O księciu Gotfrydzie, rycerzu Gwiazdy Wigilijnej

Dwanaście cudownych opowieści przez mistrza Johannesa Sarabandusa, astrologa króla jegomości, spisanych

W wigilię Bożego Narodzenia, Roku Pańskiego (w tym miejscu rękopis jest nieczytelny), tłumy zaległy podworzec1 zamkowy. Wszyskie oczy wpatrzone były w krużganek2, z którego herold3 oznajmić miał wielką nowinę.

Wszystkie serca biły zgodnie, o jedno prosząc Pana.

Nigdy chyba żaden następca nie był goręcej przez lud oczekiwany. I nie dziwota: brat królewski, książę Gerald, który w razie bezdzietności króla tron by po nim objął, znany był z charakteru okrutnego, podstępnego i gwałtownego.

Trudno było zaiste powiedzieć, czy więcej się go bano, czy też nienawidzono bardziej.

Jednak dziwny niepokój ogarniał wszystkich, albowiem Bóg zdawał się przez szczególne znaki i wypadki niezwykłe zwiastować. Niesłychaną bowiem jest rzeczą, by burza w grudniu się zdarzyła, a tymczasem na dwa dni przed wilią4 taka się nawałnica rozpętała, że w dzień ciemno było od chmur, w noc jasno od błyskawic, a od łoskotu grzmotów waliły się drzewa.

Dwa dni i dwie noce srożyła się owa burza, aż na trzeci, w wilię właśnie, uspokoiła się nagle. Niebo wypogodziło się, słońce świeciło, jakby to już marzec albo i kwiecień nadchodził, a powietrze było takie ciepłe i pachnące jak w maju.

Zmrok już zapadł, ale nikt z miejsca się nie ruszył, by do domu na wieczerzę5 podążyć.

I oto w tej samej chwili, gdy na niebie błysnęła pierwsza gwiazda, ta co niegdyś pastuszków do Betlejem prowadziła, na krużganku ukazało sia dwóch pachołków z pochodniami, a za nimi herold królewski. Niech żyje syn i dziedzic pana naszego! — wyrwał się z tysiąca piersi gromki okrzyk, ale nagle wszyscy zamilkli, bo oto nad swymi głowami tłum ujrzał coś niezwykłego: w srebrzystym, oślepiającym blasku ukazał się w górze śnieżnobiały gołąb, a za nim czarny jastrząb.

Z błyskawiczną szybkością zatoczył gołąb krąg nad dziedzińcem i przez otwarte okno, ponad głową herolda, do zamku wleciał, a za nim drapieżnik okrutny. Gołąb przeleciał jedną i drugą salę i ostatkiem sił do komnaty, gdzie leżała królowa, dotarłszy wprost na piersi śpiącego w kołysce małego księcia upadł.

Jastrząb przypadł do niego chcąc go porwać, ale jakby przeraziwszy się dziecka cofnął się, ze strasznym krzykiem w tył się rzucił, głową o wiszącą na ścianie lirę uderzył i martwy na ziemię upadł.

Strwożył się bardzo król, przywołać mnie kazał i w te ozwał się słowa:

— Znane ci są, mistrzu, wszyskie dziwne znaki, które przyjściu na świat mego syna i następcy towarzyszyły. Powiedz mi więc, co by one znaczyć mogły i co syna mego w przyszłości oczekuje?

— Miłościwy królu! — rzekłem. — Daj mi trzy dni czasu, iżbym mógł księgi moje i gwiazdy o pomoc prosić, a spełnię twe życzenie.

— Niech i tak będzie, choć serce moje drży z niepokoju i niecierpliwości — odparł król. — Za trzy dni nakazuję wszystkim moim rycerzom stawić się w sali tronowej.

Wysłucham w otoczeniu mych wiernych wasali6 twojej odpowiedzi. Bacz jednak, byś tylko to, co w księgach i gwiazdach wyczytasz, mówił, nic dla uspokojenia mnie lub pochlebienia mi nie dodając.

Kiedy po trzech dniach wezwano mnie przed oblicze królewskie, zastałem miłościwego pana w otoczeniu wszystkich wasali. Po prawej zaś jego stronie stał książę Gerald, chmurny i posępny jak zwykle, z ręką wspartą na rękojeści miecza, a na ławach purpurą okrytych, pod ścianami stojących, siedzieli dostojni grafowie7 i baronowie.

Skłoniłem się głęboko królowi i w te ozwałem się słowa:

— Królu mój i wy, szlachetni mężowie! Oto jest przepowiednia, którą w gwiazdach i księgach tajemnych wyczytałem: Książę Gotfryd Zwycięzca (tak go bowiem wszyscy zwać będą) urodzony jest pod cudownym i tajemniczym znakiem Gwiazdy Wigilijnej. Zostanie on największym rycerzem i pieśniarzem, jaki istniał i istnieć będzie w chrześcijaństwie całym, a w noc Bożego Narodzenia siłą nadludzką i przez żadne potęgi niezwyciężoną obdarzony będzie. Przeznaczone jest mu życie niebezpieczeństw i chwały pełne.

Dziecięciem małym jeszcze będąc, w zawierusze wojennej rodziców utraci.

Z więzienia, w którym krewny i opiekun go zamknie, przez ptaki oswobodzony, na skrzydłach ich przeleci morze.

W obcym dalekim kraju, nie w jedwabiach i aksamitach, lecz w płótnie zgrzebnym8, za owcami chodzić będzie.

Zwabiony przez elfy9, niebezpieczeństwa wielkiego dzięki cudownej mocy swych pieśni uniknie.

Górali i pastuszków od okrutnego wilkołaka i wiedźm uwolni.

Córkę wielkiego króla uzdrowi i na dworze jego paziem10 zostanie.

Ostrogi rycerskie otrzyma11, zwycięzcę stu turniejów pokonawszy.

Miecza nie dobywając zamek warowny, na który sam król z całą drużyną porwać się nie ważył, zdobędzie.

Księżniczka mórz podaruje mu pierścień czarodziejski, władzę nad morzem dający.

Wróżka Wiwiana obdarzy go ametystem, moc cudowną i tajemniczą mającym.

Do kraju powróciwszy, tyrana, co tronem jego podstępnie zawładnął, wypędzi i długo i szczęśliwie panować będzie.

Najpiękniejszą na ziemi królewnę z niewoli mocarza, co jednym uderzeniem obala skały, oswobodzi.

Oto opowiedziałem już wszystko, co wyczytałem w gwiazdach i księgach, nic dla uspokojenia serca twego, królu, ani dla pochlebienia ci nie dodając.

Zapalił się wielkim gniewem książę Gerald i parę kroków ku mnie postąpiwszy groźnie przemówił:

— Chytry starcze! Cóżem ci uczynił, że serce brata mego chcesz ode mnie odwrócić? Zaprawdę, gdyby nie wzgląd na majestat królewski, dobyłbym miecza i na miejscu jak psa bym cię ubił! Wszystkim jest przecie wiadomo, że nie ma król innych prócz mnie krewnych, więc o mnie to, nikczemniku, mówisz, że bratanka mojego ukochanego będę więzić? Ty oszuście kłamliwy!

— Astrologiem jestem — odparłem — obowiązkiem jest moim to, co w gwiazdach wyczytam, głosić, nic nie dodając ani też ujmując. Zamilknij tedy12, książę, bo wielce obelżywe są twe słowa!

Zmarszczył brwi król i rzekł:

— Za niedołężnego mnie widać starca albo za dziecko nierozsądne ty i Gerald poczytujecie! Za dziecko, które bajce każdej uwierzy, choćby mu o morza na skrzydłach przelatywaniu, o mocarzu, co skały obala, lub o rycerzu, co bez miecza nieprzyjaciół poskramia, opowiadać. Gdyby nie twoje siwe włosy, nie uszłyby ci płazem te kłamliwe wymysły, w których w dodatku czci mego brata śmiesz uwłaczać!

