiek, co na chleb zarabia oplwany,
Jako minister lub faworyt. Zgoła230
Jak na kiermaszu zabawa wesoła.
LXIX
Tutaj zwierciadła szkłem przeczystym świecą,
Ówdzie rzeźbione stoły hebanowe
I wykładane perłową macicą,
Tam znów stoliczki mniejsze, szylkretowe231
Zastawą srebrną i złotą się szczycą.
Potrawy mięsne dla gości gotowe
0każdej porze; sorbety i wino
We dnie i w nocy z dzbana w gardło płyną.
LXX
Niech wam opiszę strój młodej kadiny:
Dżelików dwoje: jeden cytrynowy;
Koszulka z biało-różowej tkaniny
W takt się na piersi podnosi miarowy.
Zamiast guzików podłużne bursztyny;
Dżelik zaś drugi złoto-purpurowy,
Kwef z musselinu, nie kryjąc jej lica,
Buja jak obłok dokoła księżyca.
LXXI
Naramienniki na każdym ramieniu
Bez zamków — a tak misternej roboty,
Że nie cierpiały w takim uciśnieniu,
Owszem, od ramion brał kształt łańcuch złoty.
Mistrz, gdy je robił, musiał być w natchnieniu.
Łańcuszek pieścił ciałko swymi sploty,
I musiał rozkosz uczuwać niemałą,
Bo bielszej ręki złoto nie widziało.
LXXII
Jako ojcowskie dziedzicząca mienie,
Miała na noskach mesztów232 złote sprzączki;
We włosach drogie, iskrzące kamienie,
Skute dwunastu pierścieniami rączki,
Welon perłami spięty, które w cenie
Wyobrażały setki i tysiączki.
A szarawarki szerokie, jedwabne
Falą spadały na jej kostki zgrabne.
LXXIII
Wpół rozwinięty warkocz do stóp spływa,
Niby alpejski potok, gdy zrzucony
Z gór, pierwszym dziennym blaskiem rozelśniewa,
Byłby ją okrył całą — rozpuszczony,
Ale jest więźniem. Zda się, że go gniewa
Podtrzymujący, z jedwabiu pleciony
Koszyk i chciałby zerwać siatki sznury,
Gdy dmuchnie zefir chłodzącymi pióry233.
LXXIV
Postać jej budzi dookoła życie,
Od oczu bierze przejrzystość powietrze,
Bo były takie, jak sobie w błękicie
Wyobrażamy obłoczki najbledsze,
Czyste jak Psyche234, nim zwiędła w zachwycie,
Lub jako dziewczę, nim je miłość zetrze.
A pod tym wzrokiem musiał każdy mięknąć,
I nie byłoby bałwochwalstwem klęknąć.
LXXV
Rzęsy, jak zwyczaj wschodni każe, były
Pomalowane — ale trud daremny,
Bo oczy tak się czarno urzęsiły,
Że drwiły sobie z sztuki nieforemnej
I mszcząc się, jeszcze ogniściej świeciły.
Paznokcie kolor różowy półciemny
Krasił — lecz i tu sztuki próżne trudy,
Bo być nie mogły różowsze jak przódy.
LXXVI
Głębszy powinna odcień przybrać henneh235,
By uwydatnić lepiej białość skóry.
Lecz nie Hajdei, bo bielej promienne
Nie pomaluje słońce śnieżnej góry.
Mogło się łudzić oko, czy to senne
Zjawisko, ziemski twór, czy cud natury?
Powiedział stary Will: „Próżna robota
Malować lilię, uzłocić blask złota236”.
LXXVII
Juan na sobie miał szal z wełny białej,
Przetkany złotem — a tak przezroczysty,
Że przezeń ognie brylantów błyszczały
Jak gwiazdy poprzez białość drogi mglistej.
Turban zwinięty w fałdy, okazały.
Na nim w agrafie z szmaragdu ognistej
Pukiel237 Hajdei włosów nad miesiącem238,
Który migoce światłem żywym, drżącym.
LXXVIII
Goście bawili się przy uczcie świtą
Karłów, bajader239, eunuchów, poety,
Co radość pieśnią zasilał obfitą;
Był znany, że sam chwalił swe zalety,
Wiersz jego ilość miał stóp należytą,
W tendencji... zawsze dochodził do mety,
To jest — do kieski, bo umiał prześlicznie
„Drzeć łyka” — — jakbym rzekł alegorycznie.
LXXIX
Czcił teraźniejszość, o przeszłości ścichnął
I dobrych czasów zdał się nie żałować.
Na antyjakobina się wystrychnął
Wschodu — jadł pieczeń, — zamiast piorunować.
Przed kilku laty los sobie wywichnął,
Chcąc niepodległość wobec praw zachować,
Lecz dziś opiewał Sułtana i Beja
Wierszem Crashawa240, z czelnością Southeya.
LXXX
Był to mąż, który wiele zakosztował;
Jak magnes kręcił się we wszystkie strony;
Biegunem był ten, co się wyśrubował
Wyżej; łasiwy jak pies przyuczony,
Taką podłością często się uchował
Batów — wymowny, gdy dobrze żywiony,
Kłamał z zapałem i tak ludzi durzył,
Że laureata pensyjkę wysłużył.
LXXXI
Miał geniusz, jeśli go wietrznik mieć może;
Irritabilis vates241 dbały o to,
Aby świat o nim myślał w każdej porze.
(Co jest nawiasem — wielu ludzi cnotą...)
Lecz czas mi dalej... Cóż ja śpiewam?... Boże!...
A... trzecie kanto; parę wdziękiem złotą,
Miłości, uczty, dom, ubiory, sposób
Życia na wyspie mieszkających osób.
LXXXII
Poeta ów, choć miał na grzbiecie łaty,
Był w towarzystwach nadzwyczaj łubiany,
Zwłaszcza pomiędzy obdartymi braty,
Bo miewał do nich mówki, gdy pijany.
A choć nie każdy ducha jego światy
Zgłębił, to każdy napojem rumiany,
Krztusząc się czkawką pijacką, oklaski
Dawał za każdy żart brudny i płaski.
LXXXIII
Lecz teraz w wyższe dostawszy się sfery,
A pozbierawszy w swych wędrówkach wszędy
— Najświeższe hasła liberalnej ery,
Pewny, że w kółku tym z jego gawędy
Rewolucyjne nie powstaną szmery,
Chciał wynagrodzić dawne życia błędy,
Ciepłej młodości nutę w łonie wskrzesić
I wojnę z prawdą na chwilę zawiesić.
LXXXIV
Był u Arabów, Turków i Hiszpanów,
Poznał z ambicji przeróżne narody.
I żył z członkami rozmaitych stanów;
Nosił w kieszeni wierszowane płody,
Ku wyłudzeniu podzięki od panów,
W potrzebie zmieniał pamflety na ody.
„Bądź Rzymianinem w Rzymie” — tej zasadzie
Ze zmianą nazwisk hołdował w Helladzie.
LXXXV
Więc gdy proszono, aby zadął z krtani,
To w każdym kraju śpiewał narodowe
Pieśni: Ça ira242, Boże Caria chrani,
Miał epigramów modnych pełną głowę.
Każdy poezji rodzaj był mu tani:
Hymny, elegie, jamby karmelkowe.
Gdy Pindar243 końskie wychwalał zasługi,
Czemu się nie miał giąć jak Pindar drugi?
LXXXVI
We Francji stworzyłby piosnkę uliczną,
A w Anglii epos, tomów trzy in quarto244 —
W Hiszpanii zaś balladę romantyczną,
Na dziejach wojny ostatniej opartą.
W Niemczech wzniósłby się w sferę niebotyczną
Goethego245 (wspomnieć tu de Staël246 warto),
W Italii nuciłby jak Trecentisti247,
A Grekom rzucił taki hymn ognisty:
1
Greckie ostrowy248! Greckie ostrowy!
Gdzie sławna miłość i śpiew Safony,
Gdzie białe bogi i szyk bojowy,
I Delos święta, i Febus czczony,
Nad wami ciepła wiosna bez końca,
Lecz wszystko legło u was — prócz słońca!
2
Wielcy poeci z Teos i Skio,
Epos rapsoda, żale kochanka
Na ustach obcych ludów dziś żyją,
Ich grób nieznany, ich pieśń wygnanka;
Wy, nowi Grecy, ledwie z posłuchów
Wiecie o wyspach szczęśliwych duchów.
3
Na Maratonu błoń patrzą skały,
Błoń Maratonu249 patrzy na wodę,
Tam się marzenia me rozbujały
I wymarzyłem Grecji — swobodę!
Bo gdy u Persów stanąłem trumny,
To się poczułem wolny i dumny.
4
Król siadł nad morzem, w skał częstokole,
Na Salaminę250 patrzał, mórz córę,
I tysiąc statków oglądał w dole,
I ognie mieczów, i wojska chmurę,
Zmierzchem je zliczył z końca do końca,
Gdzież się podziały o wschodzie słońca?...
5
A gdzież są dzisiaj? A gdzie jest ona...
Moja ojczyzna? Gdzieś w poniewierce
Tuła się lira strun pozbawiona.
Nigdzie rycerskie nie bije serce.
Maż251 lutnia pełna boskiego dźwięku
W moim się karlim wyrodzić ręku?...
6
Nam, cośmy takiej doszli sromoty,
Dawniej panowie, a dzisiaj jeńce,
Chlubą jest uczuć wstyd patrioty.
Ja kiedy śpiewam, czuję rumieńce,
Lecz ja, poeta — cóż pieśnią znaczę?...
Za was się płonię252, za Grecją płaczę.
7
Płakaćże tylko czasów szczęśliwych?
Smucić się?... Nasi przodkowie marli!
Ziemio! Oddaj nam z siebie nieżywych!
Z trzechset, co milijony odparli,
Niech się trzech tylko wydrze mogile,
A powtórzymy ci — Termopile253.
8
Nikt się nie ozwał? Co? Cicho wszędzie?...
A! — Nie. — Głos jakiś huczy gromliwy,
Jak potok, skały kruszący. w pędzie,
I odpowiada: „Niech jeden żywy,
Jeden niech wstanie... Spieszymy — rzeszą...”
Lecz żywi... żywi powstać nie śpieszą.
9
Próżno, próżno! W inne dzwoń akordy,
Samijskiego wina w puchar nalej,
Niech krew piją ludzką — dzikie hordy,
Ty krwi natocz z winnych gron i szalej!
Słyszysz, słyszysz: — W odpowiedzi leci
Wrzask radosny Bachusowych254 dzieci!
10
W tańcu pirejskim nie tracisz wprawy,
A gdzie jest dawna pirejska rota?
Do obu tańców bywałeś żwawy,
Do rycerskiego znikła ochota!
Wam gwoli255 Kadmus256 litery stworzył,
Cóż by niewolnym rzekł, gdyby ożył?...
11
Samijskiego wina daj, dziewczyno!
Ludzie z twarzą smutną, bądźcie zdrowi!
Anakreon257 śpiewał, gdy pił wino,
Służył — ale Polikratesowi258.
Choć to tyran, tytuł go nie plami;
Wtedy swoi byli tyranami.
12
Ten, co chersońskim władał majdanem,
Był przyjacielem dobrym wolności.
Lecz Miltyjades259 był tym tyranem...
O! Gdyby wstały dziś jego kości,
Pod jego jarzmo szedłbym z ochotą,
Dziś by się zdało wolnością złotą.
13
Samijskiego wina daj, dziewczyno!
Na sulijskie skały, Pargi ziemię,
Może duchy dawnych ludzi spłyną
I rycerskie wyprowadzą plemię,
Może w chacie gdzieś się chłopię chowa,
W którym wskrześnie moc Heraklesowa?
14
Nie wierz, gdy pomoc Frank ci przyrzecze,
Ich król kramarzem jest — nie rycerzem.
Tylko rodzime tarcze i miecze
Wiernym ci będą służyć przymierzem,
Turecka przemoc, łacińska łaska
Tarcze pokruszy, miecze potrzaska.
15
Samijskim winem napełnij czaszę,
Widzę dziewice tańczące w cieniu.
Świeże, powabne, rozkoszne, nasze —
Krew mają w ciele, ogień w spojrzeniu;
Lecz kiedy patrzę, to serce boli,
Że będą karmić synów niewoli.
16
U Sunijonu podnóża siędę
I będę patrzał na morze sine,
Z falą się szumną puszczę w gawędę
I jako łabędź śpiewając — zginę,
Nie chcę niewolnej ziemi być synem...
Roztłucz tę czaszę z samijskim winem!
LXXXVII
Tak nucił lub chciał, lub winien był nucić
Grek teraźniejszy w rymach dosyć zgodny.
Gdyby był umiał jak Orfeusz260 cucić
Głazy, stałby się rozruch niezawodny,
Bo umiał dusze w dłoni spleść, rozrzucić.
Myśli poety — o, to jest zdrój płodny
Myśli słuchacza — choć poeci — łgarze!
Zmieniają ciągle barwy, jak farbiarze.
LXXXVIII
Słowa mają byt — a małą kropelką
Myśl, niby rosa, w księgi padająca,
Wprowadza w obrót żwawy ludzkość wielką.
Mała literka, mózg zastępująca
— Dziwne — zdolna jest stać się karmicielką
Wieków; czas w nicość ludzkie ciało strąca,
Gdy papier, podła bibuła — ot szmata
Jak ta — przeżyje najpóźniejsze lata.
LXXXIX
Kiedy już kości spróchnieją w mogile,
A jego ród i nawet naród zginie
Jak widmo, jak dym, a on zyska tyle,
Że go parafia w spisach nie pominie —
Jakiś manuskrypt, znaleziony w pyle,
Albo grobowy kamień gdzieś w ruinie,
Przy rozkopaniu odkryty kloaki,
Dobędzie imię jego jak skarb jaki.
XC
Ze sławy mędrzec żarty sobie stroi.
Cóż to jest? Mara, cień — na historyka
Wymowie raczej, kwiecistości stoi
Niż na wartości samej osobnika,
Hoyle261 był dla wista262, czym Homer dla Troi.
Skądże to dzisiaj tyle świat wykrzyka
O Marlboroughu? Jak on bił i jak on
Żył?... Bo go chwali Coxe archidiakon.
XCI
Milton, ów książę poetów, lutnista
Ciężki, lecz w glorię wspaniałą ubrany,
W swym czasie dzielny rewolucjonista,
Uczony, zbożny a umiarkowany,
Lecz kiedy o nim Johnson263 bandurzysta
Jął prawić, owóż kapłan Muz wybrany
Skarlał; słyszymy, że brał w szkole plagi,
Nie umiał w domu zachować powagi.
XCII
Takie szczegóły są pouczające:
Szekspir kradł sarny, Bacon264 brał łapowe,
Cezar265 miał z młodu awantur tysiące,
Sokratesowi266 żona „myła głowę”;
Cromwell był tchórzem. Reszty nie potrącę.
Wszystkie przyczynki nieznane i nowe
Dla biografów mają wdzięk niemały,
Lecz bohaterów obdzierają z chwały.
XCIII
Mało doktorów jako Southey267, który
Światu o Pantisokracyji prawił,
Lub Wordsworth268, ów wieszcz kramarskiej natury,
Co wiersz swój demokratyzmem zaprawił.
Lub Coleridge269, co choć czysty, białopióry
Arystokratyzm w „Morning Post” zastawił,
Potem z Southeyem, oba czułe żaczki,
Wzięli za żony w mieście Bath dwie szwaczki.
XCIV
Na te imiona ludzkość woła: „Biada!”
Jako moralne drogowskazy stoją,
Ich renegacki hart, szlachetna zdrada
Glebę na przyszłe życiorysy gnoją.
Wordswortha tom ostatni jest nie lada
Dowodem, że się drukarnie nie boją
Emetykowych270 wierszy. Ta Wycieczka
To jest poemat jałowy jak sieczka.
XCV
Ogromna przepaść między rozumami
Ludzi a jego rozsądkiem się ściele.
Ni Wordsworth dzisiaj z wiernymi uczniami,
Ni sekta nowa z Joanną na czele
Głupstwem czujnego świata nie omami.
Dzisiaj, niestety — wybranych niewiele,
A ciężarności dziewiczej przyczyna
To nie cud żaden — lecz wodna puchlina.
XCVI
Lecz do powieści... Ma w tym krytyk rację,
Że mym największym błędem są dygresje,
Gdy bohaterów puszczę na wakacje,
Zaraz mi z samym sobą gwarzyć chce się,
Lecz to są moje tronowe oracje,
Co rzecz spychają na następne sesje.
I z tego straty dla ludzkości rosną,
Mniejsze — niż gdyby to pisał Ariosto271.
XCVII
To, co się longueurs272 u sąsiadów znaczy
(Nie mamy słowa, lecz rzecz mamy ową
W doskonałości pełnej, bo nas raczy
Co wiosnę epopeją Southeyową),
Słuchaczów swoim powabem nie haczy;
A łatwo dowieść, że główną osnową
Eposu, głównym słupem w tej budowie
Jest szczegół, który ennui273 się zowie.
XCVIII
Mówi Horacy274: „Homer czasem drzemie!275”
A my powiemy: „Wordsworth nie śpi czasem”
Ale „furmańskie” wychowuje plemię
I przez „jeziora” odsyła ciupasem.
Potem znów pragnie porzucić tę ziemię
I wzbić się w górę; więc woła z hałasem
O „łódkę”. Ja bym dolał plwocin morze,
Aby miał po czym przejechać, niebożę.
XCIX
Jeśli chce gwałtem wejść w świat eteryczny,
A Pegaz w Bryczce nie chce trzymać kroku,
To mógłby zabrać Wóz Dawidów śliczny
Albo pożyczyć u Medei smoku276.
Lub gdyby smok się wydał za klasyczny
I mógłby jeźdźce zrzucić spod obłoku,
Gdy zamiar jazdy ma w duszy utrwalon,
To mógłby głupiec poprosić o balon.
C
O, wy, „Furmani”, „Wioślarze”„. Brykarze”!
O biedne Pope’a277 i Drydena278 duchy!
I Do tegoż doszło, że wam nie okaże
Już nikt pomocy, gdy lada „koniuchy”
Błotem bryzgają na czcigodne twarze
I na mogile waszej gwiżdżą!... Zuchy!
Taki Marynarz ze swym Piotrkiem Bellem
Śmie się panoszyć nad Achitofelem!
CI
Skończona uczta. — Odeszli rzezańce,
Skoki i karły, i płoche almeje,
Ustały pieśni arabskie i tańce,
Nikt już nie skacze i nikt się nie śmieje.
Juan sam jeden siedzi przy kochance,
Zachodnim słońcem niebo różowieje...
Ave Maria! na ziemi i niebie,
Ta chwila święta świętych godna ciebie.
CII
Ave Maria! Bądź błogosławiona
Ziemia ta, miejsce to i dzień, i chwila,
Kiedym odczuwał twej mocy znamiona,
Jak się nad ziemią anielsko pochyla.
Głos dzwonka z wieży zleci, jęknie, skona,
A mrący hymn dnia z ciszą się przesila,
Powietrze ciepłe, wonne wonią róży,
Każdy się drzewa liść modlitwą mruży.
CIII
Ave Maria! To jest czas pacierzy;
Ave Maria! To jest czas kochania;
Ave Maria! Ku tobie duch bieży,
Tobie i Twemu synowi się kłania,
Ave Maria! — Ta twarz... Któż się zmierzy?
To oko skromne, które się osłania
Skrzydłem gołąbka — choć to obraz... klęknę!
To nie bożyszcze — o nie! To za piękne.
CIV
Chcą mnie łaskawi kazuiści schłostać,
Żem niepobożny, szepcąc w wielkiej dumie,
Każ no im ze mną na modlitwie postać,
A wnet przekonasz się, kto lepiej umie
Najprostszą drogą do nieba się dostać.
Ja mam ołtarze na górach, w mórz szumie,
W przestworzach, Wszystkim, co z Jedności płynie,
Z której się wzięła dusza, w której zginie.
CV
Słodka godzina! Schowany pod dachy
Zielone, z których na brzeg cichy wioną
Sosnowych lasów raweńskich zapachy,
Gdzie Adryjatyk dawniej tłukł swe łono
I twierdz sterczały Cezarowych gmachy.
Gaj, który Dryden, Boccaccio279 natchnioną
Pieśnią już razy opiewali tyle!
Jakże ja lubię ten las i tę chwilę!
CVI
Polne koniki, grajków nieuczona
Trzódka, co życie swe graniem pociesza,
Gałązka sucha, stopą przełomiona,
Głos dzwonka, co się po gałęziach wiesza,
Jedyne echa — a łowy Gwinona,
Dziki myśliwiec i raweńskich rzesza
Dziewic uczących się, czym jest cierpienie
Miłosne, snuły się w duszy jak cienie.
CVII
Zmierzchu! Z ciebie się wszystko dobre bierze!
Ty karmisz głodne, usypiasz strudzone,
Ptaszęta wpędzasz pod matczyne pierze,
Puszczasz do domu wołki ujarzmione,
Wszystko, co bogów daje nam przymierze,
Wszystko kochane, najmilejsze, czczone,
Zbiera się wkoło nas, gdy dzwon uderzy;
Ty także dziecię przywracasz macierzy...
CVIII
Ty budzisz w duszy żal i niepokoje,
W pierwszych wędrówki chwałach pielgrzymowi,
Co rzucił kraj swój, dom i wszystko swoje.
Na głos ten on się nagle zastanowi,
W duszę mu płyną dźwięki, jako roje
Szmerów, które ślą pożegnanie dniowi,
To nie jest czułość, która z nerwów płynie.
Smutek zostaje po wszystkim, co ginie.
CIX
Kiedy Nerona zgniotła owa siła
Fatalna, która burzycieli zgniata,
Gdy Roma z jarzma wyzwolona piła,
Wszędzie brzmiał okrzyk wesołego świata,
Dłoń jakaś wieniec na grób mu rzuciła —
Może to była wdzięczności zapłata
Za jakiś dobry czyn chwili spokojnej,
Gdy czułość z dumą nie toczyła wojny.
CX
Lecz zbaczam z drogi. Jakiż związek Nero
Lub inne bydlę z purpurą na grzbiecie
Ma z nową mego bohatera erą?
Poeta czasem sam nie wie, co plecie.
Widzę, że twórczość ma spadła na zero,
Do rzędu tych, co w uniwersytecie
Zowią się „łyżką drewnianą” — przezwisko
Dawane randze umieszczonej nisko.
CXI
Szkody się jednak z gadulstwa nie boję.
Jestem, „epiczny” zbyt i tutaj przetnę
Tę jedną długą pieśń na pieśni dwoje,
A nikt nie pozna, bo będzie sekretne
Przecięcie — chyba ten, co zna już moje
Pióro; mam w myśli ulepszenie świetne
Eposu; próbą jego jest ta kresa,
Patrz Pojetike Arystotelesa280.
Pieśń czwarta
I
Nie ma trudniejszej rzeczy dla poety
Niźli wiersz pierwszy — i może ostatni,
Często, gdy Pegaz dolatuje mety,
Wywichnie skrzydło i wieszcz, orłom bratni,
Niby Lucyper, gdy anielskie czety
Z nieb go strąciły — spada i już z matni
Piekła /nie wyjdzie, bo grzech jego — pycha,
Co się piąć każe, choć go niemoc spycha.
II
Więc czas, co wszystko równą miarą mierzy,
I nieugięta Przeciwność przekona
Ludzi — a może i diabeł uwierzy,
Że strefa ducha jest ograniczona.
Nie pojmiesz tego z młodu, gdy krew bieży
Porywczo, żądzą poznania pędzona;
Aż gdy w powolne ujścia wpływa łoże281,
Szerokość nurtów człek ocenić może.
III
Dzieckiem — miałem się za geniusz promienny,
Pragnąc, by wszyscy mieli takież zdanie,
Młodzieńcem — wszedłem na porządek dzienny;
Przyznano myśli mojej panowanie.
Dziś wyobraźnia zeschła jak jesienny
Liść; pióro moje za szczyptę nie stanie
Tabaki. Dawnym ideałom dzisia
Prawda dodaje krzywą twarz trefnisia282.
IV
A gdy się śmieję z życia krotofili283,
To — że nie mogę płakać; a gdy płaczę,
To — że cielesność z uczuciem się sili,
Nim zbezwładnieje; gdy do serca skacze
Sęp wspomnień, trzeba, byśmy je skropili
Letejską wodą — nie puści inaczej.
Tetys284 w styksowej wodzie syna myła,
Ziemianka by go w Lete zanurzyła...
V
Skarżą, że cel — tej książki niegodziwy:
Wiarę i cnotę mych ziomków rujnuje.
Każdy wiersz ma być dowodem — o dziwy!...
Naprawdę przyznam, że sam nie pojmuję,
Dlaczego jestem taki dociekliwy?
Nic nie układam naprzód, nie szkicuję,
Chyba że chcę się trochę rozełzawić;
Słowo, którego nie pochwali gawiedź.
VI
Dla czytelnika strefy niegorącej
Takie pisanie zda się egzotyczne.
Pulci285 wynalazł ten wiersz smętno-drwiący
Dla Włoch, gdy były bardziej kichotyczne.
Tym wierszem wskrzesił świat wymierający:
Rycerstwo, damy, berła despotyczne.
Prócz ostatniego wszystko dziś spróchniało,
Więc przedmiot świeższy wybrać mi się zdało.
VII
Nie wiem, czy się z nim obszedłem łagodnie,
Równie łagodnie jak ci, co zohydzić
Mnie chcieli, ciężkie zarzucając zbrodnie,
Których nie widzą, a chcieliby widzieć.
Niechże tak będzie, gdy im z tym wygodnie.
Dziś liberalny wiek — myśli się wstydzić
Nie potrzebują. — Tu Apollo szczutka286
Dał w ucho; jest to do biegu pobudka. —
VIII
Juan i jego uwielbiona pani
W serc towarzystwie własnych pozostali.
A sam Czas, który bez litości rani,
Wzdragał się ostrzem swej okrutnej stali
Tknąć lubą parę i wzdychał, że dla niej
Nie może stanąć. Nie zasługiwali,
Aby się starzeć; umrzeć im śród wiosny
Życia — nim zniknie czar i żar miłosny.
IX
Czas nie powinien twarzy im wysuszyć,
Serc obezwładnić, krwi zamrozić w biegu
Ni czarnych włosów siwizną przyprószyć.
Oni jak klimat bez lodu, bez śniegu
Latem wciąż byli. Piorun mógł ich skruszyć;
I zetrzeć na proch, ale w lat szeregu
Ślimaczym życiem, jak ludzie codzienni
Żyć — to nie dla nich; byli zbyt płomienni.
X
Taka samotność była im obrazem
Edenu, bo w niej rozkosz nieprzebrana.
Nudy nie znali, chyba gdy nie razem. —
Ani tak gałąź od pnia odrąbana,
Z górskim się potok rozstający głazem,
Dziecina z objęć matczynych wyrwana,
Nie rozboleją jak ci — z dala siebie.
Nie ma jak instynkt serc, które są w niebie,
XI
Serc, które mogą pęknąć. O szczęśliwi,
Trzykroć szczęśliwi z kruchej porcelany
Ciało mający, słabi, na ból tkliwi,
Pod pierwszym ciosem padną. Im nie znany
Los, co to szydząc, ciągle się przeciwi,
Żal, co to boli, dumnie nie wydany...
Czemuż pierwiastek życia nicią silną
Z tymi się wiąże, którym umrzeć pilno?...
XII
„Pieszczochy bogów umierają młodzi”,
A śmierć od wielu nieszczęść ich ochrania:
Śmierci przyjaciół — a co więcej szkodzi —
Śmierci przyjaźni, młodości, kochania.
Musi czas nadejść przecie, że ugodzi
W tych nawet, którym długo umrzeć wzbrania;
Więc może lepiej, gdy człek młody skona:
Skon — najpewniejsza przeciw złu obrona.
XIII
Ich duszy jednak śmierci strach nie przeszył;
Słońce i księżyc witali z uśmiechem.
Czas tyle krzywdy czynił, że się śpieszył.
Nie czuli, czy to, co robią, jest grzechem.
Dziwem się zdali sobie; oczy cieszył
Wzajemny szczęścia odblask. Niby echem
Takiej radości i rozkoszy wnętrznej
Był każdy wyraz luby, śpiewny, dźwięczny,
XIV
Lekkie ściśnienie, rozkoszne dotknięcia,
Błysk ócz, wyraźniej mówiący niż słowa,
A nigdy zadość287; coś, niby ptaszęcia
Szczebiot, tak dobry jako ludzka mowa,
Im tylko znany i dla ich pojęcia
Wystarczający, i ta sielankowa
Naiwność, z której ludzie by się śmiali,
Co jej nie znają albo znać przestali.
XV
Dla nich cały świat, bo to były dzieci;
Dziećmi im było zostać do ostatka.
Nie im to w dusznej społecznej zamieci
Wypełniać sceny realnego światka;
Lecz jak istoty dwie, żyjące w kwieci
Puchu, sylfida z kochankiem, co z kwiatka
Lecą na kwiatek — było żyć przez wieczność,
Nie znając, co to smutków jest konieczność.
XVI
Księżyc się zmieniał, a oni ci sami
Wiecznie czerpali słodycz z życia kruży288,
Nigdy gorzkimi niezaprawną łzami...
A nie była to rozkosz, która nuży,
Bo mieli bujne dusze i zmysłami
Nie skrępowane. Użycie, co burzy
Miłość zbyt prędko, im się przemieniło
W kordiał, podwójną wzmacniający siłą.
XVII
Ocudne chwile, a rzadkie jak cudne!
To była miłość, w której dusza rada
Stopić się. Dla nichże zabiegi nudne
Świata? intrygi, zawiści sąsiada,
Te namiętności tajne, podłe, brudne,
Te przeniewierstwa męża, żony zdrada?
Gdzie Hymen289 zwiększa tylko grzesznic grono,
Gdzie mąż naiwnie mówi żonie: Żono!...
XVIII
Ostra to prawda i twarde to słowa.
Dosyć. — Cóż parę w obopólnej wierze
Trzyma i w takim zakochaniu chowa,
Od zniechęcenia i od nudy strzeże?
Młodość, co dana jest wszystkim. Połowa
Młodych jej nie zna, lecz oni w przymierze
Z nią weszli. Był to romantyzm. Choć chłoszczą
Ludzie tę słabość, wiem, że jej zazdroszczą.
XIX
W jednych ta czułość sztucznie jest wylęgła:
Sen z narkotyku fantazji, młodości;
U nich przez miłość z naturą się sprzęgła,
Żadna światowa myśl w nich nie zagości;
Bo ona — wiedzą daleko nie sięgła,
On też — jak wiemy, był w świątobliwości
Chowany; więc ich pobudki miłosne
Były te, jakie są w ptaszkach na wiosnę.
XX
Patrzą, jak zachód na niebie się pali.
Miły to widok — najmilszy ich oku,
Bo ich do tego przywiódł, czym się stali.
Miłość z takiego raz pierwszy widoku
Na nich spłynęła; z nieba pochop290 brali,
Łącząc swe usta w owej nocy mroku...
Nie dziw, że wspomnień struna drgnęła tkliwiej,
Gdy pomyśleli, jak są dziś szczęśliwi.
XXI
A gdy tak marzą, a świat się im wdzięczy,
Przeleciał niby duch pełen tęsknicy
I zmącił barwy wymarzonej tęczy.
Jak gdy wiatr trąci harfę albo świecy
Płomień, blask zadrży, a struna zajęczy;
Tak, gdy ten smętek na kształt błyskawicy
Przeszedł, on westchnął serdecznie, głęboko,
A łzą Hajdei zrosiło się oko.
XXII
Zdały się zwiększać jej prorocze oczy
I gonić blaski niknące a drogie,
Jak gdyby słońce, które się tam toczy
Za góry, dni im zabierało błogie.
Juan czuł, że go zmora jakaś tłoczy,
W oczach jej czytał przeczucie złowrogie
I chciał odgadnąć z źrenic rozszerzonych
Przyczynę myśli dziwnych i tajonych.
XXIII
Śmiech odwołała na twarz, lecz śmiech owy,
Co się odeśmiać nie da — i twarz skryła.
Lecz ten niepokój był tylko chwilowy,
Zmogła go duma lub rozsądku siła.
Aż znów, gdy Juan z tej ócz smutnej mowy
Zaczął żartować, nagle przemówiła
Dziwnie: „Gdyby też?... nie — nie — być nie może,
Prędzej ja biedna wejdę w śmierci łoże...”
XXIV
Juan chciał pytać, lecz ona mu usty291
Usta zamknęła, kładąc zamiast kłódki,
I wypędziła z serca przestrach pusty,
Bo z wróżby całus zażartował słodki
Bardzo skutecznie. Odmiennymi gusty
Przenoszą wino — i w nim dobre środki.
Ja znam oboje, a wy? Co kto woli:
Gdy głowa boli czy gdy serce boli?...
XXV
Jedno i drugie — do woli waszmości;
Kobietę, wino — Bóg dał ku uciesze,
Zapłatą za nie są obie słabości...
Co wybrać? Z sądem stanowczym nie śpieszę:
I to złe, i to... — Chyba rzucać kości...
A zresztą powiem, bo wszakże nie zgrzeszę
Ni tym wyznaniem szkody wam narobię:
Że niźli żadną, lepiej jest — mieć obie.
XXVI
Kochankom miłość z ócz do ócz przelata
Z ową bezmowną czułością anioła,
Z uczuciem dziecka, przyjaciela, brata,
Co wszystkie mocy przywiązania zwoła
W tej chwili, gdy się serce z sercem splata,
I może kocha zbyt — lecz mniej nie zdoła,
Uniewinniając ten nadmiar kochania
Chęcią służenia i uszczęśliwiania.
XXVII
Spleceni dłońmi i sercami skuci,
Dlaczego wtedy nie umarli? — wcześniej
Nim od jednego drugie los odrzuci
I zanim rozpacz poznają — boleśni!
Nie dla nich był świat pełen brudnych chuci,
Dla nich gorących jak Safony292 pieśni.
Miłość się wpiła w nich związkiem tak ścisłym,
Że się im stała duszą już — nie zmysłem.
XXVIII
Im było gaje zamieszkać i bory,
Jako słowikom śpiewającym w gwarze
Drzew, bo nie dla nich pałace i dwory,
Gdzie mieszka troska i gniew, i potwarze...
Samotnie żyją wszystkie wolne twory,
Najtkliwsze ptaki mieszkają po parze,
Orzeł sam buja... tylko kruki, sępy
Kupą na ścierwie siedzą i drą w strzępy.
XXIX
W uścisku, który dwa ciała kojarzy,
Juan z Hajdeą kiefu293 używali...
On śpi, lecz czujnie, a widno, że marzy,
Bo mu raz po raz drganie jak po fali
Wiatrem trącanej prześliźnie po twarzy.
Hajdea marzy też, bo z ust korali
Szept czasem wyjdzie i czoło się chmurzy,
Twarz drgnie jak wiatrem muśnięty liść róży
XXX
Lub jak alpejskich wód ciche jeziora,
Gdy je chodzący w górach wiatr poruszy.
Tak drgnęła, gdy ją przestraszyła zmora
Senna, tajemny samodzierżca duszy,
Z którym się próżno śpiący człowiek pora294,
Gdy opanuje zmysły i ogłuszy.
Dziwny byt (boć to byt, choć ruchu nie ma)
Czuć nie zmysłami, widzieć nie oczyma.
XXXI
Śni, że przykuta do skał, z bólu mdleje,
Nad morzem zwisła i że chce uciekać,
Ale nie może, a burza szaleje,
A fala rośnie i zdaje się szczekać
Na nią; wciąż rośnie, usta już zaleje
I nozdrza, już-już nad głową zawlekać
Całun zaczyna... taki czarny... Boże!
Sili się, dusi, a umrzeć nie może.
XXXII
I znów jest wolna; kamienistą drogą
Gdzieś dąży, rani stopy o krzemiona
I coraz potknie się zbolałą nogą;
A jakaś mara, płachtą otulona,
Bieży — a ona, cała zdjęta trwogą,
Ściga ten biały, dziwny cień; w ramiona
Chce chwycić w próżnej męczącej pogoni...
Mara się wymknie, gdy ją trzyma w dłoni.
XXXIII
Sen się odmienił. Stała w jakiejś grocie;
Ze ścian sączyły się wodne potoki
I marzły; morze kuło przez dat krocie
Tę grotę — niegdyś mieszkały w niej foki.
Włos jej ku ziemi spływał cały w pocie,
Z oczu padały jej łzy — a opoki
Patrzały na nią dziko — a rzęsiste
Łzy zmieniały się w krople kamieniste.
XXXIV
U nóg jej zimny, wilgotny, umarły,
Biały i pianą zwalany na skroni,
Którą jej ciepłe rączki próżno tarły —
Dawniej pieszczotom tak chętny, dziś do niej
Nie uśmiechnięty, bo wargi się zwarły —
Leżał on — Juan... a z grobowej toni
Szły jęki — niby topielicy jęki,
A sen był długi, duszny, pełen męki.
XXXV
A kiedy patrzy tak, wtem się jaj zdało,
Że twarz zaciera się i przeobraża
W coś — niby ojca twarz i całe ciało
Wraz295 olbrzymieje, i postać korsarza
Wstaje tam z grecką urodą wspaniałą,
Patrzy w nią pilnie, a patrząc przeraża.
Aż się zbudziła drgnąwszy... Wielki Boże!
To Lambro oczy w nich wbił jak dwa noże.
XXXVI
Z krzykiem porwała się i padła z krzykiem
Pełnym nadziei, smutku, szczęścia, trwogi.
Oto ten, który, jak mówiono, w dzikiem
Morzu utonął — wraca groźny, srogi,
Może, by zabić tego, który z nikim
Zrównany tnie był, a nie więcej drogi
Niż ojciec! Chwila dwustronnej obawy,
Gdy myśli w duszy spór prowadzą żwawy.
XXXVII
Porwał się Juan na przeszywający
Jej krzyk; podtrzymał, rzucił się ku ścianie,
Szablę pochwycił, wzniósł, gniewem dyszący
Na śmiałka, co się ważył niespodzianie
Zejść ich; lecz Lambro, wzgardliwie milczący
Dotąd, szyderczo rzekł: „Na zawołanie
Tysiąc kindżałów tu się do mnie skupi.
Rzuć szablę! Rzuć ją, mówię, chłopcze głupi!”
XXXVIII
Hajdea u nóg mu wisząc: „Juanie! —
Woła — to Lambro, ojciec, klęknij ze mną;
On nam przebaczy, o tak, ojcze — panie,
Patrz! Gdy mi w oczach to jasno, to ciemno
Z szczęścia i trwogi, gdy pocałowanie
Na rąbku sukni składam, czyż daremno
Proszę, czyż bać się mam ojca własnego?
Zrób ze mną, co chcesz — lecz oszczędzaj jego!”
XXXIX
Stał nieugięty mąż z hardością skały,
Spokojny wzrokiem, chłodny tonem mowy,
Co jego duszy spokojność kłamały,
Nie rzekł nic i wzrok zatopił surowy
W Hajdei. Juan, to śmiertelnie biały,
To cały w ogniu, nie pochylił głowy,
Lecz szablę podniósł, grożąc nią, że skoczy,
Jakikolwiek wróg stanie mu przed oczy.
XL
„Zdaj szablę, chłopcze! — powtórzył — bo biada!”
„Przenigdy! Wolny jestem od kolebki!”
Zadrgała gniewem Lambrowi twarz śniada —
Wyjął krócicę296 w poruszeniach szybki,
Mruknął: „Niech twa krew na twą głowę spada!”
Obejrzał zamek, doglądnął podsypki,
Bo z tej krócicy dawno żaden Turek
Ani giaur297 nie padł — i naciągnął kurek.
XLI
Niemiłym stukiem w uchu się odciska
To naciąganie kurka; gdy na człeka
Wnet ma z wrogiego wypaść stanowiska
Strzał; meta, sążni dziesięć — niedaleka,
Szlachecka — ale nadto jeszcze bliska,
Zwłaszcza gdy stary druh na kulę czeka,
Kiedy tak często człowiek w dymie stoi,
To jak Irlandczyk wnet się z nim oswoi.
XLII
Lambro wycelił; już-już — przestrzelony
Miał być poemat ten mój i Juanek,
Kiedy Hajdea między obie strony
Wpadła wołając: „Mnie to, za mój wianek
Zabij! On tutaj morzem wyrzucony298
Niechcący przybył, on mój, mój kochanek!...
Ja chcę z nim umrzeć!... O! Znam twą naturę,
Lecz i ty dzisiaj poznaj twoją córę!”
XLIII
Przed chwilą była rozczulona, rzewna
Niemym poddaniem, pokorą dziecięcia,
A teraz dumna, roziskrzona, gniewna
Stała — jak lwica, kiedy broni lwięcia,
Wzrostem mąż, wielką powagą królewna —
Wyprostowała się jak dla przyjęcia
Strzału i wzrok swój zatopiła w oku
Ojca, przed strasznym nie cofając kroku.
XLIV
Utkwili w sobie wzrok dumny i śmiały.
Jakżeż podobni byli! Twarze równie
Milcząco groźne, prócz różnicy małej
W oczach, co teraz gorzały jak głownie;
Widno i ona zna mściwości szały,
Z dziewicy w lwicę zmieniona cudownie.
To krew przeciwko własnej się burząca
Krwi... rzecz niezwykła i przerażająca.
XLV
Jak rzekłem — wzrostu podobni smukłością
I twarzą; różni zaś wiekiem jedynie
I płcią; a nawet rąk delikatnością,
Co jest dziedziczna w dostojnej rodzinie,
Zdradzali krew swą; i ci miast z miłością
Wzajem w objęcia paść, w takiej godzinie
Stają naprzeciw siebie — gniewem bladzi!
Patrzcież — do czego namiętność prowadzi...
XVI
Korsarz się wstrzymał, jakby co zmiarkował,
I za szeroki pas krócicę wtłoczył,
Ale na córkę patrzał i świdrował
Wzrokiem. „Kto winien, że mój próg przekroczył.
Nie jam niedolę twoję spowodował;
Gdzież człowiek, co by krwi wroga nie toczył,
Zhańbiony; swoje spełniłaś — więc pora
Na mnie — dzisiaj mi odpowie za wczora!
XLVII
Odstąp od gaszka299, bo na ojca głowę,
U nóg ci padnie ten łeb wymuskany!”
Świsnął — na to się ozwało echowe
Świśnięcie i tuż wypadło zza ściany
Dwudziestu zbójców — chłopy trzyłokciowe,
A uzbrojone od stóp po turbany.
I otoczyli ich szeregiem krzywym;
On rzekł: „Wziąć Franka umarłym lub żywym!”
XLVIII
Oderwał nagle córkę od chłopięcia
I miotającą się przytrzymał siłą
Męską; ci wpadli z szablami do cięcia.
Próżno się ciało gibkie w Lambra wiło
Rękach, gdy je wziął w wężowe objęcia.
Kilku piratów na łup się rzuciło,
Lecz pierwszy śmiałek zaraz padł na ziemię
Z przeciętą ręką; drugi, ranny w ciemię,
XLIX
Padł także, brocząc krwią u stóp Juana,
Lecz trzeci, stary praktyk w białej broni,
Podbił mu szablę głową jatagana300
I sam ciął, Juan puścił szablę z dłoni,
Osłabł, zachwiał się, przypadł na kolana
I legł — krew strugą ciekła mu po skroni,
A druga struga spływała po karku
Z dwóch ran: na głowie i na prawym barku.
L
Powiązanego z komnaty wyniosły
Żylaste ręce. Na znak, przez dowódcę
Dany, zniesiono go na brzeg zarosły
I zemdlonego położono w łódce.
Wioślarze silnie uderzyli wiosły301
I wnet u galliot302 byli, które wkrótce
Miały odpłynąć; tam porzuconego
Pod pomost straże okrętowe strzegą.
LI
Świat nasz jest pełen dziwnych niespodzianek,
Lecz nikt przykrzejszej nie zaznał przygody,
Taki paniczyk, natury kochanek
Szczęśliwy, taki przystojny i młody,
Nim mu zabłysnął po-rozkoszny ranek,
Ni stąd, ni zowąd wysłany na wody,
Związany sznury303 mocnymi i ranny,
Wszystko dla jednej rozkochanej panny!
LII
Zamilknę lepiej, bo tę pieśń rozpieszczę,
Wzruszony chińską łez nimfą, herbatą,
Co na mnie działa jak Kasandry304 wieszcze.
Gdy Muzę uczczę potrójną obiatą,
Zaraz poczynam czuć nerwowe dreszcze,
Tak, że Bohei305 muszę wypić na to.
Szkoda, że winem prędko się upiję —
Zbyt denerwuje mnie czaj i koffije,
LIII
Chyba się z tobą, koniaku, zespoli,
O, flegietońskiej306 najado307 krynice!
Ale od ciebie znów wątroba boli,
Trujesz kochanków, jak wszystkie wodnice.
Mógłbym pić whisky — lub uśpieniu gwoli
Nawet rum; lecz dość wychylić szklenicę,
A nawet dość mi popatrzeć na flaszkę,
Nazajutrz wielki rum308 pustoszy czaszkę.
LIV
Don Juan z walki wyszedł na pół zdrowy,
Bowiem miał ramię i głowę zranioną,
Ale nie cierpiał tych mąk ni połowy,
Jakie Hajdei rozdzierały łono.
Ona nie była z tych, które się słowy
Żalą i łzami, a zaraz ochłoną.
Jej matka z Fezu była — Maurów córa,
Gdzie eden z piekłem złączyła natura;
LV
Gdzie kapią oliw przeczyste bursztyny
W misy z marmuru; gdzie się z drzew przelewa
Sok na traw zieleń i kwiatów rubiny;
Ale gdzie rosną też zatrute drzewa
I o północy lew ryczy z gęstwiny,
I wielbłąd cichy z pragnienia omdlewa,
I białe kości nocna rosa studzi...
A jaka ziemia — takie serca ludzi.
LVI
Afryka słońca jest ziemią; z nią gore
Ciał ludzkich glina słońcem przepalona:
Serca do złego i dobrego skore.
Krew Maurów nosi planety znamiona
I roznamiętnia się w ognistą porę.
Matka Hajdei to była wcielona
Piękność i miłość; żądze kryła w oku,
Choć przyczajone jako lew u stoku.
LVII
Lecz córka, słońcem jońskim umilona,
Jak te powietrzne chmurki — białe róże,
Zanim się piorun im wkradnie do łona,
Niosąc strach ziemi, a powietrzu burze,
Szła dotąd cicha i nie zasmucona,
Aż kiedy rozpacz wzięła w sercu stróżę,
budzony w żyłach nubijskich szał dziki
Wionął jak samum309 po puszczach Afryki.
LVIII
Ostatni widok, który obaczyła,
Był to Juana opór, krew, porwanie...
Jeszcze w tym miejscu krew ziemię broczyła,
Gdzie stał on, piękny, jej pan, jej kochanie;
Śród krótkiej walki w ramionach się wiła
Ojcowskich, potem w konwulsyjne drganie
Wpadła i zwisła na korsarza ramię
Niby wysmukły cedr, kiedy się złamie.
LIX
Żyła w niej pękła. Na ustek karminy
Krew wystąpiła z serdecznej krynice,
Główka jej zwisła jak liliowy, siny
Kwiatek, zdeptany deszczem. Służebnice
Na tożu ciało omdlałej dziewczyny
Złożyły, łzami zalewając lice.
Znosiły ziółka, lecz próżno — jak dziecię
Nieczuła była na śmierć czy na życie.
LX
Odtąd leżała sztywna jak kaleka,
Lecz usta żywe, cera jeszcze świeża,
Choć puls ledwie bił, śmierć stała z daleka,
Nie było znaku nawet, że się zbliża.
Nadzieja w uśmiech twarz ojca obleka,
Choć to już ciałko mdłe310 i jakby z krzyża
Zdjęte; tylko jest takie pełne duszy,
Że tam śmierć ledwie małą cząstkę skruszy.
LXI
Ten trwały wyraz, jaki wyrzeźbiona
Statua nosi, miała biedna chora
Wkuty w twarz; jak ta wiecznie niezmieniona
Piękność Wenery, taż dziś, co i wczora,
Lub ta wieczysta boleść Laokona311
Albo konanie wieczne Gladiatora312.
Tą siłą życia posągi są cenne,
Choć właśnie życia im brak, gdy niezmienne.
LXII
Wreszcie zbudziła się — lecz nie jak śpiąca —
Raczej jak zmarła, bo życie się stało
Czymś nowym, co ją w świat nieznany wtrąca;
Oko patrzyło, lecz nie pojmowało,
Bo pamięć uszła. W sercu gorejąca
Istniała rana, a nie czuło ciało
Bólu, bo znikła świadomość przyczyny
I szał przyczaił się na kształt gadziny.
LXIII
Błędną źrenicą patrzy, leży cicha,
Słucha wyrazów nie wiedząc, co znaczą;
Dłonie lekarstwa niosące odpycha,
Nie zważa na tych, co u łoża płaczą,
Milczy, choć głosem włada, i nie wzdycha,
Snadź313 wzięła rozbrat z ludźmi i rozpaczą.
Ni gwar, ni cisza z tej ją nie wybije
Martwoty — jednak oddycha — więc żyje.
LXIV
Przyszły służebne, drużki, to ją nudzi —
Ojciec się zbliżył, odwraca oczęta.
Nie rozpoznaje przedmiotów, miejsc, ludzi,
Dawniej tak drogich! Noszą ją dziewczęta
Z sali do sali, ona się nie zbudzi
Z bezczucia; leży jak lilijka ścięta,
Aż nagle oczy łagodnie zamglone
Zdziczały, myślą wnętrzną przerażone.
LXV
Ktoś wspomniał harfę, zatem przywołany
Harfiarz uderzył z lekka w struny drżące.
Na pierwszy akord ostry i urwany
Oczy zwróciła ku niemu gorące,
Lecz odwróciła zaraz twarz do ściany,
Jakby odepchnąć chciała wracające
Wspomnienia: harfiarz nucił śpiew żałosny
O dniach szczęśliwych wolności i wiosny.
LXVI
Ona chudymi paluszkami w ścianę
Jęła314 w takt pukać. Zaśpiewał pieśń drugą,
Wymówił: miłość! Na to imię znane
Drgnęła; poczucie bytu świetlną smugą
W duszy mignęło — jeśli to być zwane
Może poczuciem. Z chmurnych oczu strugą
Łzy popłynęły na zwiędłe jagody315,
Jak z chmur, gdy spadną strumieniami wody.
LXVII
Próżna pociecha! Myśl przyszła zbyt skoro
I w mózg wtrąciła dzikich myśli nawał,
Skoczyła z łoża, jakby nigdy chorą
Nie była — bijąc, kto jej w drodze stawał.
Lecz poddawała się zaraz z pokorą
I atak w martwy sen mienić się zdawał;
Znów nic nie mogło czucia jej przywrócić,
Gdy nawet kłuto, aby ją ocucić.
LXVIII
Czasem przytomność zdradza się wejrzeniem,
Nic jej nie zmusi spojrzeć rodzicowi
W oczy; na innych patrzy z natężeniem,
Chociaż patrzenie to podobne snowi.
Odpycha ręce z jadłem i odzieniem,
Nie chce niczego, a gdy chce, nie powie,
Ni razu do snu nie zmruży powieki,
A nie pomogą na to czas ni leki.
LXIX
Tak dni dwanaście więdła i ginęła.
Nareszcie bez drgań, bez jęku, westchnienia,
Bez mąk przedśmiertnych ducha wyzionęła,
A nikt nie poznał tego wyjawienia
Śmierci, aż świeżość z bladej twarzy zdjęła,
Zostrzyła rysy i z źrenic płomienia
Zrobiła popiół — a to oko czarne,
Dawniej błyszczące, piękne, dziś tak marne...
LXX
Umarła, jednak nie sama, bo razem
Zginął pierwiastek zaledwie poczęty,
Bezgrzeszne dziecię grzechu, co obrazem
Miało być ojca i w nierozwiniętej
Osłonie z matką pod tym samym głazem
Spoczęło — pączek i kwiat razem ścięty.
Darmo je dzisiaj krople rannej rosy
Rzeźwią, padając na grobowe wrzosy...
LXXI
Tak żyła i tak zmarła. Już jej smutki
I wstyd nie dotkną. Nie była stworzona,
Aby przecierpieć niebaczności skutki,
Od których serce trzeźwiejsze nie kona
I starych dojdzie lat. Jej żywot krótki,
Ale rozkoszny, bo nieprzeznaczona
Rozkoszy starość; słodko śpi w mogile
Na brzegu, który ukochała tyle.
LXXII
Dzisiaj na wyspie trawy i burzany316;
Dom runął w gruzy, pomarli korsarze.
Jeno dwa ciche tam sterczą kurhany,
Przed ludzkim okiem skryte w dzikim jarze.
Nawet tej pięknej grób nieszanowany;
Człowiek nie powie, kamień nie pokaże,
Kim była; czasem tylko morska mewa
Nad Cykladami pieśń żałobną śpiewa.
LXXIII
Albo Greczynika czasem pieśnią wraca
Do smutnych dziejów — lub który z wyspiarzy
Powieścią o nich długie noce skraca.
On piękny z męstwa, a ona znów z twarzy.
Miłość namiętną żywotem opłaca:
Taka odpłata winę zrównoważy.
Za winę kara; nikt jej nie uciecze,
Miłość się sama pomści i odsiecze.
LXXIV
Nie powiem więcej, aby kart nie krwawić
Bliznami i krwi wylanej szkarłatem.
Zresztą nie lubię przy szaleńcach bawić,
Bym się sam ludziom nie wydał wariatem.
Umarłych trzeba mogiłom zostawić.
Muza ma wróżką jest kapryśną, zatem
Do don Juana, który po szerokim
Morzu odjeżdża, wracam lotnym krokiem.
LXXV
Spętany, ranny, z kresą przez czuprynę,
Dzień i noc leżał, nim w uczuć zamęcie
Przypomniał stan swój i szczęścia ruinę.
Gdy się ocucił, leżał na okręcie,
Płynącym siedem węzłów na godzinę.
Z dala Ilionu brzeg na firmamencie317
Szarzał; jakżeby dawniej go powitał!...
Dziś na Sigeum318 nie patrzał, nie pytał.
LXXVI
Tam, gdzie pagórek chatkami zasiany
I Hellespontu319 powierzony pieczy,
Leży Achilles „bogom przyrównany”
(Tradycja twierdzi tak, lecz Bryant320 przeczy).
Dalej wysoko sterczące kurhany...
Czyje? Ja nie wiem. Chyba sam Bóg wie: czy
Telamończyka, czyli Patroklesa321
(Ci by nas chętnie wysłali do biesa).
LXXVII
Mogiły, wydmy, bez głazu, bez znaku,
Nagie, gór dzikich otoczone wieńcy322.
W oddali Ida323 na niebieskim szlaku,
Skamander324 (jeśli to on) — i nic więcej.
Dla Marsowego stworzone orszaku!
Pole, gdzie snadnie325 mężów sto tysięcy.
Zmieści się; lecz tam, gdzie trojańskie wały,
Pasły się trzody i żółwie pełzały.
LXXVIII
Stada tabunnych koni, małe wioski
Nieznanej sławy, a nawet nazwiska,
Pasterze (nie to już, co Parys326 „boski”)
Patrzą z uśmiechem, że te dziwowiska
Zwiedza uczony angielski lub włoski.
Turek z różańcem bursztyn w zębach ściska;
Utonął w raju swym duszą i ciałem —
Oto, com widział. — Frygów nie spotkałem.
LXXIX
Gdy Juan wyszedł z dusznej i ponurej
Kabiny na wierzch, spostrzegł, że jest jeńcem.
Więc obojętnie patrzał w mórz lazury,
Rycerskich mogił ocienione wieńcem.
Osłabł z ran, ciało mu przetarły sznury. —
Wreszcie się w dyskurs wdał z jakimś trzebieńcem327
Pytając, co z nim było i co będzie —
Lecz ten mu nie dał objaśnień w tym względzie.
LXXX
Dalej obaczył kilku jeńców, którzy
Włochami zdali się i byli niemi.
Usłyszał dziwne koleje podróży:
Trupa śpiewaków, gdy z auzońskiej ziemi
Wywędrowała w tej myśli, że służy
Cywilizacji, została ze wszemi
Toboły bandzie sprzedana piratów
Przez impresaria za tysiąc dukatów.
LXXXI
Buffo opery, śpiewny muz kuzynek,
Opowiedział mu, jak ich wzięto zdradnie.
Choć przeznaczony na turecki rynek,
W górę podnosił głowę, klnąc dosadnie,
I był humoru pełen, pełen drwinek,
Z czym mu niebrzydko było, nawet ładnie.
Minę przynajmniej miał nie tak zakonną,
Jak przygnębiony tenor z primadonną.
LXXXII
Za czym w te słowa opowieść prowadził:
„Nasz impresario, człowiek z lada jaką
Duszą, najął nas, ale szelma zdradził,
Bo w drodze obcy bryg — corpo di Bacco328!
Przywołał, tutaj zaraz nas przesadził
I nie dał w łapę nawet na tabacco.
Lecz jeśli sułtan ma do śpiewu skłonność,
To nam nagrodzi losu «niefortonność» —
LXXXIII
To primadonna — w czterdziestce; już siwa,
Przekwitła bujnym życiem, wiecznie chora,
Na puste ławki nadzwyczaj drażliwa;
Głos jaki taki. — To — żona tenora.
Skala niewielka — fertyczna329 i żywa —
Zrobiła wielką jednego wieczora
Furorę, kiedy hrabię Barbagiani
Wzięła sprzed nosa jednej rzymskiej pani.
LXXXIV
Dalej tancerki: To jest mała Nini,
Różne profesje zna — czego nie chwalę.
Ta lafirynda znów — to Pelegrini,
Co zarobiła w zeszłym karnawale,
Nie chcę dochodzić jak — pięćset zecchini330,
A już wydała na cacka i bale.
A to: groteska — tłusta bajadera331;
Młodzieńców z ciałem i duszą pożera.
LXXXV
Statystki znowu — chór i baletniczki
Nie więcej warte niż te, którem przody
Wymienił — prócz tej i owej samiczki,
Resztę bym posłał do jarmarcznej budy.
Ot — ta na przykład: długa na kształt tyczki
Ma sentymentu wdzięk — mogłaby skudy
Zbierać, cóż? Tańczy brzydko, ociężale,
Nie ma figury, a twarz szpetną wcale332.
LXXXVI
Mężczyźni, sądzisz, wybrańsi? Hołota!
Musico skrzeczy jak garnek rozbity,
Choć ma warunki inne ta... istota,
Że do seraju333 może być użyty
I służalczego skosztować żywota,
Umie sopranem śpiewać — — jak kobiety,
Równie cennego śpiewaka nie złapiesz
Nawet w tym chórze, który stroi papież334.
LXXXVII
Organ tenora hultajstwem zniszczony,
Basso nie śpiewa także, ale ryczy,
Obce mu wszystkie muzyczne kanony;
Fałszuje, nie zna nut, głosu nie ćwiczy,
Lecz że jest krewnym bliskim primadony,
Która przysięgła, że ma głos słowiczy,
Angażowano go; nie gorzej śpiewa
Wół, gdy się puści na recitativa.
LXXXVIII
Siebie wynosić — byłoby to swojej
Godności szkodzić; młodyś pan, lecz wierzę,
Żeś się w podróżach często u podwoi
Sztuki zatrzymał — znasz się na operze.
— Raucocantiego znasz?... Przed tobą stoi,
Może się kiedy w przyzwoitszej sferze
Spotkamy. Bywasz na jarmarku w Lugo?
— Nie? Bądźże — spotkasz się z najniższym sługą.
LXXXIX
A! — jest baryton jeszcze. Ładny malec,
Ale się gwałtem do wielkości garnie;
Zgrabne ma ruchy — szkoły ni na palec,
Skalą mizerną operuje marunie,
Mówi, że los mu sprzyja... Zuchwalec!
Zadowoliłby zaledwie kawiarnie.
W rolach kochanków zawsze się zaperzy,
Gdzie trzeba klęknąć, on tam zęby szczerzy...”
XC
Tu Raucocanti nie mógł mówić dalej,
Bo mu przerwała mowę straż piratów,
Którzy do kabin z powrotem wzywali
Melancholijnych głosu potentatów.
Smutno raz jeszcze przyjrzeli się fali,
Co nosi barwę podwójnych bławatów335,
A bryzgi wody po niej w słońcu tańczą —
I zeszli z głową spuszczoną poddańczo.
XCI
Dnia następnego czekali piraci
Z musu na firman336 sułtański w Bosforze,
Święcony kodeks muzułmańskiej nacji,
Który omija każdy, jak kto może.
I oznajmili jeńcom, że w postaci
Janusa337 — dama z damą w jednej sforze,
Zasię mąż z mężem — mają być złączeni
I na stambulskim rynku wystawieni.
XCII
Zostali, skoro jeńców zsortowano,
Chłopiec bez pary oraz taka sama
Młódka; po scysji, gdzie ma być soprano
Zaliczon, do płci Ewy czy Adama,
Po czym za stróża kobietom go dano —
Skuto ich razem; był to Juan, dama
Zaś owa — młoda bachantka, z urody
Taka, że mógł stąd dopytać się szkody.
XCIII
Raucocantiego spięli stróże twardzi
Z tenorem; ci dwaj darli z sobą koty,
Jak tylko mogą drzeć aktorzy; bardziej
Sąsiad dolegał niż smutnej kłopoty
Niewoli; wszczęli spór, bo byli hardzi,
I zamiast sobie nawzajem ochoty
Dodawać, żywą rozpoczęli kłótnię
Arcades ambo338... to jest — oba trutnie.
XCIV
Socia doloris339 Juana z Romanii
Ród wiodła, w marchii chowana Ankony.
Oczy wiercące do dusznej otchłani
Mogły jej zjednać nazwę „belladony”,
Czarne jak węgiel, duże jak u łani.
Zalotność grała z twarzy opalonej
Słońcem; dar, co go nie lza lekceważyć,
Zwłaszcza gdy dama potrafi go zażyć.
XCV
Lecz wszystkie próby jej były daremne,
Bo smutek czuwał w zmysłów jego bramie.
Próżno szły z ócz jej iskry na mgłą ciemne
Oczy; choć skuci tak, że nagie ramię
W szyję go grzało, na członki foremne,
Dla jakich nawet mnich reguły łamie,
Spokojnie patrzał, w wierności wytrwały;
Może też rany świeże pomagały...
XCVI
Byliż gdzie — gdybyśmy w historię sięgli —
Wierniejsi nadeń rycerze i pazie?
Szczęśliwsze damy, którym zaprzysięgli?
Z wielu prób męstwa jedną mam na razie:
„Nikt nie utrzyma rozpalonych węgli
Na dłoni, myśląc o zimnym Kaukazie.” —
Juanek odbył z triumfem tę próbę
Ogniową, wielką stąd zyskując chlubę.
XCVII
Tu bym na przekór epickiej powadze
Wyznał, jak to ja bywałem zapalny!
Ale mnie skarżą moralności władze,
Że w pieśniach mych dwóch za wiele realnej
Prawdy — Juana już na ląd wysadzę,
Bo mi wydawca pisze — człowiek walny —
Że łatwiej wielbłąd przez igielne ucho
Niż ja w uczciwy dom wejdę na sucho.
XCVIII
Wszystko mi jedno — mówię z wami prosto:
Gdy mną gardzicie, niech wam daje rady
Smollet340 i Prior341, Fielding342 i Ariosto343,
Piękne dla skromnej epoki przykłady!
Lubiłem dawniej głupców ociąć chłostą,
Lubiłem także poetyckie zwady.
Bywało, gdy mnie gdzie krytyk połechce,
To się odgryzę — ale dziś gryźć nie chcę...
XCIX
Chłopcem lubiłem pięść pokazać chwatom,
Dziś porzuciłem rycerską zabawę
I zostawiłem kłótnie — literatom.
A czy mam krótko tylko dzierżeć sławę,
Póki drukarskim się powierzam szmatom,
Czyli344 mam wieki długie wziąć w dzierżawę,
Zawsze w mogile odgłosy usłyszę
Nie pieśni mej — to wiatru w nocną ciszę.
C
Żywot poetów, którzy z oddalenia
Czasu i dziejów idą tu w pieluchach
Sławy, jest drobną cząstką ich istnienia.
Imiona toczą się w chwały podmuchach
Jak grudka śniegu, która się przemienia
W górę, w śniegowych na dół lecąc puchach,
I wstaje z grudki góra i mogiła
Duża i biała, lecz zimna, jak była.
CI
Wielkie imiona cóż są? Marne słowa,
A żądza sławy co? Przyjemność mdłego
Smaku, od której zawraca się głowa
Ludziom łudzącym się, że się ustrzegą
Zaguby, która wszystko w grobie chowa
Do czasu przyjścia Syna człowieczego.
Wątpił ktoś, gdym stał na grobie Achilla,
O Troi. Przyjdzie i na Rzym ta chwila.
CII
Tak pokolenia w wiekowej ruinie
Znikają — trumnę na trumnie się składa,
A potem nawet pamięć wieków ginie
I z przeznaczenia w grób dzieci zapada.
Napisy grobu dziadów — gdzież są ninie345?
Ledwie się który zbutwiałym wykrada
Głazom, co kryją bezimiennych kości:
Miliony — w spólnej grzebane nicości!
CIII
Przejeżdżam co dzień tam, gdzie poległ z chwałą
Z bohaterami idący w zawody,
Za długo ludziom żyjący — za mało
Ludzkiej próżności Gaston de Foix346 młody.
Pęknięty filar z podstawą spróchniałą,
Grubo ciosany — marny znak nagrody —
Przypomni zlane krwią raweńskie pole;
Wkoło porosły osty i kąkole.
CIV
Chodzę codziennie, gdzie Dant ma mieszkanie:
Skromna kopuła, osłania niedumny
Grób, ale cały, bo poszanowanie
Strzeże tu wieszcza, nie żołnierza trumny.
Jednak przyjdzie czas, gdy nic nie zostanie
I z dzieł poety, i z wodza kolumny,
Tak jak ginęła sława bohatera
Przed Achillesa przyjściem i Homera.
CV
Krwią ludzką owa kolumna lepiona,
Dziś kałem ludzkim stopę ma zwalaną,
Jakby obelga głazowi zrządzona
Była nagrodą za krew tam wylaną.
Taki jest triumf i tak się dokona
Słuszna odpłata za niehamowaną
Krwi i wielkości żądzę, tak się wściekle
Miecącą, jak Dant chyba widział w piekle.
CVI
Lecz będą wieszcze. Choć sława dym pusty,
Jej woń człowieka nęci zawsze, wszędzie.
Myśl niespokojna, co się pierwsza usty
W pieśni wylała, nią się zawsze będzie
Objawiać; jako przez brzeg wód upusty,
Tak się przelewa przez duszy krawędzie
Uczucie pieśnią, która jest swobodna
Albo była nią, nim się stała modna.
CVII
Gdyby z przekleństwa losu ci, co żyli
W kontemplacyjnej ducha i burzliwej
Epoce, co wszech żądz męki przebyli,
Dostąpić mogli tej siły straszliwej,
Iżby uczucia swoje przedstawili
Jako w zwierciadle w epopei żywej,
Dobrze byś zrobił, nie dając jej światu,
Lecz by cudnego pozbył poematu...
CVIII
O, wy, będące wyrocznią księgarzy,
Sawantki! Z żeńskich najłaskawsze natur,
Cenzurujące książki blaskiem twarzy,
Dajcie mi — błagam — wasze: Imprimatur347.
Czyż mam się zniżyć do nędznych kucharzy,
Którzy nie znają parnaskich kreatur348,
Mamże ja jeden sam podług zwyczaju —
Nie pić waszego kastalskiego czaju?
CIX
Co? — już nie będę „lwem” jak inne lordy —
Z czapeczką błazna, kołpaczkiem pazika?
Nie będę słuchał pochlebstw głupiej hordy
Krzycząc: I can’t get out349! jak szpak Yorika?
Będęż przysięgał jak poeta Wordy
(Że świat czytając go oczy przymyka):
„Och! nie ma gustu — sława to loteria,
Którą frymarczy350 błękitna koteria!”?
CX
O tajemnicze, urocze bławatki!
(Jakby ktoś śpiewał o nieba błękicie,
A ja, uczone panny, wdowy, matki,
O was) podobno pończoszki nosicie
Modre — nie sprawdzam, trwożny o upadki —
Kolor podwiązek, w które ku wizycie
Rannej do króla lub na dworskie bale
Lord lewą łydkę przystraja wspaniale.
CXI
Są między wami dusze seraficzne351;
Minął czas, kiedyśmy pełni ochoty,
Wy moje rymy, ja oczęta śliczne,
Ach! studiowali; czas piękny, czas złoty...
Dziś jeszcze lubię dusze z wiedzą styczne,
W nich się częstokroć pielęgnują cnoty.
Znałem ja jedną niebieską pończoszkę,
Miluchną, dobrą — ale głupią troszkę....
CXII
Pan Humboldt352, pierwszy z podróżników świata,
Lecz nie ostatni — jestem przekonany —
Wynalazł — wyszła mi z pamięci data
Odkrycia — nie wiem równie, jak jest zwany
ów przyrząd — bardzo dowcipny — do kata! —
Którym się mierzą atmosfery stany
Przez oznaczenie napięć w dolnej sferze...
O, lady Daphne! Pozwól, niech cię zmierzę!
CXIII
Lecz do powieści. Korsarz zapłacony
Miał niewolnikiem napełnić stolicę.
Po formalnościach zwyczajnych puszczony,
U wrót seraju zarzucił kotwicę.
Ładunek zdrowy i nie zarażony
Posłano tegoż dnia na targowicę:
Gromadę Rosjan, Gruzińców, Czerkiesów,
Dla rozmaitych żądz i interesów.
CXIV
Kilka sprzedano drogo. Za Czerkieskę,
Kwitnącą barwą róż, dowodnie czystą,
Tysiąc i pięćset złożono na deskę
Dukatów — ależ płeć miała ognistą!
Różni tam kupcy wyciągali kieskę
I już dawali za nią tysiąc i sto;
Lecz gdy się tamci ceną nie straszyli,
Czując, że Sułtan tu w grze — odstąpili.
CXV
Murzynki z Nubii sprzedano po cenie,
Jak notowały ją Indie Zachodnie;
Wilberforce353 sprawił to, że wyzwolenie
Popodwyższało ceny. Niezawodnie
Rzecz taka ludzkie oburzy sumienie,
Ale grzech lubi żyć jak król wygodnie.
Gdy miłosierdzie niewolnictwo znosi,
Występek jego użyteczność głosi.
CXI
Jak kupowali pojedyncze pary
Paszowie, Żydzi, powiem — co się da rzec
Później; jak jedni poszli pod ciężary,
Inni na bejów354 wyszli, lecz się zarzec
Musieli wiary — jak żeńskie ofiary
Drżały, aby ich nie wziął jaki starzec
Wezyr355, co sobie to kobietę bierze
Na nałożnicę, czwartą żonę, zwierzę...
CXVII
Wszystko zostawiam do następnej pieśni,
A bohatera, który się nieświetnie
Bawi (powinien byłem skończyć wcześniej
Tę pieśń) — na teraz usunę dyskretnie.
Wiem ja, że nudzę, o moi rówieśni,
Lecz nie mnie — Muzie należą się pletnie356.
O dalszych zatem przygodach Juana
W piątym Juanie — jak jest u Osjana357.
Pieśń piąta
I
Kiedy wieszczowie o miłościach gwarzą
W wierszach, ciekących łakotliwie miodem,
I jak Wenera ptaszki — rymy parzą,
Nie wiedzą, że są wielkich plag zarodem.
Im poczytniejsi, tym prędzej zakażą
Ludzką społeczność — Owidiusz358 dowodem.
Nawet Petrarka359, sądząc go bez złości,
To platoniczny stręczyciel przyszłości.
II
Więc na sercowe pienia anathema360
Rzucam — wyjąwszy, których nikt nie słucha;
Uznaję krótkie, treściwe poema,
Gdzie morał wali w grzech na kształt obucha,
Wiersz dydaktyczny, w którym pokus nie ma,
Bo w jądrze giną szpetne chuci ducha.
Jeśli mój Pegaz nie połamie kopyt,
Tym dziełem stworzę moralności popyt.
III
Europejskie i azyjskie361 brzegi
Lśnią pałacami. Rzeka Okeana362
Huśta na łonie lekkich naw363 szeregi.
Kopuła Zofii364 złotem malowana,
Zieleń cyprysów i Olimpu śniegi,
I wysp dwanaście... w snach mi ukazana
Ziemia — słoneczna, czarowna, szczęśliwa,
W Marii Montagu listach wiecznie żywa.
IV
Mam jakiś pociąg do Marii imienia,
Magiczna siła tkwi w tym dźwięku miłym;
Dawniej mnie niosła w krainę marzenia,
Gdzie o rozkoszach nie spełnionych śniłem.
Ja precz się zmieniam — ten czar się nie zmienia,
Straciłem wszystko — jego nie straciłem...
Cóż to?... łza w oku?!... precz, smutek wehmiczny365!
Wszak obiecałem nie być patetyczny. —
V
Po Czarnym Morzu szedł wiatr, a bałwany
O Symplegady366 modre tłukły głowę;
Z Grobu Olbrzyma widok niezrównany
Na to wznoszenie się wód postępowe,
Kiedy dwu lądów podmywają ściany,
A ty bezpieczny patrzysz w fale płowe.
Z mórz, przyjmujących wymioty podróżnych,
Euksyn367 najwięcej ma raf i skał różnych.
VI
Był to dżdżysty dzień, jak się często zdarza
W jesieni, gdy się piękne dni skracają.
Parka tnie żwawiej nić losów żeglarza,
Burze do głębi mórz nurty wzruszają,
A skrucha nurty serc, bo śmierć zagraża
Często tym, którzy czarne wody krają;
Lecz na cóż skrucha, gdy iść cnoty drogą
Zbawieni nie chcą, umarli nie mogą? —
VII
Gromadki różnej płci, wieku, odcieni,
Barw, każda ze swym handlarzem na czele,
U bazarowych drżąc stały podsieni.
Biedacy! Jakżeż przecierpieli wiele!
Wszyscy, prócz czarnych, zdali się zgnębieni
Dumając, gdzie to ich dom, przyjaciele...
Czarni stoicko dźwigali obroże,
Często ze skóry darci — jak węgorze.
VIII
Juan był młody — a że młodość bucha
Życiem, więc jeszcze pełen był nadzieje368,
Choć przyznać muszę, stracił minę zucha;
Często łzę połknie, a gdy się zaśmieje,
To z musu; może też starły w nim ducha
Zbyt przykre w czasie tak krótkim koleje:
Strata krwi, mienia, wygody, kochanki
I uciążliwe tureckie kajdanki,
IX
Które stoika zmogą369; lecz z pozoru
Wesół był; lica niósł wypogodzone;
Postawa pańska, wytworność ubioru,
Na którym strzępy wisiały złocone,
Wartości jego dodały waloru
I wywyższyły go nad pohańbione
Pospólstwo; zresztą zawsze był przystojny,
A rachowano też na okup hojny.
X
Jak szachownica rynek był upstrzony;
Biali i czarni stali w grupach małych,
Porozrzucanych w różne rynku strony.
Ten żądał czarnych, a ten żądał białych.
Trwał zgiełk. Z innymi na targ wystawiony,
Trzydziestoletni stał mąż, w oczach śmiałych
Noszący hardy wyraz rezygnacji.
Stał przy Juanie, a wydał się z nacji
XI
Anglikiem; krępy, prawie kwadratowy;
Płeć jak wyspiarze miał białorumianą,
Zdrowiutkie zęby, kręty, ciemnopłowy
Włos, a na czole niczym nie rozwianą
Zmarszczkę, znak siły głębokiej, duchowej.
Jednę miał rękę w bandaż zawiązaną,
A stał tam z zimną krwią, wcale nie zbladłszy,
Niby spektator370, co na scenę patrzy.
XII
Kiedy obaczył młodego chłopczynę
Wielkiej widocznie duszy, ale w roli
Tak smutnej, żeby przeciągnęła minę
Nawet mężowi, zaczął się powoli
Interesować nim i o przyczynę
Smutku zapytał towarzysza doli,
Którą on jeden znosił licem gładkiem,
Jak gdyby prostym — ot — była przypadkiem.
XIII
„Mój chłopcze — mówił — śród tej pospolitej
Czeredy Rusów, Murzynów, Czerkiesów
I obszarpańców barwy rozmaitej
— Nam braci dzisiaj z fortuny karesów371 —
Szlachcicem jestem pewno ja sam i ty.
Więc się dla spólnych złączmy interesów,
Osłodzić dolę twą pociechy miodem
Pragnąłbym; proszę cię, skąd jesteś rodem?”
XIV
„Z Hiszpanii” — Juan rzecze. — „O, tak, iście
Poznałem zaraz, żeś nie z greckiej gliny.
Te psy nie patrzą tak dumno-ogniście.
Fortuna tu z nas postroiła kpiny,
Już ona taka, bo chce oczywiście
Doświadczać; czmychnie — wraca w pół godziny.
Ho, ho, czułem ja często jej surowość,
Lecz dla mnie nigdy to nie była nowość”.
XV
„Proszę — rzekł Juan — pytanie darować:
Co cię przywiodło tutaj?” — „O! rzecz zwykła:
Sześciu Tatarów i powróz”. — „Żartować
Lubi pan; pytam, skąd właśnie wynikła
Ta ostateczność?” — „Wstąpiłem wojować
Do rosyjskiego wojska; tu się wikła
Mój los, bo oto przy widdyńskim szturmie372
Wzięli mnie w jasyr, osadzili w turmie”.
XVI
„Masz pan przyjaciół?” — „Miałem, lecz nadzieję
Noszę niepłonną, że ich już nie ujrzę,
A teraz, gdym ci opisał koleje
Własnego życia, odpłacając snujże
Swoje!” — „Ach, panie, smutne to są dzieje
I długie...” — „Długie! — krzyknął tamten. — Stójże!
Daj lepiej pokój; każda powieść tkliwa,
Gdy długa, staje się dwakroć tęskliwa.
XVII
Nie spuszczaj głowy, bo błogosławiona
Młodość; fortuna ma płochość373 motylą,
Lecz cię nie rzuci (bo nie twoja żona)
I wnet dni twoich smutków się przesilą,
Walka z tą damą byłaby tak płoną374
Jak opór kłosów, gdy się pod sierp chylą;
Człek jest igrzyskiem losu, choć z daleka
Patrząc, los się zda igrzyskiem człowieka”.
XVIII
— „O teraźniejszą by mi nie chodziło
Dolę — ale, ach! gdy wspomnę... kochałem!”
Urwał i czarne mu się rozżaliło
Oko, błysnęło łzą, która po białem
Licu spłynęła. — „Co było, to było!
Nie teraźniejszy los, jak powiedziałem,
Tak mnie rozrzewnia; ja przeniosłem klęski,
Których by nie zniósł umysł bardzo męski,
XIX
Na wielkim morzu — ale ten cios świeży...”
Tutaj znów urwał, wzrok smutny odwodzi.
„Aj! — rzecze Anglik — jak to się młodzieży
Z oczu wyczyta, gdy o damę chodzi!
Słusznie wspomnieniu jej łza się należy;
Ja bym w tym razie płakał też... O! młodzi!...
Płakałem, gdy mi śmierć pierwszą zawlekła
Żonę; płakałem, gdy druga uciekła;
XX
Trzecia...” — „Co? trzecia? — Juan rozwarł oczy —
Pan masz trzydziestkę ledwo i trzy żony?”
„Dwie, bo jak rzekłem, pierwszą ziemia tłoczy.
Cóż w tym za dziwo, patrząc z dobrej strony,
Że ktoś po trzykroć w jarzmie się przytroczy?”
„Więc z trzeciej byłeś pan zadowolony?...
Co?... czyż się i ta... dopuściła zbrodni...
Uciekła?...” — „Nie...” — „Więc?” — „Ja uciekłem od niej!”
XXI
„Zbyt trzeźwo, panie, na rzeczy patrzycie!”
„Ha! Cóż, nie jestem do czułości skory...
Wy macie swoje gwiazdy na błękicie,
Moje już spadły. Dla wiośnianej pory
W ułud i marzeń kwiat stroi się życie,
Czas jednak ściera zeń świetne kolory,
W życiowej walce nieszczęście zwycięża;
Złudy zrzucają skórę na kształt węża.
XXII
Co prawda, druga jest świeża i ładna;
I długo ładna; lecz czas nie przystawa,
Skóra, jak ciało, śmierci jest podwładna,
Która ją prawom natury poddawa;
Naprzód rozciąga sieci miłość zdradna,
Potem ambicja, chciwość, zemsta, sława
Smarują lepem drzewko naszych chęci,
Gdy pieniądz jeszcze i wielkość nas nęci”.
XXIII
„Wszystko to piękne i prawdziwe może
— Rzekł Juan — lecz ja, panie, nie pojmuję,
Co to nam w nędzy dzisiejszej pomoże”.
— „Nie wiesz? Ależ to jak z kłębka się snuje!
Zresztą, gdy nie wiesz, to ja ci wyłożę:
Wiedzy nabędziesz, bratku! Kto poczuje,
Co jest niewola, nauczy się snadnie375
Rządzić, kiedy mu panem być wypadnie”.
XXIV
„Gdyby to panem być! Choć chwilę małą —
Rzekł Juan — toż bym ja tych pogan chłostał!”
I wzdął westchnieniem ciężkim pierś zbolałą.
„Boże, strzeż tego, kto by mi się dostał!” —
„Może to jeszcze stać się, tylko śmiało!
— Wszak los ci jeszcze dłużnikiem pozostał,
Patrz no, jak eunuch ten oczy wyłupił
Na nas; chciałbym już, żeby nas kto kupił. —
XXV
Lecz przede wszystkim, jaki los dzisiejszy?
Zły. Może lepszy spaść z fortunnej szali.
Im znamienitszy człowiek, tym podlejszy
Niewolnik żądz swych, chuci i tam dalej.
Ktoś by pomyślał, że społeczność zmniejszy
Egoizm tkwiący w jednostce... utrwali!
Nie współczuć, oto jest wyraz spółczesnych
Dążeń w tym świecie ludzi bezserdecznych!” —
XXVI
Teraz osoba czarna nijakiego
Rodzaju weszła w bazarowy ganek,
Okiem badając siłę, wiek każdego
Jeńca: młodzieży i dzieci, i branek,
Czy mu się przyda które i do czego.
Ani w kochankę tak patrzy kochanek,
Koneser w konia, chirurg w swe narzędzia,
Adwokat w taksy, w czarownicę sędzia,
XXVII
Jak handlarz ludzi w towar upatrzony...
Rozkoszna to jest rzecz kupować braci,
Wszyscy zaś kupni, byle słabe strony
Wymacać; jednych się uśmiechem płaci,
Drugich posadą, pałkami korony
Hrabskiej, tytułem, krzesłem na kolacji
Książęcej, złotem — tanio albo drogo,
Bo od korony do kopnięcia nogą.
XXVIII
Rzezaniec wwiercił w obu oczy szare,
Do kupca podszedł i zaczął na stronie
Targ o jednego z nich, potem o parę.
Zaklinali się (sic) i bili w dłonie,
Jak chrześcijanie, gdy sprzedają stare
Barany, woły, dychawiczne konie.
Stąd owy handel wyglądał na wojnę
O bydło, niby ludzkością dostojne.
XXIX
Nareszcie kłócąc się, targując, łając,
Wydobywając kieski i na nowo
Kryjąc, pieniądze w palcach obracając,
Ważąc, badając, czy towar ma zdrową
Cerę, znów pary miast cekinów dając,
Skończyli trudną kwestię rachunkową
I kupiec, cudzej obojętny biedzie,
Wesoły zaczął myśleć o obiedzie.
XXX
Nie wiem, czy potem apetyt miał lepszy
I czy miał także łatwiejsze trawienie...
Ktoś by pomyślał, że niesmak przepieprzy
Mu obiad; że się w nim ozwie sumienie
Pytaniem, czy Bóg każe na kształt wieprzy
Ludzi sprzedawać?... Czy tak? Sądzę, że nie.
Choć twierdziłbym, że refleksyjną bytu
Ludzkiego chwilą jest chwila przesytu.
XXXI
Voltaire376 mówi: „Nie!” „Candide mój — powiada
Podjadłszy, życie zwie dopiero znośnym”. —
Myli się. Jeśli człek jak zwierz nie jada,
Przesyt jest stanem dlań przykrym i sprośnym,
Chyba pijany — wtedy wszystko wpada
W mózg i zagłusza niesmak hukiem głośnym.
Z synem Filipa377 (a zarazem Ammona378,
Bo jeden ojciec, jak jedna korona,
XXXII
Było mu mało) mówię: Akt naczelny
Jedzenia i te, które ciała tyczą,
Uczą, że człowiek jest mniej niż śmiertelny.
Kiedy pieczenią owczą lub indyczą,
Zupą i rybą może się stać dzielny,
One są jego bólem i słodyczą,
To po cóż pyszni się władzami ducha?
Śliczna potęga — niewolnica brzucha!
XXXIII
Raz w piątek wieczór, w godzinę wieczerzy
— Darują przerwę piękne czytelniczki —
Mam wyjść; biorę płaszcz; tuż na stole leży
Laska, kapelusz mój i rękawiczki;
Słyszę strzał... ósma wybiła na wieży,
Zbiegam ze schodów, wpadam w głąb uliczki,
Na ziemi leży komendant, w krwi broczy,
Czoło ma zimne już i błędne oczy.
XXXIV
Biedak! Z przyczyny marnej rozbójnicy
Pięciu kulami zmacali mu skórę
I zostawili trupa na ulicy.
Kazałem wnieść go do siebie na górę,
Trząsłem, wołałem, ale po próżnicy,
Nie człowiekowi rwać się na naturę.
Zginął — dla lichej sprzeczki, z rąk partacza,
Dostawszy pięć kul z starego garłacza.
XXXV
Patrzyłem w niego, bo go dobrze znałem,
A chociem wielu oglądał zabitych,
Tak cichej śmierci nigdy nie widziałem.
Zda się — spał, a że z pięciu ran zakrytych
Krew nie płynęła i nie zdradzał ciałem
Spokojnie sztywnym boleści przebytych,
W śmierć byś nie wierzył; tak tedy nad spiekłym
Zewłokiem stojąc, myślałem czy rzekłem:
XXXVI
„To więc ma być śmierć? Cóż się życiem zowie?
Powiedz!” — On milczy. „Wstań!” — Odeszła dusza.
A wczoraj jeszcze tryskało zeń zdrowie,
Wczoraj go jeszcze tysiąc ludzi słusza379
I drży... i kiedy jak centurion powie:
Stój! — oddział stoi. Ruszaj! — zaraz rusza.
Wczoraj miał konia, surmy i fanfary,
Dzisiaj na bębnie kir i proste mary.
XXXVII
Wszystko, co bało się go i kochało:
Żołnierze, trzódka rubasznej drużyny,
Przyszli ogllądać komendanta ciało
Ranne — ostatni raz, choć nie jedyny.
I taki koniec! Ten, co niegdyś z chwałą
Spędzał i straszył twarzą Francji syny,
Pierwszy w natarciu i pierwszy w gonitwie,
Zabity w bójce ulicznej — nie w bitwie!
XXXVIII
Przy starych ramch widne były nowe;
Tamte zaszczytne, bo laur nimi zdobył;
Więc straszne było takie kontrastowe
Zejście... Lecz zmienię temat, bom nie dobył
Stąd odkryć tylu, ile na mą głowę
Przystało; często myślę, co by to był
Za skarb, gdyby tak z śmierci wysnuć parę
Prawd wzmacniających wiarę czy niewiarę.
