Pamiętnik Justyny
Gdy Justyna1 przyjechała do Krakowa2, cała maszyna była już puszczona w ruch. Uderzyło ją to w pierwszej chwili, gdy dostała się do dzielnicy.
Przyjechała strudzona i wyczerpana po całotygodniowych tarapatach. Od kilku dni w ciągłych rozjazdach, noc w noc w innej miejscowości, przy tym co dzień wstawać przed świtem, kilometry przebywać pieszo — i żyć w bezustannym napięciu nerwowym. Z otoczonego policją miasteczka musiała wyciągać z narażeniem życia swoich najbliższych, którzy sami już poradzić sobie nie zdołali. Więc najpierw Witka3, potem matkę starą, aż wreszcie, w ostatniej już niemal chwili — rodziców Marka4. Trwało to kilka zaledwie dni; wysiłek ten był tak wielki, ciągłe niebezpieczeństwo tak poważne, że Justynę wyczerpało to ogromnie. Przy tym środki lokomocji, utrudnione połączenia, dziesiątki kilometrów przebywanych furmanką i dorożką, to znów dla kontrastu motocyklem, wyczekiwanie godzinami na stacjach kolejowych, po nieprzespanych nocach, przy ciągłym strachu o swoich najdroższych, których się musi, musi ratować — wszystko to razem sprawiło, że Justyna, choć szczęśliwa i pełna zdrowego samopoczucia, z trudem dowlokła się na spuchniętych nogach do dzielnicy. Oczy miała podkrążone, twarz dziwnie bladą i tylko jedno w niej było marzenie: położyć się do łóżka i spać, spać choćby tydzień cały. Ale gdy tylko zbliżyła się do drutów kolczastych i gdy usłyszała gwar, bijący z gęsto zarojonych ulic, gorąca fala uczucia napłynęła do serca i zmęczenie prysło jak bańka mydlana. Już zza kolczastej balustrady wyzierała do niej ta i owa znajoma twarz, zresztą wszystkie te znękane oblicza były dziwnie drogie i bliskie. Więc też ogarnęła ją gorąca chęć uściśnięcia tych wszystkich, których nie widziała od roku blisko, i tych, z którymi rozstała się przed tygodniem zaledwie.
Jakże rojno było teraz w Krakowie! Ta dzielnica, która przed miesiącem zaledwie przeżyła największą burzę, skąd uciekano na wszystkie możliwe strony, stała się teraz gwarnym schroniskiem, do którego, niby do bezpiecznego azylu, uciekali ludzie z najrozmaitszych miast. I słusznie stał się Kraków centralną siedzibą ruchu, bo w tej chwili nie było już więcej żadnego punktu. Ostatnia fala wysiedleń zmiotła do reszty wszystkie ostatnie skupienia. Tylko że — nauczeni doświadczeniem — ludzie nie czekali już na ostatnią chwilę, ratowali się, póki czas. Więc gdy się szło ulicą i raz po raz napotykało dawne znane twarze, mimo woli chciało się pytać: „A ty skąd się uratowałeś?”.
Bo tak też było istotnie. To, co Justyna przeżyła w ciągu ostatniego tygodnia, to samo przeżywali wszyscy inni, uciekając z oblężonych miast — i to dokąd? Do drugiego, które za dzień, dwa spotykał ten sam los. Więc uciekało się ze wsi do miasta, a w kilka dni z miasta do miasteczka, a gdy znów „akcja”5 ustała, zakradło się do miasta z powrotem. Już nikt nie miał wątpliwości, że to był ratunek tymczasowy, że tak długo będą w kółko uciekać tam i z powrotem, aż sił zabraknie albo ostatnie pieniądze się wyczerpią lub — co też było najpewniejsze — „akcja” zaskoczy ich gdzieś nieprzygotowanych. Ale ratowali się mimo tej pewności, że to tylko na tydzień lub dwa przedłużają sobie życie. I może nie czynili tego dla samej chęci życia. Szczerze mówiąc, wszystkim już życie obrzydło, wszyscy mieli już dość tej ciągłej, panicznej ucieczki. I nieraz przyłapywali się na ukrytym pragnieniu, by to się wreszcie skończyło, by ich raz zaskoczyło nagle, niespodziewanie, tak, by nie wyrzucać sobie, że się poddali. Ot, tego nie chcieli jedynie: poddać się.
„Wpadniemy w ich ręce wcześniej czy później — mawiali starsi, już zrezygnowani mężczyźni — ale nie musimy im przynajmniej ułatwiać roboty. Niech nas ścigają, żeby im przynajmniej trochę nerwów napsuć, aż nas złapią w pułapkę”.
Jeszcze w nich nie było bojowego ducha, który chciałby wrogowi stawić męski opór. Ale czemu się dziwić? Kto wraz z nimi nie przeżył trzech lat pomiatania, poniżania, szczucia i ciągłego chwytania się kurczowo życia, ten mógł ich z wyżyn swego wygodnego dobrobytu potępiać. Ale gdyby zajrzeć w te zamroczone dusze, zrezygnowane i obolałe, gdyby przez godzinę żyć w tej czarnej beznadziei i wiedzieć, że to wszystko i tak jest bezcelowe, że u kresu tego wszystkiego i tak wypisana jest ohydnymi zgłoskami śmierć, musiałoby się wtedy czuć tak jak i oni i powiedziawszy sobie: „niech będzie, co być ma” — czekać, aż to nastąpi. Inaczej było z młodymi. W nich się naprawdę rwało do życia i nie chcieli się poddać za nic. A ta chęć życia właśnie parła ich do czynnego oporu. To było istotnie ciekawe. Bo, pragnąc życia, nade wszystko gotowi byli pójść do walki, która przecież prowadziła na pewną śmierć. To była w nich ta niespożyta siła młodości, ta żywotność, która wzmagała się, im cięższy był ich los.
Więc też, uciekając przed wysiedleniem, wszyscy kierowali się na Kraków. Nie wiedzieli jeszcze nic o nowej decyzji. Żadnych okólników ani listów nie wysyłano przecież w tej sprawie. Ale wszyscy na odległość wyczuwali, że teraz się musi coś rozpocząć w ruchu i że tam, w Krakowie, na pewno się coś gotuje.
Toteż gdy Justyna w niedzielę przed wieczorem weszła do dzielnicy, otoczył ją krąg jakiś swojski i domowy i czuła, że tu jest jej miejsce. Ani śladu uczucia bezdomności — uciekła przecież przed wysiedleniem — tylko poczucie bezpieczeństwa i — o ironio! — radości, że jest wreszcie wśród swoich. Było ciepło i miło, więc tłumy ludzi wyległy na ulicę i gwar się niósł między wysokimi domami. Ktoś Justynę prowadził przez wąską bramkę, ktoś ją ujął pod ramię i pomógł wlec się na obolałych nogach, a ona pozwoliła prowadzić się jak małe dziecko.
Nawet nie wiedziała, kogo spotkała zaraz na wstępie: wszystkie twarze zlały się w jedną, serdeczną całość i tak jej pozostały w pamięci. Słyszała słowa, gorące słowa powitania i było jej tak dobrze jak nigdy.
— A tak na ciebie czekamy — mówił jakiś głos (naprawdę nie pamięta, czyj) — tak bardzo się niepokoiliśmy wszyscy, boś miała być jeszcze w piątek, a dziś już jest niedziela.
— Och, miałam przygód bez liku! A im szybciej chciałam dostać się do was, tym trudniej mi było znaleźć połączenia, ale wreszcie jestem i upadam ze znużenia.
Z domów wyłaniały się coraz to nowe twarze.
— Gdybyś wiedziała, jaki zaniepokojony jest Marek! Szkoda, żeś nie słyszała, jak się złościł na Józka6, na Halę. Zjechał ich, krótko mówiąc, po swojemu. A z jakiego to dziś powodu? Z żadnego, po prostu z tej przyczyny, że był zdenerwowany, teraz się chyba już uspokoi.
Justyna spiekła raka. Wiedziała przecież, że Marek będzie zaniepokojony jej dwudniowym spóźnieniem, ale że o tym wszyscy mówić będą, nie przypuszczała w ogóle. Toteż zaśmiała się głośno, żeby pokryć zmieszanie, i taką roześmianą właśnie ujrzał Marek. Już go zdążyli zawiadomić, że przyjechała, więc zdołał się wyrwać na chwilę, żeby ją przywitać i teraz przepychał się ku niej poprzez tłumy.
A gdy stanęli twarzą w twarz i Justyna poczuła w uścisku jego wąską, twardą dłoń, wiedziała już wszystko w okamgnieniu. Więc to nie był przypadek, że odpowiedzialność za całą rodzinę, za obie matki, za ojca i Witka spadła wyłącznie na Justę. Że w tej najcięższej może chwili była sama, zdana na własne siły, własną zaradność i spryt. Teraz już wszystko było dla niej jasne: dla Marka skończyło się życie osobiste. Odtąd „sprawa” porwała go w swe tryby i tylko ona ma dla niego wartość. Wszystko inne ma dla niego znaczenie pośrednie, tylko ona jedna ma dla niego wartość wyłączną, bezwzględną.
I kiedy patrzyła na jego, jakby w brązie wykute, rysy, na stalowe błękitne oczy — czuła wyraźnie, że on już jej nie widzi, że poprzez jej postać patrzy w dal czy w przyszłość, w to, co ma nastąpić i co zajmie pierwsze miejsce w jego życiu.
— Mam tylko chwilę czasu — powiedział. A Justa wiedziała dobrze, że tak powie, że odtąd już zawsze będzie miał tylko chwilkę czasu.
— Odstawiłaś wszystkich na miejsce? W porządku?
— Najlepszym.
— A czemu wracasz tak późno? Tak się bałem, że coś złego zaszło.
— Miałam moc przygód i tyle chcę ci opowiedzieć.
— Oczywiście. Muszę wiedzieć wszystko, ale teraz mam jedną chwilę wolną — tu nachylił się nad jej uchem — jest posiedzenie. Rozumiesz? Później, wieczorem, wstąpię do ciebie i pogadamy. Teraz idź i wypocznij.
Przechodzili koło jakiejś żółtej kamienicy. Marek gwizdnął krótki sygnał. Z okna na pierwszym piętrze wychylił się Dolek7.
— Jest — zawołał Marek lakonicznie, wskazując na Justę. Posłali sobie z daleka serdeczny uśmiech. Nie mówili nic. „Tam pewnie odbywa się to posiedzenie” — myślała Justyna. I ogarnęło ją wzruszenie, coś jakby nabożeństwo dla tych narad, które jej się wydały jakieś wielkie i tajemnicze, dalekie i dla niej nieosiągalne. Sama od lat już należała do kierownictwa ruchu, brała udział w najpoważniejszych naradach. I dawno już minęły czasy, kiedy ogarniało ją święte drżenie na myśl o jakichś naradach. A przecież teraz poczuła się jakaś malutka, onieśmielona i z pewnego rodzaju pietyzmem zapytała:
— To tu się odbywa posiedzenie?
Marek nie odpowiedział. Ktoś stał blisko, za blisko, by swobodnie rozmawiać, więc tylko porozumiewawczo mrugnął okiem, a Justynie przeszło przez myśl: „Konspiracja”. Jakie teraz inne wszystko. Kiedyż to Dolek ostatni raz był w Wiśniczu8? Chyba, że dwa tygodnie temu. Kilka dni po rozwiązaniu placówki w Kopalinach9 przyjechał. Właściwie wzywano go, bo w pierwszej chwili, kiedy utracono punkt, zdawało się, że trzeba coś przedsięwziąć, że musi się go stanowczo odbudować albo zdobyć inny w okolicy. Ale on przyjechał i potraktował sprawę z zupełnym spokojem.
— Nie ma czego żałować — mówił. — Te Kopaliny to był sen, z którego i tak trzeba się obudzić. Mógł trwać może tydzień jeszcze lub dwa, ale to już i tak musiało się skończyć. Więc czegóż wam żal? Tych dwóch tygodni? Moi kochani, za miesiąc i tak nie będzie śladu z siedzib ludzkich, co od setek lat wrosły w swoją glebę. My się tylko cieszyć możemy, żeśmy tak pięknie i twórczo spędzili lato. A któż wie, czy ono nie jest ostatnie.
Potem miedzami — był cudny poranek — poszli w dół, gdzie pola łagodnie opadały ku strumieniowi. Cicho było i błękitno. W dali żniwiarze pobrzękiwali kosami. Spokój, niczym niezmącony, osiadł na ścierniskach. Siedzieli we czwórkę. Antek10, Dolek, Marek i Justa. Padały słowa — przysięgi. O tym, że pójdą i oddadzą się bez reszty. Że już za późno chwytać się tego, co mija, co bezpowrotnie się kończy. Że darmo się chwytać przeszłości, że życie trwa tylko dziś, a jutro jest niewiadome.
Albo że jedno jest wiadome — że jutra dla nas nie ma. Więc póki trwa jeszcze dziś — trzeba tworzyć. Boże! Tworzyć? Niszczyć, niszczyć, niszczyć, ile sił tylko w młodych mięśniach pozostało. Bo tylko w niszczeniu jest nasza moc. Tego jednego jeszcze warto się imać. Wszystko inne przemija — tylko to, co zniszczymy, pozostanie.
Paradoks to był, jakich mało. Oni, młodzi, silni, w których mocy było światy budować, którzy od lat dzień w dzień wznosili gmach wiary w prawego człowieka — teraz mieli uwieńczyć swe życie przelewem krwi, dywersją, sabotażem, przewrotem, niszczeniem, zagładą...
W dali kosiarze równymi, spokojnymi ruchami pochylali się i podnosili, a słońce powoli toczyło się po błękitnym niebie. Dziś, po dwóch tygodniach — są już na drugim etapie! Wtedy to było postanowienie — dziś się rozpoczęła praca. Może nie praca sama w sobie, ale część przygotowawcza. Już nie na tle łąk i skoszonych pól, ale wśród czterech zakonspirowanych ścian toczą się narady.
Justyna nie orientuje się, jak sprawa stoi. Ale wie, że wszystko ruszyło już z miejsca. Kiedy Marek przyjdzie do niej wieczorem, dowie się może tego i owego. Na razie musi posłusznie iść do domu.