— Czy do mnie tak mówisz, królu? — zapytałem. — Do mnie, któregoś przyjacielem swoim nazywał? Odkądże to, królu, za kłamcę mnie uważasz? Prawda, że wróżby moje dziwnie brzmiały, ale nie ma nic tak dziwnego, królu, co by się na świecie zdarzyć nie mogło. Skądże to wiedzieć możesz, że syn twój na skrzydłach nie przeleci morza lub nie pokona pieśnią nieprzyjaciół, jeśli się tak Panu Bogu będzie podobało? Skądże to wiedzieć możesz, że nie ma mocarza, co jednym uderzeniem rozbijałby skały? Czy zwiedziłeś wszystkie kraje i morza, i przepaści, i góry? Czyś wszedł w głąb ziemi i oglądałeś sfery nadpowietrzne? A gdybyś to nawet uczynił i takiego męża nie znalazł, to czy nie może on zjawić się na świecie w każdej chwili, jeśli się tak Panu Niebios będzie podobało?

Ale król słuchać mnie wcale nie chciał i skinieniem ręki odprawił. Odszedłem tedy ze smutkiem w sercu. Od tej pory utraciłem zaufanie pana mojego, ale przyszłość, jak to się w tej księdze pokaże, ziściła wszystkie moje przepowiednie.

Nie po to jednak ją napisałem, by mądrość własną chwalić, ale po to, by sławę nauki, której służę, utrwalić. Zastrzegam się jeszcze, że nie cały żywot księcia Gotfryda, rycerza przesławnego, opowiadam, bo musiałbym chyba nie dwanaście opowieści, ale ksiąg dwanaście o czynach jego znakomitych napisać, jeno13 tę część jego, która się przepowiedni moich tyczy.

Dziecięciem małym jeszcze będąc w zawierusze wojennej rodziców utraci...

O księciu Gotfrydzie opowieść pierwsza

Nie mógł się król miłościwy synaczkiem swoim nacieszyć, nie mógł się mu dość napatrzyć, nie wiedział sam, jak ma Bogu za dziecko to cudowne dziękować.

Piękny bowiem był mały książę Gotfryd! Kiedy czasem na skrzypeczkach swych grając oczy szafirowe w niebo wzniósł, a włosy mu się w ciemnych pierścieniach na ramiona rozsypały, to zdało się każdemu, że to aniołek z chóru niebieskiego.

A grał książę Gotfryd na swych skrzypeczkach maleńkich, darze jednego z królewskich wasali, nad podziw pięknie, choć mu się siódma jeszcze nie zaczęła wiosna.

Ale dał Bóg Gotfrydowi nie tylko oczy błękitne i świetliste, lecz i duszę błękitną i świetlistą.

Nie przeszedł nigdy obojętnie książę Gotfryd obok czyichś łez i czyjegoś cierpienia, a choć tak mały jeszcze, każdego umiał pocieszyć i rozweselić, każdemu pomóc. Ale nie tylko ludzi miłowało owe dziwne chłopię, lecz także zwierzęta i rośliny, i wszystkie żywe stworzenia. I nikt nie śmiał w jego obecności krzywdy najmniejszemu zwierzątku uczynić, a najpłochliwsze ptaki i zwierzątka czuły widać, że mają w nim przyjaciela i opiekuna, bo nie lękały się go wcale i nie uciekały przed nim.

A odwagę i siłę miał taką, że gdy raz byczek jakiś młody, nie wiadomo skąd się wyrwawszy, wprost na niego z pochylonymi rogami wpadł, Gotfryd, miast do ucieczki się rzucić, za rogi go pochwycił i przytrzymał, dopóki nie nadbiegli pachołkowie...

Miłowali też wszyscy rycerzyka owego, a psuli, a pieścili!

Królowa go piosenkami do snu kołysała i piosenkami ze snu budziła.

Król, na kolanach go trzymając, o rodzie jego sławnym i rycerzach dzielnych opowiadał.

Kasztelan14 zamkowy miecze mu i łuki z drewna strugał i na konia sadzając dosiadać i jeździć na nim uczył.

Panny służebne w jedwabie go i aksamity stroiły, włosy mu trefiąc15 i w pierścienie zwijając.

Stara piastunka baśnie mu czarodziejskie bajała i przysmakami karmiła.

A już co do dworzan, to ci się w usługach i zabawach dla małego pana prześcigali; jedni dlatego, że go szczerze kochali, inni, by się królowi i królowej przypodobać.

Ale zdarzyło się razu pewnego, że nieprzyjaciel wielki na kraj napadł.

Pożegnał się tedy król z żoną i synkiem i z drużyną swą rycerską bronić granic państwa pojechał. W niepokoju wielkim i we łzach czekała królowa na wieści od męża. Minął dzień jeden i drugi, a żaden goniec z pola bitwy nie nadjeżdżał. Aż na trzeci dzień róg się pod murami zamku odezwał. Spuszczają pospiesznie strażnicy most zwodzony, wjeżdża na dziedziniec rycerz we krwi cały i kurzu. Wybiegła przeciw niemu królowa, wybiegł dwór cały, a rycerz z konia zeskoczywszy ozwie się wesoło:

— Raduj się, najjaśniejsza pani! Wojska nasze nieprzyjaciół rozbiły i król z rycerzami uchodzących ściga. Przygotujcie się na jego przyjęcie, bo tylko go w zamku patrzeć!

Ucieszyła się królowa, ucieszyli się dworzanie, ucieszył się lud cały i, w piękne szaty się przystroiwszy, z zielenią, kwiatami i śpiewem witać zwycięzcę wyszli.

Jakoż niedługo czekali.

Zatętniły kopyta, zabrzęczały zbroje i nadjechali królewscy rycerze.

Jeno nie dęli w rogi i pieśni nie śpiewali, jako zwycięzcom przystoi — w ciszy i w smutku wielkim.

Jeno nie jechał na ich czele król ich mężny, miłościwy i szlachetny — na płaszczach ciało jego czterech grafów z odkrytymi głowami niosło. Bowiem gdy wrogów rozbiwszy do zamku powracał, żołdak16 jakiś nieprzyjacielski, za drzewami się przyczaiwszy, oszczepem w niego rzucił.

Oj, jakżeś ty, płatnerzu17 królewski, tę zbroję złotą kuł, że ją na wylot oszczep zdradziecki przebił i w sercu wroga utkwił!

Pobladła królowa jak lilia, za serce się chwyciła i martwa na ręce panien służebnych upadła.

Oj, jakżeś ty, płatnerzu królewski, tę zbroję złotą kuł!

Zwołał tedy brat króla wasali co najznakomitszych na naradę i tak do nich przemówił:

— Otośmy stracili króla, brata mego umiłowanego, a wraz z nim i królowę. Osierocony został nasz tron. Co więc mi począć, szlachetni panowie, radzicie?

Tak prawił, a w sercu nadzieję miał, że go wasale na tron zaproszą.

Milczeli grafowie i baronowie, na Rolanda, „Prawym” zwanego, spoglądając, bo szanowali go wielce dla męstwa i rozumu wielkiego, i włosów siwych i zawsze mu w radzie głos pierwszy dawali.

Podniósł się Roland Prawy i odparł bratu królewskiemu:

— Nie przypadła mi do serca twa mowa, książę Geraldzie. Mówisz, że tron osierocony został, i o radę, co z nim czynić, pytasz. A nie zostawił to nam król księcia Gotfryda, syna swego i prawego następcy?

Tak rzekł, a przytaknęli mu wszyscy rycerze.

Nie w smak poszło to księciu Geraldowi, ale złość wielką uśmiechem słodkim pokrywszy rzekł:

— Nie zrozumiałeś mnie, Rolandzie, ani wy, szlachetni rycerze. Wiem ja ci dobrze i nie przeczę temu, że Gotfryd prawym jest tronu następcą. Ale bratanek mój dzieckiem jest jeszcze i trzeba mu dać opiekuna, który by, nim mały książę do lat męskich dojdzie, państwem zarządzał, a jego na dzielnego rycerza wychowywał.

Podniósł się baron Iwon, księcia Geralda przyjaciel i powiernik, i drużyny jego dowódca.

— Któż to, jeśli nie ty, książę, opiekunem Gotfryda być może? Stryjem mu przecież jesteś i mężem tronu najbliższym!

Tak przemówił, a chcąc nie chcąc zgodzić się z nim musiał Roland i inni rycerze, bo prawdą to było, że nikt od brata królewskiego praw większych nie miał do rządów sprawowania.