XXXIX
Ha! Tajemnica. Dziś tu, jutro w grobie,
I ruszaj! — dokądże? Nie powiedziano.
Pięć gałek, trzy, dwie, jedna, i po tobie!
Na toż krew, aby ściekła lada raną?
Lada element wyższy na tym globie
Niż człowiek — on ma życie, a nam dano
Śmierć... nam, w których się wszystka wiedza mieści?...
— Lecz do przerwanej czas wrócić powieści.
XL
Nabywca skończył targ i w tym momencie
Jeńców umieścił w kaiku złoconym.
Siadł z nimi, dał znak, i jak na zaklęcie
Pomknęła łódka, prując wody łonem.
Jeńcy skuleni, jakby szli na ścięcie,
Czekali końca. Kaik w upatrzonem
Miejscu zwolniwszy, skręcił się jak mewa
Pod mur, gdzie rosły cyprysowe drzewa.
XLI
Tutaj przewodnik zapukał w tajemne
Drzwiczki; otwarto; weszli; on na przodzie.
Wiódł ich przez gąszcza i ścieżyny ciemne
Drzewnym szpalerem; rzezaniec380 w ogrodzie
Chwilą się zbłąkał, co wcale przyjemne
Nie było, bo już dobrze po zachodzie
Wstąpili na ów pałacowy taras.
Kaik nie czekał, lecz odpłynął zaraz.
XLII
Kiedy błądzili tak śród krzewów winnych,
Gajów oliwnych i pomarańczowych,
O których rzekłbym dużo w słowach płynnych,
Bo nie ma u nas na naszych jałowych
Gruntach tych płodów Lewantu381 (...i innych),
Gdyby nie to, że u pisarzy nowych
Cały Wschód z florą swoją się zagnieździł
Dlatego, że wieszcz któryś w Turki jeździł.
XLIII
Kiedy błądzili wszyscy, Juan w głowie
Myśl poczuł i wraz powierzył ją swemu
Towarzyszowi; myśl, która — panowie —
Równie by przyszła mnie i wam, jak jemu.
„Myślę — rzekł — że to hańbą się nie zowie,
Gdy się kto wymknąć chce losowi złemu.
Co powiesz na to: w łeb czarnego mruka,
A potem nogi za pas; niech nas szuka!” —
XLIV
„Tak! — rzecze drugi — a potem... i cóżże?
Jak wyjść, którędy, dokąd, w kim nadzieja?
A choćbyś nawet dziś oszczędził skórze
Opłakanego losu Bartłomieja382,
Znowu się jutro znajdziesz w jakiej dziurze.
I gorszej niż ta... o! kto głupi — nie ja.
Ja głodny i jak Ezaw383 — bez odwleczeń
Dziś pierworodztwo bym sprzedał za pieczeń.
XLV
Zresztą tu blisko gdzieś ludzie być muszą.
Negr za odważnie sam z więźniami kroczy.
Widocznie pewny, że go nie uduszą,
Bo straż trzymają nad nim czyjeś oczy.
Krzyknie — to zlecą się — i żegnaj, duszo!
Więc nie powiadać hop, nim się przeskoczy,
Otóż — jesteśmy w domu — mój kochany.
Patrz, co za pałac iluminowany!”
XLVI
Było istotnie domostwo obszerne
To, co ujrzeli. Nad bramą, na wschodzie,
Złocone, barwne, choć niezbyt misterne,
Rzeźbione wzorki po tureckiej modzie,
Gustem dość prostym. Sztuki tam mizerne,
Choć pole wzięły po greckim narodzie.
Turecka willa każda malowania
Na sposób kulis albo parawana.
XLVII
Kiedy zbliżyli się, nadziemski zapach
Cebuli, jarzyn, baraniny z ryżem,
Mile drażniący czy w nosach, czy w chrapach,
W postanowieniu powstrzymały chyżem
Juana, co już tkwił pokusie w łapach.
Towarzysz także warował się świeżym
Kruczkiem: „Na Boga! niechaj co przetrącę,
A pójdę z tobą w piekło gorejące”.
XLVIII
Tak się do ludzkich słabostek przemawia:
Starcom na rozum, do uczuć — młodzieży,
Sposób z „rozumem” rzadziej się pojawia,
Bowiem do modnych dzisiaj nie należy.
Ten mówca łzami, drugi znów naprawia
Batem — a każdy w słabą stronę mierzy:
Argumentami siły, z różnym skutkiem.
Lecz o to nie dba nikt, aby być krótkim.
XLIX
Znowu dygresja. Z przekonywających
Dowodów siły, patosu, piękności,
Pochlebstwa, prośby, groźby i brzęczących
Dukatów — nic tak dobrze nie uprości
Sprawy głaskania drażliwych, gorących
Serc i pętania bujnych namiętności, .
Jak wszechkoiciel gromki, lecz godowy,
Duszny głos trwogi — dzwonek obiadowy.
L
Turcy nie mają dzwonków, jedzą przecie.
Juan z Anglikiem — choć im nie brzmiał znany
Powszechnie dzwonek w chrześcijańskim świecie
Ni czekał maitre d’hótel384 galonowany...
Spostrzegli ogień, poczuli kotlecie
Wonie, ujrzeli kucharzy kaftany,
Białe — i ku tym fundamentom bytu
Zerknęli wieszczym okiem apetytu.
LI
Toż zapomniawszy ze wszem o oporze
Szli za przewódcą, wyciągnąwszy nosy,
Eunuch ani śnił, że cielesnej korze
Jego tak straszne zagrażały ciosy.
Obu tymczasem zostawił na dworze,
Zapukał — słychać było ciche głosy —
Otwarto; wszedłszy do ogromnej sieni
Stanęli, wschodnią pompą otoczeni.
LII
Nie opisuję; opis — moja chluba,
Lecz dziś lada kto opiewa z lirenki
Swoje podróże; rośnie z tego gruba
Księga in quarto — łamże na niej szczęki!...
Jemu igraszka, a wydawcy zguba —
Ach! A natura nieszczęsna, na męki
Wzięta, z bolesną poddaje się gracją
Rymom i listom, szkicom, ilustracjom.
LIII
Kołem pod ścianą Turcy, siedząc w kuczki,
Na szachownicach ciche wiedli boje;
Inni się znowu bawili jak mruczki
W monosylaby, mustrując swe stroje.
Ci bursztynowe ssą w ustach munsztuczki385
Drogie i tanie — skrywszy twarz w zawoje,
Chodzą lub drzemią marząc o kochance
W raju; ten sobie rum przyrządza w szklance,
LIV
Gdy czarny eunuch z więźniami do sali
Wszedł, jaki taki oczy od niechcenia
Wzniesie i zajęć swoich patrzy dalej;
Kto siedzi — nawet pozycji nie zmienia,
Inny wzrok na nich zatrzymuje trwalej,
Jak kupiec, wartość gdy konia ocenia;
Na powitanie ów Negrowi głową
Skłoni, lecz nikt go nie trudzi rozmową.
LV
Przewiódł ich potem — nie mówiąc i słowa,
Przez pyszne, w dal się snujące komnaty
Ciche, bo w jednej tylko marmurowa
Fontanna szmerem śpiące budzi kwiaty,
Owiane szatą nocy; czasem głowa
Kobieca przemknie i błysną zza kraty
Czarne, ogniste oczy, ciekawości
Pełne, co nocnych przyprowadza gości.
LVI
Kilka lamp światłem słabego płomyka
Oświeca drogą przez następne sale,
Lecz przy nich bogactw okazałość znika,
Rozsnutych w całej majestatu chwale.
Nic tak czy we dnie, czy w noc nie przenika
— Nie powiem strachem albo drżeniem — ale
Smętnością jak te komnaty bez duszy,
Gdzie snu drzemiących skarbów nic nie wzruszy.
LVII
Dwa tam ledwie znać — jeden całkiem ginie.
Na stepie, w zgiełku pospólstwa lub w boru,
Tam to samotność żyje i dziedzinie
Swojej nadaje piętno duchów zboru.
Ale w galeriach zamkowych, w ruinie
Sali rycerskiej, w złoconego dworu
Komnatach, gdy miast wielu — jeden stanie,
Straszno tak... niby śmierci czujesz wianie.
LVIII
Samotny kącik w podwieczór zimowy,
Książka, przyjaciel, kochanka, a razem
Pasztecik, winko i żołądek zdrowy
Są albijońskiej wieczornej wyrazem
Rozrywki — choć to nie tak brylantowy
Widok jak teatr oświecony gazem.
W pustych krużgankach jam spędzał wieczory,
Dlatego bywam tak na smętek chory.
LIX
Człek tworzy wielkość, a sam w niej maleje;
Kościoły stawia wzniosłe — no, już to mniej
Ganię, bo kościół boże głosi dzieje,
Wobec ich piękna imię się przepomni
Budowniczego. Ten jednak szaleje,
Kto wznosi pałac lub grobowiec. Skromni
Bądźmy straciwszy raj; w Babelu wieży —
Jest przykład temu, który mnie nie wierzy.
LX
Babel był zamkiem myśliwskim Nimruda386,
Mającym z murów i ogrodów sławę,
Gdzie Nebukadnezar387 rządził, król luda,
Nim żreć pewnego ranku zaczął trawę;
Gdzie Daniel w jamie z lwami czynił cuda,
Budząc dla siebie podziw i obawę;
Gdzie się wsławili Tysbe i Piram388, i z
Nieczystych sprawek sławna Semiramis389.
LXI
Tę biedną skarży kronikarz sobaka
(Ot! potwarz, spisek, bo czyż kto uwierzy?...),
O niewłaściwą miłość do rumaka.
(Miłość ma także osobnych kacerzy390).
Źródłu, z którego trysła bajka taka,
Przepisywacze winni i zecerzy,
Że zamiast „biegus” — „biegun” napisano.
Chciałbym, by rzecz, tę naszym sądom zdano.
LXII
Lecz do przedmiotu. Gdyby kto szalony
Przeciw istnieniu wieży Babel krzyki
Podniósł, dowodząc, że dziś nie ma onej
Wieży ni śladu pomimo wyniki391
Badań IMĆ Richa392, co przywiózł czerwonej
Cegły skrzyneczkę i dwa pamiętniki —
Nie wierzył Żydów niedowierczych czerni
(Którym się wierzyć musi, choć niewierni) —
LXIII
Bacz, co Horacy393 o tym głupstwie pisze
Masońskim pięknie nader i treściwie,
Gdy to, nie pomnąc na wieczności ciszę,
Żądzą mularską gorączkowo żywię:.
Czy nie wiesz, gdzie jest koniec ludzkiej pysze?
(Morał jak zwykle kwilący płaczliwie)
Sepulchri immemor struis domos394 — oto
Czemu doczesną parasz się robotą....
LXIV
Skręcili potem w boczne skrzydło domu,
Gdzie niby ze snu obudzili echo.
Pośród przepychu i bogactw ogromu,
Wzrok zatrzymywał się, błądził z uciechą.
Sprzęty tam były niezdatne nikomu,
Lecz wytworności piętnowane cechą,
Która najmniejszy szczegół odznaczała;
Tu prym natura sztuce dać musiała.
LXV
Ta sala zdała się tylko przechodnią
I wiodła w dalsze, wspanialsze komnaty,
Umeblowane z wystawnością wschodnią.
Sprzęt w nich dobrany był, piękny, bogaty,
Sofy tak miękkie, że zdało się zbrodnią
Sieść395 na nie; cudne dywany, makaty,
Kobierce rzadkie, że brała ochota
Po nich jak rybka prześliznąć się złota.
LXVI
Lecz Negr nie raczył zaszczycić spojrzeniem
Owych przepychów, stawiąc nogę śmiało
Tam, kędy396 oni stąpali ze drżeniem,
Jakby pod stopą niebo im się słało;
I, przystąpiwszy do ściany, ramieniem
Sięgnął, i otwarł jakąś szafkę małą,
Ukrytą w ścianie — którą ot — stąd widać.
Jeśli nie widzisz, zechciej pokój mi dać...
LXVII
Chcę być wizyjny; otóż eunuch stary,
Jak rzekłem, sięgnął i wyjął ze skrytki
Stroje wartości różnej, barwy, miary
Na muzułmańskie grzbiety, biodra, łydki:
A więc kaftany, pasy, szarawary,
Z których artykuł żaden nie był brzydki,
I jął397 wybierać najbardziej gustowne
Rzeczy, dla dwojga swych więźniów stosowne —
LXVIII
Dla Brytańczyka oraz dla Juana.
Pierwszy, roślejszy, dostał nieobcisły
Kaftan kandiocki, długi po kolana,
Spodnie dość mocne, tak żeby nie prysły
Nawet na lędźwiach paszy lub gwardiana;
Szal kaszemirski, co by miękkie zmysły
Ucieszył; po nich, dopełniły reszty
Dandysowego stroju, kindżał, meszty.
LXIX
Gdy się ubierał, rzezuń — który zwie się
Baba — wyłuszczał olbrzymie korzyści,
Jakie to jeden i drugi wyniesie,
Jeśli nadzieje w nich złożone ziści
I w osobistym pójdzie interesie,
Dokąd go losy zawiodą. „Aliści —
Dodał — tysiąckroć powiększycie kieski,
Jeśli zechcecie poświęcić obrzezki...
LXX
Co do mnie — mówił — cieszyłbym się szczerze,
Gdyby z was stali się Osmanie prawi398,
Jednak wam wolność zostawiam w tej mierze”.
Drugi dziękował, że tak najłaskawiej
Bez zezwolenia ich nie przedsiębierze
Tej operacji małej. „Nie wiem — prawi —
Jak się nachwalić dość szlachetnej nacji,
Jej obyczajom i cywilizacji”.
LXXI
Że bardzo mało ma do zarzucenia
Temu zacnemu nader obrzędowi;
Że gdy im tylko da co do zjedzenia
I ulży bardzo przykremu głodowi,
Zacznie namyślać się i bez wątpienia
Usłuchać dobrej rady postanowi.
„Czy tak? — rzekł Juan szorstko — mnie się nie śni!
Ja sobie głowę dam obrzezać wcześniej.
LXXII
I wprzódy musi spaść niejedna głowa!” —
„Proszę — rzekł tamten — nie zakładać tamy
Mym myślom i wpół nie przerywać słowa.
Otóż — jak mówię: Gdy powieczerzamy,
Rozważę, czyli twa rada jest zdrowa
I czy odrzucić ją, czy przyjąć mamy,
Rachując — że jak dotąd zawsze grzeczny,
Nam pozostawisz wyrok ostateczny”.
LXXIII
„Teraz — rzekł Baba — niech pan młodszy kładzie
Te suknie” — mówiąc, wskazał szatę drogą,
Co by książęcej przystała paradzie.
Lecz Juan milczał i spojrzał złowrogo,
Niezbyt przychylny takiej maskaradzie,
I kopnął suknie chrześcijańską nogą.
„Nie namyślaj się, kładź prędzej, i basta!”
Juan rzekł: „Starcze, nie jestem niewiasta”.
LXXIV
„Bądź sobie, czym chcesz — ja tam nieciekawy
— Rzekł Baba — ale proszę, rób, co każę,
Bo nie przyszedłem tutaj dla zabawy...”
„Powiedz przynajmniej, komu w tej maskarze
Mam się przedstawić?” „Nie bądź no tak żwawy,
Mój chłopcze! To się w stosownym okaże
Czasie i miejscu, i okoliczności;
Nie lubię zdawać sprawy z mych czynności”.
LXXV
„Więc jeśli zrobię to, to będę...” „Hola! —
Zawołał Murzyn — jeno mnie nie drażnij;
Dobra jest śmiałość, ale nie swawola,
Więc nie rób ze mnie głupca i nie błaźnij!” —
„Cóż to, mój panie, czy to moja rola
Suknią płeć babić?...” Jak sparzony w łaźni
Żachnął się Baba: „Jeszcze jedno słowo,
A ja cię zmienię w istotę bezpłciową!
LXXVI
Są to, jak widzisz, bardzo ładne suknie;
Wprawdzie kobiece — ale takie szaty
Właśnie potrzebne”. „Brrr — Juan mruknie —
Niewieście!” W końcu, zakląwszy na katy,
Ciężkim westchnieniem, niby z miecha, huknie:
„Na co u diabła zdadzą się te szmaty?...”
Tak zwał wzgardliwie koronki i gazy,
Co by księżniczka kładła bez obrazy.
LXXVII
Zaklął i westchnął; w piersiach mu wezbrało
Uczucie, gdy brał szarawarki na się
Cieliste; potem wziął koszulkę białą,
Którą dziewiczy pasek objął w pasie;
Wkładając jednak spódniczkę o mało
Nie padł; „zaś” albo gminnie mówiąc: „zasię”
(Rym mnie przymusza rządzący nieczule,
Bardziej tyrański i twardszy niż króle),
LXXVIII
Zasię potknięcie owo się tłumaczy
Nowością sukni i zakłopotaniem.
Juana. Skończył; nic chyba nie znaczy,
Że trochę krzywo suknie leżą na nim.
Baba obchodzi dokoła i baczy,
Gdzie źle, z największym poprawia staraniem;
Gdy Juan wtłoczył ramiona w rękawy
Kaftana — sam się obejrzał ciekawy.
LXXIX
Bruździło jeszcze jedno: krótkie włosy,
Lecz Baba radę znalazł i ze splotów,
Których miał w skrytce swojej pełne stosy,
Zrobił kosmyki i warkocz był gotów.
Zaplótł, pozwijał modnie długie kosy399,
Które upstrzone błyskami klejnotów,
Koronowały perukarskie dziwo;
Baba przeczesał, namaścił oliwą.
LXXX
Wreszcie skończyła się nieznośna męka.
Z pomocą różu, nożyczek, żelazka
Stanęła wcale400 przystojna panienka,
Aż ucieszony Baba w dłonie klaska:
„Patrzcie no — co to zrobiła sukienka.
A teraz proszę za mną, jeśli łaska,
To jest — ta pani”. Klasnął silniej w dłonie,
Dwaj Negrzy wpadłszy stanęli na stronie.
LXXXI
„Pan — rzecze Baba kinąc na Anglika —
Pójdziesz z tą szlachtą na wieczerzę, a my,
Moja ty mniszko płochliwa i dzika,
Pójdziemy razem. Cóż się ociągamy?
Przepadło! Stąd już nikt się nie wymyka;
Nie drżyj! Czy cię to wiodę do lwiej jamy?
Patrz! To jest pałac, gdzie, chodząc roztropnie,
Rozumny rajskich szczęśliwości dopnie.
LXXXII
Dziecko! Nie bój się — wszystko pójdzie pięknie”.
„Ha! to też wasze szczęście — rozbójnicy!...
Wiedzcie, że pięść mi na karkach nie mięknie
I że nie mierzę nigdy po próżnicy.
Dotąd wam uszło, lecz cierpliwość pęknie,
Jeśliby kto śmiał sądzić po spódnicy,
Czym jestem — zatem radzę, moi mili,
Niech się w tym względzie żaden z was nie myli!”
LXXXIII
„No, chodź” — rzekł Baba. W Juanowym łonie
Żal wezbrał, ręce prężył do kamrata,
Co się półgębkiem uśmiechał na stronie,
Widząc, jak chłopca odmieniła szata.
„Żegnaj mi! — krzyknął ów, podając dłonie —
Patrz, w jakie cuda ta ziemia bogata:
Ze mnie pół-Turka, z ciebie pół-dziewczyny
Zrobił przeklęty eunuch w pół godziny”.
LXXXIV
„Bądź zdrów! — rzekł Juan — jeśli nam nie padnie
Spotkać się, życzę smacznego obiadu!”
„Bądź zdrów! ach, żal mi na serce się kładnie;
Gdy się spotkamy, będziem do upadu
Gadać; za losem chodźmy oba składnie.
A szanuj cnotę i nie bierz przykładu
Z Ewy!” — „Ho! nawet sułtan mnie nie skusi,
W razie ochoty, ślub ze mną wziąć musi”.
LXXXV
Tak się rozeszli, każdy w swoją stronę. —
Baba Juana wiódł z sali do sali,
W kamienne ganki, galerie złocone
Aż do olbrzymiej bramy, co z oddali
Chyliła ku nim kontury zamglone.
Wokoło wiała woń róż i konwalii...
Jak gdyby weszli w kaplice zakonne,
Wszystko tam ciche, uroczyste, wonne.
LXXXVI
Brama ta ciężka, wysokiej postawy,
Brązowa, pięknie miała wierzch rzeźbiony.
W rzeźbie rycerstwa bój toczył się krwawy;
Już u zwycięzcy stóp legł zwyciężony;
Za triumfalnym wozem jeńców łzawy
Tłum, jeszcze dalej szły wojsk legijony.
Musiał pamiętać ten zabytek stary
Czas, gdy w Bizancjum władały Cezary.
LXXXVII
Ta wielka brama w sam koniec uciekła
Rozległej sieni; przy niej stanowisko
Miały dwa karły, brzydkie jakby z piekła
Dwa małe czarty — niby pośmiewisko
Groźnym podwojom furty, co rozwlekła
Piramidalne nad nimi sklepisko.
Gdyś szedł wpatrzywszy się w rzeźbione wzorki,
Mogłeś niechcący przydeptać potworki.
LXXXVIII
Aż przystąpiwszy już przed same wrota,
Skoczyłeś, kształt ich spostrzegłszy poczwamy;
Bo też dziwiła tych ludzi brzydota!
Kolor ich płci ni szary był, ni czarny,
Ni biały — tu się pióro darmo miota
W opisie; pędzel chyba byłby karny.
Monstra, Pigmejów co to noszą imię,
Karły — a sumy kosztują olbrzymie.
LXXXIX
Ich służba była: Stać przy drzwiach i czuwać —
A były silne chłopy, choć tak niskie;
Zresztą drzwi dały się łatwo rozsuwać,
Bo miały luźne zawiasy i śliskie,
Jako Rogersa rym; również wysnuwać
Umieli niby sznureczki paryskie
Dla buntowniczych paszów sznur z jedwabi401,
Najlepsi k’temu tacy niemi drabi.
XC
Na migi z sobą rozmawiali malce
Oba — a wzrok w nich utkwili jak zbóje,
Kiedy niewolnik podniósł oba palce
Na znak, aby ich puścili w pokoje.
Juan się przeląkł, bo jak złe padalce
Oczu iskrzących weń utkwili dwoje,
Wzrok taki może kłuć jak żądło żmije
I zaczaruje, jeśli nie zabije.
XCI
Nim weszli, Baba Juana objuczył
Radami, mądre mu dając przestrogi:
„Dobrze by było — abyś się nauczył
Wysuwać z mniejszym majestatem nogi,
Bacz równie, abyś ich jak gęś nie włóczył,
Chwiejąc się — chociaż błąd to niezbyt srogi
Owo chwiejanie... proszę cię też, pomnij
Wzrokiem dokoła rzucać nieco skromniej.
XCII
Rada się przyda, bo tych niemych oczu
Jak szpilki na skroś przebiją ci suknie;
A niech no tylko który płeć twą zoczy,
To nas tak pięknie jutro Bosfor spłuknie
Zaszytych w worki, że nim się rozmroczy
Noc, popłyniemy do Marmary, nóg nie
Mając za wiosła — ten rodzaj żeglugi
Bardzo tu częste oddaje usługi”.
XCIII
Tak mu dodawszy otuchy, szedł dalej
I do wspaniałej wprowadził komnaty.
Jakby anieli w niej cuda rozsiali,
Oko z trudnością mogło spocząć na tej
Ogniem i tęczą malowanej fali,
Gdzie migotały rubiny, granaty,
Złoto na sprzętach — wszystko jak obrazki
W krąg jaskrawymi opasane blaski402.
XCIV
Za złoto kupisz złoto — lecz majątek
Z gustem nie chodzi; nie tylko na Wschodzie,
Lecz i u naszych zachodnich książątek
W pałacach, które widziałem w przechodzie,
Choć złotem każdy zapełniony kątek,
Łuna nie bije zeń; za to smak bodzie
Mebel lub posąg krzywy, malowidła...
Nie mówię, żeby Muza mi nie zbrzydła.
XCV
W tej to królewskiej sali, na stojącej
W zagłębiu sofie, z niedbałym królowej
Wdziękiem leżała bez ruchu, półśpiący
Kobieta. Baba ukląkł, ruchem głowy
Dał Juanowi znak, który niechcący
Ukląkł też, choć to był dlań sposób nowy
Witania; Baba zaś jak przed ikony403
Bił przepisane prawami pokłony.
XCVI
Więc Dama z sofy powstała gwałtownie,
Jako pafijska Wenus ze spienionej
Fali; jej sarnie oczy jak dwie głownie
Z emaliowanej tryskały osłony...
Podnosząc ramię białe i cudownie
Jasne, skinęła; Baba nachylony
Kraj purpurowy szaty jej całował
I szepcąc, gestem jeńca ukazował.
XCVII
Była w tej chwili dumna jak na tronie;
Piękność jej miała moc, co serca kruszy,
Więc, że opisem słabym jej nie zgonię,
Wolę, iż sobie dośpiewacie w duszy.
Nie szkodzi, jeśli z powieści uronię
Opis jej kształtów, bo wiem, że ogłuszy
Słuchacza opis, niby listy gończe
Dokładny — kładę więc kropkę i kończę.
XCVIII
W nawiasie dodam: Miała postać róży
W rozkwicie; z wiosny przechodziła w lato.
Są twarze, które z życiodajnych kruży404
Woda odmładza ciągle; przykład na to —
Maria ze Szkocji; prawda — miłość burzy
Równie jak łzy; ich pochód wdzięków stratą
Płaci kobieta; rzadko jak u Ninon
De l’Enclos405 wdzięki do grobu nie zginą.
XCIX
Słów przemówiła kilka do swej świty,
Co była z dziewcząt dwunastu dobrana
I miała strój tym samym krojem szyty
Jak suknie, co płeć chowały Juana.
Wieniec to niby był z latawic wity,
Z którym po lasach hasała Diana406;
To podobieństwo kształtu tylko tycze,
Innych panieńskich zalet w to nie liczę.
C
Schyliły głowę, kornie się cofając,
Jednak nie przez te same drzwi, którędy
Wszedł Juan; on zaś otwierał jak ając
Oczy, na skarby rozsypane wszędy;
Patrzał — olśniły go, po zmysłach grając.
Za pięknem idzie podziw, a w też pędy
Trwożny szacunek; iście godzien kary,
Kto pierwszy rzucił myśl: Nil admirari407.
CI
„Nic nie podziwiać! — Kto myśl tę pochwali
(Myśl jasna górnej mowy nie pożycza),
Temu przyniesie szczęście i utrwali.”
(Słowa wyjęte z tłumaczenia Creecha).
Horacy pisał tak w wieków oddali,
Dzisiaj Pope408 stare skarby znów przelicza.
Lecz gdyby podziw był zakazywany,
Czyżby Horacy był dziś podziwiany?...
CII
Gdy się wyniosły owe dziewic chóry,
Baba jął409 dawać Juanowi znaki,
Aby, zbliżywszy się, klęknął raz wtóry
I pocałował w nogę; lecz na taki
Rozkaz don Juan odział się w ponury
Upór, a że miał krew nie jak prostaki,
Rzekł, że się duma z szlachectwem sprzymierza:
W nogę całuje się tylko papieża.
CIII
Baba tłumaczył, prosił, a spod oka
Na ten niewczesny410 upór miotał błyski,
Mruczał o stryczku... lecz Juan, z wysoka
Patrząc, stanowczo nie chciał się stać niski,
Choćby przed samą niewiastą proroka.
Ba! Etykieta szerzy swe uciski.
Wszędzie: na dworach czy zamkach koronnych,
Rautach, regatach i wyścigach konnych.
CIV
Stał niby Atlas, tatarskiej by ordy
Nie przestraszył się, z gniewu Negra szydził.
Krew, co mu dały kastylijskie lordy,
Zagrała w żyłach; gdyby ją powstydził,
W sercu by mu się wgryzły przodków kordy
I duch praojców by go znienawidził.
Baba, zadając sobie próżną mękę.
Rzekł: „Nie chcesz w nogę, pocałujże w rękę!”
CV
To już byt rodzaj hołdu niepotworny:
Kompromis gładki i dyplomatyczny,
Który załatwiał trudności w niesporny
Sposób; don Juan więc, mając wytyczny
Kierunek, stał się rycerski i dworny,
Chwaląc ten rodzaj hołdu zagraniczny.
Wszak w jego kraju pani czy panience.
Szlachcic całuje nie nogi, lecz ręce.
CVI
Więc się przybliżył, choć nieco niezdarnie.
Rączka jej była iście pańskiej rasy.
Do takiej młodzież ustami się garnie,
Chciałaby przylgnąć i pić po wsze czasy
Słodycze (że tak powiem kulinarnie).
Wspomnisz me słowa, kiedy dotkniesz krasy
Rączek swej lubej; nieraz nawet cudza —
Wierność dwunastomiesięczną ostudza.
CVII
Dama mierzyła go wzrokiem upartym,
Baba na rozkaz jej cofał się ruchem
I stylem w takich odwrotach utartym, —
A równocześnie szeptał mu za uchem
Z jakimś nań patrząc uśmiechem niewartym:
. „Nie bój się, chłopcze, niczego: bądź zuchem”.
A lice tak mu błogością płonęło,
Jak gdyby spełnił jakieś zbożne dzieło...
CVIII
Kiedy znikł — nagła w niej zaszła przemiana.
Nie wiem, jaka tam duszę myśl zaległa,
Ale zadrgała brew pofałdowana,
A twarz z marmuru, kiedy krwią nabiegła,
Była jak chmura, słońcem malowana,
U nieboskłonu; w oku jej zażegła411
Uczuć pochodnia namiętność gorącą,
Półpożądliwą, półrozkazującą.
CIX
W wszystkich kobietach siedzi słodycz luba,
Szatan to siedział w jej rysów słodkości,
Ten, co zwiódł Ewę w postaci cheruba
I odtąd ludziom trakt do piekieł mości.
Lecz jak się kazi plamą słońca chluba,
Czegoś tam brakło do doskonałości...
To było gładkiej jej urody sękiem,
Że przyzywała rozkazem, nie wdziękiem.
CX
Każdy jej gest i czyn stają się niby
Aktem królewskim, kiedy się zespolą;
Gdy na cię spojrzy, jakby skuła w dyby.
— Powiem wam: zachwyt jest także niewolą;
Wszak piękno wiąże, wpadłszy przez ócz szyby.
Dusze są jednak wolne; nie pozwolą,
By zmysły miały nad nimi przewodzić...
Dusza po drodze swej własnej chce chodzić.
CXI
Każdy jej uśmiech był pański, choć słodki,
Ani jeden ruch poziomej412 natury;
A nawet nóżki dwie — jak dwie pieszczotki,
Znały swą władzę, stąpając tak z góry
Jakby po karkach; żeby dobić zwrotki
Powiem, że tkwił jej za paskiem ze skóry
Sztylet — sułtankom ta broń dozwolona;
Szczęście, że moja nie nosi go żona.
CXII
Słuchać i czynić było od kołyski
Prawem naokół; zgadywać swej pani
Zachcenia, woli kapryśnej uciski
Znosić musieli wylękli poddani.
Krew miała pańską, urodą huryski,
A chęć w ustawnym413 ruchu, bez przystani.
Gdyby mieszkała u nas, to — nie mylą
Się — mielibyśmy perpetuum mobile.
CXIII
Chciała wszystkiego, co jej w oczy wpadło:
Gdy zamarzyła o czymś, wnet na ścieżki
Rozstajne biegli słudzy z twarzą zbladłą
Szukać... znalazłszy, wytrząsali mieszki.
To wszystko dużo jej pieniędzy zjadło
I różne smutne były stąd zamieszki.
Damy chwaliły jej despotyzm młody
I przebaczały wszystko prócz urody.
CXIV
Podobał jej się swą twarzą junacką
Don Juan, kiedy zwiedzała bazary.
Kazała zaraz kupić nowe cacko;
Baba, niewolnik i powiernik stary,
Jak zawsze, sprawił się szybko a gracko,
— Znał zaś na pamięć swej pani przywary.
Ona nie była praktyczna; więc szczwany
lis Baba stroju wymyślił przemiany.
CXV
Rysy się drobne zgadzały z ubiorem.
Jeśli spytacie zaś, przecz414 taka pani
Nie była kobiet najcnotliwszych wzorem?...
Ha! Dla nas to już sekret — choć nie dla niej
Mężowie często są tylko pozorem,
Nawet królowie są oszukiwani.
Że nie należy do tych czczych wyrażeń,
Z historii wiemy — albo... z własnych wrażeń.
CXVI
Ale do mety trzeba nam pośpieszać.
Kiedy już wszelka przed nią trudność prysła,
Za dumna, by mu na szyi się wieszać,
Tylko na twarzy oczyma zawisła
Z szafiru, w których zaczęły się mieszać
Żądza z wyzwaniem, i jedynym trysła
Słowem: „Umiesz ty kochać, niewolniku?”
— Wiedząc, że tym go poruszy do wniku.
CXVII
Istotnie, jak grom pytanie to spadło;
Lecz mu na strunach wspomnień dotąd grała
Hajdei jońska twarz niby widziadło.
Czuł, jak krew ciepła, co mu twarz rozgrzała,
Wraca do serca, tłucze jak w kowadło,
Młoty; jak śnieżny puch twarz pobielała,
W sercu mu niby w torbanie kozaczym
Jękło... więc nie rzekł nic — i buchnął płaczem.
CXVII
Nieco ubodło ją to dziwne łkanie
Mężczyzny; damy o byle co płaczą,
Ale u mężczyzn łzy nie są tak tanie:
Targną za zmysły i do serca skaczą.
Kobiece łzy schną prędko, męska łza nie
Stygnie, lecz w serce się wgryzie rozpaczą,
Jak płynny ołów; by się nie kryć chmurą,
Powiem: im łzy są ulgą, nam torturą. —
CXIX
Pragnęła cieszyć415 go, lecz szło nieraźnie
Dotąd, chowając się jakby więziona
Samotnie, drużek nie znała przyjaźni.
Współczuła troska nie drasnęła łona.
Nie było w świecie dla jej wyobraźni
Rzeczy poważnych; co prawda — i ona
Miała strapienia, lecz nie mogła dociec,
Jak przy niej komu łzy mogły z ócz pociec.
CXX
Instynkt naprawia, co władza zniweczy;
Kiedy coś mocno wstrząśnie i ubodzie,
W kobiecie budzi się arcyczłowieczy
Popęd spółczucia każdej ludzkiej szkodzie;
Oliwą, winem zaraz ranę leczy,
Samarytanką jest w lada przygodzie.
Więc i Gulbieza, nie wiadomo czego,
Poczuła, że jej łzy do oczu biegą.
CXXI
Lecz łzy się kończą jak wszystko — choć smętne.
Juan, co mógł się na chwilę zapłochać
I zafrasować, kiedy mu natrętne
Rzuciła słowa: „Czy potrafi kochać?...”
Zwołał stoicki spokój w oczy mętne
I zajaśniały znów, gdy przestał szlochać;
Tylko — choć wdzięki oceniać był zdolny,
Markotno było mu, że nie jest wolny.
XCII
Ona pierwszy raz była skłopotana.
Odkąd jej snuła się życia nić złota,
Padali przed nią wszyscy na kolana;
A tu, kiedy cześć rzucała do błota,
By dostać tego miłości kapłana,
Co ją wprowadzić miał za rajskie wrota,
Gdy każda chwila wiodła nad przepaście,
Oni stracili już minut piętnaście!...
CXXIII
Rady więc zdrowej nie żałuję dla cię,
Chłopcze, co wpadniesz w podobne potrzaski.
— A mówię tutaj o wschodnim klimacie. —
U nas namiętność wodzi się za paski,
Lecz tam zawahać się — już grzech, mój bracie!
Możesz uważać to za zbytek łaski,
Gdy do namysłu dadząć dwie minuty;
Twa reputacja trwać będzie dopóty...
CXXIV
On reputacji nie straciłby jeszcze,
Lecz nosił w duszy obraz ukochanej;
Wspomnienie — rzewne sprawiało mu dreszcze,
Dlatego to stał jak źle wychowany
Młodzian... Jej iskry z ócz trysły złowieszcze:
Pies giaur416 odtrącał honor niesłychany!
Zarumieniła się, a potem zbladła,
Potem jej znowu krew na lica padła.
CXXV
Z królewskim gestem złożyła mu w dłoni
Rękę, a oczy wiązała oczyma,
Szukając dla się spółczucia w ich toni;
Na próżno!... chłodne były jako zima.
Brew nasrożyła, lecz milczy... — słów broni
Dumna kobieta, aż w końcu się ima.
Wzniosła się, chwiała, potem mu w ramiona
Padła i zwisła, tuląc się do łona.
CXXVI
Były to wszystko próby niepraktyczne;
Serce miał żalem i dumą stalone,
Więc odjął lekko jej ramiona śliczne
I drżącą z gniewu odsunął na stronę417.
A strachy z serca wygnawszy paniczne,
Rzekł, patrząc zimno w oczy roziskrzone:
„Orzeł więziony nie szuka kochanki;
Nie mnie być sługą kaprysów sułtanki!
CXXVII
Czy umiem kochać? Ha! Dowiesz się pono,
Jak miłość cenię, gdy nie żądam twojej!
W tym podłym stroju kądziel i wrzeciono
Dla mnie — nie miłość; miłość wolnych stroi.
Nie olśniłaś mnie blaskiem i mamoną;
O! Jesteś wielka! Pod tronem się roi
Sług tłum i zgina karki i kolana,
To twoi! Ale serce nie zna pana!”
CXXVIII
Dla nas ta prawda ma zapach nieświeży,
Ale jej obce podobne androny;
Wie, że za chęcią wraz418 użycie bieży,
Że przed stworzeniem świata były trony.
Wie ledwie tyle, że płat serca leży
U człeka z lewej, a nie z prawej strony.
(Lepiej ten szczegół zna i zeń korzysta,
By stać się panem dusz — legitymista...)
CXXIX
Że była piękna — miałem honor orzec;
I nawet niższa rangą mogła snadnie419
Tłum wielbicieli gnać pod swój proporzec;
A kto niewieści zna ród, łacno420 zgadnie,
Że swoich wdzięków nie kryła pod korzec,
Lecz je roztoczyć potrafiła składnie
I uważała się za półboginią.
— Za to jej moje oktawy nie winią.
CXXX
Wyobraź męskich twoich lat przednówek,
Gdy jeszcze serca złe myśli nie psuły,
Gdy do cię która z desperackich wdówek
Wyraźnie lgnęła, a tyś kanikuły
Studzić nie kwapił421... Ileż to wymówek
W spojrzeniu! Ileż zepsuto bibuły
Na taki temat — a mieć będziesz, bratku,
Portret kobietki w podobnym wypadku.
CXXXI
Więc przedstaw sobie — pewnoś już przedstawił —
Putyfarową żonę422, lady Booby,
Fedrę423 i inne, które świat wysławił
W dziejach — a szkoda, że reszta się gubi.
Tyle poeta i pedagog zbawił
Dla was, Europy wychowańcy lubi!
Jeśli wystarczą ci przykłady one,
Ujrzysz Gulbiezy brewki nasrożone.
CXXXII
Lwica w pustyni albo tygrysica,
Gdy jej kto małe zabierze szczenięta,
Musi być w złości swej podobna z lica
Do damy, gdy kto jej chuć ujmie w pęta.
Groza jej złości zaledwie prześwieca
Z obrazu, choć doń pozują zwierzęta.
Bo gorzej lwicy zawrzała sułtanka
Straciwszy nie już dziecko, lecz kochanka.
CXXXIII
Dla lwiątek lwica, a dla kaczek kaczka
Miłość matczyną wzięły od natury;
Jeśli nie owa przyroda prostaczka,
Któż by im ostrzył szpony i pazury.
Matka uwielbia swojego robaczka,
Choć wrzeszczy, jakby darto go ze skóry.
Słowem, z powyższych faktów się wydawa,
Że miłość taka — to instynktu sprawa.
CXXXIV
Gdybym rzekł: „Iskry rzucał oczu promień”,
To nic — bo wieczny tam ogień się żarzył.
Gdybym rzekł: „W licu purpurowy płomień
Kwitł” — to by obraz ten tylko znieważył
Moc namiętności owej bez poskromień,
Gdyż zawsze z wolą jej czyn się kojarzył.
Rozczarowania, ty, co znasz niewieście,
Za porównaniem chodziłbyś po kweście!
CXXXV
Na szczęście — chwilę tylko była wściekłą,
Inaczej byłaby padła; przez załom
W pryzmacie duszy mogłeś ujrzeć piekło!
Nic się nie równa gniewnym żółci wałom424,
O których tyle razy już się rzekło,
Że grzmią jak morze przeciw twardym skałom.
Namiętność, serca jej stając się panem
Pięknym ją niby zrobiła orkanem.
CXXXVI
Jak jest od wiatru sroższa nawałnica,
Tak znowu gniew jej sroższy był od burzy;
A przecież gasić nie chciała księżyca
Jak Hotspur, co za wzór gwałtownym służy.
Mniej popędliwa była z niej złośnica —
Może kobiecość stanęła na stróży?
Miała chęć tylko jak Lear: „zabić, zabić”425;
Ta chęć się we łzy musiała zesłabić.
CXXXVII
Spadły i oschły niby deszcz nawalny;
Przeszły bez słów — w istocie słów nie stało,
Wstyd nagle sercu bój wytoczył walny;
Dotąd on szeptał i szemrał nieśmiało,
Teraz zerwawszy się jak potok skalny,
Popłynął falą szybką i zuchwałą.
Czuła, że gardzą nią, a czasem wzgarda
Potrzebna damie, co jest nazbyt harda.
CXXXVIII
Pozna, że ciałem jest zwyczajnym; potem,
Że mniej królewskie pomieszkanie duszy
Gliną jest wprawdzie tylko, lecz nie błotem;
Że urna równie się jak misa kruszy,
Czy pobielana, czy wylana złotem,
Na stół książęcy zdatna czy pastuszy;
Pozna... ach! miałbym jeszcze słów czterysta,
Co pozna — dosyć, że wiele skorzysta.
CXXXIX
Pierwszą jej myślą było: Ściąć mu głowę;
Drugą: Sympatii rozerwać łańcuchy;
Trzecią: O miano zapytać rodowe;
Czwartą: Szyderstwem napędzić do skruchy;
Piątą: W poduszki skryć łzy brylantowe,
Szóstą: Przebić się; siódmą: Przez eunuchy
Kazać ochłostać Babę... że się zmęczyć
Musiała, siadła i zaczęła jęczeć.
CXL
Chciała się przebić — lecz ostry za katy
Był jej sztylecik-cacko, więc się bała;
Bowiem staników tam nie noszą z waty
I sztylet zrani, ledwie dotknie ciała.
Zabić biednego chłopca? Z jakiej daty?
Co prawda — kara mu się należała,
Lecz się przez głowy ucięcie nie wwierca
Miłość osobom kochanym — do serca!
CXLI
Juan się wzruszył; on już dumał smutnie,
Że na pal wbiją go albo pokrają
Psom na żer, albo zamęczą okrutnie,
Że lwom go rzucą albo morskim hajom;
Więc z rezygnacją czekał i stał, butnie
Broniąc się grzechom, co je inni rają,
Lecz wszystkie myśli te śmiertelnej treści
Stopił jak płatki śniegu — płacz niewieści.
CXLII
Jak w wysilonej chmurze słabną grzmoty,
Podobnie Juan zaczął się łagodzić;
Naprzód się zdziwił, czemu mu ochoty
Brakło, i myślał, jakby grzech nagrodzić,
Wnet już sam szydził z dzikiej swojej cnoty,
Jak mnich, co zrazu nie chcąc Boga zwodzić,
Tylko wymija ślub, aż wreszcie łamie —
— To samo zdarza się — niejednej damie.
CXLIII
Naprzód przemówił kilka słów ekskuzy426,
Lecz w takich razach nie poradzisz słowy,
Nie — poradziłyby wymowne Muzy,
Najszczebiotliwszy szczebiot dandysowy,
Ni Castlereagha427 mów puszczone śluzy.
Właśnie gdy uśmiech jak Zefir majowy
Niósł pokój; Juan już się rwał do lotu...
Wpadł do komnaty Baba z hukiem grzmotu.
CXLIV
„Kochanko słońca — rzekł — siostro miesiąca,
Władczymi ziemi od krańca do krańca,
Której gniew światy z kół niebieskich strąca,
A uśmiech gwiazdy pobudza do tańca —
Wieść niosę... czy ci nie za wcześnie zmąca
Wywczas428? Skłoń ucho ku słowom posłańca,
Którego słońce oto zsyła z drogi
Oznajmić, że chce w twoje zstąpić progi!”
CXLV
„Jak to? Już? — rzekła słysząc wieść złowrogą —
Niechby do jutra wstrzymało zamiary,
Każ, by mu harem stał się mleczną drogą,
A gwiazd mi pilnie strzeż, kometo stary!
Ciebie tam, giaurze, niech skryją, jak mogą,
Lecz żeś mi jeszcze nie dopełnił miary,
Więc...” — tu pałacu się przerwała cisza
Zgiełkiem i szmerem słów: „Idzie Padyszach!”
CXLVI
Naprzód szły damy strojne jak papugi,
Tuż czarni oraz biali eunuchowie,
Ogon pochodu był pół mili długi,
Bowiem Jegomość, grzeczny co się zowie,
Wizyty — zwłaszcza wieczorne — przez sługi
Naprzód oznajmiał dostojnej Połowie,
Bo jako czwarta i ostatnia żona
Była też bardziej nad inne ceniona.
CXLVII
Sułtan poważny w chodzie, z tuszą matron,
Z zawojem po nos i po białka brodą,
Z więzienia prosto powołany na tron
Po bracie, zwykłą uduszonym modą,
Był to przeciętnie — dobry kraju patron,
Bo z wszystkich, którzy w dziejach szereg wiodą,
Według Knollesa albo Kantemira,
Jeden Soliman ma mir bohatyra.
CXLVIII
Z pompą do moszej chodził, kiwał głową,
Ziarnka różańca skrupulatnie liczył,
Zdał wezyrowi całą rzecz państwową,
Z troskliwości się królów wydziedziczył.
Procesów w domu nie miał, snadź wzorowo
Trudnym małżeńskim sprawom przewodniczył.
Nie tak my jednę, jak on niby czarem
Cztery okiełznał żony oraz harem.
CXLIX
Jeżeli zaszła gdzie przewina, gdzie tu
Rozmazywano po gazetach zbrodnię!...
Sprawę na mocy ustnego dekretu
Worek i morze kończyły wygodnie,
Którym nikt nie mógł już wydrzeć sekretu,
Świat nie dowiedział się, chyba przygodnie.
Skandal nie wchodził w pras drukarskich tryby,
Miała stąd korzyść moralność — i ryby. —
CL
Sułtan był pewien, że księżyc jest kręgły,
A za to ziemia płaska, kwadratowa,
Bo jeździł dużo, a gdzie oczy sięgły,
Widział, że brzeg jej przed nim się nie chowa.
W państwie się jego rebelie nie lęgły,
A jeśli czasem zhardziała gdzieś głowa
Buntowniczego paszy lub giaurów,
Spisek nie dotarł do stołecznych murów,
CLI
Chyba że przybrał kształt ambasadorów,
Których w czas wojny zsyłają mocarstwa,
By ci, co tylko proch wąchali dworów,
A dłonie dyplomatyczne im warstwa
Krwi pokrywała, nie jątrzyli sporów
Dla mdłej zabicia nudy, kując łgarstwa
Zwane notami, i, wolne hazardów429,
Nosili miękkie loki bakenbardów430... —
CLII
Czterdziestu ośmiu miał synów, a córek
Pięćdziesiąt; młodzież zamykał, a córy
Do serajowych posyłał komórek,
Aż jaki basza kopnął się w konkury
O sześcioletnią czasem; córki Turek
Prędko wydaje; dziwnej to struktury
Naród; dziwny też ten na panny pokup,
Gdy wedle prawa zięć ma składać okup.
CLIII
Młodzież w więzieniu trzymał, aż dojrzała
Do czasu, w którym stryczek lub koronę
Miał wziąć sułtanic; jeden tylko Ałłah
Wiedział, co komu było przeznaczone,
Ich edukacja czasem się zgadzała
Ze stanem, co masz w dziejach dowiedzione,
Tak, że gdy wyrósł chłopczyk na młodzika,
Równie był godzien korony jak stryka.
CLIV
Skłonił się Sułtan czwartej połowicy
Ceremonialnie; był też powitany
Rozpogodzeniem czoła i źrenicy,
Jak tej przystoi, co zdradza sułtany,
Co musi czystość udać gołębicy,
By kredyt firmy ratować zachwianej.
Żaden mąż słodziej nie jest witan z drogi,
Jak ten, któremu przyprawiono rogi.
CLV
Jegomość czarne siwe oczy na panie
Seraju zwrócił i trochę przymrużył,
Aż na przebranym zatrzymał Juanie,
Nie zadziwił się ani się oburzył,
Lecz po królewsku mądre rzucił zdanie,
Którym Gulbiezę zmieszał i odurzył:
„Widzę w seraju nowej postać branki,
Szkoda piękności tej dla chrześcijanki”.
CLVI
Na ten komplement zwrócił się dwór cały
Ku odalisce431, którą ogień palił.
Jej towarzyszki aż pozieleniały.
Och! Och! Proroku! Padyszach pochwalił
Niewierną, kiedy one nie słyszały
Słowa z ust pańskich. Harem się rozżalił
I zaczął szemrać, syczeć jak rakieta...
Lecz powstrzymała wybuch etykieta.
CLVII
Roztropnie robi Turek, że zamyka
Żony — roztropnie przynajmniej niektóry,
Bo w owych biednych krajach spod równika
Cnota nie ma tej wściągliwej natury,
Co pod biegunem, gdzie pokus unika
I gdzie moralność czystsza nad lazury;
Słońce, choć topi lody na północy,
Nad sercem nie ma takiej samej mocy.
CLVIII
Mieszkaniec Wschodu gramatycznie czuje,
Że wyraz „związek” od „więzić” pochodzi;
Tylko, gdy pierwszy raz się rozfolguje,
Już nie naprawi go nikt i nie zgodzi.
Wnet się jak wino napoczęte psuje,
A wielożeństwo najbardziej mu szkodzi..
No! Ale czemuż nie wiąże, jak giaury,
Dwojga dusz w stadła — w moralne centaury?
CLIX
Tyle kroniki. Kropka. Mógłbym jeszcze
Pisać, bo treści dość — lecz za granicę
Praw poetyckich nie chodzim my, wieszcze.
Zwijam lot, rymów zarzucam kotwicę.
Niech mi czytelnik teraz w dłonie pleszcze432:
Szóstą pieśń puszczę górą jak orlicę.
Lecz że się nawet Homer czasem zdrzemnie,
Pozwólcie — proszę — przedrzemać się i mnie.
Pieśń szósta
I
„Są w losach mężczyzn odpływy, przypływy,
Które schwycone w porę433” — resztę wiecie.
Niejeden z was ma dowód na to żywy
Lub urojony, choć rzadko kto w świecie
Zaskoczy w porę element ruchliwy.
Lecz wszystko, oo jest, na dobre jest przecie,
Jeno pomroku trzeba czekać końca.
W chwili rozpacznej błyśnie promień słońca.
II
Są w losach kobiet odpływy, przypływy,
Które schwycone — wiodą... na bezdroże.
A musiałby to być żeglarz prawdziwy,
Co by wykreślił na mapie ich morze,
Z którym się nawet umysł majaczliwy
Jakuba Boehma434 porównać nie może.
Mężczyzna głową czuje, myśli, sądzi,
Kobieta sercem — więc nie dziw, że zbłądzi.
III
Przecież ta piękna i z główką rozgrzaną,
Młoda, uparta, śmiała i swawolna,
Co odda tron, świat, raj, by być kochaną
Po swojej woli i gwiazd raczej zdolna
Zrzec się, i słońca, co ją budzi rano,
Niż nie być tak jak fala morska wolna —
Taki szatanek (jeśli wierzysz w biesów),
Przecież by nowych stworzyła Manesów435.
IV
Trony i światy tak często burzyła
Duma człowiecza i ambicja niska,
Że kiedy zrobi to miłości siła,
Uniewinnienie i chwałę pozyska.
Gdy Antoniusza436 grób sława przeżyła,
To nie dla zwycięstw ani stanowiska,
Lecz Akcjum, zdane dla ócz Egipcjanki437,
Laurów Cezara438 równoważy wianki.
V
Zmarł dla czterdziestki, mając sam pół wieka.
Wolałbym widzieć dwudziestkę z piętnastką,
Gdy świat jest niczym dla młodego człeka.
Ja choć nie miałem światów, za niewiastką
Poszedłszy, widząc, że zapłaty czeka,
Dałem — co miałem: serce... tak jak ciastko,
A warte tyle co świat — nawet więcej —
Świat nie zastąpi mi duszy dziecięcej.
VI
Był to chłopięcy grosz — i jak grosz wdowi
Miał wtedy wartość; dziś na nic nie zda się,
Czy to stanowi co, czy nie stanowi,
Każdy, kto kochał, kocha, na tym zna się,
Że nic jak miłość; „Bóg jest miłość — mówi
Pismo — a Miłość bóg” — przynajmniej w czasie
Gdy lica ziemi nie były zorane
Bruzdami krwawych łez... Tutaj przystanę.
VII
Sprzecznymi miotan uczuciami stoi
Juan z partnerką grzechu u wrót zguby;
Grzeczny kawaler musi, kiedy broi,
Nadstawić skóry dla rzeczy tak lubej
Jak cudza żona; lecz to niepokoi
Sułtanów, którzy wzdragają się próby
Mędrca Katona, co to — zuch uczony —
Pożyczał swoim przyjaciołom żony.
VIII
Przyznaję, że źle Gulbieza zrobiła,
Wiem i potępiam jej czyn, opłakuję.
Lecz fikcja nawet w wierszach mi niemiła,
Więc powiem prawdę, choć wam smak popsuje.
Rozsądku słabość, namiętności siła,
Szczupłość pańskiego serca... o! pojmuję,
Bo Jego Wielkość miał już w dniu zaślubin
Lat coś sześćdziesiąt i tysiąc konkubin.
IX
Nie mam jak Cassio „do rachunkowości
Sprytu439”; lecz widno z taiblicziki dzielenia,
Którą ona zna w całej objętości
— Zważywszy datę jego urodzenia —
Że piękna pani pobłądziła „z czczości”,
Bo gdy on słusznie wszystkie chciał zachcenia
Obdzielić, jej mógł dać jedną tysiączną
Tego, co jednej jest rzeczą wyłączną.
IX
Wrodzona damom jest żyłka pieniactwa
O legalnego przedmiot posiadania,
Zwłaszcza wpisanym do jakiego bractwa,
Które ma własność cudzej podwajania
Winy; więc lecą pozwy na kształt ptactwa;
— Nasz sąd nie dosyć się im naogania. —
Taką jest każda, gdy tylko zmyszkuje,
Że prawną własność ktoś tam użytkuje.
XI
Gdy więc tak czynią jawnie chrześcijanki,
Poganki także — choć na mniejszą skalę
Wiodą bój — wiary małżeńskiej kapłanki,
Które się lubią w groźnej zjawiać chwale
I o małżeńskie prawa wstąpić w szranki,
Gdy sprzymierzeniec mąż nie sprzyja trwale,
W serca czterech żon czworo żmij się wgryza,
Eufrat zazdrośny tyle — co Tamiza.
XII
Gulbieza — czwarta żona, faworytka —
Ale cóż fawor dzielony na ćwierci?...
O! Poligamii strzeż się, rzecz to brzydka,
Nie grzech już, ale plaga równa śmierci.
Mądremu jedna żona — radość wszytka.
Jedna — więc słabsza, łacniej rządów ster ci
Odda; dziw, że to Turek, ów spokojny,
Robi małżeńskie łoże „łożem wojny”.
XIII
Jego sułtańska mość — pan „najjaśniejszy”,
Ten tytuł daje się jakby na drwiny
Królom, bo się ta jasność w grobie zmniejszy
Gdy go robaki, głodne jakobiny,
Zetną, i będzie jako najbiedniejszy...
Sułtan poglądał na piękność kadiny,
Czekając, rychło jej wzrok spocznie na nim
Miłośnie (szkockim jak gdyby witaniem).
XIV
Tutaj rozróżnię: choć ciepły rozkoszą
Uścisk, całusy albo słodkie słówka
Mogą istotnie być tym, czym się głoszą,
Lecz są dodatkiem jeno jak sznurówka
Albo czepeczek, który panie noszą,
Bo u nich strojne piersi jak i główka,
A stroje są tak częścią ich istoty,
Jak częścią serca są owe pieszczoty.
XV
Trwożliwe drżenie lic zakłopotanych,
Lekki rumieniec, kiedy lubość w łonie,
Zachwyt niewinny w oczętach świetlanych,
A rzęs spuszczonych powierzon osłonie,
Oto są cechy (dla umiarkowanych)
Miłości, która na najmilszym tronie,
Prostym dziewiczym sercu, rezyduje.
Zbytek gorąca lub chłodu wdzięk psuje;
XVI
Zbytek fałszywy gorszy od szczeroty;
Prawdziwy prędko uczucia spopiela
I tylko młodzik w dobie życia złotej
Żądzom kobiecym oddać się ośmiela,
Które są jako przekazane kwoty
Lub weksle, brzmiące na okaziciela,
Odstępowane za małym dyskontem.
Chłodne się sądzi znów pod innym kątem.
XVII
To jest: Posądza je o brak dobrego
Smaku ambicja nasza obrażona,
Co zawsze żąda ognia wzajemnego
I upadania obcesem w ramiona,
Choćby tak zimne były jak świętego
Franciszka śnieżna, biała narzeczona.
Najlepsza rada więc dla serc — nie chybi
Wiersza: Medio tu tutissimus ibis440.
XVIII
„Tu” jest zbyteczne, ale musi zostać;
Wierszów go naszych wymaga budowa,
Choć nie starego heksametru postać;
Psuje rytmikę, gładkość — ani słowa,
Za co pozwolę nawet się wychłostać,
Lecz doskonałość strofy mi zachowa.
Zły ten wiersz, jeśli na prozodię baczysz —
Ale prawdziwy, jeśli przetłumaczysz.
XIX
Czy dobrze sztukę odegrała hanem,
Nie wiem — udało się, a to w ogóle
Jest głównym celem w sercu rozkochanem,
Jak w innym strojów damskich artykule,
Lecz się egoizm skrzyżował z jej planem
Męski, co nawet miłość kłamie czule!
Ach, ci mężczyźni! Nic prócz wygłodzenia
Nie zniszczy strasznej w nich żądzy... płodzenia.
XX
Chodźmy! Niechaj śpi najjaśniejsze stadło!
Niechaj śpi błogo! Łoże nie tron przecie,
Więc nie zestraszy go przykre widziadło.
Zahamowana rozkosz — ot, co gniecie!
Co niejednemu spokój duszy skradło.
Najmniejsze to złe, którego płaczecie.
Lecz drobne krople smutków i omamień,
Te zdolne duszę wydrążyć jak kamień.
XXI
Żona kłótliwa, synek idyjota,
Niezapłacony, zaprotestowany
Weksel, procenta — i córka niecnota,
Koń narowisty, pies źle tresowany.
Ciotka, mażąca przy końcu żywota
Zapis przez ciebie w dochody wpisany:
Drobne to troski i niewarte miotły,
A przecież nie znam, kogo by nie zgniotły.
XXII
Jestem filozof. Niechaj wszystko ginie!
Ziemia, mężczyźni i — kobiety... nie, nie! —
Gdy zaklnę szczerze, to żółć zaraz spłynie
I mój stoicyzm kłopoty odżenie441.
Wszystko, co zwie się bólem i łzą, minie,
I duszę mogę zdać myśli w dzierżenie,
Choć iście nie wiem, co jest dusza, co myśl;
A pewno nie wiesz i ty — lecz się domyśl.
XXIII
Gdy zaklnę, to mi tak na sercu miło,
Jak gdybym tylko co Atanazego442
Klątwę przeczytał — iluż ją chwaliło! —
Nie wiem, czy która wroga złamanego
Z taką wspaniałą piorunuje siłą,
Tyle godności ma i poważnego
Nastroju, co ta; stroi też psałterze
Jak chmurę tęcza w napowietrznej sferze.
XXIV
Śpi wielki władca wiernych i sułtanka,
Przynajmniej jedno z nich; och! straszne noce,
Kiedy zła żona, która ma kochanka,
Leży, a serce w złości jej łopoce;
I patrzy próżno, czy światło poranka
Przez kotar ciemne tło nie zamigoce;
Męczy się, wije i wzdycha, i nudzi,
Póki się prawy spółłożnik nie zbudzi.
XXV
Wszędzie to samo — pod sklepieniem nieba
Jasnego, czyli443 pod łoża sklepieniem
Złotym, którego jasnym panom trzeba,
Gdzie kładą głowy, a jeszcze kamieniem
Twardym zda się im miękki puch i weba,
Małżeństwo równa się z losów ciągnieniem.
Gulbieza była sułtanką, lecz chłopka
Nie pomieniałaby z nią męża. Kropka.
XXVI
Don Juan, w kostium przebrany niewieści,
Przedefilował z całym dziewcząt chórem
I panu ukłon złożył w dowód cześci;
A na znak dany poszły długim sznurem
W korytarz; tam się kobiet seraj mieści,
W którym snem pieszczą miękkie członki, w którym
Serc do miłości tysiąc drży i puka
Jak ptaszę-więzień, co swobody szuka.
XXVII
Lubię płeć piękną; mam zachcenia nieraz,
Jak tyran ów444, co chciał, by ludzkie plemię
Jeden kark miało, bo wtedy „machnie raz —
Mówił — i wszystkie łby spadną na ziemię”.
I ja życzyłem podobnie... nie teraz,
Lecz gdy nie gniotło mnie jeszcze lat brzemię —
By jedne usta miały wszystkie panie;
Razem bym wszystkim dał pocałowanie.
XXVIII
O Briareusie445! Gdybyć wszystkie człony
Stokrotnie dała natura rozgrzana!
Lecz moja Muza nieprzezwyciężony
Czuje wstręt zostać kochanką Tytana
Lub powędrować między Patagony;
Do Liliputów wróćmy: don Juana
Musimy przewieść przez miłości przesmyk,
Którego dotąd nie przebył, choć nie smyk.
XXIX
Otóż wmieszany między odaliski446,
Gdy dano znak, w korytarz zwrócił kroki;
A chociaż wiedział, że wstąpił na śliski
Tor i że takie karkołomne skoki
W następstwie niosą nieprzyjemne zyski
(W Anglii to wszystko ma taksę); bez zwłoki
Chwil mu od losu danych nie marnował
I wdzięki dziewcząt przejrzał, posortował,
XXX
Lecz z płci przybranej gościńca nie zboczył;
Więc z budującą skromnością dziewiczy
Ów zastęp z komnat do komnat się toczył
Pod eunuchową strażą jak na smyczy;
A śród nich niby duch niewieści kroczył
Trzymając w ręku pęk rzemiennych biczy,
Tak groźny, że nie śmiałby i królewic
Przystąpić; duch ten zwał się: „Matką dziewic”.
XXXI
Czy była „matką”, nie wiem, a nie łowię
Plotek; czy matką „dziewic”, równie nie wie
Muza; dość — takim tytułem się zowie
Głowa haremu; co ja rzekę w ąpiewie,
Prozą Kantemir447 lub de Tott448 wam powie.
Jej obowiązek był: gasić zarzewie
W nieletnich sercach i w cnotliwy kątek
Wprowadzać tysiąc i pięćset dziewczątek.
XXXII
Niepospolity urząd! — bez wątpienia.
Ale brak mężczyzn pracę tę uprości,
Bo zna je sułtan tylko, który zmienia
Straż co dnia, stawia mury, czasem kości
Komu połamie... a to dla rzucenia
Grozy — i zbiera ten haracz piękności
Zimnych jak klasztor włoski... jest to potwór,
Co chuć wylewa przez jedyny otwór...
XXXIII
A tym jest?... no — dewocja; czyż wypada
Oto się pytać?... Lecz nie stańmy w toku
Opowiadania; jak rzekłem — gromada
Młódek spędzonych dla bawienia... wzroku
Jednego męża — szła zimna i blada,
Jak wodna lilia płynąca w potoku,
Raczej w kałuży, co, ciekąc powoli,
Coś z dziewiczości ma i melancholii.
XXXIV
Aż gdy je w swoich komnatach zamknięto,
Wtedy jak ptaki, mali chłopcy, fale
Podczas przepływu; zaledwie z nich zdjęto
Pęta przymusu (choć ten pono wcale
Kobiet nie pęta), jak Irlandka w święto
Lub jak wariaci rozigrani w szale,
Zda się, że rozejm zawarły z niewolą:
Śpiewają, tańczą, śmieją się, swawolą.
XXXV
Zaczęły zaraz szeptać i oczyma
Wodzić po gościa postaci, odzieży;
Jedna spostrzegła, że kolczyków nie ma,
Druga — że suknia jej w stanie źle leży,
Że dziewiętnaście lat skończy, nim zima
Nastanie, inna zaś temu nie wierzy;
Czwarta męskiego coś widzi w jej wzroście,
Piątej na samą tę myśl serce roście.
XXXVI
Lecz że strój kryje płeć niewieścią, gładką,
Żadna nie śmiała, nie mogła nie wierzyć.
Dziewczyna zgrabna i piękna jak rzadko,
Zdolna z Gruzyjką słoneczną się mierzyć...
Ach! Ta Gulbieza, jakąż jest dzierlatką!
Kupiła brankę, co może uderzyć
W tron, a przepyszny seraj zmienić w pustkę,
Niech tylko sułtan raz jej rzuci chustkę!...
XXXVII
Co najdziwniejsza, że chociaż jej piękno
Było dla reszty zapowiedzią zguby,
To wszystkie do niej zbliżywszy się miękną
I wszystkim wyda się gość bardzo luby.
Zazwyczaj damy omal że nie pękną
Od cudzych wdzięków, bo według rachuby
Tej „płci”, którą wy mianem „słabej” zwiecie,
Każda twarz nowa jest „najbrzydsza w świecie”.
XXXVIII
Przecież i one miały swe zazdrości
Drobne — jak wszystkie — ale w tej minucie
Może to był ów rodzaj przychylności,
Która bez naszej wiedzy wchodzi w czucie;
Choć nie umieją przejrzeć szat skrytości,
To przecież czują coś jakby przykucie
Serca; magnetyzm w tym siedzi czy duchy,
Nie wiem i nie tknę tej materii kruchej,
XXXIX
Dość, że wyraźnie i coraz wyraźniej
Nieznane dotąd uczucie szkarłatem
Lica paliło — coś na kształt przyjaźni
Sentymentalnej, przeczystej; że zatem
W serca trącała je myśl coraz raźniej:
Gdyby tak siostrą nam była... lub bratem,
Jak ów z dalekich stron, gdzie chatka nasza,
Bardziej kochany niż sułtan lub pasza!
XL
Najwięcej chęci do tego rodzaju
Sentymentalnej przyjaźni doznały
Lola, Katinka, Dudu — po zwyczaju
Epika powiem, tak jak mi podały
Najlepsze źródła — o ojczystym kraju
Dziewcząt i o tym, jak się ideały
W każdą wcieliły, w której życia wiośnie...
Wszystkie trzy w gościa patrzały miłośnie.
XLI
Ognista Loli płeć — to Indii znamię;
Katinka była z Gruzji; płeć jej biała,
Niebieskie oko i rozkoszne ramię,
I rączka... noga drobna, iż się zdała
Nie iść, lecz muskać ziemię; a nie skłamię,
Że gwoli pieszczot była Dudu cała,
Takich powabów pełna w pulchnym ciele,
Że mogła zmysły rozkochać w aniele!
XLII
Dudu była to śpiąca Afrodyte449,
Lecz snem, co oczom twoim sen ukradnie,
Gdyś ujrzał lice, barwą róż pokryte,
Attyckie czoło i nosek dokładnie
Rzeźbiony, Fidiaszawy; nieobfite
Wcięcia jej kibić miała — każdy zgadnie,
Lecz po tym wszystkim trudno dojść do zgody,
Co można było ująć jej bez szkody.
XLIII
Nie była żywa — lecz umiała ona
Wkraść się do serca jak dzień, gdy z uśpienia
Wstaje — majowy; źrenica przyćmiona
Wprawiała widza w rodzaj upojenia.
I była jak ów posąg Pigmaliona450
(To porównanie jest nowe) z kamienia,
Gdy się już ciałem stawał i z półśnicia
Nieśmiało ręce wyciągał do życia.
XLIV
Lola pytała jej, jak się nazywa.
„Joanna”. — „Śliczne imię, jak muzyka!”
Katinka chciała wiedzieć, skąd przybywa.
„Z Hiszpanii”. — „Gdzie ta Hiszpania?” — „Ty dzika
Gruzjanko — rzecze Lola popędliwa —
Twa geografia, widzę, coś utyka.
Wiadomo wszystkim, jak ziemia szeroka,
Że to jest wyspa w pobliżu Maroka”.
XLV
Dudu usiadła przy Joasi boku,
Milcząc muskała utrefione sploty
I poglądała bacznie. Smutek w oku
Łzą się rozpłynął na widok sieroty
Bez opiekuna, przyjaciół, w tym tłoku
Obcych, co szorstko brały ją w obroty
Natrętnych spojrzeń, pośród komentarzy
O każdym ruchu, postawie i twarzy.
XLVI
Wtem przyszła matka, drepcąc drobną nóżką,
I odezwała się: „Spać, moje panny!
Ale co począć z tobą, moja duszko?
Twój przyjazd był tak nagły — do Joanny
Rzekła. — Wstawmy jutro zaraz łóżko
I urządzimy ci nocleg staranny,
Jednak dziś trudno! Patrz, już noc, już ciemno
Więc musisz przespać ten raz jeden ze mną”.
XLVII
Tu Lola rzekła: „Mamo, pozwól, raczej
Ja ją zabiorę; wszak wiesz, jak ci szkodzi
Sypiać we dwoje; byłabym w rozpaczy,
Gdybyś doznała przykrości. My, młodzi,
Zaśniemy prędzej. Mamula zobaczy,
Że będę o nią dbała, jak się godzi...”
Katinka słów jej przerwała obfitość
Mówiąc: „Ja także mam łóżko i litość
XLVIII
I spać nie lubię sama...” Oburzenie
Zmarszczyło czoło damy. „Co?” — „Ze strachu —
Rzekła Katinka — zda mi się, że cienie
Jakieś po całym spacerują gmachu
I sny mnie straszne gniotą jak kamienie:
Gwebry451 i giaury, upiory na dachu...”
Dama przerwała: „Więc dlatego właśnie
Przy tobie i twych snach ona nie zaśnie,
XLIX
Lola niech sama śpi, jak dotąd spała,
Z powodów, których przed wami nie streszczę,
Katinka też, choćby się duchów bała;
Joasię dzisiaj przy Dudu umieszczę,
Bo jest potulna, grzeczna i nieśmiała
I nie budzą jej żadne sny ni dreszcze.
Cóż, moje dziecko?...” Dudu nic nie rzekła,
Bo nigdy w mowie nie była rozwlekła,
L
Lecz, poskoczywszy, na matrony czole
Złożyła całus tam, gdzie się brwi sznurek
Schodzi; cmoknęła Katimkę i Lolę;
Szarpnęła z lekka Joannę (Grek, Turek
Nie lubi kurtuazji, ni tu pole
Do etykiety) i pomimo chmurek,
Które się zbiegały na te względy matki,
Wprost do sypialnej wiodła ją komnatki.
LI
Był duży pokój, po turecku oda
Zwany; tam stały w szeregu, wzdłuż ściany
Dwie gotowalnie452, sofy i komoda.
Pokój wykwintnie był umeblowany,
A mieścił wszystko, czego chce wygoda
Dam... ale powiem, będąc już rozgrzany:
Czegoś tam brakło — lecz o tym nie śmiały
Marzyć, choć było bliżej, niż myślały.
LII
Dudu więc była — niech czytelnik zważy —
Niezbyt ognista, ale ujmująca;
Z tym niekapryśnym wdziękiem ślicznej twarzy,
Co jest zarówno jak i twarz grzesząca
Brakiem proporcji — rozpaczą malarzy,
Co to w poczęciu już z natury drwiąca,
Pełna wyrazu anioła czy czarta,
Miła czy wstrętna — lecz spojrzenia warta.
LIII
Ale twarz Dudu była krajobrazem
Łagodnej strefy; spokoju, błogości,
Pełna, jak pączek bujna, z tym wyrazem
Anielskiej jakiejś dobroci, rzewności,
Co jest wdzięczniejsza niż namiętność razem
Z „wzniosłością”, której groza idzie w kości.
Widziałem w gniewie kobietę i Calais.
I... mniej się majtka niż kochanka żalę.
LIV
Raczej skupiona niż melancholiczna
I znowu raczej w powadze pogodna,
W swej naiwności więc nie patetyczna,
Lecz cicha, czysta, niewinna aż do dna.
A dodawała jej uroku śliczna
Zaleta, dzisiaj u panien niemodna,
Że choć tak młoda, nie myślała — zda się —
Czy jest różowa, zgrabna, cienka w pasie...
LV
Pokrótce: młodość miała tak szczęśliwą
Jak ów „wiek złoty”, gdy złota nie znano,
Przy czym słoworód wywiedziono krzywo,
Jak kiedy indziej jeszcze, gdy nazwano
„Lucus a non lucendo453” — wprost fałszywą
Logiką; dziś się w takim zakochano
Stylu, bo wiek nasz ma składniki, które
Stopione, dają diabelską miksturę...
LVI
Wygląda ona jak ów koryncki spiż;
To znaczy — składa się ta mieszanina
Przeważnie z czół wytartych... Ale ty śpisz,
Słuchaczu, a ja nudzę. Moja wina!
Przenośni kładę koniec; daruj i spisz
Akt przebaczenia; u mnie ta jedyna
Wada gadulstwa manią jest bezwiedną.
Daruj... a nie chcesz?... to mi wszystko jedno.
LVII
Powracam tedy do opowiadania:
W głąb haremowych skrytek wszedłszy, Dudu
Przed nim czy przed nią — jak chcecie — odsłania
Krótko i zwięźle (co liczę do cudu)
Haremu rządy, zwyczaje, knowania,
Wszystko w najkrótszych słowach; wiele trudu
Kosztowało mnie porównanie o tem:
Kobieta niema jest... milczącym grzmotem.
LVIII
Potem skreśliła przed nim — wolę: przed nią,
Bo spólnie z szatą płci świadomość czarem
Zmieniła, słowa te więc nie są brednią —
Cywilizacji szkic na Wschodzie starym
Wraz z praw czystością jego niepoślednią,
Na mocy których — jeśli wzrasta harem,
To zaraz więcej jest „Niepokalanek”
I wzrasta cnota haremu mieszkanek.
LIX
Pocałowała ją na koniec w usta;
A całus Dudu był znany, ba! słynny;
Zdołałby każde zadowolić gusta,
Bo tak rozkoszny był, a tak niewinny...
Śród kobiet całus?... cóż? Igraszka pusta;
Choć słodki, bierny zawsze, a nie czynny,
Że „pocałunek — trunek” rym wskazuje,
— Ale pijaństwa ja nie propaguję.
LX
Rozebrała się prędko i naiwnie;
Dudu przyrody dzikiej była kwiatkiem,
Zatem ubrana bardzo prymitywnie.
Jeżeli w lustro spojrzała przypadkiem,
To jak sarenka, której widzieć dziwnie
Konterfekt454 własny w tle jeziora gładkiem:
Spojrzy i zaraz płochliwie uskoczy,
I znowu wraca sobą napaść oczy.
LXI
Zdejmując jedną sukienkę za drugą,
Kładła na stronę455; potem biegła do niej
Z grzeczną, lecz tutaj natrętną usługą.
Joasia skromna jej rączkom się broni,
Dudu nie słucha — i obie niedługo
Do snu gotowe, Dudu ma na dłoni
Ślad swej grzeczności... ukłuła się szpilką!
Szpilki na mężczyzn plagę chyba tylko
LXII
Stworzone — damę zamieniają w jeża,
Przed którym śmiałek cofa ręce skłute.
Pamięć mi równy wypadek odświeża,
Jak to ja miałem szpilkami poprute
Ręce, gdym w braku służebnej, z rycerza
Grzecznością stroił damę na redutę456.
Bo nawpinałem w nią szpilek niemało,
Niestety, zawsze, gdzie nie należało.
LXIII
Wyśmieje mędrzec czynność tak naganną —
Ja bardziej kocham mądrość niż mnie ona;
Być filozofem jest mą nieustanną
Chęcią — równy mi łachman i korona...?
Wiedzy nie pojmiesz, bo chce zostać panną.
Czym byłeś, jesteś, czym będziesz, gdy skona
Świat ten?... a dzisiaj czy żyjemy, czy nie?...
W nierozwiązanych pytań tkwi dziedzinie.
LXIV
Głęboka cichość zaległa komnatę,
Blask lamp był blady i jakby omdlały
I snu aniołki chwiały się skrzydlate
Nad każdym ciałem; jeśliby istniały
Duchy, w tej chwili, strojne w pyszną szatę,
Przyszłyby, grobów odrzuciwszy skały,
Tu pląsać, dobrym obdarzone gustem,
Zamiast gdzieś tłuc się po zamczysku pustem.
LXV
Spały wokoło rozkoszne i śliczne,
Jak różnej barwy i woni, ogrzane
Ciepłem cieplarni, kwiaty egzotyczne,
Troską, mozołem wypielęgnowane;
Jedna pod burnus457 skryła ciałko mleczne,
Czasem jej drgnęła głowa jak trącane
Wiatrem jabłuszko; spała snem gołąbki
Cicho... z przymkniętych ust świeciły ząbki.
LXVI
Owa rumieńce lic na białość ręki
Złożyła; włosów kłąb wzbił się do góry
Nad czołem; sen jej był ciepły i miękki,
Uśmiechała się jak księżyc przez chmury,
Co idzie, ledwie przysłoniwszy wdzięki,
A otula się w swój płaszcz srebrnopióry,
Kiedy już bliska owa nocy chwila,
Gdy mrok wstydliwy z jutrznią się przesila.
LXVII
Nie jest to żadna z mej strony przesada,
Bo była noc, jak rzekłem wyżej pono;
Twarzyczka trzeciej była taka blada
Jak twarz śpiącego smutku; tylko łono
Falując zdradza, że w duszy się składa
Wspomnieniem osób ukochanych grono...
Łza trysła z oczu, na rzęsach zawisa,
Jak rosa ranna na listkach cyprysa458.
LXVIII
Czwarta jak posąg z kamienia wycięty
Leżała bez tchu, sztywno, nieruchomie459,
Biała i zimna jak potok zmarznięty
Albo minaret śnieżny na Alp złomie,
Lub w soli żona Lota... Panie Święty!
Porównania się mnożą jak po gromie
Echa... Wybieraj, chociaż nam w żałobie
Dosyć niewiasty wykutej na grobie.
LXIX
Oto postrzegam piątą... Patrzaj, co to?
Dama widocznie „wiekowa”, choć ręczę,
Stu lat nie miała; zresztą nie dbam o to
I nad krzyżyków, jej liczbą nie ślęczę;
Dość, że tam spała z niepiękną prostotą,
O! Bo minęły już dla niej chwil tęcze,
Gdy mąż i żona pod jednym nakryciem
Zastanawiali się nad grzesznym życiem.
LXX
A Dudu?... Jakże spała pod tę porę?...
Nie dowiedziałem się mimo przesłuchy,
Kłamstwa zaś nigdy w usługi nie biorę;
Północ wskazały już zegarów ruchy,
Światło lamp było mdłe i jakby chore,
A po komnacie jęły460 biegać duchy...
Może widzialne dla tych, którym znośną
Jest ich obecność... wtem krzyknęła głośno.
LXXI
Ale tak głośno, że jak po wystrzale
Całe dam grono z łóżek się porwało;
Matrona, panny i te, których wcale
Nazwać nie mogę... jakby pchnięte wstało
Morze i biegło, przebiegały salę
Drżące, spłoszone rzeczą niebywałą,
Nie pojmujące jak ja, co za licho
Straszyło Dudu spokojną i cichą.
LXXII
Już obudziła się — a wszystkie one
W bieliźnie, z włosem rozwianym na skroni,
Z okiem błyszczącym — naprzód wychylone,
Z odkrytą piersią, która — zda się — roni
Jak meteory — blaski urodzone
W polarnej strefie — z krzykiem biegły do niej;
Naszły wzruszoną, przerażoną, drżącą,
Oczy rozwarte miała, twarz gorącą.
LXXIII
Ale rzecz dziwna, świadcząca jak zdrowy
Twardy sen... przy niej Joasia tak blisko
Leżała jak mąż obok swej połowy,
Święcący drzemką błogie stanowisko;
A nie zbudził jej krzyk ni gwar rozmowy,
Aż ją szarpnęły, schylając się nisko;
Wtedy dopiero rozwarłszy oczęta,
Ziewnęła, patrząc niby dziwem zdjęta.
LXXIV
Teraz zaczęło się ścisłe badanie,
Ale że wszystkie chciały mówić na raz,
Co chwila nowe rzucając pytamie,
Mogłyby mędrca wprowadzić w ambaras,
Gdyby odprawić pragnął wszystkie panie.
Dudu nie była niemowna jak karaś,
Lecz że nie miała swady Brutusowej461,
Nie mogła związać swych wrażeń osnowy.
LXXV
Wreszcie wyznała, że gdy ją sen zmorzył,
Śniła, że chodzi po cienistym lesie.
(W takim pobłądził Dante, kiedy dożył
Wieku, kiedy to człek poprawiać chce się:
W połowie drogi życia. Gdy las wdrożył
Kobiecie stałość, cnotę zeń wyniesie).
Otóż w tym lesie, jak zasięgło oko,
Rosły jabłonie rozsiadłe szeroko.
LXXVI
A w samym środku stała jabłoń złota
Zaczarowana, a na samym szczycie
Złote jabłuszko; ją wzięła ochota
Na piękny owoc, patrzy, wzdycha skrycie,
Chce dostać, skacze, kamiuszkami miota;
Jabłko spaść nie chce i wisi niezbicie
Na swej gałązce, chwieje się i chwieje,
I patrzy na nią, i niby się śmieje...
LXXVII
A kiedy, próżno tak siląc się, stała,
Jabłko urwało się i (potoczyło
Samo do jej stóp; ona je porwała
I niosła do ust; a gdy całą siłą
Cisnąc je, zęby już zatopić miała
W jabłuszku, co ją tak we śnie wabiło,
Frunęła pszczoła zeń i tak ją w szyję
Ukłuła!... dotąd z trwogi ledwo żyje.
LXXVIII
W dźwięku jej mowy znać było zmieszanie
I przestrach, zwykły skutek snów niebacznych,
Które wyrosły nad nasze poznanie,
A mogą dreszczem przejąć nieopatrznych.
Niejeden taki znam sem, co się zda nie
Marą, lecz wróżbą dla umysłów bacznych.
Modnie to zwie się: „zbieg okoliczności”;
„Przeczucie duszne” — powiedziałbym prościej.
LXXIX
Dziewczęta, które miały już omdlewać,
Zwykle, jak kiedy minie chwila trwogi,
Zaczęły trochę dąsać się i gniewać,
Że się bez celu zerwały na nogi.
Matrona także, że zamiast wygrzewać
Łóżko, snów słucha dziwnych jak rarogi,
Łajała Dudu; ta z minką litośną
Rzekła: „Ach, żal mi, żem krzyknęła głośno”.
LXXX
„Znam o kogucie powieść i o byku,
Ale o jabłku, co z drzew samo leci,
Kto słyszał? Tyle narobiłaś krzyku,
Ze pobudziłaś wszystkich pół do trzeciej!
Myślałam, że świat chyba jest na zniku!
Musisz być chora, dzieci; zarazże ci
Sprowadzę jutro lekarza; on zbada,
Co za dziwaczna niemoc cię napada.
LXXXI
Biedna Joasia! Robaczek najlichszy
Ma domek, gdzie się w cichym śnie zasklepi.
Myślałam, że jej snu nic nie zawichrzy
I że nie samej spać będzie jej lepiej;
Że się przy Dudu, ze wszystkich najcichszej,
Po niewygodach drogi snem pokrzepi.
Tymczasem muszę ją przenieść — to jasne —
Do Loli, chociaż jej łóżko tak ciasne”.
LXXXII
Oczęta Loli błysnęły radośnie,
Lecz w oczach Dudu zaczęły majaczyć
Łzy; zapomniała o łajaniu, o śnie,
Prosiła tylko, aby jej wybaczyć
Chciano pierwszy błąd, że ona wyrośnie
Z tej wady — będzie już ma siebie baczyć.
Niech jej zostawią Joasię milutką,
A już do rana spać będzie cichutko.
LXXXIII
W następne nocy462 bez widziadeł zaśnie,
Przynajmniej marzyć będzie już po cichu;
Nie przypuszczała sama, że tak wrzaśnie...
„Halucynacja, ot — temat do śmiechu,
Nerwowość — dobrze mówią, że to baśnie,
Sen... ach, lecz dziwna władza jest w tym lichu.
Prosi: „Przebaczcie! Nim kogut zapieje,
To ja już całkiem, całkiem wyzdrowieję...”
LXXXIV
Tu i Joasia zaczęła jej bronić,
Mówiąc, że wcale nie wini niebogi,
Że właśnie one, gdy zaczęły dzwonić
Głosem krzykliwym, takim jak dzwon trwogi,
Obudziły ją; że się nie chce chronić
Gdzie indziej, bo sen miała bardzo błogi
I wcale na swą drużkę się nie skarży,
Że sobie czasem mal à propos marzy.
LXXXV
Gdy tak mówiła, pięknej Dudu głowa
Przytuliła się do Joasi łona,
Lecz widna była szyjka — tak pąsowa,
Jak róży w lecie rozwitej korona.
Czemu spłonęła? Nie wiem. Jest to nowa
Zagadka, w obłok mistyczny wtulona;
To jedno wiem, że prawdy chęcią dyszę,
I jak słyszałem, tak wam tutaj piszę.
LXXXVI
Więc dobranoc im — lub jeśli wolicie,
Dzień dobry — słychać bo kogutów pianie
I blask się zjawia na azyjskich szczycie
Gór, a półksiężyc z wieży karawanie
Posyła strzały światła, gdy w przedświcie
Wilgotnym z wolna sunie się po ścianie
Stromej okólnym szlakiem jak rozwity
Wąż — gdzie na Kurdów patrzą Kaffu szczyty.
LXXXVII
Ze wschodem słońca — lub jeszcze przed świtem
Wstała Gulbieza z bezsennej pościeli,
Wcielona furia — blada, z zębów zgrzytem
Wzięła płaszcz, welon, perły — stoi w bieli.
Słowik, co nosi cierń w łonie przebitem
I smętną głosi pieśń w krwawej kąpieli,
Z mniejszą boleścią pręży piersi chore
Niż ten, co własną namiętnością gore.
LXXXVIII
— W tych słowach morał leży mego dziełka;
Cóż, gdy publiczność rzuca dziś przybytki
Mądrości; boli ją ostra igiełka
Prawdy; czytelnik miły ma ten brzydki
Zwyczaj, że patrzy w blask przez ciemne szkiełka..
Miły pisarz znów lubi stroić zbytki,
Drąc się z kolegą — no bo trudno wszystkim
Pochlebiać, kiedy ten i ów jest chłystkiem. —
LXXXIX
Rzuciła ona przemiękkie posłanie,
Miększe niż łoża sybarytów, którzy
Gwałtu wołali, czuli niesłychanie,
Kiedy pod nimi zgiął się listek róży.
Piękna — że sztuka za nic tu nie stanie,
Chociaż serdecznej blada walką burzy;
A tak nad błędem swym w zadumę wpadła,
Że zapomniała spojrzeć do zwierciadła.