Po chwili już ktoś inny obejmuje ją serdecznie. Przed nią stała Hanka11, siostra Anna, opiekunka i wprost matka wszystkich strapionych i cierpiących.
— Masz nogi zupełnie opuchłe — zawołała od razu. — Zdejm te ciężkie buciki i wdziewaj moje drewniaki. I to szybko!
Stoją wśród trotuaru12, hamują ruch uliczny, bo Hanka uparła się, że Justa musi zmienić obuwie.
— A teraz chodź do domu i marsz do łóżka, wyglądasz jak z krzyża zdjęta, takaś umęczona!
— Hanuś kochana, już rok blisko nie widziałam cię! — mówi Justyna, wzruszona.
— Nic się nie zmieniłaś, dziewczyno, nic, choć wychudłaś ogromnie!
I cieszą się sobą, i mówią jedna przez drugą, pytania mijają się z odpowiedzią, a oczyma obejmują się serdecznie.
A tu wciąż nowi ludzie podchodzą, nowe uściski dłoni, nowe słowa powitania, a poprzez nie bije jedna wspólna, choć nie wszystkim jeszcze jasno uświadomiona, myśl, że spotykają się teraz, jakby na przełomie, jakby o zmierzchu jednej, a u świtu drugiej, nowej w ich życiu epoki.
Justyna podrywa się. Zawsze, kiedy myśl jakaś wzbiera w niej, coś ją ponosi, coś nie pozwala tak spokojnie trwać w bezczynności, gdy tyle wielkich rzeczy czeka spełnienia.
— Jutro wstanę — postanawia. — Dość już wypoczynku, trzeba się zabrać do roboty13.
Mijały dni, a Marek nie wracał. Te chwile wyczekiwania na powrót były najstraszniejsze, wprost koszmarne. Kiedy Justyna, leżąc w łóżku, myślała o tym, że powinien już był wrócić, uświadomiła sobie w całej pełni ciężar zadania, jaki wzięli na siebie. Nie byli pierwszymi w dziejach ludzkości powstańcami, nie oni pierwsi chwytali za broń, aby obalić stary porządek rzeczy. Od wieków, od najdawniejszych czasów, jakie historia pamięta, zawsze była garstka szaleńców, co porywali się z motyką na słońce i szli śmierci na przeciw.
Byli młodzi i rzeczą niemal naturalną był fakt, że obrali drogę rewolucyjną. Ale też byli Żydami — i tu była istota zagadnienia. Tu tkwiła najtragiczniejsza trudność zadania.
Trzeba się cofnąć do średniowiecza, żeby zrozumieć, co to znaczy ograniczyć człowieka do ostateczności, wyrugować ze wszystkich dziedzin życia, odsunąć od wszelkich zdobyczy świata cywilizowanego, zamknąć po prostu w klatce z drutów kolczastych i powiedzieć mu: „tu siedź i czekaj na śmierć, którą ci sami zgotujemy”. A może nawet i średniowiecze nie znało tej pętli, która się coraz bardziej zaciska dokoła szyi człowieka, aż wreszcie skazaniec na niej zawiśnie i nie kona wcale, tylko dusi się, dusi, w pełni świadomości, że nie wydostanie się z niej nigdy. Któryż to zresztą z kodeksów świata znał tyle zakazów, tyle ograniczeń, tyle przepisów, za których przekroczenie niezmiennie należała się kara śmierci! To prawda, że tę śmierć zadawało się bez prawnej przyczyny, ale jeżeli ktoś usiłował wyrwać się ze szponów zagłady i bronić się normalnym prawem do życia, czekał już na niego najeżony wyrokami śmierci najstraszniejszy kodeks świata. Kto opuścił mury getta14, ten zasłużył na karę śmierci. Kto pokazał się na ulicy bez biało-niebieskiej opaski na prawym ramieniu — ten zasłużył na karę śmierci. Kto wszedł do tramwaju, dorożki, pociągu, autobusu — ten zasługiwał na karę śmierci.
Nie trzeba wcale stać się rewolucjonistą, żeby narazić się na śmierć. Wystarczyło być sobą, wystarczało zrobić jeden krok, żeby wpaść w pułapkę, perfidnie nastawioną na Żyda.
W getcie można było tylko skonać lub czekać biernie na wysiedlenie i skończyć gdzieś w kaźni gazowej. Kto jednak chciał czegokolwiek dokonać, ten musiał wyjść z dzielnicy — i tu już rozpoczynała się najcięższa z walk.
Tak łatwo było powiedzieć: „uciekajcie przed wysiedleniem!” A przecież jak się wydostać zza kolczastego drutu obstawionego policją? Jak postawić pierwszy krok na wolnej ulicy? Dojrzą opaskę na ramieniu i — już kula w łeb. Zrzucić ją? Kiedy spostrzegą, jak zsuwa się ta biała symboliczna opaska, wydadzą człowieka wprost w ręce policji. Gdyby się ukryć w najciemniejszej nawet bramie i tam dokonać tej zasadniczej zmiany dekoracji, ktoś tam zawsze dostrzeże, że wszedłeś do bramy Żydem, a wyszedłeś niby — kto? No, niby kto? Bo, żeby po stokroć zrzucić opaskę, musiało się być sobą nadal. Było się po prostu Żydem — bez opaski. Zdradzało się swoje żydostwo każdym poruszeniem pełnym niepokoju, każdym krokiem niepewnie postawionym, pochyleniem pleców, na których — zdawałoby się — legło jarzmo niewoli, spojrzeniem jakby szczutego zwierzęcia, całą postacią, twarzą, oczyma, na których getto wycisnęło swe piętno. Było się po prostu Żydem, nie tylko przez kolor oczu, włosów, cery, przez kształt nosa, przez swoją rasę. Było się nim przez brak tupetu, pewności siebie, przez akcent mowy, przez sposób wyrażania się, przez odrębne zachowanie i Bóg wie, przez co jeszcze. Byłeś nim dlatego po prostu, że wszyscy chcieli go widzieć w tobie, wszyscy na cię chcieli szczuć i nie mogli znieść, że uciekasz przed śmiercią. Na każdym kroku zaglądano w oczy, bezczelnie, podejrzliwie, wyzywająco, aż się biedny człowiek mieszał, oblewał rumieńcem, spuszczał wzrok — i okazywał się Żydem. Więc nim się wydostał na pierwszą stację kolejową, już miał za sobą cały szereg bitew rozegranych wzrokiem, szereg bezsłownych zmagań z nieprzyjacielem ukrytym w każdym przechodniu, nierzadko kilka przepraw z szantażystą, potem w kieszeni ledwie pozostawały pieniądze na podróż do najbliższego miasteczka. A gdy dotarł wreszcie do upragnionej stacji, znajdował się nagle pod obstrzałem spojrzeń ludzi umundurowanych. Liczne formacje policyjne wypuszczono po to tylko, by tropiły zamaskowanych Żydów. Tajniacy, Niemcy, Ukraińcy, wśród których właśnie pobratymcy faszystowskich elementów grali pierwsze skrzypce. Ileż zimnej krwi trzeba było zachować, żeby dumnie, z głową podniesioną, przejść przez westybul15, ostro odpalić natrętne spojrzenie tajniaków i ze swadą wedrzeć się do wagonów. A tu dopiero rozpoczynało się panowanie motłochu. Przed oczyma tych warstw, wyzutych z wszelkiej subtelności, nie sposób było uciec. Prześwidrowali oni każdego na wylot, w każdym wywąchali Żyda, żeby go natychmiast oddać policji lub w najlepszym wypadku dręczyć, szantażować, grozić, aż w nim do reszty osłabnie duch i będzie pragnął śmierci jako najwyższego zbawienia.
Nierzadko — przy największym wysiłku nerwowym — udawało się zmylić ślad. Ale nigdy nie można było uniknąć najprzykrzejszych rozmów, burzących krew w żyłach człowieka. O czym? O Żydach. Że dobrze im się stało. Że czas już najwyższy. Że słusznie ich kara spotkała; że uciekali, ale na szczęście ich schwytano. Że chcieli zabrać ze sobą złoto, ale im na czas odebrano... Gadki, podłe oszczerstwa, nikczemne kłamstwa, a nade wszystko radość, niska, zwierzęca wprost radość z tego, że giną setki tysięcy dzieci, kobiet, starców. Jak hieny, co wypatrują padlinę, tak oni czekali na mienie żydowskie, na domy pozostawione bezpańsko, by rzucić się na nie i grabić, rabować...
A tu w kącie wagonu siedzi człowiek, który jeszcze nie przebolał straty swych najdroższych i ani jeden mięsień nie śmie drgnąć na jego twarzy. Bo jeśli zdradzi wzburzenie lub ból, ho, ho, to to na pewno jest Żyd. Więc wewnątrz tam krew się burzy w człowieku, a z zewnątrz nosi kamienną maskę i ani na chwilę nie wolno mu uchylić przyłbicy, bo — biada mu!
Kto odbył jedną taką podróż i wyszedł z niej cało, ten słusznie mógł opowiadać odyseję o swych przeprawach. Dla innych podróż była przedsięwzięciem bardziej lub mniej wygodnym. Dla Żyda każde wyruszenie na krok za drutami było przedzieraniem się przez ogień bojowy i — jak na froncie, tak i tu — mógł osłaniać człowieka tylko przypadek. Przypadek i wewnętrzna siła człowieka. O tę to siłę — by wreszcie zahartować ją w sobie — trzeba było przejść olbrzymi proces myślowy, w którym można się było oczyścić i podnieść lub spodlić się i upaść. Droga była wąska i śliska, wielu się na niej potykało i usuwało w przepaść poniżenia. Jak łatwo było popaść w uczucie pogardy dla siebie samego! Czyż więc mogli poniżyć się tak dalece, by kryć się ze swoim żydostwem, oni, którzy od lat z dumą obnosili się ze swym imieniem i butnie stawiali czoła tym, co odważyli się rzucić zniewagę Żydowi? Oni, którzy całą swą beztroską młodość oddali sprawie żydostwa i w jego odrodzeniu widzieli sens swego życia, oni mieli teraz, choćby przez chwilę, zaprzeć się siebie i tchórzowsko ukrywać swe pochodzenie?
To była jednak konieczność, nieunikniona konieczność, bez której nie posunęliby się ani o krok naprzód. Więc pokonawszy w sobie pierwszy bunt, który kazał odsłonić przyłbicę i rzucić motłochowi wyzwanie, postanowili zamaskować się. Nie było rzeczy, której by się nie chwycili dla osiągnięcia celu. Każdy środek stawał się święty wobec wielkości zadania. Nie to, że pozornie zaparli się siebie. W gruncie rzeczy wzmogła się ich osobowość, spotęgowała, po prostu — dusza ich się ustokrotniła. Czym bardziej rozpierała ich od wewnątrz duma, czym skrzętniej ukrywali swoje żydostwo, tym większa w nich była radość, że są Żydami i pozostaną nimi do ostatniej chwili życia. Nigdy, ani przez chwilę, nie błysnęła im taka myśl, że gdyby nie to żydostwo, nie staliby teraz nad przepaścią. Nie żałowali tego i tylko to ich napełniało goryczą, że nie mogą otwarcie wystąpić i jako Żydzi swą walkę prowadzić. Jedynie otwarta walka dałaby im pełne zadośćuczynienie. Wierzyli jednak, że kiedyś taka chwila nastąpi i w jej oczekiwaniu działali na razie w ukryciu.
Była to odwrotna strona ich konspiracji, a właściwie pierwsza jej część. Inni mieli ukryć swą działalność i wszystko, co jej podlegało — oni musieli zakonspirować siebie, swoje pochodzenie, swój wygląd, obyczaje, mentalność, swoje myśli, drogie i od lat w duszy pielęgnowane, a po tym dopiero swą pracę. Czy ktoś kiedykolwiek zdoła zrozumieć tę gromadę szaleńców, co jako ludzie i Żydzi już dawno nie mieli prawa jeść, a żyjąc wbrew temu prawu czy inaczej bezprawiu — chwytali za broń? Przecież wystarczyło ukazać się na ulicy, jeszcze bez broni w kieszeni, bez jakichkolwiek partyzanckich zamiarów, by wpaść. Czy ktoś kiedykolwiek zrozumie strach rewolucjonisty przed potknięciem się, nim jeszcze wyruszy w teren? Czy ktoś pojmie obawę przed śmiercią, która nastąpić może, zanim dokona się czegokolwiek dla sprawy? Przecież nikt z nich nie bał się śmierci, ale wszyscy się obawiali tego, że zostaną pojmani za wcześnie, że wpadną w ręce władz przez jakąś drobnostkę, a nie przez prawdziwą robotę. I jeśli mieli jeszcze osobiste pragnienie — to tylko, żeby umrzeć godnie, żeby nie znaleźć się w głupiej sytuacji, żeby zginąć w walce.
Ku temu więc szły pierwsze ich wysiłki, jak zamaskować się. Charakteryzacja, ubiór, typ — oto, co stało się ich codzienną troską. Fizjonomia16 i zewnętrzny wygląd stał się sprawą tak poważną, że niemal wszystkie kryteria wartości człowieka uległy zmianie. Ten, kogo cechowała prawdziwa odwaga i męstwo, nie był jeszcze wystarczającą wartością, skoro nie posiadał jeszcze odpowiednich warunków zewnętrznych. Ostatecznie umieli sobie dzielnie z tym radzić. Pomagała im w tym młodość i duma, jakiej im nie brakło. Na ich świeżych obliczach getto nie zdołało wycisnąć niewolniczego piętna. Opuszczali dzielnicę z hardo podniesionym czołem, szli przed siebie mocnym, prężnym krokiem, stąpali z taką pewnością siebie, że zmuszali innych do zejścia im z drogi. Nikt w nich nie wyczuwał ludzi szczutych, nikt nie odważyłby się poniżyć ich lub rzucić obelżywe słowo. A przecież ich bezpieczeństwo osobiste wisiało na jednym włosku. Wystarczyło jedno wspomnienie, jedna refleksja, aby czoło zasępiło się momentalnie, oczy zasnuły się jakąś mgłą, na rysach osiadł dziwny smętek — i piętno zgnębionego żydostwa wyryło się na całej postaci. W takiej chwili nie uratuje człowieka ani płowa czupryna, ani siwe oczy, ani nos zadarty, bo poprzez wszystko zewnętrzne wybija się z całą mocą dusza żydowska, której już nic nie zdoła zataić.