Został więc Gerald bratanka swego opiekunem i państwa wielkorządcą, ale w duszy korony królewskiej pragnął i jeno nad tym przemyśliwał, jak by się małego księcia pozbyć.

Rzekł tedy raz do niego Iwon:

— Nie może być inaczej, tylko zrób, jak ci radzę: Stoi nad morzem, pośród urwisk dzikich, wieża wysoka, co niegdyś strażnicą była. Poślij tam Gotfryda z żołnierzem jakim zaufanym i każ go w niej uwięzić, a panom powiedz, żeś go do zamku nad morze wysłał, bo chorowity jest bardzo, a morskie powietrze moc i zdrowie przywraca. Nie wytrzyma wątły dzieciak więziennych niewygód, tęsknoty i samotności i zemrze niedługo, a ty wtedy, żal wielki udając, z honorami królewskimi go pochowasz, a sam koronę otrzymasz, bo się tobie tylko będzie wtedy należała.

Tak mówił ten zbrodniarz niegodziwy, a rad go słuchał książę Gerald, bo był zaprawdę pan godny sługi.

Przez ptaki z więzienia oswobodzony, na skrzydłach ich przeleci morze...

O księciu Gotfrydzie opowieść druga

Smutna to była wieża, w której Gotfryda zamknięto. Za nią i wokoło niej urwiska się skalne piętrzyły, a przed nią morze zielone i gniewne szumiało, falami raz w raz z wściekłością o skały uderzając i białą bryzgając pianą.

Ani drzewka, nawet najnędzniejszego, ani kwiatu, ani trawki nigdzie z niej widać nie było. Zwali ludzie te skały przeklętymi, bo nawet mech róść na nich nie chciał. Nie przechodził też tędy wieśniak, dzieci nie przybiegały na brzegu się bawić i muszli szukać, rybak nie zarzucał tu swych sieci i nawet mewy unikały tego miejsca.

Nagich ścian izdebki18 Gotfryda nie pokryto kobiercem19.

Trochę mu tylko słomy zgniłej na posłanie rzucono. Małe okienko niewiele przepuszczało światła, choć kratą go nie opatrzono, bo chyba ptak mógłby uciec z takiej wysokości.

Siadał w nim nieraz Gotfryd i w dal patrząc czekał, czy nie ujrzy przechodnia jakiego lub łodzi rybackiej.

Ale darmo20. Pusto było wokół i głucho. Tylko wicher wył przeciągle i fale rozbijały się o skaliste brzegi.

Dwa razy jednak do roku miał książę Gotfryd gości:

Późną jesienią przelatywały koło jego wieży ptaki za morze lecące, a wiosną wracały znowu do rodzinnego kraju.

— Dzień dobry, bociany! — wołał mały książę rozwierając okno. — Dokąd to lecicie?

— Do Egiptu, do Egiptu, gdzie płynie błękitny Nil i wznoszą się wysokie piramidy — odpowiadały bociany, ale chłopiec nie rozumiał ich mowy.

— Pozdrawiam was, jaskółki! — wołał do przelatujących jaskółek.

— I my cię pozdrawiamy, malutki! — odpowiadały jaskółki, ale mały książę nie wiedział o tym.

— Czy to wy, skowronki? Czy to wy, słowiki? Prędko wrócicie?

— Na wiosnę! Na wiosnę. Gdy zazielenią się drzewa i zakwitną sasanki! — odpowiadały mu skowronki i słowiki.

— Jaki śliczny jest wasz świergot — wołał Gotfryd nie domyślając się nawet, że ptaki z nim rozmawiają.

Ostatnie leciały zawsze żurawie jęcząc i zawodząc, a jęk ich przejmował serce Gotfryda smutkiem i tęsknotą, bo wiedział, że teraz pozostanie sam na długie, długie miesiące.

Razu pewnego jednak, a wydarzyło się to jesienią, gdy ptaki za morze leciały, chłopak jakiś niedobry do jednej z jaskółek z procy wycelowawszy w skrzydło ją postrzelił.

Wytężała biedaczka wszystkie siły, żeby mimo bólu towarzyszkom w locie sprostać i po drodze gdzieś zostawszy w śniegu nie zamarznąć, ale na próżno. Właśnie wtedy, gdy koło wieży przelatywała, siły opuściły ją zupełnie i piszcząc żałośnie na okno upadła.

Obejrzał książę jej skrzydełko, ostrożnie z niego kamień ostry wyjął i płatkiem od koszuli oderwanym, a w wodzie zmoczonym, przewiązał. Potem delikatnie ptaszka na słomie ułożył i sam przy nim usiadł, słowami pieszczotliwymi go pocieszając.

Przez trzy tygodnie pielęgnował Gotfryd jaskółkę, chlebem ją pokruszonym i wodą karmiąc, a trzeciego tygodnia skrzydełko zagoiło się. Niepodobna było jednak ptaszka wypuszczać, bo zima była już na dworze i zamarzłby niechybnie. Miał więc teraz książę towarzyszkę, a choć niewielka była wzrostem, ale za to tak świergotliwa, wesoła i ruchliwa, że odpędzała precz od niego wszystkie smutki.

Z ręki mu się ptaszek ów jeść wkrótce nauczył, a na piersiach zasypiać. Bawił się z nim książę w gonitwy i chowankę21. Jeno gdy książę ją gonił, nigdy złapać jej nie mógł, bo zaraz na kamień, co pod sklepieniem samym sterczał, wlatywała i stamtąd na niego filuternie spoglądała, jedno oko drwiąco przymrużywszy. Gdy zaś ptaszek jego gonił, wnet go łapał, dzióbkiem za włosy chwytając.

Nie lepiej wiodło się Gotfrydowi i z chowanką: łatwo bowiem się było schować jaskółce w kąt ciemny czy w jaką szparę w murze, ale trudniej było to Gotfrydowi uczynić, bo niczego, krom22 ścian nagich, w celi jego więziennej nie było. Spróbował co prawda raz, w słomę się zakopawszy, ukryć, ale nie było jej tyle, by go dobrze okryła, toteż ręka mu jedna spod niej wyszła. Zobaczyła to zaraz jaskółeczka i głośno świergocąc słomę po ździebełku odrzucać poczęła — taka ci to sprytna była bestyjka!

Czasem jej znowu Gotfryd na skrzypkach grywał. I co powiecie? Gdy wesołe piosenki grał, jaskółka kręgi taneczne w powietrzu zataczała, a gdy w smutnych na los się swój skarżył, na ramieniu mu siadała i łepek to na prawo, to na lewo przechylając, w oczy mu zaglądała i skrzydełkiem po twarzy gładziła, jakby chciała powiedzieć:

— Nie martw się, jestem przy tobie i kocham cię bardzo...

Tak minęła zima. Zza morza powracać zaczęły ptaki, koło wieży księcia Gotfryda długimi sznurami ze świergotem rozgłośnym a radosnym ciągnąc.

Posmutniała czegoś jaskółeczka.

Nie chciała już więcej się z księciem bawić, przestała go szczebiotem ze snu budzić, po całych dniach nie tykała jadła i siedziała nieruchomo z nastroszonymi piórkami na oknie.

Posmutniał i książę Gotfryd, bo dobrze rozumiał, czego chce jaskółka. Wiosna już była i gdzieś daleko od skał przeklętych zieleniły się łąki i gaje i zakwitały krokusy...

Czyż miał ją jednak wypuścić? Przecież oprócz niej nie miał nikogo na świecie...

Czyż miał ją jednak wypuścić? Przecież zostałby znowu tak samotny i opuszczony jak przedtem...

Ale — czyż mógł ją więzić? Czyż mógł ją pozbawić pól, łąk i lasów, i słońca, i towarzyszy skrzydlatych, i tego wszystkiego, czego on sam nie zobaczy już nigdy?

I oto pewnego razu ucałowawszy ptaszka okno mu książę Gotfryd otworzył. Rozpostarła szeroko skrzydła jaskółka i z wesołym świergotem w niebo uleciała. Patrzył za nią mały książę, póki mu z oczu nie znikła.