XC
W tym samym czasie lub wcześniej zbudzony
Wielki pan i mąż rzucił drzemkę błogą,
Posiadacz królestw trzydziestu i żony,
Której był wstrętny niby gad pod nogą
(Rzecz mniejszej wagi w ciepłej strefie onej
Dla potentatów, którzy sobie mogą
Utrzymać harem — niż dla klasy biednej,
Co na dwu przestać musi lub na jednej).
XCI
Toteż od żółci wolną miał wątróbkę,
Małżonka, cały świat był mu za fraszki;
Lubił przy sobie czuć rozkoszną lubkę,
Jak inny lubi pieska albo ptaszki.
K’temu w haremie miał Czerkiesek kupkę,
Z nimi po trudach Dywanu463 baraszki
Stroił; lecz dzisiaj z musu czy miłości
Podobał sobie Padyszach w Jej Mości.
XCII
Powstał więc i po zwykłych opłukaniach,
Które Koranu przepisuje prawo,
I po pacierzach, i kornych wzdychaniach
Sześć razy czarną zachłysnął się kawą,
A potem gadać kazał o kampaniach
Rosjan, co ciągłą okrywali sławą
Ekaterynę464, która kończy szereg
Największych w świecie carowych i.......
XCIII
Ty, Aleksandrze Wielki, coś jest wnukiem
Jej prawym — twego niech nie razi ucha
Ta pieśń, gdy dojdzie, bo pieśń dzisiaj z hukiem
Do Petersburga doleci i słucha
Tętentu ziemia, gdy pędzi z pomrukiem
Wzdętych wolności fal ta zawierucha.
Aż do Bałtyku... Ty jesteś niekłamnie
Rodzica Twego synem — to dość dla mnie.
XCIV
Kto bękartami klnie ludzi i zowie
Ich matki antypodami Tymona465,
Owego mizantropa — krzywdę głowie
Niejednej czyni i krzywdzi plemiona.
Do dziejów nasi należą przodkowie,
A gdyby matki błąd hańby znamiona
Dawał potomstwu — pytanie niełacne,
Czy by dziś wielkie rody były zacne?
XCV
Gdyby rozumiał był Sułtan z Carycą,
Co uszczęśliwia dwory i narody,
Zamiast armatą walczyć i szablicą
I groźnie przeciw sobie iść w zawody,
Mogliby wojnę fezu ze spódnicą
Skończyć bez wodzów i bez posłów trzody.
Niechby on harem puścił, ona swoję
Gwardię i tak spór zgodzili — we dwoje.
XCVI
Ale dziś Sułtan łamać musiał głowę,
A razem z władzą i Dywan dostojny,
Jak tę rycerkę i.... królowę,
Tę sojusznicę zamętu i wojny
Pożyć. O! Ciężkie jest brzemię państwowe,
Które tłoczy kark ministerstwa wojny,
Zwłaszcza gdy nie chcąc działać jak poganin,
Nie może nowych już nakładać danin.
XCVII
Gulbieza, kiedy odszedł Sułtan czuły,
Do buduaru swego weszła, kędy
Słodko się kocha i je. Tam zasnuły
Kadzidła wonną mgłę i lśniły wszędy
Kosztowne cacka; krwawe karbunkuły466
Ze stropu patrzą na wazonów rzędy,
Skąd wonią dyszą kwiaty krasnolice,
Pociecha więźniów — same niewolnice.
XCVIII
Marmury, porfir, jaspisy dokoła
Walczą ze sobą o palmę zasługi;
Z dworu dolata pieśń ptaszków wesoła,
Przez kolorowe szyby świateł smugi
Tęczowe płyną; lecz pióro nie zdoła
Wyrazić cudów; opis byłby długi;
Szkic nakreśliłem, a reszty niech raczy
Dopełnić bujna fantazja słuchaczy.
XCIX
Wezwawszy Babę, ministrowi swemu
Każe o jeńcu powiadać najszerzej;
Co się z nim działo, odkąd do haremu
Odszedł; czy wszystko poszło, jak należy?
Jak obchodzono się z chłopcem i gdzie mu
Dano mieszkanie? czy go kto z odzieży
Nie podejrzewa?... Zwłaszcza o przebiegu
Pragnęła wiedzieć zeszłego noclegu.
C
Baba z wahaniem pewnym zaczął składać
Sprawę z tych kwestii; ale wnet osądził,
Że nie tak łatwo na nie odpowiadać,
Jak pytać; mówił, że wszystko urządził,
Ale coś taił, choć słowom chciał nadać
Obojętności cechę — w czym pobłądził,
Gdyż właśnie zdradzał się; spocił, zasapał
I w skłopotaniu wielkim w ucho drapał.
CI
Gulbieza nie jest cierpliwości wzorem;
Nie lubi na czyn i na słowo czekać.
Odpowiedź winna dążyć krokiem skorym
Tuż za pytaniem. Więc gdy zaczął zwlekać,
Kuleć, pytania spadły nowym torem.
Zmieszał się, zaczął słówka cedzić, bekać...
Jej w twarz spłynęła krew, a z oczu biły
Iskry, na czole wyszły sine żyły.
CII
Gdy ujrzał Baba panią rozgniewaną —
Dla niego zły znak — jął prosić nieśmiało,
By łaskawego ucha skłonić chciano;
Że on niewinien temu, co się stało.
Więc wyszło na jaw, że jeńca oddano
W opiekę Dudu (co się powiedziało),
Lecz on niewinien, przysięgnie, gdy żąda,
Na Koran i garb świętego wielbłąda.
CIII
To przełożona ody winna temu,
Która ma w pieczy haremowe damy.
Ona to, gdy go wzięła do haremu
(Bo jego służba kończy się u bramy),
Wszystko zepsuła; on już nie mógł złemu
Rozpoczętemu przeciwstawić tamy
I bez budzenia podejrzeń odeprzeć
Nieszczęścia, by nie popsuć, miast polepszyć.
CIV
Sądzi, ba! wierzy i jest przekonamy,
Że Juan z pokus tych wyszedł z honorem,
Czysty jak przedtem i niepokalany,
Wiedząc, że gdy się zdradzi choć pozorem,
Nie tylko padnie w kłopot zawikłany,
Lecz skończy życie worem i Bosforem.
Wszystko wyjawił więc słowem otwartem
Prócz marzeń Dudu — co nie były żartem.
CV
Tę rzecz dyskretnie w milczeniu zachował
I byłby gadał jeszcze, bo imprezy
Nie pozbył, lecz się nagle zahamował,
Tak się ściągnęły groźnie brwi Gulbiezy:
Lica pałały, wzrok skrzył, mózg wirował,
Jak kiedy piorun po ciele przebieży.
A rosa męki na skronie serdecznej
Wyszła — jak na kwiat w porze przedsłonecznej.
CVI
A choć nie była z rodzaju nerwowych,
Już myślał Baba, że zemdleje... lecz nie!
Były to tylko napady chwilowych
Drgań, które trudno skreślić. Każdy wiecznie
Czuje wrażenie spiorunowań owych,
Gdy mu wypadło co z zamiarem sprzecznie.
A jeśli ona tej pasji mozolnej
W słowach nie mogła wydać, cóż ja zdolny?...
CVII
Stoi w tej chwili niby u trójnoga
Namiętna Pytia467. Twarz natchnieniem płonie,
Wre w niej namiętność niespokojna, sroga,
Rozszarpująca serce niby konie
Stepowe; potem już chwieje się noga
I wargi jej drżą — i pochyla skronie,
I w dół podaje się cała złamana,
Skroń pulsującą chyląc na kolana.
CVIII
Skłonieniem głowy bladą twarz ukryła,
Jak u płaczącej wierzby rozwiązany
Warkocz marmuru całować puściła,
Na otomance siedząc; w skołatanej
Piersi wzmogła się rozpacz i tak biła,
Jak wracające raz po raz bałwany,
Póty szturmują do skalnych wykuszy,
Aż się głaz twardy wyszczerbi i skruszy.
CIX
Głowa opadła, twarz jak pod zasłonę
Pod bujnych włosów kaskadę się chowa;
Z wezgłowia zwisa ramię obnażone;
Płeć jego lśniąca i alabastrowa...
Gdyby malarzem być i te dzielone
Wiersze na obraz złożyć! Gdyby słowa
Farbami były! Lecz że jestem frycem468
W malarstwie, racz się zadowolić szkicem.
CX
Baba wiedzący, że trudno złagodzić
Burzę, a zwłaszcza jej porywy żwawsze,
Za to wiedzący, w co kiedy ugodzić,
Skulony czekał na wiatry łaskawsze.
Ona powstała i zaczęła chodzić
Po sali z wolna, ale milcząc zawsze.
Rozpogodziła czoło, choć nie oczy —
Wiatr ścichnął, lecz się fala jeszcze toczy.
CXI
Przystanie, głową wstrząśnie i znów rusza;
Gwałtowność gestów wzmaga się, znów minie.
Znany jest ten chód, do którego zmusza
Huragan uczuć; często się odwinie
Niby spod zasłon z takich aktów dusza,
Jak to Salustiusz469 spostrzegł w Katylinie,
Który, pędzony przez wszystkie złe duchy,
Zdradzał się nawet burzliwymi ruchy.
CXII
Stanąwszy wreszcie: „Niewolniku! Sprowadź
Jeńców” — wyrzekła ledwie dosłyszanym
Głosem, lecz takim, że Baba próbować
Nie chciał zaczepki; zadrżał, ale szczwanym
(Będąc mikitą470, udał, że zmiarkować
Nie może, o kim właśnie mówi hanem.
I prosił, by ich nazwała z imienia
Dla powtórnego błędu uniknienia.
CXIII
„Gruzjanka Dudu i jej ulubiony! —
Potem dodała: — Niech czeka gotowa
Łódź u drzwi tajnych z południowej strony;
Resztę wiesz...” W gardle utkwiły jej słowa
Pomimo dumę miłości wzgardzonej.
Baba poznawszy, czym jest srogość owa,
Zaklął się na włos z Mahometa brody
I zaczął winnych wypraszać od wody.
CXIV
„Słyszeć jest słuchać, ale, najjaśniejsza
Pani, niech skutki zważy twa roztropność;
Nie przeto, aby moja była mniejsza
W spełnieniu żądań najcięższych pochopność,
Ale z pośpiechu może najprzykrzejsza
Kolizja wyróść tobie — aż okropność
Myśleć!... Pominę straszne zawikłanie
W wypadku, gdyby odkryto przebranie.
CXV
Lecz uczuć własnych swych szanuj. Bo snadnie471
Resztę pochłonie ciemnych wód cesarstwo,
Co już niejedno serce kryje na dnie
Bijące, pleśni przysłonione warstwą.
Kochasz młodego chłopca — bardzo ładnie —
Ale jeżeli to ma być lekarstwo...
Przebacz śmiałości — jednak, by wyleczyć
Ciebie śmierć jego miała?... śmiem zaprzeczyć”.
CXVI
„Łotrze! Ty będziesz prawił o miłości?...
Ruszaj!” — krzyknęła, a oczy jej błysły.
Znikł Baba, nogom przydawszy szybkości,
Wiedząc, że gdy jej roznamiętni zmysły,
Sam sobie drogę do stryczka umości.
Więc choć w praktykach miłosierdzia ścisły
I rad, by przezeń nie cierpieli drudzy,
Jednak własny kark milszy mu niż cudzy.
CXVII
Poszedł więc krzątać się koło roboty,
Burkając i klnąc tureckimi usty
Kobiety wszystkich stanów, wieku, cnoty,
Zwłaszcza sułtanki z przemiennymi gusty472,
Ich dumę, upór, kapryśne zawroty
Woli, ich umysł płytki, tępy, pusty,
Gwałty, czynione bliźnim, niemoralność...
Tu błogosławił swoją neutralność.
CXVIII
W pomoc zawezwał służbę haremową,
A młodej parze posłał rozkazanie,
Aby przybrawszy się pięknie, godowo,
Etykietalne przywdziawszy ubranie,
Zaraz stawiła się przed cesarzową,
Co najłaskawsze ma o nich staranie.
Dudu się zlękła, don Juan zadziwił,
Lecz iść rad nierad musiał, choć się krzywił.
CXIX
Więc pozostawiam parkę w garderobie,
A jak się skończy cała awantura —
Czyli473 Gulbieza ułaskawi obie,
Czyli się zemści. jak Lewantu474 córa
I czytelników zostawi w żałobie —
To na koniuszku wisi mego pióra.
Dojdę ją w dalszym ciągu mej powieści,
Dokąd ich kaprys zapędzi niewieści.
CXX
Błogosławieństwa kreślę nad nią znaki,
Choć nie wiem, czyli koniec nieszczęść bliski;
Ale na inne zwracam Muzę szlaki
— Przy uczcie trzeba odmieniać półmiski. —
Ufam, że jeszcze Juana szczupaki
Nie zjedzą, chociaż już gotują pyski.
Więc, że w powieści odmiana ma wielki
Urok, Muza ma spróbuje szabelki.
Pieśń siódma
I
Miłości! Sławo! Wy wietrzne istoty!
Nieujarzmione takie, a ponętne.
Meteor, co wpadł w gwiezdne kołowroty,
Mniej płoche światło ma i bardziej mętne.
Do czarnej ziemi przykuci, ku złotej
Parze w krąg oczy wysyłamy smętne.
Przelecą mimo475, wzrok iskier zabawią
Tysiącem, ujdą, tęsknotę zostawią...
II
Podobną jest ta, tutaj wam podana
Powieść-niepowieść, różności plecionka,
Zorza północna spoetyzowana,
Świecąca w chłodnej strefie mdłego476 słonka.
Nie wstyd w łzach tonąć od rana do rana,
Skoro wiadomo, że wszystko jest mrzonka;
Lecz skoro mrzonką jeno jest wszechżycie,
Może zeń równie śmiać się pozwolicie?
III
Oskarżają mnie, mnie, podpisanego
Autora — o co, doprawdy nie widzę,
Mówią, że jestem apostołem złego,
Że podkopuję cnotę, z wielkich szydzę.
Czegoś im we mnie braknie — ale czego?...
Mój Boże! Wszakże ja kłamstwem się brzydzę;
Nie mówię więcej — każdemu wiadomo —
Niż mawiał Dante, Cervantes, Salomo,
IV
Niż Swift powiadał, Machiawel, Rochefoucauld,
Fénelon, Luter, Tillotson i Plato,
Wesley i Rousseau, który z wielką sztuką
Dowiódł, że życie prosto czasu stratą.
Ich więc, nie moją gorszcie się nauką. —
Nie utrzymuję ja, że jestem Kato
Lub Diogenes nawet. — Żyję — zamrę. —
(Co lepsze?... Zamknę to pytanie w klamrę).
V
Sokrates twierdzi w zdaniu bardzo wzniosłem,
Że: „Wiedzieć, że się nic nie wie, mądrości
szczyt!” Piękna mądrość, która robi osłem
Geniusz przeszłości i teraźniejszości,
Newton, który jest nowych czasów posłem
I arcymędrcem naszych ziemskich włości,
Newton powiada: „Będę dzieckiem zawdy,
Co zbiera muszle na wybrzeżu Prawdy”.
VI
I Eklezjasta śpiewa: „Wszystko marność!”
Z nim księża, mając Memento w pamięci,
Czczą wstrzemięźliwość, czystość i ofiarność.
Słowem — pojmie to każdy, kto ma chęci.
Gdy w doczesności więc widzą wszechczarność
Poeci, mędrcy, kapłani i święci,
Mamże się wstrzymać z obawy pobicia
Sam od głoszenia tej nicości życia?
VII
Psy wy czy ludzie!... Zbyt wiele zaszczytu,
Gdy was psami zwę. Psy od was zacniejsze!
Czytajcie — lub nie, najmniej u mnie wy tu
Znaczycie, z żywych istot najpodlejsze.
rpJak księżyc nie drgnie od wilków skowytu,
Tak Muza moja skry rzuca niemniejsze.
Słucham, lecz wrzaskiem waszym się nie straszę,
Srebrząc mimo was ciemne ścieżki wasze. —
VIII
„Srogie miłości i zdradzieckie wojny”,
Czy dobrze wiersz ten cytuję — nie baczę.
Fakt faktem, przetom o cytat spokojny,
Śpiewam oboje i rzucę kartacze
Na twierdzę pewną, zgromadzę lud zbrojny,
Od strony morza i lądu obsaczę,
To jest obsaczę nie ja — lecz Suwarów477,
Co miał niby sęp krwiożerczości narów.
IX
W delcie Dunaju Ismaiłem zwana
Twierdza na lewym rozramieniu leży.
W orientalnym stylu budowana,
Do najmocniejszych na ziemi należy
Lub należała, póki wyuzdana
Złość nie zburzyła murowych pancerzy.
Wiorst osiemdziesiąt ku wysokiej wodzie,
A trzy tysiące sążni ma w obwodzie.
X
Lewe przedmieście objęto też murem;
Punkt to wyniosły i wróg się bezkarnie
Nie zbliży, bo go oszczekają chórem
Działa; lecz grecki mistrz bardzo figlarnie
Na parapecie palisady sznurem
Powtykał w ziemię perpendykularnie478,
Że tylko ogień obrońców maskują,
Lecz szturmujących najmniej nie hamują.
XI
Ta okoliczność da pojęcie waści
O tym Vaubanie nowym i taktyku.
Fosa głęboka jak morskie przepaści,
Wał tak wyniosły, żebyś tam na stryku
Nie chciał zawisnąć, ale żadnych paści479
(Przepraszam, powiem w technicznym języku),
Żadnych „ukrytych dróg”, „wilczego dołu”,
Co szturmującym przyczynia mozołu.
XII
Kamienny bastion z wąską szyją wieży
Strzegącej i mur twardy jak łepeta
Angielska; dwie baterie jak nasz „Jerzy”,
Z strzelnicą jedna, a druga „barbetta”, .
Mają przystępu bronić do wybrzeży.
Dwadzieścia i dwie paszcze zieją z grzbieta
Szańców po stronie prawej, gdzie „kawaler”
Mieści armaty, ustawione w szpaler.
XIII
Od strony rzeki twierdza była goła.
Bo nigdy tępy nie przypuszczał Turek,
Że się tam ruska flota przedrzeć zdoła.
Tak zaś mniemając, sam zadzierzgał sznurek
Sobie na szyi i pałasz anioła
Śmierci na synów kark ściągał — i córek.
Nie dbał więc, że się tam w delcie krzątała
Rosyjska flota — i powtarzał: „Ałłah!”
XIV
Rosja gotowa poszła do ataku.
— O wy, boginie oręża i sławy!
Mamże tu pisać o każdym kozaku,
Co nieśmiertelny byłby, gdyby sprawy
O nim zdawano, bo każdy w orszaku
Marsa stać godzien; Achilles mniej krwawy,
Mniej był zawzięty niż ten naród świeży;
Przykre ma tylko imiona rycerzy.
XV
Wymienię kilku, aby zwiększyć mowy
Naszej eufonię: Orłów i Strogonów,
Lwów, Bezborodko, Arseniew-Grek nowy,
Płatów, Czepega, Meknop i Czogonów,
I jeszcze jeden dwunastozgłoskowy.
Mógłbym wymienić bardzo wielu „onów”
Z gazet — lecz Sława, kapryśna dziewucha,
Prócz trąby słynie z pieszczonego ucha,
XVI
Aby wymówić słowa, pełne zgrzytu,
Bo takimi są rosyjskie imiona.
A przecież godni mego propozytu,
Jak męża godna piękna narzeczona
Albo jak godna niemego zachwytu
Londonderry’ego mowa napuszona.
Więc: iszkin, uszkin, uj, oj, uski, owski,
Pośród ostatnich jaśniał Razumowski,
XVII
Mitaczów, łabanów, równie się snuła
Wołodiów, Saszów i Wasilów siła.
Najtęższa szlachta, jaka kiedy kłuła
Bagnetem albo szablą dziurawiła.
Nic nie obchodził ich Mahomet, Mułła,
Chyba by skóra w cenie podskoczyła,
Wtedy gotowi byli drzeć z nich pasy
I z miękkich skrawków robić tołumbasy480.
XVIII
Zbiegli się także wojownicy cudzy,
Przeróżnych nacji — ochotnicy sami,
A nie ojczyzny ani kraju słudzy,
Lecz chcący kiedyś być brygadierami.
A także w łupach mieć swą część jak drudzy,
Zwłaszcza że byli młodymi chłopcami...
Z angielskiej nacji zagrażało miastu
Wielu Thomsonów, Smithów dziewiętnastu.
XIX
Jack Thomson i Bill Thomson; — nazwisk wiele
Poety wielkie imię „James” obarcza.
Nie wiem, czy w herbie mieli młot, czy cielę,
Lecz lepsza taka z imieniem „James” tarcza.
Było trzech Piotrów Smithów, a w swym dziele
Najlepszy: „wielu co ciosom wystarcza”,
Rycerz, co ongi stał pod Halifaxem:
Dziś pragnął w ruskim wojsku być Ajaksem481.
XX
Reszta Jack, Will, Bill — jak z jednego kojca,
Gdy o najstarszym Jacku, Smitha synu,
Powiem to, że miał w Kumberlandii ojca
Kowala — a więc, że pochodził z gminu,
Tom uzupełnił życiorys mołojca,
Który znalazł śmierć przy wzięciu Koczynu,
Małej wioseczki, za co w biuletynie
Trzy poświęcono jego sławie linie.
XXI
Śmiem wątpić, chociaż kocham i szanuję
Marsa, czy ulży biuletyn rannemu,
Gdy srogie bóle ten nieszczęsny czuje...
Nie przyganiajcie dowcipowi memu,
Bo w kalemburach niećwiczon — cytuję;
Szekspir ten sam żart dał w usta jednemu
Z mężów w komedii, co humorem skrzy się,
A który nasi kradną dowcipnisie. —
XXII
Był tam niejeden Francuz dziarski, śmiały,
Ale zbyt dobrym jestem patryjotą,
By ich imiona wymieniać w dniu chwały.
Dziesięć kłamstw powiem, nim prawdę podłotą
”Okupię!... O cześć Anglii jestem dbały
I nazwę tego hultajem, niecnotą,
Kto będzie twierdzić, że w pokoju błogim
John Bull482 przestaje być Francuza wrogiem.
XXIII
Moskwa, stawiając dla baterii szańce
Na bliskiej wyspie — miała takie cele:
Publiczne gmachy po ostatnie krańce
Miasta zrujnować... i prywatnych wiele.
Mniejsza, co biedni ucierpią mieszkańce;
— Forteca — główna rzecz, legnie w popiele,
A że stawiana w półkole — więc dom by
— Żaden nie uszedł granatu ni bomby.
XXIV
Zasię cel wtóry: Wyzyskać tę chwilę
Panicznej trwogi, zgiełku, zamieszania
I atakować turecką flotyllę,
Co się w pobliżu układła do spania,
Trzeci zaś motyw, jeśli się nie mylę,
Strachem przynaglić miasto do poddania.
Rycerstwo ma swe humoru wyskoki,
Gdy nie jest mężne jak taksy, buldoki...
XXV
Istnieje zwyczaj, nie nazwę go cnotą:
Lekceważenie sobie przeciwników.
Niestety, u nas zwyczajny — a oto
Przezeń polegli Smith i pan Czyczyków
(Smith jeden z owych dziewiętnastu, co to
Gwiazdami byli pośród swoich szyków;
Imię tak bardzo częste w naszym kraju,
Że Smith nazywał się już Adam z raju).
XXVI
Rosja za prędko sypała okopy,
Nie pokończyła więc swoich bateryj;
— Podobny pośpiech — kradnie wierszom stopy,
Z czego ma stratę Longman i John Murray,
Gdy im poezje zalegają szopy
Księgarskie, stałe zająwszy kwatery. —
Wskutek pośpiechu zatem się wstrzymało
To, co historia zwie „mordem” lub „chwałą”.
XXVII
Czy to głupota panów inżynierów
Popsuła działa te i kartelusze,
Czy niesumienność, łotrostwo giserów483,
Co oszukując, oczyszczali duszę
Z grzechu zabójstwa, czy błąd kanonierów,
Dość że chybiały oblężnicze kusze;
Jedne przeniosły, drugie nie doniosły,
A w wojsku listy trupów ciągle rosły.
XXVIII
Nieobliczenie przestrzeni i siły
Popsuło również nawodne roboty:
Tam trzy brandery w górę wystrzeliły,
Nim doszły celu — bez szkody dla floty
Tureckiej; lonty za wcześnie się stliły
I wywołały tylko puste grzmoty,
Bowiem brandery pękły w środku rzeki,
Podczas gdy Turkom sen kleił powieki.
XXIX
Gdy się ocknęli, Dunajem płynęła
Rosyjska flota. Około godziny
Dziewiątej już się pod mur podsunęła
Nieustraszenie na odległość liny
I kanonadę zaraz rozpoczęła.
Turcy nie stali też jak manekiny,
Lecz powitali gości niezbyt czule,
Miecąc granaty, kartacze i kule.
XXX
Sześć godzin stały pod ogniem fortecy
Ruskie okręty; z lądu działa grzmią, by
Wspierać flotylę i zasłaniać plecy,
Lecz zrozumiano wnet, że same bomby
Nie zdmuchną miasta jak płomienia świecy,
Więc zatrąbiły do odwrotu trąby,
Jeden okręt pękł, drugi w piasku osiadł
Porwany prądem — i Turek go dosiadł.
XXXI
On też utracił statków, ludzi siła484,
Ale na widok uchodzącej floty
Zgraja Delhisów w łodziach się puściła
Ścigać, z janczarek śląc kule i groty.
Nawet na wyspę wysieść485 się kusiła,
Lecz za wysoko zamierzyła loty,
Bo hrabia Damas ze swym dzielnym gminem
Zepchnął ich z wielkim trupów biuletynem.
XXXII
„Gdybym — historyk rzecze — zechciał czyny
Rosjan opiewać w ów to dzień marsowy,
Mógłbym ułożyć całe woluminy,
A jeszcze nigdy nie byłbym gotowy”.
Więcej nie mówi, lecz zaraz wawrzyny
Składa na obce a znaczniejsze głowy:
Damasa, księcia de Ligne, Langerona —
Przesławne dziejów współczesnych imiona.
XXXIII
Z tego zrozumieć można, co jest chwała:
Oto ci zacni trzej kawalerowie...
Ręczę, że mała liczba z was wiedziała,
Że żyli kiedyś. A może też... kto wie?...
Dziś jeszcze żyją? Sława to kabała,
Trzeba mieć szczęście do niej, tak, panowie.
Prawda — książę Ligne pisał pamiętniki;
Te polecają go masom publiki.
XXXIV
Różni tam bili się, nie tylko księstwo.
Rzekłbyś — wróciła homerowa era.
Lecz się jednostka między taką gęstwą
Gubi, gubi się imię bohatera.
Niedostrzeżone i bajeczne męstwo
Ginie, dla sławy za prędko umiera.
Z bitew spółczesnych, nie wiem, czy znajdziecie
Dziewięć wyraźnych imion gdzie w gazecie. —
XXXV
Wstęp, chociaż czoła laurami ubierał,
Dowiódł, że w akcji gdzieś musiał błąd leżeć.
Więc Ribas, znany w historii generał,
Radził czym prędzej do szturmu uderzyć,
W czym generalny sztab mu się opierał,
Mówiąc... lecz musiałbym stancę rozszerzyć.
Więc stanę, aby się czytelnik który
Nie zdrzemnął, nim się wedrzemy na mury.
XXXVI
Był mąż — jeśli go mężem zwać się godzi —
Nie przeto, bym mu odmawiał męskości,
Bo gdyby nie był Herkulesem, młodziej
Musiałby umrzeć ani niestrawności
Czekał, co śmierć mu zesłała w powodzi
Kwiatów pod drzewem, w kraju zieloności
Skroś spustoszonym dla pańskich rozkoszy,
Tak jak szarańcza nigdy nie pustoszy.
XXXVII
To — był Potemkin486, wielkość takiej ery,
Gdy mężobójstwo i nierząd są w cenie.
Gdybyś chciał wartość liczyć na ordery
I złoto, chwałę miał wielką jak mienie.
Sześciostopowy olbrzym, zdołał szczery
Afekt czy tylko chwilowe zachcenie
Wywołać w wielkiej imperatorowej,
Co oceniała człowieka — z budowy.
XXXVIII
Gdy się rzecz chwiała, Ribas pchnął do księcia
Gońca i tyle sprawił przez ajenta,
Że go dla swego zyskał przedsięwzięcia.
Nie wiem, jakie miał k’temu argumenta,
Dość, że starczyły zgoła do dopięcia
Celu; tymczasem bliżej podsunięta
Bateria grzmiała; z czterdziestu gardzieli
Twierdza wtórzyła piekielnej kapeli.
XXXIX
Aż trzynastego, gdy wojsko w rozterce
Smutną na statki swe siadało rzeszą,
Zjawił się kurier i ucieszył serce
Tych, co już dawno sławę z szabel krzeszą,
Jak tych, co byli frycami w żołnierce,
Krótką i zwięzłą wojskową depeszą,
Że się amator dowództwa i gwarów
Wojennych zbliża — marszałek Suwarów.
XL
List do marszałka, pisan przez samego
Kniazia, godzien był spartańskiej zwięzłości.
O! Gdyby tylko wiódł był do zacnego
Celu: obrony prawa i wolności.
Lecz to był wyraz nad ziemią zgiętego
Łuku brwi groźnych — niech więc praw nie rości
Do chwały, chyba ze stylu bezsprzecznie
Jędrnego: „Zdobyć — Izmaił — koniecznie”.
XLI
„Niech będzie światło!” — rzekł Bóg — i już świeci.
„Niech będzie krew!” — rzekł człowiek — i już płynie.
A jedno fiat487 tych zepsutych dzieci
Nocy (dzień czynów ich nie zna) w godzinie
Tyle zła sprawi, że trzeba stuleci,
Aby je zatrzeć, i chyba jedynie
Tych słońc, co skrzyły dla edeńskich stworzeń.
Wojna nie sam pień gubi, lecz i korzeń.
XLII
Muzułmanowie, co krzyczeli: „Ałłah”,
Widząc, że Rosja bierze za pas nogi,
Spuścili nos na kwintę; któż nie pała
Męstwem, widząc, jak cofają się wrogi
(Raczej wrogowie — należy się cała
Dworność biedakom, co doznają trwogi).
A więc na Turków nowa żałość padła.
(Choć wieprzem gardzą, strzegą swego sadła).
XLIII
Aż szesnastego wrzasły „karaule”
I zjawili się dwaj jeźdźcy, kozaki,
Pędząc galopem schyleni na kule
Siodeł; pakunek mieli u kulbaki
Mały, bo na dwu tylko trzy koszule.
Dwa ukraińskie niosły ich kłusaki.
Gdy wpadli w obóz na kształt dwu ogarów,
Poznano, że to z lejbjegrem Suwarów.
XLIV
„W Londynie bal! bal!” — woła gap, gdy świeczki
Iluminacji w oknach się ukażą,
Które John Bullom, przyjaciołom beczki,
Mile łaskoczą zmysły, gdy się jarzą.
Płoną więc barwne lampy i lampeczki,
Bo mędrzec (John Bull) z jaśniejącą twarzą
Odda swój rozum, nierozum, pieniądze,
Aby jak wielka ćma nasycić żądzę.
XLV
Dziw, że klnie jeszcze: „Oczom potępienie”,
Już dawno tępe! a tych klątw ze wstrętem
Sam diabeł słucha, gdyż opadły w cenie,
Odkąd John Bull wzrok utracił ze szczętem
I zwie podatki rajem, długi mieniem.
A gdy głód okiem, w gorączce wyschniętem,
Pogląda mu w twarz jak krwawym rubinem,
Powiada, że głód jest Cerery488 synem!
XLVI
Wielka uciecha śród marsowych dzieci:
Rosjan, Tatarów, Francuzów, Anglików,
Którym Suworow niby lampa świeci
Gazowa, igrę gotując dla szyków;
Lub niby ognik, co błyśnie, podleci,
Na trzęsawiska wiodąc podróżników
I tak czarując skaczącym błyskaniem
Że kto obaczy, ślepo dąży za nim.
XLVII
Teraz pójdzie szturm drogą należytą.
Witały wodza entuzjastyczne
Okrzyki: z armat na cześć jego bito
I prognostyki wszystkie były śliczne.
Na strzał armatni obozy rozwito,
Łatano dziury w szańcach i rozliczne
Przygotowano i różnej struktury
Machiny, kosze, drabiny i sznury.
XLVIII
W duchu potężnym leży ta przyczyna,
Że jeden wodzi za sobą narody.
Tak się masa wód pod wiatrem przegina,
Za bykiem, starym wodzem, idą trzody.
Ślepca człowieka wiedzie mała psina,
Tryk bekiem trzodę ściąga, gdy do wody
Bieży lub z koszar na paszę wychodzi;
Zawsze bo wyższy niższemu przewodzi.
XLIX
Obóz się cieszy, wykrzyka radośnie,
Rzekłbyś, że śpieszy na weselne gody.
(Nie powiedziałem tu tego przenośnie:
Wesele jest też zawiązkiem niezgody
I wojny) — nawet ciurom serce rośnie;
Gotowi są grzbiet narazić na szkody,
A wszystko przez to, że mały człeczyna
W kusej489 rubaszce490 chce iść na Turczyna.
L
Istotnie chce iść; więc roboty swojej
Doziera każdy pilnie, bo czas krótki.
Pierwsza dywizja w trzech kolumnach stoi
I czeka tylko wojennej pobudki.
Podobnie druga, która wnet ukoi
Pragnienie sławy, bo jej jak do wódki
Drżą wargi do krwi czerwonej i świeżej.
Trzecia w kolumnach dwóch z wody uderzy.
LI
Wzmocniono działa i zwołano radę
Wojenną, w której jednozgodność głosów —
Rzadka w zebraniach — zastąpiła zwadę,
Rzecz, co się zdarza w strachu wielkich ciosów.
Gdy usunięto tak wszelką zawadę,
Sława się jęła wzdymać do niebiosów,
A wódz, co się jej chciał koniecznie dobić,
Uczył żołnierzy, jak bagnetem robić.
LII
Tak. Sam marszałek mużyków491 musztrował
I nie brzydził się po szczękach ich walić,
I na podrzędnej służbie czas marnował,
By się kapralską rutyną pochwalić.
Więc salamandrom młodym pokazował,
Jak w ogień skakać, by się nie opalić,
Jak po drabinie się (nie Jakubowej)
Spinać, leźć na wał i przesadzać rowy.
LIII
Więc manekiny za Turków przebierał
W turbany, dał im kindżały i szaszki,
A. żołnierz na nie z bagnetem nacierał,
Siekąc i kłując watowane czaszki.
Tak wyćwiczonych dopiero generał
Chciał wyprowadzić na inne igraszki.
Młódź z niego śmiała się, że czas mitrężył,
Nie odpowiadał, poszedł — i zwyciężył.
LIV
W wilię ataku wojsko na właściwym
Stanęło miejscu; śród obozu trwała
Posępna cisza. Wyda się to dziwnym,
Lecz żołnierz, co ma iść zdobywać działa
I czeka hasła, staje się mrukliwym
W chwili ostatniej; armia więc milczała.
Jeden o domu myślał, dzieciach, żonie,
A drugi o tym, co będzie po skonie. —
LV
Suworow biega wszędzie czynny, czujny,
Musztruje, bije, żartuje i gwarzy,
Bo to był człowiek, jakiego i bujnej
Fantazji pisarz nieprędko wymarzy,
Bohater, geniusz — śmieszny i niechlujny,
Dziki a mądry, nim zrobi — rozważy,
To Mars, to Momus492, a u zdobywanej
Twierdzy — arlekin za wodza przebrany.
LVI
Właśnie gdy swoich mużyków układał
(Zdobywca czerpał i z kapralstwa chwałę),
Patrol, co konno okolicę badał,
Napotkał w wieczór towarzystwo małe;
Jeden językiem ruskim słabo władał,
Ale wyrazy były zrozumiałe,
A czy to z ruchów, miny, nie wiem, z czego
Poznali, że być musiał ich kolegą.
LVII
Było trzech mężczyzn razem i dwie panie;
By ich wiedziono. do obozu — proszą.
Strojem na pozór niby muzułmanie,
Lecz poznać po nich, że strój obcy noszą
I że tam w każdym tureckim kaftanie
Tkwi chrystyjanizm, który czasem głoszą
Usta i suknia; serce dzikość zdradza,
Co nieraz wielkie omyłki sprowadza.
LVIII
Suworow właśnie stał przed swoją rotą
W jednej rubaszce i tępe kałmuki,
Błaznując, krzycząc, klnąc tępszych „hołotą”,
Uczył szlachetnej zabijania sztuki.
Ten mąż, co ludzką glinę miał za błoto,
Filozofował i dawał nauki,
Z których w kodeksie Marsa była główna
Ta, że w potyczce śmierć — pensji się równa.
LIX
Ujrzawszy podjazd kozacki, powitał
Bystrym spojrzeniem ten łup muzułmański
I przenikliwym wzrokiem w twarzach czytał.
„A skąd wy?” — krzyknął. — „Z stolicy osmańskiej,
My uszli z turmy”. Generał znów pytał:
„A kto wy?” — „Przypatrz się”. Był to spartański
Iście dialog. Ten, co odpowiadał,
Wiedząc, do kogo gada, krótko gadał.
LX
„Wasza familia?” — „Johnson; to znajomy
Mój, Juan; to są dwie damy, a tamten
Ni to, ni owo”. — Generał kryjomy
Wzrok na nie rzucił i rzekł: „Johnson. Znam ten
Głos... i człowieka; ów mi niewiadomy.
Wy się przydacie — ale na co kram ten?...
Ty służył, kiedy. się tu dawniej biłem,
W nikołajewskim pułku?” — „Tak, służyłem”.
LXI
„Był u Widdynia?” — „Tak”. — „Prowadził rotę?”
„Tak jest”. — „Cóż dalej?” — „Nie wiem; zapomniałem”.
„Pierwszy wszedł na mur?” — „Nie liczę za cnotę,
Że gdzie kto żmudził493, tam go wyprzedzałem”.
„Cóż dalej?” — „Kula przerwała robotę;
Padłem, w obierze Turków się dostałem”.
„Możesz się pomścić, bo ten fort przeklęty
Dwakroć mocniejszy niż ten, gdzieś był wzięty.
LXII
Gdzie pragniesz służyć?” — „Gdzie każe generał”.
— „Wiem, że straceńcem będziesz nie na żarty,
I za to, że cię poganin poterał,
Zemścisz się siekąc tak, jak wszystkie czarty.
Ale po cożeś dzieciaki zabierał;
Cóż mi ten malczyk494 pomoże obdarty?...” —
„Ho! Jeśli mu się w wojnie szczęścić ma tak
Jako w miłości, to godzien wieść atak!” —
LXIII
„No! no! Niech tylko zechce”. — Juan miłym
Gestem dziękował. — „Ale w tobie złożę
Ufność. Łaskawie twemu pozwoliłem
Pułkowi jutro lub dziś w nocy jeszcze
Ruszyć do szturmu. Na duszę, zrobiłem
Ślub wielu świętym, że zburzę, zaorzę
Z gruntu Izmaił, a pługi i haki
Rozniosą, zetrą po meczetach znaki.
LXIV
A więc po sławę, chłopcy!” — Tu się zwrócił
I znów klasyczną mową chłopy ćwiczy,
Aż każdą wielką pierś do głębi skłócił
I natchnął żądzą chwały i zdobyczy.
Prawił jak kapłan (ten choć z serca zrzucił
Żądzę dóbr ziemskich, dziesięcinę liczy)
I szczwał, tresował na pogańskie syny,
Co śmią nie kochać wojsk Ekateryny.
LXV
Johnson, z dłuższego widząc rozhoworu495,
Że już jest w łaskach, tak się rozjunaczył,
Że szedł do wodza, co pełen humoru
Musztrował, i rzekł: „Gdyś mnie wybrać raczył,
To nie zawiodę szczytnego wyboru
I umrę pierwszy; lecz gdybyś wyznaczył
Nam stanowiska: mnie i Juanowi,
Milej byłoby nam iść ku ogniowi”. —
LXVI
„Da, da, zabyłem496. Może chcesz do swego
Rejmentu497 wrócić? Siejczas498 się formować
Będzie. Kaczkowski! Hejże!” — Na polskiego
Tu ordynansa zawołał. — „Zaprowadź
Pana do pułku nikołajewskiego.
Ty, malczyk, zostań; będę potrzebować
Ciebie, wot krasnyj maładiec499. A ony
Won do bagażów albo na furgony”. —
LXVII
Przedstawiła się scena, proszę państwa,
Godna opisu; bo tureckie panie
Do podobnego jeszcze grubijaństwa
Nie przyuczone — chociaż wychowanie
Haremu uczy biernego poddaństwa
I poniżenia — podniosły szlochanie;
Z rozwianym włosem i ręce do góry
Wzniósłszy, jak skrzydła nad swym drobiem kury,
LXVIII
Ponad głowami pary wywyższonej
Przez największego z wodzów i żołnierzy,
Co zaludniali kraje z tamtej strony
Śmierci lub państwa rzucali grabieży.
O ludu! Zawsze na próżno uczony.
Wawrzynie sławy! Każdy listek świeży,
Z urojonego oberwany drzewa,
Musi opłynąć krwią, co się wylewa.
LXIX
Suworow, który miał serce wytrwałe
Na łzy, a krwią się ludzką i cierpieniem
Nie wzruszał, patrzał na te dwie omdlałe
Z trwogi kobiety jak gdyby z odcieniem
Spółczucia; bowiem, przyznam to na chwałę
Wielkich zdobywców, których zatrudnieniem
Rzeź, że ich nawet pośród krwi oparów
Czasem tknie żałość — a z tych był Suwarów.
LXX
I rzekł przybrawszy ton mowy pieszczonej:
„Johnsonie! Na coś do czarta z kłopotem
Babskim na wojnę przyszedł! Niechaj ony
Idą — będzie im lepiej pod namiotem;
Znajdą opiekę; więc niech na furgony
Zaraz mi idą. Nie wiedziałżeś o tem,
Że mało warci żonaci żołnierze?
Nie lubię — chyba że małżeństwo świeże!”
LXXI
„Słuszaju500. Lecz racz zważać, generale —
Wtrącił nasz Anglik — że to żony cudze,
Nie nasze. Prawo znam dokładnie wcale501,
Bo dużo czasu zużyłem w usłudze
Tej armii. W wojsku małżeństwa nie chwalę,
Bo to odbiera marsowemu słudze
Serce, gdy idąc na śmierć, wspomni sobie,
Że po nim malcy zostaną w żałobie.
LXXII
Ot — to są zacne dwie tureckie damy,
Co nas z eunuchem wydobyły z kozy,
I odtąd wszyscy razem się błąkamy,
I doświadczamy przygód pełnych grozy.
Nam to nie dziwne, a więc najmniej dbamy,
Lecz te się trzęsą jak gałązki łozy.
Więc, jeśli pragniesz, bym się bił uczciwie,
Każ, niech się z nimi obchodzą godziwie”.
LXIII
Tymczasem obie spłakane niebogi,
Nie wiedząc, ufać-li obrońcom śmiałym,
Patrzyły, pełne zabobonnej trwogi
Raczej — niż dziwu (co jest zrozumiałym)
Na człeka, co miał wyraz twarzy srogi
Bardziej niż mądry, zwalanego kałem,
W prostej odzieży niedbale przywdzianej,
Szanowanego bardziej niż sułtany.
LXXIV
Bo wszyscy przed nim skuleni ze strachu
Drżeli; więc w głowie zmieścić im się to nie
Mogło, przywykłym widzieć w Padyszachu
Boga, gdy zasiadł w bisiorach502 na tronie
Lub gdy przechadzał się jak paw po gmachu
(Ptak-król, co nosi diadem w ogonie),
I nie pojęły tego wynalazku,
Że może istnieć potęga bez blasku.
LXXV
Johnson, bolejąc nad ich smutnym stanem,
Lubo503 nie wiedział, jak się koi wdowie
Żale na Wschodzie, pociechę stroskanym
Niósł. Juan w czułej, natchnionej przemowie
Klął się, że ujrzą go jeszcze nad ranem
Albo mu armia rosyjska odpowie...
I dziw powiedzieć — już się pocieszyły.
— Kobiety zawsze entuzjazm lubiły. —
LXXVI
Pośród łez, westchnień, uścisków ostatnich
Pożegnali się; idą, gdzie ich czeka
To, co zależne od strzałów armatnich
Zwie się: fortuna, traf, boża opieka.
(Niepewność — jest to jedna z cech dodatnich.
Życia; ludzkiego szczęścia hipoteka).
I poszli burzyć z pełną złości siłą
Miasto, które im nic nie zawiniło.
LXXVII
Suwarów patrzał przez powiększające
Szkła na świat; był z tych, co się nie kłopocą
O drobiazg, w cyfry nie wdają nużące,
Na łzę narodu nie zważał sierocą
I tyle dbał o tysiąc, dwa tysiące
(Tak, że zwyciężał wreszcie cyfr przemocą).
Co żona, sąsiad o wrzody Hioba;
Więc za cóż stała mu dwu dam żałoba?...
LXXVIII
Za nic. Tymczasem szły porządnym torem
Przygotowania do takiej ruiny,
Jaką by zrządził pod illijskim dworem
Homer, gdyby znał petardy i miny.
Lecz tu nie będziem boleć nad Hektorem504,
Ale zgotujem kosze i drabiny,
Deszcz kul, trzask bomb, huk dział, śród fanfar ryku,
Słowa, co utkwią mej Muzie w przełyku.
LXXIX
Ty, co zachwycasz, o Homerze wieczny,
Najdłuższe lata i najdłuższe uszy,
Szczękając mieczem, przed którym bezpieczny
Dziś świat, bo już go z kurzu nikt nie ruszy,
— Chyba proch wyda się mało skuteczny
Mocarzom, których liga dzisiaj głuszy
Hasła wolności... Ha! niechaj się zbroją!
Wolność nie będzie dla nich drugą Troją.
LXXX
O ty, Homerze wieczny! Właśnie sławię
Zwycięstwo, w którym więcej ludzi zginie
Dzięki machinom i wojennej wprawie,
Niżeś w swym greckim zmieścił biuletynie.
Jednak — jak wszyscy — z pokorą wyjawię,
Że walczyć z tobą, byłoby: krzewinie
Rywalizować ze stuletnim drzewem;
My was przewyższym tylko krwi wylewem,
LXXXI
A nie w poezji, lecz w realnym czynie,
Czyn zaś jest prawdą, wielkim postulatem.
Muza, choć buja w fantazji krainie,
Prawdę ma jednak podstawą, substratem. —
Lecz idę miasto bombardować ninie;
Wielkie się rzeczy staną, słuchać zatem!
Wodzowie wielcy! Sam Febus505 czatuje
W jasności depesz waszych skąpać buje.
LXXXII
O biuletyny Bonaparta! Listy
Ległych i rannych! Leonida cieniu,
Coś był tak w boju serdecznie ognisty,
Gdy moją Grecję trzymał wróg w ściśnieniu
Jak dziś! Cezara pamiętniki, mglisty
Obrazie chwały! Udzielcie natchnieniu
Memu (bo zginę) swych cudownie lśniących
Barw, takich pięknych, a przemijających.
LXXXIII
Przemijającą zowię nieśmiertelność
Rycerzy przeto, że dziś w każdej dobie
(Co nie przesada jest, ale rzetelność)
Rodzi się małe zapłakane bobie,
Które, gdy zliczym jego czynów dzielność,
Spełnionych w ciągu żywota — przy grobie,
To pokaże się, że był rycerz — zdzierca
Lub oszust, tuman rzucający w serca.
LXXXIV
Posady, krzyże, herby, wstęgi, pióra,
To „nieśmiertelnych” naszych są wawrzyny,
Jak nierządnicy Babelu — purpura.
Mundur dla malca tym, czym dla dziewczyny
Wachlarz — a lada kadecik lub ciura,
Jak laufer chce biec przed sławą — zuch z miny.
Lecz sława — sławą. Gdyć potrzebna lepsza
Odpowiedź, spójrz na wietrzącego wieprza.
LXXXV
I on czuje wiatr lub, jak mówią, „widzi”,
Bo mu łaskocze w biegu nozdrzów wylot.
Lub — kto się takim porównaniem brzydzi.
Niech powie: Bieży jak przed brygiem pilot
Lub... ale dosyć! Już się Muza wstydzi
Gadatliwości mojej; sama mi lot
Zniża; w następnej pleśni niby z wieży
Pożarny dzwonek na trwogę uderzy.
LXXXVI
Słyszysz?... W milczeniu nocy mroźnej, czarnej,
Łomot wojsk, które kolumnami płyną,
Za pułkiem sunie pułk śmiercią ciężarny
Między okopy506 a zarosły trzciną
Brzeg rzeki. — Z nieba gwiazdy promyk marny
Przelśni przez gęstwę chmur wilgotną, siną,
Skędzierzawioną. Wkrótce armat paszcze
Czarniejsze rzucą na strop nieba płaszcze.
LXXXVII
Tu staniem zgodnie z przestankiem, co pada
Przerwą na życie i śmierci rozdroże;
Gdy serce stanie, pierś oddech postrada
Na chwilę... jutro już na zawsze może. —
Cicho... Za chwilę huknie kanonada,
Naprzód, marsz, bagnet zazgrzyta o noże,
Hura! Ałła-hu! — i znów huk armatni
Zagrzebie w sobie rannych jęk ostatni.
Pieśń ósma
I
„Krew i pioruny!” albo: „Krew i rany!”
Zwyczajne klątwy, jakich gmin używa —
Niedelikatny i nieokrzesany.
Tak jest; lecz w klątwach takich się ukrywa
Zagadka sławy, a że przedsiębrany
Szturm biuletynom ma dostarczyć żniwa,
Niech mnie te bóstwa dwa natchną dostojne:
Mars czy Bellona — zawsze znaczą: Wojnę.
II
Wszystko gotowe: ogień, miecz i ręce,
By ich użyły, pełne dzikiej werwy.
Armia, niby lew, zęby swe zwierzęce
Ostrzy, a żyły napięła i nerwy:
Hydra człowiecza, co głodnej paszczęce
Dogadza, krwią się karmiąca i ścierwy.
Kolumna głową jej; ścięta z tułowu,
Nie kona, ale w mig odrasta znowu.
III
Historia rzeczy ryczałtem brać zwykła,
Lecz gdyby kto chciał szczegółowo badać,
Jaki zysk, jaka niekorzyść wynikła
Z wojen — musiałby przekląć je i biadać,
Bo strat niewarta chwała zwykle nikła,
Gdy ostateczny cel wojny — posiadać.
Piękniejszą sławę ma, kto czyje oczy
Osuszy, niż kto morze krwi wytoczy.
IV
A to dlaczego? Bo w sumieniu wie, że
Dobrze uczynił; gdy ten mimo kwiaty,
Salwy i łuki, mosty, kwiaty, krzyże,
Pensji od ludu, co sam niebogaty,
Mimo pochlebstwa, co mu stopy liże,
Sławę imienia, co odurza światy,
Jest zawsze — oprócz w walce dla wolności,
Synem zabójstwa, rabunku i złości.
V
Ten jeden tytuł od przyszłości zyska.
Ty, Leonido, nie, i Waszyngtonie,
Bo pola bitew waszych — uroczyska,
Od których z wonią kwiatu wolność wionie.
Tak słodko w uszach dzwonią te nazwiska!...
Gdy przed zdobywcą będzie bladł w pokłonie
Niewolnik, wasze imię hasłem będzie
Ziemi, wolności póki nie zdobędzie.
VI
Noc była czarna. Oczy nie dojrzały
Przez mgłę nic oprócz rdzawej ognia łuny,
Która objęła skrzydłami strop cały,
Kąpiąc w Dunaju swe krwawe całuny.
Obraz gehenny! Armatnie wystrzały
Huczą już, bijąc raz w raz jak pioruny,
Nawet okropniej, bo gdy piorun rzadziej
Szkody wyrządza, działo setki gładzi.
VII
Ledwo kolumna ta, którą Rosjanie
Słali do szturmu, wyszła za okopy,
Gdy najeżony Turek nagle wstanie
I śle chrześcijanom gorące ukropy.
Pożar ogarnia wszystko; po otchłanie
Bezdenne wzburzą się wodne zatopy,
A szaniec ogniem rzyga na kształt Etny,
Kiedy ją czkawką wstrząśnie Tytan szpetny.
VIII
Ogromny nagle runął okrzyk: „Ałłah”!
I powstał zamęt tysiącznych hałasów,
Straszniejszy niźli wciąż ryczące działa
Wyzwaniem na bój. A z gór, dolin, lasów
Wróciło: „Ałłah”! Gęsta chmur nawała,
Która zawisła nad polem zapasów,
Przyjęła imię Boga i już potem
Tylko: „Ałła-hu!” rozbrzmiewa bekotem.
IX
Pułki zaczęły iść, ze strzelby palić.
Atakujące jednak z wody hordy
Jęły507 niby las rąbany się walić,
Choć ich Arseniew wiódł, lubiący mordy,
Lubiący w ogniu spiżów się osmalić.
„Rzeź córką Boga jest” — powiada Wordly508,
Jeśli to prawda — jest Chrystusa siostrą,
Choć jak w Betlejem Herod — rządzi ostro.
X
Książę Ligne zaraz raniony w kolano;
Hrabiemu Chapeau-Bras kula przelata
Pomiędzy głową a czapką; poznano
Z tego, że hrabia jest arystokrata:
Ostrożna kula nie obrazi raną
Czaszki ni czapki, poczuwszy magnata;
Lecz kiedy popiół spada do popiołów,
Dziw, że nie przylgnął do ołowiu ołów.
XI
Podobnie Markow brygadier — generał —
Kiedy unosił księcia z bojowiska,
A na tłum ludzi prostych nie spozierał,
Że z bólu jęczy, wije się i ciska,
Na gmin, co, prosząc kropli dżdżu, umierał
Z spiekłymi usty, on — marząc, że zyska
Nagrodę „czynu” wyższego lub krzyża —
Legł; nogę kula urwała mu chyża.
XII
Sto dział zażyło prochu na womity,
Trzysta set rusznic pigułkami miecie
I krwotok nimi przyśpiesza obfity.
Śmierci! Osobną szpaltę masz w gazecie,
Masz głód, doktorów, tyfus jadowity,
Co pokazują skon na cyferblecie509
Życia; ale głos twojego zegaru510
Mniej straszny niż huk wojennego gwaru.
XIII
Ta różnorodność mąk, co wszędzie zmienia
Oblicza, nawet serce rozpieszczone
Nieskończonością bólu zakamienia;
Wszędzie śmierć, w którą wzrok obrócisz stronę.
Konwulsje, jęki, przekleństwa, westchnienia,
Oczy świecące białkiem, przewrócone
W swych jamach — oto nagroda dla gminu;
Starszy — dosłużył się wyższego „czynu511”.
XIV
Ja lubię sławę; sława mnie rozczula.
Bo pomyśl: wejdziesz-li w starość ułomną,
Żyjesz z pensyjki kochanego króla...
(I mędrzec pensją nie pogardzi skromną.)
A wieszcz, po strunach lutni kiedy hula,
Wspomni cię w pieśni. Więc za tak ogromną
Nagrodę; pensję dośmiertną i sławę,
Warto się puścić w rycerską zabawę.
XV
Zaledwie na ląd wysiadła drużyna,
Natychmiast w prawo na baterie bieży;
Poniżej druga dywizja zaczyna
Dzieło zniszczenia — są to grenadierzy.
Dopadli... jeden za drugim się spina,
Jak płoche512 dzieci na łono macierzy,
Na ostrokoły, kolce, palisady,
Właśnie tak samo jakby w dzień parady.
XVI
Dowodem było to niepospolitych
Sił ducha. Gdybyś piekło w Etny lawę
Wsypał z masą bomb i kul rozmaitych,
Jeszcze by morze rozlała mniej krwawe.
Jeden oficer tam na trzech zabitych
Padał; wojsko się hamowało żwawe;
Zaczęło tracić zwycięstwa nadzieję.
— Spadnie dojeżdżacz, to sfora głupieje. —
XVII
W ogólnym zgiełku zrobię tu przestanek
I na tor sławy Juana wywiodę,
Z lauru osobny uwiję mu wianek;
Bo pięć tysięcy gdybym chciał — na brodę
Proroka — imion wprowadzić do szranek,
Każdemu palnąć epigram lub odę,
Musiałbym chyba wydać słownik sławy,
Nieszczęściem gruby bardzo — choć ciekawy.
XVIII
Więc pozostawiam wszystkie ciche zwłoki
Gazetom, które reporterskiej psiarni
Każą je zliczyć, leżące w głębokiej
Drzemce po rowach, polach, gdzie w męczarni
Dusza wyzuła się z ziemskiej powłoki;
Szczęśliwi, których imiona z drukarni
Poprawnie wyszły. Mój znajomy zwał się
Grose — przez zecera prędkość Grovem stał się.
XIX
Juan i Johnson z pułkiem swym ruszają
W ściśnionych szykach i prą się przemocą,
Nie wiedząc dokąd, bo drogi nie znają,
Ani którędy, dlaczego i po co.
Idą, potkną się o trupy, powstają,
Strzelają, kolą, grzeją się i pocą,
A zawsze razem przez gęstwę się prują:
Biuletyn sobie spólny wysługują.
XX
Kroczyli ciągle krwią ciepłą zbroczeni,
Po miękkich ciałach; czasem się udało
Zyskać naokół parę stóp przestrzeni
I wtedy biegli tam, gdzie bitwą wrzało,
Pod jaką basztę; to znowu spędzeni
Płomieniem, którym — rzekłbyś — piekło plwało
Musieli cofać się z tych miejsc straszliwych,
Depcąc kolegów ciała jeszcze żywych.
XXI
Juan raz pierwszy widział bitwę z bliska,
Lecz choć znużony nocą, marszu ciszą
Groźną, gdy śmiałość tak świetnie nie błyska,
Jak pod wieńcami, gdy w ulicach wiszą
Dla wojsk zwycięskich — chociaż na chmurzyska
Gęste jak krochmal, co wilgocią dyszą,
Tęsknie poglądał, wyczekując słońca,
Jednak nie uciekł i dotrwał do końca.
XXII
Nie mógł ujść. Choćby uszedł, pomsty nieba
Nie wołaj, bowiem nie hańbi rzecz taka.
I wielkich czasem przyciśnie potrzeba,
Fryderyk Wielki spod Molwitz513 drapaka
— Prawda, raz jeden — dał; bo ludzi trzeba
Rozgrzać, jak pannę młodą, jak rumaka,
Kobuza514, zanim nabędą praktyki
W walce dla żołdu albo polityki.
XXIII
Był tedy Juan tym, co Eryn zowie
W iryjskim czy też punickim języku
(Dziś przysięgają antykwariuszowie,
Co umią czytać w wieków pamiętniku,
Że język Pata jest w swym źródłosłowie
Językiem Punów i w abecadlniku
Dydony515 stoi — myśl nowa i śliczna,
Ale niestety niepatriotyczna),
XXIV
Był tedy „młody aż do szpiku kości”,
Z popędów sennych miał złożone życie.
To się rozpływał w rozkosznej czułości,
W „jeziorze wrażeń”, jeżeli wolicie,
To znowu, kiedy przyszło z konieczności
Bić się, szedł równie chętnie na zdobycie
Miasta w kompanii, co jest zawsze krewka,
Gdy ją przyjemność nęci — i sakiewka.
XXV
Don Juan wszystko to czynił bez złości;
Kochał i walczył zawsze w tym, co zwie się
„Dobra intencja”, kozerna516 ludzkości
Rezerwowana na czas, kiedy w grze się
Nie wiedzie; prawnik, mąż stanu, podłości
Swoje tłumaczy zawsze, kiedy chce się
Usprawiedliwić, „chęciami dobrymi”.
— Szkoda, że piekło brukowane nimi. —
XXVI
Nie wiem, czy w kraju zagrobowych cieni
Jest bruk; a jeśli znajduje się, czyli
Nie starli piętą piekielnych kamieni,
Nie ci, którzy się chęciami zbawili,
Lecz ci, co poszli k’czartu niebronieni
„Dobrą intencją”, która już od chwili
Stworzenia piekła brukuje zagrobny
Świat, do Pall-Mallu517 tak bardzo podobny. —
XXVII
Nagle tym losem, który w różne strony
Pędzi kamrata od kamrata boku,
Jak od małżonków wiernych czyste żony
Czasem przed końcem poślubnego roku,
Jakby gwałtowną falą odrzucony
Biegł... lecz się zdziwił i powstrzymał kroku,
Kiedy nasiekłszy czaszek jak kapusty,
Ujrzał, że jest sam, a plac wkoło pusty.
XXVIII
Czym się to stało? Oto — moim zdaniem —
Tym, że część większa była już zabita.
Reszta zrobiła zwrot, znudzona staniem,
W prawo. Sam Cezar w takich razach zgrzyta.
Pomni świat, jako to przestraszony chwianiem
Pułku, na oczach armii za tarcz chwyta
I nieodważnym dodając ochoty,
Na powrót wpędza w bitwę rzymskie roty.
XXIX
Don Juan nie był Cezarem z rzemiosła,
Tylko odważnym chłopcem, który służył
Nie wiedzieć czemu; gdy go fala zniosła,
Stanął na moment, co się mu przedłużył
W wieki, a potem nagle na kształt osła...
Nie krzycz, słuchaczu; odkąd Homer użył
Na cześć Ajaksa owej parafrazy,
Zasłużył na nią Juan tysiąc razy.
XXX
Więc na kształt osła nadał rozpęd nogom
I biegł, co dziwna, nie zwracając głowy.
Za to przed sobą widział łunę srogą,
Roztaczającą płaszcz swój purpurowy,
Oślepiający tych, którzy nie mogą
Krwawych widoków znieść, i szukał nowej
Ścieżki, by dobić się tam na pagórek
W pomoc brygadzie, którą rzezał Turek.
XXXI
Nie widząc nigdzie swego generała
Ani dywizji, pułku, ani roty,
Która Bóg sam wie, gdzie się zapodziała
(A ja też szukać nie myślę hołoty
W polu), biegł; a rzecz bardzo zrozumiała,
Że młodzian, pełen rycerskiej ochoty,
Nie oglądał się, lecz biegł, wzniósłszy szaszkę,
I trupy, które deptał, miał za fraszkę.
XXXII
Nie widząc — mówię — pasterza i trzody,
Jak młody dziedzic, co (ot! zwykle młodzi)
Zbywszy opieki leci na przygody —
Błędny wędrowiec, co po bagnach brodzi,
Goniąc chochliki — rozbitek, co z wody
Prosto do pierwszej chałupy zachodzi,
Tak Juan, wziąwszy nos za przewodnika,
Biegł, gdzie śród ognia wrzała bitwa dzika.
XXXIII
Nie wiedział, gdzie jest, i nie zauważył,
Jak się tam dostał odurzony cały.
Niby błyskawic żar krew mu rozparzył,
Nitki pamięci mu się rozwiązały
W mózgu. Zwrócił się, gdzie najsroższy prażył
Ogień, gdzie kule najgłośniej gwizdały,
Bomby grunt ryły, wyrywały z trzaskiem,
Twoim, Bakonie mnichu, wynalazkiem.
XXXIV
Więc kiedy dobiegł już, wpadł między masy
Tego, co drugą kolumną się zwało
Pod rozkazami generała Lascy,
Lecz się skurczyło teraz i zmalało;
Niby streszczona książka wyszedł z prasy
Ekstrakt dzielności. Tam skoczył z wspaniałą
Odwagą, kędy518 zjeżone bagnety
Niosła rycerska garść na parapety.
XXXV
Przybiegł i Johnson wydrzeć ich rozpaczy.
On się był „cofnął”, jako brzmi utarty
Wyraz o ludziach, co tył podać raczej
Wolą niż iść przez gardziel zguby w czarty.
Johnson, roztropny taktyk, wie, co znaczy
„Uciec” a „cofnąć się” — kiedy przyparty.
On nie uciekał przed nieprzyjacielem,
Chyba ucieczka miała być fortelem.
XXXVI
Kiedy był ujrzał, że pułk wszystek leży
Oprócz Juana — który nie folguje
Strachowi, bo ma w sercu zapał świeży,
Z nieświadomością ową, co neguje
Obawę, i jak niewinność, gdy wierzy
W moc własną, mięśnie i nerwy hartuje —
Ustąpił, nie chcąc się jak prosty Tatar
Narażać w zimnej mogile na katar.
XXXVII
Tam zasłoniony nieco przed gorącem
Bateryj i przed gradem kul z każdego
Bastionu, wału, strzelnicy bijącym
— Gdyż bohaterska garść nie zda jednego
Fortu, ale go okupi tysiącem
Trupa i broni się do upadłego —
Zobaczył ruskich strzelców, jak ginęli
Z ręki tych, których właśnie zabić mieli.
XXXVIII
Zawołał na nich, a na zawołanie,
Jak mówi Hotspur, „spadli nie inaczej
Jak duchy”, prędko dość, bo trzeba na nie
Podobno długo wołać, nim się raczy
Ukazać który. — Skąd to usłuchanie,
Nie wiem; może wstyd umknąć spod kartaczy
Lub moc ich zmusza ta, co pędzi trzody.
Za wodzem, a za prorokiem narody.
XXXIX
Na Zeusa! Johnson był junak nie lada,
Choć imię jego tonem się mniej gładkim
Niż Achillesa imię wypowiada.
Taki mąż w świecie dziś zjawiskiem rzadkim,
Bił i tłukł jak młot, gdy raz po raz spada
Pod ręką mistrza jednostajnym spadkiem.
Nie odmieniając twarzy, poganina
Rąbał, na miejscu stojąc jak machina.
XL
Więc gdy się „cofnął”, to z zastanowieniem
Wiedząc, że za nim są rycerze w tyle,
Którzy się zbiegli tamże pod natchnieniem
Strachu, co gniecie (jak wiatry niemile
Żołądki dzielnych, którym choć śmierć cieniem
Często przysłania zmysły, wiedzą tyle,
Że aby w śmierci obliczu nie ścierpnąć,
Trzeba stanąwszy — oddechu zaczerpnąć.
XLI
Johnson odbieżał, aby przyjść ina powrót
Z rycerstwem owym i zakończyć dramą
Potyczkę, doprowadziwszy ich do wrót,
Które Hamlet zwie „Okropności bramą”.
Rzekłbyś, że dziady jego — to był lwów ród!
A jak galwanizm519 na trupy, tak samo
Myśl jego tęga działała na żywych
I bohaterów robiła — z lękliwych.
XLII
Zatem szli chętnie pod te same strzały,
Przed którymi się rozpierzchli jak wrony;
Mimo ponętę, co się mieści w chwały
Słodkościach, mimo ten „instynkt wrodzony”,
Co krwi widokiem obudzą zapały,
Nie wspominając już ponęt mamony.
Bieżeli szukać tego w ogniu wściekłym,
Co łączy ludzi z niebem albo piekłem.
XLIII
Walili się jak łany gradem starte,
Trawa pod kosą lub pod sierpem kłosy,
W dowód, że mało życie ludzkie warte
I marny mozół, co nam bieli włosy.
Armaty tłukły jak młockarnia w zwarte
Szeregi lub jak bokser; w krwawe sosy
Padało mięso. Turcy z jednorurek
Kładli, nim który zdołał odwieść kurek.
XLIV
Za każdy profil i za każdą ścianę
Ukryty Osman uśmiercał sołdaty,
Zmiatał szeregi jak wiatr morską pianę.
W tej chwili los ów, który wplata światy
I ludy w swoje koło rozhukane,
Sprawił, że Johnson i jego kamraty
Pośród owego siarkowego tańca
Spostrzegli nagle, że są w głębi szańca.
XLV
Jeden, dwóch, pięciu, tuzin — a pochopni
Wszyscy, bo szło tu już o piękną skórę,
Ogień rozszerzał się coraz okropniej,
Lał się jak smoła na dół, tryskał w górę,
Że trudno wyrzec, kto robił roztropniej,
Czy ci, co pierwsi chcieli swą fryzurę
Wysunąć za mur i wręcz wroga siekać,
Czy ci, co jeszcze woleli poczekać.
XLVI
Ci, co się wdarli, doznali wybornej
Pomocy, głupstwem cudzym ozy przypadkiem;
Tureckie bowiem czy greckie Coehorny520
Kunsztem stawiali ostrokoły rzadkim,
Co w Belgii, Francji zdałby się potworny.
(My i w tym wielcy: masz Gibraltar świadkiem).
Na parapecie521 stały wszystkie słupki
W środku, jak gdyby spędzone do kupki,
XLVII
Tak, że zostało na prawo i lewo
Może dziesięć stóp. Tędy się wtłoczyli
Rosjanie; reszta była łatwą sprawą,
Przynajmniej dla tych, którzy jeszcze żyli:
Mogli skupieni postępować ławą.
Druga dogodność, jaką się cieszyli,
Że poprzewracać mogli kołki owe,
Prawie nie wyższe nad żyto majowe.
XLVIII
Między pierwszymi — „najpierwszy” nie powiem:
Rozumiem takiej stronności szkodliwość;
Jest to jątrzący czynnik; trzeba bowiem
Uwzględniać dumy narodowej żywość.
Pewnie by Anglik ten przypłacił zdrowiem,
Który by twierdził, drażniąc obraźliwość
John Bulla, że pod Waterloo wziął pletnie522
Wellington523 — albo prawie był kompletnie
XLIX
Zbity — i gdyby nie mocne poparcie
Takich Bűlowów, Gneisenów, Blűcherów,
Co strach rzucili w szeregi zażarcie
Walczących jak lwy głodne grenadierów,
Inny by wynik stał w dziejowej karcie,
Książę Wellington nie miałby orderów,
Nie brałby pensji z rządowej skarbnicy,
Największej, jaką płacili Anglicy.
L
Lecz co tam! Boże, strzeż króla — w ogóle
Królów — bo nie Ty, to któż im pomoże?
Słyszę, jak ptaszek wywodzi, że króle
Niedługo muszą zdjąć ludom obrożę.
Licha kobyła wierzgnie, gdy nieczule
Woźnica grzbiet jej często batem porze;
Tym nawet, których spodliła niewola,
Sprzykrzy się w końcu hiobowa dola.
LI
Lud zrazu mruczy, potem klnie, a potem,
Jak Dawid z procy, rani wielkie głowy.
W ostateczności uzbraja się młotem,
Bronią rozpaczy, i wtedy gotowy
Bunt. Obawiam się, nie jednym nawrotem
Mieć go będziemy. Nie lubię domowej
Wojny, lecz widzę, że jedynie buntem
Hańba się ziemi wykorzeni z gruntem. —
LII
Jeśli nie pierwszy, zawsze w szykach przednich
Wstąpił don Juan na mur Izmaiła,
Jakby to należało do powszednich
Czynów młodzieńca — a z nim fryców siła,
Co się liczyli też do niepowszednich.
Gorączka sławy na skroś przepaliła
Tego wojaka z odwagą zacięcia
Pełną, z sercem lwa, a twarzą dziewczęcia.
LIII
On — on był tutaj, chłopaczek pieszczony
Na łanie pięknych kobiet, miękki, tkliwy;
Teraz na szańcu stał jak wyćwiczony
Mąż i był w ogniu jak — w raju szczęśliwy;
On, nienaganny nawet z owej strony,
Którą wskazuje Rousseau podejrzliwy:
„Patrz na kochanka wtedy, kiedy zdradza”.
Nie zdradzał nigdy. Zawsze wyższa władza
LIV
Burzy go porwie albo zawieruszy
Nieszczęście, gnając nieprzepartą falą.
On tam był, gdzie się każdy łańcuch kruszy,
Gryziony ogniem, kulami i stalą,
On — tak w jestestwie swoim pełen duszy,
Zniesiony losów gwałtem, co powalą
Najtęższych, na ten życia wbiegł manowiec,
Jak ostrogami kłuty wyścigowiec.
LV
Irytowały go wszystkie przeszkody
Niby dżokeja, gdy mu się najeży
W drodze podwójny płot, a Anglii młodej
Byt od ciężaru człowieka zależy
— Lżejszy bierze tor. Nie lubił niezgody
I rzezi, tak jak wszyscy, póki świeżej
Krwi nie poczują; lecz i wtedy jeszcze
Westchnie raz po raz i przejmą go dreszcze.
LVI
Generał Lascy, z którym było ślisko,
Wsparty posiłkiem tak niespodziewanym,
Kilkosecinnym, na pobojowisko
Jakby z dobrego księżyca zesłanym,
Witał Juana, stojącego blisko,
Ufny, że miasta dobędzie przed ranem;
A wziął go trafem nie za „Bezończyka”,
Jak mówi Pistol524 — lecz za „Inflantczyka”.
LVII
Lecz że przemawiał w niemieckim języku,
Juan mający może więcej wprawy
W chińskim, wzniósł jeno dłoń do kaszkieciku,
Gdyż wywnioskował, bądź co bądź, z postawy,
Wstąg czarnych, modrych i z orderów szyku
Na piersi, i z gwiazd, i ze szpady krwawej,
Z głosu, ze wzroku, co górnie spozierał,
Że to być musi co najmniej — generał.
LVIII
Pomiędzy dwoma, którzy się językiem
Różnią, dialog krótki. Zresztą w czasie
Bitwy i szturmu, kiedy krzyk za krzykiem
Przerywa mowę i zbrodnia spełnia się
Prędzej, nim słowo wypadnie przełykiem,
Kiedy w piekielnym łączą się hałasie
Przekleństwa, jęki, wycia, strzałów burza,
Pogawędka się zwykle nie przedłuża.
LIX
Więc co ja tutaj w dwu oktawach rzekłem,
Zapewne w jednej minucie się stało.
Lecz ta minuta drobna była piekłem,
Co w sobie wszystką okropność zebrało.
Nawet kartauny525 z swym echem przewlekłem
Cichnęły w zgiełku — i ptaszynę małą
Tyle byś pewnie słyszał, co armaty,
Tam, gdzie się w śmierci stykały dwa światy.
LX
Wzięto gród. O ty, sławo, wiecznie żywa!..
„Bóg stworzył ziemię, człowiek stworzył miasta”
Powiada Cowper — a mnie się odkrywa
Znaczenie słów. tych, kiedy mi wyrasta
Ze wspomnień Roma, Babilon, Niniwa
I inne, które mógłbym liczyć na sta.
Myślę, gdy widzę w gruzach grody, dwory,
Że wkrótce znowu zamieszkamy bory...
LXI
Najfortunniejszym z ludzi obok Sulli,
Co aż do śmierci pono był szczęśliwy,
Z wszystkich, co „w czepku” na świat się wykluli,
Był generał Boon526, kentucki myśliwy.
Używał tylko na niedźwiedzie kuli,
Na wilki, rysie — i niefrasobliwy
Z dala od świata spółczesnych zapasów,
Żył w mateczniku pradziewiczych lasów.
LXII
Zbrodnia nie zaszła tam; jej meta w progu
Puszcz; za to zdrowie płynęło obficie
W krainę znaną dotąd tylko Bogu.
Jeśli jej ludzie nie szukają, życie
Oddając za śmierć — w miastach — to z nałogu
Do tej gnuśności, na której pozbycie
Sił im nie staje. Śród dębów i sosen
Ów Boon żył przeszło dziewięćdziesiąt wiosen.
LXIII
A co ważniejsza: zostawił niekrwawe
Imię, o co źli kuszą się daremno.
Zostawił sławę — i to dobrą sławę,
Bez której chwała jest bajką karczemną;
Proste, naiwne serce, czyste, prawe,
Oszczerstwa nawet nie skażone ciemną
Plamą; bo dzieckiem był ten osiwiały
Mędrzec-pustelnik, „mąż z Rossu zdziczały”.
LXIV
Prawda, że uciekł nawet od rodaków,
Gdy się rozsiedli w jego lubym lesie,
I sto mil zbieżał, aby dojść do szlaków,
Gdzie już nie było ludzi, za to gdzie się
Pokój znajdował. (Należy do braków
Cywilizacji, że nieufność niesie).
Ale gdy spotka jednego człowieka,
To się nim zajmie i czule opieka527.
LXV
Żył niesamotny: wkoło niego dzieci
Łowów, gromadka młoda i wesoła;
Słońce im zawsze młodym światłem świeci,
Smutek ani miecz nie obrażą zgoła
Pogodnych oblicz, a krew nie zeszpeci
Czoła natury ni tych ludzi czoła.
W swobodnych gajach żyli, twory wolne,
Świeże jak potok albo kwiaty polne.
LXVI
Smukły wzrost, silne ramię, noga chyża,
Wywyższały ich nad karłów natury.
Swobodna dusza, zawsze jędrna, świeża,
Bo dom ich — lasy dziewicze i góry.
Nigdy duch nie mdlał widząc, że się zbliża
Choćby śmierć; z małpiej wyzuci natury
Wielkiego świata, prości, lecz nie dzicy,
Celnie, niezdarnie strzelali z rusznicy.
LXVII
W nocy mają sen, a praca w dzień biały,
Za przewodniczkę wesołość ich wodzi.
Nie są w zbyt wielkiej liczbie ni zbyt małej,
Więc się zepsucie między nich jak złodziej
Nie wsliźnie ani spoczynek zgnuśniały
Z przepychu łowcom obcego nie zrodzi.
Błogich — ale nie próżniaczych wywczasów528
Zażywa szczęsna gmina w państwie lasów,
XVIII
Pośród natury niejarzmionej, żyznej.
Cywilizacjo! Jakież z ciebie zyski?
I ze społeczeństw wielkich? Byt zgnilizny
Pełen, głód, wojna, despotów uciski,
Żądza wyższości, bat ojca ojczyzny,
Żołdak kradnący biednym strawę z miski,
Sceny z alkowy sześćdziesięcioletniej
Pani... nimi się zwycięstwo uświetni. —
LXIX
Do miasta wkroczył wśród gorących deszczy
Pierwszy batalion, potem drugi, trzeci;
Bagnet o szalblę dzwoni, ogień trzeszczy
Na dachach, matki jęczą, małych dzieci
Stadko do nieba o ratunek wrzeszczy,
Kłęby siarkowych dymów jak zamieci
Śnieżnej wgryzają się w oczy — zawzięty
Turek nie chce zdać ojcowizny świętej.
LXX
Kutuzów, ten sam, który (prawda, wsparty
Lodem i śniegiem) wypędzi Francuzów
I zapisze się sławnie w dziejów karty,
Teraz sam w bitwie nabawił się guzów.
Jowialny był to człowiek, stroił żarty
Nawet śród bitwy — serdeczny Kutuzów!
Śmiał się, chociaż śmierć nieraz widział z bliska;
Na Kutuzowa teraz przyszła kreska...
LXXI
Pierwszy zeskoczył do głębokiej fosy,
Tuż za nim skaczą sotnie grenadiera;
Padają ludzie w grząską krew jak kłosy,
On osobiście na szaniec się wdziera,
Lecz tu kres szczęścia naznaczyły losy
(Między innymi stratę Ribeaupierra
Miano opłakać), bo Turcy, po społu
Przypadłszy, wszystkich zepchnęli do dołu.
LXXII
Gdyby nie błędne kozaków oddziały,
Co tam wysiadły zniesione wzburzoną
Falą i w wielkim skłopotaniu stały
Nie wypełniwszy, co im polecono,
I zaszły wreszcie, gdy już był dzień biały,
Ku miejscu, co się im zdawało broną529,
Wielki Kutuzów nie byłby na świecie,
Padłby, gdzie padły wojsk jego dwie trzecie.
LXXIII
Owa więc garstka na mury się wdarła,
I mimochodem zdobywszy baterią530,
Gdy w Kutuzowie już nadzieja marła,
Gdy zaczął myśleć raz pierwszy „na serio”,
Wrota mu „Kilią” nazwane otwarła
I zakończyła biedaków mizerią.
Ci, stojąc dotąd w grzęzawie po kosty,
Jęli iść naprzód przez ciał żywych mosty.
LXXIV
Dońcy lub jeśli wolicie: kozaki
(Po obu nazwach czytelnicy trafią
Do sensu; nie ma w tym ważności takiej,
Gdy politykę znam i geografią),
Dońcy, nawykli do swojej kulbaki,
Nie obeznani za to z topografią
Twierdz, poszli jednak naprzód po ukazu
Wodza i wszyscy zginęli od razu.
LXXV
Kolumna, chociaż Turek plwał ołowiem
I stalą dział i rusznic, weszła na wał, —
Myśląc, że wyjdzie stamtąd z całym zdrowiem —
I łupem, bo już Turek się oddawał.
Ale się srodze zawiodła, albowiem
Pokazało się, że Turek udawał
I wpuścił ową kolumnę w głąb szańca,
A potem zagrał psom giaurom531 do tańca.
LXXVI
Gdy ich tak wzięta „z mańki” (co niezmiernie
Przykre jest dla wojsk i pewnych biskupów).
Przede dniem wszyscy zginęli mizernie,
Nie doczekawszy zwycięstwa i łupów,
Zmarli bez jęków, drgań, a jeszcze wiernie
Po śmierci służąc, most pokładli z trupów;
Po nich z połockim swoim batalionem
Przeszedł Jezuskoj marszem wytężonym.
LXXVII
Ten dzielny człowiek nasiekł mięsa wiele
Swoim pałaszem, lecz go nie mógł spożyć,
Bo go wtem jakiś Turek trupem ściele,
Na żaden sposób nie chcąc broni złożyć.
Wały zdobyte. Kwestią w krwawym dziele
Jest, która strona ma triumfu dożyć...
Każda piędź wzięta walką i rozpaczą,
Bo ci prą naprzód, ci puścić nie raczą.
LXXVIII
— Padło też wiele innych batalionów.
Tu kronikarza zdanie zacytuję:
Nie trzeba dawać za wiele patronów
Pułkowi, co się do szturmu gotuje,
Bo gdy wypada biec i użyć szponów
Bagnetu, on się wtedy rezerwuje,
I o swe cenne życie zbyt się bojąc,
Strzela w poważnej odległości stojąc. —
LXXIX
Brygada pod dowództwem generała
Meknopa (który padł przeszyty strzały532
Kilku, gdy pomoc mu nie nadbiegała)
Poszła z innymi odważnie na wały,
Kędy bateria kartaczami plwała.
Opór Turczynów był arcywspaniały,
Mimo to wzięto bastion, choć go bronił
Seraskier533, co się już na nogach słonił.
LXXX
Don Juan, Johnson oraz inni młodzi
Ofiarowali mu pokój zaszczytny,
Lecz seraskierom zdać broń — nie uchodzi,
Przynajmniej nie zda jej Turek tak bitny.
Zginął, ojczyzny patron i dobrodziej,
Męczennik wojny hardy i ambitny.
Anglik oficer, co się nań zamierzył,
By go wziąć żywcem, upadł i — już nie żył.
LXXXI
Bowiem seraskier, tak butnie wezwany,
W odpowiedź w łeb mu z pistoletu pali..
Zaraz i inni jęli na przemiany
Przelewać bigos z ołowiu i stali,
Środek leczniczy bardzo zalecany
Na niedokrwistość. Nikt się nie ocali.
Turków trzysta set na ziemi leżało,
Seraskier dostał pchnięć szesnaście w ciało.
LXXXII
Gród zdobywany tylko krok za krokiem;
Śmierć już pijana krwią, a jeszcze wszędzie
Wre bój, ostatnim serce drga podskokiem
W piersi tych, którym wkrótce bić nie będzie.
Wojna napasła się skonów widokiem,
Naturze zdaje zagłady narzędzie;
Z gorących kałuż wstają widma zbrodni
Jak z Nilu, kiedy słońce go zapłodni.
LXXXIII
Ruski oficer, kiedy szedł — a lśnił się
Krwią — po umarłych, poczuł się za piętę
Nagle złapany zębem, co mu wbił się,
Jak kielce węża ostre i zawzięte.
Próżno klął, szarpał, broczył, z bólu wił się,
Wył jak wilk w paści złapan na przynętę,
Ząb przejął mięso, dzierżąc z całej mocy
Z rozkoszną chucią jak bajeczni smocy.
LXXXIV
Umierający Turek, gdy na głowę
Wróg mu nastąpił, rozwarł zęby chciwie
I zwarłszy, w ścięgno zatopił je owe,
Które zwie stary poeta — właściwie
Nowy anatom — ścięgno Achillowe,
I nie popuścił łupu, póki żywie;
A nawet mówią (jeśli prawda), że kły
Jeszcze odcięty łeb za nogą wlekły.
LXXXV
Bądź co bądź, faktem jest, że wojak tęgi
Na całe życie był napiętnowany,
Bo Turek wbił kły w ciało jak obcęgi
I posłał wroga między weterany.
Nie mógł wyleczyć go chirurg, choć dzięgi534
Brał grube; większej przeto wart nagany
Niż głowa, co choć od karku odcięta,
Troskliwie swego trzymała pacjenta.
LXXXVI
Mówię, jak było. Prawdziwy poeta
Kłamstwa nie znosi ani stawia na nim
Gmachów; nie jest to sztuka i zaleta
Zrobić poezję myśli rozkiełzaniem
Wolniejszą niźli proza. Chyba że ta
Fikcja ma zwać się: poetyzowaniem,
Tym smakołykiem, na którym wieszcz łowi
Jako na wędę dusze szatanowi.
LXXXVII
Gród został wzięty, ale nie poddany. —
Ni jeden Turek nie zawołał: „Łaski!”
Choć krew płynęła jak Dunaj wezbrany,
Choć mu nad głową migotały szaszki,
Stał nieugięty i niezastrachany.
Próżno powietrze napełniają wrzaski
Zwycięzcy; z jękiem ginących obrońców
Jęk słychać jegrów, grenadierów, dońców.
LXXXVIII
Bagnet żga, szabla uwija się krzywa,
Życiem człowieka szafując rozrzutnie;
Jak kiedy jesień czerwone pozrywa
Liście, nagi las przegina się smutnie
I jęczy — tak ta twierdza nieszczęśliwa,
Kiedy straciła synów, dawniej butnie
Wznosząca czoło, padła z żalem wdowy
I matki niby dąb pięciowiekowy.
LXXXIX
Bardzo to smutne dzieje, lecz nie w porem
Się wybrał wszystko spisać w jednym tomie.
Nasz świat szeroki jest bogatym zbiorem:
Dobrego, złego, najgorszego, co mnie
Melancholicznym napełnia humorem. —
W jeden ton brząkać nudzi i renomie
Poety szkodzi. Ale cóż ja winien,
Że krew, krew płynie z ulic, z wałów, z rynien.
XC
„Orzeźwiającą jest rosą” śród owych
Zbrodni dobry czyn — jak brzmi frazes modny
Naszych dni słodkich, skromnych, judaszowych,
Mdłych jak lukrecja albo piernik miodny.
Niechże ochłodzi mój rym od działowych
Ogniów rozgrzany i niech tryśnie chłodny
Strumień na bitwę i jej błogie skutki;
Bez niej poemat mój byłby przykrótki.
XCI
U wziętej baszty śród setek żołnierzy
Krwawi stos kobiet, które tam zakłuli
Zdobywcy; chciały schronić się do wieży
I wpadły pod miecz. Oko się rozczuli
Na taki widok. Piękne jak maj świeży
Dziesięcioletnie dziewczę z lękiem tuli
Pierś dygocącą do nich i twarz kryje
Na łonie matki swej, co już nie żyje.
XCII
Z błyszczącym okiem i błyszczącą bronią
Dwaj dońcy biedną zgonili dziewczynę,
Przy nich się dzikie Syberii zapłonią
Bestie ze wstydu; by też odrobinę
Mieli litości! Wilcy nie tak gonią
Trwożliwe jagnię. — A komuż tu winę
przypisać? Ludzkiej naturze czy królom,
Co zostawiają litość błędnym kulom?