Zresztą takich słabych momentów bywało więcej. Ileż to pięknych dziewcząt zwracało na siebie uwagę swą egzotyczną urodą! Na darmo rozjaśniały swe kruczoczarne warkocze; ciemne oczy zachowywały swój tęskny wyraz i były zawsze świadkami ich niezwykłej, semickiej piękności. Za każdym zakrętem, na każdym przystanku tramwajowym kryło się niebezpieczeństwo. Tu dawny znajomy, tu szantażysta, tu tajniak, tu znów policjant o zbyt wnikliwym wejrzeniu, tu wreszcie rewizja osobista, słowem — każda droga najeżona przeszkodami, przez które trzeba przedrzeć się niczym przez puszczę dziewiczą. Bo też dziewiczy był dla nich ten teren. Nigdy dotąd nie odgrywali w życiu żadnej „roli”, byli zawsze i wszędzie sobą. Toteż, nim jeszcze wkroczyli na drogę czynnej walki, rozpoczęli swoją odrębną walkę, którą z góry już mogli przypłacić życiem. Można było — i trzeba było — swą rolę grać do końca. Ileż to razy, już w rękach policji, trzeba było szamotać się i wypierać swego żydostwa do ostatka. Ale ile też siły potrzeba do tego!
Najczęściej nerwy naprężone nie wytrzymywały dłużej i pękały w decydującej chwili jak postronki. Więc w tym ostatnim momencie przychodziła desperacka myśl: żyłem jako Żyd, więc umrę jako Żyd! Już cisnęły się na usta słowa przyznania, ale nagle nowa refleksja kazała ratować się, raz jeszcze ratować się dla dobra sprawy i nerwy napinały się na nowo, by zwyciężyć ostatecznie.
W większości wypadków jednakże decydował przypadek, a tu trudno było mówić o zwycięstwie. A teraz, skoro Marek nie wraca, niepokój wciąż wzrasta w Justynie. Wczoraj wprawdzie nadszedł ostatni telegram — do chwili obecnej ileż mogło się zdarzyć. Nie trzeba godzin na to, wystarcza jedna sekunda, jedno mgnienie oka, aby wszystko, wszystko przepadło. Ktoś spojrzy na niego, ktoś pomyśli: „znam tego człowieka” — i już się stało!
Czy koniecznie muszą go przyłapać na tym, jak opuszcza zakonspirowane mieszkanie łącznika lwowskiego17? Czy koniecznie muszą przy nim znaleźć broń lub bibułę18? Ależ nie! Wystarczy, żeby znaleźć w nim jego samego, odkryć w nim to, co w nim najistotniejsze — po prostu poznać w nim Żyda.
Jeden moment, jeden błysk oczu i wszystko stracone!
Justyna chowa głowę pod kołdrę, żeby uciec przed obrazami, które natrętnie narzucają się jej wyobraźni.
Nie, Marek się nie podda! On nie jest z tych, co się poddają! Już przeszedł przez niejeden ogień, już się w niejednym niebezpieczeństwie zahartował. Od trzech lat, od chwili wybuchu wojny, nie zaznał chwili spokoju. W ciągłych rozjazdach, w bezustannych tarapatach, tak w sobie wyostrzył bystrość i hardość, że żadna sytuacja nie zaskoczy go; z każdej wyjdzie zwycięsko.
„Powinnam być zupełnie spokojna” — myśli Justyna...
I wnet przypomina sobie, że jeśli się niepokoić, to raczej o tych wszystkich, którzy bez przygotowania puszczają się teraz w drogę, a nigdy nie wiadomo, czy wrócą.
Mimo to nie ma w nich wahania ani żadnych wątpliwości. Idą odważnie i bez zastanowienia.
A jeśli rzucają na pożegnanie swe odwieczne „morituri te salutant”19, to czynią to tak radośnie, że nieraz zdawałoby się: te dzieci nie uświadamiają sobie grozy położenia. A przecież każde z nich przeżyło już to najgorsze, każde z nich już kilkakrotnie otarło się o śmierć.
„Boże jedyny — myśli Justyna — właściwie nie zrobiliśmy jeszcze niczego. A ile energii zużyło się. Gdyby zreasumować wysiłek, na który zdobyliśmy się dotychczas, by stanąć tu, w Krakowie, i oświadczyć swoją gotowość, to suma byłaby tak wielka, że można by niejedną bitwę stoczyć przy jej pomocy. Każdy już kilkakrotnie przeżył siebie samego, a to dopiero początek!
Stanęliśmy dopiero na punkcie zbornym i czekamy na rozkazy. To istotne dopiero nastąpi. A gdybyśmy tak — myśli w dalszym ciągu — nie zdołali dokonać niczego więcej, czy to mało? Czy miarą naszego czynu będzie wysiłek czy efekt końcowy? A zresztą, wart jest sam fakt stawiania oporu, chociażby biernego, warto wprowadzić w błąd, choćby dla małego zadośćuczynienia”.
I przypomniała sobie słowa Marka, gdy „wysiedlenia” się rozpoczęły.
— Powinniśmy jeździć od miasta do miasta i uświadamiać ludzi, że nie ma »wysiedlenia«, że jest to tylko kaźń! Niech się nie łudzą, że ryzykują cokolwiek: powinni uciekać, masowo uciekać. Nie wyrywać się w pojedynkę, ale rzucać się całą masą, zalać pociągi, drogi, cały kraj. Pomyśl, jak bardzo byśmy im utrudnili robotę. Prawda, że obławy zamieniliby na masową rzeź, ale dla nas jest to bez znaczenia, a dla nich byłby to otwarty bunt: mieliby ręce po łokcie zawalone robotą.
W końcu straciliby orientację, kto Żyd, a kto nie Żyd, i czym trudniej byłoby segregować, tym większa byłaby ich wściekłość. Każdy bunt bowiem podważa ich siłę, psuje ich ład.
— Słuchaj, czy ty naprawdę wierzysz — zapytała go wtedy Justyna — że nasz bunt, nawet najsilniejszy, może mieć jakieś znaczenie, poza symbolicznym? Czy może mieć wpływ na ogólną sytuację polityczną?
— Bez wątpienia. Przecież nie my sami ten bunt podniesiemy. W każdym kraju tkwi jakieś zarzewie buntu. Wystarczy rozpłomienić go w jednym kraju, by ogień ogarnął całą Europę. A wtedy jesteśmy ogniwem w wielkim łańcuchu, płomieniem w olbrzymim ognisku, co oczyści cały świat. Tylko od wewnątrz można oczyścić to przegniłe naczynie, a w tej kreciej robocie nasz udział jest taki ważny, jak każdego innego narodu.
— To muzyka dalekiej przyszłości — powiedziała Justyna ze smutkiem.
— O, wcale nie dalekiej: Patrz, w Jugosławii20 walczy regularna armia powstańcza, sama działa wiele, ale nie pokona wroga. Nie wolno jej jednak pozostawić samej. Za jej bohaterskim przykładem powinni iść wszyscy ludzie, w których dusza jeszcze nie zgasła. A jeśli tak wszędzie powstaną przeciw nim, to ta cała potęga runie w gruz. Pomyśl, że wszystko jest w naszych rękach. Gdyby sobie to samo umieli powiedzieć wszyscy uciemiężeni, jakie wielkie mielibyśmy szanse!
Justa podrywa się. Zawsze, kiedy myśl jaka w niej wzbiera, coś ją ponosi, coś nie pozwala tak spokojnie trwać w bezczynności, gdy tyle wielkich rzeczy czeka spełnienia.
„Jutro wstanę — postanawia. — Dość już wypoczynku. Trzeba się zabrać do roboty!”
Nazajutrz Justyna była już zupełnie zdrowa. Wstała wcześnie, krzątała się w domu, jednak nie znajdowała dla siebie treściwego zajęcia. Jeszcze nie znalazła toru, po którym miało się potoczyć jej nowe życie.
Znów przyszli do niej ludzie, znów wyszła z nimi na ulicę, znów było jej dobrze, ale to jeszcze nie było to.
Czekała na Marka... Wieczorem, gdy siedziała przy łóżeczku zasypiającego Witusia, ktoś wpadł niespodzianie z wiadomością, że pod murami getta czeka Marek i że nie może się dostać do dzielnicy.
Justyna podniosła się; była sama w domu i nie było kogo posłać, by ułatwić Markowi wejście. W końcu nadeszła bratowa. Zabrała przepustkę Tadka i poszła Markowi naprzeciw.
Mijał kwadrans za kwadransem i godzina policyjna się zbliżała, a nikt nie wracał. Justa traciła resztę cierpliwości. Tego się tylko bała najbardziej, że po długiej, pełnej niebezpieczeństw podróży nieszczęście stać się może w ostatniej chwili, już w bramach getta.
Więc przechadzała się po pokoju, żeby zachować trochę równowagi, gdy wtem drzwi się otworzyły i wszedł Marek.
— Sam? — zapytała Justa zdziwiona, usiłując przy tym ukryć drżenie, które rzuciło się jej do gardła.
— Sam. Nikt po mnie nie przyszedł.
— To niemożliwe. Posłałam Irenę, Mietka, a zdaje się, że ktoś jeszcze wyszedł ci naprzeciw.
— Nikogo nie spotkałem.
— Więc jak wszedłeś?
— Widziałem, że już blisko dziewiąta i że nie ma na co dłużej czekać, wdrapałem się na mur i wskoczyłem do środka.
„Szaleństwo” — pomyślała Justyna, ale nie chciała mącić tej chwili spotkania, więc tylko zapytała:
— Jak było?
— Wszystko opowiem ci jutro, teraz przyszedłem się pokazać i już muszę iść do Dolka. Przyjdę jutro wcześniej.
Gdy odszedł, Justynie było tak smutno, że nie wiedziała, kiedy właściwie jest lepiej: czy wtedy, kiedy Marek jest daleko, a ona wierzy, że gdy wróci, będzie blisko, czy wtedy, gdy jest blisko, a ona czuje, że jest tak daleko!
Wraz z powrotem Marka ze Lwowa21 rozpoczęło się intensywne przygotowanie do pracy. Praca to znaczyło wtedy — pójść w las. Te lasy były jeszcze wciąż legendą. Nikt stamtąd nie wrócił, nikt ich nie znał. Jak zorganizowane tam jest życie? Ale każdy wiedział, że tam się coś dzieje, że tam się tworzy wielka walka, i wszyscy się do niej rwali, choć zbliżała się jesień, tak bardzo nieprzychylna dla pracy w terenie. Czy to była tylko gotowość czy też pociąg do romantyzmu, jaki się roztaczał dokoła tych niezbadanych puszcz, cokolwiek to było, nie ulegało wątpliwości, że każdy, kto się decydował, przez sam fakt decyzji stawał się lepszy, czystszy i coś na kształt niewidzialnej aureoli bohaterstwa otaczało jego osobę.
Organizowali się w piątki. Systemem konspiracyjnym, powinna była każda piątka być całością samowystarczalną. Winna była mieć swojego przewodnika, łącznika i intendenta22, własny ekwipunek, własną broń i zapasy żywnościowe, samodzielny plan działania, teren — słowem, swój zamknięty świat życia i działania. Najistotniejszy był jednak fakt, że winni byli znać tylko siebie i swoje plany. Nikogo poza piątką też nie należało wtajemniczać w plany działania czy nawet w skład osobowy piątki. Nikt nie śmiał wiedzieć, kiedy, kto i dokąd wyruszał. Nikt nawet nie powinien był wiedzieć, gdzie się kto obecnie znajduje. A jeśli obowiązywała konspiracja, to powinni nią być osłonięci przede wszystkim ci, którzy byli podstawą ruchu — kierownicy.
A właśnie tu rozpoczynała się największa trudność, najpoważniejsza sprzeczność między duchem, który ożywiał ich od lat, a bezwzględnymi potrzebami tajnych organizacji wojskowych. Byli ruchem młodzieży w każdym calu. Przeskok był zbyt wielki, by mógł nastąpić w tak krótkim czasie. Tym bardziej, że wobec zbliżającego się kresu życie uczuciowe się wzmogło. Każdy z nich niemal utracił dom, rodzinę. Ta gromada młodych była ostatnią przystanią bytu, ostatnią ostoją dla uczuć, które czepiały się jej wszystkimi mackami. Im bardziej gasła wiara w człowieka na widok szerzącego się gwałtu i hańby, tym silniejsza była wiara w tych nielicznych młodych, jedynych i takich innych niż cały świat dokoła. Więc też kochali się dziwną miłością, szukali się wciąż wzajem i niby przypadkowo spotykali się całymi gromadami, a ich wesoły śmiech i jakaś niezwykła swoboda nie pozwalała im pozostać niepostrzeżonymi. Po stokroć ostrzegano: „Nie gromadzić się”, po stokroć postanawiano: „Nie zbierzemy się więcej”. A tu, zaledwie spotkała się dwójka na ulicy, już za chwilę spotykali nowych i wkrótce szerokim szeregiem szli jezdnią z włosami rozwianymi, z twarzą otwartą, jasną, krokiem pewnym, równym, a za nimi biegły spojrzenia ludzi, o których nigdy nie wiadomo, co myślą i ku czemu zmierzają. Wiedzieli dobrze, że tak być nie powinno, ale kiedy byli razem, czuli się taką siłą, że żaden wróg, czy to jawny czy ukryty, nie przerażał ich. Był to zapewne grzech młodości, ale ktokolwiek chciałby ich potępić, musiałby zrozumieć, że nie wolno odbierać im tej ostatniej radości życia, tego ostatniego schronienia dla przedwcześnie osieroconych uczuć. A jeśli ktoś nazwie ich niedojrzałymi do bojowego ruchu, to jak oprzeć się pytaniu, kto zwróci im młodość na zawsze utraconą?