Był znowu sam. Zupełnie sam. Jedyna jego przyjaciółka opuściła go i zapomniała o nim.

A kiedy jesienią do ciepłych krajów koło wieży jego przelatywać będzie, to już nie pozna go pewnie nawet — tak myślał Gotfryd i taka go żałość opanowała, że twarzą na ziemię się rzuciwszy głośnym wybuchnął łkaniem.

Mylił się jednak — jaskółka nie zapomniała.

Pewnej nocy jesiennej nie mógł mały książę długo zasnąć, bo wiatr wył i świstał na dworze i morze szumiało groźnie.

A gdy zasnął nareszcie, miał dziwny sen. Śniło mu się, że jest niby w zamku swych rodziców, a niby w więzieniu — jak to czasem we śnie bywa. Przy nim siedzi jego piastunka i opowiada mu jego ulubioną bajkę o latającym dywanie. Ale zaledwie poczyna23 mówić, każde jej słowo zamienia się w ptaka i wszystkie te ptaki kładą się obok siebie z rozpostartymi skrzydłami. I nagle ptaki znikają, a skrzydła ich zlewają się we wspaniały stubarwny kobierzec!

— Połóż się na tym kobiercu — mówi piastunka — a poniesie cię on, dokąd zechcesz.

Gotfryd chciał jej usłuchać, ale w tej chwili obudził się. Powstał więc z nędznego posłania, smutniejszy jeszcze niż co dzień, rozmyślając w duszy, jakby to dobrze było, gdyby mu wróżka taki dywan, na którym mógłby w dalekie kraje z wieży tej ulecieć, podarowała.

Tak dumając w oknie, jak zwykle, usiadł w dal patrząc.

Aż tu widzi — ptaków sznury całe do wieży jego z radosnym świergotem ciągną. Ale nie lecą dalej ptaki owe wieżę jego mijając, jeno pod nią się zatrzymują i w powietrzu jedne obok drugich się kładą, skrzydła szeroko rozpościerając. Patrzy książę Gotfryd — oczom wierzyć nie chce: Toć24 ze skrzydeł ich kobierzec stubarwny się tworzy, czerwienią gilów, błękitem i zielenią sikorek, czernią jaskółek, żółtością wilg się mieniący, a srebrzystymi skrzydłami mew niby delikatną koronką bramowany25...

Patrzy książę Gotfryd — oczom wierzyć nie chce, a kobierzec ten tuż pod oknem jego się kołysze, jakby go do lotu zapraszał...

Nie rozmyślał już więcej Gotfryd, jeno skrzypki do piersi swej przycisnąwszy wprost na skrzydła ptaków skoczył i uleciał.

Patrzy książę Gotfryd, a tu nad nim niebo bezkresne, a pod nim przestrzeń morza niezmierzona, a więzienie jego już ledwie w dali widać!

Zrozumiał tedy, iż wolny jest, i ręce przed siebie wyciągnąwszy wołać całą mocą piersi począł z radości, co mu jak wino do głowy szła i serce rozsadzała.

A gdy już ze szczęścia nieco ochłonął, na skrzydłach ptaków się położywszy, zaczął na skrzypkach swoich pieśń dziękczynną Bogu grać.

I popłynęła ta pieśń w górę, a taka była czysta, tak rozmodlona, taka srebrzysta i świetlista, że święty Piotr, furtian26 niebieski, choć gwaru ziemskiego nie lubi i bramę niebios pilnie zamyka, roztworzył27 ją na oścież, by mogła wzlecieć jak ptak, prosto przed tron Pana.

A święty Michał, wódz archanielskich zastępów, który w złotej zbroi straż niebieskiego kasztelu28 czyni, ostrożnie miecz swój długi, o tęczowe mury z diamentu dzwoniący, w górę uniósł, by hałasu najmniejszego nie czynić.

I przestały śpiewać chóry anielskie i z zapartym tchem jej słuchały...

I święta Cecylia29 jej słuchała w podziwie i zdumieniu wielkim, bo i ona grać by piękniej nie umiała...

I Chrystus, co w zamyśleniu po ogrodzie rajskim wśród lilii białych chodził, zatrzymał się i swe święte, zadumane oczy na ziemię zwrócił, grajka, co tak się modlił, szukając.

A gdy spojrzenie jego na ów ptaków korowód, co Gotfryda niósł, padło, to zdziwiły się ptaki, że nie tylko ciężaru chłopca nie czują, ale i zmęczenia żadnego.

Tymczasem zapłonęła i zgasła nad morzem łuna zachodu, pociemniało niebo i jedna po drugiej wschodzić poczęły gwiazdy.

Patrzył Gotfryd w niebo tysiącem srebrnych świateł roziskrzone i zdawało mu się, że to spoglądają na niego oczy aniołów, a jeden z nich, matka jego, delikatną, przesłodką dłoń na oczach mu kładzie.

Zasnął tedy książę Gotfryd na skrzydłach ptaków, między niebem a morzem kołysany.

W obcym kraju nie w jedwabiach i aksamitach, lecz w płótnie zgrzebnym za owcami chodzić będzie...

O księciu Gotfrydzie opowieść trzecia

Kiedy nazajutrz zbudził się Gotfryd, to złoty świt rozproszył już ciemności. Przetarł oczy, rozgląda się — nie ma ani ptaków, ani morza.

Wkoło góry błękitne o śnieżnych szczytach, a on sam w dolinie na murawie miękkiej leży. Porwał się Gotfryd, w górę spogląda, a tu jeszcze ostatnie sznury znikających ptaków widać. Mewy to były właśnie i skrzydła ich białe wschód różaną i złotą barwą malował. Pojął tedy, że ptaki go śpiącego tutaj złożyły, a same dalej poleciały. Smutno się jakoś i nieswojo Gotfryd poczuł. Dokąd iść? Dokąd wędrować? Jakże sobie dać samemu radę w szerokim obcym świecie?

Podjął Gotfryd z ziemi skrzypki, które obok niego ptaki złożyły, i uśmiechnął się smutnie.

Ot — pomyślał — jedyny przyjaciel wierny i obrona moja.

Przesunął pieszczotliwie po strunach — zapłakały skrzypki i nuż się skarżyć a jęczeć, a zawodzić...

Popłynęła piosenka rzewna, powtórzyły ją echem góry od łąki do łąki, od doliny do doliny.

Usłyszeli ją pastuszkowie, co kozy wesołe i płochliwe i krowy poważne a stateczne, dzwonkami pobrzękujące, i owieczki bielutkie paśli.

Usłyszeli ją pastuszkowie i powiada jeden do drugiego:

— A cóż to za grajek taki po górach chodzi i tak gra, aż serce w piersiach płacze? Chodźmy zobaczyć i posłuchać!

I poszli w stronę, skąd dochodził głos piosenki, kijami długimi kozy wesołe a płochliwe i krowy poważne a stateczne, dzwoneczkami pobrzękujące, i owieczki bielutkie przed sobą pędząc.

Obudził się z zadumy stary baca30, co może ze sto już miał lat, a był pastuszków opiekunem i naczelnikiem, gdy na lato w góry z bydłem wychodzili.

Słucha, słucha i tak go ta piosenka za serce chwyciła, że choć mało kiedy z szałasu swego wychodził, za pastuszkami się powlókł.

Przyszli więc do doliny owej, skąd ich dźwięki pieśni dochodziły. Widzą — chłopię małe, jak anioł piękne, o oczach jak gwiazdy szafirowe, stoi i na skrzypkach wygrywa. Otoczyli go kołem i słuchają.

A tak ich ten smutek z piosenki wiejący rozbiera, tak im do serca idzie, że jaki taki łzy rękawem koszuli ociera.

I krowy, i owce posmutniałe stoją, i kozy nawet o figlach nie myślą. A każdemu się co innego przypomina. Jednemu, że mu siostrzyczka maleńka na wiosnę umarła, innemu, że w chacie chleba nie ma, innemu jeszcze, że kożucha na zimę pewnie nie dostanie, a jaszcze innemu, że pawie pióro od czapki zgubił.

A znowu krowie się jednej przypomniało, jak to jej cielątko zabrali, a owcy, jak się w górach zabłąkała i mało jej wilk nie porwał, a kozie, jak się do ogrodu z kapustą zakradła i jak ją pastuch kijem wybił...