XCIII
Nad małą główką szable migotały,
Włosy się wzbiły dębem w tej katuszy,
Twarz skryła między umarłymi ciały,
Gdy Juan przybiegł, spojrzał, zadrżał w duszy...
Zmilczę, co wyrzekł, aby nie struchlały
Przypadkiem dobrze wychowane uszy;
Lecz im na karki spadł z siłą obucha,
Jedyna mowa, jakiej kozak słucha.
XCIV
Tego ciął w biodro, a temu rozszczepił
Kark; wyciem swoją opiewali szkodę,
Szli do chirurga, aby im zalepił
Szczerby, należną dzikości nagrodę.
Juana zapał na chwilę oślepił,
Lecz sytuację pojął wnet i młode
Dziewczę ze stosu trupów podjął grzecznie
— O mało, że w nim nie zasnęła wiecznie.
XCV
Strach jej krew zziębił, a na marmurowej
Twarzy strużka krwi świadczyła, jak losu,
Który się zwalił na drogie jej głowy,
Była też bliska. Odrzut tego ciosu,
Co zabił matkę, w wianek purpurowy
Ubrał jej czoło, śród trupów pokosu
Związek ostatni. Tak śmierci wyrwana,
Zwróciła duże oczy na Juana.
XCVI
Gdy zamienili ze sobą spojrzenia,
W jego się oku pięknym ujawniły:
Spółczucie, rozkosz, radość z ocalenia,
A przy tym wszystkim trwoga o los miłej
Branki, co jeszcze dziecinnego drżenia
Nie mogła stłumić; oczy jej świeciły
I wyglądała twarzyczka zemdlona,
Jak z alabastru waza oświecona.
XCVII
Biegł też Jan Johnson. Już nie powiem „Janek”,
Bo by to było zbyt gminne nazwanie
W majestatyczny ów, ponury ranek,
Gdy całe pułki szły na rozstrzelanie.
Wiódł sotnie z sobą — Bellony kochanek —
I wołał z dala: „Juanie, Juanie!
Trzymaj się, bracie. Bij, a dobrze wymierz,
Przysięgam, że nas nie minie Włodzimierz535.
XCVIII
Seraskier zbity na łeb; twierdza nasza;
Kamienny bastion tylko się nie wali;
Na piramidzie trupów siedzi Pasza
I ze spokojną flegmą fajkę pali,
Choć wkoło kule padają jak kasza.
Turcy już dużo naszych wystrzelali;
Wkoło bateryj trupy, a wciąż puszki536
Biją i ludzi strącają jak gruszki.
XCIX
Chodź żywo za mną”. — Don Juan odpowie:
„Muszę się dzieckiem tym zaopiekować;
Wiedz, że tak o nie dbam, jak o swe zdrowie.
Ale ją w miejsce bezpieczne przeprowadź,
To pójdę”. — John się poskrobał po głowie,
Podszedł i jął się scenie przypatrować.
„Biedna dziewczyna! — rzekł. — Trzeba w istocie
Pomóc jej, ale jak? jestem w kłopocie”.
C
Na to rzekł Juan: „W jakim bądź sposobie
Muszę ocalić to dziewczątko ładne.
Życzę jej zdrowia dłuższego niż tobie
I sobie.” Rzekł Jan: „Nie ręczę za żadne,
Ale przynajmniej zacnie legniesz w grobie”.
Rzekł Juan: „Co tam! Padnę czy nie padnę,
Wezmę to dziecko; gdy nie ma macierzy
Ani rodzica, więc do mnie należy”.
CI
Rzekł Johnson: „Chodźmy, chodźmy, czas ucieka.
Nie przeczę — bardzo ładna jest ta mała;
Te oczy! Wybierz: tam zwycięstwo czeka,
Tutaj czyn zacny; tu litość, tam chwała.
Czy słyszysz wrzawę, jak huczy z daleka?
Nie ma wymówki; zważ: pogromca działa...
Zostałbym z tobą — ale, mój Juanie,
Gdy wezmą wszystko, cóż nam pozostanie?”
CII
Nieporuszony stał Juan — a że go
Johnson polubił, choć w niedługim czasie,
Żołnierzy kilku wziął z oddziału swego,
Co nie zdradzali żyłki, swojej rasie
Właściwej. każąc: Jeśli się co złego
Dziewczęciu stanie, rozstrzela; a zasię
Jeżeli całą przywiodą i zdrową,
Pięćdziesiąt rubli da — czestnoje słowo.
CIII
Poza tym wszystkich łupów część godziwą
W tejże proporcji, co inni dostaną.
Tedy się Juan zgodził na to żniwo
Iść, choć im co krok ludzi zabijano
Z armat, na co nikt nie zważał — nie dziwo.
Nadzieją zysku już mieli rozgrzaną
Głowę, a dziś się dzieje, jak się działo:
Jednego żołdu rycerzom za mało.
CIV
Oto zwycięstwo! Oto ten, co z chwalbą
Najdoskonalszym zwie się bożym tworem.
Bóg go dziś pewnie zwie inaczej, żal bo
Mu, że się takim stał potworem...
Lecz do powieści: Tatarski chan albo
Sułtan — tak go tu nazywam z autorem,
Którego dobrą prozę mój rym kiepski
Oddaje — nie chciał się zdać, człowiek łebski.
CV
Z nim pięciu synów. — Ma tę poligamia
Wyższość, że wolno jej zuchów napłodzić;
Nie dba o kodeks, jak u nas bigamia.
Nie mógł się z myślą porażki pogodzić,
Póki w nim żyła odwaga. Nie mam ja
Chęci Achillów, Hektorów wywodzić
Na plac, lecz cnego, starego człowieka,
Co z dziećmi miasta broniąc, na śmierć czeka.
CVI
Wziąć go to sztuka. — Rycerska odwaga,
Gdy bohaterstwo widzi uciśnione,
To je ocalić pragnie i pomaga.
Żołnierz — stworzenie z półboga złożone,
Z półzwierza: raz jak morze, gdy je smaga
Burza, zły, to znów cichy. Dąb koronę
Nawet pochyla, gdy go wiatr poruszy,
Litość w najdzikszej odzywa się duszy.
CVII
Stary chan nie chciał być wzięty. Ze wzgardą
Warunki wszystkie odrzucał i szczerze
Siekł chrześcijańskie mięso, stojąc twardo;
Jak niegdyś szwedzki król Karol w Benderze.
Synowie także stawiali się hardo,
Więc się w żołnierstwie znów zbudziło zwierzę
I miłosierna ustała cierpliwość.
Ta cnota wielką posiada drażliwość.
CVIII
Ni na Juana i Johnsona baczy,
Co go językiem Wschodu najkwiecistszym
Proszą, aby się zachował inaczej,
Bo ich przymusi, że z sercem najczystszym
Zabiją dzisiaj człowieka w rozpaczy.
On ciął, jakby był teologii mistrzem,
Zachęcał swoich i ręką, i mową,
Niby woźnica szkapę nałogową.
CIX
Nawet śród walki jednym zamachnieniem
Lekko Johnsona drasnął i Juana.
Więc — jeden z klątwą, a drugi z westchnieniem,
Widząc szał, który ogarnął sułtana,
Podnieśli szable i całym brzemieniem
Roty na tego upartego pana
Oraz na jego chłopaki ogniste
Lunęli jak deszcz na pole piaszczyste,
CX
Co zwilża i schnie. Nareszcie przykryła
Śmierć oczy wszystkim. Jeden syn od kuli
Padł, szabla piersi drugiemu przebiła.
Najładniejszego bagnetem zakłuli,
Piąty, którego niewierna zrodziła
I był ułomny, więc nań w domu szczuli,
Gardząc biedakiem, tu jednak uronił
Życie dla ojca, który się zań płonił.
CXI
Najstarszy — Tatar z duszy i wejrzenia,
Wróg Nazarenów, tak srogi z natury,
Że go mógł prorok użyć do krzewienia
Wiary — nie marzył jak o pięknych huri,
Co ścielą łoże temu, który zmienia
Ziemię dla raju; a tak owe córy
Edenu umią537 wabić, że dokażą
Wszystkiego swoją urodziwą twarzą.
CXII
Na co młodego pożądały chana
W raju — zgadywać nie śmiem, piękne panie.
Wolą podobno krzepkiego młodziana
Niż suchych starców o zwiędłym kolanie,
Dlatego gdy po nocnej bitwie z rana
Pójdziesz oglądać trupy na majdanie,
Ujrzysz: na kilku leciwych żołnierzy
Wiele tysięcy młodych chłopców leży.
CXIII
Huri jest panną bardzo samolubną
I często żonom młodych mężów kradnie,
Nim w dniu wesela kwiatu szczęścia skubną;
Innych, gdy księżyc ich już z tuszy spadnie,
Innych w dwudziestą rocznicę poślubną,
Gdy do wolności westchną — co nieładnie.
Owóż: hurysa, lubiąca łakotki,
Chce pierwsza zerwać z drzewa owoc słodki.
CXIV
Więc z hurysami w głowie syn Nogaju,
Posiadacz czworga niewiast jak maliny,
Żwawo na boski ślub śpieszył do raju. —
Choć nasza wiara z tego stroi drwiny,
Powiem, że właśnie huri w owym kraju
Taką walk żądzę wpajają w Turczyny,
Jak gdyby rzeczą nie było powszednią,
Że nie ma siedmiu nieb, lecz spólne jedno.
CXV
W cudnym widzeniu wzrok mu się zamroczył;
Kiedy bagnetem ugodzony ginął,
Zawołał jeszcze: „Ałłah”, i już zoczył
Raj, jak się z mglistych swych zasłon odwinął
I jednostajnej wieczności otoczył
Blaskiem bez końca. On w tę jasność wpłynął,
Z prorokiem, huri, świętymi się złączył
W jeden rozkoszny chór i drgnął, i skończył.
CXVI
Ale oblicze mu się słodko śmieje. —
Dawno zapomniał hurys chan sędziwy;
W synach miał rozkosz swoję i nadzieję,
Bo rośli wokół niego jak oliwy.
Więc gdy obaczył, że i ten się chwieje
I jak podcięty dąb pada nieżywy,
Struchlał i zwrócił wzrok i twarzy bladość
Na swoją pierwszą i ostatnią radość.
CXVII
Gdy szablę spuścił, wciąż jeszcze gotowi
Byli żołnierze, widząc, jaki grał się
Dramat, mieć litość, jeśli pardon powie,
Nie „precz”, jak przedtem. Ale Turek zdał się
Nic nie spostrzegać i serce starcowi
Biło i dotąd niewzruszony — chwiał się,
Oczyma liczył martwych dzieci zwłoki,
Aż poznał, że jest sam jak świat szeroki...
CXVIII
Wziął go przelotny strach, nagle poskoczył
Śmiało jak młodzik spragniony wawrzynów,
A nieostrożnie jak motyl, gdy zoczył
Świecy zdradny blask — lufy karabinów
Porwał i w piersi całą mocą wtłoczył
Bagnety, które mu zabiły synów;
Spojrzał na swoich gromadkę kochaną
I wytchnął życie jedną wielką raną.
CXIX
I dziw powiedzieć, że ta znieczulona
Rota, co nie dba o płeć ani o wiek,
Widząc, jak leżąc pośród dzieci kona
Ten stary, bronią ich przebity człowiek,
Stała przejęta grozą, zawstydzona;
A chociaż łzami nie zwilżyli powiek
Ni oczu krwawych sczernionych płomieniem,
Uszanowali tę chwilę milczeniem. —
CXX
Jeden się jeszcze bastion nie poczytał
Za zwyciężony; tam spokojny pasza
Raz po raz ogniem napastników witał
I kazał swoim nie szczędzić pałasza.
Nareszcie zstąpił do armat i pytał:
„Co słychać? Czy już wzięta twierdza nasza?”
Gdy powiedziano: tak, do Rosjan agę538
Słał, że się podda, i dawną powagę
CXXI
Przybrał, a zanim wrócą, pod tę chwilę
Siedzi śród ruin i ogniem się poi
Ssanego z szyi wężowej nargile539...
— Podobnej sceny nie widziano w Troi! —
W marsowy spokój twarz przystroił mile,
Filozof, brodę głaszcze i ze swojej
Fajki wypuszcza krągłe dymu sztuki,
Jakby trzy życia miał, z trzema buńczuki.
CXXII
Izmaił wzięty. Choćby się chciał dalej
Bronić, to jakaż w wyniku różnica?
Opór odważnych twierdzy nie ocali.
Izmaił wzięty. Srebrny sierp księżyca
Upadł, na wieży już krzyż zatykali
Krwawy — nie zbawczą krwią. Parność przesyca
Powietrze. Łuny czerwonej szeroki
Blask się odbija w jeziorze posoki.
CXXIII
Wszystko, przed czym się myśl szlachetnych wzdrygnie,
Czym się bydlęcy człowiek kiedy skalał,
Co się czytało lub śniło w malignie,
Co by mógł zdziałać czart, gdyby oszalał,
Czego najśmielsze pióro nie doścignie,
Wszystko złe, którym szatan piekło zalał,
Wszystek grzech, którym człowiek świat bezcześci,
W tym jednym miejscu, w jednym dniu się zmieści.
CXXIV
Że gdzieś zaświta uczucie, a wreszcie
Żal, litość, z krwawych więzów się wywinie
Szlachetne serce; przepuści niewieście
Albo starcowi lub małej dziecinie,
Cóż to stanowi w zrujnowanym mieście,
Gdzie tysiąc węzłów krwi i serca ginie?
Patrz, lwie paryski, londyński bankierze,
Co wojna niesie twym nudom w ofierze!
CXXV
Kiedy przeglądasz gazeciarskie szmatki,
Nie wiesz, wiele się nieszczęść składa na nie.
Pomyśl, że chodzą po świecie wypadki:
Może też na cię wojna niespodzianie
Spaść — a tymczasem Castlereagh, podatki,
Długi niechaj ci zastąpią kazanie,
Czytaj w swym sercu i głodnych Erynu540
Karm Wellingtona liściami wawrzynu.
CXXVI
Lecz lud, co chce stać w wielkich ludów rzędzie,
Kraj kocha, gardzi rewoltą przebrzydłą,
Ma ideały, jakich nie pozbędzie.
Muzo, weźmij ich na polotne skrzydło,
Choć spustoszenia szarańcza obsiędzie
Łany. Do plonów lgnąc, głodu straszydło
Nie wniesie smutku na stół ojca ludów:
Eryn mrze, Jerzy waży dziesięć pudów. —
CXXVII
Tak to upadła świetność Izmaiła,
Potrzeba i mnie, abym skrzydła zwinął.
Toń rzeki łunę pożarów odbiła,
Krwią purpurową modry Dunaj spłynął.
Tu, ówdzie jeszcze dzika tłuszcza wyła
Śród jęków, lecz huk armat słabnął, ginął.
Kilkuset żyło z czterdziestu tysięcy
Obrońców; reszta nie jęczała więcej.
CXXVIII
A tu pochwalić muszę w jednym względzie
Zachowanie się rosyjskich żołnierzy;
Cnotę, która dziś nader cenna wszędzie,
Uznania kilka słów jej się należy.
Rzecz delikatna — i rym takim będzie...
Czy to chłód zimy, a lekkość odzieży,
Niewczasy, lichość strawy... coś się stało:
Wściągliwi, gwałtu zadawali mało.
CXXIX
Nasiekli dużo, kradli i palili,
Tu, owdzie wypadł także czyn drażliwej
Natury, lecz się wybryków chronili,
Do jakich skłonny Francuz bardzo żywy,
Gdy weźmie miasto. Nie widzę w tej chwili
Przyczyny — litość chyba lub dotkliwy
Mróz. Padło zatem ofiarą czterysta
Panien, a reszta pozostała czysta.
CXXX
Omyłki też się zdarzały w ciemnicy,
Z braku latarni lub delikatnego
Gustu; w grubej mgle trudno dojść różnicy
Wieku — a zresztą nie trzeba i tego:
Z pośpiechu błądzi się nawet przy świecy,
Co ma cnotliwą czystość strzec od złego,
Ogółem panien sześć, każda o sześci
Dziesiąt lat, zbyło swej dziewiczej cześci.
CXXXI
Lecz panująca była wstrzemięźliwość;
Więc wywołało to rozczarowanie
Dam, które czuły jakąś kłopotliwość,
Jakiś niedosyt życia w wolnym stanie,
I już gotowe były mieć cierpliwość,
Gdyby Bóg raczył zesłać pokaranie.
W gruncie z niknącą wstydliwością czuły,
Że najlepszy ślub — sabiński, bez stuły.
CXXXII
Słyszano także pomruki w gromadce,
Wdów jeszcze krzepkich, co się kryły w cienie
(Niestare wdowy są jak ptaki w klatce):
„Kiedyż, u licha, zacznie się gwałcenie?...”
Lecz śród rabunku i rzezi, jak w jatce,
Cielesna rozkosz jest w niewielkiej cenie.
Więc czy uciekły przed zniewagą — sądzę,
Że... że uciekły; może jednak błądzę.
CXXXIII
Zwycięzcą został na placu Suwarów,
Godny następca Dżengów i Timura.
Ledwie ucichły działa, a pożarów
Na dachach moszej541 zakwitła purpura,
Pisał do wielkiej następczyni carów
Depeszę jednym pociągnięciem pióra:
„Bogu, carycy sława. Razem, święty
Boże, imiona te!...) Izmaił wzięty”.
CXXXIV
Wyrazy nie mniej groźne jak płomienny
Napis ów, który Daniel odcyfrował:
Mane i Tekel, zniszczeniem brzemienny.
— Broń Boże, abym tu kaznodziejował.
Co czytał Daniel, to był rozkaz dzienny
Pana; a prorok z grozą nie żartował
I kłamstw nie zmyślał. Lecz ten najswobodniej
Składał rym — drugi Nero przy pochodni
CXXXV
Ogniów, pieśń z natchnień wojennej ekstazy.
Dziś jej nie śpiewa nikt, lecz zapomnianą
Nie będzie, bo ja, ja nauczę głazy,
Jak mają walczyć przeciwko tyranom.
Niech świat wie, czyśmy nie mieli odrazy
Do tronów; tę pieśń przyszłym ziemi panom
Przekażę; niech się dowiedzą, co przebył
Ten nasz glob, kiedy jeszcze wolny nie był.
CXXXVI
Nie nam dzień wielki. Wy go dożyjecie;
Ale że w waszym wieku doskonałym
Nikt nie uwierzy, że było na świecie
Tyle zła, więc wam na dowód spisałem.
Oby w niepamięć wpadło! Gdy stulecie
Wasze przeczyta, niechaj tym zdziczałym
Pogardę rzuci, jak dzikim plemionom,
Co się malują — lecz nie krwią czerwoną.
CXXXVII
Gdy wam ktoś będzie prawił o wielkości
Tronu i tego, co go sobą zdobił,
Spojrzycie, jak my na mamuta kości,
Dziwiąc się, co twór taki w świecie robił;
Spojrzycie, jak my na pozostałości
Egiptu, który hieroglify żłobił
Na piramidach, i pytać będziecie:
Do czego służył taki sprzęt na świecie?...
CXXXVIII
Słuchaczu miły! Wypełniłem swoje,
Przynajmniej to, com przyrzekł w pierwszej pieśni.
Miałeś miłości, podróże i boje;
Spisałem wszystko, a z epickiej cieśni
Nie wychodziłem, bo o prawdę stoję,
Toteż nie zmyślam jak moi rówieśni
I poprzednicy. Nieuczenie graję,
Czasem Apollo bandurkę mi daje,
CXXXIX
Na której brząkam, śmieję się i płaczę. —
Co się w przyszłości z bohaterem stanie
Tej wierszowanej zagadki, słuchacze
Wnet się dowiedzą. Teraz rozigranie
Szału uciszę, ukoję kartacze
Na gruzach miasta, bo mam oto w planie
Zrobić Juana oddawcą depeszy
Wodza, którą się Petersburg ucieszy.
CXL
Polecono mu zaszczytne zadanie,
Okazał bowiem odwagę i litość;
Ostatnią lubią nawet chrześcijanie,
Kiedy złożyli piekłu należytość
Złości. — Prócz tego otrzyma uznanie
Za kawalerską swą pieczołowitość,
W czym mu się większa nagroda zawiera.
Niż w zasługowym krzyżu Władymira.
CXLI
Sierotka poszła w świcie protektora;
To był dziś jej dom, ojczyzna, rodzina;
Jej drodzy, tak jak familia Hektora,
Zginęli w szturmie. Dzisiaj już ruina
Tam, gdzie ojcowski jej dworzec stał wczora
Z meczetu nigdy już śpiew muezina
Nie zabrzmi... — Juan łez kilka uronił,
Przysiągł pilnować córki — i pogonił.
Pieśń dziewiąta
I
O Wellingtonie542 — albo „Villaintonie543”!
Sława z dwu imion śpieszy wianek spleść ci.
Francuz nie zdzierżał mierzyć się na bronie,
Lecz kalamburem umiał wielkość zgnieść ci.
On wesół — nawet gdy mu nóż tkwi w łonie...
Pobierasz pensję i doznajesz cześci,
Od wielu wprawdzie nieposzanowanej...
— Ludzkość nie uzna sławy, zawołanej.
II
Pono z Kinnairdem w sprawie Marineta544
Podleś się obszedł; lecz nie chcę w plugactwie
Grzebać — gdzieś wyżej leży moja meta..
Toć nie ozdobi grobowca w opactwie
Westminstru; inne znam jeszcze sekreta,
Dobre dla plotek herbacianych w bractwie
Kumoszek; wiek twój wnet już będzie zerem,
Lecz sława młodym jeszcze bohaterem.
III
Żyjesz w Brytanii sercu (i szkatule);
Cała Europa śpieszy ci dziękować,
Że kulasowi naprawiłeś kule
Legitymizmu, gdy zaczął szwankować.
Francuz, Holender, Hiszpan patrzy czule,
Jak umiesz pięknie trony „restaurować”.
Twoim Waterloo cały świat się krzepi.
— Oby pochlebcy wierszowali lepiej!
IV
Jesteś „najlepszy z podrzynaczy”... Nie łaj! —
Wyraz stosowny i z Szekspira wzięty,
Wojna — to koncerz i pada na przełaj
Cnocie, chyba że broni sprawy świętej,
Chcesz-li być sławny ze szlachetnych dzieł... Aj!
Świat to oceni, nie świata regenty.
Pragnąłbym wiedzieć, kto prócz ciebie i twej
Szajki zysk odniósł z Waterloowej bitwy?...
V
Pochlebstw nie gadam. Już cię jak indyka
Spasiono nimi; lubisz je — nie dziwo,
Czy żywot w ciągłej rzezi się zamyka,
Temu się sprzykrzy ludzkich ciał mięsiwo,
I chętniej ody niż satyry łyka.
Chcesz być wielbiony za każdą szczęśliwą
Omyłkę! „Zbawco ludów” — niezbawionych;
„Swobodzicielu” — nieoswobodzonych!
VI
Skończyłem. — Idźże jeść ze złotej miski,
Którą cię cesarz brazylijski darzy,
A bądź litośny i porzuć ogryzki
Szyldwachom, co u bram stoją na straży,
Głodni — bili się — lecz nie dla nich zyski;
Na głód podobno lud się także skarży...
Słuszna, abyś miał swoją część, nie przeczę,
Lecz narodowi daj trochę... człowiecze!
VII
Ganić cię nie chcę. Wyższy nad nagany
Jest taki wielki mąż jak ty, mój Książę!
A Cyncynnata545 czyn, co to Rzymiany
Wodził, z historią naszą się nie wiąże,
Lubisz kartofle — sercem im oddany
Każdy Irlandczyk; lecz z różnicą tą, że
Pięćset tysięcy dochodu z twych włości,
O... zbyt za wiele. — Mówię to bez złości.
VIII
Wielcy się ludzie nigdy nie bogacą.
Epaminondas546 Teby oswobodził,
Zmarł, a nie było go pochować za co.
Washingtonowi chór tylko nagrodził
Naokół brzmiącej sławy. Sławny pracą
Ekonomiczną też się nie wyrodził
Pitt. Mądrą ministerialną głową
Darmo zrujnował Anglię finansowo.
IX
Kto karygodniej chwilę stracił, zużyć
Mogąc — nad ciebie i Napoleona?
Twa szabla zdolna była trony zburzyć
I już na wieki być błogosławiona,
A tak, czym zwie ją świat? Mam ci powtórzyć?
Dziś, gdy przycichła gromada spodlona,
Idź, zajrzyj w głodem zniszczone dziedziny,
Słuchaj, co mówi świat — i klnij wawrzyny!
X
Dziś, gdy pieśń moja dział odgłosem huczy,
Trzeba mi prawdę otwartą wyjawić,
Której cię żaden dziennik nie nauczy,
A którą winna raz usłyszeć gawiedź,
Co się krwią naszą i długami tuczy.
Żołdu nie żądam, więc mi wolno prawić,
Co chcę. Zdziałałeś wiele, choć sam mały.
Przez karła zginął olbrzym — z nim świat cały.
XI
Śmierć się uśmiecha. Spojrzyj na te gnaty.
Człowiek upatrzył w nich ową nieznaną
Rzecz, co jak słońce w mrok pogrąża światy,
Aby gdzie indziej nowe stworzyć rano;
Ty płaczesz, ona zaś z każdej się straty
Śmieje. Patrz na tę broń, którą kościaną
Dłonią swą trzyma. Zgrozą włos się jeży,
Kiedy tak zęby z ust bezwargich szczerzy.
XII
Jak to z wszystkiego drwi! A przecież była,
Czym ty dziś jesteś. Od ucha do ucha
Ust nie otwiera wprawdzie, bo straciła
Uszu powłokę; równie też jest głucha,
Ale się śmieje; bo kiedy mogiła
Pozbawi tego drogiego kożucha,
Zwanego skórą, jakiejkolwiek barwy,
Zaraz się uśmiech zjawia — jak spod larwy547.
XIII
Śmierć się więc śmieje. Smutne to jest śmianie,
Ale już tak jest. — Czemuż się nie godzi
Człek na doczesność, czemu nie przestanie
Marzyć i w nicość bytu nie ugodzi
Śmiechem? Wszakże byt, jak na oceanie
Bańka, jest bańką na wieków powodzi,
Co iskrę chłonie tak jak słońc ogromy,
Lata jak chwile, światy jak atomy.
XIV
„Być — albo nie być? Oto mi pytanie” —
Powiada Szekspir, co jest dzisiaj modny.
Na Hefestiona mnie już dziś nie stanie,
Nie jestem sławy abstrakcyjnej głodny.
Wolę ja swoją strawność w skromnym stanie
Niż cesarskiego548 raka. Choćbym płodny
Był we zwycięstwa, przynoszące chwałę
Lub wstyd, cóż po nich, gdy zdrowie nietrwałe?
XV
„O dura ilia messorum” — „O trzewa549
Wytrwałe żeńców”. — Wiersz, czerpan ze zdroju
Mądrości, temu niech służy, co miewa
Często niestrawność, następstwo rozstroju,
Co to w wątrobę cały Styks przelewa.
Majątek lorda wart chłopskiego znoju:
Ten się dla chleba, ów dla złota trudzi,
Lecz kto śpi smacznie, najszczęśliwszy z ludzi.
XVI
„Być albo nie być”. — Nim się na coś zgodzę,
Co „być” oznacza, raczcie mi powiedzieć.
Zbyt rozpuszczamy spekulacji wodze
Myśląc, że widzieć, to jest wszystko wiedzieć
Ja tam na żadną stronę nie przechodzę;
Muszą się naprzód te kwestie zasiedzieć
Nieustalone. Myślę czasem: życie
Jest śmierć — nie sprawa płuc, jak rozumiecie.
XVII
„Que sais-je?” „Czy ja wiem?” To było Montaigne’a550
Najmilsze motto i akademików.
Że niepewnymi są wszystkie wierzenia,
Najoczywistszy ze wszystkich pewników.
Zaiste wiele dla uspokojenia
Duszy zdziałałaby pewność wyników
Wiedzy. Lecz mało tak o przyrodzeniu551
Wiemy — iż wątpię o samym wątpieniu.
XVIII
Miło z Pirronem w rozigrania chwili
Przepływać błędnej spekulacji szlaki,
Lecz co, jeżeli łódka się przechyli?...
Mędrcy, jak wiecie — nietęgie pływaki,
Zresztą pływanie po bezdniach — wysili.
Najlepiej przeto, jeśli byle jaki
Pływak po piasku u brzegu się śliźnie
I ładne muszle zbiera — na mieliźnie.
XIX
„Niebo nad każdym!” — Cassio552 tak powiada.
Dosyć, módlmy się. Niech każdy pamięta
Wybawić duszę, przeklętą pradziada
Grzechem, co wtrącił ludzi i zwierzęta,
Ptactwo, ryby w grób. „Ptak z dachu nie spada
Bez Opatrzności”. Co winne ptaszęta,
Ja nie wiem; może który siadł na drzewie,
Z tego jabłko smakowało Ewie?...
XX
Bogowie wieczni! Co jest teogonia?
Człecze śmiertelny! Co zwiesz filantropią?
Światy zginione! Co jest kosmogonia? —
Ktoś tam oskarżył mnie o mizantropią.
Co owo słowo znaczy — bij mię w skroń — ja
Nie wiem ani też zgadnę. Likantropią
Jeszcze — pojmuję. Choć bez przekształcenia
Człowiek się w wilka lada kiedy zmienia.
XXI
Jam się obchodził z ludźmi najżyczliwiej,
Talk jak Melanchton553 albo Mojżesz, którzy
Nie byli nigdy rozmyślnie złośliwi.
A gdy krew żywą uczucie podburzy
We mnie lub nerwy, to wnet pobłażliwiej
Sądzę i gniew mój sam sobą się nuży,
Przecz554 mizantropem mnie zwą? Chyba przez to,
Że mnie nie cierpią, nie ja ich. — Lecz metą
XXII
Naszą miała być stolica. To moje
Poema zda mi się dobre w strukturze
I treści, lecz że jeszcze dziś oboje
Niezrozumiane, szczęścia mu nie wróżę;
Prawda odzyska z czasem prawa swoje
I ukaże się w pysznej pozyturze,
Zwycięska; ale nim zapory pękną,
Sam poniewierkę jej czuję i piękno.
XXIII
Mój heros — a i wasz sądzę — z ukropów
Walki pośpieszał ku bramie stołecznej
Nieśmiertelnego Piotra gładkich chłopów.
(Lud to nie tyle sprytny jak waleczny).
Na kraj ów spada pochlebstwo ze stropów
Nawet fernejskich i to mnie w serdeczny
Pogrąża smutek. Jestem autokratą,
Nie dzikim wprawdzie, lecz surowym za to.
XXIV
I będę rąbał słowem — gdy los zdarzy,
Czynem — tych wszystkich, których spotkam w walce —
Z prawdą. Najohydniejsi z adwersarzy
Prawdy są u mnie tyrani i chwalce.
Nie wiem, kto wygra; lecz chociażbym w twarzy
Przyszłości czytał, to podnoszę palce
Przysięgą: zawszem nienawidzić gotów,
W jakim bądź kraju i czasie — despotów.
XXV
Bynajmniej nie chcę tym ludowi kadzić.
Prócz mnie jest jeszcze niedowiarków wiele
I demagogów, co wszystkie chcą zgładzić
Dzwonnice, swoje stawiając na czele.
Czy ich sceptycyzm ma piekłu sprowadzić
Radość, jak w rzymskim głoszono kościele,
Nie wiem. Ja czekam wyzwolenia świata
Z wielkich ucisków ciemnoty i bata.
XXVI
Wynik stąd taki, że gdy nie należę
Do żadnej partii, wszystkie zrażam. Co tam!
Mogę przynajmniej mówić śmiało, szczerze
Ni się jak marny proch z wiatrem nie miotam.
Kto do wygrania nic nie ma, nie bierze
Kości do ręki. Ja ludzi nie motam,
Sam wolny; trzymam się też zawsze z dala
Od ludzi z głosem służalczym szakala.
XXVII
Ta metafora stanie w lepszych rzędzie.
Słyszałem kiedyś na Efezu strupie.
Ich nocne wycie. Tak żołdactwo wszędzie
W niskich usługach siły — węszy trupie
Ścierwo, które pan, nie ono posiędzie.
Jak bądź, szakale są jeszcze niegłupie
Sługi lwów; większym przejmuje mię wstrętem
Człowiek, pająków co jest intendentem.
XXVIII
Raz podnieść ramię, a ta sieć krzyżowa
Pryśnie, zaś bez niej już jady i szpony
Niezdolne szkodzić. Rozważ moje słowa,
Ludu lub raczej ludy; czas stracony
To śmierć, bo coraz szerzej siatkę snowa
Krzyżak. Więc razem naprzód, do obrony!
Dziś tylko pszczoła attycka i mucha
Hiszpańska dźwięku trąb rokoszan słucha. —
XXIX
Don Juan w chwale, wyniesionej z ryku
Armat i rusznic, odnosił depeszę,
W której mówiono o krwi jak o mleku.
Tam trupy leżą jak słoma na strzesze,
Niby pokosy leżą — szyk na szyku.
Ludy stoczyły bitwę ku uciesze
Carowej; dla niej to był bój koguci —
Jej kogut właśnie z triumfem powróci.
XXX
Juan gnał, zgięty we wnętrzu kibitki
(Przeklęcie ciasny wózek bez resorów,
Gorszy, niż nasze dzisiaj mają Żydki);
Myślał o sławie, o przepychu dworów,
Czynach swych śród krwi, w której brnął po łydki,
Życzył, by koń miał, jak Pegaz, u szorów
Skrzydła — przynajmniej by wóz miał siedzenie
Mniej twarde i mniej stukał o kamienie.
XXXI
Z każdym podskokiem — a było ich dużo —
W wylękłej branki patrzał oczu dwoje,
Strapiony, że ją zamęczy podróżą
Na podłych drogach, gdzie głazy, wyboje...
Nie dziw: Natura ma nad nimi stróżą,
Co kamieniarzem nie jest i ma swoje
Drogi za dobre, swobodne dzierżawy
Boga: pastwiska, lasy, rzeki, stawy.
XXXII
Czynszu nie płaci do niczyjej kasy
I może zwać się: „bogiem naszej ery”,
Wielkim dzierżawcą. Dziś mało z tej rasy
Zostało; spadły państwowe papiery,
Wielcy też spadli nisko... ciężkie czasy!
Dzierżawcy z piekieł nie wyrwą Cerery555:
Jak Bonaparte legła... To przeraża,
Nieprawdaż? — z owsem porównać cesarza!
XXXIII
Juan obracał wzrok na piękne dziecię,
Które ocalił i zabrał w zdobyczy. —
Wy, co posągi ludzką krwią lepicie,
Jak na niestrawność chory rozbójniczy
Nadir556, co zniszczył Indie i by życie
Mogoła w nędznej podtrzymać goryczy,
Posłał mu kawy filiżankę — zdzierca!
Sam pasł się krótko — zakłuł go morderca.
XXXIV
Wy, ty, on, ona, pomnijcie: kto drobne
Życie ocalił, zwłaszcza takie śliczne,
Zachowa o tym wspomnienie dogrobne,
Milsze niż wstęgi i wawrzyny liczne,
Z ludzkiego kału wzrosłe; chociaż zdobne
Chwałą, chociaż je lutnie pindaryczne
Wysławią, jeśli serce nie przydawa
Harmonii, kocią muzyką jest sława.
XXXV
O ty, autorów stujęzycznych zgrajo!
O wy, codziennych pism płatne pisarki,
Których gadania nas pouczać mają!
Wy, co twierdzicie, kupieni podarki557
Rządu, że długi nas nie zabijają,
Albo też, dworskie wylizując garki,
Podłym językiem szukacie dochodu,
Pisząc o klęsce krajowego głodu!
XXXVI
O autorowie wielcy!... Cóż to chciałem
Powiedzieć — ach, ach, zapomniałem w gniewie
(Wada ta bywa i mędrców udziałem);
Oto pragnąłem przygasić zarzewie
Buntu w ojczyźnie, ale choć z zapałem
Mówiłbym, głupi, co korzystne, nie wie;
Więc to mnie jedno od żalu uchowa...
Szkoda, bo rada była bardzo zdrowa.
XXXVII
Co tam! Znajdzie się jej kształt odkopany,
Jak inne światów poprzednich wywłoki,
Gdy nasz glob będzie zmarły, pogrzebany,
Skruszony, zbity na obadwa boki
I uprażony, i przenicowany,
Tak jak każdy świat poprzedniej epoki,
Co wstał z chaosu, wrócił do chaosu. —
„I my doznamy podobnego losu” —
XXXVIII
Powiada Cuvier. Nowe pokolenia
Obaczą z ruin wstający świat stary
I jakieś, dobywające się z cienia,
Mistyczne istot zaginionych mary,
Jak te, które dziś tradycja wymienia,
Olbrzymy, straszne Tytany, poczwary,
Wysokie sto stóp, jeśli już nie milę,
Mamuty, smoki, ptako-krokodyle.
XXXIX
Ach! Gdy się Jerzy IV z nich wyłoni!
Jakże się ludzie będą dziwowali,
Czym się zwierz taki duży żywił. Oni
Sami naówczas będą bardzo mali.
Za często rodząc, świat wreszcie poroni
Karły — w tym stopniu pójdzie coraz dalej,
Materia bowiem utraci na sile.
— Człowiek robakiem jest w globów mogile.
XL
Te młode ludy, wygnane na nowo
Z nowego raju, będą zagrożony
Byt ręką bronić musiały i głową;
Siać, żąć, mleć, pługi zaciągać i brony,
Aż się znów sztuki wyrobią stopniowo,
Zwłaszcza podatki i wojny. Jak ony
Z dziwem na każdy patrzeć będą szczątek,
W jakimś muzeum spleśniałych pamiątek.
XLI
W metafizykę popadam — źle będzie!
„Czas wyszedł z karbów swoich”, a ja za nim.
Nie hamuję się w dydaktycznym pędzie,
Miast bawić — nudzę was moim gderaniem,
Tworzę bezwiednie; myśl się z myśli przędzie,
I to nazywam „poetyzowaniem”.
Nie kalkuluję jak myślący zdrowo
Ludzie, gdzie rzucić jaki zwrot lub słowo.
XLII
Błąkam się, myśli mimochodem łapię,
Zrzędzę, gawędzę i tak czas się dłuży.
Juan więc pędzi. Trójka koni chrapie,
Po pustym stepie huczą na kształt burzy.
Lecz nie chcę stawać przy każdym etapie;
Mamy już tyle opisów podróży!
Wyobraź sobie, że już jest w stolicy,
Jedzie po śniegiem bielonej ulicy.
XLIII
Przedstaw go sobie w szkarłatnym mundurze,
Z czarnym wyłogiem, z puszkiem białej kitki
Na kapeluszu, dmącej się jak w burzę
Żagiel; tak wchodzi w cesarskie przybytki.
Spodnie z żółtego kaszmiru, papuże,
W białą pończochę ustrojone łydki,
Nie pomarszczoną, gładką jak śmietana —
Jedwab podnosi wdzięk łydek młodziana.
XLIV
Z pirogiem w ręku, szpadką u goleni,
Świetny młodością, sławą — a i krawca
Sztuką (Brzydotę na piękność zamieni
Cięciem swych nożyc ten kalectw naprawca;
Natura wobec sztuki się rumieni.
Szkoda, że sztuka skuwa jak oprawca
W dyby). — Kto ujrzy mego bohatera,
Pomyśli: Eros zmienion w kanoniera.
XLV
Przepaska bożka stała się krawatem,
Ulotne skrzydła przeszły w epolety;
Więc kołczan skurczył się w pochwę, a za tym
Strzałki w miecz przeszły ostry jak lancety;
Zdradny łuk stał się pirogiem rogatym,
A on sam — prosto Eros; więc kobiety
Mogły się zmylić; nawet Psyche skora
Byłaby wziąć go błędnie za Amora.
XLVI
Słupieje z dziwu dwór, szepcą frajliny558,
Ona uśmiecha się; czoło fałduje
Wielki faworyt (kto był tej godziny
Tym dostojnikiem, gdyż wielu wstępuje,
A potem spada ze stromej wyżyny,
Odkąd carowa sama tron piastuje
Piotrowy — nie wiem; każdy — chłop ogromny;
Patagon przy nich to chudziaszek skromny).
XLVII
Juan, przeciwnie, był smukły i drobny,
Zarost mu gładkiej twarzy nie ubierał;
Lecz zdał się cały tak w siły zasobny,
A zwłaszcza w oku tak się duch rozpierał,
Że choć był tylko szczupły, a nadobny
Jak Seraf, przez mdłe559 ciało mąż przezierał;
Zresztą kobiety lubią w gachach zmiany.
— Ostatni tylko co był pogrzebany...
XLVIII
Przeląkł się tedy Jermołów, Momonów
I Zubów — resztę odsunę na stronę —
Że w sercu, które na miłość milionów
Wiernopoddańczych było otworzone,
Znów płomień buchnął; myśl, co na kształt dzwonów
Wstrząsnąć zdołała zaniepokojone
Serce człowieka, który w borealnej560
Tej ziemi urząd dzierżył „oficjalny”.
XLIX
Chcecie-li wiedzieć, jaka się w tym słowie
Dyplomatycznym treść tajemna mieści?
Proście, niech markiz Londonderry powie
Orację; z mowy, co jak liść szeleści
Skłębiony, z dźwięków próżnych jak pustkowie,
Których lud słucha, choć nie pojmie treści,
Może wyłuska kto mądry niemądrą
Łupinę i z niej marne wyjmie jądro...
L
Lecz sądzę, że się wytłumaczę gładko,
Choć nie wykradnę głosu tej gadzinie,
Sfinksowi, co to w słowach jest zagadką,
Ale ją za to rozwiązuje w czynie,
Poczwarze, co jest piramid sąsiadką,
Rynnie, przez którą krew i woda płynie:
Castlereaghowi. — Tu dla zmiany wplotę
Krótką i bardzo lekką anegdotę:
LI
Angielska dama raz Włoszkę zagadnie,
Jaki jest czynny obowiązek owej
Istoty, co tak czule i przykładnie
Koło zamężnej krąży białogłowy
I cicisbeo561 zwie się i tak snadnie562,
Jako Pigmalion ożywiać gotowy
Posągi. — Gdy tak przemówiła do niej,
Włoszka odrzekła: „Zgadnąć nikt nie broni”.
LII
I ja zgadywać najmniej wam nie bronię,
O pobłażliwe prosząc tłumaczenie
Skwapliwych usług świadczonych koronie.
Była to jedna z posad, wyższa w cenie,
Niżeli w randze; zabiegali o nią
Najwyżsi; toteż zaniepokojenie
Zbudził młodzika atak do fortecy;
Aż dotąd brał ją, kto miał tęższe plecy.
LIII
Juan, jak rzekłem, był chłopiec przystojny
I wcale jeszcze nie stracił wyglądu
Parysowego563 (mimo niespokojny
Żywot, przygody i z morza, i z lądu),
Co spowodował upadek dostojnej
Troi, a potem utworzenie sądu
Dla spraw małżeńskich. Rozwód, państwo moi,
Jest taki stary jak wieżyce Troi.
LIV
A Katarzyna, pani wszystkolubna,
Co po nielubym małżonku lubiła
(Rzecz zdaniem niewiast delikatnych zgubna)
Zwłaszcza gigantów — przecież w sercu kryła
Czulsze uczucia; żywota jej chlubna
Karta — to Łanskoj; łez po nim roniła
Prawdziwych całe zdroje i cysterny,
Jakkolwiek był zeń grenadyjer mierny.
LV
O teterrima causa wszystkiej belli564,
Bramo tajemna śmierci i żywota,
W której tak zginiem, jak my się poczęli! —
Warto obaczyć duszę, gdy się miota
W twojej wieczystej, prześwieżej kąpieli...
Jak człowiek upadł — nie wiem, bo niecnota
Wąż zerwał jabłko z drzewa „wiadomości”.
Dziś stałym trybem dzieje się najprościej.
LVI
Zwą cię „najgorszą wszech wojen przyczyną”,
Ja cię najlepszą zwę. W wiecznej podróży
Ludy wychodzą z ciebie, w tobie giną.
Czemu cię nie ma wezwać człek, gdy burzy
Miasta i światy, skoro ledwie miną,
Ty znów napełniasz świat mały i duży.
Bez ciebie wszystek ruch, jak zegar, stanie,
Ty suchych lądów życia oceanie!
LVII
Carowa, która cała była wielką
Treścią tych przyczyn wojny i przymierza
(Miłość — jest wszystkich rzeczy rodzicielką),
Ucieszyła się ujrzawszy rycerza
Z takim błyszczącym okiem i szabelką.
Wiktoria565 wiała jemu od pancerza,
A kiedy ukląkł, to wpatrzona cała
W dziwo, treść pisma zbadać zapomniała.
LVIII
Uprzytomniwszy, że jest cesarzową,
Co nie niweczy natury niewieściej
(Kobietą była w trzech czwartych), woskową
Pieczęć rozdarła. Dwór szmerem szeleści.
Dwór pojmie każdy ruch, spojrzenie, słowo;
Aż im królewska pogoda obwieści
Pokój na cały dzień. Twarz jej przytłusta,
Lecz pańska; piękne oczy, wdzięczne usta.
LIX
Radość! — bo naprzód: spełnione zamysły,
Gród wzięty, trupów tysięcy trzydzieści.
Chwała i triumf na twarz jej wytrysły
Jak słońce, kiedy ziemi dzień obwieści.
Ambicja duszę nasyca przez zmysły
Jak deszcz, gdy wargi puszcz spieczonych pieści
Wilgocią — próżno! — Sahara wypije
Chmurę, ambicja krwią swe ręce myje.
LX
Druga uciecha nosi milsze znamię:
Śmieje się w myśli, że dzik wiersze pisze
I w jednym krótkim, ciemnym epigramie
Tysiące chowa jak w grobową niszę.
A trzecia czysto kobieca, więc ta mnie
Trochę ugłaska i krew ukołysze
Wzburzoną na myśl, że król wojną szczuje
Na ludzi, wódz żga, a potem błaznuje.
LXI
Dwie pierwsze zwykłą drogą przebieżały
Z oczu na usta, i wnet się też oczy
Całego dworu błogo roześmiały
Jak zwiędłe kwiaty, kiedy je deszcz zmoczy,
Aż gdy spojrzała na zwiastuna chwały,
(A na młodzieńców nigdy się nie boczy,
Widzi ich chętnie jak depesze świeże),
Uśmiechnęła się; dwór uszyma strzyże.
LXII
Choć zbyt rozkwitła, pulchna i zażyła,
Groźna, kiedy zła, za to w pokojowych
Chwilach wspaniała postać, zwłaszcza miła
Ciał wielbicielom dojrzałych, rasowych.
Lecz taka, gdy raz komu powierzyła
Kapitał, każe się z kupidynowych
Weksli na termin sumiennie rachować,
Nie pozwalając nigdy dyskontować.
LXIII
Chociaż w miłości folga — rzecz wygodna,
Tu się obeszło bez folg i przestanków;
Carowa była luba i łagodna,
Dobra jak dla swych pasterka baranków.
Gdy wartość pozna czyjąś, już mu miodna
Ambrozja ciecze nieustannie z dzbanków
Szczęścia; choć robi wdowami narody,
Nie jest jej wstrętny sam mąż, zwłaszcza młody.
LXIV
Mężczyzna — dziwny to twór; białogłowa
Jeszcze dziwniejszy. Jej głowa: powietrzna
Trąba, a reszta: głęboka, wirowa
Otchłań, zdradliwa, wabna, niebezpieczna.
Dziewka, mężatka, matka albo wdowa,
Zawszę ta sama — jak wiatr niestateczna,
Inaczej pragnie, a inaczej działa;
Rzecz zawsze nowa, choć tak przestarzała!
LXV
Och! Katarzyno, ach! (myślałem dwa dni
Nad wykrzyknikiem, wreszcie uczuć wzdęcie
Stworzyło och! ach!) Jak to trudno składni
Dopatrzyć w myśli człowieczych odmęcie.
Lecz twoje na trzy podzielić najskładniej:
Najprzód cię bawi Izmaiłu wzięcie,
Po drugie: dzielne rycerstwo cię cieszy,
Po trzecie: piękny oddawca depeszy.
LXVI
Szekspir powiada, jak poseł Merkury
Leciał ku „niebo całującej górze”.
Podobny obraz mglił się w mózgu córy
Książąt, gdy przed nią kląkł ten żak w purpurze.
Ciężko jest wspinać się na Babie Góry,
„Wspinanie” może odbić się na skórze,
W tym szkopuł; jednak przy zdrowiu kwitnącym
Każdy jest całus „niebo całującym”.
LXVII
On spojrzał w górę, a z góry carowa
I rozkochali się; ona w tej twarzy,
W tym wdzięku i w tym „czymś”. — Kupidynowa
Czara z miejsca cię, jak ogień, rozparzy
I rychlej po niej zawróci się głowa
Niż po butelce najtęższych aliaży566.
Wiadomo: oczu rozkochanych dwoje
Prócz łez wysuszą wszystkie życia zdroje. —
LXVIII
Jego też tknęła miłość; jeśli nie ta
Wzniosła, to niemniej silna — miłość własna,
Która powstaje, gdy jaka kobieta
Wyższa: śpiewaczka, tancerka lub jasna
Pani, nowego sezonu kometa,
Raczy się zniżyć i choć chwilę nas na
Szczęśliwców zmienia, dowodząc tym czynem,
Że górujemy czymś nad prostym gminem.
LXIX
Juan był właśnie w tej szczęśliwej porze
Życia, kiedy się nie żąda metryki
Od dam, odważnie, jak Daniel w lwiej norze,
Wystawia czoło zachciankom podwiki
I chce się słońce swe w najbliższe morze
Zatopić, aby żar ochłodzić dziki,
Jak Febus567, który co wieczora tonie
W przesolonego Oceanu łonie.
LXX
Lecz Katarzyna (kłamać nie mam celu),
Choć sangwiniczna, była z tych ziemianek,
Których namiętna chuć nie jest bez wielu
Powabów. Królem jest dla nich kochanek,
Według jednego skrojony modelu
Mąż, bez pierścionka i innych cacanek,
Co najprzykrzejszą są przyprawą stadła.
Słowem — owoce bez łupiny jadła.
LXXI
Dodaj wiek, w którym najmocniej igrają
Żądze płci; oczy niebieskie czy szare.
Ostatnie, jeśli duszą przeświecają,
To najpiękniejsze oczy — na mą wiarę.
Maria ze Szkocji, Napoleon dają
Takiej piękności świadectwo i miarę.
Co o Palladzie568 piszą tak szeroko,
Kłamstwo; za mądra, by być „modrooką”.
LXXII
Pełność form, uśmiech i te powłóczyste
Oczy, królewska słodycz, pańska mina,
Intencje w jego wyborze snadź czyste,
Boć rozroślejszych przekłada dziewczyna
Nawet; te wdzięki jak owoc soczyste,
Że się już więcej nad to nie wspomina,
Każda z tych zalet, jeśli już na sumę
Nie patrzał, mogły wzbić młodzika w dumę.
LXXIII
A mogły wzbić go. Miłość jest próżnością
I samolubstwem w poczęciu i skonie,
Wyjąwszy, gdy jest szałem i pięknością.
Da się ogarnąć tym ogniem, co płonie
Jak wulkan i jest marą i nicością,
Ale namiętność spali i pochłonie.
Dlatego słusznie w filozofii Greków
Miłość jest źródłem i macierzą wieków.
LXXIV
Obok miłości platońskiej, miłości
Boga, kochanki, a z faktów porządku
Małżonki (tu rym przypada na „mdłości”...
Rym to flis, który wbrew prądom rozsądku
Płynie; rozsądek nie zawsze tam gości,
Gdzie rymy dźwięczą, bo nic bez wyjątku),
Więc obok uczuć, zwanych mianem ścisłem
Miłości, są też rzeczy zwane: zmysłem.
LXXV
To serc pukanie, ta chęć wyskoczenia
Ze skóry, aby prędzej do swej miłej
Zlecieć bogini (już to bez wątpienia
Wszystkie kobiety nimi są — lub były);
Ciekawe chwile febrycznego drżenia,
Co drogę tęsknych pragnień wymościły;
Jak dziwny sposób ten i jak jedyny
Zamykania dusz w formie z nędznej gliny.
LXXVI
Najzacniejsza jest miłość platoniczna;
Tą się zaczyna zwykle albo kończy;
Tuż za nią idzie miłość kanoniczna,
Zwana tak, bo ją ksiądz nosi w opończy.
A trzecia bardzo miła i praktyczna
(U nas zwyczajna), co pod jedną łączy
Chorągwią — gacha569 z mężem weteranem.
Małżeństwo wtedy zwie się „parawanem”.
LXXVII
Analizować nie chcę; powieść zwróci
Wypadki na tor; damę mą rozgrzałem,
Już Juan tkwi w jej miłości — czy chuci,
Nie lubię kreślić, co raz napisałem;
Zresztą to siostry; gdy się jedna rzuci,
Zaraz i druga zawładnie nad ciałem,
A w rzeczach owych ta cesarska wdowa
Była jak pierwsza lepsza pokojowa.
LXXVIII
Nagle dwór cały w jeden szmer się wzburzy;
Wszędy się usta zbliżają ku uszom,
Starszym się damom każda zmarszczka wzdłuży,
Że na bezbożność taką patrzeć muszą.
Z młodszych — do jednej druga oczy mruży,
Panny się śmiechem wstrzymywanym duszą;
A za to groźna iskra się zapala
Śród armii, w oczach każdego rywala.
LXXIX
Więc poseł posła, więc konsul konsula
Pytają, jak się zwie chłopię młodziutkie,
Co za dni kilka zajmie miejsce króla
(Doprawdy prędko — choć życie jest krótkie).
Już widzą, jak się kochanka rozczula,
Sypie pieniążki złote, okrąglutkie,
Coraz to więcej i coraz to więcej,
Nagrody, wstęgi, dusz parę tysięcy.
LXXX
A nasza pani była szczodra. Damy
Lubią nagradzać. Miłość — ta odźwierna
Serca, co liczne ma, jak wiecie, bramy,
Bo to jest buda mała, lecz obszerna —
Miłość (i ona nie bywa bez plamy,
Niech Klitemnestra570 świadczy, ta niewierna
Mężobójczyni... choć myśląc spokojnie,
Lepiej raz zabić niż żyć w ciągłej wojnie) —
LXXXI
Miłość tu w ręce niosła kieskę złota,
Nie jak u naszej półczystej Elżusi,
Co przez oszczędność zbawiała żywota
Swych ulubieńców, jeżeli nie kusi
Prawdy historia, wielki łgarz. Zgryzota
Miała ją zabić po Essexie. Musi
Wstrętnym się wydać gruchań rodzaj nowy,
Niegodny i płci, i stanu królowej. —
LXXXII
Gdy po recepcji z wysokich parnasów
Carskich dwór się jął do wyjścia gotować,
Posłowie z wdziękiem obleśnych grymasów
Biegli zwycięzcy kłaniać i winszować.
Słyszano także szelesty atłasów
Grzecznych dam, które lubią spekulować
I coś zarobić na cudzej piękności,
Gdy ta do pańskiej łaski drogę mości.
LXXXIII
Don Juan, biegiem zdarzeń postawiony
Na powszechnego dziwu piedestale,
Wdzięcznym ukłonem odpłacał ukłony,
Niby minister: grzecznie, a niedbale.
Gładki sklep571 czoła nosił naznaczony
Szlachectwem; zawsze skromny, mówił wcale572
Mało, lecz mądrze i jak pod sztandarem,
Stał pod tym głowę mu wieńczącym czarem.
LXXXIV
Na rozkaz samej cesarzowej skorzy
Dworzanie biorą perłę lowelasów
Pod skrzydła. Cały dwór gnie się i korzy
(Jak się to gwiazdom zdarza różnych czasów,
Co niechaj młody w serce sobie wdroży).
Potem zabrała go panna Protasów,
Zwana mistycznym mianem „Epruweska573”.
— Nie zrozumie go pończoszka niebieska.
LXXXV
Poszła z nim spełnić swe obowiązkowe
Czynności. Pójdę i ja. Słychać kury
Piejące, mdleją skrzydła pegazowe.
Doszliśmy „niebo całującej góry”,
A tak wysoko, że zawrót na głowę
Pada, a w oczach ćmi się obłok bury.
Jest to dla mózgu i dla nerwów sygnał,
Bym gdzieś na paszę hipogryfa wygnał.
Pieśń dziesiąta
I
Gdy Newton widział jabłko spadające
Z drzewa, ockniony z swojej kontemplacji
Znalazł, czego się ludzkiej przez tysiące
Lat nie udało znaleźć kalkulacji,
Prawdę, że ziemia to jest wirujące
Ciało powszechnej prawem grawitacji.
I to jedyny był w świecie przypadek,
Że człeka wzniosły: jabłko i upadek.
II
Przez jabłko runął człek, przez jabłko wstaje
(Jeżeli runął); a uważać trzeba,
Że sposób, jakim Newton wstąpił w kraje
Stopą nie tkniętych kołowrotów nieba,
Ludzkiej bezsile odwagi dodaje.
Odtąd płodna jest wynalazków gleba,
Człowiek maszyny nowe ciągle kleci
I wkrótce parą do księżyca wzleci.
III
Lecz na co wstęp ten? — Ot, w lej chwili właśnie,
Kiedym me gęsie pióro temperował,
W piersi mi nagle ogień błysnął jaśnie.
Duch mój podskoczył i przekoziołkował.
A choć mój geniusz przy sztukmistrzu gaśnie,
Co szkłem pogląda na niebieski pował
Albo co parą wiatrom w oczy płynie,
Chcę sztuk tych użyć w poezji dziedzinie.
IV
Wiatrowi w oczy pływałem i pływam,
Co do gwiazd — słaba zbyt moja luneta.
Na wodach dotąd nie znanych przebywam,
Chcę stracić z oczu ląd, bo moja meta
Jest wieczność. Wiatry i burze wyzywam,
Chociaż na kruchej łódce; wiem, że mnie ta
Łódka nie zdradzi; pójdzie przez odmęty,
Gdzie już ginęli ludzie i okręty.
V
Żyje don Juan w różowej poświacie
Cesarskiej łaski... nie zaś w czerwoności
Wstydu. Muzy me (mam w swoim warsztacie
Muz kilka) nie śmią w panieńskiej skromności
Stawać na zwiadach w sypialnej komnacie.
Szczęście ogląda chłopaka w krzepkości,
W użyciu bogactw i tej rzeczy słodkiej,
Która uciesze czasem przytnie lotki.
VI
Lecz nie na długo. Odrosną za chwilę.
„Ach! Gdybym — rzecze Dawid — lot gołębi
Miał, aby wzlecieć i odpocząć mile!”
Kto wspomni młodość, gdy mu starość zziębi
Krew, piersi w suchy liść, nogi w badyle
Przejdą, a tępy wzrok, dawniej jastrzębi,
Mało już dojrzy — nie wolałby wzdychać
Z synem niżeli z dziadem astmą dychać?...
VII
Ale westchnienia mrą... Nawet u wdowy
Zdrój łez wysycha niby w lecie Arno574.
Zimą się toczył w łożu ciężki, płowy,
A dziś już skarlał, stał się rzeczką marną.
Patrz! W dni niewiele jaki widok nowy! —
Sądzisz, że smutek jest zawsze ciężarną
Glebą? — tak; tylko sieje na nim (to racz
Zważyć) uciechę ciągle nowy oracz.
VIII
I przyjdzie kaszel, gdy westchnienia miną,
Czasem, nim miną, albowiem nierzadko
Jedno przy drugim jawią się gościną,
Jeszcze nim twarz się bruzd pomarszczy siatką,
Jeszcze przed życia dziesiątą godziną.
Rumieniec chory twarz przystroi gładką,
Piękną, jakby się nie składała z mięśni!
Kochają, wierzą, umierają... szczęśni.
IX
Juan nie myślał umierać tak wcześnie;
Oto w ognisku stoi takiej chwały,
Jaką dać może tylko księżyc we śnie
Lub dam fantazja... więc może nietrwałej?...
Lecz któż na lube będzie sarkał wrześnie,
Że po nich grudzień przyjdzie oszedziały575?
Niechaj promienie raczej zgarnia ciepłe,
By nimi ogrzać zimy dni zakrzepłe.
X
Juan zalety miał, które w młodzieży
Lepiej niż dziewczę — kobieta ocenia;
Bo kwoczka, która ledwo się wypierzy,
Zna miłość z książek jeno lub z widzenia
Sennego (powód w wyobraźni leży:
W takim śnie niebo rozkosz wypromienia);
Słońcem wiek kobiet liczą; między nami
Ja bym je wolał liczyć księżycami.
XI
Czemu? Bo księżyc zmienny i wstydliwy,
Ta jest przyczyna... o! Wiem, że odgadnie
W mych słowach jaki człowiek podejrzliwy
Myśl nieprzystojną — zgadywać nieładnie.
„Z ujmą godności i smaku”. Życzliwy
Dziś Jeffrey tymi słowy mnie szkaradnie
Złajał; przebaczam mu; on sam, jak tuszę576,
Sobie przebaczy — co do mnie, ja muszę.
XII
Gdy na przyjaciół wrogowie się starzy
Zmieniają, honor już każe wytrzymać,
I gardzę takim, w którym znów przeważy
Nienawiść i złość zacznie się w nim wzdymać,
Nienawiść brzydka, jak pokrzywa, parzy,
Wyciąga wiechy, by serce poimać.
W złych się przyjaciół stara miłość zmieni
I nowa żona — baczcie, nawróceni!
XIII
Takie odstępstwo pomiędzy wszystkiemi
Najgorsze; nawet Southey577, łgarz po trzewa,
Już się nie złączy z „reformowanemi”,
Odkąd wszedł w wieńcu do dworskiego chlewa.
Zacny, czy w Chinach, czy w italskiej ziemi,
Czy gdzie Missouri, czy gdzie płynie Newa,
Wiatrom się nosić jak piórko nie daje,
Nie nienawidzi, choć kochać przestaje.
XIV
Prawnik i krytyk ciemne życia śledzą
Plamy, badają piśmiennictwa pole.
Odkryją wszystko, wiele nie powiedzą,
Ci wymiatacze śmieci na padole
Płaczu. Nad czym się prości ludzie biedzą,
Prawnik to kładzie na sekcyjnym stole,
Nożem wywodu sięga aż do brzucha,
Tłumacząc proces wszystkich działań ducha.
XV
Kominiarzem jest moralnym jurysta
I to przyczyna, czemu taki brudny,
Że nie pomoże już koszula czysta,
Bo brud zasiadły do wymycia trudny;
Sadza się wpija. Na prawników trzysta
Ledwie dziesiąty jest moralnie schludny.
Ciebie nie tyczy, luby, ta przywara.
Ty nosisz szkocki płaszcz z gestem Cezara,
XVI
Dawne urazy nasze — zwłaszcza moje —
Jeffreyu, gdym ci wiersze młodociane
Słał na krytykę i kiedyśmy boje
Wiedli ze sobą jak łątki578 drewniane,
Minęły. Święć się, wieku młody! Twoje
Oblicze nawet dotąd mi nie znane;
Może nie będzie nigdy! Więc wyjawię
Głośno, żeś zacnie działał w owej sprawie.
XVII
A kiedy wołam: „Święć się, wieku młody”,
To nie do ciebie — z żalem mówię o tem.
W waszej stolicy dumnej piłbym miody
Słodkie jedynie z tobą i ze Scottem.
Pomnę... wiek marzeń, pogody, swobody...
Nie chcę tu jaśnieć poetyckim lotem;
Wszak jestem sam Szkot z rodu, wychowania,
Więc się ku głowie mojej serce słania.
XVIII
„Wiek młody” — to jest Szkocja, szkockie gunie579,
Pledy, niebieskie góry, rzeki czyste:
Dee, Don i czarny owy most w Balgounie,
Rojenia dziecka, zagrody ojczyste.
We snach je widzę... w grobowym całunie
Jak dzieci Banka580. Smutne, powłóczyste
Krążą koło mnie widzeń korowody,
Może to śmieszność?... Święć się, „wieku młody”
XIX
Jeżeli w czasie młodzieńczych polotów,
Gniewny, natchniony, jak żak kędzierzawy,
Ostrym dowcipem obrażałem Szkotów,
Który był czasem bolesny i krwawy:
To któż spróbować nie chce swoich grotów
Mocy, w młodości porywczej i żwawej?
Drasnąłem czasem, lecz nie zabijałem.
Ziemię „rzek i gór” kocham, jak kochałem.
XX
Juan realny czy też idealny
(To wszystko jedno; wszakże myśl zostaje,
Choć sam myśliciel przestał być realny
I ma byt własny. Duch się nie poddaje
Śmierci i toczy z cielesnością walny
Bój. Straszno jednak zapuścić myśl w kraje
Zaśmiertne; człowiek się spoci, zadyszy,
A co za śmiercią — nigdy nie usłyszy),
XXI
Juan w gładkiego przeszedł Wielkorusa.
Jak się to stało, dlaczego — nie powiem.
Młodzieńców każda pociągnie pokusa,
A cóż dopiero, kiedy jest wezgłowiem
Tronu! Więc nie dziw, że Juan dał susa
Chwytając; ani się zawiódł, albowiem
Bale, pieniądze i schadzki miłosne
Lody zmieniły w raj, a zimę w wiosnę.
XXII
Łaskawa była carowej opieka,
A choć podołać służbie było ciężko,
Jednakże krzepkość młodego człowieka
Wychodzi z takich opałów zwycięsko.
Juan wybujał w górę jak smereka,
Mistrz w rycerskości, miłości, co męską
Dzielność nagradza. Po niej już wiek stary
Woli nad wszystko ruble i talary.
XXIII
Co łatwo było przewidzieć, wciągnięty
Zgubnym przykładem nieroztropnej młodzi,
Rzucił się Juan w upojeń odmęty.
Smutny to objaw, bo nie tylko szkodzi
Świeżości uczuć oraz w nich poczętej
Dobroci serca, ale jeszcze rodzi
Grzech samolubstwa, co człeka zaślepia
I duszę niby skorupą osklepia.
XXIV
Mrok na to rzucam; równie na koleje
Stosunku nazbyt niedobranej pary:
Rozkosze, złudy, żale, zwykłe dzieje
Stosunku chłopca i — jeśli nie starej
Kobiety, zawsze w wieku, gdy wietrzeje
Świeżość uczucia, chłodną w sercu żary.
Panią jest wprawdzie na świata połaci,
Lecz jej nie szczędzą zmarszczki-demokraci.
XXV
Bo skon, ten książę książąt, pan nad pany,
Jak Grakchus „rolnym prawem” niweluje
Równo najwyższe i najniższe stany
Do tej mogiły, co trupa przyjmuje,
Aż na nim wzrosną trawa i burzany,
I tyleż gruntu biedny otrzymuje,
Co bogacz, który złoto mierzył worem.
O, skon! — skon wielkim jest reformatorem.
XXVI
Żył więc (nie skon, lecz Juan) pośród puchów
Miękkich, szalenie, bez rozwagi, celu;
W wesołym kraju niedźwiedzich kożuchów,
Co (prawdę powiem tu gorzką dla wielu)
Czasem prześwita, zwłaszcza śród wybuchów
Złości, przez ową purpurę, Babelu
Królowej godną raczej, niźli.........
Ruskiej, niwecząc powab bohaterki.
XXVII
Nie opisuję tej mało przyjemnej
Fazy (gdy pragniesz, z opisów się dowiedz),
Bo się już zbliża dantejski „las ciemny”,
Ta nocorównia groźna, ten manowiec
Ludzkiego życia, karczma na rozjemnej
Drodze, odkąd już roztropny wędrowiec
Prędkim galopem nie wypuszcza koni
I poglądając na przeszłość, łzy roni.
XXVIII
Pomijam opis — o ile wziąć w pęta
Język potrafię; ani też tłumaczę —
O ile zduszę myśl, co jak wilczęta
Do cycek, do mnie przez wir uczuć skacze,
Czepia się jak mech skał lub jak dziewczęta
Ust swych kochanków; bo tutaj zaznaczę
Dla wiadomości, że nie chcę być znany
Jako filozof, lecz chcę być czytany.
XXIX
Miast się umizgać, Juan sam był środkiem
Umizgów, co jest rzecz niepospolita.
To był młodości winien, winien słodkim
Zaletom, krwi rasowej, co prześwita,
Niby u konia, przez żyły; swym wiotkim
Członkom, zgrabności, co z szaty wykwita,
Jak z chmur różowych słońce; zwłaszcza przeto,
Że była sprawa z dojrzalszą kobietą.
XXX
Słał do Hiszpanii listy, a kuzyni
Słysząc, jak się tam zaszczyty szafują,
Myśląc, że przezeń może się też przy niej
Dla nich kąt znajdzie, zaraz odpisują.
Wielu zabiegi ku wychodźstwu czyni,
A wszyscy, jedząc lody, rozumują,
Że wziąwszy futra, nie znajdą różnicy
Wielkiej w klimacie rosyjskiej stolicy.
XXXI
Z radością Juan list od matki witał.
Matkę cieszyło, że miast u bankiera
Czerpać (niewielki został tam kapitał),
Syn ma już urząd i pensję pobiera.
„Cieszę się, żeś już wyszedł z tych lat — czytał
Gdy się pieniądze traci, zdrowie tera.
Ma u mnie wielką wartość człowiek młody,
Którego mniejszy ekspens581 niż dochody”.
XXXII
Więc go poleca Bogu i Synowi,
I Matce; prosi, by się nie uwodził,
Broń Boże, schizmą, bo katolikowi
To jest grzech; jednak, by ostrożnie chodził,
Gdyż mogliby mu szkodzić ludzie owi.
Pisze, że mu się braciszek urodził,
Bo wyszła drugi raz za mąż; a dalej,
Carowej miłość macierzyńską chwali.
XXXIII
Pisze, że nie ma dosyć słów uznania
Dla wielkiej pani, co łaskawie wspiera
Młode talenty, bez wywoływania
Podejrzeń, bo je w istocie odpiera
Jej wiek i klimat. „U nas plotka tania —
Pisze — lecz gdzie termometr niżej zera
Spada, tam przecie słusznym rzeczy biegiem
Cnota nie taje na równi ze śniegiem”.
XXXIV
O gdybym „księży czterdziestu miał groty”,
Obłudo! Grzmiałbym tu na kształt pobudki,
Niewykonane twoje sławiąc cnoty.
Gdybym miał chociaż cherubinów dudki
Lub akustyczną trąbkę mojej cioty,
Która słuch mając tępy, a wzrok krótki,
I uważając śmierć nie za zabawkę,
Czytała Pismo święte — przez słuchawkę.
XXXV
Ona nie była obłudna staruszka,
Więc uleciała w niebo jak niewiele
Dusz najwybrańszych jej cnotliwa duszka;
Boską nagrodę dostała w udziele,
Niebieskich włości lenna boża służka,
Jak od Wilhelma, co zdobył, na czele
Normanów Anglię, sześćdziesiąt tysięcy
Rycerzy wzięło majątek książęcy.
XXXVI
Ja się nie skarżę. Moje antenaty582
Erneis, Radulphus podobno dostali
Zamków czterdzieści ośm, że zuchowaty
Najazd Wilhelma swym mieczem wspierali.
To jednak było niepięknie — za katy —
Że, jak garbarze, Sasów obdzierali
Ze skóry; grzech ów umniejsza na poły,
Że z łupów Panu stawiali kościoły...
XXXVII
Juan rósł piękny, ale jak te krzewy
Akacji, co się obrażą dotknięciem;
Jak król, gdy słyszy wolnomyślne śpiewy,
Chyba je Southey z niegroźnym zacięciem
Nuci; może też uprzykrzył lód Newy,
Tęskniąc do kraju, w którym żył dziecięciem,
Lub łask niepomny z łona majestatu
Carskiego, wzdychał do świeższego kwiatu?
XXXVIII
Może — lecz przyczyn przytaczam za wiele,
Godnych fizyka, a nie pisoryma.
Robak roztoczy najbujniejsze ziele,
Rak się lic młodych jak uwiędłych ima.
Troska przedstawia, jak kupiec w niedzielę,
Swoje rachunki, a choć się kto zżyma,
Winien zapłacić. Tydzień przejdzie cicho,
Niedziela musi przynieść jakieś licho.
XXXIX
Jednym wyrazem — Juan zachorował,
Carowa zlękła się, doktor (przypadkiem
Ten sam, co Piotra „skutecznie” kurował)
Zakonstatował razem z sił upadkiem
Puls przyśpieszony, z czego wywnioskował
Śmiertelną febrę. Petersburg był świadkiem
Boleści dworzan i ambasadorów,
Carowa mdlała, zdwojono doktorów.
XL
Choroba wiele wywołała sporów:
Ktoś o truciźnie i o Potemkinie
Szeptał, inny znów z ceglanych kolorów
Młodzieńca wnosił, że w suchotach583 zginie,
ów mądrze prawił o wpływie humorów
Na krew, co w żyłach niewłaściwie płynie.
Słyszano także z ust niejednej pani,
Że to — z wysiłków ostatniej kampanii.
XLI
Oto recepty lekami brzemienne:
Sodae sulphat. gr. vj. gr. fs. Mannae.
Aqu. fervent. f. gr. ifs. gr. ij. tinct. Sennae
Haustus. (Tu doktor kraple przepisane
Sam mu wlał w-usta). Albo znów odmienne:
Rp. Pulv. Com. gr. iij. Ipecacuanhae,
Bolus Potassae Culphuret sumendus
Et haustus ter in die capiendus.
XLII
Doktor dobija lub stawia na nogi
Secundum artem584. Choć zdrowy nań syka,
Chory jak Boga przyjmuje go w progi
I złośliwymi żartami nie tyka.
Bo gdy się zbliża ów hiatus585 srogi,
Który wypełni rydel i motyka,
Miast cicho w Lecie spróbować kąpieli,
Prosisz, aby cię w niej zanurzył Baillie586.
XLIII
Lecz choć już duszy wymawiał mieszkanie
Skon, najnieczulszy z wszystkich gospodarzy,
Przemogły siły młodzieńcze w Juanie
I poplątały wyroki lekarzy.
Jeszcze obłudnej nie wierzono zmianie:
Nikłe rumieńce na zapadłej twarzy
Budzą obawę; więc grono doktorskie
Radziło podróż w krainy nadmorskie.
XLIV
„Klimat nasz — mówią — zgubny wpływ wywiera
Na dziecię ciepłych krajów”. Więc na czole
Carowej żałość zjawiła się szczera;
Już polubiła bardzo to pacholę.
Toż widząc, jak mu blask oczu zamiera
I jak podcięte skrzydełka sokole
Mdleją, posłem go umyśliła zrobić,
Przy czym łask całym przepychem ozdobić.
XLV
Szły właśnie wtedy politycznym torem
Układy, snuło się depesz bez liku
Między rosyjskim a angielskim dworem
— W dyplomatycznym co się zwą języku
Notami i są zdrad wzajemnych zbiorem —
To o żeglugę wolną na Bałtyku,
O tran, łój — z dzierżaw, które trzyma Tetis,
A Anglik zwie swym uti possidetis587.
XLVI
Carowa umie nagradzać usługi
I przyjaźń; misję więc tajną zwierzyła
Ulubieńcowi, przy czym lejąc strugi
Złota, królewski splendor roztoczyła.
On ucałował ręce i na drugi
Dzień, wziąwszy listów i instrukcyj siła,
I podarunków, rozsiadł się w kolasce. —
Dwór się dziwował niezwyczajnej łasce.
XLVII
Była szczęśliwa; z nią wszyscy szczęśliwi.
Naszym królowym równie się na tronie
Wiedzie; ta stronność fortuny mię dziwi.
Chociaż dźwigała krzyżyków pięć, w łonie
Klimaterycznym ognie grały żywiej
Niż w wiośnie życia. Choć powadze to nie
Przystało, jednak naprawdę z początku
Nie mogła znaleźć następcy... Z porządku
XLVIII
Rzeczy czas, który wszystkie bóle koi,
Najkrwawszych smętków ukołysze srogość.
Tłum kandydatów nowych się wyroi,
Powróci dawna snów rozkosznych błogość. —
Pauza chwilowa dam nie niepokoi
Ani przestrasza pretendentów mnogość:
Potrzebne takie chwilowe przestanki,
Bo otwierają emulacji588 szranki.
XLIX
Gdy ta zaszczytna wakuje posada,
Niech słuchacz pauzę jedno — czy dwudniową
Wyzyska i z mym bohaterem siada
Na rydwan, co go w sferę wwiedzie nową.
Przepyszne konie z cesarskiego stada
Ciągnęły pojazd, co woził carową
Do Krymu, niby Ifigenię589 drugą.
Teraz nim jechał don Juan z papugą,
L
Buldogiem, małpą, kotką i z kociaki.
Byli to wierni jego towarzysze,
Nie wiem, czym mi to wytłumaczy jaki
Mędrzec i czemu tę skłonność przypisze
Do szpetnej małpy i podłej sobaki.
Panna, co sobie sześć krzyżyków pisze,
Mniej lubi kotka, papugę lub szpica
Niż on, niestary, nawet nie dziewica...
LI
Każdemu swoja była przeznaczona
Poduszka. — W wozie osobnym deńszczyki
I sekretarze, a u jego łona
Mała Leila, w Izmaiłu dzikiej
Rzezi kozackim szablom obroniona.
Gdy moja Muza ciągle zmienia szyki,
Na plac skinieniem wywołuję berła
Dziewczynę piękną i czystą jak perła.
LII
Taka rozumna, tak pełna lubości,
Z taką powagą w miękkim charakterze,
Dziś rzadkim niby kopalnego kości
Człeka z mamutem razem — o Cuvierze590!
Mało przystawał jej nieświadomości
Ten świat, co kusi, aż wiarę odbierze.
Młodość broniła jej przeciwko złemu
Była spokojna, nie pojmując — czemu.
LIII
Don Juan kochał ją, a ona jego,
Nie jak brat siostrę lub ojciec miłuje
Córkę. Nazwać to trudno. Ojcowskiego
Uczucia, ojcem nie będąc, nie czuje;
Równie mu w sercu miłości innego
Rzędu, miłości siostrzanej, brakuje,
Bo nie miał siostry i był jedynakiem.
— Gdyby miał, chciałby do niej lecieć ptakiem...
LIV
Tym mniej zmysłowa owa miłość była.
Nie stał się jeszcze zwiędłym lowelasem,
Co sztuk używa, by mu się wzburzyła
Krew, jak alkalia591 wzburzają się kwasem.
Choć jego młodość, jak wiesz, nie grzeszyła
Skromnością (młodym to się zdarza czasem),
Platońskie było u niego dno serca,
Tylko że — czas je wygryzł — wszystkożerca.
LV
W tym przywiązaniu brakło też zarodu
Pokus; czuł taką skłonność do sieroty,
Jak patriota (czasem) do narodu.
Był także dumny, że ją od sromoty
Ocalił z ruin burzonego grodu;
Że ją z pomocą kościoła na cnoty
Drodze utrzyma; lecz co wielu smucić
Będzie, nie chciała za nic się nawrócić.
LVI
Dziwna, w pogaństwie że jej nie zachwieje
Okropnej rzezi i walki wspomnienie.
Choć ją uczyli trzej archijereje,
Chrzest w niej uparte budził obrzydzenie
I spowiedź — nad tym drugim nie boleję.
Snadź się do grzechów nie czuło sumienie.
Bądź co bądź Kościół nie postąpił krokiem,
Mahomet zawsze był u niej prorokiem.
LVII
Żadnego także znieść chrześcijanina
Nie mogła oprócz jednego Juana;
To był jej zbawca, przyjaciel, rodzina.
Kochała, była nawzajem kochana.
Ciekawa para — on i ta dziewczyna,
Ze swym obrońcą młodym nie związana
Żadnymi węzły: wieku, krwi ni wiary;
To był najsłodszy powab owej pary.
LVIII
Droga przez Polskę szła i przez Warszawę,
Kraj solnych żup i kajdan. — Wnet się scena
Zmienia: Kurlandia, mająca stąd sławę,
Że jeden z książąt jej ukradł „Birena”
Imię; widziała też Marsa wyprawę,
Którego sława wiodła — ta syrena —
By za dwadzieścia lat zwycięstw zapłacił
Klęską i gwardię grenadierów stracił.
LIX
Sentymentalizm to nie był gołębi,
Gdy: „Moja gwardio!” — wołał ów gliniany
Bóg. Patrz, jak tego Gromowładcę zgnębi
Castlereagh, ów arteryj zawołany
Podrzynacz. Smutno, że śniegiem się ziębi
Sława... lecz kto zmarzł, może być ogrzany
W Polsce; tam imię Kościuszki dziś tryska
Płomieniem przez śnieg jak z Hekli ogniska.
LX
Więc z Polski do Prus: tam ogląda przednie
Miasto Królewiec, znamienne walorem
Skarbów kopalnych, nadto, przed czym blednie
I miedź, i ołów, wielkim profesorem
Kantem. Lecz Juan, który miał za brednie
Metafizykę, jechał dalszym torem
Przez Niemcy, ten kraj cierpliwych milionów,
Żgany ostrogą królów — pocztylionów.
LXI
Przez Berlin, Drezno i już, już z daleka
Widzi zamczyste Renu okolice.
— Sceny gotyckie, co w duszy człowieka
Fantazji jasne zapalacie świece!
Na widok ruin, które pleśń powleka,
Duch mój wylata za światów granice
Żywych i zmarłych, i tak rozbujany
W powietrznych sferach zawisa pijany.
LXII
Przez Mannheim i Bonn pędziły kolasy.
Tam Drachenfelsu czarna i barczysta
Postać feudalne przypomina czasy.
Kto o nich czytać chce, dużo skorzysta. —
Już są, nie tracąc czasu na popasy,
W Kolonii, kędy ogląda turysta
Dziewic tysięcy jedenastu kości
— Piękny ówczesnej dowód moralności.
LXIII
Haga, Helvoetsluys, Holandia, kraj sera,
Kanałów i krów najlepszego doju,
Gdzie wieśniak ziarnka jałowcowe zbiera
I ciśnie krople smacznego napoju.
Rząd i uczony nieroztropnie gdera
Na to rzemiosło skromnego pokroju;
Niech zważy, że to zarobek jedyny
Niejednej biednej i głodnej rodziny.
LXIV
Tam wsiadł na statek, z nim zwierzęta wsiadły,
Nawa pomyka w stronę wyspy wolnych,
Igrając, fale na falach się kładły,
Sztaba się parła pośród fal swawolnych,
Twarze niektórych podróżnych przybladły.
Juan, nawykły już do nurtów solnych,
Stał przypatrując się okrętom w dali
I czekał, rychło ziemia wyjrzy z fali.
LXV
Wreszcie wynurza się, wznosi i wstaje
Niby biały mur. Dziwnego ważenia
Doznał; zawsze go podróżny doznaje,
Widząc raz pierwszy albiońskie z wapienia
Ściany; coś na kształt dumy, że w te kraje
Kramarza wpływa, co się rozprzestrzenia
Po wodach, lądach, myszkuje, plądruje
I pewnie morze wnet opodatkuje.
LXVI
Kochać tę ziemię, która wychowała
Lud, co mógł pierwszym być z ludów kochanych,
Nie mam powodu; mnie kolebkę dała
Jeno; lecz czuję litość dla skalanych
Cnót i cześć we mnie budzi dawna chwała.
Siedm lat — zwyczajny dla deportowanych
Termin — ugłaska gniewy, zwłaszcza skoro
Człowiek spostrzega, że kraj diabli biorą.
LXVII
Ach! By mu rzekł kto prosto, bez obłudy,
Jak jego imię we wzgardzie u świata;
Jak ten glob, co miał cześć dla niego wprzódy,
Czeka, rychło-li kto nań ześle kata;
Jak go największym wrogiem mają ludy,
Tego fałszywca, co udawał brata,
Sztandar wolności wzniósł nad świata cokół,
Dziś czyha, aby nawet ducha okuł!
LXVIII
Pysznej swobody wdział pióra papuże,
A jest niewolnik przedni wszystkich czasów.
Narody więźniem; a czymże ich stróże?
Równie więźniami krat, kajdan i zasuw.
Sąż wolni przeto, że trzymają — tchórze! —
Wolność pod kluczem? O! Nie zazna wczasów
Taki niewolnik; równy jest w tej mierze,
Kto dźwiga jarzmo, jak ten, co go strzeże.
LXIX
Don Juan poznał Albionu przedsmaki:
Twoje, o Dovrze najdroższy, hotele,
Twoje komory, celniki, strażaki,
Służbę, co do nóg podróżnym się ściele,
Z rąk wydzierając kufry, mantelzaki592.
Następnie innych pięknych rzeczy wiele,
Zwłaszcza nie znane frycowi593 turyście
Ścisłe rachunki, słone oczywiście.
LXX
Juan, choć młody, płochy i dostojny,
Choć miał brylantów i rubli kieszenie
Pełne, nie liczył groszy i był hojny,
Płacąc, skrzywił się jednak grubej cenie.
(Sekretarz jego, Grek, wymową zbrojny,
Pozycyj wierne odczytał mu brzmienie).
W Anglii powietrze mgliste, lecz swobodne,
Więc oddychanie opłacenia godne.
LXXI
Hej, do Canterbury! Hejże, pocztylionie!
Plusk, plusk po błocie i trap, trap po grudzie.
Hura! Jak skaczą i poczta, i konie!
Nie tak jak w Niemczech, gdzie w pocztowej budzie
Jakby na cmentarz jedziesz; a i to nie
Miłe, że co krok przystają — ci ludzie
I piją „sznapsy”, nieczuli jak skała;
Hundsfotl, Verfluchter594 już na nich nie działa.
LXII
Niczym się ludzki duch tak nie wyświeży
I nie zaprawi niby rumem kawa
Jak prędką jazdą; mniejsza dokąd mierzy,
Byle wesoła i huczna, i żwawa,
Smak bowiem jazdy w samej jeździe leży;
A im mniej przyczyn owej się poddawa
Uciesze, tym się przyjemniejsze stanie
Dopięcie celu, którym jest — jechanie.
LXXIII
W Canterbury kościół oglądali farny,
Becketa595 krwawy kamień, Edwardowy
Szyszak; pamiątki zakrystian niezdarny
Wyuczonymi objaśniał im słowy.
Oto, czym ci jest sława! Jakiś stary
Hełm, kawał kości z nogi albo głowy,
Ostatnie szczątki wapienia i soli,
Świadectwa ludzkiej na tym świecie doli. —
LXXIV
Z wielkim zajęciem oglądał świątynię
Juan; tysiąc mu Cressy w myśl stawa
Na widok hełmu, co wiekom jedynie
Poddał się. Równie grozą go napawa
Grób księdza, który królów karcąc, ginie,
Królów, co jednak podkładają prawa
Swoim wyrokom. Leila patrzała
I: „Co to za dom wielki?” — zapytała.
LXXV
Gdy powiedziano: „To mieszkanie boże.” —
„Prześlicznie mieszka!” — mówi, lecz nie zdoła
Pojąć, jak w domu swoim cierpieć może
Niewiernych, co nie szczędzili kościoła
W jej kraju, gdzie jest takie samo morze,
Lecz żyją wierni, i gniewem anioła
Marszczy się, że swe świątynie najlepsze
Mahomet rzuca jak perły przed wieprze.
LXXVI
Hop, hop przez niwy, niby ogród duży,
Raj chmielów pięknych i traw wybujałych.
Sam — choć poeta — po latach podróży
W krajach gorętszych, lecz mniej zamieszkałych,
Chciałbym w nizinę wrócić, co nie nuży
Zbytnią mnogością pejzaży wspaniałych:
Lodowców, oliw, winnic i szałasów,
Urwisk, wulkanów, pomarańczarń, lasów.
LXXVII
Gdy jeszcze myślę o szklaneczce elu596...