W samym centrum dzielnicy, przebudzonej jak nigdy, dotychczas było kierownictwo. Powinno być ukryte, zakonspirowane, gdzieś daleko od getta. Nie powinno było scentralizować się, ale każdy z osobna powinien mieć tajne mieszkanie. Spotykać się mogli raz na jakiś czas i porozumiewać w najważniejszych sprawach. A oni żyli wśród ludzi, którzy znali ich od lat, wśród których każdy mógł na nich pokazać palcem: to są przywódcy żydowskiej młodzieży bojowej!
Było ich czterech, Dolek, Romek23, Marek i Maniek24. Maniek był wśród nich najmłodszy. Istotę ruchu stanowiła właściwie pozostała trójka. Dolka i Marka od lat łączyła przyjaźń. Przebili się razem przez niejedną zaporę. Razem byli świadkami wielu wzlotów i nawet momentów załamania się w ruchu.
Znali się dobrze, uzupełniali się niejako i wyczuwali nawzajem, choć nierzadko ścierali się ze sobą poważnie. W sprawach zasadniczych jednak, ideowych, byli jednością, szczególnie teraz, w przełomowej chwili ruchu młodzieży.
Romek był wśród nich nowy. Reprezentował odrębną grupę młodzieży, o radykalnym nastawieniu społecznym. Jeszcze silniej zarysowywała się między nimi różnica przekonań dawniej, gdy spotykali się z nim na platformie międzyorganizacyjnej. A właśnie dziś, kiedy zetknęli się z nim, by razem poprowadzić młodzież do walki powstańczej, poczuli, że właściwie wszystkie różnice przekonań zniknęły i są sobie tak bliscy, jakby od lat pracowali na wspólnym polu ideowym. Wielki, barczysty chłop, o jakiejś niewytłumaczonej wprost bezpośredniości, miał w sobie coś, co od razu chwytało za serce. Wyglądał tak, jakby go nic nie obchodził cały świat, jakby go nic nie mogło nigdy ani przerazić, ani wyprowadzić z równowagi. Przy tym tak trzeźwo patrzył na wszystko, tak realnie ujmował rzeczy, że z łatwością przebywał ten jeden krok, jaki dzieli komizm od tragizmu. Umiał rzeczywiście wszystko ująć z humorystycznego punktu widzenia, a to poczucie humoru było najmilszą cechą w zetknięciu się z nim. Było to zresztą specyficznie żydowskie poczucie humoru, które w najcięższych nawet sytuacjach czyniło życie mocnym, a czasem nawet miłym.
Więc też lgnęli do niego i starali się przebywać razem z nim bezustannie. W każdej chwili poznawali go lepiej, a poznając, lubili coraz bardziej. Tak więc we trójkę, a często nawet we czwórkę, spędzali niemal każdą wolną chwilkę, przez co zgrali się, zharmonizowali się i w zgodnym rytmie prowadzili pracę. A dokoła nich skupiali się ludzie. Każdy miał swoich, dla których był w tej chwili niejednokrotnie ojcem, opiekunem, przyjacielem — słowem, zastępował im to wszystko, co im Niemcy wydarli. Co więcej: dawali im nowe horyzonty, ujście dla energii wezbranej, prowadzili na szeroką drogę czynu.
Mogliż więc opuścić ich i zaszyć się w bezpieczne ukrycie? Do kogo przybiegaliby wszyscy ze swoją rozpaczą, bólem, rozterką? Zresztą pamiętali w każdej chwili, że są ruchem młodzieży, zespolonej silnymi węzłami ducha. Znali się wszyscy i dowierzali sobie pod każdym względem bez granic. Wiedzieli, że każdy z nich raczej zginie, niż wyda towarzysza. Więc po cóż by było ukrywać przed sobą plany działania? Przywykli, że cokolwiek postanowili, było to zawsze we wzajemnym porozumieniu. I w małych czy wielkich sprawach zawsze decydowali wspólnie. Mieliżby25 dzisiaj o życiu ludzkim decydować na własną rękę?
Rozumieli jednakowoż, że konspiracja jest rzeczą konieczną. Nie chcieli tylko od niej rozpoczynać. Odczuwali niechęć do tajnych związków, dla których konspiracja była nie środkiem pomocniczym, ale celem samym w sobie. Była niejako jedyną pracą. Ukrywali się, myśleli, że przez to już nabierają znaczenia.
Była to obłuda tym większa, że ukryła się pod płaszczykiem pracy ideowej. Tej obłudy chcieli uniknąć i mówili sobie: siebie jakoś zawsze zdołamy ukryć, zawsze damy radę zniknąć na czas, a niech tylko praca będzie rozpoczęta. Piątki zorganizowano, ośrodki uruchomiono. Tymczasem korzystali w pełni z radości wspólnego przebywania — i mieszkania ich zawsze pełne były ludzi z ruchu.
Pierwszym, dla którego konspiracja stała się niezbędna, był Marek. Zadaniem jego było zorganizowanie biura technicznego. Ono miało podstawowe znaczenie, bez niego nie można było niczego przedsięwziąć. Miało zapewnić człowiekowi swobodę ruchu. Była to przecież epoka papierów, świstków, pieczątek, przepustek, legitymacji, dowodów, słowem — nie można było domu opuścić bez całego pliku dokumentów. A cóż dopiero, jeżeli się było Żydem. Trzeba było mieć przy sobie wszystko możliwe, by udowodnić, że się nie jest Żydem. Nie wystarczała sama buta i pewność siebie. A tu, z dnia na dzień, przepisy wymagały nowych papierów, szczególnie dowodów pracy.
Przy tym musiało się ludziom ułatwiać opuszczanie getta i dowolne wchodzenie do niego. Wreszcie byli tacy, którzy, dla swego wybitnego typu rasowego, w żadnym wypadku nie mogli zamaskować swego żydostwa. Więc i tym trzeba było zapewnić swobodę ruchu na podstawie odpowiedniego dokumentu. Materiał był olbrzymi. Marek, z amatorstwa zecer, rysownik, rytownik, radził sobie z materiałem doskonale. W dodatku miał dzielną pomoc w Cześku26. Mały, zwinny, powszechnie przez swój dowcip lubiany, miał dostęp do rozmaitych kół, przede wszystkim urzędowych. Cieszył się dziwnym zaufaniem ludzi pracujących na rzecz rządu. Miał znajomości w urzędach pracy, na posterunkach policji, a wszędzie uważali go za swojego człowieka. W dzielnicy patrzyli na niego trochę niepewnie, dopatrywali się w nim tajniaka. Ludzie słabszego charakteru starali się o jego względy, ubiegali się o protekcję. Umiał rzeczywiście zaradzić tu i ówdzie. Rozwikłał już niejedną sprawę, od chwili utworzenia dzielnicy wprowadzał i wyprowadzał ludzi. Z wszystkimi policjantami był za pan brat, wszyscy byli mu za coś zobowiązani. I byłby naprawdę niemiły z tą popularnością wśród czynników oficjalnych, gdyby nie fakt, że postanowił wykorzystać ją dla sprawy. Nagle odkryto w nim zupełnie męską odwagę. On, którego znali dotychczas z wesołych dowcipów, żywych dzienników, koncertów na akordeonie i sztubackiego humoru, okazał się teraz jednym z najdzielniejszych ludzi. Po prostu nie wahał się przed niczym. Kiedy przyszedł do jakiegoś urzędu, leniwie, jedną ręką witał się z wachmeistrem27, drugą tymczasem wyciągał blankiety, formularz, nierzadko nawet pieczątki. Wykorzystując znajomości, zakupywał w sklepach artykuły niedopuszczalne dla ludności cywilnej.
Zastanawiano się nawet trochę w kierownictwie, czemu przypisać tę zmianę, jaka w Cześku zaszła. Dotychczas bowiem nigdy nie zdradzał specjalnego oddania ruchowi. Był tylko miłym żartownisiem, aranżował wieczory humorystyczne, ale nigdy nie był zdolny do poważniejszego czynu.
Nie wiadomo było, czy to, co robi obecnie i co narażało go bezustannie na kule, wynikało z pełni świadomości i oddania sprawie. Trudno było w to wierzyć.
Ale razu pewnego, późnym wieczorem, z ust Cześka, z których zawsze sypały się tylko dowcipy, wyszły słowa nieledwie28 wyznania. Wyprowadził z dzielnicy dwójkę ludzi, teraz dopiero odprowadził Justynę do domu. Była już godzina dziewiąta, ulice były opustoszałe, można było swobodnie rozmawiać.
— Muszę ci teraz powiedzieć — zaczął znienacka Czesiek jakimś wzruszonym głosem — to, co już chciałem od dawna wyrazić wam wszystkim. Wiem dobrze, że mi nie dowierzacie. Dałem zresztą powody ku temu, trzymałem się trochę z daleka od was, choć zawsze kochałem was jednako. Ale wiesz, był okres taki, kiedy my tu, w Krakowie, nie tworzyliśmy niczego konkretnego, żyło się po prostu wspomnieniami. A dla mnie nie jest takie życie. Nie lubię ckliwości ani sentymentalizmu. Więc po prostu dowcipkowałem, kiedy się dało, albo trzymałem się z daleka. A dziś otwiera się nowy świat. Jak ja tęskniłem za takim życiem wolnym, bez zapór, bez fałszywych skrupułów! Teraz wiem, że się rozwinę w całej pełni, że pójdę wszędzie, dokąd mnie poślecie. Wam się czasem zdaje, że jeśli ja czasem popełniam szaleństwa, przynoszę rzeczy, za które na miejscu dostałbym kulę w łeb, to robię to z wrodzonej mi lekkomyślności. A tymczasem ja świetnie wiem, co robię. Spodziewam się śmierci w każdej chwili i tylko chciałbym jak najwięcej zrobić.
Justyna taka była zaskoczona tym „credo”29, że nie umiała się zdobyć na słowo odpowiedzi.
Czesiek nigdy nie powiedział tak wiele w poważnym tonie. I czuła, że jej obowiązkiem jest powtórzyć to wszystko innym, bo Czesiek na pewno nie zdobędzie się na takie wyznanie. I kiedy mówiła mu „dobranoc”, myślała sobie, że jutro powtórzy to Markowi, Dolkowi i wszystkim zresztą, ale nie powiedziała nikomu. Za to Czesiek nadal robił swoje. Znosił wszystko, co tylko mógł. Najwyższym instancjom kradł, co się dało. A Marek umiał wszystko praktycznie wykorzystać. Każdym łupem cieszyli się we dwójkę.
W krótkim czasie biuro techniczne operowało wszystkimi możliwymi środkami. Tylko jednej, najistotniejszej rzeczy brakło Markowi — locum30. Zrazu nosił swe biuro w kieszeni palta. Gdy trzeba było coś zrobić, szukano na gwałt wolnego pokoju, po czym rozkładał swe biuro na serwecie i urzędował, póki się na schodach nie rozległy kroki. Wówczas całe biuro w jednej chwili znikało w kieszeni, a gdy drzwi się otwierały, przy stole siedział człowiek najniewinniej zaczytany w gazetę. Z czasem kieszeń nie mogła zmieścić całego urządzenia. Wtedy pojawiła się teczka. Z nią to spacerował Marek po getcie, urzędując co pół godziny gdzie indziej, zależnie od tego, kiedy ktoś z właścicieli powracał do domu. Nierzadko zdarzało się, że znikał wraz ze swym biurkiem w łazience i wracał za pół godziny z gotową robotą. Był przedmiotem żartów serdecznych towarzyszy. Jednakowoż, ze swym wędrującym biurem, był równocześnie symbolem całego ruchu, który z niczego stworzył wiele i który, nie mając żadnych warunków zewnętrznych, wykuł wszystko dzięki silnej woli i wytrwałości. Było to jednak igranie z ogniem. Z czasem już dwie teczki, wypchane grubo, nie mogły pomieścić biura. Materiału przybywało, za Markiem trzeba było nosić teczki, pudła, maszyny do pisania i szereg pakuneczków.
Sam bowiem nie mógł sobie poradzić z ciągłym przenoszeniem. Na noc nie było tego gdzie zostawić, a wczesnym rankiem ruszała cała karawana z miejsca na miejsce, bo Marek rozpoczynał swoje codzienne, tułacze urzędowanie. Tak więc narażało się szereg mieszkań w dzielnicy, bo nigdy nie było wiadomo, gdzie ktoś niespodzianie wpadnie do mieszkania i ujrzy niespodzianie olbrzymią pracownię. Narażeni byli ludzie, którzy musieli pomagać mu, choćby w samym bezustannym transporcie biura, a wreszcie narażony był sam Marek.
Jak długo wszyscy siedzieli w dzielnicy, nie groziło mu na razie nic. Nie grali żadnej roli, a tylko przygotowywali się do lotu. Nie było realnego punktu zaczepienia, dla którego mieliby być ścigani. Tylko Marek jeden mógł w każdej chwili wpaść. Spośród wszystkich on jeden miał blankiety, pieczątki, wszystko to, co mogłoby go przyprawić o niechybną śmierć. Niebezpieczeństwo było poważne zarówno dla Marka, jak i dla samego biura, a więc tym samym dla sprawy. Biuro trzeba było umieścić koniecznie gdzieś w ukryciu i zamieszkać przy nim. Trzeba było poważnie rozpocząć konspirację. Zaczynało się zadanie Justyny.
[Luka w rękopisie]
Uciekłem z pracy, z domu, zewsząd. Mogę tylko iść w lasy. Tam będę wreszcie sobą. Wraz ze mną szedł Benek31. Miał również za sobą służbę wojskową. Mówiono o nim kiedyś, że zaginął na froncie. Ale po dwóch miesiącach niewoli zjawił się nagle w domu. Był potem jakiś niewyraźny. Przez długi czas nie stykał się z nikim. Ostatniego lata ożywił się nagle. Począł organizować placówkę rolną, gdzie miał pracę w rządowym majątku rolnym jako ekonom. Chciał zatem przyjąć do roboty swoich ludzi, by w ten sposób skupić ich na roli. Sam na swojej pozycji był pewny siebie. Kto wie, może przetrwałby już spokojnie całą wojnę. Gdy jednak padło hasło „do lasów”, stanął przed Dolkiem i powiedział: „Jestem gotów”.