A stary owczarz znowu wspomniał sobie, że żonę dawno pochował, synowie w świat powędrowali, a on sam jak kołek na świecie ostał i nie będzie mu miał kto oczu zamknąć, gdy umierać przyjdzie... Wiadomo — każdy ma swoje smutki i kłopoty.

A tymczasem w sercu Gotfryda jakaś radość i nadzieja budzić się poczęły. Cóż u licha! Czy to on mazgaj jaki, żeby się świata dalekiego bał? I czegóż właściwie te skrzypce tak płaczą a zawodzą? Czyż nie powinny się raczej radować, że niebo takie jasne, łąki takie zielone, strumienie srebrzyste, a on sam wolny... hej, wolny!...

I jak nie utnie smyczkiem!

Hej, to ci muzyczka zadźwięczała! A siarczysta, a zawrotna, a weselna, a skoczna! Hej! Miły Boże!

Zapomnieli wszyscy o tym, co im dolega!

Zatupali nogami pastuszkowie i jak w taniec nie pójdą!... A za nimi jak nie skoczą kozy i owce, a nawet krowy — choć powoli i z godnością...

Wziął się pod boki stary owczarz — nie taki on znowu stary, jak się to wydaje — jeszcze zdrowy, jeszcze krzepki31, jeszcze lepiej niż niejeden młody poskakać może! Hu! Ha!

A skrzypki coraz to zawrotniej, weselej, siarczyściej ucinają.

Tańczą już teraz i ptaki w powietrzu, i ryby w wodzie, i obłoki na niebie, a drzewa niemal ze skóry nie wyskoczą, że to niby nóg nie mają i tańczyć nie mogą...

Krzyknął owczarz Gotfrydowi:

— Przestań, na miłość boską, chłopcze, bo jak dalej grać będziesz, to góry z posad ruszą i tańczyć pójdą!

Roześmiał się Gotfryd, smyczek rzucił, a stary pastuch się tak do niego ozwie:

— Grajku miły! Należałoby cię za tę muzykę kołaczami32 białymi, miodem i winem ugościć, ale cóż, kiedy ni kołaczy, ni miodu, ni wina nie mamy. Jeśli jednak chlebem czarnym, mlekiem i serem nie pogardzisz, to chodź z nami!

Poszedł Gotfryd chętnie i ochoczo, bo dopiero teraz poczuł, że głodny i spragniony jest wielce.

Usadzili go pastuszkowie pod drzewem cienistym, w kubku glinianym mleka podali i na liściu paproci poziomek, co je właśnie uzbierali, baca zaś chleba i sera mu przyniósł.

Radzi byli pastuszkowie gościowi swemu i ciekawi, skąd i dokąd wędruje i co zacz jest, ale stary owczarz nie pozwolił Gotfryda o nic rozpytywać.

— Nie godzi się — rzekł — wędrownikowi się naprzykrzać, póki nie odpoczął i nie nasycił głodu i pragnienia.

Dopiero gdy Gotfryd się posilił, zagadnął go owczarz:

— Skąd jesteś, grajku miły, i dokąd idziesz?

— Z dalekiego jestem kraju, zza morza — odpowie na to młody książę — a idę, gdzie oczy poniosą.

— Grajku miły — zapyta owczarz zdziwiony — a nie idziesz do krewnych lub przyjaciół?

— Odumarli mnie — odpowie Gotfryd — rodzice, nie mam krewnych ni przyjaciół. Idę, gdzie mnie oczy poniosą!

Zamyślił się owczarz i tak się ozwał:

— Nie zostałbyś to, chłopcze, z nami? Będziesz nam na skrzypkach grywał, a my się z tobą wszystkim, co sami mamy, dzielić będziemy.

A pastuszkowie nuż go prosić i zachęcać:

— Fujarki cię z wierzby kręcić nauczymy, do boru na jagody i grzyby zabierzemy, chodaki33 ci lipowe zrobimy, najpiękniejsze owce ze stada do pasienia damy!...

I został Gotfryd z nimi, a nie żałował tego.

Wesołe bowiem było życie w górach, choć często i chłodno, i głodno bywało. Nauczył się wkrótce Gotfryd po drzewach i skałach piąć, przez pieniące się górskie potoki skakać, ogniska rozkładać, zaginione owce po śladach odnajdywać, o świcie się zrywać, ze wzejściem gwiazd na posłaniu z liści usypiać.

Kochali go bardzo pastuszkowie dla serca jego dobrego i piosenek przecudnych i czy to przy zabawie, czy przy posiłku zawsze mu pierwsze chcieli ustępować miejsce. Ale Gotfryd zawsze się na bok usuwał, nigdy nad innych nie wynosząc się.

Miłował go także wielce stary owczarz, ale że to nie z jednego pieca chleb jadł, więc kiedy chłopcy czasem rozpowiadali, jak to, gdy będą dorośli, wilki wytępią, by owiec nie porywały, albo jak to gospodarzami zostaną i rolę orać będą, uśmiechał się i głową trząsł. Nie mógł on zapomnieć zdarzenia jednego, które w rok potem, gdy Gotfryd w góry przywędrował, zaszło i wielkim wszystkich dziwem34 napełniło.

A było to tak: Przypędzili raz pachołkowie z pobliskiego zamku stado koni do wody. A był pomiędzy nimi rumak jeden tak piękny, że chyba jeszcze ludzkie oko drugiego takiego nie widziało. Grzywa lśniąca jak srebro, a miękka jak jedwab, oczy płonące a dumne, chrapy delikatne a latające, nogi wysmukłe, no, jednym słowem — cudo! Gotfryd, gdy tego konia zobaczył, oczu od niego oderwać nie mógł i wraz35 pachołków prosić zaczął, żeby mu się na nim przejechać pozwolili.

Roześmieli się pachołkowie i powiadają:

— Konia tego nikt dosiąść nie może. Dwunastu rycerzy go ujeździć próbowało i każdy był zadowolony, jeśli kości całe wyniósł. Diabeł to jakiś, a nie koń. Nasz pan to go raz ze złości i desperacji wielkiej omal nie zabił. Żal mu się go tylko zrobiło, że taki ładny.

Tak prawią pachołkowie, a Gotfryd słuchać nie słucha, tylko wciąż w konia jak w tęczę patrzy. Oczy mu jak młodemu żbikowi błyszczą, nozdrza się rozdymają, a na twarzy się to biały, to purpurowy robi. I nagle, jak nie rzuci się do konia, jak nie skoczy mu na grzbiet, nim pachołkowie i pastuszkowie krzyknąć zdołali!

Rzucił się w tak szalony galop koń, że tylko mignął Gotfryd przed ich oczyma, gdy w błyskawicznym pędzie wokół łąki przejeżdżał. Zarył się tylnymi kopytami w ziemię i dęba stanął.

Wszyscy zamknęli oczy, bo już się im zdawało, że Gotfryd z roztrzaskaną głową na ziemi leży, ale aż oniemieli ze zdumienia, gdy po chwili ujrzeli, że chłopiec prosto i spokojnie, oklep36 i bez strzemion na wściekłym koniu siedzi i ani drgnie.

Sam się rumak tym zdziwiony wydawał, bo chwilę spokojnie bez ruchu stał, a potem gniew go widać ogarnął, bo jak nie zacznie najdziksze harce wyprawiać! I w prawo, i w lewo, i naprzód, i w tył się rzuca, dęba staje, pędzi jak opętany, wprost na skały, z potępieńczym jękiem, do rżenia niepodobnym, na ziemię się rzuca, białą pianę z pyska toczy — daremnie: Gotfryd spokojny i zimny, prosty jak strzała, na jego grzbiecie siedzi i nawet się rękami grzywy nie chwyci.

Zmęczył się wreszcie koń i rwać się przestał, a wówczas Gotfryd łąkę na nim trzy razy dookoła objechał, lekko na ziemię zeskoczył i jak gdyby nigdy nic po skrzypki do szałasu poszedł, bo był już dawno nową piosenkę pachołkom obiecał.

