Brand

Poemat dramatyczny w pięciu aktach

Osoby:

  1. Brand1
  2. jego Matka
  3. Ejnar, malarz
  4. Agnieszka2
  5. Wójt
  6. Doktór
  7. Proboszcz
  8. Kościelny
  9. Bakałarz
  10. Gerda
  11. Chłop
  12. Syn chłopa, wyrostek
  13. Drugi chłop
  14. Kobieta
  15. Druga kobieta
  16. Pisarz
  17. Duchowieństwo i Zwierzchność
  18. Lud, Mężczyźni, Kobiety i Dzieci
  19. Kusiciel w pustyni
  20. Chór niewidzialnych
  21. Głos

Rzecz dzieje się w naszych czasach, częścią w parafii, częścią poza parafią, obok fiordu, na zachodnimi wybrzeżu Norwegii.

Akt pierwszy

Na śnieżnych polach górskich.

Ciężkie gęste mgły; deszcz i półmrok. Brand w czarnym ubraniu, z laską i weretkiem3, przeciska się naprzód w kierunku zachodnim. Towarzyszący mu Chłop i Syn jego, wyrostek, postępują za nim.

CHŁOP

woła na Branda

Hej tam! Zaczekać, cudzy4 człecze!

Gdzieżeś?

BRAND

Tu jestem!

CHŁOP

Człek się wlecze

We mgle, że nawet kij swój traci

Z oczu!... Zabłądzisz!

SYN

A niech kaci!

Jakieś tu żleby!

BRAND

Jakieś złomy!

Zaginął wszelki ślad widomy5!

CHŁOP

krzyczy

Stać! Do stu diabłów! Ani kroku!

Zwały z śnieżnego lecą stoku!

BRAND

nasłuchuje

Słyszę jak gdyby grzmot z daleka.

CHŁOP

Bystro przegryzła się tu rzeka,

Na dół w bezmierną przepaść spada...

Zginiesz i my zginiemy razem!

BRAND

Ja muszę przejść tam, trudna rada!

CHŁOP

Nas nie przynaglisz swym rozkazem...

Mówię ci: zostań! Nie baczycie,

Że tu o ludzkie chodzi życie?

BRAND

Mój Pan się śmieje z trwogi twojej.

CHŁOP

Któż to ten pan, co się nie boi?

BRAND

Ten Pan to Bóg!...

CHŁOP

A ty kim, panie?

BRAND

Księdzem.

CHŁOP

Daremne to gadanie:

Choćby był proboszcz, biskup z ciebie,

To byś odwagę swą w tym żlebie

Na wiek pogrzebał, gdybyś jeszcze

Chciał dalej iść w te mgły złowieszcze.

zbliża się ostrożnie; przekonywująco

Choćby był człowiek, mości księże,

Nie wiem, jak mądry, nie dosięże,

Czego dosięgnąć niepodobna!

W jedno li6 życie jest zasobna,

Księże, twa dusza; gdy to minie,

Cóż ci zostanie w twej godzinie?

Milę — powiadam prawdę szczerą —

Masz do następnej stąd chałupy,

A mgły tak gęste zewsząd kupy,

Że nie rozetniesz jej siekierą...

BRAND

Tak, lecz w tej pustce strasznej, dzikiej

Żadne mnie błędne dziś ogniki,

Widzisz, nie wodzą.

CHŁOP

Lecz dokoła

Sterczą lodowców groźne czoła.

BRAND

Tamtędy pójdziem...

CHŁOP

Co? Tamtędy?

Śmierć pomknie z nami wraz, w te pędy!

BRAND

A jednak uczył ktoś, że suchą

Przejść można nogą grzbietem fali.

CHŁOP

To było kiedyś... Dzisiaj dalej

Trudno się zmagać z zawieruchą,

Zginiem z kretesem!

BRAND

chce odejść

Żegnam zatem.

CHŁOP

Chcesz się pożegnać, widzę, z światem...

BRAND

Chceli7 mnie Bóg doświadczyć prawy,

Witajcie śniegi, mgły, siklawy8!

CHŁOP

cicho

Jakiś szaleniec... szuka zguby.

SYN

płaczliwie

Chodźmy stąd, ojcze!... Płone9 próby...