Tak mi żal! — „Hetta, ho!” — pocztylion krzyka;
Juan, zbliżając się w pędzie do celu,
Podziwia kraje wolnego Anglika,
Co podobają się obcym i wielu
Swoim oprócz tych, którzy mają bzika
I myślą „wierzgać przeciw ościeniowi”,
Za co im cięższe jarzmo się stanowi.
LXXVIII
Jaka to piękna rzecz — wygodna szosa.
Bo jazda po niej lekka jak muskanie
Albo jak orła lot, co mknie w niebiosa,
Wiosłując skrzydły po chmur oceanie.
Gdyby istniały za czasów Heliosa,
Febus by w takim chciał pędzić rydwanie
Czy poczcie, która gdy niby wariatka
Mknie, surgit amari aliquid597: rogatka.
LXXIX
Jak bardzo ciężkie jest każde płacenie!
Bierz żonę, życie, lecz wara od kasy!
To — jak Machiavel598 powiedział uczenie —
Jest najprzykrzejsza rzecz dla ludzkiej rasy:
„Mniej ich zabójstwo gorszy niż zachcenie
Złota, naczelnej żywota okrasy,
Zniszcz szczęście domu, nie uronią łezki,
Lecz strzeż się rękę wyciągać do kieski”. —
LXXX
Mówi florentczyk. Monarchowie! Swego
Mistrza słuchajcie! — Orszak wjechał szumnie
O samym zmierzchu na szczyt wysokiego
Wzgórka, co patrzy wzgardliwie czy dumnie
Na wielkie miasto. O wy, mieszczańskiego
Świata synowie! Spójrzcie ku tej trumnie
Czy ogrodowi — jak się wyda komu...
Strzelecka góra. John Bull599 — jesteś w domu.
LXXXI
Słońce zachodzi, gęsty dym się kładnie,
Jak z wypalonych na poły wulkanów,
Nad tą przestrzenią dziwną, którą snadnie
Można by nazwać „salonem szatanów”.
Juana trwożny szacunek napadnie,
Choć to nie jego dom — owa Brytanów
Ziemia, mać synów, którzy wyrzezali
Połowę świata, pół przehandlowali.
LXXXII
Jeden kłąb dymu, okrętów, kamieni,
Cegieł, daleko, jak oko poniesie;
Gdzieniegdzie żagiel białością się mieni
I zaraz ginie w masztów gęstym lesie;
Wieże, rozsiane na wielkiej przestrzeni,
Raz po raz, jakby z ciekawości, w mgle się
Zjawią; kopuła czarna jak na głowie
Błazeńska czapka — to się Londyn zowie.
LXXXIII
Lecz jemu zda się każda dymu szmata
Chmurą magiczną, a wszystkie kominy
Czarnoksiężnika tyglem, skąd wylata
Na świat bogactwo: weksle i daniny.
Ciężka nawała mgieł miasto przygniata,
Skroś nich majaczy słońca okrąg siny.
Jest to zwyczajna atmosfera mglista
Londynu: bardzo zdrowa, choć nie czysta.
LXXXIV
Stanął, a ja z nim. Zbliżam się ku mecie.
Tak flota, gdy ma dać ognia, to w pędzie
Staje. Niedługo znowu mnie znajdziecie,
Jak kur na jednej z wami siądę grzędzie.
Chcę tu rzec prawdę, której nie weźmiecie
Za prawdę, bowiem właśnie prawdą będzie.
Miotłą pani Fraj600 pragnę domy chrześćjan
Oczyścić, wymieść pajęczynę ze ścian.
LXXXV
Aj! aj! Pani Fraj! Czyliż to koniecznie
Biedne łotrzyce pouczać w Newgecie601?
Idź do Carltonu lub gdzie indziej; grzecznie
Pięść na królewskim połóż twardym grzbiecie.
Mówisz: „Poprawiam lud!...” a! niedorzecznie,
Tylko filantrop takie brednie plecie.
Pani Fraj! — Napraw naszych „dobrych” złości.
Myślałem, że masz więcej nabożności.
LXXXVI
Powiedz, że starcom przynależy cnota,
Oducz czamarek, pledów i wojaży;
Powiedz: Nie wróci starcom młodość złota,
Kupne wiwaty nie wesprą nędzarzy;
Powiedz, że William Curtis idyjota,
Najgłupszej myśli w mózgu nie wysmaży;
Prostacki Falstaff602 swojego Henrysia,
Błazen, co przestał już błaznować dzisia.
LXXXVII
Powiedz — po życiu spędzonym w podłości,
Krwi, zdradzie, może to za późno będzie —
Że kto do nazwy „wielki” prawa rości,
Ten niekoniecznie stanie w dobrych rzędzie;
Najwięksi władcy mieszkali w niskości.
Powiedz — lecz dosyć tej mojej gawędzie;
Wnet się znów echem moja pieśń rozniesie,
Jak róg Rolanda w ronsewalskim lesie.
Pieśń jedenasta
I
Gdy biskup Berkeley603 rzekł: „Materii nie ma”,
Niematerialne było takie zdanie.
Jednakże twierdzą, że próby wytrzyma:
Najsubtelniejszy mózg za wiotki na nie.
Ale wierzyć w nie? Gdy swymi oczyma
Zobaczę, iż się ciało niczym stanie,
Uwierzę, że świat jest duchem, że zdrowy
Rozsądek noszę, choć nie noszę głowy.
II
Co za wspaniały pomysł świat przedstawić
Powszechną „jaźnią”; mówić, że substratem
Jego duchowe „Ja”! Chcę w zakład stawić
Taki świat, że jest wiele prawdy na tem.
Wątpienie! Jeśliś wątpieniem, jak prawić
Lubią uczeni — ja wątpię — pryzmatem
Jesteś dla słońca prawdy. Rajski dżinie,
Nie kuś mnie, bo się w tobie mózg rozpłynie.
III
I tak niestrawność na wnętrzu mnie tłoczy,
Ten „nienajsłodszy Ariel”, i nadaje
Uczuciom polot wcale nieuroczy,
A co prawdziwą torturą się staje,
To to, że nie ma, gdzie by zwrócić oczy,
By o gatunki nie tknąć i rodzaje,
Planety, byty, słowem: dziwne dziwo
Wszechświat — który jest omyłką szczęśliwą,
IV
Jeśli go stworzył traf. Zasię, jeżeli
Rację ma Pismo święte, tym-ci lepiej;
Już i tak swarzą, żeśmy nazbyt śmieli,
Że się nam lada nowość głowy czepi,
Słusznie; zbyt krótkie życie, byśmy mieli
Zrozumieć wszystko, nieudolni, ślepi; j
Zwłaszcza że „ów dzień” wszystko nam odchyli.
A gdy nie przyjdzie?... Owszem; spać jest milej.
V
Więc filozofia precz i ten zwodniczy
System, gdzie wszystko polega na wietrze.
Co jest, to — sądzę — jest; co się zaś tyczy
Tej prawdy, ufam, że jej nikt nie zetrze.
Od dni robię się jakiś suchotniczy,
Przyczyną nie wiem co — może powietrze.
A równocześnie w miarę mizernienia
Me niedowiarstwo w wiarę się przemienia.
VI
Pierwszy więc atak dowiódł mi istności
Boga, weń zresztą wierzę — i w szatany;
Drugi: mistycznej w Matce dziewiczości;
Trzeci: powstanie grzechu według znanej
Litery; czwarty na Trójcę w jedności
Okazał dowód tak nieprzełamany,
Że chciałbym trójkę na czwórkę rozszerzyć,
By tym pobożniej i tym pewniej wierzyć.
VII
Do rzeczy. — Kto z was stał na Akropolu
I patrzał stamtąd na attyckie łany,
Był w malowniczym Konstantynopolu
Albo pił w Chinach, kraju porcelany,
Herbatę złotą jak wody Paktolu604,
W gruzach Niniwy siedział rozsypanej,
Nie powie zrazu wiele o Londynie,
Ale co o nim powie, nim rok minie? —
VIII
Już pod noc Juan na szczyt Strzeleckiego
Wjechał pagórka. To wzgórze się wznosi
Ponad doliną złego i dobrego,
Która Londynu wielkie imię nosi.
Wkoło milczenie; w ciszy pogodnego
Wieczoru słychać jedynie skrzyp osi
I szum, jak w gnieździe pszczół albo szerszeni,
Z czynnego miasta, co się życiem pieni.
IX
Juan w powiewach wieczornego tchnienia
Szedł za powozem milcząc. Jego dusza
Tonie w podziwie wielkiego plemienia,
To imponuje jej i to ją wzrusza.
Tu mieszka wolność, tu się rozprzestrzenia;
Tu krzyczeć może lud ani go zgłusza
Zgrzyt torturowych kół świętej Hermandad605,
Tu bunt wywołać zdoła lada mandat.
X
Tu czyste żony, czysta krew. Tu płacą
Ludzie, ile chcą, a że płacą drogo,
To tylko przeto, że pieniądze tracą
W dowód, że mają, zatem wydać mogą.
Tu nie potrzeba nawet praw, bo na co?
Wędrowiec śmiało jeździ pustą drogą,
Gdyż... przerwał dalsze myśli tej rozwicie
Szorstki krzyk: „God damn606! Pieniądze lub życie!”
XI
Te wolne głosy wypadły z zasadzki
Z ust czterech łotrów, którzy wypatrzyli,
Jak szedł sam jeden, i w sposób kozacki
Umieli korzyść wyciągnąć z tej chwili,
Kiedy dżentelmen, chcąc użyć przechadzki,
Jeśli kułaka nie ma, co nie myli,
Może w tym kraju bogaczów przygodnie
Utracić razem i życie, i spodnie.
XII
Juan w angielskiej mowie nie był przedni,
Jedna mu klątwa: „God damn”, była znana,
Ale, że słów tych nie słuchał po wsze dni,
Myślał, że znaczą prosto: „Witam pana!”
Albo: „Bóg z tobą!” Nie liczę do bredni,
Że tak rozumiał. Ja sam — pół-Normana;
(Na swe nieszczęście) — znałem wiele osób,
Co zawsze: „Witaj”, mówiły w ten sposób.
XIII
Lecz Juan za to rozumiał ich ruchy,
A że miał serce orle, nie gołębie,
Dobył krócicy szybko zza pazuchy,
Strzelił, jednemu kulę utkwił w kłębie.
Ten padł i tarzał się jak wół od muchy
Cięty, i ziemię rodzinną żuł w gębie
Krzycząc na swego towarzysza Jana:
„Janku! Dostałem kulą w brzuch od Franka”.
XIV
Więc Janek — nogi za pas i uskoczy;
Wnet się i świta Juana przyczłapie;
Stanąwszy z dala, dziwem pasie oczy
I zamiast pomoc nieść, za uchem drapie.
Lecz Juan widząc, jak „Syn nocy” broczy,
Że mu z krwią życie żyłami wykapie,
Woła bandaży, szarpi i oliwy,
Żałując, że był może nazbyt żywy.
XV
W tym kraju — myślał — spod polarnej gwiazdy
Może tak gościom szacunek się składa,
Wszak przypominam tutejsze zajazdy,
Gdzie ukłonami gospodarz okrada,
Zamiast przekleństwem i groźbą śród jazdy.
Co czynić? Kona. Rzucić nie wypada
Człeka, samemu jechać w dalszą drogę.
„Podnieść go! Złożyć na wozie. Pomogę”.
XVI
Nie dopełnili zacnego uczynku,
Gdy konający: „Och! przeklęta zupa —
Wrzasnął. — Och, podaj, och, kie-li-szek kmin-kó-
Wki; och, odejdź precz — och, nie ruszaj — trupa!”
Wtem na serdecznym już gaśnie kominku
Życie i czarna krew mu z rany chlupa,
Rzężąc zatopił w szyi sztywne palce
I zdarł z niej chustkę, krzycząc: „Daj to Salce!”
XVII
Chustka, zmoczona we krwi jeszcze świeżej,
Upadła tuż pod nogami Juana.
Zdziwił się, czemu tam padła i leży,
Czy to on owa osoba żegnana...
Tomek był perłą londyńskiej młodzieży,
Szykowiec, łobuz, udający „pana”,
Tak wesół, że mu wszystko było „mucha”,
Póki miał w mieszku grosz, a w ciele ducha.
XVIII
Zrobiwszy, co mógł — na zatuszowanie
Z różnych powodów nieprzyjemnej sprawy,
Skoro komisja skończyła badanie,
Pożegnał Juan widok arcykrwawy,
Bo też obeszło go to niesłychanie,
Że ledwo na ląd wolny wysiadł z nawy,
Musiał w koniecznej obronie wolnego
Zabić Anglika — i nierad był z tego.
XIX
Znaczną osobę zgładził z tego świata,
Co była tęgim w swoim kole szprychem.
Dla niego w oknach nie istniała krata,
W drzwiach zamek, bo go otwierał wytrychem.
Kto był tak „galant” od stóp do krawata,
Kto tak drwił z życia jowialnym uśmiechem,
Kto na przedmiejskie swą kochankę bale
Tak wiódł pod rękę, jak on „Czarną Salę”?
XX
Nie ma już Tomka — więc o Tomku basta!
Bohaterowie umierają. Proście
Boga, niech liczba ich nadal nie wzrasta...
— Witaj, Tamizo! Witaj! Po twym moście
W brykach jak bęben dudniących do miasta
Sławnego toczą się zamorscy goście,
Przez Kensington607 i tym podobne tony,
Śród których człowiek grodu jest spragniony;
XXI
Przez nagie i drzew pozbawione „Gaje”
(Od tego: lucus608); przez prospekty, zwane
— „Wzgórzem rozkoszy”, której niedostaje609,
I gdzie jest równo; poprzez murowane
Domy, w których kurz we znaki się daje,
A: „do najęcia”, na nich napisane;
Zaułki, zwane grzecznie: Eldorada,
Z których by Ewa uciekała rada.
XXII
Rogatki, wozy, bryki z każdej strony,
Wir kół, huk żelaz, ścisk ludzkiego tłoku.
Tu poczta pędzi jak sen niedośniony,
Tam szynk zaprasza na szklaneczkę groku610.
W oknie fryzjera peruki, szyniony611.
Lampiarz po rogach dla przegnania mroku
Nalewa w każdą latarnię blaszaną
Oliwy — gazu naówczas nie znano.
XXIII
Podróżny poprzez tłum i wrzawę dziką
Do Babilonu spółczesnego wkracza.
Czy konno wjeżdża, czy pocztą, czy bryką,
Zaraz go ten wir człowieczy zahacza,
Mógłbym rzec więcej, ale przewodnikom
Nie chcę odbierać chleba. Słońce macza
W Tamizie lice; noc z pomroku czyha,
Nasza gromadka przez most się przepycha.
XXIV
Miła jest szeptem swym Tamiza tkliwa,
Obecność nurtów przypominająca,
Lecz pośród Damn my eyes prawie lękliwa.
Lamp Westminsteru jednostajnie drżąca
Światłość i ten plac, i kąt, gdzie przebywa
Sława jak widmo i w blaskach miesiąca
Ślizga się, skacze z kolumn na kolumny,
A którym Albion jest najbardziej dumny.
XXV
Gaju Druidów nie ma! Nie bacz na to.
Stone Henge’ u nie ma!... Lecz na cóż czułości?
Jest za to Bedlam612 z bardzo mocną kratą,
By wariat nie gryzł zwiedzających gości;
Jest dla dłużników dom — z ciemną komnatą;
Mansion House613 także, choć nań lud się złości,
Sądzę, że jest dom wspaniały, choć sztywny;
Ale Opactwo — to mi gmach przedziwny!
XXVI
Lampy po Charing-Cross aż do Pall-Mallu
Błyszczą jasnością taką okazałą,
Jakiej w stolicach Europy wielu
Prawie się nie zna jeszcze — powiem śmiało.
Noc tych miast nie ma światłości na celu.
Francja, kraj dotąd oświecony mało,
Chciał się oświecić — lecz środki pomieszał:
Zamiast lamp — szlachtę na latarniach wieszał.
XXVIII
Tacy szlachcice, wiszący wzdłuż drogi,
Dosyć jaskrawo ludzkość oświecali,
Równie jak niegdyś czerwone pożogi;
— Ostatni rodzaj dla ślepców się chwali —
Ci świecą niby fosfor lub złowrogi
Dla duszy błędny ognik, co się pali
Na bagnie, wabi, wiedzie na bezdroże;
To cię oślepi — oświecić nie może.
XXVIII
W Londynie gdyby Diogenes614 nowy
Pragnął odnaleźć swojego „człowieka”
Igdyby nie mógł go napotkać w owej
Stolicy, w którą, jak do morza, ścieka
Z wszystkich narodów motłoch wielogłowy,
To nie z braku lamp. Co do mnie: ćwierć wieka
Szukając perły tej zimą i latem,
Widzę, że świat jest jednym — adwokatem.
XXIX
Na Pall-Mall koła o kamienie grają,
Prąc się pośród fal pracowitej nacji,
Rzadszych już, bo się zewsząd otwierają
Bramy na odgłos dzwonków i kolacji
Żądni mieszkańcy do domów wracają.
Don Juan, młody „grzesznik z dyplomacji”,
Jedzie w powozie, mija, jak się rzekło,
St. Jamesa pałac i St. Jamesa „piekło615”.
XXX
Jadą przed hotel. Z drzwi płyną lokaje
Wyfrakowani; dokoła już stoi
Ciżba i owe pospolite zgraje
Pafijskich dziewic, którymi się roi
Przykładny Londyn, kiedy noc nastaje,
Choć niemoralne, Malthus616 do nich kroi,
Na przeludnienie szukając pomocy.
— Juan już wysiadł ze swojej karocy.
XXXI
Ulokował się w najmilszym hotelu
Dla cudzoziemca, co pływa w faworze617
Szczęścia, a mając pieniędzy jak chmielu,
Słone rachunki lekceważyć może.
Mieszkało i dziś mieszka posłów wielu
W dyplomatycznych kłamstw przesławnej norze,
Nim się do czystszej przeniosą dzielnicy,
W brązowej ryjąc nazwisko tablicy.
XXXII
Don Juan w sprawie prywatnej wysłany,
Lecz do której w grę wchodziły narody,
Nie był na tyle z rozumu obrany,
By głosić swego przybycia powody.
Wiedziano tylko, że w misji nieznanej
Przybył do Anglii cudzoziemiec młody,
Przystojny, który — szeptano w skrytości —
Zawrócił głowę jej cesarskiej mości.
XXXIII
Jego przygody, batalie, kochanki,
Wyprzedzając go, szum zrobiły wielki;
A romantyczki — jak wiesz — wychowanki
Apollinowe, zwłaszcza zaś Angielki,
Lubią przesadę, dla niej łamią szranki
Rozsądku, rzeczy nadludzkich czcicielki.
Zatem wszedł w modę — rzecz, co w naszej dużej
Ojczyźnie paniom za namiętność służy.
XXXIV
Nie, aby która była beznamiętna;
Przeciwnie — ale jej żądze są z głowy;
Następstwo zresztą ma te same piętna,
Jakby je proces wytworzył sercowy.
Sposób działania to rzecz obojętna;
Byłeś do celu jeno doszedł zdrowy,
To jest — do jej... ust albo do kobierca,
Cóż ci, czy chęć jej szła z głowy, czy z serca!
XXXV
Juan przedstawił we właściwym czasie
Właściwym ludziom listy wierzytelne,
Przychylność widział w ich oblicz grymasie.
Mężowie stanu, kamienie węgielne
Państwa, sądzili, że młodzieńczyk da się
(Są to doniosłe sprawy, choć subtelne)
Tak łatwo na ich uśmiech wziąć obleśny,
Jak na ptasznika lep słowiczek leśny.
XXXVI
Błądzili. To się starym ludziom zdarza;
Powiemy o nich, ale aż w przyszłości,
Bo się za często bezmyślnie powtarza
O politykach i dwulicowości.
Lżą, prawda, lecz nie z bezczelnością Igarza.
Co ja w kobietach lubię do zazdrości,
To, że w nich kłamstwo z taką sztuką gra się,
Że przy nim prawda nawet kłamstwem zda się.
XXXVII
Czymże jest kłamstwo? Tylko się zastanów!
Prawdą w przebraniu. Wspomnij zastęp cały
Dziejopisarzy, prawników, kapłanów:
W czyjeż się dzieła kłamstwa nie wmieszały?
Cień prawdy zniszczyłby wartość koranów,
Objawień zniósłby poezję, annały,
Proroctwa — chyba że zdarzeniem rzadkiem
Są datowane jeszcze przed wypadkiem.
XXXVIII
Święćcie się, kłamstwa! Ach! Któż teraz przytnie
Mej Muzie nazwę mizantropki? Światu
Te Deum dzwoni, a jeśli kto zgrzytnie,
To się zań wstydzi rumieńcem szkarłatu.
Nie zgrzytaj! Ucz się kłaniać czołobitnie,
Całować ręce, nogi majestatu,
Każdą część, jak dziś Eryn618 czyni sławny;
— Konicz tej ziemi stał się już niestrawny. —
XXXIX
Juan przedstawił się. Jego książęcy
Strój, mina szmery wzbudziły zazdrości
I dziwu. Nie wiem, co chwalono więcej.
Także diament olbrzymiej wielkości,
Który carowa na jego chłopięcy
Kołpaczek w szale... czy miłości
Przypięła, wielką sensację zrobił.
— Prawda też, że go uczciwie zarobił. —
XL
Lecz ministrowie, sekretarze, radcy
Dla posłów tego i owego króla
Uprzedzający muszą być i gładcy,
Nim go z sekretem zapędzą „do ula”,
Nawet klerkowie, ci właściwi władcy
W ministra gabinecie lub konsula,
Kałuże, brudem nabrzmiałe na strugi,
Grzecznością sobie skarbili zasługi.
XLI
Zdzierstwo jest jednym z ich zajęć codziennych.
Na to najęci są, z tego się składa
Ich praca w biurach cywilnych, wojennych.
Jeśli nie wierzysz, zapytaj sąsiada,
Kiedy paszportu albo małocennych
Akt potrzebuje, co się naujada.
Powie ci, ile ta czerń619 tuczna warta,
Ci naturalni potomkowie czarta.
XLII
Z pewnym empressement620 przyjęli Anglicy
Gościa — ten frazes biorą od sąsiady,
Gdzie się uczucia jak na szachownicy
Według przyjętej kieruje zasady
W rozmowie, prasie, na wsi i w stolicy.
Do przymusowej Anglik jest ogłady
Niestworzon, jakby wąski kanał wody
Także językom dodawał swobody.
XLIII
Bo Damme brytyjskie jest raczej klasyczne;
Klątwa stałego lądu ma ton gminny;
Żadne jej usta arystokratyczne,
A więc i moje, wyrzec nie powinny.
Jest to grzeczności schizma; zagraniczne
Klątwy woń mają kałuży rodzinnej;
Damme eteryczne jest, choć gorączkowe;
Lekkie, platońskie i na skroś duchowe.
XLIV
Szorstkość masz w domu; w ramach własnej gminy;
Szukasz grzeczności, prawdziwej czy szczerej,
Przez „modrą toń i białe szumowiny”
Popłyń; pierwsza jest emblemem tej sfery,
Skąd płyniesz, drugie symbolem dziedziny,
Ku której zmierzasz. — Lecz czas do kwatery
Głównej powrócić. Jedność w poemacie
Istnieć powinna, jak to w moim macie.
XLV
Na wielkim świecie — te wyrazy znaczą
Części stolicy górne i zachodnie,
Z garsteczką ludzi, którzy nie kulbaczą
Mądrości, jadąc i bez niej wygodnie;
Co, gdy jest pora spania, wstawać raczą,
A tłum traktują litośno-łagodnie.
Don Juan zatem, patrycjuszów dziecię,
Dobrze przyjęty był na wielkim świecie.
XLVI
Był kawalerem; rzecz, która obchodzi
Panny, jest ważna też dla oblubienic;
W pierwszych nadzieje hymenowe rodzi,
W drugich, gdy miłość niemocna, wiem, że nic
Narzeczonych im porzucić nie szkodzi.
Małżonka solą jest mężowskich źrenic,
Przeszkadza, zwiększa przeniewierstwa zbrodnię
I żal, grzeszyć też przy niej — niewygodnie.
XLVII
Był kawalerem sztuk, towarzyskości
Oraz serc; tańczył, śpiewał jak anioły;
Miał cechy sentymentalnej rzewności
Mozarta; umiał raz stać się wesoły,
Raz smutny; niby tak jak ludzie prości.
Choć chłopię — znał świat, bo z praktycznej szkoły
Życiowej wyszedł; rzecz niepospolita,
A wcale621 inna, niż się w książkach czyta.
XLVIII
Panny się przy nim rumienią po oczy,
Nie tracą równie barw mężatek twarze,
Bo wszystko kraj nasz posiada uroczy:
Są w nim do pędzla lica i malarze.
Róż, młodość przeciw niemu się jednoczy,
Żaden się rycerz nie oprze tej parze.
Córki strój chwalą, a troskliwe maci
Badają dochód i czy nie ma braci.
XLIX
Kupcy, strojący panny na rachunek
Przyszłego męża, co musi zapłacić,
Zanim rozkoszy świeży pocałunek
Zacznie swą słodycz i swój powab tracić,
Chcąc ten szczęśliwy wyzyskać trafunek
I na zamorskim panku się zbogacić,
Nie żałowali panienkom zaliczek,
Smutny na szyje przyszłych mężów stryczek.
L
Sawantki, ów chór sonetów echowy,
Co robią z kartek każdego zeszytu
„Szkiców” podszewki dla czepków i głowy,
Schodzą się, pełne modrego prześwitu,
Proszą go o sąd o balladzie nowej,
Kaleczą język Paryża, Madrytu,
Pytają, czy był w Troi i gdzie milej,
Czy w Rosji, czy też w rodzinnej Kastylii.
LI
Juan, co czuł się w tej dziedzinie płytki,
A literackim nie był szarlatanem,
Wzięty od panien i matron na spytki,
Jak mógł „z piwnice wykręcał się sianem”.
Jego wojenne i miłosne zbytki,
I metier622 (był tancerzem zawołanym)
Zasłoniły mu źródła Muz chwalone,
Które — dziw, znalazł modre, nie zielone!
LII
Więc odpowiada im z pewnością w oku,
Skromnie o mocy słów swych przeświadczony,
Co mądrym zdaniom dodaje uroku
Prawdy gruntownej i nieprzełomionej.
Miss Araminta, co w szesnastym roku
Zrobiła przekład tragedii: Szalony
Herkules, w równie szalonym języku,
Spisała wszystko pilnie w pamiętniku.
LIII
Ponieważ kilku językami władał,
Zręcznie ich użył, niby bez zamiaru.
Ten fakt mu w oczach dam większy wdzięk nadał.
Więc żałowano, że nie posiadł daru
Poetyckiego; gdyby go posiadał,
Zabójcza byłaby moc jego czaru.
Miss Maevia, lady Frisky wiedzieć chciały,
Jak by w hiszpańskich wierszach się wydały.
LIV
Tak osądzony najpiękniej z pozorów,
Wchodził każdego wieczora i ranka
Między koterie dam, ambasadorów;
Na rautach widział, jak w zjawieniu Banka,
Dziesięć tysięcy żyjących autorów
— Przeciętna naszych wielkości wiązanka.
Ośmiu poetów też — największych — widział.
Każdy z nich ma swój w tygodnikach wydział.
LV
Dwudziestopięcioletni i „największy
Z żyjących wieszczów”, skoro wziął udziałem
Wygraną, musi, że się nie stał miększy,
Dowieść jak bokser, wtórnie. Ja nie dbałem
Owieniec czy pas, co zwycięzcę piększy,
I królem głupców być nie pożądałem.
Alem miał też swój czas, a w czasie onym
Poezji zwano mnie Napoleonem.
LVI
Don Juan moją Moskwą, a Faliero
Mym Lipskiem, Mont Saint Jean miałem w Kainie.
Belle-Alliance durniów, co zeszli na zero,
Niech, gdy lew upadł, triumfuje ninie623.
Ja chcę przynajmniej tak lec, jak mój hero,
Nie rządzić albo rządzić jak król — w czynie,
Lub iść na wyspę gdzieś, na świata krajce,
I stróżem Lowem mieć Southeya zdrajcę.
LVII
Przede mną — był Scott; przede mną i po mnie
Moore, Campbell; dziś już Muza nie swywoli,
Na szczyt Syjonu pielgrzymuje skromnie
I z poetami duchownymi woli
Przestawać; Pegaz truchcikiem przytomnie
Bieży, bo siedzi na nim Rowley Powley,
Ten nowy Pistol, którego wychudła
Szkapa miast podków złotych — nosi szczudła.
LVIII
Potem mój miły Euphues, chwalony,
Że to drugi ja, tylko moralniejszy,
Zobaczy kiedyś, jaki zamiar płony
Być mną, do tego moralnym. Baczniejszy
Ktoś mówi, że i Coleridge624 wart korony;
Powiem, że Wordsworth625 nie jest wcale mniejszy.
A Southey626? Jego gęś wziął kiepski sędzia,
Literat Savage Landor627, za łabędzia.
LIX
John Keats628, którego zabiła krytyka,
Właśnie gdy wkraczał na wielkości progi,
Zawsze niejasny — śpiewał bez słownika
Greckiego, chwaląc starożytne bogi;
Sam Jowisz nie znał takiego języka.
Biedny poeta! Los mu dojął srogi!
Czemuż to dusza — „niebios partykuła629” —
Na gazeciarski artykuł jest czuła?
LX
Wielu jest żywych i zmarłych szermierzy
O niedościgłe, a choć doścignione
— Marne, bo czas znów zwycięzcę ubieży;
Zwietrzałe mózgi i czaszki spalone
Spadną w grób, co się burzanami zjeży.
Ja na żadnego nie stawiam, bo one
Zastępy są dziś liczne, jak trzydziestu
Tyranów w Rzymie, kiedy czekał chrzestu.
LXI
Są one „niższym państwem” literackim,
Jak ów rząd, gdzie rej wiedli pretorianie630.
Wtedy kochano się z gminem żołdackim;
„Straszna robota” jak „kopru zbieranie”
W Lirze, jak smoku631 podkarmianie plackiem.
Gdybym iść nie był musiał na wygnanie
I przy satyrze był, to bym tych zuchów
Nauczył, co to znaczy walka duchów.
LXII
Jeden mocny cios, a wszystko by w drzazgi
Poszło; lecz dziś już ochoty nie czuję
Psuć sobie spokój takimi drobiazgi.
Potrzebnej k’temu żółci mi brakuje.
Zlepiony jestem z niesurowej miazgi,
Muza ma zawsze z uśmiechem strofuje;
Potem dygnąwszy, uprzejma i czuła,
Odchodzi twierdząc, że cię nie ukłuła. —
LXIII
Don Juan, który został — nieszczęśliwy —
W żyjących wieszczów i sawantek gronie,
Mały odnosił zysk z jałowej niwy,
Lecz umiał cierpieć, będąc w „dobrym tonie”
Ćwiczony; gdy się przedmiot stawał ckliwy,
Zręcznie uciekał i tak żył w salonie
Śród wyższych duchów, radosny i grzeczny,
Nie jak cień, lecz jak promień — syn słoneczny.
LXIV
Rano „zajęty” był. Takie zajęcie:
Nie pracowite, co nudą otula
Duszę; ospałość, energii zwichnięcie,
Jadem nasiąkła Nessusa632 koszula,
W której, na sofie leżący, o wstręcie
Do wszelkiej pracy prócz pracy dla króla
I kraju mówi się z łagodnym dreszczem.
(Cóż, gdy ta praca jest na piasek deszczem!)
LXV
Zresztą wizyty, podwieczorki, plotki,
Fotel, boksery; kiedy dzień zapada,
Przejażdżka wokół tej roślinnej szczotki,
Co się zwie parkiem, a co nie posiada
Kwiatów ni dla pszczół jednej kropli słodkiej,
Jednak jedyny to „Gaj” (jak powiada
Pan Moore), gdzie damy, od chusteczek bledsze,
Tak zwane „świeże” poznają „powietrze”.
LXVI
Po toalecie obiad. Rozbudzony
Świat się porusza; błysk lamp, kół turkoty,
Ciężkie karety, lekkie faetony633,
Jak meteory w swej kolczudze złotej,
Pędzą; szumią już i furczą festony,
U drzwi mosiężne młotków słychać grzmoty;
Otwierają się, przepuszczając zdroje
Światła — Edenu złotego podwoje.
LXVII
Już gospodyni wita, prawie zgięta
W ukłonach; pary walcem się kołyszą
— Jedyny taniec, co uczy dziewczęta
Myśleć, gdy się w nim rozkosznie zadyszą. —
W salonach ciżba, która ruchy pęta,
Ostatni w sieniach stoją albo wiszą,
Na schodach; szlachta, hrabiny i księżny
Opór stawiają naciskowi mężny.
LXVIII
Szczęśliwy, kto przeszedłszy koło paru
Grup, oceniwszy stroje, gdzieś wyszuka
Krzesło, u drzwi lub w głębi buduaru634,
A wie, że przezeń nie stworzy się luka,
I mimo puszcza cały chaos gwaru,
I patrzy z miną szczęśliwca lub mruka
Albo biernego tylko spektatora635,
Ziewając, kiedy opóźnia się pora.
LXIX
Lecz rzadko takie pociesza ziewanie
Kogo znów taniec jak Juana wabi,
Musi sterować w świetnym oceanie
Pereł, klejnotów, piór, tiulów, jedwabi,
Póki na miejscu swoim znów nie stanie.
To marzycielskim tańcem się osłabi,
To się znów wdzięcznym ukłonem przechyla,
Gdzie sztuka dumnie prowadzi kadryla.
LXX
Jeśli nie tańczy, a za to go nęci
Oblubienica cudza lub dziedziczka,
To niech się przy niej zbyt jawnie nie kręci,
Jeśli od łyczka chce dojść do rzemyczka.
Niejeden prędkiej pożałował chęci,
Bo niecierpliwość — zła jest przewodniczka
Dla ludzi, którzy lubią myśleć ściśle
I nawet głupstwa robią po namyśle.
LXXI
Niechaj usiądzie przy niej do wieczerzy
(Lub naprzeciwko, gdy go kto uprzedzi),
Oczkując. Boski czas! W mej zawsze świeży
Pamięci, której tak na grzbiecie siedzi
Jak czuły upiór i zęby mi szczerzy
Duch zwiędłych uciech!... Oko nie wyśledzi
Owych upadków, wzniesień w grób i Eden,
Które wywołać bal potrafi jeden!
LXXII
Lecz ta ostrożność jedynie dotyczy
Prostaczka, który czai się i tchórzy.
O! Taki niech się ze słowami liczy,
Bo jedna chybka636 cały plan mu zburzy.
Ale ci, których rozgłos tajemniczy
Wyprzedził: rozgłos miłostek, podróży,
Wojen, albo kto uwieńczony sławą
Dowcipu — ten ma do swobody prawo.
LXXIII
Nasz heros — człowiek przystojny i młody,
Szlachcic, bogaty, do tego z Hiszpanii —
Musiał chcąc nie chcąc ponieść pewne szkody.
Do tych okupów są obowiązani
Wszyscy wybitni. Więc — niewolnik mody,
Mówił o wieszczach, o brzydocie pani
X, o niedolach, nędzy tego świata —
Kto zna z was życie młodego magnata?
LXXIV
Ci nie znający młodości — młodzieńcy,
Piękni — ruiną, bogaci — bez skuda637,
Ambicją wielcy, energią maleńcy.
Źródłem i ujściem ich złota jest Juda;
W senacie żaden nie da głosów więcej
Sprawie królewskiej niż trybunom luda.
Głosują, jedzą, piją, rozpustują,
Umarłszy, kąt swój w grobowcu zajmują...
LXXV
„Gdzie jest świat? — pytał Young w ośmdziesięciu
Latach — gdzie jest świat, co by zrodził męża?”
— Gdzie świat sprzed ośmiu lat albo dziesięciu?
Był tu, widziałem; a dziś na kształt węża
Skórę odmienił świetną, już w poczęciu
Skazany, że go czas ciągle zwycięża.
Królowie, mówcy, wodze, politycy,
Dandysi giną jak liść w nawałnicy.
LXXVI
Gdzie Napoleon wielki?638 — Bóg znać raczy;
Gdzie mały Castlereagh? — wie chyba szatan;
Gdzie owa trójca, co senat kulbaczy
Jak szkapę: Curran, Sheridan i Grattan?
Gdzie Córa, co się wysp hołdami raczy,
Gdzie wóz Królowej, nieszczęściem skołatan?
Gdzie męczennicy — te Piąte Procenty,
I gdzie? Ach, gdzie są, do kaduka639, renty?
LXXVII
Gdzie Brummel? Przepadł. Wellesley? Spadł z ławy
Cięty. Romilly, Whitbread, trzeci Jurko?
I jego spadek? Nie zgadniesz, choć żwawy.
Gdzie ptak królewski Fum IV? Za górką,
W Szkocji; pojechał poskrobać dla wprawy
Skrzypki, zabawić się szkocką bandurką.
Skrob, skrob... Pół roku trwał ten pobyt słodki,
Iskanie króla i wiernych łaskotki.
LXXVIII
Gdzie są miss, misski, misseczki, gdzie słodka
Lady X, lord On i hrabina-Ona?
Jedna rzucona w kąt jak stara szczotka,
Żona, rozwódka, wdowa i znów żona
— Ta sama często powtarza się zwrotka. —
Gdzie świat Londynu? Gdzie zgraja spodlona
Dublinu? Gdzie Grenville? Wykręcili
Kominka. Gdzie Wigowie640? Tam, gdzie byli.
LXXIX
Gdzie są dziś lady Karolcia i Frania?
Wzięły lub chcą wziąć rozwód. — O annały,
Co spisujecie rauty i zebrania,
Poczto poranna, co liczysz kawały
Kół połamanych i nóg, zbierasz zdania
Żurnalów, czym dziś płyną twe kanały?
Jedni mrą, drudzy gdzieś na lądzie chudną,
Bo z dzierżaw szczupłych dużo dobyć trudno.
LXXX
Temu się śmiała synekura641 tłusta,
Aż mu kazano zabierać manatki,
Dziedziczka stała się pastwą oszusta,
Z tych są już żony, z tych dopiero matki;
Tej zwiędły oczy, tej kibić, twarz, usta.
Inną wziął postać świat, ludzie, wypadki.
Nie ma w tym dziwu, lecz niepokojące
Są te odmiany prędkie i naglące.
LXXXI
Siedmdziesiątych lat — nie jest to czas długi.
Jam w siedmiu tyle widział zmian na świecie
Od króla aż do najniższego sługi,
Na co innemu potrzebne stulecie.
Wszystko nietrwałe, lecz smutno, że strugi
Płyną, nowości nie przynosząc przecie,
Nic nie jest stałe w nurcie czasu bystrym
Prócz, że Wig nigdy nie będzie ministrem...
LXXXII
Napoleona widziałem. W Saturna
Zmienił się Jowisz. I księcia widziałem,
Którego polityka była durna
I błędna jak wzrok. Tym was materiałem
Nudzę, samemu zbrzydziła się chmurna
Sfera. Królam też widział; patrząc, drżałem,
Bo, wygwizdawszy go, znowu pieścili;
Co było lepsze, nie zgadnę w tej chwili.
LXXXIII
Widziałem panów z kieską wypróżnioną,
Izbę zmienioną na kram podatkowy,
Joannę Southcote udaną matroną,
Smutny wypadek nieboszczki królowej.
Widziałem głowy przykryte koroną
Miast czapką błazna; widziałem jałowy
Kongres642, a także ludy, co jak osły
Gniotące brzemię — możnowładców niosły. —
XXXIV
Małych poetów, wielkich prozaików
I nieskończonych mówców, choć nie wiecznych
Szlachtę z okolic zachrypłą od krzyków;
Fundusze w wojnie z ojczyzną walecznych;
Panów, jeżdżących na łbach niewolników;
Widziałem piwo, które do bajecznych
Stopni cienkości sprowadził podróbca;
Widziałem, jak John zrobił z siebie głupca.
LXXXV
Więc: „Carpe diem643, carpe”, bohaterze!
Jutro promienie nowego zarania
Błysną i znów je harpia jeszcze świeże
Pożre. Świat graczem jest. „Dokończcie grania,
Łotry!” — a niechaj każdy z was się strzeże
Mniej czynów niż słów; niechaj się osłania
Maską obłudy, niech chytrze udaje,
Niechaj nie będzie, niech się zawsze zdaje.
LXXXVI
Lecz na cóż ciągle jedne ciąć kuranty?
Mógłbym opisać ziemię mą rodzinną,
Którą zwą zacni równie jak furfanty644
Krajem moralnym. Ale rękę czynną
Wstrzymam, bo nie chcę pisać Atalanty645. —
Raz by się zresztą zrozumieć powinno,
Że nie jesteście moralni, co wiecie
Sami, choć w żadnym nie stoi poecie. —
LXXXVII
Przeżycia mego bohatera zrobię
Przedmiotem dalszych pieśni z zachowaniem
Przyzwoitości praw, na całym globie
Przyjętych; zresztą pieśń ma jest udaniem,
Jak rzekłem; pisać nie myślę o sobie,
Choć mnie niejeden drażni podsuwaniem
Takich zamiarów; bo wam tu powtarzam,
Gdy już mówić chcę, to na nic nie zważam.
LXXXVIII
Czy się ożenił z trzecią albo czwartą
Córką tropiącej mężów księżnej mamy,
Czy z inną panną, z innych więcej wartą
Cnót w interwałach nieprzerwanej gamy,
Starannie ziemię zaludniał otwartą
(Prawo nie może tu mężom kłaść tamy),
Czy go gdzieś grzeszna zwabiła ponęta,
Za którą potem płacił alimenta,
LXXXIX
To leży w czasu nieprzejrzanej księdze.
— Dotąd cię dowieść, moja pieśni, chciałem!
Dziś drugie tyle stawię, że potędze
Twojej nie oprze się nic i twym śmiałym
Natarciom; wszystkich że w boju przepędzę,
Którzy śmią twierdzić, że czarne jest białym.
Tym lepiej, żem sam; choć osamotniony,
Swobodę myśli przekładam nad trony.
Pieśń dwunasta
I
Najdzikszym z „wieków średnich” na tym świecie
Jest barbarzyński „średni wiek” mężczyzny.
To — porównajcie go, z czym sami chcecie —
To pogranicze głupstwa i tężyzny,
Kiedy się nie wie, co czynić; śródlecie;
Karta wydarta z książki, gdy siwizny
Srebro zaczyna bieleć coraz jawniej,
Gdy się już nie jest, czym się było dawniej.
II
Młodym za starzy, a starym za młodzi,
By szumieć z dziećmi, a starcami skępić,
Dziw, że do grobu nie tęsknią. Zachodzi
Ich słońce, a dniom przyjdzie się zasępić.
Miłość trwa jeszcze, lecz żenić się — szkodzi,
A inna miłość — o! Ta się już stępić
Musiała; pieniądz to czyste marzenie,
Ledwo zaczyna nocne płoszyć cienie.
III
Złoto!... O, skąpcze, kto cię zwie biedakiem?
Twoją jest rozkosz, co nigdy nie blednie.
— Jest ona liną okrętową, hakiem,
Który rozkosze hamuje poślednie.
Kto przy obiedzie ciebie lada jakim
Widzi, jak skromnie ucztujesz i biednie,
— Dziwiąc się, że być może bogacz — sknera,
Nie zna widm, jakie wstają z skórki sera.
IV
Miłość osłabi, wino zdrowie stera,
Ambicja wstrząsa, w grze majątek znika —
Ale kto złotko z wolna, z wolna zbiera
I jeden dukat za drugim zamyka
Do skrzyni, z wolna, z wolna nim wypiera
Miłość, grę, wino, próżność polityka.
O złoto lube! Milsześ niż papiery,
Zbiorniki dymu, ulotne chimery.
V
Kto dzierży wagę światowych zapasów
Lub kto dyktuje na kongresach kreski?
Kto wznosi w górę gołych gerylasów646
I wywołuje pism codziennych piski?
Co jest rozkoszą, nędzą wszystkich czasów?
Kto polityków wwodzi na tor śliski?
Czy wielki, chrobry duch Bonapartego?
A! — nie: Żyd Rotszyld i Baring, kum jego.
VI
Ci z liberalnym i wiernym Lafitte’em647
Są Europy wyrocznią, zakonem.
Spekulacjami są pożyczki. — przy tem
Jednak ludami władają i tronem.
Dają ton nawet rzeczompospolitym;
Nawet Kolumbia sama ma patronem
Meklera; nawet Peru złote miny648
Dziś dyskontują możne Żydowiny.
VII
Czemuż ma skąpiec być zły i przeklęty?
Jak powiedziałem, wiedzie skromne życie,
Za które byłby cynik albo święty
Wielbion, które by czczono w eremicie,
Do kalendarza byłby za nie wzięty.
Więc za co chudy jego byt ganicie?
„Nie ma pożytku — mówisz — z głodomarcia
Większa zasługa więc samozaparcia.
VIII
Oto poeta! On w czystej pieszczoty
Objęciach złoto zgromadzone ściska,
Którego sama nadzieja już roty
Ludzkie za morze pędzi. Dlań wytryska
Z czarnych min, z rudy szpetnej promień złoty;
Dlań brylant iskier milijonem błyska,
A szmaragd barwą łagodnej zieleni
Koi jaskrawy blask innych kamieni.
IX
Jego są ziemie, góry, pola, bory;
Jemu okręty z Cejlonu, Kataju,
Indyj przynoszą wonnych płodów zbiory;
Dlań zboże rośnie, doń wina Tokaju,
Madery śmieją się jak twarz Aurory649;
W jego piwnicach mieszka się jak w raju —
Gdy on sam twardy, zimny, niezmysłowy
Kieruje tylko wszystkim — pan duchowy.
X
Kto wie? Może chce co wielkiego sprawić?
Zbudować szkołę, sfundować wieczysty
Majorat650 albo gdzieś kościół wystawić,
W nim wizerunek swej twarzy kościstej?
Może chce ludzkość tymże złotem zbawić,
Które ją gubi, lub kapitalisty
Pierwszego imię pozyskać w narodzie,
Lub lubi w złocie pluskać się jak w wodzie?
XI
Choćby to był cel owego z zapałem
Upartej żądzy zbieranego mienia,
Jedynie głupiec nazwie tę chuć — szałem.
Jakież są jego czyny i zachcenia?
Wojna, bunt, miłość... Sąż te ideałem
Życia? Pracą, od tabliczki, mnożenia
Ważniejszą? Skąpcze, niech twój dziedzic powie,
Czyś ty miał lepiej, czy rozrzutnik — w głowie.
XII
Sztaby, rulony i garnki monety
Pełne, z głowami nie tych luminarzy
Starych, gdzie głowa wraz z laurem — niestety —
Dziś nawet tyle co blaszka nie waży,
Lecz ważne złoto, na którym portrety
Koronowanych karłów; co się jarzy
Nieobrzezane nożem Żydowina;
O, tak! Złoto jest lampą Alladyna.
XIII
„Miłość wsią, dworem, miłość grobem władnie,
Bo raj miłością jest, a miłość rajem” —
Co zresztą dowieść nie da się tak snadnie
(Logiczność nie jest poetów zwyczajem).
Prawda, że „w grobie” jest coś może na dnie:
Choćby rym „grób” — „ślub”; w wątpliwość podajem
Jednakże (biorąc na świadka dziedzica),
Czy „wsią” lub „dworem” każdy się zachwyca.
XIV
Co nie śmie miłość, to pieniądze czynią,
Bo pieniądz nawet wyżej grobów siada.
Bez niego niczym jest dwór, wieś pustynią;
Bez złota „nie bierz żony” — Malthus651 gada.
Więc pieniądz rządzi miłością-rządczynią,
Tak jak dziewicza Cyntia falą włada.
Mówisz: „Miłość — raj!” Czy za wosk oddajem
Miód?... To nie miłość — małżeństwo jest rajem.
XV
Jestże prócz ślubnej pozwolona inna
Miłość? Małżeństwo zaś to miłość przecie
W jakimś tam sensie. Lecz logika gminna
Nigdy jedności z tych dwu słów nie plecie:
W stadle być może miłość i powinna;
Małżeństwa bez niej także widujecie;
Lecz wolna miłość jest grzechem, zgorszeniem,
Że już jej innym nie nazwę imieniem.
XVI
A że na dwory i na wieś nie jadą
Ani wpadają w grób żonaci sami,
Którzy się żadną nie splamili zdradą,
Uważam wiersz ten za lapsus calami652.
Dziw, że to pisze Scott: buen camerado,
Który jest sławny swymi zasadami
Tak, że mi Jeffrey stawia go przykładem.
— W tych strofach dowód, żem szedł jego śladem.
XVII
Dziś powodzenia nie mam, lecz bajeczne
Miałem za młodu; rozrywany byłem;
W czasie, kiedy są sukcesy konieczne.
Z owych sukcesów dla się wydobyłem
To, czegom pragnął — szczegóły zbyteczne. —
Co było — moim było. Choć płaciłem,
Przyznam się, za te powodzenia dzięgi653,
Nie chciałbym wydrzeć tych kart z życia księgi.
XVIII
Ów Sąd Kanclerski choć się go wybierze
Na opiekuna nad ową nowiną
Niedorodzoną, co ją mocni w wierze
Zwą „potomnością” albo „przyszłą gliną”,
Zda mi się, śmiało powiadam, lecz szczerze,
Słabą dla wsparcia moralności trzciną.
Potomność będzie — niechaj świat się płoni —
Tak mało wiedzieć o nim, jak on o niej.
XIX
Czyż nie jesteśmy przyszłością? Ja i wy?
A pamiętamy kogo? Ni seciny.
Gdyby fakt każdy w książkach był prawdziwy,
To bohaterów prześcigłyby czyny.
Plutarch654 ważniejsze tylko spisał dziwy,
A krytyk i tak podkłada mu miny,
Zaś Mitford dzisiaj (z grecką, jak się zdaje,
Wiarą) samymże Grekom kłam zadaje.
XX
O czytelnicy wszystkich stanów, czynów!
Słuchaczu miły, niemiły pisarzu!
Dalszą pieśń tworzę — z poważnych zaczynów,
Jakby Wilberforce w moim kałamarzu
Siedział lub Malthus. Pierwszy z nich Murzynów
Wyzwolił, za co wart stać na ołtarzu,
Kiedy Wellington tylko Białych gubi,
A Malthus czyni to, co gromić lubi.
XXI
Więc spoważnieję, bym nie podrwił głową;
Przeczżebym655 i ja nie miał czego stworzyć
I „słońca zaćmić swą świeczką łojową”?
Dziś konstytucje nowe chce ułożyć
Ludzkość i dźwignię wynaleźć parową,
Mędrzec zaś ojcom zabrania się mnożyć,
Gdy nie wystarcza ich szczupły majątek
Dla odsadzonych od piersi dzieciątek.
XXII
To jest szlachetne, romantyczne, szczytne!
Myślę, że „filogenitywność” — może
To słowo dzisiaj niezbyt jest pochwytne„..
Istnieje nawet >krótsze, lecz w tej porze
Przyzwoitości spódniczek nie przytnę,
Bo na moralność godzić, broń mnie Boże! —
Otóż jak mówię: „Filogenitywność”
Winna na mniejszą natrafiać przeciwność.
XXIII
Lecz do przedmiotu. — Mój Juanie luby,
Jesteś w Londynie, w mieście przykrej woni,
Gdzie na cię paszczą zieje potwór zguby;
Młodzież mu dzisiaj trudno się obroni.
Nie doznasz wprawdzie strachu pierwszej próby,
Boś już nie frycem w forsownej pogoni
Wczesnego życia. Lecz to ziemia mglista,
Której od razu nie przejrzy turysta.
XXIV
Co do mnie, mógłbym o jednym mandacie
Wszędzie być posłem, w gorącym czy chłodnym
Kraju; różnicę boć tylko w klimacie
Przedstawia stały ląd w swym nowomodnym
Ustroju; ale rym jest trudny na cię,
Anglio, sposobem Muzie niewygodnym.
Każdy kraj ma swych lwów — ale w kochanej
Brytanii żyją największe brytany.
XXV
Hej! Polityka wnet mi oczy wyżga.
Paulo majora656 Juan w wielkim grodzie
Między ścieżkami wszech pokus się ślizga,
Jak wyćwiczeni łyżwiarze — po lodzie.
Kiedy go znudzi sport, to się umizga657
Do pięknych istot, u których jest w modzie
Znosić w triumfie czystości męczeństwo,
Przeciwstawiając grzechom swe panieństwo.
XXVI
Lecz tych niewiele. W końcu taka mała
Robi diabelski skok, którym dowodzi,
Że i najczystsza czasem głupstwo zdziała,
W morzu zepsucia tracąc ster swej łodzi.
Ludzie truchleją, jakby się ozwała
Balaamowa658 oślica, i chodzi
Jak żywe srebro z ust do ust nowina;
Kto by pomyślał: tak skromna dziewczyna! —
XXVII
Małą z wschodnimi oczyma Leilę —
Typowy okaz milczących Azjatek,
Która bez dziwu patrzała na tyle
Śliczności, ku niespodziance magnatek,
Mających nowość każdą za motyle
Łowione z nudów — owy „wielki światek”
Przyjął z historią Szecherezad godną,
I zrobił zaraz tajemnicą modną.
XXVIII
Panie spierały się, jak zwykle panie
Spierać się zwykły tak w dużym, jak w małym.
Darujcie, piękne, że was ostro ranię;
Zawszem was lubił bardziej, niż pisałem,
Lecz gdym zmoralniał, zgromię panowanie
Gadulstwa, które dziś staje się szałem —
Szeroko zatem jęły dysputować,
Jak młodą pannę należy wychować.
XXIX
Co do jednego punktu trwała zgoda,
I słusznie, to jest, że młoda dziewczyna
Piękna jak niebios jej wieczna pogoda,
Swojego szczepu gałązka jedyna,
Chociaż pupilką Juana — tak młoda! —
Być mogła, lepiej, że jaka hrabina,
Której już płochość659 młodociana zbrzydła,
Weźmie ją pod swe opiekuńcze skrzydła.
XXX
Więc wywołało to spółubieganie
I poruszone były wyższe sfery,
Kto ma sieroty objąć wychowanie.
Ponieważ Juan był z tych, co „maniery”
Znają, za shocking660 uznano zbieranie
Składek. Zgłosiło się dwadzieścia cztery
Wdów oraz dziesięć panien (każda dama
Przeszła już dawno „średni wiek Hallama661”).
XXXI
Jedna albo dwie roztropne rozwódki
Chciały ją również chować (ich szczep wcale
W dobie małżeńskiej nie wydał jagódki)
I w świat wprowadzić, to jest w karnawale
Wziąć na bal, pełną rumieńców, i skutki
Chowu pokazać. Zaraz pierwsze bale
Do dziewiczego miodu młódź przynęcą
(Przy złotych ulach te trutnie się kręcą).
XXXII
Szlachta, u której w kieszeni ostatki,
Gołe hrabiątka i lwy-desperaci,
Babki przezorne, siostry-dyplomatki
(Które, gdy zręczne, lepiej od swych braci
Wpędzają ryby do małżeńskiej siatki)
Jak ćmy dokoła tej nowej postaci
Szczęścia latają, zawracając głowę
Ci walcem, tamte przez słodką wymowę.
XXXIII
Każda kuzynka, ciotka ma rachubę
Swoją; mężatki nawet są czasami
Tak nienamiętne i niesamolube,
Że inne żenią z swymi kochankami.
Tantae-ne662! (Oto masz cnót istnych próbę
Na wyspie, której białość Dover plami).
Aż sama panna śród takiej wybiórki
Mieć by wolała płeć syna niż córki.
XXXIV
Ta wpada prędko, ta wkoło rozdaje
Adoratorom ryczałtem koszyki.
Miły to widok: stara ciotka łaje
(Sprzyja związkowi zwykle). Słychać krzyki:
— Jeśli się pannie Edward nie nadaje,
Czemu odbiera jego bileciki,
Czemu z nim tańczy i czemu go mami,
„Tak” mówi wzrokiem, a zaś „nie” ustami?
XXXV
Czemu? Edward był przywiązany szczerze,
Nie dla majątku — na to go nie złowim.
Panienka przyzna kiedyś i powie, że
Głupstwo zrobiła, partia była bowiem
Świetna — markizy intryżki w tym świeże.
O! Znam ją — zaraz jutro księżnej powiem.
Może dlań lepiej, że się rzecz rozchwiała?...
Jak ona na list jego odpisała! —
XXXVI
Mitry, mundury, epolety, szpady
W obieg puszczają się jak w karuzelu.
Tracą się serca i czas, i zakłady
O materialną żonę, a gdy z wielu
Wybierze wreszcie sławnego z ogłady,
Z polowań, jazdy, tańca i do celu
Ślicznotka dojdzie, to reszta się cicho
Złośliwie cieszy: „Jak wybrała licho!”
XXXVII
Z adoratorów niekiedy wybiera
Takiego, co jest natrętny i patrzy
Czule lub znowu — co się nie napiera
Bynajmniej (lecz ten wypadek jest rzadszy);
Czterdziestoletnim wdowcom się otwiera
Szerokie pole; mogą w kącie siadłszy
Zdobycz wytropić; lecz z jakich bądź sfer ją
Wybiorą, wybór jest zawsze loterią.
XXXVIII
Co do mnie (macie tutaj przykład nowy
Szkodliwej prawdy i prawdziwej szkody),
Byłem wybrany od mojej królowej,
Zalotnik nie tak roztropny jak młody.
Lecz choć zacząłem poprawę od głowy,
Zanim się stało jednym, co z niezgody
Wnet zeszło na dwa, przyznaję bez pychy,
Wybór zrobiła żona moja — lichy.
XXXIX
Znowu dygresja! Przebacz mi lub — wolę —
Przeczytaj. Lubię na wstępie morały
Prawić, jak pacierz mówi się przy stole.
Niby przyjaciel nudny, proboszcz dbały
Lub stara ciotka, lub bakałarz w szkole,
Muza ma pragnie poprawić świat cały;
Na każdym miejscu i każdego czasu
Kwapi się prawić kazania z Parnasu.
XL
Teraz w preludium niemoralna fuga:
Wskażę, jaki jest świat z błędami swymi,
Nie, jaki ma być. W tym moja zasługa,
Że wam dam fakta; wyznać muszę, że mi
Inaczej szkoda i pracy, i pługa.
Dotąd mój lemiesz tyka ledwo ziemi
Zgnojonej grzechem, aby chociaż stare
Utrzymać ceny na swe żyto jare.
XLI
Naprzód nam zważać trzeba, co się stanie
Z Leilą: młodą, czystą jako ranny
Świt albo jak śnieg (stare porównanie:
Śnieg mniej przyjemny jest niż nieskalany,
Co każdy może sprawdzić). W don Juanie
Zbudził się ojciec, ale dla przybranej
Córki opiekę chciał znaleźć stateczną,
Bo bez opieki młodym — niebezpieczno.
XLII
Widząc w osobie swej nieodpowiednie
Medium (każdy z was pojąłby to samo)
Rozmyślił zająć stanowisko średnie,
Bo często pupil ochmistrzowi plamą.
Więc kiedy stare damy — same przednie —
Dzikiej Azjatki chciały zostać mamą,
Wziął lady Żgawkę ze „Stowarzyszenia
Obrony dziewcząt złego prowadzenia”.
XLIII
Dzisiaj już stara, dawniej była pono
Młodsza; cnotliwa całe życie — wierzę.
Choć oczerniono ją i oskarżono
O różne... Czyste me ucho się strzeże
Powtarzać, czego jej nie dowiedziono.
Bo mnie też na nic taka złość nie bierze,
Jak na trociny z plotkarskiego tracza,
— Co są ludzkiego karmią odżuwacza.
XLIV
Spostrzegłem — jestem zaś nie lada jakim
Badaczem i mam oko osobliwe,
Co jest poniekąd doświadczenia znakiem —
Że damy w młodych latach nazbyt... żywe,
Prócz znajomości świata z jego brakiem
Cnoty, prócz wiedzy, dokąd wiodą krzywe
Ścieżki, baczniejsze są na wody mętne,
Gdzie dna nie dojrzy oko beznamiętne.
XLV
Gdy sztywna cnota szyderstwem osładza
Brak niezaznanych uciech, których użyć
Nie wolno, kiedy szczęsnych raczej zdradza,
Niż broni, z „towarzystwa” chcąc wykurzyć
Praktyczna dama gromi, naprowadza,
Radzi otwierać oczy, a nie mrużyć
Przed skokiem — słowem rozjaśnia ten słodki
Problem miłości: źródło, ujście, środki.
XLVI
Z tej racji czy też, że surowsze, z góry
Wiedzą, dlaczego takimi być mają —
Zbierając wzorki obaczysz, że córy
Podobnych matek, ponieważ już znają
Świat z doświadczenia lepiej niż z lektury,
Wiele cenniejszy towar przedstawiają
W targu pannami na małżeńskim rynku
Niż te, co grzechu nie znają z uczynku.
XLVII
Jak rzekłem — lady Żgawkę oczerniano;
Któż piękność, młodość przebaczy kobiecie;
Dziś marę grzechu od mej odegnano,
Dowcip jej podziw budził w wielkim świecie.
Jej bon mots w kołach, kółkach powtarzano,
Potem dewocja i bractwa — co chcecie! —
Dodam, że swych lat pędziła ostatki
Jako wzór żony, kobiety i matki.
XLVIII
Swobodna w swoim kółku, a przybrana
W powagę w wyższym, kierowniczka młodzi,
Ostrzegała ją (od rana do rana),
Kiedy spostrzegła, że na zły tor wchodzi.
Liczba jej dobrych uczynków nieznana;
Utonąłby mój Pegaz w ich powodzi.
Teraz nabrała szczególniej ochoty
Stać się troskliwą matką dla sieroty.
XLIX
Do tego Juan był jej faworytem,
Według niej serca dobrego dowodził.
Trochę zepsuty, ale dobry przy tem,
Czemu się zdziwisz, wiedząc, kto go rodził
I gdzie się tułał. Los, co by mógł bytem
Drugiego zachwiać, jemu nie zaszkodził;
Bo tyle w życiu już wypadków miewał,
Że się już żadnej zmianie nie zdumiewał.
L
W zmianach najprędzej mądrzeje naiwność.
Kiedy się młodzi ludzie starzeć zaczną,
Zwykli uskarżać się na losów dziwność
I na Opatrzność sarkać nieopatrzną.
Pierwszą do prawdy drogą jest przeciwność;
Kto bój zna, burzę i miłość rozpaczną,
Czy osiemdziesiąt ma, czy osiemnaście
Lat, zgłębił wszystkie doniosłe przepaście.
LI
Co z tego zyska, to rzecz mniej doniosła. —
Don Juan chwalił taką niepoślednią
Troskliwość damy, która gdy dorosła
Jej córka wyszła za mąż, swą poprzednią
Opiekę, zbywszy ciężaru, przeniosła
Jak Lord Mayora barkę na naślednią663
Lub jeśli chcecie porównania z sfery
Poetyczniejszej — jak muszlę Cytery.
LII
Zwę to transmisją; taki nieustannie
Cyrkulujący balast wykształcenia
Dziedzictwem z panny dostaje się pannie;
W tej się na mądrość, w tej na siłę zmienia,
Ta śpiewa, owa tańczy, pływa w wannie
Metafizycznej, ta pisze z natchnienia
Lub gra; skromniejsza z dowcipu664 jest sławna,
A inna w spazmy i omdlenia wprawna.
LIII
Czy klawikordy, dowcip, piękne sztuki,
Czy religijność, czy zgrabne figury
Służą szlachcicom, lordom za prynuki665 —
Dość, że inwentarz ów z matek na córy,
A z córek zasię przechodzi na wnuki,
I wciąż westalek666 płyną nowe toury,
A każda strojna i świeża, i chybka,
I każda w mitrze, a spragniona czepka.
LIV
— Więc do właściwej przystąpię roboty;
Rzecz dziwna (zwyczaj ten dziś się rozszerzył),
Żem nie rozpoczął od pierwszej aż do tej
Pieśni właściwie jeszcze, com zamierzył.
Te ksiąg dwanaście to pierwsze przeloty
Dźwięków, preludia; dopierom uderzył
Akord, spróbował, czy nie luźna która
Struna — teraz się zacznie uwertura.
LV
Dbam właśnie tyle, co o gronko trześni,
Czy mnie uwielbi świat, czy mnie zniesławi.
O tych obawach Muzie mej się nie śni,
Ona moralne lekcje tylko prawi.
Myślałem zrazu, że dwanaście pieśni
Wystarczy — lecz gdy Apollo się bawi,
Jeśli mój Pegaz dotrwa, to nie wcześniej
Śpiew zastanowię667 aż przy setnej pieśni.
LVI
Don Juan ujrzał ów maleńki światek
Na szczudłach, „wielkim” zwany, choć granice
Jego są szczupłe i sił niedostatek
Żywotnych; ale jak miecz ma głowicę,
By strzegła ręki, kiedy do bijatyk
Przyjdzie, tak mały świat — miecz za zwierzchnicę
Ma tę rękojeść; ta jest jego główką,
Słońcem, księżycem, gazem668, szabasówką.
LVII
Znalazł przyjaciół; każdy z nich miał żonę,
Obojgu miły gość; bywał w wytwornych
Sferach, gdzie rządzą grzeczności ważone,
A nieszkodliwe, do ukłonów dwornych,
Do posyłania kart ograniczone
I do króciutkich odwiedzin wieczornych.
Toteż w pierwszego karnawału szale
Czas mu zajęły maskarady, bale.
LVIII
Młody kawaler, pięknym herbem zdobny
I kluczem dóbr — ma grunt pod sobą grząski,
Bo „towarzystwo” to hazard, podobny
Loterii albo grze królewskiej w „gąski”,
Gdzie każdy partner ma swój cel osobny,
Najlepsze dla się wyławiając kąski.
Panny żądają powiązać się w pary,
Mężatki pragną zmniejszyć ich ciężary.
LIX
To niepowszechną jest, ale częściową
Prawdą; niechaj ten zarzut nie rumieni
Niewiast, które się trzymają pionowo,
Jak dąb, zasady mając miast korzeni,
Lecz te, co łowią metodą „siatkową”,
„Rybaczki ludzi” niby ród syreni.
Spróbuj sześć razy z rzędu z panną mówić
Możesz u krawca ślubny frak zamówić.
LX
Bo zaraz matka pisze i zawodzi,
Że jest wstrząśnięta jej niebogi dusza,
Potem surowo pan brat cię nachodzi
I pyta, przy czym groźnie wąsem rusza,
W jakich zamiarach bywasz. Stąd wychodzi,
Że cię panienka do małżeństwa zmusza.
Więc, mając nad nią i nad sobą litość,
Za zapowiedzi płacisz należytość...
LXI
Znałem ja wielu w ten sposób żonatych
Z arystokracji — lecz znałem, mospanie,
Młodzieńców, którzy, chociaż mieli dla tych
Rozpaczy litość i poszanowanie,
Nie ulękli się krzyków ni wąsatych
Braci i żyli sobie „w wolnym stanie”,
Woląc zostawić pannę z raną w sercu,
Niźli ją goić na ślubnym kobiercu.
LXII
Jest inny, co go nie znają profani,
Szkopuł; nie w ślubnej lub miłosnej sprawie,
Lecz który także strąca do otchłani.
Jest nim (pozorów cnoty nie pozbawię
Nawet grzesznicy; nie lękaj się, pani!
Bo pozór może ujść za cnotę prawie.
Potępiam płazu kolory spłowiałe,
Ani szkarłatne, ani śnieżnobiałe) —
LXIII
Jest nim kokietka zimna, co się wzdraga
Rzec „tak”, a nie chce „nie”. Wodzi rycerzy
Pod wiatr, nie dbając, że ich rozpacz smaga.
Wtedy się cieszy, gdy tak przed nią leży
Krwawa ofiara... a potem powaga
Śmierci, bo nowy Werter prosto mierzy
W serce; i oto kokieterii głupstwo:
Nie nierząd, a już moralne porubstwo.
LXIV
Lecz się w gadułę zmieniam. Kończmy żwawo.
Następny szkopuł poważnej natury:
Mężatka, która bez względu na „prawo
I kościół” miłość ukartuje z góry.
Pierwszy raz jeszcze to kobiecą nawą
Nie wstrząśnie — pomnij, turysto — lecz córy
Tej starej Anglii, gdy się puszczą ino,
Wnet Ewę w biegu do piekła wyminą.
LXV
Kraj gazeciarski, adwokacki, płaski.
Niech on i ona, młodzi i rówieśni,
Zawiążą przyjaźń, zaraz świat niesnaski
Wszczyna i zgoda zaraz się rozcieśni.
Następnie dąsy, procesy i wrzaski,
I smutny finał romantycznej pieśni.
Obrońcy w sądzie mowa ckliwo-słodka,
Dla czytelników kuriera — łakotka.
LXVI
Ale tak błądzi młódź początkująca
Jedynie; kilka genialnie ostrożnych
Obłudnych słówek zbawia cześć tysiąca
W tej kobieciarni angielskiej wielmożnych.
Znajdziesz ich wszędzie; niejeden się trąca
Z tobą kieliszkiem, siedzi wśród pobożnych
Hrabiów, sam czysty, przyjemny, kochany —
A wszystko, że jest „taktowny i — szczwany”.
LXVII
Juana, który nie wszedł na te tory
Jako nowicjusz, to jeszcze osłania,
Że jakiś słaby był — to jest, nie chory,
Lecz doznał tyle dobrego kochania,
Że wystarczało mu aż do tej pory;
Mówię to tylko ot tak — bez gderania
Na modre oczy, pończochy — na białe
Skały i szyje, na cła, zamki trwałe...
LXVIII
Że równie przybył z romantycznych krajów,
Gdzie życie, a nie prawo idzie w najem
Żądzy, żądza zaś ma pęd świeżych gajów —
A wszedł na ziemię, gdzie szał jest rodzajem
Sportu, na ziemię mędrców i ratajów
(Zresztą zachwycał się moralnym krajem) —
Przebacz i żałuj — ja sam z wstydu mięknę:
Zrazu kobiety uznał za — niepiękne.
LXIX
Powiadam: zrazu, bo je znalazł potem,
Chociaż stopniowo, nawet piękniejszymi
Niż tamte damy malowane złotem
Wschodniego słońca na azyjskiej ziemi.
Przyczynę — z samym wyłuszczę przedmiotem.
Chociaż go między niedoświadczonymi
Nie kładę, jednak w nowym otoczeniu
Smak musi ulec pierwszemu wrażeniu.
LXX
Nigdym nie widział Murzynów, produktu
Gorących krajów: Egiptu i Nubii;
Niemożliwego też nie znam Timbuktu,
Gdzie geografia bez mapy się gubi,
Bo Europa bos piger669 swój pług tu
Zostawić raczej na uboczu lubi;
Lecz gdybym tam był, to bym... niech przepadnę,
Usłyszał zaraz, że czarne jest ładne.
LXXI
Tak jest. Nie klnę się, że czarne jest białem,
Lecz podejrzewam, że czarnym jest białe;
Wszystko zależy od oka. Słyszałem
Tę rzecz od ślepca. Pewno puścisz strzałę
Na takie dictum670... słuszność mam i miałem,
Jeśli zaś błądzę, to zbłądzenie małe.
Dla ślepca wszystko jest w cieniu głębokim,
A co ty widzisz, jest niepewnym mrokiem.
LXXII
W metafizyczne znowu kołowroty
Wpadam, w labirynt, kłębków tajemnicą
Podobny naszym lekom na suchoty,
Tej ćmie, co lata nad gasnącą świecą.
Zastanowienie zniża moje loty;
Chcę nasze damy z turecką dziewicą
Porównać; te są jak polarne lato,
Gdzie wiele słońca, lecz reszta lód za to.
LXXIII
Albo jak owe cnotliwe wodnice
Z twarzą i piersią — lecz resztą w ogonie
Rybim; nie, aby kreśliły granice
Chuciom, i owszem — dbają bardzo o nie.
Jako się w łaźni skacze pod prysznice,
Tak, kryjąc cnotę nawet w grzesznym łonie,
W pokusie grzeją się, a kiedy krucho,
Wtedy jak tuszem pryskają się skruchą,
LXXIV
Co na zewnętrzność bynajmniej nie wpływa. —
Zatem nie znalazł w Angielkach urody:
Piękna Brytanka wdzięki swe ukrywa
Przez strach dla wypaść z nich mogącej szkody
I w serca raczej ukradkiem się wszywa,
A nie, jak w wojnie, szturmem bierze grody.
Lecz wziąwszy — robi z przyjaciela wroga
I trzyma się w nim jak wierna załoga.
LXXV
Nie stąpa ona beduińskich koni
Krokiem ani jak hiszpańska dziewczyna;
Nie ma w jej oku pobłysków Auzonii671
Ni Paryżanek strojem przypomina;
W głosie, choć słodkim, brawura nie dzwoni
Owa, co mi się podobać zaczyna,
Chociaż od siedmiu lat w mych uszach wichrzy
I choć, jak sądzę, słuch mam nienajlichszy.
LXXVI
Nie umie tego; i w czym innym wprawy
Nie ma; nie działa w sposób chytry, prędki,
Co jeno piekieł powiększa dzierżawy.
Jej humor nie jest niby trzcina giętki,
Na jednej schadzce nie dokona sprawy,
Co oszczędziłoby czas, trud i smętki;
Lecz, gdy raz zorzesz i obsiejesz rolę,
Wyda ci pełne kłosy — nie kąkole.
LXXVII
A gdy się nadto namiętności poda,
O! To poważna wyjdzie rzecz — do licha!
Dziewięć na dziesięć razy jest to moda
Lub kokieteria, kaprys albo pycha.
Lubi nowością się bawić — ot, młoda,
Lubi, gdy w złości rywalka usycha;
Ale dziesiąty raz — to jest huragan;
Szalona nie chce rad słuchać ni nagan.
LXXVIII
Przyczyna jasna. Pomsta wywołana
Skandalem prawa jej jak pariasowi
Odbiera; a gdy naszych sądów znana
Czuła oględność swój wyrok wypowie,
To „towarzystwo”, owa porcelana
Bez plamy, każe jej jak Mariuszowi
Sieść na honoru gruzach, bo ruina
Sławy — to w prochu legła Kartagina.
LXXIX
A może lepiej, że tak jest? Niech będzie!
Jest to komentarz do słów Ewangelii:
„Nie grzesz, przebacza ci się”, lecz w tym względzie
Sądzić jedynie święty się ośmieli.
Zresztą, chociażby długo trwały w błędzie,
Grzesznicom zawsze otworzą anieli
Wrota do cnoty; dama ta nikomu
Wstępu nie broni — jest dla wszystkich „w domu”.
LXXX
Zostawiam sprawę sporną za oczyma,
Wiedząc, że sztuczny przymus jak sukienka
Na chuci ludzkie wcale wpływu nie ma;
Człowiek odkrycia się, nie grzechu, lęka.
Co do czystości zaś — tej nie utrzyma
W ryzie żadnych praw ni kodeksów ręka;
Ona zwiększa grzech, wrót doń nie zamyka
I zmienia skruchę w rozpacz u grzesznika.
LXXXI
Lecz Juan nie był dociekaczem ani
Silił się prawa moralności badać,
Prócz tego żadnej wielkiej, pięknej pani
Nie udało się dotąd go posiadać.
Był trochę blasé672 — niech więc nikt nie gani,
Że swą serdeczną czułość mógł postradać.
Choć zawsze jeszcze gorący i żywy,
Był niewątpliwie trochę mniej „wrażliwy”.
LXXXII
A widział wiele: sąd, budynki dworskie,
Parlament z innych gmachów litaniją,
Słyszał z galerii gromy oratorskie,
Co biły w Anglii dawniej (dziś nie biją),
Dziwiąc lądowe ludy i pomorskie,
Aż do krainy, gdzie bizony żyją.
Zamknięcie sesji widział, arcymiłą
Rzecz; Chatham umarł, a Greya nie było.
LXXXIII
Był także świadkiem widoku pysznego,
Pysznego wtedy, gdy naród istotnie
Jest wolny; widział konstytucyjnego
Króla na tronie — kochanym; przymiot nie
Znany despotom, aż ich dzień przyszłego
Miru na model postępowy dotnie.
Jestże gdzie widok tak zachwycający
Oko i serce, jak lud ufający?
LXXXIV
Widział też (dziś by już nie ujrzał) księcia,
Jacy się liczą jeden na tysiące.
Czarem z każdego ukłonu i zgięcia
Wiał i jak wiosna miał obiecujące
Lica. Choć pełen królewskiego wzięcia,
Miał w sobie jeszcze to zachęcające,
Że był bez śladu głupstwa i nadętej
Wyższości — panem od czuba do pięty.
LXXXV
Juan w wysokich sferach był widziany
Mile, w najdostojniejsze wchodził koła,
Więc wpadł w to, czego wyrafinowany
I najuczeńszy człowiek ujść nie zdoła.
Dowcip genialny, humor niezrównany,
Z rzadką dystynkcją pogodnego czoła
Sprowadziły nań różnych pokus nawał,
Jakkolwiek nigdy okazji nie dawał.
LXXXVI
Lecz gdzie, dlaczego, jak i kiedy, i z kim —
Z tym wszystkim tak się zaraz nie rozprawię.
Gdy morał dziełu memu jest ogniskiem,
Nie wiem, czy jedno oko pozostawię
Suchym; lecz wrażeń gwałtownych naciskiem
Wszystkich do głębi wzruszę i załzawię;
Wykonam wzniosły monument patosu,
Jak Aleksander chciał zrobić z Atosu.
LXXXVII
Tutaj się kończy wstępu pieśń dwunasta.
Kiedy się temat właściwy rozwinie,
Ujrzysz, że wedle innej modły wzrasta,
Niż się pierwotnie spodziewano. Ninie673
Jak wielkanocne plan mój rośnie ciasta,
Niech ich czytelnik z wzgardą nie ominie,
Zresztą jako chce; umie znieść prawdziwa
Odwaga wzgardę, choć jej nie wyzywa.
LXXXVIII
Bledszymi dymy dziś mój wulkan kurzy,
Lecz wspomnij pierwszą część: oto powaga
Najdzikszej wojny, najszaleńszej burzy,
Jaka tę ziemię kiedykolwiek smaga,
I najwznioślejszej. Bóg widzi, tak dużej
Prowizji nawet lichwiarz nie wymaga. —
Najlepsza z dalszych oprócz astronomii
Poda wam małą lekcję — ekonomii.
LXXXIX
Przez nią dziś droga do popularności,
Nie, by był kołków brak w państwowym płocie,
Lecz jest to dowód niezmiernej miłości
Kraju pokazać, jak ma grzęznąć w błocie.
Mój plan (który dla oryginalności
Zataję) prosty jest i już w robocie.
Tymczasem liczcie deficyt krajowy;
— Jak znajdujecie nasze „tęgie głowy”?...
Pieśń trzynasta
I
Teraz się nieco poważniej nastroim;
Czas już. Śmiech dzisiaj coraz poważnieje,
Żart z grzechu w oczach cnoty jest rozbojem
Dusznym; gorszyciel taki, co się śmieje.
Przy tym posępność jest wzniosłości zdrojem
(Nieznośnym, kiedy zanadto rozleje).
Więc pieśń ma będzie tak powagą dumna,
Jak szczęt świątyni — samotna kolumna.
II
Chwytam przerwaną nić. Pani Adela
De Amundeville z normandzkiego rodu,
Który na różne linie się rozstrzela
W ostatnich gockich familiach zachodu,
Z woli rodzica pani włości wiela;
Piękna, nawet gdzie piękności jak lodu:
W Brytanii, którą patryjota prawy
Nazywa ziemią szczęścia, cnoty, sławy.
III
Nie chcę mu przeczyć i głupstw nie rozgarnę;
Gust w tym każdego najkompetentniejszy;
Oko jest okiem, a modre czy czarne
To jedno, jeśli jego czar niemniejszy.
Więc nad kolorem dysputy są marne,
Co przyzna każdy człowiek — praktyczniejszy.
Płeć piękna — piękną, a każdy mężczyzna
Do lat trzydziestu z zapałem to przyzna.
IV
Po tej pogodnej, choć parnej epoce
Księżyc się zjawia w tajemniczej kwadrze,
Gdy już światełko jego mglej migoce,
Wtedy dochodzi człowiek do tych lat, że
Sąd w nim się budzi; chuć mu nie łaskocze
Zmysłów, z rozsądkiem odtąd już nie zadrze.
Mówi mu także twarz i mdła postawa,
Że zdać na młodszych trzeba swoje prawa.
V
Niektórzy życzą przedłużyć tej ery
Trwanie i nie dziw! Tak rozkosznie żyli!
Ale żądania takie — to chimery,
Bo swego życia równik już przebyli.
Dziś mogą jeno kroplami Madery
Claretu zrosić drzewko, co się chyli.
Mają meetingi, wybory, parlament,
Długi, by zgłuszyć smętnej nudy lament.
VI
A potem, nie maż to dewocji, wrzawy
Reformatorskiej, obaw o los „Nacji”,
Podatków, wojen i walk o ster nawy
Państwowej; wodnej, ziemnej spekulacji,
Jadu, by grzał ich do wściekłej zabawy
Zamiast miłości — tej halucynacji?
Nienawiść rozkosz największą dać zdolna;
Kocha się prędko, nienawidzi z wolna.
VII
Powiada Johnson674, mistrz — na którejś karcie:
„Lubię tych, co gdy nie cierpią, to szczerze!”
Jedyna prawda, rzeczona otwarcie,
Odkąd się ludzkość w wodzie prawdy pierze —
Może to stary wyga mówi w żarcie?...
Ja jestem widzem, niby na operze,
I patrzę sobie na dworów ekscesa
Czy chałup — okiem Mefistofelesa.
VIII
Me nienawiści równie jak kochania
Przestały szaleć; jeśli jeszcze kolę,
To — że mnie jakaś wnętrzna siła skłania
Lub sobie radzę tym w rymów mozole.
Ja bym prostował złe żądze i zdania
(Hamując jednak, nie karcąc złą wolę),
Gdyby Cervantes w dziejach Don Kichota
Nie wskazał, że to próżna jest robota.
IX
Najmędrsza z mądrych powieść, zwłaszcza
Przeto, że śmieszy. Bohater jest prawy
I strzeże prawa; harde głowy spłaszcza,
Walczy w obronie tylko dobrej sprawy;
Cnota go właśnie z rozumu wywłaszcza.
Śmieszny — a sprawia widok bardzo łzawy,
Smutniejszy nawet niż eposu morał,
Kto go zrozumiał i myśl zeń wyorał.
X
Naprawia szkody, złym kary wydziela,
W służbie dam z łotrem walczy bez bojaźni,
Naprzeciw tłumom jeden się ośmiela,
By lud wyzwolić z niewolniczej kaźni.
Maż-że szlachetność ta, jak pieśń minstrela,
Być niczym, jeno igrą wyobraźni?
Żartem, zagadką, cnót błędnym migotem?...
Sokrates ma być mądrości Kichotem?...
XI
Cervantes prześmiał rycerstwo Hiszpanii;
Jeden śmiech zdołał prawego pozbawić
Naród ramienia. Odtąd niewidziani
Tam bohaterzy. Aby powieść bawić
Mogła, świat glebę przygotował dla niej;
To jej pomogło prędko się rozsławić,
Że cały urok arcydzieła grubo
Był opłacony naprzód — kraju zgubą.
XII
— Lecz wpadam w błędnych gawęd korowody. —
Don Juan w zjawie pani Adeliny
Odnalazł przykład „fatalnej urody”,
Choć ta fatalność nie była z jej winy.
Los to zasnuwa kobiece niewody
(Los jest wyborną wymówką na czyny)
I łowi; kto ujść potrafi kobiecie?
Lecz ja nie Edyp, a Sfinksem jest życie.
XIII
Na rozwiązanie też jeszcze nie wpadłem
Wielkiej zagadki. — Ale czas ulata;
Chciejmy nad pięknym zatrzymać się stadłem. —
Adelina jest w „wielmożnego” świata
Raju królową; jest wdzięków zwierciadłem.
Jej czar ożywia mężczyzn, damom splata
Języki (to ja między cuda mieszczę;
Po nim się drugi nie pojawił jeszcze).
XIV
Czysta na przekór pokusom i zdradzie,
Związana z mężem prawdziwie kochanym,
Znanym zaszczytnie w narodowej radzie;
Iście angielskim, nigdy niezmieszanym,
Umiącym dzielnie stać przy swej zasadzie,
W potrzebie prędko zdeterminowanym.
Świat ich szanował; wiedli byt spokojny,
Ona w swą godność, a on w dumę zbrojny.
XV
Wydarzyło się, że dyplomatyczne,
Z misją Juana związane, działania
W drogach ich punkta utworzyły styczne
Zbliżając obu; choć lord się ochrania
Ufać pozorom — młodość, piękność, liczne
Talenty mają władzę przyciągania,
Tworzą podstawę szacunku, co w mowie
Dworacko grzecznej „przyjaźnią” się zowie.
XVI
Milord oględny, ile że hamował
Czułość z nadmiaru dumy, i niepilny
Do żwawych sądów — gdy zdeterminował
Raz ten sąd, dobry, zły, ostry, przychylny,
Już go w pierwotnym kształcie zawsze chował,
Uważając go święcie za niemylny.
Chce iść sam, kocha-li czy nienawidzi
Z własnej skłonności; radami się brzydzi.
XVII
Toteż przyjaźni jego i niechęci
Często i trafne; co w nim do wzmocnienia
Uprzedzeń służy — gdy je raz wyświęci,
Już ich, jak perski kodeks, nie odmienia.
Nie był jak człowiek, co go febra smęci,
Wtrącając nagle w zimnicę z płomienia.
Nie rozczulał go widok raczej godny
Śmiechu: był ni gorący, ani chłodny.
XVIII
„Losu śmiertelny człek nie przeinaczy”.
— Ale pracować nań można. Ukartuj
Plan mądrze, a los szczęściem cię uraczy.
Bądź cichy, baczny, pilnuj się i wartuj;
Gdy uciskają, nie mrucz; ustąp raczej.
Co do sumienia — — zatwardź je i hartuj,
A wkrótce, jak koń lub bokser, bez trudu
W arenie życia dokaże ci cudu.
XIX
Milord się błogo w tej wyższości czuje,
Jak każdy człowiek wysoki czy lichy.
Najniższy jeszcze niższego znajduje
I z piedestału mu swego uśmiechy
Rzuca wzgardliwe; nic tak nie dojmuje,
Jak brzemię wielkiej a samotnej pychy,
Co chce rozróżniać w całej ludzkiej rzeszy
Część, co powozem jeździ — i tłum pieszy.
XX
Nad don Juanem, równy mieniem, klasą
Społeczną, rodem, nie miał praw wyższości,
Górował wiekiem i — jak sądził — rasą:
Naród angielski pośród ziemskich włości
Jeden się cieszy wolnym słowem, prasą,
Czego mu każdy inny kraj zazdrości,
I słusznie. Milord był mówcą dlatego,
Że obie Izby nie miały tęższego.
XXI
To były jego przewagi. Poza tym
Sądził, że umie bystrze godzić w sedno
Tajemnic dworu, jako że z tym światem
Spoufalony. Prawił z wszystkowiedną
Pewnością siebie; słowem węzłowatym
Przecinał krótko dysputę niejedną,
A wiązał wszystkie owe męskie cnoty
Z miną filaru państwa, patryjoty.
XXII
Lubił Hiszpana za jego stateczność,
A za pojętność bystrą go szanował.
Juan uprzejmą okazywał grzeczność
W potakiwaniu, skromny, gdy negował.
Znał świat i jego błędy, ich konieczność
Z bujnej wywodząc gleby — nie strofował,
Chyba że widział, że złe się rozplenia,
Bo trudniej wtedy wyrwać od korzenia.