Pokiwał głową stary owczarz i rzekł:

— Oj, niedługo będzie on tu z nami bydło pasał! Na rycerza jest wielkiego, jakiego jeszcze na świecie nie było, przeznaczony!

I łzy mu się w oczach zakręciły, bo sam nie wiedział, jak będzie bez Gotfryda i jego piosenek żyć.

A piosenki Gotfryda coraz większą sobie sławę zdobywały.

Z najdalszych wsi gospodarze słuchać przychodzili, Gotfryda do siebie na zimę, kiedy pastuszkowie w doliny wrócą, zapraszając. Przychodzili go słuchać i rycerze z okolicznych zamków i na dwory go swoje chcieli zabierać, ale Gotfryd z pastuszkami się rozstać nie chciał. Żył więc po dawnemu, latem w górach, zimą w chatach rolników.

A tak się cały lud górski w pieśniach jego rozmiłował, że się żadne wesele ani chrzciny obyć bez niego nie mogły.

Zwabiony przez elfy, niebezpieczeństwa wielkiego dzięki cudownej mocy swych pieśni uniknie...

O księciu Gotfrydzie opowieść czwarta

Wśród stada, które Gotfryd wraz z pastuszkami pasał, była kózka, którą sobie szczególnie upodobał i do której przywiązał się wielce. Śliczne to było zwierzątko! Sierść miało długą i białą jak mleko, oczki czarne, bystre i wesołe. Zawsze w pląsach, zawsze w skokach, nieraz pastuszków figlami swymi uciesznymi rozweselała, ale i kłopotu było z nią co niemiara, bo często się od stada odłączała i trzeba jej było długo po skałach i zaroślach szukać. Aż razu pewnego jak znikła, tak i ślad za nią przepadł. Szukali jej pastuszkowie dzień, szukali drugi i trzeci, aż wreszcie przestali.

— Widać — powiadają — wilcy ją zjedli, daremny trud i zachody.

Ale raz nocy jednej, bardzo jasnej i miesięcznej37, jak to często w lipcu bywa, budzi się Gotfryd, który między innymi pastuszkami przy ognisku spał, i słyszy coś niby daleki dźwięk dzwoneczka. Uniósł się na rękach. Słucha... Ani chybi — to kózka musi być w pobliżu! Jej to dzwoneczek, od wszystkich w stadzie inny, co go jej baca na jarmarku zeszłego tygodnia kupił, wyraźnie gdzieś niedaleko słychać!

Zerwał się więc i nikogo nie budząc, w stronę, skąd go ów dzięk dochodził, pobiegł.

Ale choć mu się przed chwilą zdawało, że nie dalej jak o kilkanaście kroków go słyszy, to teraz, gdy polanę, gdzie spali towarzysze, minął, w zarośla się zagłębiając, zmiarkował38, że dzwoneczek ów gdzieś aż w głębi lasu dźwięczy. Pobiegł tedy za jego głosem, ale i kózka widać głębiej w zarośla się zaszyła, bo coraz dalej go słychać.

— Wesoła! Wesoła! — jął39 ją tedy nawoływać, bo zwierzątko było nad podziw łaskawe i zwykle zaraz do niego przybiegało.

Ale — gdzie tam! Dzwoneczek wciąż dalej i dalej się odzywa, ledwie za nim Gotfryd podążyć może.

Zmęczył się wreszcie tak, że zatrzymać się musiał, by tchu zaczerpnąć. I koza zatrzymała się widać również, bo nie dalej niż o kilka kroków usłyszał ją nagle Gotfryd.

Nie, nie o kilka kroków! O krok najwyżej! Wystarczy jeden skok, a będzie tuż przy niej!

Skoczył — kozy ani śladu, a dzwoneczek znowu gdzieś dalej się odzywa. Zgniewało go to tak, że aż nogą o ziemię tupnął, a tu go z zarośli cichy śmiech dolatuje. Zupełnie, jakby ktoś przedrwiwał sobie z niego. Zdumiał się Gotfryd: Czy to jakieś leśne licho żarty sobie z niego stroi?

Nieswojo mu się jakoś zrobiło, że to drzewa takie wielkie i czarne w bladym świetle miesięcznym stoją, że to cisza taka i pustka dokoła, a dziwne cienie pełzną między gałęziami...

Może lepiej wracać? Może to nie koza, a duch jakiś leśny ku sobie go wabi?

Ale toć najwyraźniej dzwoneczek jej słyszy, a teraz to znowu jakby beczenie dolatywało do niego. Wstyd byłoby stchórzyć i zwierzątko na pastwę wilków w lesie zostawić. Minął więc Gotfryd rzednące drzewa i wybiegł na niewielką polanę.

Kie licho! Kozy ani śladu, a śmiech ów znowu się rozlega, tylko głośniejszy i bliższy jeszcze. Rozgląda się, aż tu otoczy go nagle gromada małych człowieczków, ze skrzydłami motylimi u ramion, w spiczastych czerwonych czapeczkach na głowie. I tańczą wokoło niego, i cieszą się, i radują, aż się po lesie rozlega.

Przypomniał sobie Gotfryd, jak to raz stary baca opowiadał, że elfy w księżycowe noce pastuszków do siebie zwabiają, dzwoneczki zaginionych owiec naśladują, a później tańczyć im ze sobą do rana każą. Że zaś tańczyć mogą elfy bez chwili wytchnienia, a wytłumaczyć im niepodobna, że się jest znużonym, bo i same nie wiedzą, co to zmęczenie, i drugiemu spocząć nie dadzą, więc najczęściej takiego nieszczęsnego pastuszka martwego nad ranem znajdują.

Źle ze mną! — myśli Gotfryd. — Trzeba iść po rozum do głowy, bo zginę.

I pokłoniwszy się pięknie elfom, powiada:

— Leśne ludki! Widzę, że chcecie ze mną tańczyć, ale prawdę powiedziawszy lepszy ze mnie grajek niż tancerz. Czy nie lepiej byłoby tedy, bym, miast z wami tańczyć, do tańca wam zagrał?

I skrzypki, które zawsze ze sobą nosił, z torby dobył.

Uradowały się bardzo elfy, muzykę bowiem miłują nade wszystko, a każdy rozumie, że co innego skrzypce, a co innego żabia kapela, którą zwykle zadowalać się muszą.

Zaraz też na to przystały, a Gotfryd tak im skocznie i ochoczo wygrywać począł, jak to on jeden potrafił.

Przyszły go słuchać nie tylko elfy, ale i błędne ogniki, leśne panny, i wszystek lud borowy.

Zaglądają przez gałązki sarenki i płochliwe zajączki.

Wypełza z trawy zielona jaszczurka, ogonkiem kręci, czarne oczka figlarnie mruży i do ślimaka powiada:

— Może by i kum40 w tan się puścił?

A ślimak, choć z natury poważny i powolny, wysadził ciekawie główkę ze skorupy i różkami wesoło rusza...

Tańczą i hulają, a wciąż o nowe piosenki proszą. Zagrał im Gotfryd jedną, drugą, trzecią i czwartą i całemu się zgromadzeniu pokłoniwszy, na polanę, gdzie towarzyszy zostawił, chce wracać. Ale ci ani myślą go puszczać, wciąż o nowe piosenki nagabując.

Oj, źle! — myśli Gotfryd. — Zamęczą mnie oni graniem, jak innych tańcem zamęczyli. Trzeba znowu użyć fortelu, bo inaczej do rana mnie stąd nie puszczą, a ledwie mi już smyczek po strunach chodzi.

Począł im tedy grać piosenkę-kołysankę. A od tej piosenki cały ów borowy ludek zrobił się taki senny, że każdy, gdzie mógł, kładł się i zasypiał. Nawet sowy i puszczyki, i ćmy nocne posnęły, choć wiadomo, że to naród do snu nocnego niezwyczajny. Tylko elfy uśpić się jeszcze nie dają, choć w takt piosenki Gotfryda coraz to wolniej i wolniej krążą.

Gdy im jednak Gotfryd jął przygrywać, że to w kielichach kwiatów są wonne łóżeczka, że to tak dobrze i miło wyciągnąć się na mięciutkich pierzynkach z puchu dmuchawców, gdy wiatr lekko a pieściwie do snu kołysze — to i je sen zmógł wreszcie.