Widać po wszystkim, że tu jeszcze

Większe mgły będą, większe deszcze.

BRAND

przystaje i zbliża się ponownie

O ile myśli moje mogą

Przypomnieć sobie, toś miał drogą

Córkę w tych stronach, no, i ona

Dała ci kiedyś znać, zmartwiona,

Że jej nie znaleźć ciszy w grobie,

Jeśli nie spojrzy w oczy tobie

Choćby raz jeszcze? Czy być może?

CHŁOP

Tak mi dopomóż, Panie Boże!

BRAND

Że dziś ostatni dzień widzenia?

CHŁOP

Tak...

BRAND

I to woli twej nie zmienia?

CHŁOP

Nie!

BRAND

Nie? Nie pójdziesz dalej ze mną?

CHŁOP

Na mowę silisz się daremną,

Ani się ruszę...

BRAND

patrzy mu bystro w oczy

Miałbyś wolę

Złożyć talarów sto na stole,

Aby znalazła śmierć spokojną?

CHŁOP

O, tak!

BRAND

A dwieście? Czyż tak hojną

Byłaby dłoń twa?

CHŁOP

Czegóż nie da

Dłoń ma dla córki? Cała scheda10

Niech sobie pójdzie!

BRAND

No, a życie?

CHŁOP

Życie?... Mój słodki!...

BRAND

Nie?! ... Słyszycie...

CHŁOP

drapie się w głowę

To już byłoby ponad siły...

O Panie Jezu! Boże miły!

Czego ty żądasz? A dyć11 przecie

Mam jeszcze w domu żonę, dziecię...

BRAND

Lecz On się wyrzekł nawet matki!...

CHŁOP

Za dawnych czasów to po gładkiej

Szło jakoś drodze — cuda, dziwy

Działy się ongi. Sprawiedliwy

Człek dzisiaj o tym nie pamięta.

BRAND

Twą drogą śmierć jest! Na cóż pęta

Nakładasz na mnie? Nie znasz Pana,

I Pan cię nie zna.

CHŁOP

Niezbłagana

Dusza w tym księdzu.

SYN

ciągnie go

Chodźmy sami!

CHŁOP

Nie! Nie! On musi iść stąd z nami!

BRAND

Musi?

CHŁOP

Tak, musisz... Bo inaczej,

Jeżeli we wsi kto zobaczy,

Żeśmy cię tutaj zostawili,

Strażnik zabierze mnie w tej chwili —

A, jeśli sczeźniesz tu, w tym lodzie,

Dziś ja o chlebie i o wodzie

Będę w areszcie.

BRAND

Więc za bożą

Pocierpisz sprawę...

CHŁOP

Mnie nie trwożą

Ni twe, ni boskie... mam ja swoje

Nie byle jakie niepokoje,

Więc chodź...

BRAND

Żegnajcie!

z dala słychać głuchy huk

SYN

krzyczy

O! Lawina!

BRAND

do chłopa, który go chwycił za kark

Puść!

CHŁOP

Nie!

BRAND

Puść!

SYN

Precz stąd!...

CHŁOP

walcząc z Brandem

Zła godzina

Niech mnie...

BRAND

wyrywa mu się i rzuca go w śnieg

O tak, nie spoczniesz prędzej,

Aż się doczekasz jakiej nędzy!

znika

CHŁOP

wygrzebując się z śniegu i pocierając sobie ramię

Niech mu zapłacą za to czarci!

Oto, co Pańscy słudzy warci!

woła, podnosząc się

Hej, mości księże!

SYN

Poszedł granią!

CHŁOP

Zda mi się... oko moje za nią

Trop w trop podąża!...

woła ponownie Hej, pastorze!

Czy nam jegomość wskazać może,

Skąd my tu błądzić dziś zaczęli?

BRAND

we mgle

Po co ci rady? Jak najśmielej

Już ty utartym kroczysz szlakiem.

CHŁOP

Jeśli to prawda, jakiem takiem

Człek się nacieszy legowiskiem,

A nie na morzu lodów śliskiem.

odchodzi wraz z synem w kierunku wschodu

BRAND

zjawia się znowu nieco dalej i nasłuchuje w kierunku, w którym odszedł chłop z synem

Wracają do dom... Chłystku podły!