XXIII
Temat rozmowy z Madrytu przenosi
Milord na Stambuł i odległe kraje,
Gdzie ludzie czynią, o co się ich prosi,
Lecz obdzierają obcych jak hultaje.
Mówią o sporcie. Lord się dobrze nosi
W siodle, hodowli koni się oddaje
Gorliwie. Juan, Andaluzji dziecię,
Jeździ jak tyran na podwładnych grzbiecie.
XXIV
Na balach, rautach, pomiędzy mężami
Stanu jęły się wzajemnie udzielać
Sympatie (Juan znał się z ministrami;
Posłowie — to jest lóż masońskich czeladź).
O! Na nim się już milord nie omami,
Matka krew zacną musiała weń przelać;
A do przyjaźni czyliż ten nie zmusza,
U kogo czysta krew i czysta dusza?
XXV
Plac był „ten a ten”. Nie piszę ulicy;
Świat dziś taki jest zły, przewrotny, zdradliwy!
Sieje złośliwie śnieć w cudzej pszenicy
I zbiera krzywdę bliźniego z tej niwy,
Obmów i plotek plon, które kobiecy
Języczek miele, z mąki zaś zjadliwy
Chleb piecze. Zatem będę węzłowaty,
Lord Henryk mieszkał w ulicy „tej a tej”.
XXVI
Jednej to jeszcze przypiszcie przyczynie,
Że pseudonimy nadaję ulicom;
To jest, że sezon ni jeden nie minie,
By w którymś domu straszną tajemnicą
Odkrytą mir się nie zachwiał w rodzinie,
A skandal ludzie źli zaraz rozchwycą!
Więc was zostawiam atmosferze mglistej,
Póki nie znajdę gdzieś ulicy — czystej.
XXVII
Znam wprawdzie jedną czystą, gdzie spojrzenie
Skromne nie dozna przenigdy obrazy;
Ale mam swoje w tym powody, że nie
Naruszę cieniów tej świętej oazy.
Przeto ulicy, placu nie wymienię,
Aż znajdę któryś zupełnie bez skazy,
Gdzie czystość żadnym nie sproszona pyłem:
Taką jest... kartę675 Londynu zgubiłem.
XXVIII
Na owym placu w pałacu Henryka
Bywał don Juan. Pałac ten był portem
Dla jednych, których niosła polityka,
Lub co zrobili fryzowanie sportem;
Lub mieli złoto, co wszystkie odmyka
Drzwi, albo modne suknie, co paszportem
Są też niezgorszym. Byleś frak miał nowy,
O resztę sobie nie rozbijaj głowy.
XXIX
„Wielka tam pewność, gdzie wielu do rady” —
Mówił Salomon czy też inna głowa
Tęga, z naszymi żyjąca pradziady;
Codziennie sprawdzać można święte słowa,
W Izbach czy w sądzie, w szrankach słownej zwady,
Wszędzie, gdzie puszy się „mądrość zbiorowa”,
Będąca dzisiaj — mówię z przeświadczenia —
Przyczyną szczęścia Brytanii i mienia.
XXX
Jak bezpieczeństwo zaś mężczyzn w wielości
Doradców leży, tak znów dla płci skromnej
W jak najobfitszej liczbie znajomości,
Boć trudny wybór w gromadzie ogromnej.
Już rozmaitość przyczynia trudności,
Pośród skał wielu sternik jest przytomny;
Więc dla kobiety (choć się mąż oburzy)
Pewność tam, gdzie rój wielbicieli duży.
XXXI
Lecz nie potrzeba pani Adelinie
Podobnej tarczy, bo też za nią cnoty
Zasługa oraz wychowania ginie;
Jej bronią inne umysłu przymioty,
Zwłaszcza przezorność nie wierząca minie
Ludzkiej; a co do kokieterii... o, tej
Nie używała, pewna uwielbienia,
Zalotność tutaj była bez znaczenia.
XXXII
Dla wszystkich grzeczna, lecz w niewymuszony
Sposób: zdarzy się, niektórych zaszczyci
Cieplejszą łaską — to schlebia; lecz w onej
Skłonności nikt tam rysu nie pochwyci,
Co by niegodny był panny lub żony.
Doznają względów jej uprzejmych i ci,
Którzy się cieszą utrwaloną sławą;
Dla nich jest zwłaszcza litośnie-łaskawą.
XXXIII
Podobna sława jest niepożądanym
Wcale dodatkiem. Spojrzyj na sylwetki
Tych bohaterów, ludzi wyróżnianych,
Przedmiot podziwu, niby marionetki,
Na scenie wzrokiem dam prześladowanych,
Czy gołym okiem, czyli676 przez lornetki;
Na sławnych czołach zobaczysz purpurę
Wieczornej glorii — lecz nad głową... chmurę.
XXXIV
Miała w obejściu swoim Adelina
Ton patrycjuszki chłodny, ze swobodą
Grany, co wzbrania, by ruch albo mina
Zdradziły czułą istotę i młodą.
Tak nie zachwycisz niczym mandaryna:
Sądzi, że zachwyt jest z godności szkodą;
Nie chce dać poznać, że go coś dotyka
— Ten rys możeśmy wzięli od Chińczyka
XXXV
Lub Horacego: Nihil admirari677.
Jest to — sądzi on — sztuka szczęśliwości,
Która ma dzisiaj adeptów bez miary,
Chociaż dalekich od doskonałości.
Ja obojętność tę między przywary
Policzę, równie nadmiar wrażliwości.
W salonie zachwyt nieumiarkowany
Objawia tylko moralnie pijany.
XXXVI
Lecz Adelina nie była kobieta
Nieczuła (tutaj metafora płytka):
Bo jak pod śniegiem wulkanu ukryta
Lawa etc. Czy skończyć? Rzecz brzydka.
Nienawistna mi przenośnia zużyta.
Niech czop rozsądku więc ów wulkan przytka;
Dzisiaj tak często drażnią go poeci!
Nie dziw, gdy zeń dym niewonny wyleci.
XXXVII
Zatem kształt nadam porównaniu inny:
Była podobna — powiem — do butelki
Szampana, co w lód zamieniony winny
Mieści w swym środku nieskrzepłe kropelki,
Nad wszystkie wina lepszy wyskok678 płynny,
Razem ot, tyle — kieliszek niewielki,
Mocniejszy niźli słodycz wyciśniona
Z najdojrzalszego, najtęższego grona.
XXXVIII
Wyskok potęgą wzięty kwadratową.
Tak najchłodniejsza powierzchowność cnoty
Może kryć nektar pod maską lodową,
A takich wiele. (Tutaj myślę o tej,
Z której moralne swe wywodzę słowo;
Zawsze morałem rozpoczynam loty).
U wielu ludzi wyjawi się ciepło,
Gdy z nich powłokę odkruszymy skrzepłą.
XXXIX
Lub: jest to droga północno-zachodnia,
Mająca przewieść w śródindyjskie żary.
Ale że żaden cały okręt do dnia,
Co mija, nie tknął bieguna, choć Parry679
Możliwość takiej jazdy udowodnia,
Niejeden znalazł tam widać swe mary.
Bo jeśli lodem zamknięty ów światek,
Wtedy stracony czas, droga lub statek.
XL
Więc fryce680 na swym młodzieńczym okręcie
Niech lawirują po kobiecym morzu;
Bywalcy niechaj spojrzą po odmęcie,
Szukając portu, nim czas na bezdrożu
Wód skinie flagą, nim członków napięcie
Strasznym fuimus681 zluźni się na łożu
Starości, gdy to gościec w kość się wwierca,
A z drugiej strony czyha spadkobierca.
XLI
Niebo żartuje czasem. Takie żarty
Są przykre; niechby chociaż krótkie były.
Świat jest o tyle uwielbienia warty,
Że każdej chwili może zdać się miły,
I że ów system perski — bierz go czarty —
O dwu pierwiastkach jest równie zawiły
I niepojęty jak inne systemy.
Nie chciejmy badać ich, bo zwariujemy.
XLII
Angielska zima, co się w lipcu kończy,
Jak się zaczęła w sierpniu — równie w lecie —
Dla dorożkarzy raj; pocztylion rączy
Pędzi i ludzi tratuje, i gniecie.
Lecz co obchodzi nas pocztowy koń czy
Dostojnik. — Semestr na uniwersytecie
Skończył się. Ojciec na syna się gniewa,
Że więcej weksli niż książek zużywa.
XLIII
Więc końcem zimy w Londynie jest lipiec,
A czasem sierpień. W kalendarzach zamęt,
Z którego nic się nie potrafi wypiec.
Muzie zostawiam niebieski firmament
I ów słoneczny kaloryfer czy piec,
Bo barometrem moim jest — parlament.
Chociaż niejeden radykał nań gada,
Z jego się sesyj kalendarz układa.
XLIV
Jakiż tłum karet, powozów i koczy682,
Gdy końca sesji godzina uderzy,
Wzdłuż od Carltonu po Soho się tłoczy!
Szczęsny, kto drugich na poczcie ubieży.
Na wszystkich drogach kurz wygryza oczy,
Hotten Row drzemie po harcach rycerzy,
A kupiec z długim rachunkiem i nosem
Wzdycha za biczów dalekim odgłosem.
XLV
Oblig i on: „dwaj Arcades683” — z westchnieniem
Muszą następnej oczekiwać sesji.
Złoto się nie da zastąpić swym cieniem.
Cóż pozostaje? nadzieja; lecz kres jej
Daleki, dalszy jeszcze wystawieniem
Nowego weksla (i to mocą presji);
Prowizja — przy czym bogacą się Żydki —
Oraz pociecha dubeltowej kredki,
XLVI
Która jest zdzierstwem. — Pędzi milordowa
Kareta; on sam przy żonie, swej chlubie,
Siedzi. „Hej! koniu, podawaj” — brzmią słowa
— I już zmienione jak serca po ślubie.
Gospodarz resztę chce wydać — „Niech schowa”.
Pocztylion może także rzec: „To lubię.”
Ale nim jeszcze z wody oschną koła,
Już i parobek o napiwek woła.
XLVII
Na kozieł siada lokaj z pańską miną,
„Pan swego pana”, bo jest zawsze „górą”.
Panna służąca jakby też hrabiną
Była, figlarna, a skromna, że pióro
Nic tu nie nada. Cosi viaggino
I ricchi684. Przebacz, że cię tą miksturą
Darzę; lecz jakież korzyści z podróży?
Worek frazesów i fochów kosz duży.
XLVIII
Wnet minie lato, co się równa zimie
W Londynie. Może to istotnie szkoda
Siedzieć w mieścisku parnym, w mgle i dymie,
Gdy najpiękniejszy strój kładzie przyroda;
Czekać, aż słowik w małżeńskim zadrzymie
Gnieździe, i słuchać debat mdłych jak woda,
Zamiast iść na wieś; choć tam polowania
Do września prawo (prócz cietrzewi) wzbrania.
XLIX
Wielki świat uciekł przed upałów tchnieniem
(Dwa, trzy tysiące, których szczęście pieści)
Do miejsca, co zwą swym „odosobnieniem”,
A które składa: służących trzydzieści
I tyleż gości. Stoły pod brzemieniem
Półmisków jęczą, pełnych smacznej treści.
Gościnność u nas taka jest, jak była,
Tylko się ilość w jakości skupiła.
L
Lord Henryk z żoną udali się torem..
Arystokracji i wielkiego świata
Do swych dóbr. Piękny dom, gotyckim wzorem
Stawiany, Babel, który przeżył lata.
Żaden gmach nie da się równać z tym dworem,
Gdzie czas się z imion bohaterskich splata,
Gdzie dęby jak ród dziedziców sędziwe
Szumią dziejami ich — grobowce żywe.
LI
Nazajutrz każdy dziennik już opiewa
O ich odjeździe. To jest sława nasza!
Szkoda, że taki fait divers685 nie miewa
Trwałości — byłaby dla rozmów pasza.
Nim inkaust wyschnie, już się wieść rozwiewa;
„Poczta Poranna” najpierwsza ogłasza:
„Odjechał lord de Amundeville z lady
A. do swych na wsi dóbr — wtedy a wtedy.
LII
Dostojny lord A. chce, jak nam mówiono,
Zebrać u siebie w jesieni dobrane
Licznych szlachetnych swych przyjaciół grono.
Jak twierdzą źródła poinformowane,
Ma być na łowach książę D. i z żoną
Lord F., i inne dostojne a znane
Osoby tudzież młody grand, szlachetny
Rodem, a w misji przysłany sekretnej”.
LIII
Któż się zaś „Poczcie” nie wierzyć odważy?
Jej artykuły są tym, czym dla chłopa
Credo686: ufa mu i bez komentarzy.
Miała więc dotknąć kastylijska stopa
Posadzki, gładkiej łaską gospodarzy,
Śród tych, co „czelnie jedzą” (frazes Pope’a687).
W ostatniej wojnie mniej stało w dziennikach
O ległych ludziach niż ległych indykach.
LIV
Ot: „W czwartek było wspaniałe przyjęcie;
Obecni lord A. B.” Jak bohaterzy
Spisani wszyscy w narodowym święcie
Owego balu. A cokolwiek niżej
Czytamy: „Falmouth”. W sławnym regimencie
Huk-puk, co sobie sławy uwił świeży.
Wieniec, ogromne straty. Wakans nowy
Otwarty — vide688: „Dziennik Urzędowy”.
LV
Do Norman Abbey pędzą w swej karecie
Szlachetni państwo. Stary klasztor, ninie
Starszy jeszcze dwór nosi w swym szkielecie
Ślady gotyku, jaki dziś w ruinie
Chyba i tylko rzadko gdzie znajdziecie
Z takim wybitnym typem. Stał w dolinie.
Mnisi go u stóp zbudowali góry,
By im wiatr nie wiał w nabożne kaptury.
LVI
Stał wieńcem lasów ukoronowany
W cichej dolinie, gdzie dąb druidyczny,
Jak Caractacus689 niegdyś przed Rzymiany,
Przed piorunami pręży tytaniczny
Swój kształt; a śród pni, gdy świt błyśnie rany,
Za rosochatym wodzem ku krynicznej
Wodzie mkną lasu pstrych mieszkańców stada
Czerpać — a strumyk do nich jak ptak gada.
LVII
Przed domem duży staw modry w prześwicie,
Głęboki, jednak przezroczy i świeży
Strumieniem, który w swym miększym korycie
Stracił gwałtowność i spokojniej bieży.
Ptactwo w zaroślach i nadbrzeżnym sicie
Gnieździ się w głębi swych wilgotnych leży,
A drzewa chyląc się nad stawem twarzą
Zieloną patrzą w jego głąb — i marzą.
LVIII
A ujście jego, kaskadą strącone
Ze skały, kipi pianami spadając
I ucichnąwszy jak uspokojone
Dziecko, toczy się dalej, przewijając
Potokiem; krople kaskady złączone
W strumień, co błyszcząc lub się znowu tając,
Raz ukazuje srebro, raz lazury,
W miarę jak po nim cień przesuną chmury.
LIX
Gotyckich łuków pamiątka wspaniała
Z doby kościoła rzymskiego — samotna
Brama, dwa skrzydła niegdyś zawierała,
Dzisiaj wyrwane — strata niepowrotna.
Odosobniona stoi! Sposępniała,
Toż łza źrenicę przysłoni wilgotna,
Kiedy zapatrzy się w dumny zabytek
Walk z możnym czasem i burz niedobitek.
LX
U szczytu, dawniej skryty w długą niszę,
Stał poczet świętych z kamienia ciosany.
Runął, nie kiedy padło bractwo mnisze,
Lecz w wojnie, którą Karol był wygnany,
Gdy to „fortecą każdy dom”, jak pisze
Kronikarz; gdy to zgasł niejeden znany
Cny ród, wytrwale stojący w swej dumie
Z tym, co „ustąpić ni rządzić nie umie”.
LXI
A wyżej sama, lecz nie bez korony
Dziewica-Matka niebieskiej dziecinie
Mdłymi690 objęła synaczka ramiony,
Nie pokruszona cudem w tej ruinie,
Jakby dotrwała dla szczątków ochrony.
Może to przesąd, który kiedyś zginie;
Dziś najdrobniejszy ułamek świętości
Ma w sobie boskiej czar tajemniczości.
LXII
Potężne okna wykowane w murze,
Którymi dawniej przez szkła szyb tysiąca
Blaskiem padały srebro, złoto, róże,
Zleciawszy niby cheruby od słońca,
Dziś puste; nocne przez nie wyją burze,
Raz słabiej, a raz mocniej, lub hucząca
W nich krzyczy swoje anatema sowa,
Gdzie brzmiała dawniej hymnów pieśń chórowa.
LXIII
Lecz o północy, kiedy z jednej strony
Wiatr o krawędzie okiennic potrąca,
Słychać nieziemskie, żałośliwe tony,
Niby melodie, i jak konająca
Harmonia ginie rozjęk przygłuszony.
Mniemają jedni, że to echa drżąca
Fala, niesiona wiatrem od kaskady,
W organie dźwięków pozostawia ślady.
LXIV
Inni, że gmachu kształt, może stworzony
Ruiną, daje władzę (którą mają
Rozgrzane słońcem egipskim Memnony691,
Że o godzinie pewnej zawsze grają)
Szarym zwaliskom; stąd te smętne tony,
Które się nocą śród murów błąkają.
Przyczyny nie znam; niech wam inni służą.
Jam słyszał o tym — prawda — bardzo dużo.
LXV
W podwórzu sztuczna fontanna wytryska;
Jej wierzch kamienny w figury pocięty,
Jak gdyby larwy — dziwaczne ludziska,
Po jednej stronie potwór, z drugiej święty.
Każdemu wody słup się rzuca z pyska
I z góry w basen spada, rozpryśnięty,
Siejąc dokoła siebie deszcz drobniutki
Jak marna sława i marniejsze smutki.
LXVI
Budowla sama pusta i czcigodna,
Z tą cechą mniszą, jakiej dziś niewiele
Zostało; jedna, druga sala chłodna,
A przede wszystkim refektarz i cele;
Mała kapliczka, co by była godna
Cne zająć miejsce w niejednym kościele.
Reszta złatana częścią, częścią w gruzach,
O lordach raczej świadczy niż kartuzach.
LXVII
Długie galerie, wielkie sale, sienie,
Istny mezalians architektoniczny
Przestraszał znawców; lecz przez połączenie
Całokształt wielki, choć niesymetryczny,
Ogromne robił na widzu wrażenie,
Gdy sercem patrzał — człowiek poetyczny,
Tak na olbrzyma patrząc członki duże,
Dziwisz się, że jest taki twór w naturze.
XVIII
Rycerze w stali patrzą z ram złocistych;
Stopniała twarda zbroja na baronach!
Na podwiązkowych lordów jedwabistych
Zeszli... Tuż panny o bielutkich łonach,
Różowych twarzach, wzrokach powłóczystych;
Sędziwe damy w perłach i robronach692
I lekko strojne panie, pędzla Lely693,
Nie-strojem wabią, byśmy przystanęli.
LXIX
Tam sędzia w todze szkarłatnej z obrazu
Wyziera, lecz tak groźno, niełaskawie,
Że nie poznałby grzeszników z ócz wyrazu,
Czy Jego Miłość oprze się na prawie.
Biskup, co nie miał kazania mi razu,
Lub prokurator o strasznej postawie,
Już nie Habeas Corpus694, lecz sierdzistą
Miną wskazuje „Komnatę gwiaździstą695”.
LXX
Na starych wodzach żelazna kolczuga
— Wówczas strzelano z bliska, nie z zapłotków
Inni w perukach z czasów Marlborougha,
Wyżsi niż tuzin naszych niedorodków.
Tam lord z buławą lub szambelan mruga,
Nemrod, którego koń się zrywa z podków,
A dalej wisi portret patryjoty,
Co niczym nie był — mimo wielkie cnoty.
LXXI
Gdy glorią przodków oko unużone
Zbrzydziło marsy, postury i pozy,
Zjawiał się Tycjan lub Paris Bordone,
Lub dzika grupa Salvatora Rozy,
Dzieci Albana lub rozpromienione
W słońcu Verneta morze; pełne grozy
Męczeństwa świętych, jak gdyby farbował
Krwią Spagnoletto pędzel, gdy malował.
LXXII
Tutaj krajobraz z podpisem Claude Lorraine,
Tam Rembrandt w światło zamienia ciemnicę
Lub Caravaggio miedzianym kolorem
Maluje chude pustelnika lice,
A tu nas woła Teniers — prawie w porę
Wzrok się na pełną obraca szklenicę.
On by Duńczykiem mnie zrobić — na biesa! —
Zdołał. Hej! Daj tu butelkę kseresa696!
LXXIII
Gdybyście czytać umieli, słuchacze!
Bo nie dość patrzeć i sylabizować,
By czytelnikiem być. (Ktoś mnie zakracze).
Tak. Trzeba pewne reguły zachować:
Naprzód zaczynać z początku (zaznaczę,
Że to rzecz trudna). Drugie: postępować;
Trzecie: zaczynać nie z końca lub zaraz
Kończyć z początku, to zmniejsza ambaras.
LXXIV
Słuchaczu! Byłeś cierpliw długą chwilę,
Patrząc, jak mi się rym z rymu wymyka.
Kiedy przedmiotów wyliczałem tyle,
Że Febus mógł mnie wziąć za komornika.
Był nim już Homer — jeśli się nie mylę
W „spisie okrętów” — z czego nie wynika,
By pisarz nowy nie był oględniejszy.
Więc skończę, to wam trud czytania zmniejszy.
LXXV
Soczysta jesień przyszła, z nią się garnie
Na łowy liczne towarzystwo. Żniwa
Kończą się, pełne zwierzyny spiżarnie,
W brązowych kurtkach gromada myśliwa
Bystro pogląda i rozsyła psiarnie;
Każdy ma torbę pełną, a precz „pływa”.
O kłusowniku! Nie dla twej, o chłopie!
Gęby bażanty, kuropatwy, dropie.
LXXVI
Angielska jesień, choć wina nie daje,
Ni bachanckimi wieńcy697 nie ubiera
Dróg jak szczęśliwsze, południowe kraje
Słoneczne, gdzie z gron kapie słodycz szczera
Ma kupne wina wyborne: tokaje,
Jest jasny klaret i mocna madera,
Brytania wprawdzie chłodna, lecz winnicę
Ma lepszą nad wsze ogrody — piwnicę.
LXXVII
Jesieni naszej skłon nie zna pogody,
Jakiej jesieniom udziela południe,
Jakby się miało otwierać przyrody
Łono na wiosnę nową — nie na grudnie.
Są jednak za to domowe wygody:
Komin, przy którym ciepło, choć marudnie,
Las też i pole mało się odmieni;
Zyskuje żółtość, tracąc na zieleni.
LXXVIII
Co miękkiej tyczy się wilegiatury698,
Bogatszej w rogi niż psy — wieś ma łowy,
Na które święty Hubert z świętej skóry
Jeszcze by dzisiaj wyskoczyć gotowy;
Nemrod sam zstąpiłby z puszcz dzikiej Dury
I włożył żakiet kusy, purpurowy. —
Choć nie ma dzików, jednak ma na dziki
Ród kłusowników kajdanki i wnyki.
LXXIX
Oto cni goście zgromadzeni w Abbey
(Opactwie); damom najpierwsza kwatera:
Więc księżna Fitz-Fulke i hrabina Crabby,
I panie Scilly, Busey, miss Estera,
Panna Bombazeen, panna Mackstay, Tabby
I pani Rabbi, małżonka bankiera,
Lady Sleep, minkę robiąca figlarną,
Jak białe jagnię, choć jest owcą czarną.
LXXX
Potem księżna M., hrabiny N. i K. ,
Wielkiego świata elite czy „śmietana”,
Co z chmur rodzinnych do tego zbiornika
Spływa, jak woda ckliwa, filtrowana;
Jak banknot, który treść złotą zamyka
Sztuką cudowną. Niepraktykowana
Tam cnót rewizja, bowiem świat „wielmożny”
Jest tolerancki, nie tylko nabożny.
LXXXI
Ta tolerancja ma pewną granicę,
Która dokładnie nie jest ustalona;
Wielki jedynie świat zna tajemnicę
Jej oznaczania; „pozór” zwie się ona.
Ktoś da znak — wszyscy jak na czarownicę
Huzia! Medea znajduje Jazona.
Dobrze to skreślił Horacy i Pulci:
„Omne tulit punctum, quae miscuit utile dulci699”!
LXXXII
Nie wskórałby tu nic prawnik zajadły,
Bo ich zasada to rodzaj loterii;
Widziałem zacne damy, co upadły
Przez kombinacje podstępnej koterii;
Widziałem też matrony, co się wkradły
Na nowo w świat ten obłudą pruderii.
I dziś w salonach, jak Syriusze, świecą,
Szyderstwem tylko opryskane nieco.
LXXXIII
Rzekłem — czegom rzec nie chciał. Do powieści
I do rozkoszy wiejskich. Jak mówiłem,
Partię składało mniej więcej trzydzieści
Osób, braminów tonu. Wymieniłem
Kilku z imienia wielkich, choć nie z cześci;
Jak rozkazywał rym, tak ich użyłem.
Tu dodam kilku Irlandczyków przecnych
Ze znanej u nas partii „nieobecnych”.
LXXXIV
Był Kratka, jeden z legalnych szalbierzy,
Co w sali sądów mają swą bojową
Sferę i na kształt najętych rycerzy
Walczą, nie szablę podnosząc, lecz słowo.
Był także Psujrym, nasz poeta świeży,
Co błyszczał gwiazdą sześciotygodniową;
Lord Pyrrho — wielko — i wolno-myśliciel
I Wysącz, elu700 szczególny wielbiciel.
LXXXV
Był i książę Grom, książę, co się zowie,
„W każdym calu pan”, i stronnictwo całe
Parów, jak Charlemagne; wszyscy parowie
Takie postaci dzielne, okazałe,
Że każdy, patrząc tylko, „to pan”, powie.
Było sześć panien Rwiton, ładne małe!
Wszystkie śpiewały z serdecznego tonu,
Wszystkie do czepca skorsze niż zakonu.
LXXXVI
Było „czcigodnych czterech panów” i ci
Raczej czci-głodni byli niż czci-godni;
Był również Francuz, kawaler z Mykiciej
Wt Wólki, któremu tu było wygodniej
Niż w kraju; ten się talentami szczyci,
Jakie mu jeden klub liczył do zbrodni.
Taki się wielki czar z niego wyłania,
Że nawet kości czaruje do grania.
LXXXVII
Dick Wątpisz, który był metafizykiem
I filozofię lubił — przy ostrygach;
Pion, co się chętnie zwał matematykiem;
Henryk Orderek, zwycięzca w wyścigach;
Wielebny skrupulat, co się grzesznikiem
Bardziej niż grzechem brzydził jako wig701. — Ach,
Należał jeszcze jeden do plejady:
Lord Fitz Plantagenet (lubił zakłady).
LXXXVIII
Żargon-obrońca, wojownik na pyski,
Generał Palbierz, skory do popisów
W polu, bo taktyk i szermierz nieniski,
W wojnie zjadł więcej, niż zakłuł, yankeesów;
Był Jefferies Twardy, sędzia, łotr walliski,
Tak trzymający się ściśle przepisów,
Że kiedy zbrodniarz po wyrok przychodził,
On mu sędziowskim żartem dolę słodził.
LXXXIX
Towarzystwo jest szachownicą; damy
Są tam, królowie, szlachta, chłopki, wieże,
A świat grą; lalki owe skaczą samy
(„Punch”702 często żartem na fundusz je bierze).
Muza — to motyl; lotom nie zna tamy,
Lecz jest bez żądła i pływa w eterze,
Rzadko zlatując. Gdyby osą była,
Już nie jednego by pokaleczyła.
XC
Prócz tego — byłoby się zapomniało —
Mówca z ostatniej sesji, co marzenie
Swe: mowę, z drobiazgowością i całą
Pasją obmyślił: dziewicze wkroczenie
W debatę; pisma obsypują chwałą
Ten „debiut”, który miał zrobić „wrażenie”,
I w szereg cudów (dziś codziennych) liczą,
Zwąc je „najlepszą oracją dziewiczą”.
XCI
Dumny sejmowym „słuchajcie”, wyborem,
Tą utraconą dziewiczością mowy
I uczonością (to jest cytat zbiorem),
Opływał w chwale swej Cyceronowej703.
Z pamięcią, którą mógł być żaków wzorem,
Sprytem, by ukuć żart, dwuznaczmik nowy,
Z małą zasługi, większą bezczelności,
„Duma narodu” — należał do gości.
XCII
Najdowcipniejsi powszechnym uznaniem
Byli Jurny z Tweed i Ozulek z Erynu,
Obaj prawnicy, z dobrym wychowaniem.
Lecz Czułek jeszcze miał cokolwiek z gminu;
Bujną fantazję miał i było na nim
Ogierowego coś, coś z karmazynu,
Tylko zrubaszniał nieco śród kapusty. —
Jurny znów to był Kato miodousty.
XCIII
Jurny jak nowo strojone pianino,
Czułek jak harfa Eolowa dziki,
Z którą niebieskie wiatry wchodzą ino
W zespół i tworzą szum dziwnej muzyki.
Miarowo słowa z ust Jurnego płyną,
Czułka pryskają jak górskie strumyki,
Tu dowcip sztuczny, a tu prosty, zdrowy;
U tego z serca, u tamtego z głowy.
XCIV
Jeśli spytacie, czemu autor masy
Tak różnorodne w jednym miejscu zbiera,
— Zebranie każdej osobników klasy —
Powiem — lepsze jest niż stara maniera
Nudnych tête à tête. Hej! Minęły czasy,
Gdzie się z kongrewskim clownem bił Moliera.
Bète. W społeczeństwie gładkim naszej daty
Charaktery się zrównały jak szaty.
XCV
O arlekinów704 naszych któż dziś pyta?
Śmieszni są, ale w dowcipie mniej raźni.
Profesji błazna dziś nikt nie poczyta
Profesją; na targ swych owoców błaźni
Nie wystawiają; durniów jest do syta,
Lecz zjałowieli i nikt ich nie drażni.
Społeczność jest dziś hordą ugrzecznionych
Ludzi; składa się z nudnych i znudzonych.
XCVI
Zamiast sierpem żąć, zbieramy na łanie
Życiowym prawdę w źdźbłach skąpo rozsutą.
Jeślić uśmiecha się takie zbieranie,
Słuchaczu — bądź ty Boozem, ja Rutą705.
Nie mówię więcej. Pisma cytowanie
Wzbronione; wiem, jak pobożnie odczuto
Imć pani Adams święte teorema:
„Kto śmie cytować Pismo — anatema”.
XCVII
Lecz cóż płodnego wieku łan przyniesie?
Zbieram, co mogę; wszystko słoma czysta. —
A — jeszcze jeden pod pióro mi rwie się:
Kitket, rozmowny mędrzec, humorysta706,
Co zapisuje co dzień w swym notesie
Dowcipy; wieczór ze zbioru korzysta.
Krzyczą: „Słuchajcie”. O, nieraz dokuczy
Los temu, co się swoich bon-mots uczy.
XCVIII
Bo naprzód musi przez różne fortele
Rozmowę ku swym dwuznacznikom wabić,
Bacznym być, stanąć na dyskursu czele
I natężonej myśli nie zesłabić.
Co chwila żartem furkać — jak szmermele707,
Być pewnym siebie i nie dać się zabić
Przerwaniem mowy, chytro wwieść do matni,
Uważać, by mieć zawsze głos ostatni.
XCIX
Tu gospodarzem był Milord, a gośćmi —
Których spisałem. Zastawa tak suta,
Że nawet duchy z ciemnicy, co skroś ćmi
Styksowe kraje, przybiegłyby tutaj,
Lecz nie zabawiam się długo nad kośćmi,
Choć wiem (z historii prawda ta wysnuta),
Że odkąd w raju jabłko zjadła Ewa,
Zgłodniały grzesznik bez jadła omdlewa.
C
Świadkiem kraj płynny winem, mlekiem, miodem,
Dokąd to biegli Hebrejowie chudzi.
Miłość pieniędzy (powiem mimochodem)
To druga rozkosz, dla której się trudzi
Człowiek nie darmo, bo z życia zachodem
Kochanka sprzykrzy się, pasożyt znudzi,
Ale ty, złoto, nie potrafisz znużyć,
Gdy się już nie dasz użyć czy nadużyć!
CI
Szlachta chodziła z fuzyjką lub charty;
Młodzi dlatego, że lubili łowy,
(Pierwsza zabawka chłopców, jak bicz, karty...)
Starsi — że chcieli skrócić zegarowy
Porządek. Ennui wyraz utarty;
Pojęcie nasze, lecz z francuskiej mowy
Wyraz; my mamy fakt, a on wykłada
Ów poziew, co snem nawet nie przepada.
CII
Najstarsi stare w bibliotece księgi
Węszyli, pod sąd malowidła brali,
Przechadzali się w parku dla mitręgi
I nad cieplarnią się zastanawiali,
Na skromnych szkapkach zataczali kręgi
W dziedzińcu; inni gazety czytali
Albo, z suchymi patrząc w zegar usty,
Czekali sześciokrzyżykowi — szóstej.
CIII
Nikt nie był gêné708, aż zegar do stoła
Zawezwał. Czasu swojego panami
Będąc, chodzili po parku dokoła
Klombów, w kilku lub osobno, parami;
Zabijali czas (co nie każdy zdoła),
Wstawali wtedy, kiedy chcieli sami,
Ubierali się i jedli śniadanie,
Gdzie chcieli, wtedy gdy mieli czas na nie.
CIV
Damy o twarzy rumianej i białej
Równie durzyły czas. Więc jedne panie
Przechadzały się, drugie obmawiały,
Śpiewały, tłukły się na fortepianie,
Przyszłym sezonom modę wyznaczały
Lub poprawiały czepeczki, ubranie;
Inne, dwanaście maczkiem arkuszyków
Spisując, nowych skarbiły dłużników.
CV
Jedną z kimś miłość, drugą przyjaźń łączy.
Nic dziwniejszego nad liścik kobiety:
Istny fenomen — nigdy się nie kończy.
Lubię ja takie listki i bilety;
Cel w nich przez słowa dwuznaczne się sączy,
Jak w teologii. Są one jak krety
Lub jak Ulisses przed Dolonem709. O! wierz,
Namyśl się, na list taki nim odpowiesz.
CVI
Grywano w bilard, karty — lecz nie kości;
Prócz w klubie w kości „świat” zwykle nie grywa;
Czółna, ślizgawka, gdy się lód rozmości,
A z drzew listowie ostry mróz pozrywa;
Jest rybołówstwo, ten grzech samotności,
Jak o nim Walton mówi czy tam śpiewa;
Ten stary dureń godzien byłby haka
Jako przynęta, dobra dla szczupaka.
CVII
Wieczorem suty obiad, potem wino,
Potem rozmowa, śpiewy i gra. Gwoli
Rozkoszy gości boskie dźwięki płyną
(Serce czy głowa na myśl samą boli).
W zachwycie natchnień cztery miss R. giną.
Para najmłodszych popisać się woli
Harfą; śród żwawych z strunami utarczek
Wdzięcznie odsłania się ramię i karczek.
CVIII
Czasami tańce (lecz nie w dzień polowań;
Panowie wtedy ciężcy). W fali dźwięków
Pary śród bujań rozkosznych, kołowań,
Toczą się; pełno cichych rozmów, brzęków;
Zaloty skromne i chwała królowań,
Niewartych albo wartych dziwu wdzięków.
Łowcy są lisa urażeni zdradą
I o dziesiątej trzeźwi spać się kładą.
CIX
A politycy w kąciku poswarki
Wiodą, o ważne kwestie kopie kruszą.
Dowcipni pilnie wyszukują szparki,
Aby swe bon-mots wcisnąć na dziw uszom.
Złośliwi dzisiaj nie przebiorą miarki,
Bo długo, bardzo długo czekać muszą,
Nim się im uda rzucić żart nieświeży,
A jeszcze chwyci go ktoś i ubieży.
CX
Wszystko tam gładkie, arystokratyczne,
Goście są chłodni, sztywni i poprawni,
Niby marmury Fidiaszowe śliczne;
O, dziś nie taka już szlachta jak dawniej!
Już i sawantki nie tak emfatyczne,
Choć równie piękne — nawet wiele jawniej.
Nie mamy takich jak Tom Jones urwisów,
Lecz lwy, co gorset noszą miast kirysów.
CXI
Goście zaczęli się rozchodzić wcześnie,
Bo przed północą. Inaczej w Londynie
Żyją kobiety, a na wsi. Wszak wieś nie
Na to, by czekać, czy prędko noc minie. —
O kwiatki! Złóżcie listki wasze we śnie.
Ranek niech was znów różowo rozwinie.
Wczesne godziny — najlepsi malarze:
Nimi bez różu rumienią się twarze.
Pieśń czternasta
I
Gdyby w przepaściach natury lub w łonie
Własnym ktoś pewność znalazł i wyjawił,
Snadź by ocalił ludzkość, która tonie,
Lecz by jej dobrych systemów pozbawił.
System pożera system i tak chłonie,
Jak nawet Saturn710 dzieci swych nie trawił,
Co, gdy od żony dostał kawał głazu
Miast syna, jedząc nie splunął ni razu.
II
System odwraca Tytana zjadanie:
Zjada swych ojców, chociaż to przeklęcie
Niestrawne. — Badaj, skończywszy badanie,
Powiesz mi, jakiej wierze wierzysz święcie.
Spójrz w tył, nim zgodzisz się na czyjeś zdanie
I jakiejś deski chwycisz w tym odmęcie.
Prawda — zmysłom się wierzyć nie powinno,
Lecz ostatecznie, gdzież masz pewność inną?
III
Ja nic nie twierdzę, niczemu nie przeczę,
Nic nie wiem. A ty, czemu dajesz wiarę,
Prócz żeś się zrodził, by umrzeć — człowiecze?
A może i to fałsz? Za wieków parę
Dzień przyjdzie, wieków chrzcielnica, i zwlecze
Barwę z tych dwojga pojęć: nowe, stare.
Choć „łzy wyciska”, rzekł ktoś — „śmierć matula”,
Pół życia prześpi człowiek — nie przehula.
IV
Jak to sen twardy, bez widzeń — jedyny
Lek na cierpienia — członki rozwesela!
Przecz711 glina boi się ciszącej gliny
U samobójcy, gdy sobie w łeb strzela?
(Sposób płacenia długów, co w terminy
Nie wgląda, jednak niszczy wierzyciela).
Jaki to ciężki jęk wydziera łonu
Nie wzgarda życia, lecz obawa skonu.
V
Śmierć w nim — do niego szepce i z nim gwarzy,
Odwaga to jest, którą rodzi trwoga,
Najrozpaczliwsza, bo się na złe waży,
Aby je poznać. Lub gdy drżąca noga
Stąpa po łęku gór, a skał rząd wraży
Tam w dole grozą zionie, to u proga
Przepaści stojąc, wiecie, jak coś nęci
Skoczyć w bezdenną otchłań — bez pamięci.
VI
Lecz nie skaczecie. Cofacie się, bledzi.
Ale spojrzyjcie na przeszłe wrażenie,
A odkryjecie w tej samo-spowiedzi,
Chociaż myśl sama już was wprawi w drżenie,
Jakąś nęcącą skłonność (wie, kto śledzi)
Do nieznanego; coś jakby zachcenie
Skoku mimo strach. Dokąd? Nikt nie zgadnie.
I wyśmiewacie chęć, gdy was napadnie.
VII
Na cóż to pisać? Zapytacie, mili
Słuchacze. Na nic. To są dociekania,
Którymi dusza dręczona się sili.
Za pomysłami moja myśl ugania,
Kiedy pochwyci, to zaraz przyszpili.
Nie opowiadam dla opowiadania:
Z fikcyjnych cegieł banalne podstawy
Zakładam pod gmach przebanalnej sprawy.
VIII
Tu z naszym wielkim powtórzę Baconem:
„Rzuć w górę słomkę, wskaże, skąd wiatr rusza.
Tą słomką, ludzkim poddmuchaną łonem,
Poezja jest, co tchnienia myśli słusza712.
Jest latającym śród bytu balonem,
Jest cieniem, który za się rzuca dusza.
Moja jest bańką, którą nie dla chwały
Bawię się, lecz ot — jak chłopczyna mały.
IX
Przede mną leży ten świat, za mną raczej,
Bom wiele rzeczy już widział i mam je
W pamięci; także wiem, co życie znaczy,
Swe namiętności mogę ganić — znam je
K’zadowoleniu naszych spostrzegaczy,
Którzy osmalić lubią skrzydła Famie.
Byłem ja także sławny w swoim czasie,
Lecz się sterałem, chodząc po Parnasie.
X
Otóż zwaliłem na się ten i drugi
Świat (to jest księżyc), który ostre kły ma
I ryje, i ślin zjadłych miota strugi,
I w księgach na mnie nabożnych się zżyma.
Lecz jam się Muzie już oddał w usługi;
Starych słuchaczy nudzę, młodszych nie ma!
Za młodum pisał, bo się dusza rwała,
Dziś jeszcze piszę, by nie osowiała.
XI
Więc „na co pisać?” Powiesz: Zysk niewarty
Trudu, kiedy świat już się tobą bawić
Nie chce. — Odeprę: A na co grać w karty,
Na co pić, czytać? — By czas prędzej strawić.
Ja chcę kraj marzeń świetny — dziś odarty
Z ułud — raz jeszcze przed swe oczy stawić,
A co napiszę, rzucam, gdzie popadnie:
Spłynie czy zginie, nic to — śniłem ładnie.
XII
Choćby warunek to był powodzenia.
Nic bym w tej książce nie zmieniał na jotę;
Nawzajem radna klęska z uwielbienia
Muz mnie nie wyrwie. Kędy mam ochotę,
Tamtędy bujam... myśl do wyrażenia
Trudna, jednakże nic nad jej prostotę.
Dwie są rozkosze w grze (rzecz graczom znana):
Jedna wygrana, a druga przegrana.
XIII
Zresztą Muza ma fikcją się nie wspiera,
Lecz powściągliwa, baczna, beznamiętna;
Jedynie faktów repertuar zbiera,
Bada ludzkości sprawy i serc tętna,
Przeto się czasem w obłudę ubiera,
Bo szczera prawda nie zawsze ponętna.
Gdyby śpiewała jedynie dla sławy,
Podałaby wam tu nie takie sprawy.
XIV
Mielście burzę, miłość, bój, niegrzeczność
Szydu w poważnych rzeczy ocenianiu,
Rzut z lotu ptaka na tę dzicz — Społeczność,
I różne stany w ich różnym działaniu.
Gdyby nie więcej, to już dostateczność
Tak w założeniu jak i w wykonaniu,
Choćby kartkami tymi wylepiali
Kufry — obrotem księgarz się pochwali.
XV
Owego świata część, który w zarysie
Pragnę przedstawić i przed którym stoim,
Nie egzystuje dotychczas w opisie
Niczyim; powód — ciemny. Zdaniem moim,
W tym leży, że choć pozorami lśni się,
Tak monotonny jest strojem i krojem,
Z jednostajnością familijną, nudną,
Że dla poety coś zeń dobyć trudno.
XVI
Choć mógłby wzruszyć, nie wznosi w lazury;
Nic tam, co mówi do wieków i ludzi;
Na wszystkich błędach rodzaj politury
Pospolitości błyszczy, która nudzi.
Żart mdły, namiętność sztuczna, nie z natury —
Szczerości tej brak, co szacunek budzi,
Gdy prawdą błyśnie. Charakter „nijaki”
Przynajmniej u tych, którzy mają jaki.
XVII
Czasem jak wojsko po sztywnej paradzie
Folgują mustrze i szyk rozrywają,
Ale na apel znowu stają w ładzie
I po dawnemu sztywnymi się stają;
Aż wreszcie, gdy w tej świetnej maskaradzie
Pierwszej nowości barwy poznikają,
Blednie — przynajmniej dla mnie bladła przody.
Jest to piękny raj rozkoszy i nudy...
XVIII
Tam, kiedyśmy się wykochali, zgrali,
Użyli wina śród innych niewinnych
Zabaw, oracyj w Izbie wysłuchali
I obejrzeli targ piękności słynnych,
Domy rogatych mężów pozwiedzali,
Zostało — nudzić siebie albo innych.
Świadkiem „ci-devant jeunes hommes713”, co się świata
Czepiają, choć ich odsyła „do kata”.
XIX
Skarżą się — pomruk ten wszędzie się szerzy,
Że nikt wielkiego świata dotąd wierniej
Nie skreślił ani zbadał, jak należy.
Pisarzom pono donoszą odźwierni
Materiał; pisarz zaś skandalik świeży
Zmienia na morał i karty nim czerni.
Styl u nich ten sam: paplanina pusta
Pani — przesiana przez subretki714 usta.
XX
Lecz to nie zawsze prawdziwe: pisarze
Zrośli się z wielkim światem w dużej części;
Jam ich widywał z bokserami w parze
— Co dobre, kiedy ma się dobre pięści. —
Czemuż w swych szkicach żaden nie ukaże
Świata, w którym mu tak bardzo się szczęści,
Na który patrzy własnymi oczyma?
Przeto, że w nim nic do opisu nie ma.
XXI
„Haud ignara loquor715” — jeżeli zrzędzę,
Bo sam „pars parva fui716” w sferze stołecznej.
Żywiej skreśliłem wam rozbitków nędzę,
Bitwę czy harem, czy kłopot serdeczny,
Niż zdołam pałac; zresztą wam oszczędzę
Wrażeń z powodu, który niekonieczny,
Byście musieli znać. „Odi profanum717”,
To znaczy, niechaj gmin nie bruździ panom.
XXII
Ów świat mógłby mieć wdzięk doskonałości,
Lecz jest skażony jak dzieje masonów,
Które się mają do rzeczywistości
Tak, jak kapitan Parry718 do Jazonów719.
Nie pojmą ludzie tych tajemnic prości;
Muzyka moja jest z mistycznych tonów.
Zresztą to rzeczy, których nie oceni
Niejeden, zwłaszcza niewtajemniczeni.
XXIII
Hej! świat upada, a kobieta, co go
Zwaliła (jeśli dzieje, te zwodnice,
Pewną podstawę wierzeniu dać mogą),
Nie zatrzymała się w tejże praktyce;
Biedne istoty pokrzywdzone srogo;
Złe — to ofiary, dobre — męczennice,
Skazane na ból rodzenia (mężczyznę
Na brzytew skazał Bóg i na goliznę,
XXIV
Codzienną plagę, co w końcu przechodzi
W tak dolegliwą jak bóle rodzenia).
Lecz czyż mężczyzna, gdy kobieta rodzi,
Jej straszne bóle pojmuje, ocenia?
Spółczucie jego w tej chwili pochodzi
Raz z samolubstwa, a raz z podejrzenia.
Kobieta piękna, uczona, szlachetna,
Z tym wszystkim dobra tylko — kiedy dzietna.
XXV
Wiele w tym dobra i wiele uroków,
Ale i wiele przykrości — na Boga!
Jej życie tak jest pełne smutków, mroków,
Tak mało różny przyjaciel od wroga,
Pozłota tak się prędko ściera z oków,
Że... lecz spytajcie kobiety u proga
Trzydziestki, czy też woli być kobietą,
Czyli720 mężczyzną; panią — czy najmitą.
XXVI
Istną jest hańbą przewaga spódniczki;
Najpotulniejsze spod niej się stworzenie
Nie wydobędzie jak gaz spod zatyczki;
Lecz że nas rodzi na to utrapienie
Ziemskie w podrygach wynajętej bryczki
Życia, więc wielbię, poważam i cenię
Szatę, mistycznej podniosłości pełną,
Czy jest atłasem, perkalem czy wełną.
XXVII
Wielbię tę skromną szatę; to w zasadzie
Leżało życia mego — w porze wiosny,
Ona skarb chowa, jak lichwiarz w swym składzie
Albo jak żonę piękną mąż zazdrosny;
Jest to jak pochwa na hartownej szpadzie
Albo z mistyczną pieczęcią miłosny
List; a któż by się nie puścił w miłostki,
Przeglądające przez nią widząc kostki! —
XXVIII
A gdy w dzień głuchy, milczący, zaspany,
Kiedy sirocco721 wieje wśród oparu,
Gdy morze nawet rzuca brudne piany
I strumień toczy się mrukliwie z jaru,
A niebo ma ten kolor wyszarzany,
Tę niby trzeźwą antytezę żaru —
Jak miło (jeśli być co miłym może
W tym razie) spotkać jakieś dziewczę hoże!...
XXIX
Z bohaterkami nasi bohaterzy
Zostali w kraju, gdzie jakość klimatu
Od znaków nieba najmniej nie zależy,
A rym doń trudny, jak dziewięć bez atu;
Bo słońce, gwiazdy i co światło szerzy,
Góry, wszystko, co imponować światu
Może, zasmuca, przygnębia, odraża
Tym, że ponure jesit jak twarz lichwiarza.
XXX
W domowych progach mało tam poezji,
Za progami deszcz, błoto, kupy grudy —
Brzydota... Sielskość nie istnieje bez jej
Dodatku. Bądź co bądź wieszcz się na trudy
Winien narazić, nie chce-li herezji
Dać pola; winien przestawać nie przody,
Aż skończy i jak nad materią dusza —
Stanąć nad treścią, czy deszcz, śnieg czy susza.
XXXI
Don Juan w nimbie, niby jaki święty,
Wyrocznią umiał być dla wszystkich stanów:
Hoży, ziewaniem nudy nie wchłonięty,
W boru, na morzu, u gminu czy panów.
I teraz, że duch zawsze miał napięty,
Mieszał się chętnie do myśliwskich planów;
W sercu dam umiał budzić żar miłości,
Nie używając żeńskiej zalotności.
XXXII
Łowy na lisa są obcym nie znane,
A groza w nich się przedstawia dwojaka:
Fryc spada z konia, a następstwo znane:
Salwy szyderstwa i wstyd nieboraka.
Lecz Juan umiał gonić „lisy szczwane”
I jak rozżarty Arab gnał rumaka,
Więc rumak czy koń, czy też szkapa wiedział,
Że mu na grzbiecie prawy722 jeździec siedział.
XXXIII
Śród pochwał z dumą, co go naprzód wiodła,
Przesadzał rowy, krzaki i zawady.
Nie robił faux pas723, nie wypadał z siodła,
A gryzł się tylko, kiedy zgubił ślady.
Przełamał czasem statut; ta rzecz bodła
Starszych, lecz młodzież nie ma lemoniady
W żyłach; najechał raz na gończe psiaki,
Raz kopytami szlachcie pogniótł fraki.
XXXIV
Słowem, postacią swoją i wierzchowca
Ogólny podziw myśliwych zjednywał.
Dziw budził ten fox-hunt724 obcokrajowca.
Tępsi krzyczeli: „Kto by się spodziewał!”
Śmiały się oczy sędziwego łowca —
Nestora; stare ognie przywoływał;
Pobruzdowana nawet twarz leśnika
Rozfałdowała się jak u młodzika.
XXXV
Trofea jego nie jak na majdanie
Tarcze i dzidy — lecz Mykicie725 kity.
Choć (tum się zawiódł nieco na Juanie
I wstydzę się zań, Anglik prawowity)
Miał względem łowów Chesterfielda zdanie,
Co, naskakawszy się na koniu, syty
Chwały, zapytał: „Czy u was istotnie
Zdarza się w życiu polować dwukrotnie?”
XXXVI
Jedną zaletą wyższy niesłychanie
Był nad myśliwych, co wstają na łowy
Po przeszłych łowach, nim koguta pianie
Do ciężkiej drogi zbudzi dzień grudniowy;
Zaletą, którą bardzo lubią panie,
Kiedy w bieg puszczą język wielosłowy,
Gdy kogośkolwiek chcą mieć ku słuchaniu,
To jest — nie sypiał nigdy po śniadaniu.
XXXVII
Swobodny, uchem na wszystko podany,
Błyszczy w najwyższej rozmowy rozkwicie;
W dzierżeniu modnych kwestii niezrównany,
Z zabawnej strony traktujący życie.
Czy wesół, czy nie, nigdy niezmiezany,
Drwiący z wszystkiego — chytry łotrzyk — skrycie.
Błędu, choć słyszy, nigdy nie zahacza
— Słowem, nie było lepszego słuchacza.
XXXVIII
A potem tańczył! Wiecie, jak są sławni
Sztywni Anglicy w wymowie mimicznych
Sztuk; lecz don Juan tańczył najpoprawniej,
Bez owych słodkich min czuło-lirycznych,
Ze smakiem, co się natychmiast ujawni
W dobrym tancerzu; bez gestów scenicznych;
Nie jak baletmistrz w balecie — wódz tanów
Między nimfami, ale jak pan z panów.
XXXIX
Kroki miarowe, skromne, powściągliwe;
Figurę całą wytworność przenika;
Nie puszcza, wściąga raczej ruchy żywe
I jak Kamilla ledwo ziemi tyka.
Przy czym ma ucho na rytm tak wrażliwe,
Że niejednego zawstydzi krytyka.
Tym krokiem czystym, klasycznym nasz hero
Pląsa — jak w ludzkiej postaci bolero.
XL
Jak przed Jutrzenką bieżące godziny
W Guidona fresku, dla którego warty
Jest Rzym odwiedzin, choćby te ruiny
Stolicy świata postradały karty
Z innych geniuszów księgi; on z głębiny
Ruchu dobywał urok nieprzeparty,
Nieokreślony: znalazłby w nim skarby
Poeta, gdyby słowa miały farby726.
XLI
Nie dziw więc, że był powszechnie lubiony
I podziwiany — Kupidon727 dorosły,
Szarpnięty trochę, ale nie zniszczony,
Z nieistniejącej cnoty niewyniosły,
Taktowny, więc go lubiły matrony
I czyste panny, i te, co wyrosły
Z przesądów; księżna Fitz-Fulke, co kokietką
Była, zaczęła go zaczepiać letko.
XLII
Przystojna, pełna blondynka już w kwiecie
Lat; wyróżniana, sławna, pożądana,
Parę sezonów w wielkim „wielkim świecie”.
Nie powiem, z czego była dobrze znana,
Bo to drażliwa materia — lecz przecie
Nieprawda wszędzie musi być wmieszana.
Ostatnią siatką wzięła ta kobieta
Lorda Augusta Fitz-Plantageneta.
XLIII
Ten szlachetny lord siedział cały ranek
Skrzywiony na jej niewczesne zaloty.
Kochance niech nie krępuje kochanek
Swobody uczuć i wolności złotej.
Biada mu, jeśli nie jest jak baranek;
Zazdrość przyśpieszy jej zdradne roboty
I zawód spotka bolesny czciciela,
Co na niewiastę liczyć się ośmiela.
XLIV
Uśmiechy, szepty... panienki się puszą
Swą całą cnotą; czoła marszczą matki;
Ta sądzi: Rzeczy tak źle być nie muszą;
Inna nie wierzy w niecnotę mężatki;
Inne nie wierzą nawet własnym uszom;
Ta ma zmieszany wzrok, ta chłodny, gładki,
wszystkie widzą, że zła czeka feta
Lorda Augusta Fitz-Plantageneta.
XLV
Dziwne; osoby księcia nie nazwano,
A wszak najwięcej mąż doznawał sromu,
Prawda, nie było go, a powiadano,
Że nie dba, co tam żona robi w domu,
A co za domem; skoro niesłychaną
Płochość on cierpi, cóż do tego komu?...
Bardzo praktyczny związek zawarł książę:
Co nie związane, to się nie rozwiąże.
XLVI
Czemuż odsłaniać muszę te arkana! —
Pełna nieziemskiej miłości czy cnoty
Pani Adela — efeska Dyjana728 —
Jęła źle patrzeć na księżny zaloty
I sądzić, że to przyjaźń niedobrana
Dla niej, i ziębić swoje ku niej zwroty.
Bolejąc nad jej słabością, pobladła
Z gniewu, tak przyjaźń serdeczna przepadła.
XLVII
Nic nad sympatię nie ma na tym świecie.
Jak ona sercu i duszy przystoi!
Westchnienia dwojga w jeden akord plecie,
Przyjaźń brukselską koroneczką stroi.
Czym bez przyjaźni ludzkość? Miło przecie
Czuć pobłażanie, kiedy się co zbroi,
Oraz pociechę: — Gdybyś był wymierzył,
Nim strzelił! Gdybyś był mej radzie wierzył!
XLVIII
Miałeś przyjaciół dwu, Jobie729! Dokuczy
I jeden, zwłaszcza gdy szczęście przepada;
To są piloci źli, gdy burza huczy,
Doktorzy, których większy zysk niż rada.
Przyjaciół tracąc, człowiek niech nie mruczy,
Każdy z nich jak liść w zawierusze spada.
A gdy się mu los poprawi ze złego
Na dobry, w klubie niech szuka drugiego.
XLIX
Zasada to nie moja. Gdyby moją
Była, oszczędziłbym wielu mąk duszy.
Nie chcę warować się niby żółw zbroją
Skorupy, co się o skałę nie kruszy.
Korzystniej odczuć własną duszą swoją
Tętna ludzkiego szczęścia i katuszy.
Tak poznasz skalę uczuć rozmaitą
I morza cedzić nie będziesz przez sito.
L
Ze wszystkich ukłuć najbardziej niemiłem,
Przykrzejszym, niż głos puszczyka śród mroków,
Jest straszny frazes: „A co, nie mówiłem?”
Z ust twych przyjaciół, przeszłości proroków,
Co miast od złego odwrócić cię tyłem,
Twierdzą, że dawno przewidzieli krok ów
Fałszywy, krasząc twój smutny wypadek
Opowiadaniem jakichś starych gadek.
LI
Lecz ta surowość groźna Adeliny
Na przyjaciółce samej się nie kończy;
Jej mogła prawie policzyć godziny,
Jeśli tam anioł się nie wda obrończy.
Jego zaś nie śmie rozgrzeszyć od winy,
Ale z litością rzewną gniew swój łączy.
Niedoświadczenie, młodość (tylko o trzy
Dzieści dni od niej don Juan był młodszy)
LII
Wyrozumiałość budzą. Z oczywistej
Przewagi wieku — która o stosunek
Lat, wzięty z metryk lub z herbarzów listy,
Nie dba, w urodzeń nie wchodzi rachunek,
Wynikło jasne prawo macierzystej
Obawy o zły młodzieńca kierunek,
Choć brakowało jej jeszcze lat parę
Do chwili, gdy się gubi czasu miarę.
LIII
— Znajduje się ta chwila na wylocie
Trzeciej dziesiątki lat lub wcześniej nieco,
A najbieglejsze w rachunkach i cnocie
Nie przeszły nigdy poza tę kobiecą
Rogatkę. Czasie, przestań, mówię do cię!
Zbyt gęsto pod twą kosę głowy lecą.
Z wolna, ostrożnie z taką amputacją,
Bo możesz żeńca stracić reputacją. —
LIV
Dalekie od niej było dopełnienie
Lat owych, których gorzka jest dojrzałość.
Ją nauczyło sądu doświadczenie;
Znała świat, jego ułomność i małość,
Jak powiedziałem już podobno. Gdzie — nie
Wiem; Muzę moją cechuje niedbałość
Cytatów. — Jej wiek, kiedy odetniecie
Sześć od dwudziestu i siedmiu — znajdziecie.
LV
W szesnastu weszła w świat, a wprowadzona
Wprawiła wszystkie mitry w ruch wirowy;
W rok później chórem Anglia zapalona
Świetnego morza Afrodycie nowej
Śpiewała hymny; w rok, gdy jeszcze kona
U jej nóg hekatomba wyborowej
Młodzieży, nagle chęć się w niej obudzi
Zrobić jednego „najszczęśliwszym z ludzi”.
LVI
Odtąd bez końca olśniewa sezony,
Czczona, wielbiona, lecz tak mało zdrożna,
Ze musi odejść plotkarz zrozpaczony
Bez tej pociechy nawet, że „ostrożna”.
W tej posągowej, niczym nie skażonej
Postaci wytknąć nic nie było można. —
Znalazła nawet pani Adelina
Czas raz poronić, raz urodzić syna.
LVII
Jak świętojanki, wkoło rój czcicieli
Latał, tych nocnych robaczków Londynu,
Ale by zakłuć ją, żądła nie mieli,
Dla bezskrzydlnego górą była gminu.
Może pragnęła trwalszych wielbicieli?...
Mniejsza, jeżeli była dobra z czynu.
Czy ją wielbimy z dumy, chłodu cnoty,
Niczym są wobec czynu te przedmioty.
LVIII
Usprawiedliwiań nie lubię jak wina,
Które w butelce nieodkorkowanej
Stoi; gardło się o nie upomina,
A tam spór wiodą o sejmowe plany;
Jak bydła, które niby wir chamsina730
W pustyni wzbija kurzawy tumany;
Jak argumentów, kłótni, jak orderów
Dworskiego wieszcza, jak służalczych peerów.
LIX
Trudno wycinać rzeczy od korzeni:
Ich sieć głęboko w ziemi się rozchodzi.
Jeśli dąb pięknie, bujnie się zieleni,
Któż na to zważa, że go żołądź rodzi?
Wyszukać źródła dla wszystkich strumieni —
Rozczarowuje to często i szkodzi.
Cel mój gdzie indziej. Kto chce rzucić zer na
Tę rzecz, odsyłam go do Oxenstierna731.
LX
Z tym przeświadczeniem, że karci porywy
Księżnej, ratuje ją a razem posła,
Adela widząc, że ten nieszczęśliwy
Już nie ocali się, bo go toń zniosła.
(Obcy nie wiedzą, że w Anglii krok krzywy
Nie tak się mierzy jak tam, gdzie nie wzrosła
Odnośna klauza na kodeksu niwie,
Co jest lekarstwem na grzech — niewątpliwie!...)
LXI
Postanowiła w swoim wielkim żalu
Użycie środków, którymi przeszkodzi
— Mniemała — groźnym postępom skandalu,
Co naiwności niejakiej dowodzi.
Ale niewinność jest nawet na palu
Śmiała; naiwna jest ani się grodzi
Płotem, za którym cnota tak jest skryta,
Że się jej ludzkie oko nie dopyta.
LXII
Nie, by sądziła, że tu będzie gorzej.
Książę żonaty, cierpliwy, praktyczny,
Nie buchnie łatwo ani nie pomnoży
Małżeńskich sądów klienteli licznej.
Sceny małżeńskie — to Adelę trwoży,
I urok księżnej fatalny, magiczny;
A wreszcie zatarg — przeczuwała, że tem
Skończą z Augustem Fitz-Plantagenetem.
LXIII
Za intrygantkę też księżna uchodzi
I jest w miłostkach dokuczliwa skrycie;
Jedna z tych miłych, cennych plag, co słodzi
Ciągle kochankom kaprysami życie,
Co robi zwadę, gdy jej nie nachodzi,
I tak dzień po dniu umila pożycie
Czarując, dręcząc, tuląc, odpychając,
A co najgorsza — z rąk nie wypuszczając.
LXIV
Łatwo jej głowę młodemu zawrócić,
Aż będzie szukał, jak Werter, ratunku
W kuli; musi się czysta dusza smucić,
Patrząc na grozę takiego stosunku.
Lepiej ożenić się lub kulą skrócić
Życie, niż serce w głupim pocałunku
Stracić; nim puścisz się, pomyśl dwukrotnie,
Czy takie szczęście szczęściem jest istotnie.
LXV
Mając tą chęcią serce przepełnione
(Grzechu nie mogła znieść dusza jagnięca),
Kilkakroć męża wzywała na stronę,
Prosząc, by ostrzegł płochego szaleńca.
Milord wysłuchał z półuśmiechem żonę,
Ale na jej plan wyrwania młodzieńca
Z szpon harpii, jako polityk, powiedział
Coś, z czego mądry nic się nie dowiedział.
LXVI
Naprzód: nie wtrąca się on w korowody
Miłosne, ale jedynie państwowe.
Po drugie: gdzież są wyraźne dowody,
Że tak daleko zaszły sprawy owe?
Trzecie: don Juan mądry, choć bez brody,
I nie tak łatwo zawrócić mu głowę.
Po czwarte, a to powtórzyć się godzi:
Że rzadko dobra rada dobre rodzi.
LXVII
Zapewne, by się ten aksjom732 przejawić
Mógł w czynie, radzi dwa wielkie talenta
Miłosnych intryg sobie pozostawić,
Byle przystojność nie była draśnięta.
Czas zdoła — mówi — Juana poprawić;
Młódź się zakonnym ślubem dziś nie pęta;
Sprzeciwianie się raczej iskry krzesze...
— Wtem milordowi podano depeszę.
LXVIII
Więc będąc „tajnym radcą”, to jest duszą
Państwa, szedł, gdzie go obowiązek wzywa,
Aby dokument zostawić Liwiuszom733
Nowym, jak zmniejszył skarbowe pasywa.
Depeszy owej nie podaję uszom
Waszym, bo nie znam; niemniej jednak żywa
Leży w Archiwum, wspólnym akt ognisku,
Jeśli dobędę ją — podam w przypisku.
LXIX
Ale nim odszedł, gościom jedno słowo
Czy zdanie rzucił, tę zwykłą ofiarę
Grzeczności, rozmów monetę zdawkową,
Frazesy płytkie, ale za to stare. —
Potem rozłamał pieczęć urzędową
I przeczytawszy z góry wierszy parę,
Wyszedł; wychodząc, pocałował żonę
Zimno jak siostrę — w czoło nachylone.
LXX
Mąż to był zacny i dobry, i chłodny,
Prócz wielu innych rzeczy dumny rodem,
Przy tronie króla figurować godny
I godzien w radzie kierować narodem.
Pierś miał w orderach, pokaźny, dorodny,
Zdolen kierować dworskim korowodem.
Typ szambelana — iście dworska postać.
— Będzie nim, gdy mi każą królem zostać. —
LXXI
Lecz w ogólności coś w nim brakowało.
Nie wiem co. Damy, owe dusze tkliwe,
Zowią to duszą. Nie byłoć to ciało.
W ciele zalety tkwiły niewątpliwe.
Świerk przypominał postawą wspaniałą,
Piękny mężczyzna (to cudo prawdziwe);
W wszystkich konfliktach — miłości i wojny —
Zawsze poważny i zawsze dostojny.
LXXII
Jak rzekłem — coś w nim nieobecne było.
Je ne sais quoi734, to nie do określenia
Coś, co przed wiosen tysiącem stworzyło
Homerowego materiał natchnienia,
Gdy grecką Ewę z męża wywabiło
Łożnicy, chociaż więcej bez wątpienia
Wart był Menelaus735 niż trojański pasterz. —
Już one wszystkich oszukują... was też!
LXXIII
Smutne jest bardzo, że nie ma sposobu
Odkrycia tyrezjaszową736 mądrością,
Na czym polega stosunek płci obu
I jaką być chcą kochane miłością.
Sentymentalne rade by „do grobu”,
Zmysłowe prędko staną w „gardle kością”,
A obie są jak centaur. Nie chcąc stradać
Zdrowia, lepiej mu na grzbiecie nie siadać.
LXXIV
Coś, co by sercu całkiem wystarczało,
Ot, czego wiecznie szukają kobiety. —
Komuż się otchłań napełnić udało?
W tym sęk i tu człek bezsilny — niestety!
One jak okręt rzucany nawałą
Bez mapy płyną, kompasu i mety;
Gdy wreszcie burza doniesie je zdrowo
Na ląd — ląd będzie rafą koralową.
LXXV
Rośnie kwiat, zwany „Miłością w pokoju”,
Na szekspirowskiej, zawsze świeżej grzędzie.
Nie chcę tu na niej popełniać rozboju,
Niech więc brytyjski bóg na mnie nie będzie
Niełaskaw, jeśli do rymów dostroju
Uszczknę tam listek; toż mu nie ubędzie.
Na inną grzędę wpadam jednym susem
I „Voilà la Pervenche737” — powiadam z Roussem738.
LXXVI
Eureka! Gdy tak wołam, nie przyznaję,
Ażeby miłość była już pokojem,
Lecz że dopiero w momentach się staje
Spoczynku — szczęścia i uciechy zdrojem.
Zbytnia ruchliwość smaku jej nie daje;
Kupczyk — miłości żarkiej w łonie swoim
Nie chowa, odkąd na statku Jazona
Medea739 była z towarem wieziona.
LXXVII
„Beatus ille procul” od — „negotiis740”
Mówi Horacy. — Myli się. I drugą
Dał też maksymę: „Noscitur a sociis741”
Tę już mu większą policzę zasługą,
Chociaż wynika niebezpieczeństw moc i z
Dobrych towarzystw, gdy trwają za długo.
Nie chciejcie wierzyć Horacemu święcie.
Trzykroć szczęśliwy, który ma zajęcie.
LXXVIII
Adam zamienił raj na pług przez węża,
Z liści fartuszki jęła robić Ewa
(Pierwszy zysk, jeśli dobrze mówią księża,
Który przemyślny człek wyciągnął z drzewa),
Wiele zaś złego, które się na męża
Odtąd, a bardziej na kobietę zlewa,
Płynie z gnuśności i rozleniwienia;
Miłość po pracy ma żywość płomienia.
LXXIX
Cóż więc jest high-life? Jałowe pustkowie,
Męka rozkoszy, tak że w czaszy życia
Pragnąłbyś jadu, by szum poczuć w głowie.
Ta „błogość” wieszczów, ta „pełnia użycia”
Przetłumaczona — przesytem się zowie.
Stąd czułostkowość, serdeczne rozbicia,
Romansów tomy w praktyce, pończochy
Niebieskie, spazmy, humory i fochy.
LXXX
Powiem w sekrecie, słuchaczu: widziałem
Takie romanse, jakich się nie czyta,
Lecz choćbym podał je czarne na białem,
Niejeden powie: „Nie wierzę, i kwita”.
Nigdy też chęci do odkryć nie miałem;
Niejedna prawda lepiej, że jest skryta.
Zwłaszcza jeżeli wygląda na łgarstwo,
Wolę ją przykryć ogólników warstwą.
LXXXI
„Czy może cierpieć miłośnie ostryga?”
Czemu nie? Siedząc w skorupie dziewiczej,
Marzy i wzdycha, i chuciami dryga
Jak mnich zamknięty w celi zakonniczej.
A propos mnichów: ta nabożna liga
Widzi, że nie ma w próżniactwie słodyczy;
Przeto jałowa roślina kościoła
Gwałtem o prawo mnożenia się woła.
LXXXII
O Wilberforsie742, mężu czarnej chwały!
Godnyś, by wieszcze na twą cześć okrzyki
Wznieśli; zburzyłeś kolos zolbrzymiały,
Ty Washingtonie moralny Afryki,
Teraz dokonaj jeszcze rzeczy małej
I odwróć swoje z czarnymi praktyki.
Oswobodź jeszcze drugą połać ziemi;
Czarni już wolni — zajmij się białymi.
LXXXIII
Więc Aleksandra zamknij, tego łyska,
Do Senegalu ześlij Trójcę Świętą;
Spytaj, czy smaczna jest służalcza miska
I czy przyjemnie tak w kluby743 być wziętą.
Spędź Salamandrę, co ogień do pyska
Za darmo bierze, gdy pensję odcięto.
Zamknij nie króla, lecz jego Pavillon,
Bo nas kosztować będzie drugi milion.
LXXXIV
Więc zamknij wolnych, a wypuść z Bedlamu744
Wariatów. Pewnie zdziwisz się niemało
Biegowi wszystkich spraw niezmienionemu,
Bo za ich rządów będzie, jak bywało,
Co udowodnić zdołałbym każdemu,
Gdyby ten świat miał jedną klepkę całą.
Punktu oparcia gdy ziemi brakuje,
Jak Archimedes wznieść jej nie próbuje. —
LXXXV
Jedyną wadę miała Adelina:
Jej serce piękny dom, a niezajęty,
Lecz o mieszkańca się nie upomina
W niepokalanej czystości i świętej.
Łatwiej upada duch, co się ugina,
Niż duch hartowny, sztywny, nieugięty.
Lecz kiedy przyjdzie upaść takiej duszy,
Cała jak w ziemi trzęsieniu się kruszy.
LXXXVI
Kochała męża albo jej się zdało.
Lecz taka miłość, jak pchanie ku górze
Skały Syzyfa, wymaga niemało
Wysiłku i jest przeciwko naturze.
Żyła bez kłótni; małżeństwo jej słało
Pod nogi same nie ciernie, lecz róże,
Był to wzór związku: stateczny i zgodny,
Czysty i zacny, małżeński — lecz chłodny.
LXXXVII
W wieku ich mała, a większa różnica
W usposobieniach. Szli obok, jak w sforze
Niebieskiej ziemia w kompanii księżyca
Albo jak Rodan w Lemańskim Jeziorze,
Gdy płyną razem, lecz widna granica,
Bo modra rzeka ciche nurty porze,
Nie biorąc z wody spokojnej, łyskliwej
Nic — ta zaś pragnie uśpić strumień żywy.
LXXXVIII
Jeżeli jaka rzecz na niej robiła
Wrażenie, to choć była przekonana,
Że za intencją zła chuć się nie kryła.
Jednak intencje są śliskie — rzecz znana.
Wrażenie było trwalsze, niż sądziła,
Wnet się piętrzyło jak woda wezbrana,
Cisnąc na duszę jakby ciężar głazu;
Tym silniej, że się upierała zrazu.
LXXXIX
Bądź co bądź, psuł w niej nieskażoną całość
Zły duch podwójny z treści i z imienia.
W królach, żeglarzach, wodzach zwie się: Stałość,
Gdy się im szczęści; ale nazwę zmienia
I bierze miano: Upór lub Zuchwałość,
Kiedy przyblednie gwiazda powodzenia,
Zaś moralistom przyczynia kłopotu
Wskazanie granic owego przymiotu.
XC
Gdyby w Belle-Aliance Napoleon górę
Wziął, byłby stały, a tak jest uparty.
Więc jeno wynik ma stanowić, które
Miano właściwsze? Sąd, na nim oparty,
Wskazać dobrego i złego naturę?
Darmo! Wszelki sąd będzie licha warty!
Ja się zajmuję panią Adeliną,
Co w swym wypadku była heroiną.
XCI
Nie znam jej serca. Sama go nie znała,
Nie sądzę, by już była zakochana.
Gdyby tak, toć by tyle mocy miała,
Aby odeprzeć pokusy szatana.
Ona najczystszą tylko uczuwała
Mniemaną czy też istną dla Juana
Sympatię; drżała, by nie doznał szkody
Przyjaciel męża, jej, obcy i młody.
XCII
Uważała się jego przyjaciółką,
Bez abstrakcyjnych, platońskich słodyczy,
Które chce zbierać za niewinną pszczółką
Ta, co we Francji czułość swoją ćwiczy
Lub w Niemczech, gdzie to całuje się w „czółko”.
Do tych ostatnich nawet się nie liczy. —
Jest to jak przyjaźń mężczyzny mężczyźnie,
O ile się tu o płeć nie pośliźnie.
XCIII
Bez wątpienia płci tajemnicze wpływy
Tak jak w braterskich albo rodzicielskich
Miłościach tworzą z serc ich akord tkliwy,
Dodając dźwięków czystych i anielskich.
Gdy wykluczycie namiętność, szkodliwy
Szkopuł dla takich uczuć przyjacielskich,
Jeżeliście się nigdy nie kochali
W sobie, w przyjaźni dotrwacie najstalej.
XCIV
Miłość w poczęciu już końca ukrywa
Zaród — i jakże może być inaczej! —
Ciało śród ruchu prędzej się zużywa,
Co się prawami natury tłumaczy.
Maż być stałą rzecz najbardziej ruchliwa?
Czy niebo ciągłą zmianą nas nie raczy?
Już nie dozwala nazwa, aby miała
Tak „delikatna” materia być trwała.
XCV
Nie pomnę w dużym świecie ani małym
Kochanka (chyba jest nim który z panów...),
Żeby nie bolał nad miłosnym szałem,
Co zmienił pełnię Salomona na nów.
W małżeńskim stanie równie nie spotkałem
(W najgorszym albo najlepszym ze stanów)
Damy, która by, choć mąż ma z niej chlubę,
Nie przyprawiła najmniej dwu o zgubę.
XCVI
Za to posiadłem przyjaciółek parę
(Imion nie nazwę, choć są godne wzmianki),
Które mi trwalszą zachowały wiarę
W mojej ojczyźnie niż wszystkie kochanki.
Nie wydały mnie szczwaniom na ofiarę,
Wstąpiły za mnie przeciw złości w szranki
I — dzisiaj walczą, gdym ja nieobecny,
Przeciw obmowie zjadliwej i niecnej.
XCVII
Czy dwie osoby w tej pieśni błyszczące
Zaprzyjaźniły się w takim znaczeniu
Czy w innym, kwestii tej dziś nie potrącę.
Cieszę się, że mi tak na podniesieniu
Skaczą jak łątki na nitkach wiszące.
To pozostawia i was w zawieszeniu;
Przynęta, która najlepiej się mieści
Na wabnej wędce kobiet lub powieści.
XCVIII
Czy z nią przechadzał się Juan w drzew cieniu,
W oryginale Don Kichota czytał
(Najlepsze dzieło w moim rozumieniu),
Błahych tematów wyczerpnął kapitał —
Oddaję pieśni następnej natchnieniu.
Z powietrza rzeczy tam nie będę chwytał.
Sentencjom zdarzeń przydam ekwiwalent,
Słowem, rozwinę znakomity talent.
XCIX
Niech żadna sobie, czytelniczki. śliczne,
Prawa uprzedzeń faktów nie przywłaszcza.
Z tego by wstały domysły rozliczne
O pięknej pani — o Juanie zwłaszcza.
Chcę już to moje epos satyryczne
Obwinąć połą poważnego płaszcza.
Nie wiem, czy padnie on i Adelina.
Gdy padną — to już będzie ich ruina.
C
Wielkie się rzeczy z małych rzeczy rodzą.
Niejedna z dzikich namiętności owych,
Co płci obydwie na zgubę przywodzą,
Powstaje z przyczyn tak bezwartościowych,
Że ludzie dziwią się, w głowę zachodzą,
Jak się stać mogły zawiązkiem sercowych
Burz. Jedna, pomnę... słuchaj, jeśli wola...
Powstała z czego? Z partii karambola745.
CI
Dziwne to. Prawda zawsze jest niezwykła.
Niczym poezja! Gdyby wolno było
Wyrzec ją, jakaż by korzyść wynikła
Dla dziejów; ileż by się przemieniło!
Jakby udana746 cnota z placu znikła!
Nowy świat zjawiłby się czczą mogiłą.
Gdyby dziś nowy Kolumb moralności
Te antypody pokazał ludzkości.
CII
Jakby się dusza człowieczego rodu
„Jaskinią pustą zjawiła i ciasną”;
A serca możnych — pagórami lodu,
Które biegunem mają miłość własną;
A ludożercą ten, co dla narodu
Miał być obrońcą i pochodnią jasną.
— Gdyby dać wszystkim rzeczom tytuł prawy,
Sam Cezar wstydziłby się swojej sławy...
Pieśń piętnasta
I
Ach! Co szło dalej, zwietrzało ze szczętem,
— Co daję światu, jeśli słuchać raczy,
Jest wspomnień w życie głęboko werzniętym
Śladem, który myśl wolna sobą znaczy.
Byt nasz obecny jest czasowym wtrętem,
Jednym: Ach! lub: Och! rozkoszy, rozpaczy.
Jednym: Tfu!, Jednym: Ba! Ha-ha lub: He-he!
Najprędzej nosi ostatniego cechę.
II
Byt nasz mniej więcej jest to jedno duże
Stęknięcie, emblem wzruszeń pełnych dramy,
Lub antytezą znudzenia w figurze
Baniek mydlanych, jakie rozpylamy
Po oceanie życia, miniaturze
Wieczności, której nie zamknęły ramy;
Baniek, wdzięcznego dla duszy widoku,
Bo ponadwzroczną wizję dają oku.
III
Lecz najgorsze są tłumione westchnienia,
Bo wnętrze serca wskroś nimi się żłobi,
Przez nie twarz w larwę747 spokoju się zmienia,
Szczera natura ludzka sztuką robi.
Ale któż wszystkie złe, dobre natchnienia
Wyznać chce? Zawsze obłuda sposobi
Kącik dla siebie i przeto udanie
Najmniejsze zwykle znajduje łajanie.
IV
Ach! Kto wypowie; raczej kto z pamięci
Wygna żądz swoich dawne błędy, winy?
Choć się w niepamięć, jak gad w ziemię, wkręci,
Mary odwiedzą go rannej godziny.
Chociaż się wodą letejską poświęci,
Strach go owładnie czasem chłodny, siny.
W klepsydrze, którą czas tak srogo władnie,
Pod piaskiem smutek zawsze leży na dnie.
V
Co do miłości... O ty!... — Idźmy dalej.
Dźwięczne nazwisko (pani Adelina
Z Amundevillu) jak lane z metali
Pięknie na gęśli mojej brzmieć zaczyna.
Gra pięknie szyba spadającej fali,
Gra pięknie w wodzie wzdychająca trzcina,
Wszystko gra, niechaj tylko ludzie słyszą.
Ziemia jest echem sfer, co nad nią wiszą. —
VI
Pani Adela zaczęła — niestety! —
Snieżno-anielską dotąd szatę stradać.
Chwiejne są w ślubach solennych kobiety...
Ach, czemuż muszę takie rzeczy gadać!
Są niby wina, którym etykiety
Mogą fałszywy smak i wartość nadać;
Oboje także podobną koleją
Psują się często, nim się postarzeją.
VII
Lecz ona była z przezacnej winnicy
Wyskokiem748 najdoskonalszego płynu;
Podobna do tych ludwików z mennicy
Co tylko wyszłych lub do łzy bursztynu,
Lub drukiem czasu nie tkniętej stronicy.
Natura dla niej zapomni terminu,
Ów najszczęśliwszy wierzyciel na ziemi,
Bowiem dlań wszyscy są wypłacalnymi.
VIII
Śmierci! Natręcie najbardziej zawzięty!
Do drzwi kołaczesz co dnia, zrazu z cicha,
Niby nieśmiały kupiec, kiedy zgięty
We dwoje w bramie na dłużnika czyha;
Wreszcie przypada groźnie, gdy go pięty
Zbolą czekaniem, a dłużnik mu czmycha,
Nieprzystojnymi nalegając słowy
O gotowiznę lub o weksel nowy.
IX
Bierz, czego zachcesz — piękności oszczędzaj.
I tak jest rzadka — ty ofiar masz wiele.
Choć zbłądzi, z placu jej zaraz nie spędzaj,
Owszem, niech broi czarcik w pięknym ciele.
Smakoszu! Świat ci otwarty na ściędzaj,
Bądźże rycerski w swym żarłocznym dziele.
Patrzaj przez palce na wybryk niewieści,
A bierz rycerzy za to, co się zmieści. —
X
Piękna Adela, pełna zrozumienia
Rzeczy, ile że interesowana,
Niezdolna zatem zbyt łatwo płomienia
Zachwycić — lub zbyt dobrze wychowana,
By się z tym zdradzić (to do zrozumienia
Łatwe) dałaby nawet nie zmuszana
Serce i duszę swą przedmiotem godnym
Kochania, byle niewinnym, nieszkodnym.
XI
Część Juanowych dziejów, które pani
Fama — ta żywa gazeta — obmową
Szpeci — poznała; kobieta nie gani
Wybryków, które my sądzim surowo,
A zresztą odkąd zamieszkał w Brytanii,
Ustatkował się, zmężniał umysłowo;
Bo umiał, niby Alcybiades749 wtóry,
Brać na się różnych narodów natury.
XII
Tym bardziej stworzon na uwodziciela,
Że się nie starał wabić ni uwodzić;
Ni zalotnością, ni sztuką nie strzela
W celu podboju, chcąc się oswobodzić
Udaniu, co to nieswójski wydziela
Czar, jakby Amor raczył ku nam schodzić,
Mówiąc: „Oprzyj się mi”. Ten czar zwycięża,
Tworzy dandysa750, niszcząc godność męża.
XIII
Nie tak poczyna się! Gdybym się zwierzył,
Byłem w tej sztuce mistrzem rzeczywistym. —
Lecz Juan miarą odmienną się mierzył,
Istotnie był to jego własny system.
Szczery — przynajmniej w szczerość każdy wierzył,
Oczarowany jego głosem czystym.
Czar nie ma równie ponętnej łakotki
Ńa swoję wędę, jak głos dźwięczny, słodki.
XIV
Z natury cichy, nie przedstawiał cienia
Podejrzeń; choć mu oko ogniem strzela,
To zda się, ostrzem takiego spojrzenia
Broni się raczej sam, niż onieśmiela.
Może o wdzięku swym ma przeświadczenia)
Mało? — lecz skromność sił sobie udziela
— Sama, jak cnota. Niepretensjonalny,
Tym prędzej sercom bój wytacza walny.
XV
Swobodny, żywy, wesół, lecz nie szumny,
Nader domyślny, choć nie podejrzliwy,
Spostrzegacz bystry błędów — lecz rozumny,
Bowiem w wyroku o nich powściągliwy.
Dumny z dumnymi, lecz uprzejmie dumny,
Różnicę stanów zna — magnat prawdziwy.
Pierwszeństwa, wszelkiej wyższości się wzdraga,
Drugim nie przeczy, sam się nie domaga.
XVI
To jest — śród mężczyzn. Śród kobiet przeciwnie
Był, czym go chciały mieć, za co go brały,
W czym wyobraźnia służy im przedziwnie.
Byle kontury zgrabny zarys miały,
Fantazja kanwy powypełnia i w nie
Wszyje kształt pełny; a gdy puści śmiały
Lot na posępny przedmiot lub wesoły,
Rafaelowe potworzy anioły.
XVII
Więc Adelina, nietęga w ocenie
Ludzi, wypełnia wyobraźnią luki;
— Błąd z dobrej woli, który przerażenie
Budzi i mędrca wywołuje mruki;
Filozofem jest pierwszym doświadczenie,
Lecz lichym, gdy już znane jego sztuki.
Szaleństw swych uczy mędrzec zapoznany
Szaleńców: — i mistrz, i uczeń dobrany.
XVIII
Nie tak-że, wielki Locke’u751 i Bakonie752,
I Sokratesie — i ty, Bardziej Święty,
Nie pojmowany ni w życiu, ni skonie;
Krzyż Twój na pieczęć fałszu został wzięty.
Giniesz obłudą, choć w świata obronie;
Tak odpłaconoć trud mężnie podjęty!...
Ileż przykładów takich — nie wymienię,
Niechaj dopowie stuleci sumienie.
XIX
Ja po krawędzi życia sobie nisko
Chodzę, przyglądam się krwi, farbom, złotu,
Nie dbając o rzecz, co sławy przezwisko
Nosi, szukając godnego przedmiotu
Dla pieśni, przy tym zważając, gdzie ślisko.
Nie strojąc lutni do twardego grzmotu,
Truchcikiem jadę, tak że mnie posłyszą,
Którzy mi obok jadąc towarzyszą.
XX
Nie może pełnej rozwinąć zdolności
Autor, co, jak ja, jedzie a gawędzi.
Lecz to jest sposób, co pracę uprości,
Na dniu choć jedną godzinkę oszczędzi.
Za to nikt nie śmie zadać służalczości
Temu rymowi, co samopas pędzi
I w który wszystko wstawiam jak w kamorę,
Gdy się poczuję: Improvisatore753.
XXI
„Omnia vult belle Matho dicere — dic aliquando
Et bene, dic neutrum, dic alicuando male754”
Pierwszym nie każdy mędrzec się pochwali,
Z drugiego może radość być lub żale,
Trzeciemu oprą się tylko wytrwali,
Z czwartym się prawie nie rozstajem wcale.
Wszystko potrawą jest, której za halerz
Nie chciałbym kupić i wziąć na swój talerz.