Powrócił tedy Gotfryd do pastuszków, rad, że mu się szczęśliwie z tej opresji41 ujść udało.

Bardzo się towarzysze tej jego przygodzie, gdy ją im nad ranem opowiedział, dziwowali.

A więcej jeszcze dziwował się stary baca.

A najwięcej dziwowałem się ja sam, Johannes Sarabandus, gdy mi ją wiele lat potem tenże baca opowiedział. Wiem bowiem z książek czarnoksięskich, że elfy to ludek złośliwy, naprzykrzony i do podejścia niełatwy. I dziwowałbym się pewnie mocy, którą miała w sobie pieśń tego pacholęcia42, jeszcze bardziej i dłużej, gdyby mi stary ten pasterz nie opowiedział o nim historii daleko dziwniejszej, którą zaraz, szlachetni panowie, usłyszycie.

Górali i pastuszków od okrutnego wilkołaka i wiedźm uwolni...

O księciu Gotfrydzie opowieść piąta

W niedługi jakoś czas potem, gdy owa koza, pastuszków ulubienica, zginęła, a Gotfryd się przez nią w przygodę z elfami wplątał, zabłąkały się znowu dwie inne kozy, potem baran i cztery owce, a wreszcie krowa wielka i mleczna, całego stada chluba i ozdoba.

Gryzł się bardzo tą stratą stary baca, a zwłaszcza owej krowy odżałować nie mógł, i gniewał się na pastuszków, że to im tylko figle w głowie i że powierzonych im bydlątek upilnować nie umieją. Gdy jednak wkrótce po owej krowie przepadł bez śladu byk, tak mocny i nieustępliwy, że każdemu wilkowi dałby radę, pokiwał smutnie głową i rzekł:

— Oj, chłopcy, chłopcy! Nieczysta to jakaś siła, a nie wilki! Dopóki kozy i owce ginęły, myślałem, że waszego nadzoru to wina, bo wiadomo, że stworzenia to głupie, płoche i żadnego zastanowienia we łbie niemające, to im się jaka przygoda łatwo przytrafić może i strzec ich od niej pilnie trzeba. Ale z krową to już całkiem inna sprawa! I to z jaką krową jeszcze?! Spokojną, stateczną, do samotnych harców i figli wcale nie skłonną! Przekładałem sobie jednak, że taka krowa spłoszyć się przecie może i od stada odbiec, a o nieszczęście w borze nietrudno. Ale byk! Toż on wilka, a nie wilk jego by położył!

Nie skończył jeszcze mówić, a tu przybiegają pasterze z sąsiedniej hali i dopytywać się poczynają, czy też nie widziano dwóch krów z ich stada.

— Jedna, powiadają — czarna, druga — łaciata.

Zaraz też skargi i żale wywodzić poczęli, że rady sobie ostatnimi czasy dać nie mogą, tak im bydło spod ręki ginie. I żeby tylko bydło. Ale jak wczoraj dwóch pasterzy poszło w las owiec szukać, tak dotychczas nie wrócili.

— Byli też u nas — powiadają — gospodarze z pobliskich wsi o dzieci się pytać. Na jagody pono poszły i przepadły. Ale, co dziwniejsza, przybiegła wczoraj pod wieczór na naszą halę żona Jana Celnego, który jest, jak wiadomo, pierwszy strzelec na okolicę, i z płaczem nam odpowiadała, że trzy dni temu na kozicę się wybrał i dotychczas go w chałupie nie ma. Ani chybi, jakieś ogromne wilcze gromady aż hen z drugiej strony gór przywlec się tu musiały, wygłodniałe i bardzo zuchwałe!

Słuchał w posępnym milczeniu tych opowiadań stary baca, a potem w te ozwał się słowa:

— Oj, nie wilki to, nie wilki po okolicy grasują, ale wilkołak się włóczy ze swoją diabelską kompanią. Wyginiemy wszyscy marnie, my i nasze stada!

Strach padł wielki na pasterzy. Umilkli wszyscy, jeden na drugiego z bojaźnią spoglądając. Gotfryd jednak nie strwożył się wcale i z ciekawością jął rozpytywać, kto to jest ten wilkołak i jego kompania, że się go wszyscy tak lękają. Ale stary baca tak mu odparł:

— Niedobrze jest o tym rozpowiadać. Pustymi gawędami niczemu się nie zaradzi, a nieszczęście łatwo ściągnąć można. Ostrożni bądźcie! Nigdzie się nie rozbiegajcie, a może, da Bóg, jakoś przebiedujemy, bo złe licho gromady nie lubi.

Usłuchali go pastuszkowie i żaden nie śmiał już od towarzyszy się oddalać, by malin lub grzybków szukać, a w nocy to się jeden do drugiego tulili jak te owieczki spłoszone.

Umilkł śmiech i wesołe gawędy, smutek i strach zapanowały w gromadzie. Jeden Gotfryd tylko ducha nie tracił i piosenkami swymi serca towarzyszy krzepił.

Ale minęło dni kilka w spokoju zupełnym i otucha43 wstąpiła w serca pastuszków. Może złe minęło i nie wróci więcej? Jaki taki odważył się znowu od towarzyszy oddalać, to, by kozę zapędzić, to, by drzewo dobre na piszczałki wyszukać.

Złe nie spało jednak, a przyczaiło się tylko, by czujność pastuszków oszukać. I oto pewnego dnia zginął bez śladu Jasiek, zwany Bezdomnym, że to sierotą był i nikogo na świecie nie miał. Gotfryda to był druh44 najserdeczniejszy. Przerażenie ogarnęło wszystkich, a Gotfryd mimo zakazu bacy długo towarzysza miłego samotnie szukał, bardzo po nim płacząc i smucąc się. Gdy zaś bez niego do obozu powrócił, zemstę potworowi i walkę śmiertelną w duszy poprzysiągł. Nic on o tym nikomu nie mówił, ale wciąż przemyśliwał, jak by wilkołaka odnaleźć.

Jakoż sposobność miała mu się wkrótce nadarzyć.

Przybył pewnego dnia na halę gospodarz z dalekiej górskiej wsi i, bacy się pokłoniwszy, powiedział, że o grajku wielkim, co wśród jego pasterzy przebywa, zasłyszawszy, umyślnie tu przywędrował, by go na wesele prosić. Nie zdziwiła ta prośba ani bacy, ani jego pasterzy, gdyż, jak to już mówiłem, sława Gotfrydowych piosenek tak się po całej okolicy rozeszła, że żadne się wesele ani chrzciny obejść bez niego nie mogły.

Pysznił się45 też wielce stary baca, że wśród swoich pasterzy takiego ma grajka, i rad Gotfrydowi swe przyzwolenie dawał. Ten jednak gospodarz nie widział mu się jakoś: obrośnięty jak wilk, cały w skóry odziany, oczyma niby zwierz dziki błyskał, uśmiechając się chytrze a złośliwie.

Nie chciało mu się Gotfryda z nim puszczać, więc na stronę go odciągnąwszy tak powiada:

— Nie wiem, co on za jeden, ten przybysz, ale źle mu z oczu patrzy, a czasy są niepewne. Od dziada zaś mego słyszałem jeszcze, że wilkołak ludzką postać czasem przybrać może, by tym łatwiej figla jakiegoś niecnego wypłatać. Nierad bym cię też widział w góry i lasy dzikie z tym obcym odchodzącego, a przykro mi odmówić jego prośbie, boć człek to może być najpoczciwszy, a jak sam powiada, z daleka tu przywędrował.

Uradował się Gotfryd te słowa usłyszawszy i myśli:

Bóg by dał, żeby wilkołak to był, a nie wieśniak z gór dalekich. Nie wiem jeszcze, co uczynię, ale to jedno wiem, że mu jego diabelskie sztuki na sucho nie ujdą!