Gdyby cię siły li zawiodły,

A nie zamiękła wola w tobie,

Ulgę bym przyniósł ci w żałobie,

Umęczonego wnet do celu

Zaprowadziłbym cię w weselu,

Lecz na nic pomoc, zacny kumie,

Temu, co nawet chcieć nie umie...

podchodzi bardziej ku przodowi

Życie!... Hm! Jeśli człek rozważy,

Jak je miłuje tłum nędzarzy,

Jak każdy błazen nim się pieści,

Jakby od jego marnej treści

Zawisło12 całe szczęście świata —

Boże! Puściliby do kata

Wszystko, prócz życia! To li jedno

Sednem jest dla nich! Kiepskie sedno!

uśmiecha się, jak gdyby sobie coś przypomniał

Kiedym był dzieckiem, od początku

Z dwóch rzeczy-m miewał ból w żołądku,

W te najdawniejsze moje czasy

Dwie sprawy darły ze mnie pasy:

O nielubiącej mroków sowie

Wciąż mi chodziła myśl po głowie,

o rybie, co się boi wody,

Ciąglem ja dumał, chłopiec młody...

I śmiech mnie pusty brał z tej biedy —

Czemu?... Bo czułem-ci już wtedy,

Że świat śród innych chodzi dróg,

Niźli, jak tego pragnął Bóg,

I że swe jarzmo dźwiga człek,

Choćby rad rzucił je po wiek.

Tutaj jest każdy na kształt ryby,

Albo też sowy. Skuty w dyby,

W mroku żyć musi ludzki płód,

Umierać musi w głębiach wód,

Choć na to wszystko strach go bierze!

Rad by porzucić swoje leże,

Z mrocznej ciasnoty zbiec by rad

W przezroczy, jasny słońca świat.

zatrzymawszy się na chwilę, nasłuchuje, zdumiony

Cóż to? Od dolin płyną głosy?

Pieśni i śmiechy mkną w niebiosy...

Cyt! Krzyczą hura! Raz i drugi,

Trzeci i piąty... Słońce smugi

Rozciera mgławe, lśnią przestworza,

Jakaś drużyna ludzka, hoża,

Po tej świetlistej igra łące,

Poranne światło jaśniejące

W stronę zachodu mroki goni.

Słowa... całunki... uścisk dłoni...

Już się rozchodzą, ku dolinie

Zmierzają jedni, a zaś ninie13

Dwoje się ludzi ku mnie słania...

Ostatnie ślą już pożegnania

Kapeluszami, woalkami...

„Bywajcie zdrowi!... Pan Bóg z wami!”

słońce coraz to bardziej przeciska się przez mgły. Brand stoi nieruchomy, przypatruje się zbliżającym się

Słońce złociste snuje baśnie!

Może rodzeństwo? Bok przy boku

Po tym kwiecistym spieszą stoku;

Ona sukniami powiewnemi

Snać nie dotyka nawet ziemi,

On, jakby piórko, lekki!... Ona,

O, skacze na bok, rozbawiona,

Wyrywa mu się od niechcenia...

O, już ją chwyta!.... Słodko, mile

Droga się zmienia w krotochwilę14,

W wesołą piosnkę śmiech się zmienia.

Ejnar i Agnieszka w lekkich strojach podróżnych, oboje rozpromienieni, zjawiają się na wzgórzu. Mgły pierzchły. Szczyty lśnią w porannym słońcu

EJNAR

Agnieszko, motylku mój cudny,

Nic ja się ciebie nie boję;

Zacisnę ja oka swej sieci —

Te oka, to piosnki są moje.

AGNIESZKA

zwrócona twarzą ku niemu, cofa się, tańcząc i uciekając przed nim

Jeżelim ja cudnym motylkiem,

To pozwól mi spocząć na kwiatku,

A chceszli się bawić, więc goń mnie!

Pochwycić? Przenigdy, mój bratku!

EJNAR

Agnieszko, motylku mój cudny!

Zwężają się oka mej sieci!

Już mam cię! Już skarb mój najdroższy

Przenigdy z tych ok nie uleci.

AGNIESZKA

Jeżelim ja wiotkim motylkiem,

To niechże mnie powiew uwodzi!