XXII
Mam skromne chęci. Skromność moją siłą,
Duma słabością; idźmyż. — Chciałem zawzdy,
By me poema jak najkrótsze było,
eraz nie widzę granic swojej jazdy.
Prawda — gdyby się krytykom kadziło
Albo zasiadłe wysławiało gwiazdy
Wszechtyrańsw, można by wrócić z banicji,
Lecz — jam urodził się dla opozycji.
XXIII
Zawsze sympatie me po słabszej stronie,
Iż wierzę — gdyby ci, co dziś purpurę
Noszą i w pychy jeżdżą faetonie755,
Runęli — a „psy znowu wzięły górę”,
Zrazu szydziłbym — a później w obronie
Upadłych stanął i lojalną skórę
Wdział, walcząc w ultrarojalistów lidze
— Demokratyzmem rojalnym się brzydzę.
XXIV
Podobnie mogłem być przykładnym mężem,
Gdybym był nigdy nie nosił pierścienia;
Umiałbym nosić się w habicie księżym,
Gdybym do sutann nie miał uprzedzenia.
Nie byłbym władał poetów orężem
Ani tłukł swego o rymy ciemienia,
Ni w wieszczów zdarty płaszcz się stroił pono,
Gdyby mi tego właśnie nie wzbroniono.
XXV
Lecz: Laissez-aller756. Damy i rycerży
Śpiewam mojego czasu. Pospolity
Jest to lot, bujnych mu nie trzeba pierzy,
Modą Longina albo Stagiryty757.
W nadaniu barwy cała trudność leży
I w pochwyceniu miary należytej,
W oddaniu sztuki środkiem naturalnym,
W uogólnianiu, co było specjalnym.
XXVI
Z różnicą, że dziś obyczaje ludzi,
A dawniej ludzie tworzyli obyczaj.
Tak na dziesięciu dziewięć się wycudzi
— I dziesiątego nawet nie odliczaj!...
Ten przymus wenę pisarzów ostudzi.
Cóż czynią? Hejże, z dawnych zapożyczaj
Czasów, gdzie wielkich figur jest obfitość,
Inaczej łatwo zapaść w pospolitość.
XXVII
Radźmyż, co można na to radzić. Dalej,
Muzo! Gdy nie masz skrzydeł, drygaj cwałem;
Nie możesz podrość, przynajmniej nie malej
I tęgim bóstwem bądź, choć nie wspaniałem;
W spółce znajdziemy coś na świata fali.
Kolumb świat odkrył w okręciku małym,
Czy brygantynie, czy „pinku”, jak my tu
Mówimy — ziemię wydobył z niebytu.
XXVIII
Więc Adelina, zważywszy w cichości
I stanowisko jego, i zalety,
Poczuła rodzaj rosnącej skłonności;
Czy że ze świeżej powstała podniety,
Czy że miał minę pełną niewinności,
Co dla niewinnej wabiem jest kobiety
(Kobiety półmiar, półśrodków nie lubią),
I myśli zbawić chłopca, nim go zgubią.
XXIX
Wysoko ceniąc radę złotodajną,
Jak każdy, co ją daje, nie chcąc brać jej,
Za którą kwaśna wdzięczność jest zwyczajną
Zapłatą, nawet kiedy towar płaci,
Znalazła, wiodąc z sobą długą, tajną
Rozmowę — morał w najlepszej postaci:
Małżeństwo; po czym wziąwszy go na stronę,
Radziła serio, aby pojął żonę.
XXX
Don Juan odrzekł z wdziękiem odpowiednim,
Że świetnej myśli szczerze przyklaskuje,
Lecz że obecnie w związku bezpośrednim
Z tą sprawą pewne trudności znajduje,
Zapierające wrota raju przed nim
I tę, do której właśnie afekt czuje.
Podoba mu się hrabina X, księżne
Y, Z, wszystkie trzy — niestety — zamężne...
XXXI
Obok biegania do małżeńskiej mety
Lub zaganiania tam kuzynów, braci,
Sióstr, przystawiania, jak równymi grzbiety
Książki o jednej formie i postaci,
Niczego bardziej nie lubią kobiety
Nad kojarzenie w ogóle. Nie traci
Na tym moralność, owszem, jest to spora
I dość skuteczna występkom zapora.
XXXII
A nie widziano jeszcze dotąd damy
Z wyjątkiem tych, co w swojej panieńskości
Czekają męża niecierpliwie samy,
Oraz rozwódek — co by z dwu jedności
Małżeńskich i praw łoża, stołu — dramy
Nie chciała złożyć wedle dokładności
Arystotela; tylko gdy w niej nie ma
Barw grozy, to się składa — pantomima...
XXXIII
Same zazwyczaj mają jedynego
Syna, dziedzica wielkiej włości; pana
Jana birbanta758 lub lorda Jerzego,
Którego gałąź rodowa złamana
Chyli się i nie doczeka przyszłego
Wieku, jeżeli nie zrestaurowana
Wraz z moralnością. Wzajemnie usłużne
Swatają panny na wydaniu różne.
XXXIV
Dają więc, pełne troskliwego względu,
Temu dziedziczkę, a temu boginią
Piękności, temu artystkę bez błędu,
Innemu — znowu dobrą gospodynią,
Innemu pannę z najcnotliwszych rzędu
Lub zbiornik zalet wszelkich, co z niej czynią
Ósmy cud; inną znów dla koligacji
Lub że odrzucać nie byłoby racji.
XXXV
Rapp do „Harmonii759” gdy się przyjąć skłaniał
Małżeństwo — ale dla uszczęśliwienia
Sekty i całej ludzkości zabraniał,
Aby płodzono nad możność żywienia
I lekkomyślnie by nikt nie roztrwaniał
Soków, co krzepią siłę przyrodzenia —
Jak w takich związków mógł wierzyć „Harmonią”
Tu mnie gniewliwie księże oczy gonią.
XXXVI
Czyli „małżeństwu” uczynił ina drwiny,
Czy „zgodzie”, że je tak poróżnił wzajem?
Czyli w tym w Niemczech nabywał rutyny?
Dość — że świat zrobił dla swej sekty rajem.
Ją zaś uzacnił nad wsze nasze gminy
Sekciarskie, którym się tak szerzyć dajem.
Nie obrządkowi, lecz nazwie się dziwię
I temu, że lgną do niej ludzie chciwie.
XXXVII
Rapp jest kontrastem skwapliwej matrony,
Co Malthusowi760 wbrew płodzenie lubi.
Ucząc tej sztuki jak anioł ramiony
Oskrzydla parę, która się zaślubi.
Dziś panny muszą emigrować w strony
Obce, tak się chęć do małżeństwa gubi.
Smutny rezultat, jaki ma z praktycznej
Swej rady — Katon nasz ekonomiczny.
XXXVIII
Czy Adelina znała się z Malthusem?...
Chciałbym. — On jedenaste przykazanie
Zostawił: Nie bierz żony z wianem kusem!
— Bo tak pojmuję jego sławne zdanie.
Ludzkim rozum mój nie dosięgnie susem,
Co miała głowa znamienita w planie.
To fakt, że z tego powstają asceci,
A w cyfry zmienia się mąż, żona, dzieci.
XXXIX
Lecz Adelina, co z wiarą liczyła,
Że wstrzemięźliwym będzie Juan przecie
— Choćby musową wstrzemięźliwość była,
Ponieważ zwykła to kolej na świecie,
Że młody „żon-koś”, gdy „nakosi” siła,
To się w małżeńskim tańcu (co, jak wiecie,
Taką przynosi dzielnemu mistrzowi
Sławę jak „taniec śmierci” Holbeinowi761)
XL
Opatrzy — chciała Juana ożenić
Po swojej myśli, co jest dosyć na nią
Jako kobietę. Lecz z kim? Tu wymienić
Chcę: pannę Kapkę, Gęsiutkę i panią
Kaczuszkę wdowę. Umiejąc ocenić
Juana, wydać go nie chciała tanio.
Wszystko to były najdobrańsze parki
I nakręcone szłyby jak zegarki.
XLI
Panna Stokrotka, czysta niby pianka
Morska i jedynaczka — pod opieką
Matki wyrosła słodka jak śmietanka,
Pod którą kryje się woda i mleko,
I krwi troszeczkę — zabawna mieszanka,
Kiedy tak razem te trzy płyny ścieką. —
Miłość gwałtowna życie ceni letce,
Ale małżeństwo chce żyć na dyjetce.
XLII
Opiszę także, jeśli czasu starczy,
Miss Kitkę: panna śmiała, dobrze wzięta,
Oczy wieszała zazwyczaj na tarczy
Herbowej; lecz czy źle rzucała pęta,
Bo się na wędę nie wziął żaden par, czy
Że w Anglii młodzi wymarli książęta —
Dość, że złapały się na wędy sznurek
Dwa małe kiełbie: Rosjanin i Turek.
XLIII
Ach! Była jeszcze... lecz na co się wtrąca
Pióro — poeci pisać jej niegodni —
Była tam jedna piękność, należąca
Do wyższej sfery, sama wyższa od niej:
Aurora Raby, młoda gwiazda lśniąca
Światu — ach! Szkoda mu takiej pochodni.
Śliczna istota — posąg nie dokuty
Młotem — pąk róży jeszcze nie wyklutej.
XLIV
Bogata, z zacnej familii, sierotka,
Choć pod dobrego skrzydłem opiekuna.
Twarz jej tak cicha, tak smętna a słodka.
Krew w niej — nie woda, ale kir całuna
Duszę jej schmurzył, a któż myśl napotka
Smutniejszą nad tę, którą daje truna762?...
Gdy nie ma, na kim byśmy się oparli
I (gdy najdrożsi dla serca — pomarli...
XLV
Dziecięcej jeszcze postaci dziewczyna
Miała w sobie coś, co nad poziom wzlata;
Oczy żałosne jak twarz serafina.
Młodziuchna, a już wyrosła nad lata;
Poważna jak mąż, gdy żal przypomina,
Rzewna rzewnością nie z naszego świata.
Tak aniołowie edenu się smucą
Za tymi, co doń nigdy nie powrócą.
XLVI
Do tego była katoliczką szczerze —
I prawowierną, ile na przeszkodzie
Nie stało serce, ku upadłej wierze
Skłoniona właśnie, że padła; w jej rodzie
Żyli mężowie dzielni i rycerze,
A mieli sławę niezłomnych w narodzie.
Że się zaś na niej kończył szczep prastary,
Cnót dochowała dziadowskich i wiary.
XLVII
W świat poglądała ledwo znany sobie,
Nie pragnąc poznać; samotna, milcząca,
Wzrastała jak kwiat spokojny na grobie;
Serca jej żaden obcy wiatr nie trąca.
Czar jakiś był w tej pogodnej żałobie,
Jej dusza, jakby na tronie siedząca,
Patrzała na tłum dumna a surowa,
Nawet dla siebie — w młodych rzecz to nowa.
XLVIII
Dziwnym wypadkiem — w Adeliny spisie
Było Aurory imię wypuszczone,
Ohoć urodzenie jej, mienie liczy się
Do najcenniejszych, nad wszystkie cenione.
Piękność przeszkadza chyba najmniej, by się
Tam kandydatką mogła zwać na żonę,
Ową sercowej namiętności marę
Mężczyźnie, który się chce związać w parę.
XLIX
To opuszczenie, jak na Tyberiusza
Pochodzie maski Brutusa — nie dziwo
Do zastanowień don Juana zmusza.
Z twarzą pół serio, a półżartobliwą
Pytał ją; na to Adelina rusza
Ramiony z niecierpliwością i żywo
Odeprze: „Co też pan Jan widzieć może
W tym dziecku, w chłodnej, milczącej Aurorze?”
L
On na to: „Jego katolicka wiara
Właśnie nadaje się do jej wyznania;
Papież by klątwę rzucił, matka stara
Mogłaby z żalu dostać obłąkania
Gdyby...” Adela, co się zawsze stara
Szczepić na drugich swoje przekonania,
Niby na płonkach — zakonstatowała
Jeszcze raz dobroć rady, którą dała.
LI
Dlaczegóż by nie? Kto radzi roztropnie,
Niech nie powtarza rady — to najgorzej.
Kto chce przeszkodzić złemu, tego dopnie
Potakiwaniem; prośba nie pomoże.
Gdy naleganiu każdy się pochopnie
Oprze, to nawet polityka zmoże763
Lub wreszcie znudzi. Któż o środki pyta?...
Gdy koniec dobry, dobrze jest, i kwita.
LII
Skąd uprzedzenie owo Adeliny
— Boć uprzedzenie to — ku kreaturze
Czystej jak świętość bez błędu, bez winy,
Smukłej jak trzcina, a pięknej jak róże —
Nie wiem, tajemnej nie zgłębię przyczyny.
Wszak liberalną była... Ba! W naturze
Są naturalne kaprysy, chimery;
Trudno je wciągać w poetyckie sfery.
LIII
Może widziała krzywo u Aurory,
Że lekceważy owe bańki z mydła,
Owe powietrzne młodocianej pory,
Strojące ludzki żywot, czcze mamidła?...
Nigdy do gniewu człek nie jest tak skory,
Jak widząc duch swój pochwycony w sidła,
Gdy się przejrzaną skroś uczuje dusza,
Jak przez Cezara764 myśli Antoniusza.
LIV
Aby to była zawiść — niepodobna765:
Miała zasady zacne pod tym względem.
Złość — lecz jej czoła nigdy chmurka drobna
Złości nie ćmiła — to było jej błędem.
Ni zazdrość, sądzę, ta gwiazda żałobna,
Co jest szatańskim człowieka obłędem.
Słowem ten przymiot, jakikolwiek w nim był
Rdzeń — to rzec łatwiej, czym nie był, niż czym był.
LV
Aurora nie wie nic, że jest przedmiotem
Tych konferencji; była tu w gościnie
Kroplą kaskady, prześwieconej złotem
Słońca młodości, co najmniej nie ginie
Śród innych, które pstrym świecą błyskotem
W kaskadzie, kiedy brylantowo płynie.
Wiedząc — uśmiech by chłodny dla nich miała,
Była dziecinna tak, a tak dojrzała!
LVI
Wzięcie Adeli wyniosłe i pańskie
Nie imponuje jej ani zachwyci.
Jak na robaczki patrzy świętojańskie,
Gdy ludziom w oczy takim blaskiem świeci.
Lecz labiryntem jest jej to hiszpańskie
Chłopię; by dojść go, brakuje jej nici.
Nie przeto, by ją piękna tajemnica
Mieszała, bowiem nie wnioskuje z lica,
LVII
Ni sława — Juan miał ten rodzaj sławy,
Która z damami igra czasem w gąski:
Wszechrodny zbiornik niezmiernie ciekawy,
Pełny cnót wielkich, lecz wadami grząski,
Co bawią przeto, że blask ich jaskrawy,
A jego grzechy są jak smaczne kąski —
Na wosku duszy jej się nie odciśnie,
Czy twardy, czy go hartuje umyślnie.
LVIII
On też o takim nie śnił charakterze —
Inaczej wzniosłym niż Hajdei dusza,
Każda z nich piękną była w swojej sferze.
Dziewczyna, którą wychowała głusza
Wyspy, serdeczna jak ta i tak szczerze
Prosta; Aurorę przyciska, przymusza
Cywilizacja; jedna w nich różnica,
Że ta jak brylant, ta jak kwiat zachwyca.
LIX
Tym porównaniem wyjdę z górnej aury,
Powieściowego czując lot porywu,
Bo mi nie dają dziś spać Scotta766 laury.
On superlatyw dla komparatywu
Mego, on chrześćjan opiewa i Maury,
Rycerstwo, szlachtę dla świata podziwu
I staje obok Woltera — Szekspira,
Po których, zda się, dziedzictwo odbiera.
LX
Co do mnie — Muza ma o nic nie pyta,
Igra po wierzchniej skorupie ludzkości —
Świat opisuję nie dbając, czy czyta,
Z uśmiechem jego niewinnej próżności
Folgując; na me pióro wielu zgrzyta,
Ono mi wrogów bez liku namości.
Kiedym zaczynał, przeczułem, co będzie,
Dziś wiem, mimo to nie wstrzymam się w pędzie.
LXI
Ta konferencja, kongres (kongres przeto,
Że nic nie zdziałał) widział wiele grotów,
Puszczonych z obu stron, a że z kobietą
Nie żart, spocony don Juan z obrotów
Wyszedł; nim dano swoje pro i veto,
Zadzwonił dzwonek nie na „obiad gotów”,
Lecz na godzinkę, półgodzinką zwaną
Ubrania, bo się wraca pół-ubraną.
LXII
W zbroję się teraz cały stół przybiera;
Stosy talerzy, noże i widelce
Ma w herbie; lecz któż od czasów Homera
(Uczty u niego część poczesną wielce
Biorą) to menu dziwaczne przeziera
Naszych obiadów, gdzie nie woły, cielce,
Ale mistyczne kremy, zupy, sosy,
Których nie dojdą najuczeńsze nosy.
LXIII
Była tam zupa à la bonne femme767 — lada
Kto nie zna, z czego ją kucharz wytworzył;
Był tam majonez temu, kto go jada,
Tuż indyk à la Perigeux ułożył
Podcięte członki, równocześnie, biada!
Małom smakoszów wszystkich nie potrwożył:
Zupa cielęca, wyzłacana masłem,
I lśniące prosię, choć z okiem zagasłem.
LXIV
Winien bym wszystko zgeneralizować;
Gdybym zachował poprzedni porządek
Szczegółów, Muza mogłaby zwariować,
Przynajmniej trzeźwy utracić rozsądek.
Choć jest bonne vivante768 — nie trzeba strofować,
Bo słabą stroną jej nie jest żołądek.
Lecz oczywiście czasem posilenie
Potrzebne, aby nie wpadła w omdlenie.
LXV
Pieczeń à la Condé dobrze pieprzona,
Z sosem à la Génève, bita na miętko,
Wina też, zdolne upoić Ammona
(Był to mąż, jakich widzieć nam nieprędko);
Westfalska szynka, pysznie uwędzona,
Apicjusz ku niej żarłoczną by chętką
Zapałał; szampan z kiścią srebrnej pianki
Bielszej niż w occie perła Egipcjanki.
LXVI
Jakieś potrawy z niemiecka, francuska,
Z hiszpańska; jakieś schaby, salcesony,
Których znaczenie nieprędko wyłuska
Z mistycznej nazwy nawet ktoś uczony.
Entremets, których wspomnienie mi muska
Serce w łagodne nastrajając tony;
A Lukullusa769 przypomnieniem mami
Usta potrawka przepiórcza z truflami.
LXVII
Czymże jest przy niej potrawka z biedaków
Na bojowisku? Niczym. Gdzie są łuki
Dumne nad strzępem sztandarów i znaków,
Łupów? Gdzie wozów triumfalnych huki?
Hej! Poszły drogą zwycięstw i przysmaków.
Śledzić nie myślę ich. Kiedyż wy, wnuki
Herojów dawnych, dziedzice ich sławy,
Nazwiecie mianem swym chociaż potrawy?...
LXVIII
Tuż za truflami smaczna się ukaże
Nader potrawa, bo „miłosne ptysie”.
Umią je różnie przyrządzać kucharze,
A z których każda nader mile je się.
Jak je piec, radzą różne dykcjonarze,
Figurują też w almanachów spisie.
Choć bez konfitur, przyznał każdy z gości,
Że jest coś piquant w tych ptysiach miłości.
LXIX
Myśli się gubią pełne zapatrzenia
Na duszę, co się pręży w dwu kierunkach;
A niestrawności tabliczka mnożenia
Wprawy wymaga ogromnej w rachunkach.
Kto by rzekł, że od prostego jedzenia
Adamowego — w napojach i trunkach,
Tych naturalnych potrzebach natury,
Tak zróżniczkują się nomenklatury!
LXX
Dzwonią kieliszki, talerze i flaszki,
A twarze gości czerwieni purpura;
Damy skramniuchno jedzą, niby ptaszki,
Ot tyle — co na koniec mego pióra;
Młodzież nie więcej, bowiem młodzieniaszki
Winni jeść tyle ledwo, co natura
Żąda; winien ich za to karmić słodki
Głosik (gdy słodki) sąsiadki szczebiotki.
LXXI
Hej! Muszę tutaj pominąć pieczyste,
Pominąć salmi, purée i consommé,
Którymi strofy stają się mięsiste,
Jak po roast-beefach John Bulle łakomi.
Opuszczam nawet długą ptactwa listę,
Zaproszonego na stół, bo już mdło mi,
Gdyż właśnie jadłem obiad; więc do czasów
Szczęśliwszych opis zostawię bekasów.
LXXII
Owoce, lody: sztuka się mozoli,
By dać naturę smakowi w — usługi.
Smak, gust albo goût — co żołądek woli,
Przed ucztą dobry jest pierwszy i drugi:
Niestety — kiedy cię w kościach zaboli
Trzecim, to z oczu łez się leją strugi.
Czy miałeś gościec? Ja nie miałem jeszcze,
Lecz z wami czuję na myśl o nim dreszcze.
LXXIII
Proste oliwy, win smaczne siostrzyce,
Mamże pominąć w dań długiej litanii?
Muszę — choć moje to ulubienice;
Jadłem je w Lukce, Atenach, Hiszpanii.
Miłe wspomnienia, gdy je myślą chwycę,
Darń stołem, ławą; ja siadałem na niej,
Drugi Diogen770 na Sunium, Himecie,
Pół filozofii mej — to po nim przecie.
LXXIV
Pomiędzy ryby, ptactwo, modne pianki,
Wszystko w przezwiskach, naprzeciw zastawy
Sutej siedzieli goście, co jak w szranki
Wstąpili na harc biesiadnej rozprawy.
Don Juan usiadł naprzeciw „Hiszpanki”,
Nie damy, ale jak rzekłem, potrawy
Niemniej uroczej jednak, bo ubranej
Jak wielka dama i umalowanej.
LXXV
Posadziło go dziwne przeznaczenie
Między Adelą i panną Aurorą
— Niepożądane, myślę, położenie
Dla tego, komu do jedzenia skoro.
Rozmowy także niedawnej wspomnienie
Brzmiało mu jeszcze w uszach straszną zmorą,
A Adelina, mówiąca niewiele,
Wzrokiem go bystrym przeszywała śmiele.
LXVII
Myślę ja czasem, że oczy słuch mają;
To pewna: mocą otwartej źrenicy
Czasem do duszy wieści przypływają
Tajemną jakąś siłą zza granicy
Wzroku — jak pieśni, które wygrywają
Nam niesłyszane — tajemni muzycy.
A czasem zda się tajemne rozmowy
Słyszeć — ludzkimi nie rzeczone słowy.
LXXVII
Aurora siedzi z obojętną miną,
Którą się czuje dotknięty dorodny
Młodzian; z drwin jest to najprzykrzejszą drwiną,
Bo daje poznać, żeś spojrzeń niegodny.
Juana ukłuł, choć nie był dziewczyną
Próżną, ten sposób jej obejścia chłodny.
Zagrzązł jak okręt gdzieś w północnych lodach,
I to po tylu zwycięskich przygodach.
LXXVIII
Na swoje grzeczne nic — nic w odpowiedzi
Dostał lub tyle, ile punkt grzeczności
Żąda; Aurora ledwo słówka cedzi,
Nie uśmiechnie się nawet — to go złości!
Czy w tej dziewczynie diabeł, duma siedzi?
Czy z roztargnienia to, czy z jałowości
Inteligencji?... Więc z oka Adeli
Radość ziszczonej przepowiedni strzeli.
LXXIX
Wzrokiem wskazuje: — Nie mówiłam? A co! —
Triumf, który niech nikogo nie nęci.
Przezeń rozsądek kochankowie tracą
I przyjaciele, gdy do żywa tknięci,
Rzecz podsuniętą z lekka, Bóg wie na co,
Za cel realnej podejmują chęci,
Dążąc przekornie, aby się spełniło
Proroctwo, co się w płochym słówku kryło.
LXXX
Don Juan rzucił jedno i dwa słowa,
Dobrane zgrabnie dość, by z nich ktoś wiedział,
Zwłaszcza kobieca mądra, bystra głowa,
Że chciał w nich więcej coś rzec, niż powiedział.
Aurora, dotąd uparcie bezmowa
(Pisze kronikarz — chociaż tam nie siedział),
O tyle ucho podała łaskawsze,
Żę uśmiechnęła się, choć milcząc zawsze.
LXXXI
Bierna — z kolei jęła zapytywać;
To było dziwne u niej. Adelina,
Pewna już swego, nagle podejrzywać
Zaczęła, że jest kokietką dziewczyna.
Trudno jest — mówią — słuszne zachowywać
Granice, gdy się burza w sercu wszczyna.
Więc w skwapliwości swojej przesadziła...
Aurora z owych bynajmniej nie była.
LXXXII
Juan posiadał sztukę ujmowania
Serc swoim dumnym a razem pogodnym,
Grzecznym obejściem; to kobiety skłania.
Jest jakby ukłon w każdym słówku miodnym,
Takt naturalny przejścia granic wzbrania,
Uczy wściągliwym być, to znów swobodnym.
On tak potrafił urokiem opętać,
Że brakło czasu, by się opamiętać.
LXXXIII
Gdy chwilę przedtem w swej obojętności
Pomieszała go z pospolitą zgrają
Pochlebców, choć mu więcej głębokości
Przyznając niż tym, co w żarciki grają,
Jęła (z małego duże się wymości)
Czuć urok, co mu dumni ulegają;
Pochlebia jej ta jego cześć nabożna:
Przy niej się nawet w zdaniu różnić można.
LXXXIV
Miał wdzięk urody przy tym młodzian gładki
Ten punkt to nem. con. niewiast, skąd się rodzi
Często — rzec smutno — crim. con. u mężatki.
Czego niech tobie jurysta dochodzi.
Nim mię dygresja wwikła w nowe siatki.
Teraz, choć pozór, jak wiesz, często zwodzi
I zwodzić będzie — powierzchowność przecie
Najwięcej zawsze znaczy na tym świecie.
LXXXV
Aurora w piśmie bardziej jest uczona
Niż w twarzach; młoda, lecz w mądrości kasku
Chodząca, bowiem w Palladę wpatrzona
Pilniej niż w Gracje, zwłaszcza na obrazku
Lecz sama Cnota, dawniej otulona
Szczelnie, w luźniejszym dzisiaj chodzi pasku.
Sokrates, choć był powinności wzorem.
Ładnych kobietek był admiratorem.
LXXXVI
Panny też w guide są sokratesowskim.
Lecz jak on mają cnót poczucie ływe.
Iście, Jeśli ten wzniosły Grek w dziadowskim
Siódmym krzyżyku miał takie wstydliwe
Fantazje, jak te, co w Platonie boskim
Czytamy, przecz by nie były godziwe
Ich dziewiczości? Owszem, byle stan on
Nie cierpiał, bo wiedz, to jest sine qua non771.
LXXXVII
Uwalaj takie: wzorem lorda Coke’a,
Gdy dwie opinie wyjdą mi spod pióra,
W których ktoś zaraz niezgodności szuka.
To sądzę: trafna jest opinia wtóra.
Może też trzecią wyciągnę z sunduka772
Albo i żadną — smutna pozytura.
Lecz gdyby pisarz wciąż widział jednako,
Czyżby treść świata skreślił wielorako?
LXXXVIII
Ludzie są z sobą sprzeczni; w tejże porze
Jam z nimi sprzeczny. Więc wszystkiemu przeczę,
Nawet samemu sobie... Mój ty Boże,
Sam z sobą sprzeczny? Nie. Pomyśl, człowiecze:
O wszystkim wątpiąc, przeczyć się nie może.
Prawdy zdrój czysty, mętny, gdy w dół ściecze,
Pocięty kanałami kontradykcji,
Więc musi często żeglować po fikcji.
LXXXIX
W poezji, gadce, baśni, przypowieści
Jest fałsz, lecz jednak prawdę w nich obaczy,
Kto w perspektywie dobrej je umieści.
Wieląż morałów bajka cię uraczy!
Mówią, że łatwiej rzeczywistość znieść w niej.
Lecz rzeczywistość co? Któż wytłumaczy?
Filozofia? Nie. Zmienia się jak chmura.
Może religia? Tak jest. Ale która?...
XC
Miliony muszą być widocznie w błędzie;
Może wnet wszyscy słuszność będą mieli.
Boże broń!... Jeśli dziś w życiowym pędzie
Musim mieć skrzydła dzielne jak anieli,
Niech nowy prorok na tronie zasiędzie
Lub stary oczu nam nowych udzieli.
W ciągu tysiąca lat starzeją zdania,
Więc potrzebują ciągle odświeżania.
XCI
I znowu wpadam — myśli się rozprzęgły —
W nadprzyrodzoność. Nikogo nie złości
Jak mnie ten obraz ziemi niewylęgłej;
Lecz czy mnie gna szał, czy los bez litości,
Głową uderzam zawsze w jakieś węgły
Teraźniejszości, przeszłości, przyszłości.
Chrześcijan stawiam równo z poganinem,
Bo jestem miernym prezbiterianinem.
XCII
Lecz choć nietęgim zwę się teologiem
I nie najtwardszym też z metafizyków,
Równie dla chrześćjan jak pogan niesrogim,
Biernym jak Eldon w sesji lunatyków,
Dowiodę, że nasz John Bull jest dwurogim
Bydlęciem i najgorszym z polityków.
Patrząc burzy się we mnie krew jak w Hekli773,
Że lud pozwala, by go żywcem piekli.
XCIII
Sprawy religii, rządu, polityki —
W mym poemacie wszystko jest widzialne:
Nie tylko lśni on, jak barwne płomyki,
Ale i wnioski nasuwa moralne,
Raz w raz nadziewa ludzi jak indyki
Mądrością. Jest to zajęcie banalne,
Bo żeby wszystkie zadowolić smaki,
Potrzeba by mieć węch nie lada jaki.
XCIV
Teraz porzucam wszystkie argumenta
I ku swej mecie zmierzam prostym torem.
Strzała na łuku natchnienia napięta.
Od dziś zaczynam być reformatorem.
Nie wiem, dlaczego skarżą mnie ludzięta,
Że można Muzy mojej rozhoworem774
Zepsuć się? Można ku niej dojść bez lęku
Jak ku tej, w której nie ma wcale wdzięku. —
XCV
Miły słuchaczu! Czy widziałeś ducha?
Nie. Lecz słyszałeś o nim; więc chodź ze mną.
Nie straci swego czasu, kto posłucha,
A zyska jedną chwilę, ach! przyjemną.
Nie szydzę, bojąc się obrazić ucha
Mary, która jest istotą tajemną,
Pełną wzniosłości, cieniem, nie materią;
W co i ja wierzyć zaczynam na serio.
XCVI
Na serio? To cię śmieszy? Dobrze. Mnie nie.
Ja, gdy się śmieję, szczerze śmiać się muszę.
Pomnę ja także jedną noc i cienie,
I miejsce — lecz gdzie — lepiej nie poruszę,
Bo chciałbym, żeby poszło w zapomnienie,
Jak „mary straszą Ryszardową duszę”.
Równych doznałem ja smutków z tej sfery
Duchowej, jak ów filozof z Malmsbury775.
XCVII
Noc (śpiewam zawsze po nocach jak sowy
Albo słowiki) czarna jak całuny;
Czasem tylko ptak wrzaśnie palladowy776
Posępną, groźną nutą jak do truny.
Portrety ze ścian rzucają surowy
Wzrok, aż przestrachem drżą serdeczne struny;
Świeca konając w lichtarzu się mruży...
Siedziałem dzisiaj nad swój zwyczaj dłużej.
XCVIII
Przeto choć zawsze do pisania siadam
W nocy, nie wtedy, gdy mam do czynienia
Rzeczy ważniejsze, o których nie gadam —
Lodowe jakieś uczuwając drżenia,
Roztropnie resztę do jutra odkładam,
W której przyrzekam dać wam postać cienia;
A niech się każdy namyśli opatrznie,
Nim zwać to bajką lub złudzeniem zacznie.
XCIX
Życie się waha między dwoma światy: —
Gwiazda wieczorna, co się na dnia słoni
Rąbek. Jak mało wiemy, czym przed laty
Byliśmy, czym dziś! W wieczystej pogoni
Wóz czasu bieży, grążąc w otchłań kwiaty
I łzy... wnet drugie się wynurzą z toni,
Osnute pianą wieków. Przez kurhany
Państw raz się tylko przetoczą bałwany...
Pieśń szesnasta
I
Troje rzeczy Pers umiał starodawny:.
Nie kłamać, łuk napinać, komia zażyć;
Tym trybem Cyrus się chował, król sławny.
U nas młodzieniec wszystkie te skojarzyć
Potrafi cnoty: w „naciąganiu” wprawny;
Konie zajeżdża; a chociaż się zdarzyć
Może, iż skłamie czasami niepięknie,
Za to łuk życia pręży tak, aż pęknie.
II
Przyczyna tego błędu czy zjawiska
(Zjawisko czy błąd musi mieć przyczynę)
Za brzydka, by się jej przyglądać z bliska;
Lecz oceniając z zalet Muz drużynę,
I z bezstronnego sądząc stanowiska,
Choć wszystkie mają nienajszczerszą minę,
Moja poczciwej dotychczas używa
Sławy — bo w fikcji najmniej jest kłamliwa.
III
A że we wszystko wgląda, ni się liczy
Z konwenansami, do tych strof przeznaczy
Z wielkiego świata sfery tajemniczej
Dziwy, jakich nikt indziej nie obaczy.
Do miodu trochę domieszam goryczy,
Ale tak skąpo, iż się zdziwisz raczej
Względności — zwłaszcza że me pióro wieszcze
Prawi de cunctis777 i niektórych jeszcze.
IV
Z wszystkich bajd, które doszły mego słuchu,
Ta powieść prawdy ma najwięcej na dnie.
Będzie to krótka historia o duchu,
Którą tu podam treściwie i składnie.
Czyś szukał granic ruchu i nieruchu
W miejscu, gdzie wszystkim nam mieszkać przypadnie?
— Muszę sceptyków schłostać, co gotowi
Nie ufać jeszcze dzisiaj — Kolumbowi.
V
Niektórzy wierzą najświęciej w zawartość
Kronik Turpina albo Geoffry’ja778
Pisarzy, których ku prawdzie zażartość
W obronie cudów świetnie się przebija.
Ojciec Augustyn ma już większą wartość,
Bo każe właśnie wierzyć przeto, „quia
Absurdum est779”. Ot, co! Człowiek waży, mierzy,
Docieka, węszy, aż „w głupstwo” uwierzy.
VI
Więc nie myszkuj! Wierz! Człowiecze śmiertelny,
Wierzyć winieneś w rzecz niewynikową,
A w niemożebną musisz; jest to dzielny
Środek kojący: wierzenie na słowo..
Nie profanuję tu wiary w kościelny
Dogmat misteryj. Kórz się, harda głowo,
Jakby przed Biblią. Im głębiej się bada,
Coraz się głębiej dno prawdy zapada.
VII
Ludzkość wierzyła od początku świata.
— Mówi historyk Johnson, stary wyga —
Że na ten padół spoza grobu zlata
Czasem duch jakiś, upiór albo strzyga,
Z czym dziwne jeszcze zjawisko się splata:
Że chociaż umysł rozsądny się wzdryga
Przeciw tej wierze, jest jakaś mocniejsza
Władza, że wiara owa się nie zmniejsza.
VIII
Był koniec balu; skończone przyjęcie.
Omówiono już kolację, kobiety,
Ten i ów z gości śpieszył w snu objęcie,
Umilkły tańce, gra i kanconety;
Jak lekkich chmureik mgła na firmamencie,
Znikły ostatnie strojne toalety.
W salonie było mroczno, gasły świece,
Księżyc zaglądał w głąb przez okiennice.
IX
Piękny dzień, słońcem wywaporowany,
Jest jakby resztka szampańskiego wina
W ostatniej szklance, bez dziewiczej piany;
Jak system, co się w chwiejności poczyna,
Albo sodowa woda z odetkanej
Butelki, kiedy gazu odrobina
Ostatnia wzięci; albo fala cicha,
Gdy już jej burza w głąb nurtów nie spycha.
X
Jak opium, które niby duszę głaszcze,
Lecz do cichego snu jej nie układnie,
Jak... ach! Me pióro jest niewynalazcze;
Jest to, z czym nic się porównać dokładnie
Nie da, podobnie jak tyryjskie płaszcze,
Ufarbowane czym... nikt dziś nie zgadnie,
Czy koszenili sokiem, czy ślimaka.
— Wszystkich królów płaszcz spotka dola taka.
XI
Obok strojenia się jest rozbieranie
Największą w świecie męką; wtedy na nas
Szlafrok koszulą Nessusa780 się stanie,
A myśli żółkną — lecz nie jak ananas.
Tytus powtarzał: „Dzień straciłem.” A nie-
Małom ciekawy, ja, com pił jak z dzbana z
Pucharu, co mi dniem i nocą tryskał.
Ileś dni ty sam w ciągu życia zyskał?
XII
Odszedł don Juan, gdy nadeszła pora
Spoczynku, smutny, rozstrojony, blady;
Czuł, że wrażenie nań robi Aurora,
Większe nad zamiar Adeli — ot! rady...
Gdyby się przejrzał do gruntu, jak wczora,
W filozoficzne puściłby się swady
Sam z sobą; sposób, który z każdą chwilką
Niesie pociechę; a tak — westchnął tylko.
XIII
Westchnął. Lekiem jest westchnąć do księżyca,
Do owej westchnień wszech depozytury.
Wychylił właśnie krąg czystego lica
(Czystego, kiedy go nie kryją chmury).
W Juanie tedy uczuć nawałnica
Wzdęła się i chciał krzyknąć: „O ty, który!”
— Zakochanego tuizm781 samolubstwa...
(Kiedy zrozumiesz, nie znajdziesz w tym głupstwa.)
XIV
Na blask miesiąca astronom, poeta,
Pasterz, parobek są jednako czuli;
Wzwyża im ducha; zeń idzie podnieta
Do świetnych idej (gdy stoisz w koszuli,
To katar). Żale i tajne sekreta
Zwierza się zawsze tej wędrownej kuli;
Ona podnosi — jak to pieśniarz rzecze —
Wody mórz, serca i mózgi człowiecze.
XV
Juan miał głowę jakimś smętkiem chorą,
Co wzywa nie do snu, lecz do dumania.
Z gotyckiej sali widok na jezioro,
Skąd spadających wód słychać szemrania.
Zaczarowany tajemniczą porą
Ogród, pod oknem tuż wierzba się słania...
Juan stał, patrząc na srebrne kaskady:
Przewijał się w nich to błysk, to cień blady.
XVI
Na toalecie czy stole (nie warto
W opisach ściśle trzymać się porządku,
Lecz ja się trzymam, teorią upartą
Zaznaczam każdy szczegół w faktów wątku)
Płonęła lampa. On z głową opartą
O niszę, która w rzeźb gotyckich szczątku,
W szkłach malowanych i strukturze śmiałej
Okazywała wiek bardzo zgrzybiały,
XVII
Stał: było mroźno, lecz niebo gwiaździste;
Więc Juan lekko uchylił podwoi
I wszedł w galerie długie i cieniste,
Kędy z portretów bohaterzy w zbroi
Zdali się patrzeć i matrony czyste
(Bo czystość zawsze wielkie damy stroi);
Ale w jasności mdłe każde oblicze
Zdało się chmurne, smętne, tajemnicze.
XVIII
Na twarzach lordów i świętych promienie
Księżyca grały; a gdy widz strwożony,
Patrząc spod oka, wsłuchał się w rozbrzmienie
Swych własnych kroków, jakby głos stłumiony
Szedł aż spod ziemi z trumien; groźne cienie
Z ram, ujmujących męże i matrony,
Zdały się schodzić jak dla zapytania,
Kto śmie nawiedzać dom wiecznego spania.
XIX
Spłowiały uśmiech i wdzięki minione
Zmarłych piękności — bo wszystko czas niszczy
Majaczą w świetle gwiazd; oczy spuszczone
Kryją się w kanwie; ich źrenica błyszczy
Może, lecz ćmi ją płótno zapylone,
Jedna śmierć gzi się i mruga z tych zgliszczy.
Portret to przeszłość. Nim oprawisz w ramy,
Ten, co pozował, już nie jest ten samy.
XX
Gdy tak wpatrzenie się w marność kojarzy
Don Juan z myślą o kochankach — w ciszy,
Której oddechem skłócić się nie waży,
I tylko odgłos lekkich stąpań słyszy,
Nagle swym uchem czuje lub też marzy,
Że czuje jakiś szmer — jak szelest myszy,
Co straszy ludzi, kiedy ząbkiem skrycie
Zgrzyta o ścianę, wlazłszy za obicie.
XXI
Lecz to nie była mysz. Ha! Mnich w kapturze,
Z różańcem, w habit otulony cały,
Stąpa raz w cieniu, raz w światła lazurze,
Krok jego cichy, miarowy a śmiały,
Suknia mu długa szemrze po marmurze,
Sumie się z wolna jak cień „Damy białej”,
A gdy się zbliży doń mierzonym krokiem,
Nie stanie, ale dużym łyśnie okiem.
XXII
Don Juan struchlał. Słyszał w okolicy,
Jak o zamkowym mnichu chodził głuchy
Szept; lecz nie widział w tym żadnej różnicy
Od baśni, które baby i pastuchy
Prawią; moneta z przesądu mennicy,
Co niby złoto w obieg puszcza duchy
Rzadkie jak pieniądz śród banknotów złoty.
Kto je zna? Jakie owych mar przymioty?
XXIII
Trzy razy przeszedł ten gość zagrobowy
I wrócił; on czuł, że mu serce bije,
Krzepnie; zesztywniał i jak marmurowy
Posąg skamieniał, i nie czuł, że żyje.
Kędziory kręte powstały mu z głowy
I pozwijały się grozą jak żmije.
Chce o nazwisko spytać cnego ducha,
Chce mówić — ale język go nie słucha.
XXIV
Wstrzymał się dłużej, za trzecim zawrotem
Poszedł i zniknął — ale gdzie?... Korytarz
Był długi; któż wie, czy biegiem, czy lotem
Uszedł w głąb świata drugiego dygnitarz.
Drzwi było wiele; a przez drzwi — wiesz o tem —
Ciało przejść może, jak w fizyce czytasz;
Lecz Juan nawet sprawdzić się nie stara,
Którymi wyszedł ten człek czy ta mara.
XXV
Stał więc. Minuta godziną mu była;
Czekał i ciągle w ten kąt się wpatrywał,
Gdzie się najpierwej mara pojawiła.
Powoli władze energii zwoływał,
Gotów był wierzyć już, że się mu śniła.
A potem zaczął myśleć, podejrzywał...
Wreszcie z zadumy ciężkiej się ocucił
I półbezsilny do pokoju wrócił.
XXVI
Wszystko, jak było: lampka jeszcze świta
Światłem — nie modrym, tak jak lampki skromne,
Których knot swędem sympatycznym wita
Duchy; przeciera oczy, lecz — przytomne.
Na stole leży dziennik: bierze, czyta,
Oczyma szpalty przebiega ogromne.
Był tam artykuł, który karcił króla;
Niżej: „Wypróbowana maść na móla”.
XXVII
Z tego wionął świat. Lecz mu ręka drżała,
Drzwi zatem zamknął, a dziennik otworzył.
Przebiegł pochwałę Tooka — admirała,
Zdjął suknie, w łóżku do snu się ułożył.
Choć wtłoczył się w kąt, czuł, jak mózg mu pała
Przypomnieniami strachu. Aż go zmorzył
Mrok nocy; z wolna ostatek w nim gasnął
Pamięci jakby po opium — i zasnął.
XXVIII
Zbudził się wcześnie i nie trzeba gadać,
Że zaraz nocne przypomniał widzenie.
Wahał się, czy ma zeń się wyspowiadać.
To mogło wydać go na wyszydzenie.
Nie umiał woli swej kierunku nadać.
Tymczasem chłopiec, co miał polecenie
O jednym czasie do drzwi pukać z rana,
Jak zwykle przyszedł dziś ubierać pana.
XXIX
Ubrał się. Zwykle — jak młody — zasiada
Długo przed lustrem; dzisiaj ani mruknie
Na sługę, wdzięku całości nie bada
W zwierciadle, ledwo tylko się osmuknie;
Włos mu niedbale aż na czoło spada,
Niegładko, krzywo leżą na nim suknie,
A nawet węzeł gordyjski krawata
O cały palec nierówno się splata.
XXX
Kiedy się na dół do jadalni zwrócił,
Siadł zadumany nad czarką herbaty
1byłby na nią uwagi nie zwrócił,
Gdyby gorące w nos go aromaty
Nie uderzyły — więc tym się ocucił.
Był roztargniony widocznie — więc na tej
Podstawie Bóg wie, jakie kto zaczyna
Budować wnioski; pierwsza Adelina
XXXI
Spojrzała; widząc, że zbladł, sama zbladła
Zakłopotana i oczy spuściła.
Może wiedziała o czym, może zgadła?...
Lord Henryk skarżył się, że bułka była
Bez masła. Księżna Fitz-Fulke tuż usiadła
I nic nie mówiąc, bystro nań patrzyła.
Aurora Raby dużym, czarnym okiem
Poglądała nań w zdumieniu głębokiem.
XXXII
Na jego twarzy pobladłe kolory
Drażnią niezwykle ciekawość kobiecą.
Więc Adelina spyta: „Czy pan chory?”
Wzdrygnął się i rzekł: „Tak, nie, może, nieco”.
Domowy lekarz — doktor nad doktory —
Zaraz przyskoczył, a oczy mu świecą,
I już do pulsu i rady gotowy,
Ale Juan rzekł, że jest całkiem zdrowy.
XXXIII
Całkiem zdrów, tak — nie. Dwa wprost sprzeczne słowa,
Ale niepewny wzrok tłumaczy oba.
Może to była jedynie chwilowa
Rozdrażnionego umysłu choroba,
Przelotnie zaatakowana głowa?...
Lecz kiedy mu się przyznać nie podoba,
Aby istotnie był na głowę chory,
Znać, że potrzebne tutaj nie doktory.
XXXIV
Milord, gdy dowiódł już, że czekolada
Niesmaczna, gdy się o placku wygadał,
Spostrzegł, jak gościa jego twarz jest blada,
Czemu się zdziwił, bowiem deszcz nie padał.
Pytał, czy książę zdrów, więc odpowiada
Księżna, że książę od dawna zapadał
Na gościec w nogach (arystokratyczną
Słabość, co była w tym rodzie dziedziczną).
XXXV
Milord, zwróciwszy lice do Juana,
Bolał nad inagłym wypadkiem niemocy.
„Tak dzisiaj blado wygląda twarz pana,
Jakby cię «Czarny mnich» odwiedził w nocy”.
„Jaki mnich?” — spytał Juan, lecz udana
Spokojność, choć ją w sobie z całej mocy
Utrzymać pragnie, tutaj nic nie nada
I jeszcze bardziej zblednie mu twarz blada.
XXXVI
„Co? Nie słyszałeś nic o «Czarnym mnichu»?
Duchu tych murów?” — „Nigdy nie słyszałem”.
— „Fama, choć to łgarz, głośno i po cichu
Roznosi o nim wieść po hrabstwie całem;
Lecz czy dziś braknie serca temu lichu,
Czyli przodkowie bardziej doskonałem
Patrzyli okiem — choć kto wierzy może —
Dość, że się dawno nie zjawił w klasztorze.
XXXVII
Ostatni...” — „Proszę — rzekła Adelina
Która, badając Juanowe lice,
Domyślała się, że głębsza przyczyna
Wiąże humoru jego tajemnicę
Z ową legendą — jeśli pan zaczyna
Żarty, w żartach tych utrzymać granice.
O tym zjawisku dawno już wieść chodzi,
Lecz to istnienia jego nie dowodzi”.
XXXVIII
— „Żarty? — rzekł milord — wszakżeśmy na żywe
Oczy w miesiącu miodowym — Adelo...”
„Tak, co tam. To są dzieje bardzo tkliwe...
Czy zacni goście głosu mi udzielą?” —
Niby Dyjana, gdy ściąga cięciwę,
Harfę przyniósłszy, zagrała. Kapelą
Brzęknęły struny. Pełnym dźwiękiem tonu
Grała o „Mnichu czarnego zakonu”.
XXXIX
„A dodaj wiersze, któreś ułożyła!
Bo jest poetka — wiecie — z mojej żony”.
I wdzięczna mina twarz mu okrasiła.
Więc grzecznie prosił ten i ów, zdziwiony,
Że tyle zalet razem w sobie kryła:
Dar poetycki, piękny głos, złączony
Z kunsztem, trzy kwiaty na jednej gałązce —
Rzecz nadzwyczajna w jednej wiejskiej gąsce.
XL
Potem po lubym krótkim ociąganiu
(Czar czarodziejek, co chociaż urokiem
Kaleczą, jeszcze jego bełt w udaniu
Ostrzą) — ze skromnie pochylonym okiem
Dotknęła harfy strun i w ożywianiu
Stopniowym obu dźwiękom jednym tokiem
Dała popłynąć. Śpiewała z prostotą,
Co, że jest rzadkie, ceni się jak złoto:
1
Strzeż się, o, strzeż się „Czarnego mnicha”,
Co przy normandzkiej siadł skale,
Mruczy pacierze albo mszę z cicha
Na starym odmawia mszale.
Gdy dziedzic na Hillu, pan Amundevillu,
Normandzkiego wziął włości kościoła,
Wszystkich mnichów wypędza, jednego tylko księdza
Żadną mocą wypędzić nie zdoła.
2
Bo choć przyszedł z orszakiem i pod królewskim znakiem
Do dóbr świętych uprawnion zaboru,
Grożąc mieczem, pochodnią, gotów skalać się zbrodnią,
Gdyby doznał twardego oporu,
Wysiekł mnichów i chłostał, przecież jeden pozostał,
Tylko zdał się nie z ciała i kości,
Bo choć bywa w kościele, zwiedza ganki i cele,
Nigdy we dnie, a zawsze w ciemności.
3
A czy szkodzić przychodzi, czy dopomóc chce komu,
To odgadnąć nie w mojej jest mocy,
Dość, że od tej minuty Amundevillów domu
Nie opuszcza ni we dnie, ni w nocy,
I w małżeńskiej komnacie, w ślubny dzień w czarnej szacie
Ponad łożem pochyla się w mroku,
A nawet go widzieli przy śmiertelnej pościeli
Lordów, jak stał — lecz nie ze łzą w oku.
4
Gdy lord nowy się rodzi, wtedy z żalem przychodzi,
A gdy domu nieszczęście jest blisko,
W księżycowych promieni blasku z sieni do sieni
Sunie z wolna ponure zjawisko.
Kształty jego rozpoznasz, lecz nie dojrzysz mu twarzy,
Bo jest cała ukryta w kapturze;
Tylko oko błyszczące spod kaptura się żarzy,
Jak u duchów jest czarne i duże.
5
Strzeż się, o, strzeż się „Czarnego mnicha”,
On gospodarzem jest dworu,
W tych murach mieszka, na zemstę czyha,
Pozostał panem klasztoru.
Amundevill jest panem we dnie,
„Mnich Czarny” jest panem w nocy,
A nikt z wasali jego praw nie zwali,
On ludzkiej urąga mocy.
6
Milczący go przepuść, gdy ujrzysz go mrokiem,
A przejść ci pozwoli bez szwanku.
Odejdzie mierzonym i cichym swym krokiem
Jak rosa po trawie o ranku.
Westchnienie mnichowi poświęćmy w ofierze,
Niech Bóg go wybawi z katuszy,
Jakie bądź są jego codzienne pacierze,
O spokój dla biednej proś duszy.
XLI
Głos jej przycichnął, a niknące tony
Marły na strunach pod dotknięciem dłoni,
Nastała owa pauza, gdy zgłuszony
Śpiew ostatkami dźwięków w uchu dzwoni,
A potem szepty, brawa ze wszej strony.
Każdy z pochwalnym szeptem jej się skłoni,
Wielbiąc głos, wiersze i myśl, i ujęcie.
Zakłopotana stała w tym odmęcie
XLII
Pochwał. — Dzierżyła harfę piękna pani
Z taką prostotą i tak od niechcenia,
Jak gdyby była gra rozrywką dla niej
Śród wiejskiej ciszy i osamotnienia.
Gra, bo chcą tego jej goście kochani —
W istocie chętnie; więc czasem odmienia
Nieśmiałość skromną na uśmiech mistrzyni,
Jakby wskazując, że co chce, to czyni.
XLIII
Lecz to... (Powiedzmy o tym bardzo cicho.
Wybaczcie cytat) By to „Stąpanie
Po platonowej pysze — z większą pychą”,
Jak uciął Plato, gdy mu po dywanie
Deptał Diogenes. Ten rozumiał licho,
Że dla kobierca wścieklizny dostanie
Schludny gospodarz. Lecz attycka pszczoła
Własnym dowcipem pocieszyć się zdoła.
XIV
Ona swojej grze znaczenia odmawia,
Mówiąc, że sobie trudu nie zadaje;
Co dyletanci mówią z miną pawia,
Ta półprofesja profesją się staje,
Gdy się ją często na pokaz wystawia,
Wie o tym, kto zna angielskie zwyczaje
I słyszał kiedy, jak młode dzierlatki
Popisują się dla gości lub matki.
XLV
Och! Te wieczory, duety i trio.
Te spekulacje śród pływania w raju
Dźwięków. Te „Mamma mia”, „Amor mio”,
„Tanti palpiti”, które są w zwyczaju;
Rozpaczne Lasciami!”, miękkie „Addio!” —
W naszym nadzwyczaj muzykalnym kraju.
Wreszcie, gdy głosy przycichną Italii,
Te smętne „Tu mi chamas” Portugalii.
XLVI
Arie Babelu i ballady szarej
Szkocji, i pieśni Irlandii zielonej,
Które góralskie serca przez obszary
Mórz z włoskiej ziemi het, w ojczyste strony
Niosą — muzyki gorączkowe mary;
Ojczyzna wlana w swojskich pieśni tony,
Która mnie w snach się tylko przypomina...
Wszystko umiała wygrać Adelina.
XLVII
Wpadła w niektóre sawantek wybryki:
Tworzyła rymy i nawet pisała
Do przyjaciółek sonety, wierszyki
(Obligująca bardzo rzecz, choć mała).
Lecz od najbardziej lazurowej kliki —
Kolor ten w modzie dziś — z daleka stała.
Ma jedną słabość: w Pope’em782 geniusz widzi;
Co gorsza — głośno wyznać się nie wstydzi.
XLVIII
Aurora — gdy już gustu dotykamy,
Gust termometrem jest, bo jak kropelką
Rtęci mierzy się nim charakter damy —
Aurora była Szekspira czcicielką.
Jej byt wystawał za naszego ramy
Świata i była niby jedną wielką
Przestrzenią, uczuć świat ogarniającą,
Wolną jak bezmiar — i jak on milczącą.
XLIX
Nie tak jej słodko-zdradliwa książęca
Wysokość Fitz-Fulke, Hebe783, której dusza,
Jeżeli ją ma, w oczach siedzi, znęca
Zalotnie i do uklęknienia zmusza.
Czasem pojawi się w nich niejagnięca
Złość; prawie grzeczna — to nas nie porusza.
W każdej kobiecie defekt odkrywamy
Umyślnie, bojąc się nieba bez plamy.
L
Nie wiem, czy była poetką. Wiem, że ja
Sam raz widziałem u niej: Kąpielowy
Przewodnik784 oraz Triumfy Hayleya,
Gdzie wieszcz jak prorok jej dzieje z swej głowy
Wysnuł; była to cała epopeja
Od dnia, gdy wpadła w małżeńskie okowy.
Z poezyj, które chwaliła w potrzebie,
Były: Bouts rimés785 i Stance do siebie. —
LI
Nie wiem, jaki był zamiar Adeliny,
Na taki temat zaśpiewać pieśń ową,
Skoro w nim mogła dopatrzyć przyczyny,
Co nastrajała Juana nerwowo.
Może tę słabość wyśmiać — był jedyny
Jej cel, a może — nie chcę ręczyć głową —
W tej zabobonnej umocnić go wierze.
Dlaczego? Trudno coś orzec w tej mierze.
LII
Lecz owej pieśni skutek bezpośredni
Był, że się zdołał całkiem uspokoić.
Rzecz, którą musi zachować człek przedni,
Chcąc się do tonu spólnego dostroić,
W czym nikt ostrożny nie był nadto. Jedni
Płaszcz sobie muszą sceptyka przykroić,
Drudzy w sukience zakonniczej chodzić,
Jeżeli pragną kobietom dogodzić.
LIII
Więc Juan, krzepiąc ducha, jął przycinki
Odpierać śmielej, wymijać pytania
I równie na ten temat stroić drwinki.
Księżna tu talent złośliwy odsłania;
Składając usta do szyderczej minki,
Detalicznego żąda sprawozdania
I pyta, w jakim mnich się zjawia tonie
Przy urodzeniu lorda, a przy skonie.
LIV
Lecz nikt rzec o tym nie umiał dokładniej.
Jedni to zwali — jak było — ludowem
Przesądem, inni uznali je snadniej
Prawdą, niechętni przedmiotowi. Słowem
Temat o duchu starczyłby na dwa dni.
Don Juan, ogniem ogarnion krzyżowem
Pytań o widmo, z którym miał widoczne
Stosunki, umiał ujść przez ścieżki boczne.
LV
A potem, kiedy minęło południe,
Kompania cała do swych zajęć wstaje
I w dalszym ciągu czas przepędza nudnie:
Tym się za późno, tym za wcześnie zdaje.
Charcik milorda, tresowany cudnie,
Biega o zakład i językiem ziaje,
A koń rasowy, na przyszłe wyścigi
Wytrenowany, wyprawia podrygi.
LVI
Handlarz obrazów przyniósł „oryginał”
Tycjana — nie na sprzedaż oczywista;
Że nie na sprzedaż, ceny nie wspominał.
Lord X. dawał mu funtów już czterysta;
Sam król łaskawie targ z kupcem zaczynał,
Jeno się skarżył, że cywilna lista,
Którą go naród natrętnie obarcza,
W czasie podatków szczupłych — nie wystarcza.
LVII
Ale do niego jako konesera,
Patrona jeśli nie sztuk, to malarzy,
Z czystych pobudek — bo się nie zapiera,
Że chciałby obraz oddać nie w sprzedaży,
Lecz w podarunku (Konieczność przypiera!)
I że mecenat jego wielce waży,
Przynosi skarb swój; nawet nie przynosi
Na sprzedaż, tylko o ocenę prosi.
LVIII
Był tam nowy Got, jeden z cegłolepów
Gotyckich, u nas architektem zwany;
Dowodził, że mur (twardszy od czerepów
Angielskich) — musi być zarysowany;
Więc wybadawszy dom od dolnych sklepów,
Zrobił kosztorys i plan: zburzy ściany
Gmachu i nowy gmach postowi na niem
W stylu — a to zwał restaurowaniem.
LIX
Koszta nieznaczne, bo wyniosą parę
Tysięcy — piosnka z refrenem, co wraca
Ten sam po każdej strofie, a to w miarę
Roboty; zresztą opłaci się praca,
Bo w pałac zmieni się domostwo stare,
A gust milorda zabłyśnie jak raca,
Przez przyszłe wieki słonecznie promieniąc:
„W gotyckiej pysze za angielski pieniądz”.
LX
Prawnik przeglądał księgi hipoteczne;
Milord chciał właśnie zwiększyć swe dziedziny
Zakupnem; wiódł też procesy odwieczne
O miedzę, z księżmi zaś o dziesięciny,
Te żagwie sprzeczek i religii sieczne
Rózgi, kłócące z szlacheckimi syny
Kościół — stał tuczny wół, wieprz i parobek,
Milorda ekonomiczny dorobek,
LXI
W podwórzu. Tamże kradnący zwierzynę
Kłusownik, prawie do więzienia zdatny.
Przyprowadzono też wiejską dziewczynę
W czepcu na głowie i chuście szkarłatnej
(Nie lubię patrzeć na to — mam przyczynę:
Za młodu byłem sam z tych względów stratny).
Gdy odsłoniono chustę — cud natury!
Zjawił się problem podwójnej figury.
LXII
Istną zagadką jest w butelce jaje:
Nikt nie wie, jak tam wpadło, jak wypadnie.
Więc to zjawisko natury oddaję
Tym, co zagadki rozwiązują snadnie.
A (nie dla władzy kościelnej) dodaję,
Milord był sędzią, zaś konstabl, co władnie
Nad moralnością, schwytał na praktyce
Tę przyrodzonych lasów kłusownicę.
LXIII
Zasię sędziowie pokoju zasadne
Do wszech przekroczeń miary przykładają,
Surowo karcąc porywy szkaradne
Tych, którzy na nie konsensu nie mają.
A oprócz dzierżaw i dziesięcin żadne
Swobody z równym wydrzeć się nie dają
Trudem; ochrona dziewcząt i bażantów
Jest najtrudniejsza dla wszystkich sierżantów.
LXIV
Nieszczęsna była jak obrazek blada
— Jej zwykły kolor był kolor jabłuszka
(Co naturalnej u dam odpowiada
Bladości — zwłaszcza kiedy wstają z łóżka).
Może ze wstydu, że co „nie wypada”
Zrobiła. Wiejska uboga dziewuszka
Bladością zdradza swoje zasromanie;
Rumieniec dla się rezerwują panie.
LXV
Spuszczone, czarne a chytre oczęta
Dały ogromnej łzie w swój kątek zlać się,
Którą piąstkami ocierała, zdjęta
Żalem; nie jak te, co weń przystrajać się
Lubią, na pokaz mając sentymenta,
Nie dość bezczelna, by z szyderstwa śmiać się.
Stoi tak, a łzy u powiek jej wiszą,
Czekając, rychło z niej protokół spiszą.
LXVI
Wszystkie te grupy stały jak najdalej
Od buduarów damskich. Więc prawnicy
Dwaj w gabinecie; na podwórzu stali:
Włodarz, tuczone bydło, kłusownicy.
Architekt, handlarz — ci operowali
(Jak wódz, piszący na swojej stanicy
Depesze) obadwaj z oddzielnych stacji,
Dumni ze świetnych swych elukubracji786.
LXVII
W ogromnej sieni stoi zapłakane
Dziewczę; gdy konstabl, stróż niesfornych chuci
(Który potępiał piwo, lurą zwane).
Kufelkiem elu zwiędłe gardło cuci.
Stojąc tak, czeka dziewczę zasromane.
Aż Sprawiedliwość na nią okiem rzuci
I spyta, czego nie wytrząśnie z palca
Niejedna panna: Kto jest ojcem malca?
LXVIII
Tak lord był w ciągle pracy, w ciągłym gwarze,
Nie tylko końmi i psami zajęty.
Tymczasem w kuchni zaczęli kucharze
Inne wyścigi i inne tętenty,
Bo jak pozycja i obyczaj kale.
Ten, co jest wielkiej posiadaczem renty,
Ma dzień przyjęcia. kiedy się panowie
Schodzą. — „Otwartym” jeszcze się nie zowie
LXIX
Taki dom; tam raz w tydzień „nie proszeni”
(Bo tak ogólne nazwę zaproszenie)
Wchodzą szlachcice wiejscy, dżentelmeni
Bez meldowania i każdy siedzenie
Zajmuje; wino w twarzach się płomieni,
Rozmowa idzie gładko i uczenie,
A jeden temat służy zamiast sfory
Stronnictwom: przeszłe i przyszłe wybory.
LXX
Lord Henryk był też patronem wyborów,
Rządził w swym państwie jak szczur albo królik,
Chociaż do częstych z nim przychodził sporów
Sąsiad, uczony Szkot, książę Mól-Mólik.
A także liczył się do matadorów
Mniejszy niż ojciec — jego syn Nul-Nulik,
Który popierał w swojej sferze ciasnej
Zawsze interes cudzy — czytaj: własny.
LXXI
Grzeczny, oględny w powiecie i w domu,
Ludzi słodyczą lub łaską zjednywał;
Umiał swe względy okazać — jak komu,
A co najłatwiej, wszystkim obiecywał,
Co do takiego wyrosło ogromu,
Że obiecanek już skarb nie pokrywał.
Lecz raz dotrzymał, raz nie; przeto jego
Słowo ważyło nie mniej niż innego.
LXXII
Druh liberalnych, przyjaciel wolności,
A niemniej przeto przyjaciel korony
(W kolizję nigdy nie wwiódł swej godności
Z patriotyzmem), tylko zniewolony
Jej łaską służył... „Nie chcę swej wartości
Przeceniać” — mówił skromnie, zaczepiony.
Sam pragnąłby znieść wszystkie synekury,
Lecz cóż by stało się z prawem natury?
LXXIII
„Głosił zasady swoje”, frazes taki
Nie jest angielski, lecz parlamentarny
(Tak się dziisiaj zwą języka pokraki),
A w naszym wieku bardzo popularny.
Milord nie wchodził na frakcyjne szlaki,
Choć na publiczne cele był ofiarny.
Co do urzędu, na swym stanowisku —
Jak mówił — więcej ma straty niż zysku.
LXXIV
Niebo i świat wie, że go nie prowadzi
Próżność, że życie prywatne dlań drogie;
Lecz króla swoim odstępstwem nie zdradzi,
Gdy go żywioły otaczają wrogie.
Każdy demagog nóż rzeźniczy gładzi,
Ażeby przeciąć — ach! przecięcie srogie —
Gordyjski węzeł Georgijskiego węzła,
Gdy w nim panowie, król, Anglia zagrzęzła.
LXXV
Choćby mu nawet przyszło z złą fortuną
Walczyć, to wytrwa na swym stanowisku,
Póki nie spędzą go lub nie odsuną.
Choć inni pragną — on nie pragnie zysku.
Lecz biada Anglii, gdy urzędy runą!
Wtedy nastaną dla niej dni ucisku.
Cóż pocznie biedny kraj bez urzędnika?...
Dlań najpiękniejszy jest tytuł: Anglika.
LXXVI
Był niezależny; niezależność śliczna,
Lepsza niż u tych, co nie otrzymują
Za nią nic. Żołnierz publiczny, publiczna...
Wiele cenniejszych skutków dokazują
Niż wojsko nieregularne i liczna
Zgraja tych, co się nie legitymują
Profesją. Tak więc mąż stanu przed stadem
Profanów stoi jak lokaj przed dziadem.
LXXVII
Wszystko to stroi duszę milordową
(Prócz — co w ostatniej strofie). Ale struny
Uciszam; rzecz tym nie jest wcale nową,
Co ją z wyborczej słyszeli trybuny.
Od kandydatów z niezależną głową
Lub sercem. Słyszę obiadu zwiastuny:
Odgłosy dzwonka. Naprzód pacierz: „Chleba
Naszego”. — Pacierz śpiewać by potrzeba.
LXXVIII
Boję się spóźnić, więc przyśpieszam kroku;
Była to jedna z uczt, w Albionie modnych,
Jakby coś było ładnego w widoku
Sytych żarłoków albo ludzi głodnych.
Był to „publiczny dzień” duszności, tłoku,
Gości gorących i półmisków chłodnych;
Mało wygody, wiele formalności,
Nie swoje miejsce, nieswój humor gości.
LXXIX
Sztywnie swobodna szlachta — nie w swej sferze;
Arystokracja dumnie ugrzeczniona;
Służba wciąż w strachu, jak trzymać talerze,
By sosu z ryby, sarny lub kapłona
Na toalety nie uronić świeże,
Stąpa ostrożna i nieroztargniona,
Bo jedna struga z półmisków lub dzbanów
Mogła pozbawić miejsca ich — i panów.
LXXX
Było tam kilku dzielnych jeźdźców, łowców,
Co mieli czujne wyżły, chwytne charty;
I kilku czynnych myśliwych „wrześniowców”,
Co na przepiórki wstają już o czwartej
I dybią na nie w zbożu, śród jałowców;
Księża, co liczą skrupulatnie kwarty
Dziesięcin, chętnie ludziom śluby dają,
Oremus787 ciszej niż „Pijmy” śpiewają.
LXXXI
Kilku mających dowcipnisiów sławę,
Kilku wygnanych z lwów londyńskiej kasty,
Miast na posadzki muszących na trawę
Patrzeć i wstawać nie o jedenastej,
Lecz o dziewiątej. Niebiosa łaskawe
Mnie dały siedzieć przy „synu niewiasty”,
Przy przepotężnym księdzu Piotrze Pithie,
Którego dowcip oślepia — tak skrzy się.
LXXXII
Znałem go dawniej w świetnych dniach Londynu,
Z przepysznych śniadań sławny był wikary.
Każdy żart listkiem był jednym wawrzynu;
Ta wyższość stała się mu źródłem kary.
O Opatrzności! Czy cię sądzić z czynu?
Jak są niemiłe czasem twoje dary!
Dziś diabła śledzi po linkolnskim bagnie,
Nie psując myśli, ma, czego zapragnie.
LXXXIII
U niego były kazaniami żarty,
Żartem kazania. Wszystko dało nura
W bagnach, bo humor w febrze biorą czarty.
Już się nie czepia uszu ani pióra
Bon-mot, kalambur, dwuznacznikiem wsparty,
Ksiądz się logiczny stał jak zwykły ciura788;
Dziś grubym, głośnym żartem musi z krtani
Swych owiec chichot wydzierać barani.
LXXXIV
„Jest — jak w wierszyku każdy czyta znanym —
Różnica między dziadem a królową”
(U nas raz ten stan zszedł się z tamtym stanem,
Lecz w sprawy stanu wdawać się niezdrowo).
Między biskupem równie i dziekanem,
Między złocistą miską a cynową,
Angielskim mięsem i spartańską zupą
(Herojów oba kraje rodzą kupą).
LXXXV
Jedną z największych omyłek w naturze
Czy nierówności jest ta, która sprawia,
Że nad wsią miasto chce górować duże.
Ostatnie wielkie korzyści przedstawia
Temu, który się nie kocha w lazurze,
Lecz z otoczenia korzyści wyławia
Czy dla ambicji, czy dla interesu.
Oba pojęcia bez tamy i kresu.
LXXXVI
En avant!789 Ogień miłości zamiera,
Kiedy człowiek jest przepity i syty.
Mierniej krzepiony potęgi nabiera.
(Co z gramatyki wiemy i ja, i ty).
Wiemy, że bożek Bachus790 i Cerera791
Są przyjaciółmi matki Afrodyty,
Którym się szampan i trufle zawdzięcza;
Dostatek krzepi, ale post zamęcza.
LXXXVII
Milcząco jedli dyplomaci, strzelce,
Juan nie wiedząc, gdzie siadł, i zasnuty
W siatkę swych dumań, roztargniony wielce,
Siedział na miękkim krześle jak przykuty.
Chociaż stukały noże i widelce,
Zdał się o niczym nie wiedzieć dopóty,
Aż mu ktoś w bok dał szturchnięcie — już trzecie,
Prosząc o sztukę ryby w galarecie.
LXXXVIII
Szarpnięty po raz trzeci za róg fraka
Wzdrygnął się, spojrzał i uśmieszki gości
Widząc tłumione z przekąsem, spiekł raka792
I prędko (nic tak mądrego nie złości
I nie rozstraja, jak śmieszki prostaka),
Zadał potrawie znacznej głębokości
Ranę i rzucił — nim się opamięta —
Pół majonezu na talerz natręta.
LXXXIX
Nie był to wielki błąd, jak każdy przyzna:
Tę rybę lubił bardzo ów jegomość;
Lecz inni, którym została głowizna,
Obrazili się na form nieznajomość.
Pytano, jak mógł tak głupi mężczyzna
Być zaproszony. To — i niewiadomość,
Jak na jarmarku stały merynosy,
Miało milorda kosztować trzy głosy...
XC
Gdyby wiedziano, że miał odwiedziny
Ducha, sądzono by go mniej surowo.
Lecz o duchowe czyliż dbać przyczyny
Zdolna kompania z twarzą tak różową.
Tak pulchna i z tak materialnej gliny,
Że nie wiem, czemu mniej się — daję słowo —
Dziwić: czyli że takie ciała miały
Duszę, czy duszom z podobnymi ciały793.
XCI
Bardziej niż mruki te i chichotanie
Wkoło siedzących szlachty i szlachcianek
— Co się dziwili tej humoru zmianie,
Słyszano bowiem, że do zalecanek
Jest skory, kiedy widzi piękne panie,
Czy placem pałac był, czyli zaścianek;
(Bo i najmniejszy, gdy na pańskim dworze,
Przedmiotem rozmów dla mniejszych być może) —
XCII
Odczuł to, że go Aurora przeszywa
Wzrokiem, a z ust jej lekkie śmieszki wieją.
To już dlań była tortura prawdziwa.
U osób, co się tylko rzadko śmieją,
Śmiech zdradza ważne, głębokie motywa.
Uśmiech Aurory nie schlebiał nadzieją
Ni złośliwością słodką, którą widzą
Niektórzy u dam, choć te szczerze szydzą.
XCIII
Obserwacyjny byl to uśmiech, baczny,
Wchodzący z dziwu na litości stąpnie.
Lecz Juan spłonął ogniem — nieopatrzny!
Ani to było mądrze, ni roztropnie.
Już zwrócił oko na się, co jest znaczny
Postęp; niejeden szczęsny, gdy go dopnie.
On wiedział także o tym — ale zmysły
Straciły swój rząd i rachunek ścisły.
XCIV
Co gorsza — nie odpłaciła mu swoim
Rumieńcem, niezażenowana; była
Jak przedtem, chłodna spokojnym nastrojem,
Wzrok odwracała wprawdzie, lecz nie kryła,
Przybladła trochę: czym — czy niepokojem?...
Nigdy gorąco się nie rumieniła,
Czasem przelotnie; miała barwy świeże,
Niby jezioro w świetlnej atmosferze.
XCV
Triumfów był to dzień dla Adeliny:
Zaprasza okiem i zaprasza usty
Skrzętnych zjadaczów ptactwa, tryb, zwierzyny,
Pochlebstwo, grzeczność, jak kaskad upusty
Zlewa na gości — a to z tej przyczyny,
Że już niedługo kończy się rok szósty
I trzeba przewieść, jak przez koralowe
Rafy, milorda przez wybory nowe.
XCVI
A może zawsze była w gości kole
Tak miła — dziś to było użyteczne.
Lecz Juan wiedząc, jak gra swoją rolę,
Swobodnie cedząc słówka gładkie, grzeczne,
A czasami się zdradza w tym mozole
Duszy przez ruchy, ze spokojem sprzeczne,
Gniewu lub nudy, zaczął myśleć, czy nie
Udaniem było wszystko w Adelinie.
XCVII
Grałaż bo każdą rolę z tym talentem
Nieporównanym, z ową ruchliwością,
Co bezserdeczną zwą ludzie; ze szczętem
Błądzą; jest ona duchową żywością
I nie jest sztuką, lecz temperamentem,
Choć nią się zdaje, przeto że z łatwością
Da się giąć. Ta jest najotwartsza dusza,
Co bezpośrednim wrażeniem się wzrusza.
XCVIII
To robi naszych pisarzy, artystów,
Choć mędrców nigdy, bohaterów rzadko.
Lecz mężów stanu, tancerzy, lutnistów,
Nie to, co wielkie, lecz co strojne gładko.
Przelicznych mówców, mało finansistów,
Choć skarb dziś stał się prawdziwą zagadką;
Zaczął z surowych schodzić dróg Cockera794
I symboliczny coraz kształt przybiera.
XCIX
Są to poeci liczb, co nie obstają,
Że dwa a dwa pięć, czego i najrątszy
Nie udowodni; lecz za rzecz uznają
Prawdopodobną to, że cztery są trzy,
Dlatego, wziąwszy cztery, trzy oddają;
Amortyzacji rana dziś się jątrzy,
Ten liquid niczym nie zlikwidowany,
Gdzie tonie dług jak w nicości Nirwany. —
C
Gdy Adelina tak gości zjednywa,
Księżna sfer szuka i zabaw wygodnych.
Wprawdzie nie szydzi w oczy — powściągliwa,
Lecz jej wzrok błyskiem źrenic niezawodnych
Śmieszności w każdym momencie odkrywa,
Ten miód smakowny naszych pszczółek modnych,
Który złośliwie do swych ulów znoszą —
Księżna zbierała go i dziś z rozkoszą.
CI
Nadszedł już wieczór i noc. Zajechały
Przed dom powozy; ostatnie podrygi
Wesołych śmiechów zmilkły. Damy wstały
Z miejsc i złożyły parafiańskie dygi;
Panowie równie swój wiejsko-nieśmiały
Oddali ukłon, chwaląc na wyścigi
Amfitryjona, kolację i wino,
Oczarowani panią Adeliną.
CII
Ten się urodą, ten wdziękiem zachwyca,
Ciepłem w obejściu; ów chwali życzliwość
Szczerą, którą jej promienieją lica
I którą oka okazuje żywość.
Tak — ona sobą wysoki zaszczyca
Szczebel społeczny, jej z mężem szczęśliwość
Jest zasłużona. A! Czar niewymowny,
Niewyszukany strój, prosty, gustowny.
CIII
Pani Adela pochwał była godna,
A co do zacnych liczę jej uczynków,
Że powściągliwa, litośnie-łagodna,
Szczędziła gościom wieczornym docinków,
Gdy się zaczęła rozmowa swobodna
O ułożeniu mężów, żon, kuzynków,
O śmieszności dam, sukniach jak szlafroki,
Dziwnych fryzurach w koki, loki, fioki.
CIV
Ozwie się rzadko; rozmowę stanowi
Dzisiaj zbyt wolne puszczenie języka.
Za to ma wszystko cel, co ona powie;
Stosownym słowem dosypie pieprzyka
Konceptom, mocy dodaje żartowi
— Tak melodramat podnosi muzyka. —
Słodko przyjaciół nieobecnych bronić!
— Ja przed tą łaską wolę się zasłonić. —
CV
I tylko dwoje udziału nie brało
W tej podjazdowej dowcipu szermierce:
Aurora z miną skromną i nieśmiałą
I Juan, co choć jak żołnierz w manierce
Żart zawsze nosił, dzisiaj, co się działo,
Nie czuł; duch uszedł w ostatniej iskierce.
Uwagi, coraz nowy żart jak raca
Wystrzeli — on nań uwagi nie zwraca.
CVI
Lecz widział w oczach Aurory uznanie
Tego śród śmiechów niegrzecznych milczenia;
Może je wzięła za poszanowanie
Praw nieobecnych, które się ocenia,
Lecz nie wypełnia?... Więc na drugim planie
W kąciku swoim siedział i z półcienia
Patrzał, i mało widział, słyszał mało,
Ale widział to, co go radowało.
CVII
Zysk mu więc przyniósł widok nocnej zmory,
Kiedy mu usta do milczenia złożył
Niby duchowi i w obecnej pory
Okolicznościach szacunku przysporzył.
Toż w jego duszy na widok Aurory
Rój zapomnianych dawno myśli ożył,
Myśli szlachetnych, słodkich, idealnych,
A w skutek swojej boskości — realnych.
CVIII
Miłość szlachetnych rzeczy, młode lata,
Nadzieja czysta, niewiadomość święta
Tego, co jest świat i co drogi świata;
Chwile, gdy rozkosz, ze spojrzeń poczęta,
Milsza jest niż cześć, choć się z dumą splata,
Świecąc jak słońce; bo ona nie spęta
Serca słodyczą ni rozkoszą oną,
Kiedy się z łonem spotka drugie łono.
CIX
Kto by nie westchnął dzisiaj? Hej! Cytera!
Ten, kto miał serce i choć pamięć chowa.
Już ona razem z Dyjaną umiera,
Promienie gasną, rok się z roku snowa.
Ostrą Erosa strzałę w mirt ubiera
Już tylko muza Anakreontowa795.
Lecz, choć niejeden człowiek słuszny żal ma
Do cię, wielbionaś jeszcze, Venus Alma796!
CX
W takich dumaniach pogrążony cały
Wzniosłych jak pośród burzy trąba wodna,
Juan, gdy kury na północ zapiały,
Szedł spać; ale myśl, z mdłym797 ciałem niezgodna,
Miota się bez snu. Nad łożem mu wiały
Wierzby miast maków i, dumając, do dna
Wychylał słodycz wspomnień i rozpacze.
Rozpustnik na nie plwa, lecz młody płacze.
CXI
Znowu była noc. Zrzucił z siebie wszelki
Strój prócz koszuli, co nie jest ubraniem;
Został sans culotte798 i bez kamizelki,
Słowem — nie mogło chyba mniej być na nim.
Usiadł i czekał czując jakiś wielki,
Niecierpliwy strach, i oczekiwaniem
Nowych psot ducha myślom klina zadał
— Nie pojmie tego, kto z duchem nie gadał.
CXII
Nie darmo czekał. Wnet coś załopota.
Słyszy, tak, słyszy, nie — a przecie — Panie
Święty! Wyraźny chód cichy, czyj... kota!
Na diabła kocie po nocach igranie.
A szedł jak lekka, powietrzna istota;
Było to niby panienki stąpanie,
Kiedy na pierwszą schadzkę się wymyka
I drży na odgłos wstydliwy bucika.
CXIII
Znów — czy wiatr? Nie, nie! To w kapturze czarnym
Ten sam mnich — już nim po raz drugi straszę —
Stąpa tak dziwnie, krokiem regularnym
Jak rym (rozumiem tu rymy nie nasze).
Kroczy w ciemnościach nocy, co po gwarnym
Dniu ludzkie uśpi głowy i opasze
Świat niby czarną płachtą, rozesłaną
Szeroko, w iskry dyjamentów sianą.
CXIV
Jak mokrych palców suwanie po suchej
Szybie, co szczęki ścina — zaszeleszcze;
Jak nietuziemskie, podczas zawieruchy
Ostro siekące o północy deszcze
Straszą Juana. Zadrżały mu słuchy,
A może sprawić niecielesność dreszcze,
Gdyż jej nawet ci, co wierzą głęboko
W duszę, popatrzeć nie śmią oko w oko.
CXV
Więc otwarł oczy — i usta. Dziwota
Sprawia ten skutek, że się z szczęką szczęka
Rozchodzi, mowie zostawiając wrota,
Którą się może duszna wydać męka.
Bliżej i bliżej szmery — już nie kota —
Dla śmiertelnego nieznośne bębenka.
Otwarł więc oczy (pomną czytelniczki:
I usta), wtem się otwiera... co?... drzwiczki,
CXVI
Drzwiczki z galerii wiodące w komnatę.
Zawiasy skrzypną piekielnym „Speranza,
Lasciate ogni speranza voi ch’entrate799” —
Groźno jak Danta rym albo ta stanca,
Albo — lecz brak mi słów dosadnych na te
Zgrzyty. Na ducha dziś rycerska lanca
Nawet za słaba. Bo czymże jest ducha
Byt? Kto go dotknie, usłyszy, poniucha?...
CXVII
Drzwi się otwarły, nie gwałtownym pchnięte
Ruchem, lecz jak lot mewy równo, długo
Mierzonym; ale na wpół odemknięte
Do sali wąską przepuszczały strugą
Światło świec, które w lichtarzach zamknięte
Pobladły, nocną znużone usługą.
I w tym półmroku, w tych drzwiach do pokoju
Wiodących stał mnich w swym ponurym stroju.
CXVIII
Don Juan zadrżał jak podobnej chwili
W noc przeszłą; ale ustawiczne drżenia
Sprzykrzywszy zaczął myśleć, że się myli,
I znowu wstyd mu było mieć złudzenia.
Już w mim wewnętrzny człowiek też się sili
I nad materią władzę rozprzestrzenia,
Tłumacząc, że duch z ciałem może śmiało
Ruszyć na ducha, który zezuł ciało.
CXIX
Lęk się zmienił w złość, złość się jęła żurzyć800,
Powstał, szedł naprzód — cień nazad uskoczył.
On ruszył śmiało naprzód, przestał tchórzyć,
Krew się rozgrzała, mózg z gniewu zamroczył
I postanowił mnicha rozkapturzyć,
Chociażby przy tym czyjąś krew wytoczył.
Duch się zatrzymał, pogroził ponurym
Gestem, cofnął się i oparł pod murem.
CXX
Juan ściągnął dłoń: Boże mocnej rady!
Dotknął nie duszy, ciała, ale ściany,
Na której rzeźby gotyckie, arkady
Malował blaskiem promień posrebrzany.
Zadrżał. Pod kim by nie drgnęły posady
Na taki widok i dziw niesłychany!
Wszak Ryszardowi rychlej włos się jeży
Przed cieniem niż przed tysiącem rycerzy.
CXXI
Duch nie ustąpił. Modre oko lśniło
Blaskiem, co zdał się wcale801 niepozgonny.
Nie trącił także bynajmniej mogiłą
Oddech u ducha gorący i wonny,
A kilka loczków o włosach świadczyło.
Z ust karminowych, jak przez winogronny
Splot nad oknami światło księżycowe —
Zębów dwa rzędy bielały perłowe.
CXXII
Zdumiony, ciekaw, wyciągnął znów prawą
Rękę, a potem lewą. Dziw nad dziwy!
Napotkał niby pierś twardą, krągławą,
Ciepłą, snadź802 pod nią bił serca puls żywy.
Poznał, że działał przedtem nazbyt żwawo,
Jak w pierwszej próbie człowiek popędliwy,
Że w roztargnienia ręką w ścianę pukał,
Więc nie natrafił na to, czego szukał.
CXXIII
Dusza tak słodka jak duszyczka ona
Rzadko zapewne w kapturze chadzała;
Broda z dołeczkiem, szyja jak rzeźbiona
Świadczyły, że się składa z krwi i ciała.
Spadła habitu płachta odrzucona,
Szkoda — że późno tak! — i ukazała
Dyszącą czarem, lubieżnie przegiętą,
Zalotną księżnę Fitz-Fulke — uśmiechniętą...