Potem szedł Edwin32. Był wychowankiem Marka. Przy swej bujnie rozwiniętej inteligencji i rozmachu byłby wielką wartością, gdyby nie ambicja, która go rozpierała. Ona to kazała mu być wszystkim, tylko nie sobą. Więc naśladował Marka, później Dolka, bo zdawało mu się, że musi wszystkim dorównać. A nie chciał zrozumieć, że gdyby był sobą, tzn. dzielnym, rozgarniętym i serdecznym w pożyciu chłopakiem, to by wartość jego była znacznie większa niż wtedy, kiedy chciał przejść siebie samego. Nikt przecież nie zaprzeczał mu zdolności. Liczono nań zawsze bardzo poważnie. W ostatnich latach zaliczano go do pracowników, którzy mieli w przyszłości odbudować ruch. I mieliby z niego naprawdę wiele pociechy, gdyby nie to, że sztubacką fanfaronadą psuł efekt wszystkiego, co robił. Ostatnio przybył z Warszawy. Od chwili śmierci Nuśka reprezentował placówkę warszawską. Teraz wyrwał się stamtąd, żeby iść w lasy. Tężyzna fizyczna, lata przebyte w przysposobieniu wojskowym, ambicja, która w nim bywała często zdrowa i twórcza, a przede wszystkim zupełna gotowość, stawiały go w rzędzie najodpowiedniejszych obecnie sił.
Wraz z Edwinem przybył z Warszawy jego wychowanek, Adaś33. Stosunkowo był młody, ale to było bez znaczenia. W ich przedwczesnej dojrzałości różnica roku czy dwóch nie grała żadnej roli. Ważne były nie lata, ale przeżycia; Adaś miał ich za sobą dość. Przeżył wysiedlenie w Bydgoszczy34, całą gehennę warszawską, stracił matkę (umarła na suchoty) i ojca (umarł na tyfus). Dla niego nie było już innej drogi, tylko do lasu. Miał zdrowy charakter i dużo zapału. Mógł śmiało stanąć w pierwszej piątce.
Wreszcie Zyga35. Znali go wszyscy z tego, że był wiecznym partnerem Cześka i żywym jego kontrastem. Bo, choć towarzyszył mu w ciągłych żartach, to przecież dowcip Zygi był głębszy, posiadał niejako swój ciężar gatunkowy. Nie trwonił go tak jak Czesiek. Z zaciśniętych jego ust rzadko wydobywało się jakieś słowo. A kiedy już padło, to krył się w nim cały świat ciętego humoru. I gdy wszyscy dokoła pokładali się ze śmiechu, patrzył na nich jakby z politowaniem, jakby współczuł ich świetnemu poczuciu humoru i jakby chciał zapytać: „Więc to nazywacie dowcipem, biedni, ograniczeni ludzie?”
Nikt jednak nie znał go z drugiej strony. Nikt nie znał jego duszy, w której głębi rozgrywały się małe i wielkie tragedie. Wiedziano tylko, że to mężny, uczuciowy chłop i że na nim można polegać. Bo pod tym dowcipem kryła się niezwykła powaga życiowa, która uderzała w każdym zetknięciu się z nim. Kiedy „wysiedlono” mu matkę i siostrzyczkę, zaciął się w sobie i milczał. Niedługo potem poszła z „transportem” z Rymanowa36 jego Runka, wątła dziewczyna o subtelnej duszy i przecudnym wysokim sopranie. Zyga był złamany. Dolek przygarnął go i ogrzał go ciepłem swojego serca. Uspokoił się przy ich boku, ale nie odnalazł jeszcze siebie. Dopiero gdy padło hasło „do lasu”, odnalazł się. Był gotów. Nie tylko gotów, ale czekał na to. Tylko to jeszcze mogło go uratować.
Był intendentem swojej piątki. Wyekwipował ją dostatecznie, tylko broni jeszcze nie było. Na broń czekali wszyscy w napięciu.
Aż pewnego pięknego dnia wróciła Hela37 z Warszawy. Przyszła do dzielnicy uśmiechnięta, różowa i jasna. Była ładnie ubrana, w ręku trzymała nową torbę podróżną. Szła swoim pewnym krokiem, wyniośle odpowiadając na hołdy, składane jej wzrokiem przez przechodniów. Zdawałoby się, że nic jej nie obchodzi więcej poza tym, żeby być podziwianą. Kto widział ją w pociągu, flirtującą na prawo i na lewo lub idącą wśród zalotnych uśmieszków przez peron, ten mógł ją podejrzewać o wszystko. O to, że jedzie w odwiedziny do swego narzeczonego, o to, że wybiera się gdzieś na wywczasy, o to, że może nawet uprawia pasek38, ale cokolwiek o niej myśleli, było pewne, że wszystko robi dla uciech tego świata.
[Luka w rękopisie]
Kiedy w punkcie nie było grosza ani kawałka chleba w kuchni, ona spod ziemi wydobywała wszystko, czego było potrzeba.
Kiedy rozpoczęło się wysiedlenie Warszawy, poczuła, że ona jedna musi ratować wszystko. I nie spoczęła, aż nie wyrwała z płonącego miasta39 tych, których zdołała uratować. Kilkakrotnie jeździła tam i z powrotem, za każdym razem wchodząc do getta warszawskiego, z którego mogła już nie wyjść. Była pierwszym łącznikiem, który stanął do dyspozycji ruchu. W ciągłych rozjazdach torowała sobie drogę niezwykłą swadą i urodą, taką charakterystyczną dla kobiety tęgiej, zdobywczej i zadowolonej z siebie. Zapewne nikomu z przypadkowych towarzyszy jej podróży nie przeszło przez myśl, że Hela przewozi broń. Pod luźnym sportowym płaszczykiem miała zawieszone dwa browningi40 — w nowej podróżnej torbie wiozła trzy sztuki i kilka magazynków z nabojami.
Jeszcze nigdy nie witano nikogo z takim wzruszeniem, jak teraz witano Helę; jej przyjazd otwierał nową epokę. Przywiozła broń. Leżała potem u Dolka na tapczanie i odpoczywała. A tu co chwila kto inny wchodził, witał się z nią serdecznie i ukradkiem rozglądał się po małym pokoiku, żeby dostrzec to, co w tej chwili było najważniejsze. Więc najpierw Mira41, potem Anna, Justa, ale żadna z nich nie otworzyła torby zawieszonej na ścianie. Dopiero gdy przyszedł Marek, zamknięto drzwi i rozpoczęły się oględziny. Tego chyba nikt nie zrozumie, co to była za radość mieć własną broń. Dopuszczali się przecież dotychczas stokroć innych przestępstw, które kwalifikowały ich na szubienicę. Ale posiadanie broni było przestępstwem najcięższego kalibru i jeżeli ludność, mimo szalejącego terroru, ukrywała przed władzami to i owo, to właściwie nie wiadomo, jakim cudem mogła gdzieś jeszcze znajdować się ukryta broń.
Przed trzema laty, gdy armia nieprzyjacielska wkroczyła do kraju, pierwszym krokiem władz okupacyjnych było odebranie wszelkiej broni; a w ślad za tym poszły rewizje, które spod ziemi nawet wydobywały każdy rewolwer, każdy bagnet; nawet naboju pojedynczego nie przepuścili.
I było nie do pomyślenia, aby gdziekolwiek jeszcze przetrwała niewykryta broń. Żadna armia okupacyjna nie spenetrowała tak gruntownie prywatnych mieszkań jak tu oto. Nigdy cywilna ludność nie była tak bezbronna wobec terrorystycznych rządów militarnych jak na tym terenie, a gdy teraz powstało zagadnienie broni wśród młodzieży powstańczej, każdy zachodził w głowę, jak ją zdobyć. I każdemu zdawało się, że nie zdobędzie jej nigdy.
Cóż to więc była za radość posiadać broń.
[Luka w rękopisie]
...temu, że tamci umieli nawet spod ziemi wykryć. Posiadać broń, którą skieruje się przeciw nim w odpowiedniej chwili... Marek rozkłada browning na części. Cieszy się tym jak dziecko. Wygląda jak chłopak, który wreszcie dostał upragnioną zabawkę. I nie wiadomo, kto w nim jest szczęśliwszy: czy mężczyzna, który zdobył narzędzie walki, czy chłopak, który bawi się oczekiwanym przedmiotem.
W każdym razie jest szczęśliwy w takim stopniu, w jakim był dawniej. Gdy później schodzą się z Dolkiem, atmosfera staje się jeszcze bardziej ożywiona. Budzi się w nich chłopięca wprost wyobraźnia. Snują plany potyczek. Potrafią we dwóch zaskoczyć i rozbroić sześciu. Zdobywszy sześć spluw za jednym zamachem, mogą uzbroić jeszcze sześciu swoich. Tym systemem mogą zdobywać stale broń, by po krótkim czasie mieć cały oddział uzbrojony. Tak więc wystarczy tylko na początek kupić pięć sztuk, resztę można zdobyć o własnych siłach.
Byli obydwaj dojrzałymi mężczyznami. Widzieli życie takim, jakim ono było — znali wszystkie zasadzki, jakimi los mógł się posłużyć. I jeśli czasem Marek zapędził się w swej pełnej rozmachu młodzieńczości, Dolek, trzydziestoletni mężczyzna, umiał zawsze w miejscu utrzymać go. Ale teraz obaj dali się ponieść fantazji i zdobywali cały świat. To nie była właściwie fantazja. Wszystko, o czym mówili, leżało istotnie w ich możliwościach. Ale to były tylko możliwości, które mogły się zrealizować lub nie. Bo przeciw nim stał zawsze i wszędzie przypadek, splot nieprzewidzianych okoliczności, a nade wszystko przewaga najlepiej w świecie uzbrojonego żołnierza nad młodym chłopcem.
Czy jednak w tej chwili nie widzieli żadnych przeciwieństw?... Moc, która rozpierała ich od wewnątrz, kazała niezłomnie uwierzyć, że osiągną to, czego chcą. Że tych pięć pistoletów otworzy im drogę bezustannego zdobywania, aż w końcu staną się siłą, która porwie za sobą masy. Więc skoro teraz, na jesień, ruszy pierwsza piątka, to z wiosną już lasy zaroją się licznymi gromadami uzbrojonej młodzieży. A choć padać będą w walce, to na miejsce jednego poległego przyjdą dziesiątki nowo uzbrojonych. Tak wierzyli.
A przecież mogło się zdarzyć inaczej. Wspomnienie tragicznej porażki w Warszawie wciąż trwało w pamięci niby krwawe memento mori.
Tam wszystko było już do wzlotu gotowe. Cios padł w przeddzień odlotu. Mieli już swój arsenał, swoje kadry wyćwiczone.
Dwudziestka wyruszyła w Lubelskie42. Część wyłapano w pociągu. Reszta zajechała do Międzyrzeca43. Grunt do walki nie był jeszcze gotów. Trzeba było odczekać parę dni. Niespodziewanie przyszło „wysiedlenie”. Kilku z nich zaledwie zdołało uciec. Reszta padła ofiarą. A byli to najlepsi spośród młodych. Mieli jednak jeszcze silne zaplecze w Warszawie. Więc w miejsce tych poległych mogło iść wielu nowych. Nagle, ni stąd, ni zowąd, kierownik wpadł w ręce władzy... Momentalnie zrozumiano, że trzeba oczyścić grunt. Poczęto przenosić broń. Wtedy jedno poszło za drugim. Schwytano ludzi, schwytano broń, choć nikt nie działał w panice, choć wszystko robiono z rozwagą. Trudno — byli osaczeni. Niewiele pomogło, że Szmuel bronił się do ostatka, że każdy trzymał się dzielnie. Odeszli ci, co byli duszą wszystkiego. Pozostała siedemdziesiątka bez drogowskazu. Cóż mieli począć ze swoją gotowością?
Ten sam los mógł ich też spotkać w Krakowie. Mogli ponieść klęskę, nim wyruszą w drogę... A oni tymczasem widzieli już wiosnę niosącą im wolność, zwycięstwo.
Z końcem tygodnia wyruszyło...
[Luka w rękopisie]
A w cieniu tych wydarzeń dojrzewali nowi ludzie. Kiedy w lipcu zapadła decyzja, że chwycą za broń, nie werbowali nikogo. Uznali bowiem, że na tę drogę wkroczyć powinni tylko ci, w których od wewnątrz odezwał się bunt. Nie chcieli nikomu narzucać tej decyzji, która wiodła człowieka na zagładę. Każdy miał przecież prawo ratować się.
Nie wiadomo było wprawdzie, na jak długą metę można się było zabezpieczyć. W każdym razie były możliwości. Można się było urządzić prywatnie, zaszyć się w głuchą wieś, zamaskować się i patrzyć tylko końca swego nosa. Mogli poza tym umieścić się na pewnej placówce wojskowej w charakterze czarnych robotników, czekać końca wojny.
Zawsze przecież były sposoby na asekurowanie siebie, a zawsze byli ludzie, którzy nawet wtedy, kiedy było jedyne wyjście na szeroką drogę społecznego czynu, znajdowali sobie furtkę na ciasną ścieżkę ratowania siebie. Każdy miał prawo rozporządzać swym życiem.
I choćby rozporządzał nim nierozsądnie, miał prawo tak uczynić.
W Kopalinach do ostatniej chwili nie padło jedno słowo o walce. Antek, Marek i Justa już dawno nie byli panami swego życia, a inni nie przeczuwali nawet, co się gotuje.
Raz tylko Antek odezwał się do Justy:
— Wiesz, wobec tego, co się dzieje, pozostałoby tylko jedno: wskrzesić w sobie wiarę, że istnieje jakaś wyższa sprawiedliwość, która nas pomści. I że istnieje jakieś przyszłe życie, które nam wynagrodzi doczesne cierpienie.
Na ustach Justyny zamigotał drwiący uśmiech:
— Innego wyjścia nie widzisz?
— Istnieje jeszcze droga inna, ale ta byłaby szaleństwem.
— A cóż nam pozostaje poza tym szaleństwem?
— Nie pomyślałem o tym.