Głośno zaś tak do bacy rzekł:

— Opowiadał i mnie stary góral, co na halę po mleko i sery przychodził, jak to się czasem wilkołaki w ludzkiej postaci włóczą. Mówił mi jednak także, że niedobrze się w ludzkiej skórze czują i łatwo ich po tym poznać można, że, by ulżyć sobie nieco, niby suknię niewygodną, często ją zrzucają, to ślepiem krwawym, to pazurem wilczym błyskając. Ten jednak nie czyni tego. A przy tym, na cóż by aż ludzką postać przybierał, by mnie, pastuszka małego, zwabiać? Czyż nie mógłby, gdyby jeno chciał, porwać mnie po prostu i zgładzić, jako z Jaśkiem Bezdomnym uczynił? Wieśniak to zwykły, jeno zarośnięty i źle odziany, jak to czasem wieśniacy z dzikich górskich okolic bywają. Nie godzi się, myślę, takimi podejrzeniami go krzywdzić i prośbie jego odmawiać.

— Idź z nim tedy, jeśli taka twoja wola — rzekł baca — nie będę ci się sprzeciwiał, choć niepokój mnie jakiś trapi.

Wziął więc Gotfryd swe skrzypki i z nieznajomym, bacę i pastuszków pożegnawszy, wyruszył.

Nie uszli jeszcze wiele drogi, aliści46 ów przybysz tak do Gotfryda powiada:

— Strasznie dziś słonko dopieka. Muszę czapkę i kożuch zdjąć. — Zdjął czapkę, a tu spod niej nie włosy, ale coś jakby sierść wilczą widać...

Zdjął kożuch, koszula mu się na piersiach rozchełstała, a ciało miał jak u zwierza włosem obrosłe...

Otarł sobie ręką spocone czoło, a ręka jakby nagle w łapę zwierzęcą z pazurami drapieżnymi się zmieniła...

Ehe... — myśli Gotfryd, ale ni słowa nie rzekł.

Idą dalej, a tu towarzysz Gotfryda znowu skarżyć się pocznie, że mu ciżmy47 bardzo dolegają.

— Zrzućcie je, gospodarzu — mówi Gotfryd — to wam lżej będzie.

A tamten na to:

— Zrzuciłbym ci je chętnie, cóż kiedy się boję, że się przestraszysz nogi moje ujrzawszy.

— Czegóż bym miał się przestraszyć? — zapytał Gotfryd zdziwienie wielkie udając.

— E, bo... nie mam ja takich nóg, do jakich przywykłeś!

— A cóż to — rzekł Gotfryd ramionami wzruszając — kopyta macie na nogach czy jak?

— Kopyta nie kopyta... Ale ciągle po górach chodząc takie sobie odciski i guzy porobiłem, że jak kopyta wyglądają...

— Wiem ja dobrze, jak to czasem skóra od ciężkiej pracy i ciągłego krzątania się twardnieje — odpowie mu na to Gotfryd — a strwożyć mnie byle czym nie można. Mój dziadek to takie odciski na rękach i na nogach miał, że je do dwóch pni sękatych podobnymi czyniły. Czemuż by wasze do kopyt podobne być nie miały? Rozzujcie się48 tedy nie troszcząc się o nic.

Uradował się wielce nieznajomy.

— Roztropne z ciebie chłopię! — powiada.

I na kamieniu usiadłszy zdjął ciżmy. A u nóg to nie miał wcale palców, jeno końskie kopyta, zwyczajne jak u diabelskiego ludu, ale takie ogromne, że aż się Gotfryd zadziwił.

Niczego jednak po sobie nie pokazał, a nawet uśmiechnął się i rzekł:

— Et, baba z was, gospodarzu! Mój dziadek większe sobie guzy ponabijał, a nie stękał tak jak wy!

Tak prawił, ale gniew w nim wielki wzbierał, a wściekłość aż go dusiła, bo już wiedział teraz na pewno, co to za gospodarz. I byłby pewnie wilkołakowi do gardła skoczył i marnie zginął, ale w czas Jaśka Bezdomnego wspomniał i pomyślał: Nie, towarzyszu miły! Nie będziesz ty niepomszczony! I nie będzie ten potwór okrutny więcej szkody ludziom czynił! Nie dam się zgładzić bezużytecznie! Poczekam sposobnej chwili, gniew na wodzy trzymając, aż dokonam tego, com zamierzył!

Szli tedy dalej cały dzień i całą noc, aż wreszcie do sadyby49 diabelskiej dotarli.

Stała zaś owa diabelska sadyba, gdzie wilkołak wraz ze swymi kumami, wiedźmami i zmorami mieszkał, wśród skał urwistych i nagich, w dolinie niewielkiej i dziwnie ponurej. Bardzo się Gotfryd zdrożył50, zanim do niej dotarli, gdyż droga była ciężka, a wilkołak pozbywszy się ciżm, które mu bardzo przeszkadzały, ile że był ludzkiego obuwia niezwyczajny, biegł tak prędko, że ledwie za nim Gotfryd mógł nadążyć. Kiedy się więc w dolinę ową spuścili, na kamieniu przysiadł i rzekł:

— Musicie mi, gospodarzu, nieco spocząć pozwolić!

— Spocznij sobie — odparł wesoło wilkołak. — Choć dziwno mi, że się teraz dopiero znużony poczułeś, boć już stąd dachy chałup widać, a powiadają, że koń prędzej bieży zobaczywszy stajnię.

Usiedli tedy obaj, a Gotfryd ciekawie się dookoła rozgląda i wszystko, co zobaczy, w myśli pilnie waży.

Ale, prawdę powiedziawszy, niewiele tam było do zobaczenia: dolinka to była pusta, niczym nie porosła, a grunt jej czarny i twardy wielkie klepisko przypominał. Na samym jej końcu prawie leżało małe, ale głębokie jeziorko, a za jeziorkiem wznosił się pagórek, już do skał dolinę otaczających przytulony. Na tym to właśnie pagórku pobudował swoje chaty wilkołak i jego kompania.

— Co to za jeziorko? — zapytał wilkołaka Gotfryd.

— To jezioro Jeziorem Topielców zwane — odparł wilkołak.

Zaraz też sobie Gotfryd przypomniał, że mu o tym jeziorze baca opowiadał: Od samego brzegu prawie zaczyna się w nim głębia, a tajemne jakieś wiry wciągają najlepszych pływaków. Nikt z niego żywy jeszcze nie uszedł.

— No, chodźmy już! — rzekł podnosząc się wilkołak.

— Szkoda czasu tracić. W chałupie lepiej niż tu odpoczniesz i posilisz się.

Okrążywszy tedy jezioro, na pagórek, gdzie owe diabelskie chaty stały, wchodzić poczęli. Nie różniły się one wiele od zwykłych chat chłopskich. Jeno okien w nich wcale nia było, a ściany niepobielone były wapnem, a poczernione smołą, jako że zły duch białej barwy nie lubi.

Każdą z chat otaczał, jak to zwykle na wsi, mały ogródek. Dziwne to jednak były ogródki. Miast słoneczników rosły w nich na wysokich łodygach głowy kocie, które przyglądały się uważnie przechodniom, mrużąc swe błyszczące, zielone oczy. Drzewa miały liście w kształcie rozcapierzonych, zakończonych drapieżnymi pazurami, palców ludzkich, które nieustannie kurczyły się i prostowały, a z boku, porządnie niby główki kapusty posadzone, rosły brodate mordy czarnych kozłów. Ganki oplatało coś, co podobne było trochę do dzikiego wina. Gdy się jednak bliżej Gotfryd tej roślinie przyjrzał, spostrzegł, że jej pnące się łodygi poruszały się nieustannie niby kłębowisko zielonych węży, a kwiaty w kształcie długich, czerwonych języków chowały się i wysuwały znowu, mlaskając łakomie.

Inne chłopię omdlałoby pewnie z przerażenia ujrzawszy taką zagrodę, ale Gotfryd nie wiedział, co to strach. Wstręt go tylko przęjął i obrzydzenie wielkie, ale ani drgnął nawet, wiedząc, że wilkołak bacznie mu się przygląda. Wreszcie potwór zatrzymał się przed jedną z chat i furtkę otworzywszy wszedł do ogródka. Tu przywitała ich jakaś jejmość51 chuda jak tyczka, z pękiem grubych, stojących do góry, włosów na głowie. Przygląda jej się Gotfryd, co za dziwadło takie, aliści widzi, że to nic innego, tylko zwyczajna miotła w spódnicę i kaftanik pięknie przyodziana.