Przypisy:
1. na operze — w oryginale mowa o pantomimie, prawdop. o popularnym wówczas spektaklu Libertyn. [przypis edytorski]
2. Cumberland, Wolfe, Keppel, Hawke, Vernon, Ferdynand, Burgoyne, Granby — brytyjscy dowódcy armii bądź floty. [przypis edytorski]
3. Banko — bohater Makbeta Williama Shakespeare’a. [przypis edytorski]
4. terno — trzy wygrywające numery na loterii. [przypis edytorski]
5. Dumourier, właśc. Dumouriez, Charles François Duperier (1739–1823) — fr. generał z czasów Rewolucji Francuskiej. [przypis edytorski]
6. Mirabeau, Barnave, Condorcet i Brissot, Lafayette, Petion, Klotz, Danton i Marat, [...] Joubert, Hoche, Marceau — politycy z czasów Rewolucji Francuskiej. [przypis edytorski]
7. Mars (mit. rzym.) — bóg wojny. [przypis edytorski]
8. Nelson, Horatio (1758–1805) — admirał brytyjski, zginął podczas zwycięskiej bitwy pod Trafalgarem, stoczonej z flotą francuską i hiszpańską. [przypis edytorski]
9. wraz (daw.) — zaraz. [przypis edytorski]
10. infanteryja (daw.) — piechota. [przypis edytorski]
11. Howe, Duncan, Jervis, Nelson — brytyjscy dowódcy floty. [przypis edytorski]
12. Atrydzi — synowie Atreusa, Agamemnon i Menelaos, bohaterowie Iliady Homera. [przypis edytorski]
13. druże (daw.) — przyjacielu. [przypis edytorski]
14. in medias res (łac.) — w środek opowieści. [przypis edytorski]
15. Horacy — Quintus Horatius Flaccus (65 p.n.e. – 8 p.n.e.), rzymski poeta i teoretyk literatury. [przypis edytorski]
16. ponik (daw., poet.) — strumyk. [przypis edytorski]
17. konterfekt (daw.) — portret. [przypis edytorski]
18. ślozy — łzy. [przypis edytorski]
19. modłą (daw.) — na sposób. [przypis edytorski]
20. hidalgo — szlachcic hiszpański. [przypis edytorski]
21. szczep gocki wczas Hiszpanię zalał — od V do VIII wieku istniało na Półwyspie Iberyjskim królestwo Wizygotów. [przypis edytorski]
22. Calderon de la Barca (1600–1681) — hiszp. dramaturg i poeta; najważniejsze dzieła: Życie snem, Książę niezłomny. [przypis edytorski]
23. Lope de Vega (1562–1635) — hiszpański poeta i dramaturg, autor ponad 2000 sztuk. [przypis edytorski]
24. Fajnagiel — Gregor von Feinagle, 1765–?, autor systemu mnemotechnicznego. [przypis edytorski]
25. kunszt mnemotechniczny — umiejętność i techniki zapamiętywania. [przypis edytorski]
26. Żart... jak z Attyki — ironiczne poczucie humoru. [przypis edytorski]
27. dymka — rodzaj tkaniny z bawełny, lnu lub konopi. [przypis edytorski]
28. Pater noster (łac.) — Ojcze nasz. [przypis edytorski]
29. cześci — dziś popr. forma D.lp: czci. [przypis edytorski]
30. Sir Samuel Romilly (1757–1818) — prawnik i polityk angielski, przeciwnik niewolnictwa. [przypis edytorski]
31. Edgeworth, Maria (1767–1849) — autorka poczytnej powieści Zamek Rackrent. [przypis edytorski]
32. Trimmer, Sara (1741–1810) — pisarka. [przypis edytorski]
33. Harrison, John (1693–1776) — wynalazca chronometrów, tj. bardzo dokładnych zegarów mechanicznych, odpornych na kołysanie statku a potrzebnych do określania długości geograficznej. [przypis edytorski]
34. cudna maść — intensywnie reklamowany wówczas l’Huile de Macassar. [przypis edytorski]
35. syn Ewin — syn Ewy, tj. mężczyzna. [przypis edytorski]
36. a zasię (daw.) — precz, nie wolno. [przypis edytorski]
37. despekt (daw.) — urażenie czyjegoś honoru bądź ambicji. [przypis edytorski]
38. srom (daw.) — wstyd. [przypis edytorski]
39. lucida momenta (łac.) — jasne momenty. [przypis edytorski]
40. eskulap — lekarz (od imienia Eskulapa, gr. boga medycyny). [przypis edytorski]
41. malus animus (łac.) — tu: złe intencje. [przypis edytorski]
42. jurysta — prawnik. [przypis edytorski]
43. Febris quartana — febra czwartaczka, czyli gorączka wzmagająca się co czwarty dzień. [przypis edytorski]
44. Numa Pompiliuszem (753 p.n.e.–673 p.n.e.) — legendarny drugi król Rzymu. [przypis edytorski]
45. Jowisz (mit. rzym.) — ojciec bogów, bóg nieba i burzy. [przypis edytorski]
46. Mars (mit. rzym.) — bóg wojny. [przypis edytorski]
47. Junona (mit. rzym.) — bogini, małżonka Jowisza. [przypis edytorski]
48. Wenera a. Wenus (mit. rzym.) — bogini miłości. [przypis edytorski]
49. et cetera (łac.) — i tak dalej. [przypis edytorski]
50. Wergili — Publius Vergilius Maro (70 p.n.e.–19 p.n.e.) rzymski poeta z czasów Oktawiana Augusta, autor Eneidy (poematu epickiego o wędrówkach Eneasza i założeniu Rzymu), Georgik i Bukolik (sielanek). [przypis edytorski]
51. Homer — autor fundamentalnych dla kultury europejskiej eposów greckich: Iliady i Odysei; żył w VIII w. n. e. [przypis edytorski]
52. Owidiusz — Publius Ovidius Naso (43 p.n.e.–17 a. 18 r. n.e.), jeden z największych poetów rzymskich, twórca licznych elegii o tematyce miłosnej, Ars amatoria (Sztuka kochania) i poematu epickiego Metamorfozy (Przemiany). [przypis edytorski]
53. Anakreont (570 p.n.e.–ok. 485 p.n.e.) — grecki poeta znany z krótkich utworów miłosnych. [przypis edytorski]
54. Katullus — rzymski poeta z I. w. p.n.e, zaliczany do szkoły neoteryków, znany z wyrafinowanej wersyfikacji i poezji miłosnej. [przypis edytorski]
55. Safona — gr. poetka liryczna z przełomu VII i VI wieku p.n.e., autorka głównie poezji miłosnej, często sugerującej jej miłość do kobiet. [przypis edytorski]
56. Longinus — przypuszczalny autor traktatu O wzniosłości z I w. n.e. [przypis edytorski]
57. Pastor Corydon formosum (łac.) — piękny pasterz Korydon. [przypis edytorski]
58. Lukrecjusz — Titus Lucretius Carus (ok. 97 r. p.n.e.–ok. 55 r. p.n.e.), rzymski poeta, filozof; zwolennik postawy epikurejskiej i atomizmu, nie wierzył w istnienie bogów. [przypis edytorski]
59. Juwenal — Decimus Iunius Iuvenalis (ok. 60–127 n.e.), rzymski poeta satyryczny. [przypis edytorski]
60. Marcjalis — Marcus Valerius Martialis, poeta rzymski z I w. n.e, specjalizujący się w epigramatach. [przypis edytorski]
61. więcierz — rodzaj sieci rybackiej. [przypis edytorski]
62. Złotousty Jan — Jan Chryzostom (ok. 350–407), biskup Konstantynopola, znakomity kaznodzieja. [przypis edytorski]
63. Augustyn z Hippony (354–430) — łac. Aurelius Augustinus; teolog i filozof chrześc., święty, jeden z tzw. Ojców i Doktorów Kościoła; płodny autor, napisał m.in.: O Państwie Bożym oraz autobiografię Wyznania (łac. Confessiones). [przypis edytorski]
64. bona — opiekunka do małych dzieci. [przypis edytorski]
65. podwika (daw.) — kobieta. [przypis edytorski]
66. poimać (daw.) — pojmać, schwycić. [przypis edytorski]
67. bezczesny (daw.) — pojawiający się w niewłaściwym czasie. [przypis edytorski]
68. dla (daw.) — z powodu. [przypis edytorski]
69. chromać (daw.) — kuleć. [przypis edytorski]
70. Boabdil — Muhammad XII Abu Abdallah (1459–1527 lub 1533), ostatni muzułmański władca Grenady. [przypis edytorski]
71. mi vien in mente (wł.) — przychodzi mi na myśl. [przypis edytorski]
72. tłumiku — dziś popr. forma B.lp: tłumika. [przypis edytorski]
73. czyli — czy z partykułą -li. [przypis edytorski]
74. Armida — czarownica, jedna z bohaterek poematu Torquata Tassa Jeruzalem wyzwolona. [przypis edytorski]
75. poruczć (daw.) — powierzyć. [przypis edytorski]
76. zejście (się) — tu: spotkanie się. [przypis edytorski]
77. fryc — nowicjusz. [przypis edytorski]
78. chrześcijanie — rytm wymaga, by czytać to słowo na trzy sylaby (chrześ-cia-nie). [przypis edytorski]
79. inter nos (łac.) — między nami. [przypis edytorski]
80. entre nous (fr.) — między nami. [przypis edytorski]
81. cherub a. cherubin — rodzaj anioła stojącego wysoko w hierarchii niebieskiej, tj. przebywającego najbliżej Boga. [przypis edytorski]
82. Medea (mit. gr.) — córka króla Kolchidy, pomogła Jazonowi w zdobyciu złotego runa. Uciekła z Grekami, porywając swego brata Absyrta, którego następnie zamordowała i — aby zatrzymać pogoń ojca — wrzucała poćwiartowane zwłoki w morze. [przypis edytorski]
83. Wordsworth, William (1770–1850) — poeta angielski, jeden z prekursorów romantyzmu, zaliczany do tzw. poetów jezior. [przypis edytorski]
84. Coleridge, Samuel Taylor (1772–1834) — ang. poeta, prekursor romantyzmu zaliczany do tzw. poetów jezior. [przypis edytorski]
85. Boscan, Juan (1500–1544) — hiszp. poeta z Barcelony. [przypis edytorski]
86. Garcilasso de la Vega (1503–1536) — hiszp. poeta i żołnierz. [przypis edytorski]
87. frasunek — zmartwienie. [przypis edytorski]
88. jest przytomny — tu: jest świadkiem. [przypis edytorski]
89. w czas (daw.) — w porę. [przypis edytorski]
90. rajfur (daw.) — stręczyciel. [przypis edytorski]
91. Kserkses — jeden z królów Persji tego imienia. [przypis edytorski]
92. Westalskim myślom... — westalki, tj. kapłanki Westy, podczas sprawowania tej funkcji był zobowiązane pozostać dziewicami. [przypis edytorski]
93. Arystoteles (384 p.n.e.–322 p.n.e.) — filozof grecki; tu pojawia się jako autor Poetyki. [przypis edytorski]
94. Bachusowy sok — wino (Bachus był w mitologii rzymskiej bogiem wina). [przypis edytorski]
95. turma — więzienie. [przypis edytorski]
96. race Congreve’a — broń rakietowa z początków XIX wieku, wynaleziona przez Williama Congreve’a (1772–1828) na wzór rac używanych w Indiach. [przypis edytorski]
97. galwanizm — oddziaływanie elektryczności na ciało lub zwłoki, powodujące skurcze mięśni. [przypis edytorski]
98. lampa Davy’ego — lampa benzynowa, służąca w kopalniach do wykrywania metanu. [przypis edytorski]
99. sieść — dziś popr. forma bezokolicznika: siąść. [przypis edytorski]
100. siła (daw.) — wiele. [przypis edytorski]
101. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]
102. dwie babie — relikt występującej niegdyś w języku polskim liczby podwójnej. [przypis edytorski]
103. kortej — „przyjaciel domu”, oficjalny kochanek. [przypis edytorski]
104. O’Reilly, Alexander (1722–1794)— hiszp. dowódca pochodzenia irlandzkiego. [przypis edytorski]
105. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]
106. wszytek (daw.) — cały. [przypis edytorski]
107. Job a. Hiob — postać występująca w Księdze Hioba; pochodził z kraju Us. Bóg i szatan założyli się o jego wiarę, konsekwencją zakładu było zesłanie na Hioba trądu, śmierć jego rodziny i pozbawienie go bogactwa (Hi 1,14–22; Hi 2,7). Hiob, mimo namów przyjaciół, nie zwątpił w Boga za co został nagrodzony późniejszym zdrowiem, nowymi dziećmi i ponownym bogactwem (Hi 42,10–17). [przypis edytorski]
108. posse comitatus — w angielskim common law osoba zobowiązana przez przedstawiciela prawa do pomocy w schwytaniu przestępcy. [przypis edytorski]
109. hiatus (łac.) — przerwa, luka. [przypis edytorski]
110. walny (daw.) — główny, zasadniczy, rozstrzygający. [przypis edytorski]
111. niepodobna (daw.) — nieprawdopodobne a. niemożliwe. [przypis edytorski]
112. wcale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]
113. welin — rodzaj cienkiego pergaminu z cielęcej skóry. [przypis edytorski]
114. Elle vous suit partout (fr.) — ona wszędzie podąża za tobą. [przypis edytorski]
115. karniol (miner.) — odmiana chalcedonu. [przypis edytorski]
116. tuszyć (daw.) — mieć nadzieję. [przypis edytorski]
117. krasić (daw.) — upiększać. [przypis edytorski]
118. schwacić — tu: okuleć (ochwat to zapalenie miękkich części kopyta końskiego, wynikłe z niedożywienia lub przemęczenia). [przypis edytorski]
119. Wierzaj... — w dalszych słowach Byron pokazuje, że bardziej ceni angielskich poetów przedromantycznych. [przypis edytorski]
120. Dryden, John (1631–1700) — poeta i dramatopisarz angielski, od 1668 nadworny poeta rodziny królewskiej. [przypis edytorski]
121. Pope, Alexander (1688–1744) — czołowy poeta angielskiego Oświecenia. [przypis edytorski]
122. Milton, John (1608–1674) — poeta angielski, autor poematu Raj utracony. [przypis edytorski]
123. Wordsworth, William (1770–1850) — poeta angielski, jeden z prekursorów romantyzmu, zaliczany do tzw. poetów jezior. [przypis edytorski]
124. Coleridge, Samuel Taylor (1772–1834) — jeden z tzw. poetów jezior i prekursorów romantyzmu w literaturze angielskiej. [przypis edytorski]
125. Southey, Robert (1774–1843) — angielski poeta okresu romantyzmu. [przypis edytorski]
126. Crabbe, George (1754–1832) — angielski poeta romantyczny, częstow swojej twórczości odwołujący się do doświadczeń narkotycznych. [przypis edytorski]
127. Sotheby, William — poeta i tłumacz angielski. [przypis edytorski]
128. despekt (daw.) — urażenie czyjegoś honoru bądź ambicji. [przypis edytorski]
129. porać się (daw.) — zmagać się. [przypis edytorski]
130. „Przegląd” mojej babki — tj. czasopismo Grandmother’s Reviev. [przypis edytorski]
131. walny (daw.) — zasadniczy, decydujący. [przypis edytorski]
132. Non ego hoc ferrem callida juventa Consule Planco (łac.) — nie czyniłbym tego w gorącej młodości, gdy Plancus był konsulem (końcówka tej strofy stanowi parafrazę zacytowanego fragmentu). [przypis edytorski]
133. dwoi — tu: podwaja. [przypis edytorski]
134. cetnar — ang. jednostka masy, ok. 50 kg. [przypis edytorski]
135. steczka (daw. a poet.) — ścieżka. [przypis edytorski]
136. bodiak (reg.) — oset. [przypis edytorski]
137. kaleta (daw.) — skórzany woreczek na pieniądze. [przypis edytorski]
138. dzianet — rasowy koń. [przypis edytorski]
139. mantyla — rodzaj szala z koronki. [przypis edytorski]
140. bawić (daw.) — przebywać. [przypis edytorski]
141. karabon — rodzaj pojazdu konnego. [przypis edytorski]
142. emetyk — środek prowokujący wymioty. [przypis edytorski]
143. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]
144. grog — napój alkoholowy na bazie rumu rozcieńczonego wodą, zwykle gorącą. [przypis edytorski]
145. przygodzić się (daw.) — przydać się. [przypis edytorski]
146. widno (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]
147. jolla — tu: niewielka łódź wiosłowa będąca na wyposażeniu statku. [przypis edytorski]
148. pinassa — mniejsza łódź będąca na wyposażeniu statku i służąca jego komunikacji z lądem. [przypis edytorski]
149. nawa (daw.) — statek. [przypis edytorski]
150. brzemię (daw.) — ciężar. [przypis edytorski]
151. wały (daw.) — fale. [przypis edytorski]
152. szkielety — dziś popr. forma N.lm: szkieletami. [przypis edytorski]
153. dożywocie — tu: zagwarantowane umową wyżywienie i opiekę do końca życia. [przypis edytorski]
154. Argo (mit. gr.) — statek Argonautów, dowodzonych przez Jazona. [przypis edytorski]
155. opona (daw.) — zasłona. [przypis edytorski]
156. bawić (daw.) — przebywać. [przypis edytorski]
157. Ugolin — por. Dante Alighieri, Boska Komedia, Piekło, Pieśń XXXIII. [przypis edytorski]
158. Feb (mit. gr.) — przydomek Apollina, boga słońca. [przypis edytorski]
159. zaparty (daw.) — zamknięty. [przypis edytorski]
160. Dziej się wola boża, Nie moja wola! — por. Łk 22, 42. [przypis edytorski]
161. sieść — dziś popr.: siąść. [przypis edytorski]
162. szparki (daw.) — szybki. [przypis edytorski]
163. Charon (mit. gr.) — sługa Hadesa-Plutona, przewoził dusze zmarłych przez podziemną rzekę Styks do krainy umarłych. Starożytni Grecy kładli swoim zmarłym na języku obol, drobną monetę, jako zapłatę dla Charona. [przypis edytorski]
164. morszczyna — woda morska. [przypis edytorski]
165. kędy (daw.) — gdzie. [przypis edytorski]
166. Hellespont — dziś Dardanele; cieśnina między Półwyspem Bałkańskim w Europie a Azją Mniejszą, która łączy Morze Egejskie z morzem Marmara. [przypis edytorski]
167. mdły (daw.) — słaby. [przypis edytorski]
168. mimo wzrost jej smukły — dziś popr.: mimo jej smukłego wzrostu. [przypis edytorski]
169. baskina — element górnej części stroju kobiecego. [przypis edytorski]
170. razem — tu: naraz, jednocześnie. [przypis edytorski]
171. wcale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]
172. meszty — rodzaj miękkiego obuwia. [przypis edytorski]
173. zakon — tu: prawo. [przypis edytorski]
174. usty — dziś popr. forma N.lm: ustami. [przypis edytorski]
175. gładki (daw.) — urodziwy. [przypis edytorski]
176. płomię — dziś popr.: płomień. [przypis edytorski]
177. Minotaur (mit. gr.) — potwór, człowiek z głową byka, mieszkający w Labiryncie na Krecie, zabity przez bohaterskiego Tezeusza. [przypis edytorski]
178. Pazyfae (mit. gr.) — królowa Krety, która zakochała się w świętym byku, podarowanym Minosowi przez boga mórz i oceanów Posejdona i urodziła Minotaura. [przypis edytorski]
179. raniej (daw.) — wcześniej. [przypis edytorski]
180. foliał — tu: gruba księga. [przypis edytorski]
181. Tillotson, John (1630–1694) — arcybiskup anglikański, autor dzieł teologicznych. [przypis edytorski]
182. wywczas (daw.) — odpoczynek. [przypis edytorski]
183. Bachus (mit. rzym.) — bóg wina. [przypis edytorski]
184. Ceres (mit. rzym.) — bogini urodzaju, matka Prozerpiny. Odpowiednik Demeter z mit. gr. [przypis edytorski]
185. pularda — młoda kura tuczona w określony sposób. [przypis edytorski]
186. Neptun (mit. rzym.) — bóg morza, odpowiednik gr. Posejdona, jego atrybutem był trójząb do połowu ryb. [przypis edytorski]
187. Pluto a. Pluton — bóg świata umarłych, odpowiednik Hadesa w mit. gr. [przypis edytorski]
188. Pan (mit. gr.) — bóg pasterzy, przedstawiany z koźlimi nogami i rogami; jego rzymski odpowiednik to Faun. [przypis edytorski]
189. Zeus (mit. gr.) — najważniejszy spośród bogów olimpijskich; bóg nieba i ziemi, władał piorunami. [przypis edytorski]
190. Io (mit. gr.) — nimfa, kapłanka Hery, uwiedziona przez Zeusa, następnie zamieniona w krowę. [przypis edytorski]
191. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]
192. gwoli (komuś, czemuś) (daw.) — ze względu na (kogo, co). [przypis edytorski]
193. firmament (daw.) — sklepienie niebieskie. [przypis edytorski]
194. błędy — dziś popr. forma N.lm: błędami. [przypis edytorski]
195. Owidiusz — Publius Ovidius Naso (43 p.n.e.–17 a. 18 r. n.e.), jeden z największych poetów rzymskich, twórca licznych elegii o tematyce miłosnej, Ars amatoria (Sztuka kochania) i poematu epickiego Metamorfozy (Przemiany). [przypis edytorski]
196. Cezar, Gajusz Juliusz (100–44 p.n.e.) — rzym. dowódca wojskowy, polityk, dyktator i pisarz; członek I triumwiratu; zdobywca Galii; odegrał kluczową rolę w wydarzeniach, które doprowadziły do upadku republiki i początku cesarstwa w państwie rzymskim. [przypis edytorski]
197. Antoni — Marek Antoniusz (83 p.n.e.–30 p.n.e.), rzymski polityk i dowódca wojskowy, stronnik i przez matkę daleki krewny Cezara, jego główny współpracownik w czasie wojny domowej z Pompejuszem. Po zabójstwie Cezara należał do II triumwiratu, który pokonał spiskowców. Pod koniec życia wdał się w wojnę domową z Oktawianem Augustem; pokonany w bitwie morskiej pod Akcjum, popełnił samobójstwo. [przypis edytorski]
198. Horacy — Quintus Horatius Flaccus (65 p.n.e.–8 p.n.e.), rzymski poeta i teoretyk literatury. [przypis edytorski]
199. Katullus — rzymski poeta z I. w. p.n.e, zaliczany do szkoły neoteryków, znany z wyrafinowanej wersyfikacji i poezji miłosnej. [przypis edytorski]
200. sawantka (daw.) — kobieta wykształcona. [przypis edytorski]
201. Safona — gr. poetka liryczna z przełomu VII i VI wieku p.n.e., autorka głównie poezji miłosnej, często sugerującej jej miłość do kobiet. [przypis edytorski]
202. Gnaeus Pompeius Magnus (106 p.n.e.–48 p.n.e) — zwany Wielkim, polityk i dowódca wojskowy, współtwórca I triumwiratu, przegrał wojnę domową z Juliuszem Cezarem. [przypis edytorski]
203. Belizariusz, Flavius Belisarius (ok. 505–565) — wódz bizantyjski z czasów cesarza Justyniana I Wielkiego, dowodził armią bizantyjską, która w 536 r. wyparła Gotów z Italii i samego Rzymu. Według legendy pod koniec życia miał zostać oślepiony i zmuszony do życia żebraczego. [przypis edytorski]
204. Epikur (341 p.n.e.–270 p.n.e.) — filozof grecki; uznawał, że człowiek winien się kierować przede wszystkim przyjemnością; podkreślał też, że niczego nie należy przyjmować na wiarę, pierwszeństwo przyznając obserwacji i logicznemu rozumowaniu na jej podstawie. [przypis edytorski]
205. Sardanapal — właśc. Asurbanipal, król Asyrii w latach 669–631 p.n.e, w kulturze europejskiej symbol zbytku i zniewieścienia, gdyż tym właśnie miały się cechować ostatnie lata jego panowania. [przypis edytorski]
206. skoro (daw.) — szybko. [przypis edytorski]
207. beau ideal (fr.) — piękny ideał. [przypis edytorski]
208. zgorzeć — spłonąć. [przypis edytorski]
209. zakon — tu: prawo. [przypis edytorski]
210. Petrarca, Francesco (1304–1374) — włoski poeta i latynista; w 1341 uwieńczony tzw. laurem poetyckim; zasłynął cyklem wierszy miłosnych (Śpiewnik), głównie sonetów, poświęconych madonnie Laurze, której tożsamość pozostaje nieznana. [przypis edytorski]
211. Milton, John (1608–1674) — poeta angielski, autor poematu Raj utracony. [przypis edytorski]
212. cechować — znaczyć rozżarzonym żelazem. [przypis edytorski]
213. wcale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]
214. towary bławatne — tkaniny. [przypis edytorski]
215. mdły (daw.) — słaby. [przypis edytorski]
216. Ulisses — Odyseusz, bohater poematu Homera. [przypis edytorski]
217. Hymen (mit. gr.) — bóg małżeństwa, syn Apollona. [przypis edytorski]
218. powolny (daw.) — posłuszny. [przypis edytorski]
219. nargil — fajka wodna. [przypis edytorski]
220. wraz (daw.) — zaraz. [przypis edytorski]
221. jąć (daw.) — zacząć. [przypis edytorski]
222. kapłon — wykastrowany kogut. [przypis edytorski]
223. srom (daw.) — wstyd. [przypis edytorski]
224. cyklop (mit. gr.) — jednooki potwór żywiący się ludzkim mięsem. [przypis edytorski]
225. podagra — choroba stawów. [przypis edytorski]
226. piaster — dolar hiszpański lub bliskowschodnia moneta. [przypis edytorski]
227. wety (daw.) — deser. [przypis edytorski]
228. patoka — tu napar (dosł.: płynny miód pszczeli). [przypis edytorski]
229. trefniś — błazen. [przypis edytorski]
230. zgoła (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]
231. szylkretowy — wykonany z materiału pozyskanego ze skorupy żółwia. [przypis edytorski]
232. meszty — rodzaj miękkiego obuwia. [przypis edytorski]
233. pióry — dziś popr. forma N.lm: piórami. [przypis edytorski]
234. Psyche (mit. gr.) — bogini, uosobienie duszy ludzkiej, wg jednego z mitów zakochana w bogu miłości Erosie. [przypis edytorski]
235. henneh — henna. [przypis edytorski]
236. Próżna robota Malować lilię, uzłocić blask złota — cytat ze sztuki Williama Shakespeare’a Życie i śmierć króla Jana. [przypis edytorski]
237. pukiel — lok. [przypis edytorski]
238. miesiąc — księżyc. [przypis edytorski]
239. bajadera — tancerka. [przypis edytorski]
240. Crashaw, Richard (1612–1649) — angielski poeta metafizyczny. [przypis edytorski]
241. irritabilis vates (łac.) — drażliwy poeta. [przypis edytorski]
242. Ça ira (fr.) — Powiedzie się; tytuł i refren popularnej pieśni z czasów Rewolucji Francuskiej. [przypis edytorski]
243. Pindar — ur. między 522 a 518 p.n.e., zm. między 443 a 438, poeta grecki, napisał wiele pieśni na cześć zwycięzców Olimpiad. [przypis edytorski]
244. in quarto — określenie formatu książki. [przypis edytorski]
245. Goethe, Johann Wolfgang von (1749–1832) — niemiecki poeta okresu „burzy i naporu”, przedstawiciel klasycyzmu weimarskiego, twórca nowego typu romantycznego bohatera. Dzieła: Cierpienia młodego Wertera (1774), Król olch (1782), Herman i Dorota (1798), Faust (cz. I 1808, cz. II 1831), Powinowactwo z wyboru (1809). [przypis edytorski]
246. Madame de Staël, właśc. Anne-Louise Germaine Necker (1766–1817) — francuska publicystka i powieściopisarka. [przypis edytorski]
247. trecentisti — poeci XIV wieku. [przypis edytorski]
248. ostrów (daw.) — wyspa. [przypis edytorski]
249. bitwa pod Maratonem — stoczona w 490 p.n.e.; Ateńczycy pod dowództwem Miltiadesa rozbili w niej perską armię inwazyjną. [przypis edytorski]
250. bitwa pod Salaminą — stoczona w 480 p.n.e.; sprzymierzona flota grecka pokonała wówczas inwazyjną flotę perską, wykorzystując fakt, że wąska cieśnina między wyspą Salaminą a lądem stałym uniemożliwia Persom rozwinięcie szyku. [przypis edytorski]
251. maż — „ma” z partykułą pytajną -ż. [przypis edytorski]
252. płonić się (daw.) — rumienić się. [przypis edytorski]
253. bitwa pod Termopilami — stoczona w r. 480 p.n.e; wojska greckie przegrały, broniąc wąwozu zamykającego drogę do Aten; w ostatniej fazie bitwy Persom opierało się jedynie 300 Spartan. [przypis edytorski]
254. Bachus (mit. rzym.) — bóg wina. [przypis edytorski]
255. wam gwoli (daw.) — dla was, ze względu na was. [przypis edytorski]
256. Kadmos (mit. gr.) — założyciel Teb. [przypis edytorski]
257. Anakreont (570 p.n.e.–ok. 485 p.n.e.) — grecki poeta znany z krótkich utworów miłosnych. [przypis edytorski]
258. Polikrates — tyran Samos od 537 do 522 p.n.e. [przypis edytorski]
259. Miltiades (554 p.n.e.–488 p.n.e.) — polityk ateński, dowódca w zwycięskiej bitwie pod Maratonem. [przypis edytorski]
260. Orfeusz (mit. gr.) — poeta, który swoim śpiewem poskramiał dzikie zwierzęta i ożywiał martwe przedmioty. [przypis edytorski]
261. Hoyle, Edmund (1672–1769) — autor podręczników do licznych gier, m.in. do wista. [przypis edytorski]
262. wist — gra karciana, prekursor brydża. [przypis edytorski]
263. Johnson, Samuel (1709–1784) — angielski pisarz i krytyk. [przypis edytorski]
264. Bacon, Francis (1561–1626) — angielski filozof, propagator metody naukowej, eksperymentu i dowodzenia indukcyjnego. [przypis edytorski]
265. Cezar, Gajusz Juliusz (100–44 p.n.e.) — rzym. dowódca wojskowy, polityk, dyktator i pisarz; członek I triumwiratu; zdobywca Galii; odegrał kluczową rolę w wydarzeniach, które doprowadziły do upadku republiki i początku cesarstwa w państwie rzymskim. [przypis edytorski]
266. Sokrates (ok. 470 p.n.e.–399 p.n.e.) — grecki filozof, nauczyciel Platona i bohater jego dialogów. [przypis edytorski]
267. Southey, Robert (1774–1843) — angielski poeta okresu romantyzmu. [przypis edytorski]
268. Wordsworth, William (1770–1850) — poeta angielski, jeden z prekursorów romantyzmu, zaliczany do tzw. poetów jezior. [przypis edytorski]
269. Coleridge, Samuel Taylor (1772–1834) — jeden z tzw. poetów jezior i prekursorów romantyzmu w literaturze angielskiej. [przypis edytorski]
270. emetyk — środek prowokujący wymioty. [przypis edytorski]
271. Ariosto, Lodovico (1474–1533) — poeta włoskiego renesansu, autor eposu rycerskiego Orland szalony, a także satyr i komedii wierszem i prozą. [przypis edytorski]
272. longueur (fr.) — dłużyzna, nudny i zbędny fragment utworu literackiego. [przypis edytorski]
273. ennui (fr.) — nuda. [przypis edytorski]
274. Horacy, właśc. Quintus Horatius Flaccus (65–8 p.n.e.) — rzymski poeta i teoretyk literatury. [przypis edytorski]
275. Homer czasem drzemie! — sens: nawet Homer czasem nie zauważy, że pisze coś głupiego. [przypis edytorski]
276. smoku — dziś popr. forma B.lp: smoka. [przypis edytorski]
277. Pope, Alexander (1688–1744) — czołowy poeta angielskiego Oświecenia. [przypis edytorski]
278. Dryden, John (1631–1700) — poeta i dramatopisarz angielski, od 1668 nadworny poeta rodziny królewskiej. [przypis edytorski]
279. Boccaccio, Giovanni (1474–1533) — włoski pisarz okresu renesansu, autor zbioru nowel Dekameron. [przypis edytorski]
280. Arystoteles (384 p.n.e.–322 p.n.e.) — filozof grecki; tu pojawia się jako autor Poetyki. [przypis edytorski]
281. łoże — tu: łożysko rzeki. [przypis edytorski]
282. trefniś — błazen. [przypis edytorski]
283. krotofila a. krotochfila (daw.) — żart. [przypis edytorski]
284. Tetyda (mit. gr.) — jedna z Nereid (boginek morskich), matka Achillesa. [przypis edytorski]
285. Pulci, Luigi (1432–1484) — poeta włoski, który spopularyzował oktawę, autor poematu Morgante, zawierającego elementy komiczne. [przypis edytorski]
286. szczutek (daw.) — pstryczek. [przypis edytorski]
287. zadość (daw.) — dosyć. [przypis edytorski]
288. kruża (poet.) — czara. [przypis edytorski]
289. Hymen (mit. gr.) — bóg małżeństwa, syn Apollona. [przypis edytorski]
290. pochop (daw.) — zapał, zapęd, chęć. [przypis edytorski]
291. usty — dziś popr. forma N.lm: ustami. [przypis edytorski]
292. Safona — gr. poetka liryczna z przełomu VII i VI wieku p.n.e., autorka głównie poezji miłosnej, często sugerującej jej miłość do kobiet. [przypis edytorski]
293. kief — w oryginale: sjesta. [przypis edytorski]
294. porać się (daw.) — zmagać się. [przypis edytorski]
295. wraz (daw.) — zaraz. [przypis edytorski]
296. krócica — broń palna o krótkiej lufie, ładowana od przodu. [przypis edytorski]
297. giaur (tur.) — niewierny, nie-muzułmanin. [przypis edytorski]
298. morzem wyrzucony — dziś: wyrzucony przez morze. [przypis edytorski]
299. gaszek a. gach (daw.) — kochanek. [przypis edytorski]
300. jatagan — rodzaj broni białej o dwukrotnie wygiętym ostrzu. [przypis edytorski]
301. wiosły — dziś popr. forma N.lm: wiosłami. [przypis edytorski]
302. galliota — (ang. gallivat) niewielka, uzbrojona łódź żaglowo-wiosłowa. [przypis edytorski]
303. sznury — dziś popr. forma N.lm: sznurami. [przypis edytorski]
304. Kasandra (mit. gr.) — córka Priama; zakochany w niej Apollo dał jej dar jasnowidzenia, lecz gdy odrzuciła jego zaloty, sprawił, że nikt nie wierzył w jej wróżby. Przepowiedziała upadek Troi. [przypis edytorski]
305. Bohea — rodzaj czarnej herbaty gorszego gatunku. [przypis edytorski]
306. Flegeton (mit. gr.) — płonąca rzeka w Hadesie, krainie umarłych. [przypis edytorski]
307. najada (mit. gr.) — nimfa rzeki, źródła lub potoku. [przypis edytorski]
308. rum — tu: rumowisko. [przypis edytorski]
309. samum — gorący i gwałtowny wiatr południowy. [przypis edytorski]
310. mdły (daw.) — słaby. [przypis edytorski]
311. Laokoon (mit. gr.) — kapłan Apollina w Troi, za świętokradztwo wraz z synami zaduszony przez węże; scenę tę przedstawia słynna starożytna rzeźba Grupa Laokoona. [przypis edytorski]
312. Gladiator — tradycyjna nazwa starożytnej rzeźby Umierający Gal. [przypis edytorski]
313. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]
314. jąć (daw.) — zacząć. [przypis edytorski]
315. jagody (daw. a. poet.) — policzki. [przypis edytorski]
316. burzan — zarośla z ostów i łopianów. [przypis edytorski]
317. firmament (daw.) — sklepienie niebieskie. [przypis edytorski]
318. Sigeum — Sigeion, starożytne miasto greckie w Troadzie. [przypis edytorski]
319. Hellespont — dziś Dardanele; cieśnina między Półwyspem Bałkańskim w Europie a Azją Mniejszą, która łączy Morze Egejskie z morzem Marmara. [przypis edytorski]
320. Bryant, Jacob (1715–1804) — autor książki o wojnie trojańskiej. [przypis edytorski]
321. Patrokles (mit. gr.) — towarzysz Achillesa, wychowujący się z nim od dzieciństwa, kiedy to uciekł na dwór Peleusa, chcąc się uchronić przed karą za zabicie rówieśnika w sprzeczce wynikłej podczas gry w kości; jeden z bohaterów Iliady Homera. [przypis edytorski]
322. wieńcy — dziś popr. forma N.lm: wieńcami. [przypis edytorski]
323. Ida — góra w Troadzie (dziś Anatolia). [przypis edytorski]
324. Skamander — rzeka pod Troją. [przypis edytorski]
325. snadnie (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]
326. Parys (mit. gr.) — syn Priama i Hekabe, królewicz trojański; porwał Helenę, żonę władcy Myken Menelaosa, co było bezpośrednim powodem rozpoczęcia wojny trojańskiej. [przypis edytorski]
327. trzebieniec — kastrat. [przypis edytorski]
328. corpo di Bacco — włoskie przekleństwo. [przypis edytorski]
329. fertyczny (daw.) — ruchliwy, zwinny. [przypis edytorski]
330. zecchini — cekiny, wenecka moneta. [przypis edytorski]
331. bajadera — tancerka. [przypis edytorski]
332. wcale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]
333. seraj — tu: harem. [przypis edytorski]
334. Nawet w tym chórze, który stroi papież — tj. w chórze kastratów. [przypis edytorski]
335. bławat (daw.) — błękitna jedwabna tkanina. [przypis edytorski]
336. firman — wydany na piśmie dekret sułtana. [przypis edytorski]
337. Janus (mit. rzym.) — bóg o dwóch twarzach. [przypis edytorski]
338. Arcades ambo — obaj Arkadyjczycy (Wergiliusz, Bukoliki, Ekloga VII). [przypis edytorski]
339. Socia doloris (łac.) — towarzyszka cierpienia. [przypis edytorski]
340. Smollet, Tobias George (1721–1771) — szkocki poeta i autor powieści przygodowych. [przypis edytorski]
341. Prior, Matthew (1664–1721) — angielski poeta i dyplomata. [przypis edytorski]
342. Fielding, Henry (1707–1754) — angielski pisarz i dramaturg, autor powieści przygodowej Tom Jones. [przypis edytorski]
343. Ariosto, Lodovico (1474–1533) — poeta włoskiego renesansu, autor eposu rycerskiego Orland szalony, a także satyr i komedii wierszem i prozą. [przypis edytorski]
344. czyli — czy z partykułą pytajną -li. [przypis edytorski]
345. ninie (daw.) — teraz. [przypis edytorski]
346. Gaston de Foix (1489–1512) — książę de Nemours, francuski dowódca wojskowy, zginął w zwycięskiej dla jego wojsk bitwie pod Rawenną. [przypis edytorski]
347. imprimatur — oficjalna zgoda kościelna na druk książki. [przypis edytorski]
348. parnaskie kreatury — muzy. [przypis edytorski]
349. I can’t get out (ang.) — nie mogę wyjść. [przypis edytorski]
350. frymarczyć (daw.) — handlować, kupczyć. [przypis edytorski]
351. seraficzny — anielski. [przypis edytorski]
352. Humboldt, Alexander (1769–1859) — niemiecki przyrodnik i podróżnik. [przypis edytorski]
353. Wilberforce, William (1759–1833) — angielski polityk, filantrop i przeciwnik niewolnictwa. [przypis edytorski]
354. bej — urzędnik turecki. [przypis edytorski]
355. wezyr — głównodowodzący armii i szef rządu w Turcji. [przypis edytorski]
356. pletnie (daw.) — baty. [przypis edytorski]
357. Osjan (mit. irl.) — Oisín syn Fionna, legendarny wojownik i bard celtycki, bohater średniowiecznych podań. Miał być autorem tzw. Pieśni Osjana, rzekomych średniowiecznych poematów celtyckich, za których odkrywcę podawał się szkocki poeta James Macpherson. Wydane zostały w języku angielskim w 1760 r. (Macpherson twierdził, że tłumaczył je z języka gaelickiego) i stały się bardzo popularne w całej Europie, wywierając wpływ na literaturę romantyczną. Mimo raportu specjalnej komisji, ogłoszonego przez Highland Society w Edynburgu w 1805 r., a podważającego autentyczność pieśni, duża część elity intelektualnej Europy uważała Pieśni Osjana za prawdziwy zabytek dawnej poezji celtyckiej, a zarazem za dokument historyczny. [przypis edytorski]
358. Owidiusz, właśc. Publius Ovidius Naso (43 p.n.e.–17/18 r. n.e.) — jeden z największych poetów rzymskich, twórca licznych elegii o tematyce miłosnej, Ars amatoria (Sztuka kochania) i poematu epickiego Metamorfozy (Przemiany). [przypis edytorski]
359. Petrarca, Francesco (1304–1374) — włoski poeta i latynista; w 1341 uwieńczony tzw. laurem poetyckim; zasłynął cyklem wierszy miłosnych (Śpiewnik), głównie sonetów, poświęconych madonnie Laurze, której tożsamość pozostaje nieznana. [przypis edytorski]
360. anathema — klątwa kościelna. [przypis edytorski]
361. azyjskie — dziś popr.: azjatyckie. [przypis edytorski]
362. rzeka Okeana — mowa o Bosforze. [przypis edytorski]
363. nawa (daw.) — statek. [przypis edytorski]
364. Kopuła Zofii — mowa o bazylice Hagia Sophia, zbudowanej w VI w. n.e., a w r. 1453 przekształconej na meczet. [przypis edytorski]
365. wehmiczny (z niem. Wehmut: smutek, melancholia) — melancholijny. [przypis edytorski]
366. Symplegady (mit.gr.) — dwie skały przy cieśninie Bosfor, strzegące wejścia na Morze Czarne. [przypis edytorski]
367. Euksyn — łac. Pontus Euxinus, Morze Czarne. [przypis edytorski]
368. nadzieje — dziś popr. forma D.lp: nadziei. [przypis edytorski]
369. zmóc (daw.) — pokonać. [przypis edytorski]
370. spektator — widz. [przypis edytorski]
371. karesy — pieszczoty. [przypis edytorski]
372. przy widdyńskim szturmie — w 1789. [przypis edytorski]
373. płochość — lekkomyślność, zmienność. [przypis edytorski]
374. płony — jałowy. [przypis edytorski]
375. snadnie (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]
376. Voltaire, właśc. François-Marie Arouet (1694–1778) — Francuski pisarz, filozof, historyk, publicysta doby oświecenia. Parał się wszelkimi gatunkami literackimi, od epopei (Henriada), przez tragedie sceniczne (Edyp, Mahomet, Meropa) po naukowe prace historyczne. Największą jednak poczytność zyskały jego drobne utwory, szczególnie zaś dowcipne, zawierające bezkompromisowe, trzeźwe sądy o świecie powiastki filozoficzne (Kandyd, czyli optymizm, Prostaczek) oraz utwory publicystyczne. Stał się wzorcową postacią europejskiego intelektualisty. [przypis edytorski]
377. z synem Filipa — mowa o Aleksandrze Macedońskim. [przypis edytorski]
378. Ammon — gr. imię egipskiego boga Amuna. [przypis edytorski]
379. słusza — rusycyzm; popr. forma: słucha. [przypis edytorski]
380. rzezaniec — kastrat. [przypis edytorski]
381. Lewant (z wł.) — kraje na wschodnim, azjatyckim brzegu Morza Śródziemnego. [przypis edytorski]
382. opłakanego losu Bartłomieja — św. Bartłomiej, jeden z 12 apostołów, męczennik, zginął obdarty ze skóry. [przypis edytorski]
383. Ezaw (bibl.) — syn Izaaka i Rebeki, starszy brat bliźniak Jakuba, który podstępem pozbawił go praw przynależnych pierworodnemu. [przypis edytorski]
384. maitre d’hótel (fr.) — szef obsługi hotelu bądź restauracji. [przypis edytorski]
385. munsztuk (daw.) — ustnik fajki. [przypis edytorski]
386. Nimrod (bibl.) — legendarny władca Mezopotamii, zapalony myśliwy. [przypis edytorski]
387. Nebukadnezar — Nabuchodonozor, imię królów babilońskich; wg biblijnej Księgi Daniela król tego imienia w ramach kary za bluźnierstwo zaczął jeść trawę jak wół. [przypis edytorski]
388. Tysbe i Piram — Piram i Tysbe to historia o nieszczęśliwej miłości, znana z Metamorfoz Owidiusza. Kochankowie pochodzili z dwóch rywalizujących ze sobą rodów, a rozmawiali ze sobą poprzez szparę w murze. W drodze na umówione spotkanie wskutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności oboje zaczęli myśleć, że drugie zostało zabite przez lwa. Każde z rozpaczy popełniło samobójstwo. [przypis edytorski]
389. Semiramida — legendarna królowa babilońska, wg niektórych podań półbogini i założycielka imperium babilońskiego. Jej imieniem nazwano babilońskie wiszące ogrody, stworzone na rozkaz króla Nabuchodonozora II (604–562 p.n.e.) i uznane za jeden z siedmiu cudów starożytnego świata. Być może pierwowzór legendy o Semiramidzie stanowi postać królowej asyryjskiej Sammu-ramat, żyjącej w IX w. p.n.e. [przypis edytorski]
390. kacerz — heretyk. [przypis edytorski]
391. pomimo wyniki — dziś popr.: pomimo wyników. [przypis edytorski]
392. Badań IMĆ Richa — aluzja do książki Memoir on the Ruins of Babylon, by Claudius James Rich, Esq., Resident for the Honourable East India Company at the Court of the Pasha of Bagdad, 1815. [przypis edytorski]
393. Horacy, właśc. Quintus Horatius Flaccus (65–8 p.n.e.) — rzymski poeta i teoretyk literatury. [przypis edytorski]
394. Sepulchri immemor struis domos (łac.) — budujesz domy na zapomnianym grobie. [przypis edytorski]
395. sieść — dziś popr.: siąść. [przypis edytorski]
396. kędy (daw.) — gdzie. [przypis edytorski]
397. jąć (daw.) — zacząć. [przypis edytorski]
398. prawy (daw.) — prawdziwy. [przypis edytorski]
399. kosa (daw.) — warkocz. [przypis edytorski]
400. wcale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]
401. Dla buntowniczych paszów sznur z jedwabi — uduszenie jedwabnym sznurem było standardową formą egzekucji wysokich tureckich urzędników. [przypis edytorski]
402. blaski — dziś popr. forma N.lm: blaskami. [przypis edytorski]
403. ikony — dziś popr. forma N.lm: ikonami. [przypis edytorski]
404. kruża (daw. a poet.) — czara. [przypis edytorski]
405. Ninon De l’Enclos (1620–1705) — słynna paryska kurtyzana. [przypis edytorski]
406. Diana (mit. rzym.) — dziewicza bogini łowów. [przypis edytorski]
407. nil admirari (łac.) — „niczemu nie należy się dziwić” a. „nic nie podziwiać”. [przypis edytorski]
408. Pope, Alexander (1688–1744) — czołowy poeta angielskiego Oświecenia. [przypis edytorski]
409. jąć (daw.) — zacząć. [przypis edytorski]
410. niewczesny (daw.) — pojawiający się w niewłaściwym czasie. [przypis edytorski]
411. zażec (daw.) — zapalić. [przypis edytorski]
412. poziomy — tu: niski, zwyczajny. [przypis edytorski]
413. ustawny (daw.) — ustawiczny, ciągły. [przypis edytorski]
414. przecz (daw.) — dlaczego. [przypis edytorski]
415. cieszyć — tu: pocieszać. [przypis edytorski]
416. giaur (tur.) — niewierny, nie-muzułmanin. [przypis edytorski]
417. na stronę — na bok. [przypis edytorski]
418. wraz (daw.) — zaraz. [przypis edytorski]
419. snadnie (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]
420. łacno (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]
421. kwapić się (daw.) — spieszyć się. [przypis edytorski]
422. Putyfarowa żona — żona Putyfara, wysokiego dostojnika egipskiego, próbowała uwieść Józefa, gdy ten przebywał w niewoli (zob. Rdz 39,6–9). [przypis edytorski]
423. Fedra (mit. gr.) — córka Minosa, żona Tezeusza; zakochała się w swym pasierbie Hippolicie; odepchnięta przez niego powiesiła się, w pożegnalnym liście oskarżając Hippolita o zakusy na jej cześć. Tezeusz uprosił wówczas Posejdona o śmierć Hippolita. [przypis edytorski]
424. wały (daw.) — fale. [przypis edytorski]
425. Miała chęć tylko jak Lear: „zabić, zabić” — William Shakespeare, Król Lear, akt IV, sc. 6. [przypis edytorski]
426. ekskuza — wymówka. [przypis edytorski]
427. Robert Stewart, wicehrabia Castlereagh (1769–1822) — brytyjski polityk,który uczestniczył w kongresie wiedeńskim. [przypis edytorski]
428. wywczas (daw.) — wypoczynek. [przypis edytorski]
429. hazard — tu: niebezpieczeństwo. [przypis edytorski]
430. bakenbardy — bokobrody. [przypis edytorski]
431. odaliska — biała niewolnica w haremie sułtana. [przypis edytorski]
432. pleskać (daw.) — klaskać. [przypis edytorski]
433. Są w losach mężczyzn... — zob. William Shakespeare, Juliusz Cezar, akt IV, sc. 3. [przypis edytorski]
434. Böhme, Jakob (1575–1624) — niemiecki mistyk i filozof religii. [przypis edytorski]
435. Manes a. Mani (216–276) — twórca manicheizmu, systemu religijnego powstałego w III w. n.e. [przypis edytorski]
436. Marek Antoniusz (83 p.n.e.–30 p.n.e.) — rzymski polityk i dowódca wojskowy, stronnik i przez matkę daleki krewny Cezara, jego główny współpracownik w czasie wojny domowej z Pompejuszem. Po zabójstwie Cezara należał do II triumwiratu, który pokonał spiskowców. Pod koniec życia wdał się w wojnę domową z Oktawianem Augustem; pokonany w bitwie morskiej pod Akcjum, popełnił samobójstwo. [przypis edytorski]
437. Egipcjanka — mowa o Kleopatrze. [przypis edytorski]
438. Gaius Iulius Caesar (100 p.n.e.–44 p.n.e.) — rzymski dowódca wojskowy, polityk i dyktator, zapewnił sobie także miejsce w historii literatury opisami prowadzonych przez siebie wojen (De bello Gallico i De bello civile). Władzę nad Rzymem przejął po zawiązaniu I triumwiratu z Gnejuszem Pompejuszem i Markiem Licyniuszem Krassusem, oraz późniejszej wojnie domowej, w której pokonał Pompejusza. Został obwołany dyktatorem w toku 49 p.n.e. [przypis edytorski]
439. do rachunkowości sprytu — por. Wiliam Shakespeare, Otello, akt I sc. 1. [przypis edytorski]
440. Medio tu tutissimus ibis (łac.) — idź najbezpieczniej: środkiem. [przypis edytorski]
441. odżenąć (daw.) — odegnać. [przypis edytorski]
442. Atanazy Wielki (ok. 295–373) — teolog, kaznodzieja, biskup Aleksandrii. [przypis edytorski]
443. czyli — czy z partykułą -li. [przypis edytorski]
444. tyran ów — mowa o Kaliguli. [przypis edytorski]
445. Briareus (mit. gr.) — sturęki olbrzym, syn Uranosa i Gai. [przypis edytorski]
446. odaliska — biała niewolnica w haremie sułtana. [przypis edytorski]
447. Kantemir, Demetrius (ros. Дмитрий Кантемир, 1673–1723) — hospodar mołdawski, autor dzieła Wzrost i upadek imperium ottomańskiego. [przypis edytorski]
448. baron de Tott — autor pamiętników z Turcji. [przypis edytorski]
449. Afrodyta (mit. gr.) — bogini miłości. [przypis edytorski]
450. Pigmalion (mit. gr.) — król Cypru, rzeźbiarz; ożenił się z ożywionym przez Afrodytę posągiem Galatei. [przypis edytorski]
451. gwebr (pers.) — członek sekty czcicieli ognia. [przypis edytorski]
452. gotowalnia (daw.) — toaletka. [przypis edytorski]
453. Lucus a non lucendo (łac.) — las od [tego że] nie lśni (przykład fałszywej etymologii). [przypis edytorski]
454. konterfekt (daw.) — portret, podobizna. [przypis edytorski]
455. na stronę (daw.) — na bok. [przypis edytorski]
456. reduta (daw.) — bal maskowy. [przypis edytorski]
457. burnus — długie arabskie okrycie wierzchnie. [przypis edytorski]
458. cyprysa — dziś popr. forma D.lp: cyprysu. [przypis edytorski]
459. nieruchomie — dziś popr.: nieruchomo. [przypis edytorski]
460. jąć (daw.) — zacząć. [przypis edytorski]
461. Marcus Iunius Brutus (85 p.n.e.–42 p.n.e.) — rzymski polityk, posiadający staranne wykształcenie. Popierał Pompejusza przeciw Cezarowi, przeszedł na stronę tego ostatniego, a w końcu uczestniczył w spisku na życie Cezara. [przypis edytorski]
462. nocy — dziś popr. forma B.lm: noce. [przypis edytorski]
463. Dywan — przyboczna rada sułtana. [przypis edytorski]
464. Ekateryna — Katarzyna II Wielka (1729–1796), caryca Rosji od 1762. [przypis edytorski]
465. Tymon — tytułowy bohater sztuki Tymon Ateńczyk Williama Shakespeare’a. [przypis edytorski]
466. karbunkuł (daw.) — rubin a. granat. [przypis edytorski]
467. Pytia — kapłanka Apollina w wyroczni delfijskiej. [przypis edytorski]
468. fryc (daw.) — nowicjusz. [przypis edytorski]
469. Gaius Sallustius Crispus (86–34 p.n.e.) — historyk i polityk rzymski. [przypis edytorski]
470. mikita (reg.) — lis; tu: spryciarz. [przypis edytorski]
471. snadnie (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]
472. gusty — dziś popr. forma N.lm: gustami. [przypis edytorski]
473. czyli — czy z partykułą -li. [przypis edytorski]
474. Lewant (z wł.) — kraje na wschodnim, azjatyckim brzegu Morza Śródziemnego. [przypis edytorski]
475. mimo (daw.) — obok. [przypis edytorski]
476. mdły (daw.) — słaby. [przypis edytorski]
477. Suwarów — Aleksandr Wasiljewicz Suworow (1729–1800), rosyjski dowódca wojskowy. [przypis edytorski]
478. perpendykularnie — pionowo. [przypis edytorski]
479. paść (daw.) — pułapka. [przypis edytorski]
480. tołumbas — rodzaj bębna. [przypis edytorski]
481. Ajaks — bohater Iliady Homera. [przypis edytorski]
482. John Bull — tj. typowy Anglik. [przypis edytorski]
483. giser — rzemieślnik odlewający przedmioty z metalu (tu: działa). [przypis edytorski]
484. siła (daw.) — wiele. [przypis edytorski]
485. wysieść — dziś popr.: wysiąść. [przypis edytorski]
486. Potemkin, Grigorij Aleksandrowicz (1736–1791) — feldmarszałek armii carskiej. [przypis edytorski]
487. fiat (łac.) — niech się stanie. [przypis edytorski]
488. Ceres (mit. rzym.) — bogini urodzaju. [przypis edytorski]
489. kusy (daw.) — krótki. [przypis edytorski]
490. rubaszka — rosyjska koszula męska, przewiązywana sznurem i nie wpuszczana w spodnie. [przypis edytorski]
491. mużyk (ros.) — chłop. [przypis edytorski]
492. Momus (mit. gr.) — bóg satyry, sarkazmu i krytyki. [przypis edytorski]
493. żmudzić (daw.) — zwlekać, marnować czas. [przypis edytorski]
494. malczyk (z ros.) — chłopak. [przypis edytorski]
495. rozhowor (z ros.) — rozmowa. [przypis edytorski]
496. Da, da, zabyłem (z ros.) — tak, tak, zapomniałem. [przypis edytorski]
497. rejment — regiment. [przypis edytorski]
498. siejczas (z ros.) — teraz. [przypis edytorski]
499. wot krasnyj maładiec (z ros.) — oto piękny zuch. [przypis edytorski]
500. słuszaju (z ros.) — słyszę. [przypis edytorski]
501. wcale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]
502. bisior — drogocenna, delikatna tkanina używana przez władców i dostojników. [przypis edytorski]
503. lubo (daw.) — chociaż. [przypis edytorski]
504. Hektor — syn Priama i Hekaby, króla Troi, brat Parysa i Helena, bohater Iliady Homera. [przypis edytorski]
505. Febus (mit. gr.) — przydomek Apolla, boga słońca. [przypis edytorski]
506. okopy — dziś popr. forma N.lm: okopami. [przypis edytorski]
507. jąć (daw.) — zacząć. [przypis edytorski]
508. Wordly, właśc. William Wordsworth (1770–1850) — poeta angielski, jeden z prekursorów romantyzmu, zaliczany do tzw. poetów jezior. [przypis edytorski]
509. cyferblecie — dziś popr. forma Msc.lp: cyferblacie. [przypis edytorski]
510. zegaru — dziś popr. forma D.lp: zegara. [przypis edytorski]
511. czyn (ros.) — ranga, szczególnie ranga urzędnicza. [przypis edytorski]
512. płochy (daw.) — lekkomyślny a. zmienny. [przypis edytorski]
513. Molwitz — Małujowice, miejsce bitwy z 10 kwietnia 1741 r. wojskami austriackimi a pruskimi; dowództwo tych ostatnich z rąk króla Prus Fryderyka II przejął w pewnym momencie feldmarszałek von Schwerin. [przypis edytorski]
514. kobuz — ptak drapieżny z rodziny sokołowatych. [przypis edytorski]
515. Dydona — postać z Eneidy Wergiliusza, założycielka i królowa Kartaginy. Główny bohater poematu, Eneasz, zakochał się w niej, po czym ją porzucił, by spełnić swoje przeznaczenie, jakim było założenie Rzymu. Dydona z rozpaczy popełniła samobójstwo na stosie. [przypis edytorski]
516. kozerna (daw.) — karta atutowa. [przypis edytorski]
517. Pall-Mall — ulica w Londynie, w dzielnicy Westminster. [przypis edytorski]
518. kędy (daw.) — gdzie. [przypis edytorski]
519. galwanizm — oddziaływanie prądu elektrycznego. [przypis edytorski]
520. Coehorn, Menno van (ok. 1641–1704) — holenderski specjalista od fortyfikacji. [przypis edytorski]
521. parapet — tu: zwieńczenie muru obronnego. [przypis edytorski]
522. pletnie (daw.) — baty. [przypis edytorski]
523. Wellington, właśc. Arthur Wellesley, 1. książę Wellington (1769–1852) — arystokrata, wojskowy i polityk, dowodził siłami brytyjskimi w bitwie pod Waterloo. [przypis edytorski]
524. Pistol — postać z dramatu Williama Shakespeare’a Henryk VI. [przypis edytorski]
525. kartauna — rodzaj działa ładowanego od przodu. [przypis edytorski]
526. Boon, Daniel (1735–1820) — dowódca, który pokonał Indian w Kentucky. [przypis edytorski]
527. opieka — dziś popr. forma 3 os.lp cz. ter.: opiekuje. [przypis edytorski]
528. wywczas (daw.) — odpoczynek. [przypis edytorski]
529. brona (daw.) — brama. [przypis edytorski]
530. baterią — dziś popr. forma B.lp: baterię. [przypis edytorski]
531. giaur (tur.) — niewierny, nie-muzułmanin. [przypis edytorski]
532. strzały — dziś popr. forma N.lm: strzałami. [przypis edytorski]
533. seraskier (tur.) — wezyr dowodzący armią. [przypis edytorski]
534. dzięgi (z ros.) — pieniądze. [przypis edytorski]
535. Włodzimierz — tj. rosyjski order św. Włodzimierza. [przypis edytorski]
536. puszka (z węg.) — armata. [przypis edytorski]
537. umią — dziś popr.: umieją. [przypis edytorski]
538. aga (tur.) — dowódca janczarów, tj. piechoty tureckiej. [przypis edytorski]
539. nargila — fajka wodna. [przypis edytorski]
540. Erynu — tj. Irlandii. [przypis edytorski]
541. moszej — zniekształcone mosques, tj. meczetów. [przypis edytorski]
542. Wellington, właśc. Arthur Wellesley, 1. książę Wellington (1769–1852) — arystokrata, wojskowy i polityk, dowodził siłami brytyjskimi w bitwie pod Waterloo. [przypis edytorski]
543. Villaintonie — gra słów od ang. villain (łotr, czarny charakter). [przypis edytorski]
544. w sprawie Marineta — sprawa roku 1818 dotyczyła nieudanej próby zamachu na Wellingtona. [przypis edytorski]
545. Cyncynnat — Lucius Quinctius Cincinnatus, rzymski patrycjusz z V w. p.n.e., sprawował urząd konsula w 480 p.n.e.; wg legendy, po upływie swej kadencji wrócił do pracy na roli. [przypis edytorski]
546. Epaminondas (ok. 420–362 p.n.e.) — strateg wojskowy i polityk z Teb w Grecji, jeden z twórców potęgi Teb; jego reformy wykorzystał macedoński król, Filip II, dzięki czemu Macedonia również stała się potęgą. [przypis edytorski]
547. larwa (daw.) — maska. [przypis edytorski]
548. cesarskiego — w oryginale mowa o Napoleonie. [przypis edytorski]
549. trzewa — dziś popr. forma M.lm: trzewia. [przypis edytorski]
550. Montaigne, Michel de (1533–1592) — francuski filozof i pisarz, prekursor eseju (Próby). [przypis edytorski]
551. przyrodzenie — dziś: przyroda, natura. [przypis edytorski]
552. Cassio — Kasjo, bohater Otella Williama Shakespeare’a. [przypis edytorski]
553. Melanchton, Filip (1497–1560) — współpracownik Marcina Lutra, profesor uniwersytetu w Wittenberdze, reformator religijny. [przypis edytorski]
554. przecz (daw.) — dlaczego. [przypis edytorski]
555. Ceres (mit. rzym.) — bogini urodzaju. [przypis edytorski]
556. Nadir Szach — Thamas Kouli Chan, (1688–1747), zdobywca Indii. [przypis edytorski]
557. podarki — dziś popr. forma N.lm: podarkami. [przypis edytorski]
558. frajlina (z niem.) — dama dworu. [przypis edytorski]
559. mdły (daw.) — słaby. [przypis edytorski]
560. borealney (z łac.) — północny. [przypis edytorski]
561. cicisbeo (z wł.) — oficjalny kochanek zamężnej kobiety. [przypis edytorski]
562. snadnie (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]
563. Parys — syn Priama i Hekabe, królewicz trojański; porwał Helenę, żonę władcy Myken Menelaosa, co było bezpośrednim powodem rozpoczęcia wojny trojańskiej. [przypis edytorski]
564. O teterrima causa (...) belli (łac.) — najwstydliwsza przyczyna wojny. [przypis edytorski]
565. Wiktoria (mit. rzym.) — bogini zwycięstwa. [przypis edytorski]
566. aliaż (daw.) — stop, mieszanka. [przypis edytorski]
567. Febus (mit. gr.) — przydomek Apolla, boga słońca. [przypis edytorski]
568. Pallas (mit. gr.) — przydomek Ateny, bogini mądrości. [przypis edytorski]
569. gach (daw., gw.) — kochanek. [przypis edytorski]
570. Klitemnestra a. Klitajmnestra (mit. gr.) — żona i zabójczyni Agamemnona, zwycięzcy spod Troi. [przypis edytorski]
571. sklep — tu: sklepienie. [przypis edytorski]
572. wcale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]
573. Epruweska (z fr.) — służąca testująca możliwości kochanka. [przypis edytorski]
574. Arno — rzeka we Włoszech. [przypis edytorski]
575. oszedziały — oszroniały, także: sędziwy. [przypis edytorski]
576. tuszyć (daw.) — mieć nadzieję. [przypis edytorski]
577. Southey, Robert (1774–1843) — angielski poeta okresu romantyzmu. [przypis edytorski]
578. łątka (daw.) — lalka, kukiełka. [przypis edytorski]
579. gunia — góralskie odzienie wierzchnie. [przypis edytorski]
580. Banko — bohater Makbeta Williama Shakespeare’a. [przypis edytorski]
581. ekspens — wydatek. [przypis edytorski]
582. antenat (daw.) — przodek. [przypis edytorski]
583. suchoty (daw.) — gruźlica. [przypis edytorski]
584. secundum artem (łac.) — zgodnie ze sztuką. [przypis edytorski]
585. hiatus (z łac.) — przerwa, luka. [przypis edytorski]
586. Baillie, Matthew (1761–1823) — anatom, lekarz Byrona. [przypis edytorski]
587. uti possidetis (łac.) — co posiadasz; zasada prawa międzynarodowego, wg której kończy się konflikt zbrojny z zachowaniem aktualnego stanu posiadania. [przypis edytorski]
588. emulacja — współzawodnictwo poprzez naśladownictwo. [przypis edytorski]
589. Ifigenia (mit. gr.) — córka Agamemnona i Klitajmnestry, z której złożono ofiarę za pomyślność wyprawy przeciwko Troi. [przypis edytorski]
590. Cuvier, Georges (1769–1832) — francuski zoolog, twórca paleontologii. [przypis edytorski]
591. alkalia — zasady. [przypis edytorski]
592. mantelzak — wojskowy worek na płaszcz, mocowany u siodła. [przypis edytorski]
593. fryc (daw.) — nowicjusz. [przypis edytorski]
594. Hundsfotl, Verfluchter — niemieckie obelgi. [przypis edytorski]
595. Becket, Thomas (1118–1170) — kanclerz Anglii, arcybiskup Canterbury, męczennik. [przypis edytorski]
596. el — ang. ale, gatunek piwa. [przypis edytorski]
597. surgit amari aliquid (łac.) — wznosi się coś gorzkiego (Lukrecjusz, De rerum natura). [przypis edytorski]
598. Machiavelli, Niccolo (1469–1527) — wł. dyplomata z Florencji, historyk, prawnik i pisarz okresu renesansu, autor traktatu o sprawowaniu władzy i cechach skutecznego politycznie władcy (Książę, 1513), a także maksymy „cel uświęca środki”. [przypis edytorski]
599. John Bull — tj. typowy Anglik. [przypis edytorski]
600. pani Fraj — Elizabeth Fry (1780–1845), angielska filantropka i reformatorka systemu więziennictwa. [przypis edytorski]
601. w Newgecie — tj. w więzieniu Newgate. [przypis edytorski]
602. Falstaff — żołnierz samochwał ze sztuk Williama Shakespeare’a. [przypis edytorski]
603. Berkeley, George (1685–1753) — filozof irlandzki, zwolennik empiryzmu, autor maksymy esse est percipi (łac.: być znaczy być postrzeganym). [przypis edytorski]
604. Paktol — złotonośna rzeka w Turcji. [przypis edytorski]
605. święta Hermandad — hiszpańskie bractwo poświęcone obronie np. miasta. [przypis edytorski]
606. God damn — angielskie przekleństwo. [przypis edytorski]
607. Kensington — dzielnica Londynu, znana ze swoich ogrodów. [przypis edytorski]
608. lucus (łac.) — las. [przypis edytorski]
609. niedostawać (daw.) — brakować. [przypis edytorski]
610. grog — napój alkoholowy na bazie rumu rozcieńczonego wodą, zwykle gorącą. [przypis edytorski]
611. szynion — rodzaj damskiego nakrycia głowy. [przypis edytorski]
612. Bedlam — potoczna nazwa Bethlem Royal Hospital, pierwszego szpitala psychiatrycznego. [przypis edytorski]
613. Mansion House — rezydencja Lorda Mayora Londynu. [przypis edytorski]
614. Diogenes z Synopy (413 p.n.e.–ok. 323 r. p.n.e.) — filozof grecki, cynik, znany z demonstracyjnej abnegacji. [przypis edytorski]
615. piekło — określenie na domy gry. [przypis edytorski]
616. Malthus, Thomas Robert (1766–1834) — angielski ekonomista, jako pierwszy zwrócił uwagę na zagrożenie przeludnieniem. [przypis edytorski]
617. fawor (daw.) — łaska. [przypis edytorski]
618. Eryn — Irlandia. [przypis edytorski]
619. czerń — tu: tłum. [przypis edytorski]
620. empressement (z fr.) — gorliwość, przesada. [przypis edytorski]
621. wcale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]
622. metier (fr.) — fach. [przypis edytorski]
623. ninie (daw.) — teraz. [przypis edytorski]
624. Coleridge, Samuel Taylor (1772–1834) — jeden z tzw. poetów jezior i prekursorów romantyzmu w literaturze angielskiej. [przypis edytorski]
625. Wordsworth, William (1770–1850) — poeta angielski, jeden z prekursorów romantyzmu, zaliczany do tzw. poetów jezior. [przypis edytorski]
626. Southey, Robert (1774–1843) — angielski poeta okresu romantyzmu. [przypis edytorski]
627. Savage Landor, Walter (1775–1864) — pisarz angielski. [przypis edytorski]
628. Keats, John (1795–1821) — jeden z ważniejszych poetów angielskiego romantyzmu, niedoceniany za życia. [przypis edytorski]
629. partykuła — tu: cząsteczka. [przypis edytorski]
630. pretorianie — straż przyboczna cesarza rzymskiego. [przypis edytorski]
631. smoku — dziś popr. forma D.lp: smoka. [przypis edytorski]
632. Nessos (mit. gr.) — centaur zabity zatrutą strzałą przez Heraklesa; przed śmiercią poradził żonie Heraklesa, Dejanirze, by podarowała mężowi tunikę nasączoną jego krwią, bo to zapewni jej wierność męża. Dejanira posłuchała rady po wielu latach; krew centaura okazała się zatruta. [przypis edytorski]
633. faeton — czterokołowy sportowy powóz. [przypis edytorski]
634. buduar (z fr.) — pokój kobiety, służący głównie do odpoczynku. [przypis edytorski]
635. spektator — widz. [przypis edytorski]
636. chybka — pomyłka. [przypis edytorski]
637. skud — złota lub srebrna moneta włoska. [przypis edytorski]
638. Gdzie Napoleon wielki? — parafraza Wielkiego testamentu François Villona, wers 357 i dalej. [przypis edytorski]
639. do kaduka — do diabła. [przypis edytorski]
640. Wigowie — angielska partia polityczna, zwolennicy monarchii konstytucyjnej a przeciwnicy absolutyzmu, funkcjonujący od XVII do XIX wieku. [przypis edytorski]
641. synekura — dobra posada niewymagająca dużo pracy (z łac. sine cura, bez troski). [przypis edytorski]
642. kongres — kongres w Weronie (1822). [przypis edytorski]
643. Carpe diem (łac.) — chwytaj dzień, przen.: używaj życia (z Horacego). [przypis edytorski]
644. furfant (daw.) — oszust. [przypis edytorski]
645. Atalanta (mit. gr.) — królewna porzucona przez ojca, który chciał mieć tylko męskich potomków; sławna łowczyni i biegaczka; niechętna małżeństwu, kandydatom na męża stawiała warunek, by ją zwyciężyli w biegach; udało się to dopiero Hippomenesowi, ponieważ Atalanta dała mu się wyprzedzić. [przypis edytorski]
646. gerylas — partyzant (w oryginale mowa o powstańcach hiszpańskich). [przypis edytorski]
647. Laffitte, Jacques (1767–1844) — dyrektor Banku Francji, polityk. [przypis edytorski]
648. mina (daw.) — kopalnia. [przypis edytorski]
649. Aurora (mit. rzym.) — bogini jutrzenki. [przypis edytorski]
650. majorat — sposób dziedziczenia własności ziemskiej polegający na przejmowaniu majątku zmarłego przez najstarszego syna lub najbliższego krewnego bądź majątek tak odziedziczony. [przypis edytorski]
651. Malthus, Thomas Robert (1766–1834) — angielski ekonomista, jako pierwszy zwrócił uwagę na zagrożenie przeludnieniem. [przypis edytorski]
652. lapsus calami (łac.) — błąd pióra. [przypis edytorski]
653. dzięgi (z ros.) — pieniądze. [przypis edytorski]
654. Plutarch (I–II w. n.e.) — grecki biograf, filozof, orator; znany z Od Augusta do Witeliusza, zbioru czterdziestu sześciu żywotów sławnych Greków i Rzymian. [przypis edytorski]
655. przecz (daw.) — dlaczego. [przypis edytorski]
656. paulo majora (łac.) — rzeczy nieco bardziej wzniosłe. [przypis edytorski]
657. umizgać się (daw.) — zalecać się. [przypis edytorski]
658. Balaam (bibl.) — postać biblijna, prorok z Mezopotamii (Lb 22–23), do którego przemówiła oślica. [przypis edytorski]
659. płochość — lekkomyślność. [przypis edytorski]
660. shocking (ang.) — szokujące. [przypis edytorski]
661. Hallam, Henry (1778–1859), autor wydanej w 1818 książki o średniowieczu. [przypis edytorski]
662. Tantae-ne — por. Wergiliusz, Eneida, Tantaene animis caelestibus irae? (czy bogowie mogą się tak gniewać?). [przypis edytorski]
663. naśledni (daw.) — następny. [przypis edytorski]
664. dowcip (daw.) — rozum. [przypis edytorski]
665. prynuka (z ukr.) — zachęta. [przypis edytorski]
666. westalka — rzymska kapłanka Westy, zobowiązana pozostać dziewicą przez czas sprawowania tej funkcji. [przypis edytorski]
667. zastanowić — tu: zatrzymać. [przypis edytorski]
668. gazem — tu: latarnią gazową. [przypis edytorski]
669. bos piger (łac.) — leniwy wół. [przypis edytorski]
670. dictum (łac.) — powiedzenie. [przypis edytorski]
671. Auzonia (poet.) — Włochy. [przypis edytorski]
672. blasé (fr.) — zblazowany. [przypis edytorski]
673. ninie (daw.) — teraz. [przypis edytorski]
674. Johnson, Samuel (1709–1784) — angielski pisarz i krytyk. [przypis edytorski]
675. karta — tu: mapa. [przypis edytorski]
676. czyli — czy z partykułą -li. [przypis edytorski]
677. Nihil admirari (łac.) — niczemu się nie dziwić a. niczym się nie zachwycać. [przypis edytorski]
678. wyskok (przest.) — spirytus. [przypis edytorski]
679. Parry, Sir William Edward (1790–1855) — brytyjski eksplorator Arktyki. [przypis edytorski]
680. fryc (daw.) — nowicjusz. [przypis edytorski]
681. fuimus (łac.) — byliśmy. [przypis edytorski]
682. kocz — rodzaj resorowanego pojazdu konnego. [przypis edytorski]
683. dwaj Arcades — dwaj Arkadyjczycy, por. Wergiliusz, Bukoliki, Ekloga VII. [przypis edytorski]
684. Cosi viaggino I ricchi (wł.) — więc podróżują bogaci. [przypis edytorski]
685. fait divers (fr.) — rozmaitości. [przypis edytorski]
686. Credo (łac.) — wierzę (pierwsze słowo modlitwy Wyznanie wiary). [przypis edytorski]
687. Pope, Alexander (1688–1744) — czołowy poeta angielskiego Oświecenia. [przypis edytorski]
688. vide (łac.) — zobacz. [przypis edytorski]
689. Caractacus — wódz brytyjskiego plemienia Katuwelaunów w I w. n.e., który przez 10 lat opierał się Rzymianom, pokonany i ułaskawiony przez cesarza Klaudiusza. [przypis edytorski]
690. mdły (daw.) — słaby. [przypis edytorski]
691. Memnony — posągi faraona Amenhotepa III; jeden z nich o wschodzie słońca pod wpływem ciepła wydawał dźwięki. [przypis edytorski]
692. robron — rodzaj sukni z trenem. [przypis edytorski]
693. Lely, Peter (1618–1680) — angielski malarz holenderskiego pochodzenia. [przypis edytorski]
694. Habeas Corpus (łac.) — dosł. abyś miał ciało; formalny protest przeciw aresztowaniu lub zatrzymaniu, którego zasadność musi zostać potem oceniona przez sąd. [przypis edytorski]
695. Komnata gwiaździsta — izba gwiaździsta, trybunał angielski wydzielony z rady królewskiej. [przypis edytorski]
696. kseres — sherry, rodzaj mocnego wina. [przypis edytorski]
697. wieńcy — dziś popr. forma N.lm: wieńcami. [przypis edytorski]
698. wilegiatura (daw.) — dłuższy, wypoczynkowy pobyt na wsi. [przypis edytorski]
699. Omne tulit punctum, quae miscuit utile dulci — zdobędzie wszystkie punkty ten, kto miesza użyteczne ze słodkim (Horacy, Ars Poetica, wers 343). [przypis edytorski]
700. el — ale, gatunek piwa. [przypis edytorski]
701. Wigowie — angielska partia polityczna, zwolennicy monarchii konstytucyjnej a przeciwnicy absolutyzmu, funkcjonujący od XVII do XIX wieku. [przypis edytorski]
702. „Punch” — satyryczne czasopismo angielskie. [przypis edytorski]
703. Marcus Tullius Cicero (106 p.n.e.–43 p.n.e.) — polityk i mówca rzymski, autor dzieł filozoficznych i przynależnych do teorii retoryki. Zasłynął wykryciem i zniszczeniem spisku Katyliny, przeciwnik Marka Antoniusza, umieszczony przez niego na listach proskrypcyjnych i zabity. [przypis edytorski]
704. arlekin (wł.) — postać sprytnego i zakochanego sługi z commedia dell’arte z końca XVII wieku. [przypis edytorski]
705. bądź ty Boozem, ja Rutą — aluzja do biblijnej Księgi Ruth; Ruth poślubiła Booza, z którego pola zbierała kłosy jęczmienia, by się wyżywić. [przypis edytorski]
706. Kitket, rozmowny mędrzec, humorysta — być może Richard Sharp (1759–1835). [przypis edytorski]
707. szmermel (daw.) — raca, fajerwerk. [przypis edytorski]
708. gêné (fr.) — skrępowany. [przypis edytorski]
709. Dolon (mit. gr.) — wojownik trojański, który wyruszył szpiegować Greków, schwytany i zabity przez Odyseusza. [przypis edytorski]
710. Saturn (mit. rzym.) — bóg rolnictwa, zasiewów i czasu, syn Urana, daw. władca bogów obalony przez swego syna Jowisza; odpowiednik gr. Kronosa. według jednego z mitów pożarł swoje dzieci, by nie przejęły władzy. [przypis edytorski]
711. przecz (daw.) — dlaczego. [przypis edytorski]
712. słusza — dziś popr. forma 3 os.lp. cz.ter: słucha. [przypis edytorski]
713. ci-devant jeunes hommes (fr.) — ci młodzi ludzie tutaj. [przypis edytorski]
714. subretka (z fr. soubrette) — postać sprytnej pokojówki. [przypis edytorski]
715. Haud ignara loquor (łac.) — nie mówię o rzeczach nieznanych. [przypis edytorski]
716. pars parva fui (łac.) — byłem małą częścią. [przypis edytorski]
717. Odi profanum (łac.) — nienawidzę nieoświeconego... (początek pieśni III, 1 Horacego: Odi profanum vulgus et arceo: nienawidzę niekulturalnego tłumu i trzymam się od niego z daleka). [przypis edytorski]
718. Parry, Sir William Edward (1790–1855) — brytyjski eksplorator Arktyki. [przypis edytorski]
719. Jazon (mit. gr.) — heros z Tesalii, przywódca wyprawy po złote runo. [przypis edytorski]
720. czyli — czy z partykułą -li. [przypis edytorski]
721. sirocco — suchy i gorący wiatr południowy lub południowo-wschodni wiejący na ziemie włoskie znad wybrzeży afrykańskich. [przypis edytorski]
722. prawy (daw.) — prawdziwy. [przypis edytorski]
723. faux pas (z fr.) — nietakt. [przypis edytorski]
724. fox-hunt (ang.) — polowanie na lisa. [przypis edytorski]
725. Mykita (reg.) — lis. [przypis edytorski]
726. farba — tu: barwa, kolor. [przypis edytorski]
727. Kupidyn (mit. rzym.) — błg miłości, przedstawiany jako dziecko z łukiem i strzałami. [przypis edytorski]
728. Dyjana (mit. rzym.) — dziewicza bogini łowów, odpowiednik gr. Artemidy, mającej świątynię w Efezie. [przypis edytorski]
729. Job a. Hiob — postać występująca w Księdze Hioba; pochodził z kraju Us. Bóg i szatan założyli się o jego wiarę, konsekwencją zakładu było zesłanie na Hioba trądu, śmierć jego rodziny i pozbawienie go bogactwa (Hi 1,14–22; Hi 2,7). Hiob, mimo namów przyjaciół, nie zwątpił w Boga za co został nagrodzony późniejszym zdrowiem, nowymi dziećmi i ponownym bogactwem (Hi 42,10–17). [przypis edytorski]
730. chamsin — gwałtowny, gorący i suchy wiatr pustynny wiejący w północnej Afryce i na Półwyspie Arabskim, pojawiający się najczęściej od kwietnia do czerwca. Porywy chamsinu wywołują burze piaskowe i pyłowe. [przypis edytorski]
731. Oxenstiern, Axel (1583–1654) — polityk szwedzki. [przypis edytorski]
732. aksjom — dziś: aksjomat, tj. zasada. [przypis edytorski]
733. Liwiusz — Titus Livius (59 p.n.e.–17 n.e.), historyk rzymski. [przypis edytorski]
734. Je ne sais quoi (fr.) — nie wiem co; nieokreślona jakość a. zaleta. [przypis edytorski]
735. Menelaos (mit. gr.) — syn Atreusa, król Sparty; jego żona Helena została porwana przez Parysa, co doprowadziło do wojny trojańskiej. [przypis edytorski]
736. Tejrezjasz (mit. gr.) — wróżbita, który część życia przeżył jako kobieta. [przypis edytorski]
737. Voilà la Pervenche (fr.) — oto barwinek. [przypis edytorski]
738. Rousseau, Jean Jacques (1712–1778) — francuski pisarz oraz filozof; postulował powrót do natury, odrzucał zdobycze cywilizacji, w tym pojęcie własności prywatnej; swój model człowieka idealnego, dobrego, wychowywanego w naturze przedstawił w dziele z 1762: Emil, czyli o wychowaniu. [przypis edytorski]
739. Medea (mit. gr.) — żona Jazona, morderczyni rywalki i własnych synów. [przypis edytorski]
740. Beatus ille qui procul negotiis — Szczęśliwy ten, kto z dala od zajęć (Horacy). [przypis edytorski]
741. Noscitur a sociis (łac.) — znany dzięki towarzyszom (poprzez przyjaciół). [przypis edytorski]
742. Wilberforce, William (1759–1833) — angielski polityk, filantrop i przeciwnik niewolnictwa. [przypis edytorski]
743. w kluby (daw.) — w dyby. [przypis edytorski]
744. Bedlam — potoczna nazwa Bethlem Royal Hospital, pierwszego szpitala psychiatrycznego. [przypis edytorski]
745. karambol — odmiana bilarda. [przypis edytorski]
746. udany — tu: udawany. [przypis edytorski]
747. larwa (daw.) — maska. [przypis edytorski]
748. wyskok (daw.) — spirytus. [przypis edytorski]
749. Alcybiades (450–404 p.n.e.) — wódz i polityk ateński, w młodości uczeń Sokratesa, jako strateg odegrał dużą rolę w ostatnich 15 latach wojny peloponeskiej; znany z wystawnego życia. [przypis edytorski]
750. dandys — elegant. [przypis edytorski]
751. Locke, John (1632–1704) — ang. filozof, polityk i ekonomista; rozwinął empirystyczną teorię poznania, stworzył nowożytną teorię tolerancji i państwa konstytucyjnego. [przypis edytorski]
752. Bacon, Roger (ok. 1214–1292) — ang. filozof i naukowiec, franciszkanin, jeden z pierwszych w nauce europejskiej zwolenników empiryzmu. [przypis edytorski]
753. improvisatore (wł.) — improwizator. [przypis edytorski]
754. Omnia vult belle Matho dicere — dic aliquando Et bene, dic neutrum, dic alicuando male (łac.) — Matho chce wszystko powiedzieć pięknie. Powiedz dobrze, powiedz zwyczajnie, czasem powiedz źle. [przypis edytorski]
755. faeton — czterokołowy sportowy powóz. [przypis edytorski]
756. laissez-aller (fr.) — pozwólcie iść. [przypis edytorski]
757. Stagiryta — przydomek Arystotelesa (384 p.n.e.–322 p.n.e.), filozofa greckiego, tu pojawiającego się jako autor Poetyki. [przypis edytorski]
758. birbant — alkoholik. [przypis edytorski]
759. Harmonia — osada w Ameryce stworzona przez emigrantów z Wirtembergii. [przypis edytorski]
760. Malthus, Thomas Robert (1766–1834) — angielski ekonomista, jako pierwszy zwrócił uwagę na zagrożenie przeludnieniem. [przypis edytorski]
761. Hans Holbein Młodszy (1498–1543) — wybitny malarz niemiecki. [przypis edytorski]
762. truna — dziś popr. forma M.lp: trumna. [przypis edytorski]
763. zmóc (daw.) — pokonać. [przypis edytorski]
764. Cezar, Gajusz Juliusz (100–44 p.n.e.) — rzym. dowódca wojskowy, polityk, dyktator i pisarz; członek I triumwiratu; zdobywca Galii; odegrał kluczową rolę w wydarzeniach, które doprowadziły do upadku republiki i początku cesarstwa w państwie rzymskim. [przypis edytorski]
765. niepodobna (daw.) — nieprawdopodobne, niemożliwe. [przypis edytorski]
766. Scott,Walter (1771–1832) — szkocki autor powieści historycznych (m.in. Ivanhoe, Rob Roy) i poeta, bardzo popularny w swojej epoce. [przypis edytorski]
767. à la bonne femme (fr.) — wykonana tak, by przypominała dobrą kobietę. [przypis edytorski]
768. jest bonne vivante (z fr.) — umie cieszyć się życiem. [przypis edytorski]
769. Lukullus, Lucius Licinius (118 p.n.e.–56 p.n.e.) — polityk rzymski, znany także z wystawnych uczt. [przypis edytorski]
770. Diogenes z Synopy (413 p.n.e.–ok. 323 r. p.n.e.) — filozof grecki, cynik, znany z demonstracyjnej abnegacji. [przypis edytorski]
771. sine qua non (łac.) — (warunek) bez którego nie. [przypis edytorski]
772. sunduk (z ros.) — skrzynia. [przypis edytorski]
773. Hekla — gorące źródło w Islandii. [przypis edytorski]
774. rozhowor (rus.) — rozmowa. [przypis edytorski]
775. filozof z Malmsbury — Thomas Hobbes. [przypis edytorski]
776. ptak (...) palladowy — sowa, ptak Ateny, gr. bogini mądrości. [przypis edytorski]
777. de cunctis (łac.) — o wszystkich. [przypis edytorski]
778. Geoffry — właśc. Goffrey z Monmouth, kronikarz angielski. [przypis edytorski]
779. quia absurdum est (łac.) — ponieważ to niedorzeczność. [przypis edytorski]
780. Nessos (mit. gr.) — centaur zabity zatrutą strzałą przez Heraklesa; przed śmiercią poradził żonie Heraklesa, Dejanirze, by podarowała mężowi tunikę nasączoną jego krwią, bo to zapewni jej wierność męża. Dejanira posłuchała rady po wielu latach; krew centaura okazała się zatruta. [przypis edytorski]
781. tuizm — neologizm od łac. tu: ty. [przypis edytorski]
782. Pope, Alexander (1688–1744) — czołowy poeta angielskiego Oświecenia. [przypis edytorski]
783. Hebe (mit. gr.) — córka Zeusa i Hery, personifikacja młodości. [przypis edytorski]
784. Kąpielowy Przewodnik — książka Christophera Ansteya (1724–1802). [przypis edytorski]
785. bouts rimés (fr.) — gra towarzyska, polegająca na dopisywaniu wierszy do zadanych słów, które miały pojawiać się w pozycji rymowej. [przypis edytorski]
786. elukubracja — długa i wygłoszona z widocznym wysiłkiem wypowiedź. [przypis edytorski]
787. oremus (łac.) — módlmy się. [przypis edytorski]
788. ciura — pachołek w obozie wojskowym. [przypis edytorski]
789. en avant! (fr.) — naprzód! [przypis edytorski]
790. Bachus (mit. rzym.) — bóg wina. [przypis edytorski]
791. Ceres (mit. rzym.) — bogini urodzaju. [przypis edytorski]
792. spiec raka (daw.) — zarumienić się. [przypis edytorski]
793. ciały — dziś popr. forma N.lm: ciałami. [przypis edytorski]
794. z surowych schodzić dróg Cockera — tj. popełniać błędy w obliczeniach (Cocker był autorem podręcznika matematyki). [przypis edytorski]
795. Anakreont (570 p.n.e.–ok. 485 p.n.e.) — grecki poeta znany z krótkich utworów miłosnych. [przypis edytorski]
796. Venus Alma — dosł. Wenus Karmicielka; por. „(...) genetrix hominum, divômque voluptas, Alma Venus!” Lukrecjusz, De Rerum Natura, księga I, w. 1, 2. [przypis edytorski]
797. mdły (daw.) — słaby. [przypis edytorski]
798. sans culotte (fr.) — bez spodni. [przypis edytorski]
799. Lasciate ogni speranza voi ch’entrate (wł.) — Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie (napis na bramie piekieł według Boskiej komedii Dantego). [przypis edytorski]
800. żurzyć się (daw.) — złościć się. [przypis edytorski]
801. wcale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]
802. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]