— Jak można było o tym nie pomyśleć? — Justyna straciła panowanie nad sobą. — Tego nam właśnie historia nie wybaczy, że się „nie pomyślało o tym”. Któryż to zdrowo myślący człowiek znosiłby to wszystko w milczeniu?
Gdzież była ta wielka przyczyna, która mogła powstrzymać nas przed jedyną reakcją dziwnego człowieka? Historia potępi nas na zawsze, a jedyną reakcją (jeśli pozostało nam jeszcze jakieś wyjście) to ratować w przyszłości swoją duszę, skoro i tak się jest straconym. Przynajmniej pozostawić po sobie pamięć, której ktoś kiedyś złoży część.
Więcej ani słowo nie padło o tym. Myśl może dojrzewała w tym i owym umyśle, ale nikt nie mówił o tym głośno. Czekano. W Krakowie wszyscy, w poczuciu ważności zdarzeń, które mogą nastąpić, pragnęli w nich wziąć udział.
A byli naprawdę młodzi. Najmłodsza wśród nich była Czarna44. W tej chwili miała piętnaście lat, ale nikt nie chciał temu wierzyć. Była duża, silnie rozwinięta, naprawdę śliczna, w grubej koronie włosów na głowie. W jej zdrowym ciele mieszkała dusza krzepka i dzielna. I tak dojrzała, że każdy, kto przebywał z nią, mógł znaleźć w niej taką podporę, jakby była dorosłą kobietą. Nic dziwnego zresztą. W jej rozwoju nie było stopniowego przejścia od dzieciństwa, przez pokwitanie, ku dojrzałości. Można śmiało rzec, że wieczorem zasnęła dzieckiem, a rano obudziła się kobietą. Miała dwanaście lat, kiedy wojna wybuchła. Była jedyną siostrą Marka. Kiedy go uwięzili, rozpłakała się jak małe dziecko, ale zatroszczyła się jak matka. Tak w tym płaczu wylała wszystkie swoje dziecięce łzy, a to, co z niej później pozostało, to był już tylko hart kobiety, która chce ratować nie brata, ale bojownika wielkiej sprawy. Dzień w dzień chodziła pod więzienie, dzień w dzień zanosiła mu wszystko, co tylko mogła, a kiedy wywieźli go do obozu, podtrzymywała na duchu ojca i matkę. I wierzyła zawsze, że jej Marek musi wrócić. A kiedy wrócił istotnie, wtedy zamiast małej siostrzyczki zastał siostrę-towarzyszkę. A wtedy jeszcze nie miała trzynastu lat ukończonych. I ciekawa była w niej ta synteza przedwczesnej dojrzałości z dziecięcą zaledwie świeżością, mężnego, hardego ducha z tryskającą zdrowiem dziewczęcą urodą. A co w tym wszystkim było najciekawsze, to fakt, że nie było w niej ani śladu próżności, ani śladu pychy. Jakby było rzeczą zupełnie naturalną, że wczoraj jeszcze była dzieckiem, a dziś już włożono na jej barki odpowiedzialność za cały dom nieledwie. Przecież nie ukończyła nawet szkoły.
Marek i Justa uznali, że trzeba uzupełnić jej wychowanie szkolne. Rozpoczęli z nią normalne lekcje, a jej młody umysł chłonął wiedzę jak gąbka. Robiła olbrzymie postępy. Wtedy Justa postanowiła pozyskać ją dla sprawy. Był to dopiero pierwszy rok wojny. Justa nie chciała sama zająć się jej wychowaniem ideowym, by na kształtowanie się duszy młodego stworzenia nie wpłynęły węzły rodzinne. Oddała ją w ręce Miry. Odtąd wychowanie jej poszło normalną drogą. Żyła wśród ludzi starszych od niej o dwa, trzy lata, ale dorównywała im w pełni. Nawiasem mówiąc, przewyższała ich w niejednym, ale tego starano się nie podkreślać; z czasem zapomniano, że to było dziecko, przedwcześnie w życie wciągnięte. Bez skrupułów wciągano ją w najrozmaitsze trudne zadania. Trudno, już nie można było z powrotem uczynić z niej dziecka. Wszędzie była najmłodsza, ale wszędzie spełniała swą rolę na równi z dojrzałymi. Tak też było teraz w Krakowie. Sam Marek obarczał ją rozmaitymi sprawami, które nieraz wahał się powierzyć starszym. Ją albo Poldka45.
Od kiedy datowała się ich przyjaźń, tego nikt nie wiedział, jak zresztą nikt nie wiedział, skąd się do tego młodego stworzenia wzięło takie zdecydowane uczucie. Ale, jak wszystko było w niej silne i jasne, tak też i ta przyjaźń była faktem, którego nikt i nic nie mogło obalić.
Ciężkie były losy pierwszej piątki w lasach. Byli tu naprawdę pionierami. Zdawało się, że tu działa jakaś zorganizowana grupa partyzancka, do której wystarczy przyjść gotowym i uzbrojonym, podporządkować się i działać. Trzeba było tylko znać adres, na który należało się skierować, aby znaleźć się w kręgu działalności zorganizowanej.
Nasi mieli swój adres. Ruch działał wtedy w porozumieniu z partią robotniczą. Z jej więc polecenia mieli kierować się do przewodnika, który miał ich oczekiwać na stacji. Oczekiwał ich istotnie. Poprowadził ich przez miasteczko i dał nocleg na skraju lasu.
Nasi byli pełni zapału. Coś niby święte wzruszenie nie pozwalało im myśleć o niczym, tylko o działaniu. Jutro się miało rozpocząć dla nich to cudowne życie. Byli pierwsi, czuli, że torują drogę całemu ruchowi, że muszą zrobić wszystko, by stać się godnymi pionierami. W napięciu czekali.
O świcie zjawił się nowy przewodnik. Zabrał ich z chaty i poprowadził lasami. Nie znał dobrze drogi. Kołował kilkakrotnie. Potem zostawił ich w lesie i poszedł. Nie mieli co począć ze sobą. Straszne to było uczucie: mieć przy sobie broń, pragnąc czynu, a stać bezczynnie w miejscu, w ciszy i nie wiedzieć, gdzie szukać przeciwnika. Zaciskali pięści w bezsilnej wściekłości. Krążyli po lesie, bo nie chcieli wierzyć, by przewodnik miał ich zwyczajnie wprowadzić w błąd. Więc myśleli sobie, że może odstawił ich jednak na określony punkt, że może jednak tu, w pobliżu, znajduje się stacja partyzancka.
Chodzili, szukali — na darmo. Po dniu daremnego szukania wrócili do chaty pod lasem. Przyjęto ich ozięble. Było to schronienie tylko na jedną, poprzednią noc. W drugi wieczór musieli przemocą wdzierać się do wnętrza. Ale ostatecznie byli już pod dachem. Umęczeni, na wskroś rozczarowani, pełni goryczy, pragnęli tylko odpoczynku i zapomnienia.
Zrzucili plecaki. Szykowali się do snu. Jutro, skoro wypoczną i uspokoją się, zrobią własny plan działania. Dziś chcą tylko spokoju. Cisza zaległa wieś. Wszyscy już pewnie śpią. Nagle rozlega się szczekanie psa. Coraz bliżej, coraz głośniej. Zyga podrywa się, chłopcy nadsłuchują bacznie. Ktoś się zbliża. Wyglądają przez okno. Idzie oddział policji. Więc zdrada. Nie ma chwili do stracenia. W jednej sekundzie trzeba skupić wszystkie władze. Wytężyć słuch, naprężyć mięśnie, opanować się i działać.
Działają sprawnie. Jak jeden mąż. Idzie o śmierć albo o życie. Teraz jeszcze nie wolno im paść. I bronić się też nie można. Jest ich tylko pięciu na cały oddział żandarmerii. Więc tylko uciekać. A miarowe kroki są tuż, tuż...
Nim oddział dotarł do chaty, chłopcy już byli w lesie. Otoczyła ich ciemność i niezmącona cisza. Zaszyli się w gąszcz. Tym razem udało się. Ale niebezpieczeństwo nie minęło. Policja jest na tropie. Trzeba się mieć na baczności. Trzy dni, trzy noce pozostali w lesie. Odcięci od całego świata, od ludzi. Zapasy żywności wyczerpały się. Mieli tylko jedną kromkę chleba. Symboliczną. Strzegli jej jak ostatniego skarbu. Spijali rosę z traw.
Las był otoczony żandarmerią. Od czasu do czasu rozlegały się strzały. Żaden jednak żandarm nie odważył się zapuścić w głąb. Paniczny strach przed partyzantką tu panował. Wystarczyło pojawienie się tu jednego powstańca, by niepokój zapanował na wszystkich posterunkach policji. Fama tu szła, że partyzanci zalewają całe wsie terrorem, że nikt się im nie ostoi. Że z karabinem w ręku zmuszają chłopstwo do posłuszeństwa. Że sieją strach i budzą grozę. Więc ci wszyscy żołnierze najpotężniejszej armii świata truchleli na wieść o młodych, uzbrojonych chłopcach. Ufali swojemu męstwu, ale woleli nie stykać się z tymi nieznanymi powstańcami, dokoła których snuła się barwna legenda. Krótko mówiąc, tchórzyli. I w tym tkwiło zwycięstwo partyzantki. Że łamała butę tych najbutniejszych, że napędzała strachu tym nieustraszonym.
Gdy nasza piątka zjawiła się we wsi, poszła wieść po okolicy, że w lasach ukazał się oddział złożony z trzystu uzbrojonych powstańców. Kto te wieści szerzył, nie wiadomo. Powstawały jakby same z siebie. I strach padł na okolicę. Stąd tak szybko wynikła zdrada. Chłopi chcieli zapobiec terrorowi i pospieszyli z donosem. Dwa dni trwała obława. Las był gęsto otoczony, ale nikt nie odważył się zapuścić w głąb. Strzelali z karabinów na chybił trafił. Huk rozlegał się bezustannie, aż się żandarmi zmęczyli i uznali, że dość, że wytropili już wroga. I obława się skończyła.
Po trzech dniach wyszli chłopcy z lasu. Wygłodzeni, zmęczeni, ale zupełnie spokojni. Czuli się silni; jak na początek, dali sobie radę.
Nie mieli się dokąd skierować, we wsi nie mogli się pokazać, dachu nad głową nie mieli. Przewodnik nie pokazał się więcej. Byli zupełnie sami. Właściwie powinni byli zgłosić to kierownictwu: w Krakowie muszą o tym wiedzieć. Tam tylko można zdecydować, co dalej, więc trzeba pchnąć kogoś z wieścią.
Nim jednak wysłali sprawozdanie, postanowili spróbować raz jeszcze. Nie chcieli posyłać wiadomości, że nie zrobili niczego. Było im po prostu wstyd. Więc, chociaż zmęczeni i wygłodzeni, uplanowali na wieczór robotę.
Była ciemna jesienna noc. Przyczołgali się pod posterunek policji. Od wewnątrz nie dochodziły żadne głosy. Mieli zamiar zaskoczyć ich i rozbroić. Po zdobyciu broni, mogli z podniesionym czołem posłać wieść do Krakowa. Jedna chwila — i wszystko poszłoby dobrze.
Ale tamci i wewnątrz nie dali się zaskoczyć. Byli czujni. Ani przez chwilę nie zapomnieli, że dokoła są lasy, a w nich młodzi i gotowi na wszystko ludzie. Siedzieli na posterunku zamknięci na kilka zatrzasków. Nie otwierali nikomu.
Czy to była porażka? Przenigdy. To było raczej zwycięstwo. Tamci znów dali dowód tchórzostwa. Nie pokonali piątki, zamknęli się tylko przed nią, nie mając odwagi stawić czoła.
Trochę było wstyd odchodzić z kwitkiem spod zatrzaśniętych drzwi. Mogli je wziąć szturmem. Wysadzić je, wpaść do środka i zdobyć broń. Ale było ich tylko pięciu, a wewnątrz nie wiadomo ilu.
Taka była pozycja partyzanta. Siła jego polegała na tym, żeby zaskoczyć, bo nie w orężu leżała jego moc, tylko w tym, że wprawia w zdumienie. Że przed żołnierzem, z którego ramienia zwisa ciężki karabin, a u boku tkwi bagnet, staje nagle młody chłopak o jasnym spojrzeniu z małym pistoletem w ręku. I nim się zdumiony żołnierz spostrzeże, czego to dziecko chce — już pada strzał. Partyzant musi zaskoczyć, musi umieć wykorzystać moment nieledwie46 psychologiczny. Jego moc tkwi w przewadze duchowej. O militarnej nawet nie marzy.
Z chwilą, gdyby zyskał przewagę orężną, przestałby być partyzantem. Stałby się żołnierzem normalnej armii walczącej.
Chłopcy zrozumieli to. Nie mieli fałszywej pychy młodzieniaszków. Woleli odejść sprzed zamkniętych drzwi, niż porwać się na niedopuszczalny czyn. Trzeba umieć nawet klęskę ponieść z godnością. Zresztą nie ponieśli klęski: swej duchowej przewagi nie stracili. To tamci tchórzowsko zatrzasnęli drzwi. To tamci wystawili sobie świadectwo małego ducha.
Tego wieczora jeszcze Edwin pojechał do Krakowa. Jakkolwiek się sprawa miała, nie było tu co robić. W lesie nie można było mieszkać, a tu nie było ani jednego adresu, ani jednego ośrodka partyzanckiego. Ani jednego obiektu działania.
Jak dotychczas wszystkie możliwości zostały wykorzystane. Teren był po prostu nieodpowiedni. Przewodnik — niesumienny. Nie dorósł do zadania. Miast poprowadzić ich w lasy na odpowiednie stanowisko, wywiódł ich w pole. Właściwie mogli wracać wszyscy. Ale to byłoby coś na kształt dezercji. Pozostali więc na miejscu do czasu powrotu Edwina. Pobudowali sobie meliny, zorganizowali pocztę. Wypatrywali okolicę. Czy może jednak nie znajdzie się pole działania. Ale bezskutecznie.
Zamknęli się w małym pokoju Ewy47. Zastawili szklane drzwi. Mówili przyciszonym głosem. Na tapczanie leżał Edwin — dokoła siedzieli Dolek, Marek, Romek, Maniek. Edwin opowiadał wszystko ze szczegółami. Słuchali wzburzeni. Napięcie wzrastało.
Drzwi się uchyliły. Zza kotary ukazała się głowa Justyny. Zniecierpliwionym machnięciem rąk dali znak, by odeszła: „Nie przeszkadzać teraz!”
Wycofała się posłusznie. A tak bardzo pragnęłaby być z nimi tam wewnątrz! Wiedziała już coś niecoś o tym, co zaszło! Więc gdy się tam teraz ważyły losy ludzi, powinna i ona być wśród tej czwórki. Choć niekoniecznie ona! Powinna by tam być raczej Anna, Mira, Ewa — ktokolwiek, byle dziewczyna. Justyna tak bardzo boi się o tę piątkę, rzuconą na łaskę i niełaskę w lasy. Już dawno pogodziła się z faktem, że nadejdzie chwila, a nie będzie nikogo z tych ukochanych chłopców. Ale niech giną przynajmniej w radosnym poczuciu spełnienia, a nie dogorywają wśród pustki i beznadziei.
Tam wewnątrz radzili sami chłopcy: a mężczyźni nie zwykli się wycofywać. Każde wycofanie nazywają klęską.
Więc Justyna przechadza się przed domem podniecona i czeka niecierpliwie na to, co tam uradzą.
„Czego się martwisz, Justyno? — szepcze jej jakiś uspokajający wewnętrzny głos. — Czyś zapomniała, że tam wewnątrz jest Dolek? Ten, dla którego życie ludzkie jest najświętszą wartością. Ten, który już niejednokrotnie okazał, że życie powierzonych mu ludzi jest droższe jemu samemu niż tym młodym właśnie. Ileż to razy zdawało się, że powstrzymuje ludzi w pędzie, że tamuje ich rozmach! A przecież czynił to wszystko z miłości dla nich. Czuł się najstarszy wśród nich i wiedział, że nie wolno mu pozwolić, by padli ofiarą młodości, która ich ponosi. Więc był niby troskliwy jeździec, który mocno trzyma cugle i powstrzymuje w pędzie swe rozhukane rumaki. Ileż to razy najognistszy z rumaków zrywał się, stawał dęba, wierzgał. Ale czujny jeździec umiał go na czas powściągnąć”.
O, tak, nieraz ścierał się Dolek z Markiem, gdy go ponosił rozmach młodzieńczy, aż się rozhukany rumak opanował i szedł posłusznie w takt, podawany przez czujnego jeźdźca. Ale i Markowi można było dziś spokojnie zawierzyć losy młodych. Mimo burzącej się w nim młodzieńczości, znał świetnie granice między odwagą a szaleństwem, między bohaterstwem a lekkomyślnością. Umiał powstrzymać się w największym pędzie, kiedy czuł, że przekracza granice zdrowego rozsądku. Nawet potrafiłby się cofnąć, gdyby tego wymagała konieczność.
Więc kiedy Justyna tak myśli o tym, czuje napływ jakby uczucia wdzięczności dla nich za to, że zapał nie zabił w nich odwagi, a bojowa gotowość troski o życie człowieka. Przecież ponieść chcieli największe nawet ofiary, ale żadna nie śmiała być ofiarą daremną. Więc życia ludzkiego trzeba było przede wszystkim strzec jak największego skarbu. W tym duchu też zadecydowali tam za zamkniętymi drzwiami.
Nazajutrz pierwszym pociągiem wyjechał Edwin z odpowiedzią. Rozkaz brzmiał krótko: „Porzucić lasy, zajechać do najbliższego miasteczka i czekać dalszych rozkazów”.
W ciężkim położeniu znalazło się obecnie kierownictwo ruchu. Kiedy w sierpniu zapadła decyzja pracy i walki orężnej, zdawali sobie jasno sprawę z faktu, że nie są odpowiednio do swojego zadania przygotowani. Byli wszyscy pedagogami, wychowawcami na wielką skalę. Stali od lat na czele tysięcznej młodzieży bojowej. Przywództwo ich miało jednak charakter na wskroś duchowy. Znali dusze swych wychowanków i umieli torować im drogę, w najtrudniejszym nawet życiu być dla nich wzorem bojowości i oddania. Ale zawsze ich przywództwo miało charakter duchowy. Praca ich była zawsze twórcza. Najbardziej realny czyn — był duchowy i raz
[Luka w rękopisie]
Oficerami zatem nie byli nigdy i nie czuli się na siłach poprowadzić swych młodych do walki ogniowej. Sami gotowi stać się szarymi żołnierzami, zwykłymi szeregowcami, by oddać się w ręce wielkiego wodza, który zrozumie potrzebę chwili i ich młodzieńczy zapał zamieni w bohaterski czyn. Tak szukali wodza o doświadczeniu wojskowym, bo tego im właśnie brakło.
Odrzucili wszelki fałszywy wstyd i wyszli na jego poszukiwanie. Tak połączyli się z partią robotniczą. Co właściwie wpłynęło na decyzję w tym właśnie kierunku? Przypuszczalnie bezpośrednim bodźcem stała się osoba Lidki48.
Była kuzynką Ewy. Ewa od dzieciństwa wpatrywała się [zatarte] nie miała osobistego życia. Zawsze oddana była sprawie ludzi i dla niej zapewne żyła.
Wojna zastała ją w więzieniu. Skazana była na piętnaście lat twierdzy. Po trzech latach, gdy wybuchła wojna — wyłamała się wraz z innymi więźniami zza kraty. Rzuciła się znów w wir pracy. Połączyła się ze swym mężem, aż go zawierucha wojenna nie wydarła. Pozostała wtedy sama z niemowlęciem. Zwolniła się z pracy, wzięła urlop z partii, aby tylko odchować i zabezpieczyć swoje maleństwo. Kochała je nad życie. Była matką w pełni tego słowa. Praca rewolucyjna nie [zatarte] jej macierzyńskiej czułości. Chciała je tam umieścić u krewnych, by wrócić znów do pracy.
Wbiegła do znajomych, ułożyła dziecię na łóżku i wyszła na miasto. Dziecko było piękne i starannie wypielęgnowane. Znać, że matka, choć sama przymierała głodem, włożyła w nie całą siłę swej miłości. Kiedy wróciła, dziecko już nie żyło.
Otrząsnęła się z bólu. Zabrała się znów do roboty. Zamieszkała u rodziców Ewy — i tu zetknęła się z naszym ruchem. Od razu porozumieli się z Dolkiem. Byli sobie ogromnie bliscy. A i Marek znalazł się pod jej urokiem. Stała się dla nich ideałem kobiety dojrzałej, wielkiej bojownicy, o serdecznym kobiecym sercu. Jej osoba i wartość osobista kazały wierzyć w siłę partii.
Tak powzięła decyzję współpracy. Postanowili iść ręka w rękę, dzielić się wszystkim. Udział nie był jednak równy. Jeden dawał swą młodość, a może swe życie — a drugi tylko doświadczenie.
Wkrótce okazać się miało, że nie tylko [zatarte] były nierówne, ale [zatarte] oddania.
[Luka w rękopisie]
Stosunki stawały się coraz trudniejsze. Lidia robiła, co mogła. Starała się pokrywać mankamenty, troszczyła się o każdego wysyłanego człowieka, ale to już nie ratowało sytuacji. Jednego bowiem nie wyjawiła im szczerze: że partia na tym terenie nie działała aż do chwili jej powrotu i że stało się to jedynie i wyłącznie dzięki zapałowi i gotowości młodzieży żydowskiej.
Prowadzono długie narady, a słowa Lidii sprowadzały się do następującej treści: „To prawda, że mamy mało doświadczenia. Zdobywajmy je [zatarte], a nadrobimy czas”.
Odpowiedziano jej:
— Wy chcecie zdobywać je naszym kosztem. My [zatarte] płacimy zbyt wysoką cenę, za którą musimy rozwinąć się jako niezależny ruch.
— Zostańcie — mówiła ze swym kobiecym czarem — staniemy się razem silni.
— Nie, rozwiniemy się jako samodzielna siła. Potem przyjdziemy do was jako równi do równych. Nie będzie zależności, nie będzie hierarchii.
Na tym się rozstali.
Grabież odarła masy ze wszystkiego — rząd wśród rozlewu krwi zbierał srebro, złoto, futra, gotówkę. A bojowa młodzież żydowska jadała suchy chleb, mieszkała po strychach, piwnicach, chodziła w podartych butach, w jednej koszuli i z trudem zdobywała pieniądze na podróż. Czyż trzeba się było wahać? Nie, nie było środka, który się mógł okazać niegodny: każda droga była słuszna, jeśli prowadziła do celu i jeśli dyktowała ją konieczność historyczna.
Zabrali się do [zatarte]. Pracy im nie przybyło, odpowiedzialności też nie. Poprawiło się tylko samopoczucie. Liczyli wyłącznie na siebie i to dawało im radość. Wstąpili więc w tę nową fazę pełni odwagi i z miejsca przeprowadzili reorganizację.
Finanse już od dawna domagały się reorganizacji. Budżet przewidywał tysiące złotych tygodniowo. Ludzi przybywało, a ich utrzymanie, aczkolwiek skromne, stawało się w sumie poważną pozycją. Nadto administracja, rozjazdy, a przede wszystkim zakupno49 broni pochłaniało tysiące za tysiącami. W kasie był stale deficyt.
Romek był referentem kasowym. Nie wiadomo, skąd zdobywał tyle pieniędzy. Faktem było, że ilekroć zasępiały się twarze na myśl o tym, że znów nie ma pieniędzy na najważniejszy wydatek, zjawiał się z grubo wypchanym portfelem i ratował sytuację. Przy pierwszym obliczeniu kasa była mu dłużna 11000 złotych. Biuro techniczne przynosiło dość poważne dochody, były one jednak niewystarczające. Trzeba było zdobyć większą sumę pieniędzy i to drogą — z mieszczańskiego punktu widzenia — niekoniecznie uczciwą. Czas już był najwyższy porzucić te skrupuły. Ciężko zapracowany pieniądz żydowski wśród mordów przeszedł w ręce rządu.
Nowe zadania wyłoniły się przed piątką. Wzmocniono ją o dwóch ludzi. Przybył Harry50 z grupy Mańka, i Ignac51 z grupy Romka. Harry barczysty, powolny, rozważny chłop, Ignaś młody, zwinny, zawzięty chłopak. Podzielono ich na dwie grupy. Edwin, Emil, Harry, trzej rośli o imponującej postawie, kulturze światowców, znajomości języków, zaopatrzeni w broń i odpowiednie dokumenty, ruszali na zdobycie.
Każdą zdobytą sumę mieli odprowadzić do rąk kierownictwa w Krakowie. Ich łącznikiem została Hela. Tak przystąpiono do realizacji pierwszego zadania.
Benek, Zyga, Ignaś, Adaś wyruszyli w lasy. Mieli obrać teren działania, zbadać gruntownie okolice, zorientować się w obiektach, słowem, przygotować grunt pod samodzielną pracę. To było drugie zadanie.
Teren obrony w lesie miał zostać otoczony siecią mieszkań prywatnych, każde z nich miało być urządzone, zamieszkałe stale przez jedną osobę. Po każdej robocie chłopcy mieli opuszczać las i przeczekać tydzień lub dwa w mieście, w mieszkaniu. To było trzecie.
W tych samych dniach wyjechały Ewa, Klara i Hela na poszukiwanie mieszkań. Rozpoczęli budowę ruchu o własnych siłach.
Były jeszcze punkty ruchu, do których nie dotarło wysiedlenie. Przypominało to płomień, który nie ogarnął jeszcze całego gmachu, ale który ugasić się nie dał i, wcześniej czy później, musiałby dotrzeć wszędzie. Więc czekało się na nie[go] jak na nieunikniony cios.
Trzeba było przygotować ludzi, aby w chwili rozpoczęcia „akcji” nie byli zaskoczeni. Takim właśnie punktem był Tomaszów52. Tu było gniazdo Mirki, w którym pracowała od dawna, tu wychowała sobie młode pokolenie pracowników ruchu. Tu była cała jej nadzieja na przyszłość.
A kiedy teraz fala wysiedleń zbliżała się do jej gniazda, rzuciła się na nie, by je bronić. I znów poczęła jeździć po swej dawnej linii Kraków — Tomaszów, przedzierać się do getta, do swoich drogich ludzi. Lecz miast malować przed nimi — jak dawniej — obrazy jasnej przyszłości, miała im rzucić tym razem krótkie hasło: do boju!
Jeździła niestrudzenie, przywoziła im dokumenty, zbierała pieniądze na broń i wracała zawsze rozradowana. Taka w niej już była dziecięca wprost, cudowna radość, taka pogoda, że kiedy nawet chmurzyła się, bił od niej blask niby od słońca. I do wszystkiego podchodziła niemal beztrosko, powiedziałbyś — z dziecięcą lekkością.
Miło było patrzeć, jak przygotowywała się do podróży. Zazwyczaj wyjeżdżała wieczorami, a wtedy jej mieszkanie było przepełnione gośćmi. Wszyscy bowiem chcieli widzieć, jak ona krząta się, przejęta zupełnie tymi przygotowaniami, a jednak wcale nimi niewzruszona. Jakby nie myślała o tym, że przed nią jest podróż, która kryje w sobie niebezpieczeństwo.
— Mira jest chyba najodważniejsza z nas wszystkich — mówiła kiedyś Anna do Justyny. — Bo przecież nie na tym polega odwaga, żeby przełamać w sobie strach i przezwyciężywszy się, stanąć jeszcze na posterunku, ale na tym, by ani na chwilę nie zadrżeć, ani przez chwilę nie łamać się w sobie, a Mira naprawdę nie zna strachu.
Istotnie Mira narażona była poważnie. Nie miała odpowiednich warunków do maskowania się. Była drobna, miała szybkie, ale pełne godności ruchy. Szczególnie martwił ją czarny kolor jej oczu i włosów.
Z tych ciemnych oczu padały jednak wciąż iskry i sypały się uśmiechy, które rozbrajały tego, kto na nią spojrzał. Jeśli się zdarzyło, że ktoś popatrzył na nią podejrzliwie, wnet cofał się, rozbrojony jej jasnym spojrzeniem. Tak torowała sobie drogę swoim czarem osobistym, wdziękiem, któremu trudno się było oprzeć.
Powoli zaczęli napływać pracownicy z Tomaszowa. Pierwsze zjawiły się Irka i Halina53; zjechały do Krakowa, stawiły się na punkcie łącznikowym. Pod dzielnicą funkcjonował od pewnego czasu punkt54. Urzędował w nim Alek55. Całymi dniami siedział w domu i przyjmował ludzi. Kiedy kto przyjeżdżał, przychodził tu po rozkazy, które co kilka godzin napływały. Kto miał wyjechać, tu otrzymywał wskazówki i pieniądze, kto miał pozostać, dostawał przepustkę do getta lub nocleg w mieście.
Tak więc dziennie przewijały się dziesiątki ludzi przez punkt Alka. Coraz więcej było gotowych, coraz to nowi się zjawiali. Sieć mieszkań rozbudowywała się wciąż gęściej. Kiedy Irka zajechała do Krakowa, wysłano ją natychmiast na punkt w Dębicy56.
Piątki formowały się. Czekano tylko na hasło z lasu. Hasło jednak nie nadchodziło. Czekano bezustannie. Aż pewnego piątkowego poranku zjawili się w Krakowie Zygmunt i Adaś. Byli trupio bladzi. Zgłosili się do Alka. Zażądali natychmiastowego widzenia z Dolkiem i Markiem. Skontaktowano ich bezzwłocznie.
Poranek był ponury, duszność jakaś przesycała powietrze. Ołowiane chmury wisiały nad miastem.
Powinny się były nieba rozpłakać, ulice zasnuć kirem, ze wszystkich gardzieli miał się ozwać krzyk rozpaczy. Ze wszystkich oczu trysnąć łzy. A tu nic.
Tłumy przewalały się przez ulicę. Przechodnie w pośpiechu trącali się, popychali. Jeden nie zwracał uwagi na drugiego. Gnała ich przed siebie codzienna troska o chleb, walka na nerwy, bezcelowy byt. Pod jej ciężarem uginał się mały człowiek, nachylał do ziemi, łamał niemal cały.
A między tymi tłumami posuwało się dwóch młodzieńców twardym krokiem. Szli powoli. Opuścili zasępione czoła, wzrok wbili w bruk. Posuwali się krok za krokiem. Serca w nich biły cicho. Oto wracali z żałobną wieścią. Przed jasne oblicza towarzyszy mieli rzucić, niby krwawy plon, smutne, ociekające krwią słowa.
Wyjechali we czwórkę: Benek, Adaś, Zygmunt i Ignaś. Zajechali w lasy, zaszyli się w odludzie. Znaleźli odpowiedni teren. Tu rozbili namioty. Rozpoczęła się praca. Całymi dniami robili pomiary, rysowali mapy: zorientowali się w okolicy, zbadali obiekty działania, ustalili bazy operacyjne. Nakreślili punkty wypadowe, spenetrowali całą okolicę w promieniu kilkunastu kilometrów. Rozbudowali schrony, przygotowali grunt pod pracę. Byli wyłącznie w lesie. To był ich cały świat. Nie wydalali się stąd ani na krok, do wsi nie chodzili. Znali tylko jednego czy dwóch gospodarzy na skraju lasu. Co kilka dni zaglądali w pojedynkę do wsi, zaopatrywali się w żywność i ukradkiem wracali do boru. Wieś była niebezpiecznym terenem. Czujność była tu wzmożona, okolica zdawała się wyludniona, drogi były puste, głucha cisza panowała tu dniem i nocą. Każdy, kto się znalazł pomiędzy chatami, był podejrzany. Strach tu panował przed partyzantką. W każdym obcym dopatrywali się powstańca, jeśli nie desanta57. Żadne dokumenty nie mogły wykazać wtedy niewinności. Podejrzenie było równoznaczne z wyrokiem. Sami chłopi poruszali się we wsi niepewnie.
Chłopcy nie [zatarte] zresztą ku osadzie. Było im dobrze w lesie, nie tęsknili za ludźmi, za gwarem, za zbiorowiskiem. Wśród pracy mijały dni. We wtorek wyczerpały się zapasy. Trzeba było zajrzeć do wsi. O zmierzchu wybrał się Benek z Ignasiem. Nim wyłonili się z lasu, otulił ich gęsty mrok. W szarej mgle jesiennego wieczoru dostrzegli nagle małą chatynkę. Wsunęli się do niej ukradkiem.
Usiedli za stołem, w izbie panował mrok. Kaganek kopcił pod ścianą. Gdzieś tam ćwierkał świerszcz. Nie mówili słowa.
Wtem rozległo się ostre pukanie. W drzwiach stanął żandarm, za nim policjant. W sionce zamajaczyła trzecia postać. Któż to znów? Leśniczy, z ramienia zwisa mu karabin.
Jest ich trzech przeciw dwóm... Widocznie mrok nie osłonił chłopców dostatecznie. Dostrzeżono ich w drodze. Donos poszedł szybko.
Ustawili się rzędem, wszyscy trzej chwycili karabiny w dłoń. Stali w pogotowiu.
Chłopcy ani drgnęli. Siedzieli z rękami w kieszeni. Obojętnie patrzyli na przybyłych. Może nawet udawali zdziwienie. Niby, że nie widzą związku przyczynowego między ich tu obecnością a przybyciem tamtych uzbrojonych.
Obliczali szanse. Przewaga tamtych była bezsporna. Rzucić się na nich byłoby szaleństwem. O otwartej walce nie ma mowy. Trzeba raczej upatrzyć odpowiedni moment. I czekać.
Czekali spokojnie. Cisza aż dźwięczała. Mierzyli się wzrokiem. Światło migotało spod ściany.
— Wstać! — ryknął żandarm.
Podnieśli się ociężale.
— Dokumenty!
Powolnym ruchem sięgnęli do kieszeni. Niedbale wyłożyli papiery na stół. Nie spieszyło im się. Grube łapska porwały je gwałtownie.
— Macie broń?
— Nie mamy!
— Zobaczymy zaraz!
— Zobaczymy — odburknął Benek.
Dwoje [zatarte] oczu przeszyło go dzikim wzrokiem.
— Zdjąć ubranie! — wrzasnął.
Benek pochylił się. Nad głową sterczały mu trzy spluwy. Zdawał się nie widzieć ich. Poruszał się powoli. Najpierw ściągnie cholewy. Którą wcześniej? Może prawą... Trochę opornie mu idzie. Coś się tam zacięło. Szarpnął mocniej. Jest! Wyciągnął spluwę.
Podniósł się gwałtownie. Huknął strzał. Trafił celnie. Wielkie cielsko żandarma powaliło się na ziemię. Krew trysnęła wokoło. Dwaj pozostali zastygli bez ruchu. Zdumienie obezwładniło ich. Zdrętwiałe ręce wpierały się w karabin. Skamienieli.
Padł drugi strzał. Tym razem mniej trafny. W prawe ramię policjanta. Zatoczył się i zawadził o ścianę; omdlał.
W tej chwili ocknął się trzeci. Chwycił krzepko broń. Skierował lufę w Benka.
Była decydująca chwila.
Ignaś stał z boku. Nie miał broni: na całą czwórkę były tylko dwie spluwy. Jedna została w lesie, drugą zabrali do wsi.
Stał bezsilny. Zacisnął pięści. Zagryzł wargi. Tylko patrzył. Widział wszystko, a nie mógł zrobić nic. To była chyba najcięższa chwila w życiu.
Jeszcze sekunda, a z tej lufy padnie strzał. Prosto w skroń Benka. Gdyby Ignaś miał teraz broń... — powaliłby trzeciego w mig i byliby ocaleni. Wycelowałby bez trudu. Ale zaciśnięte dłonie były puste. Więc tylko wzrokiem wbił się w leśniczego. Targana bólem, cała dusza zbiegła mu do ciemnych źrenic.
Oddychał ciężko. Życie Benka wisiało na włosku. Teraz, za chwilę, miało stać się to najokropniejsze. Zdawało się, że wieki mijają.
A to była maleńka chwilka, mgnienie oka zaledwie. Huknął strzał. Benek zachwiał się i padł. Stukot opadającego ciała otrzeźwił Ignasia. Była kolej na niego. Wyprostował się dumnie. Był gotów.
Cały wieczór czekali w lesie na ich powrót. Raz po raz wychodzili z meliny. Nadsłuchiwali. Północ minęła dawno. Noc była ciemna. Może zbłądzili? Zyga wyszedł na poszukiwanie. Wrócił znękany.
Nie ma rady. Trzeba czekać do rana. Zapomnieli o głodzie i zmęczeniu. Nie kładli się do snu. Niepokój wżerał się w nich coraz silniej. Ognisko zagasło, ziąb przeszywał ich na wskroś.
Świt zastał ich wyczerpanych do cna.
Nie ulegało żadnej wątpliwości. Coś się tam stało we wsi. Przymusili się jednak do spokoju. Postanowili czekać do południa. Godziny wlokły się w nieskończoność. Słońce wzeszło wysoko.
Cichaczem podeszli na skraj lasu. Posuwali się bezszelestnie. Nikogo nie było widać. Zdawało się, że wieś wymarła. Wtem ujrzeli z daleka chłopa. Poznali go. Wyłonili się ostrożnie z gęstwiny.
W tej chwili spostrzegł ich tamten. Zmrużył oczy tajemniczo, zasłonił palcem usta. Był to znak ostrzegawczy.
— Nie chodźcie, panowie, do wsi.
— A dlaczego?
— Węszą tam dzisiaj jak psy...
— Niby, że coś nowego zaszło?
— Ano. Wczoraj w mojej chałupie — zniżył głos — zastrzelili dwóch młodych zuchów.
Spojrzeli po sobie.
— Znaliście ich?
— Zachodzili do mnie czasem.
— Jak się nazywali?
— Ach, ja tam nie wiem — machnął ręką.
— A jak wyglądali?
Opowiedział dokładnie. Nie było się co zastanawiać. Benek i Ignaś nie żyli już.
— Umierali mężnie — kończył chłop — prawdziwe zuchy.
— Pewnie nasi — dorzucił szeptem...
I zamyślił się.
— A wy nie chodźcie do wsi — ostrzegł raz jeszcze — szkoda was, panowie. — Wykręcił się na pięcie i odszedł pospiesznie.
Wrócili do lasu. Nie mieli tu co robić. We dwójkę nie dokonają niczego. Trzeba zresztą zawiadomić kierownictwo. Trzeba do kogoś uciec ze swym bólem.
Przeczekali kilka godzin w lesie. Wieczorem zakradli się na stację. W piątek rano stanęli w Krakowie.
Nie załamali się. Nie podnieśli krzyku rozpaczy. Nawet łzy nie uronili. Tak musiało być. Zginęli śmiercią mężną. Zachowali zimną krew do ostatka. Postąpili jak prawdziwi żołnierze. Dwa strzały, które padły z rąk Benka, były rozważnie obliczone. Nikt nie postąpiłby rozsądniej. Był tylko jeden błąd, że Ignaś nie miał broni. Ten zdecydowany, zacięty chłopak byłby dokończył dzieła. Wszak brakło tylko jednego strzału. On nie spudłowałby. Było ciemno, mogliby później z trzema zdobytymi karabinami zniknąć w jednej chwili. Zanim by się w okolicy spostrzeżono, już by ich dawno nie było.
Chodziło o jeden strzał. Wniosek był jasny: każdy, kto wyrusza w pole, musi mieć własną broń. Zapłacili dwiema ofiarami za tę bezcenną naukę.
Tak postawili swój pierwszy krok na swej własnej drodze. I nie cofną się z niej nigdy. Dwie ofiary były niby kamień węgielny podłożony pod wielki gmach. Kto rozpocznie budowę, musi ją dokończyć. Kto złożył ofiarę z dwóch dzielnych towarzyszy, musi w imię bohaterskiej krwi iść dalej szlakiem walki.
To prawda, że wewnątrz tam szarpał ból. Trzeba go jednak stłumić. Trzeba okrzepnąć. Zahartować się. Oswoić się ze śmiercią. Przywyknąć do niej. Będzie nas teraz coraz częściej odwiedzała.
Taka była ich odpowiedź.
W małym gabineciku Ewy, na miękkim tapczanie, siedzieli znów przy zamkniętych drzwiach. Nie spuścili głów, nie załamali rąk. Ostatnie słowa Dolka dźwięczały jeszcze w powietrzu. Cicha pogoda zdawała się opływać ich młode czoła. Milczeniem powitali Justynę. Spojrzeli na nią tylko i powrócili do swoich myśli. Usiadła bezszelestnie na rogu tapczanu.
Nie śmiała oddychać. Coś niby majestat biło od tej czwórki, skupionej w ciasnym pokoiku. Z boku, na nocnej szafce paliła się mała lampka. Rzucała słaby blask na ich twarze. Światła i cienie grały na bladej ścianie... Włosy, profile rysowały się ostrymi konturami. Nie poruszali się. Trwali w spokoju, w kamiennym spokoju. Wyglądali tak, jakby się więcej nic zdarzyć nie mogło. Bo cokolwiek by się zdarzyło, zniosą bez drgnienia. Na wszystko znajdą odpowiedź. Justa piła chciwie tę pogodę. Nie słyszała słów, które Dolek mówił przedtem półgłosem, ale kiedy wpatrywała się w te twarde cienie na ścianie, wiedziała już wszystko. Powoli i w nią wstąpiła cicha, głęboka pogoda.
Marek podniósł wzrok. Ocknął się. Zdawało się, że dopiero teraz spostrzegł żonę.
— Justa — powiedział szeptem — idź na górę do Heli. Ona tam czeka u Geny58 na wynik posiedzenia. Powiedz jej, że jeszcze dziś w nocy jedzie. Niech się przygotuje do podróży. Wraca do Rzeszowa. Tam ma czekać na Edwina, Emila59 i Harry’ego lub na wiadomość od niego. Niech się trzyma dzielnie.