A chwycisz mnie w oko swej siatki,

Mych skrzydeł się dotknąć nie godzi!

EJNAR

Nie! Lekko ja wezmę do ręki

Ten ciężar mój słodki i lekki

I zamknę go w sercu... Tam baw się,

Tam sobie już igraj na wieki!

zbliżają się ku stromej turni; stają nad przepaścią

BRAND

Stać!... Tutaj przepaść!...

EJNAR

Któż to woła?

AGNIESZKA

wskazując ku górze

O, tam!

BRAND

Ni kroku! Śmierć dokoła!

Z śniegiem spadniecie do tej głębi!

EJNAR

obejmuje Agnieszkę i śmiejąc się, zwrócony ku górze

Nas to nie parzy ani ziębi,

Szczęście jest z nami. Wyjdziem cało!

AGNIESZKA

Zabawkę dziś nam życie dało...

EJNAR

Szczęście nam śle dziś promień słońca:

Sto lat on będzie trwał — bez końca!

BRAND

Więc wy dopiero po stu latach...?

AGNIESZKA

powiewając welonem

O tym ni słowa, proszę ciebie...

Bawić się będziem wszak i w niebie.

EJNAR

Sto lat na wonnych przeżyć kwiatach,

Sto lat bez miary i bez celu

W miłości kąpać się weselu! —

BRAND

No, a co będzie potem?

EJNAR

Potem?

Do nieba pójdziem znów z powrotem.

BRAND

Może wy z nieba tu przyszliście?

EJNAR

Prosta rzecz: z nieba! Oczywiście!

AGNIESZKA

To znaczy: teraz, o tej chwili,

Myśmy tam z dołu tu przybyli.

BRAND

I owszem, owszem... Oko moje

Już zobaczyło was oboje

Tam, gdzie się dzielą te potoki.

EJNAR

Skierowaliśmy tu swe kroki,

Pożegnawszy się z przyjacioły.

Ręką, całunkiem tłum wesoły

Stwierdzał przedrogich wspomnień rój!

Zejdź-że pan ku nam! Panie mój,

Zechciej zabawić się tu z nami,

Posłuchać pieśni nad pieśniami15!

Słodszej nie stworzył żaden czas!

Czemu pan stoi niby głaz?

Prędzej! My cuda ci pokażem!

Ja, panie, byłem wprzód malarzem!

Co to za szczęście, życie, świat

Wciągać w swą sztukę! Człek jest rad,

Że niby Stwórca może oto

Przelichy metal zmieniać w złoto!

Ale nad wszystko, czym mnie Bóg

Obdarzyć raczył śród mych dróg,

To ma Agnieszka!... Słodki plon,

Gdym z południowych wrócił stron

Z farbą i pędzlem — z niczym więcej...

AGNIESZKA

gorąco

A, jakby posiadł sto tysięcy,

Tak pewien siebie, tak zuchwały...

EJNAR

Do wsi tej losy mnie przygnały...

Tu zagościła ona właśnie,

Aby słoneczne chłonąć jaśnie,

Gorzkie powietrze, świerków wonie...

I ja zjawiłem się w tej stronie:

Snać przeznaczenie mnie tu niosło.

Chciałem malarskie swe rzemiosło

Zanurzyć w pięknie tego boru,

Chciałem dla sztuki swej prawzoru

Szukać w obłokach tych, w tej rzece...

I oto, gdy tak na to lecę,

Odrazum został arcymistrzem:

Lice jej stało się ognistszem,

W jej oczach szczęścia blask się jarzy,

Uśmiech nie schodzi już z jej twarzy

— Wszystko początek ze mnie wzięło...

AGNIESZKA

Jeno16, malując to swe dzieło,

Nie wiedział o tym chłopiec pusty17.

Życie pełnymi chłonął usty18,

Aż tu pewnego znów zarania

Jął się19 na powrót malowania...

EJNAR

Wtem, Boże drogi, coś mi wpadło,

Że ze mnie istne jest dziwadło,

Żem nie oświadczył się swej lubej!

Więc zamiast pleść smalone duby,

Od razu wziąłem się do sprawy.

Nasz zacny doktór, zbyt łaskawy,

Nie mógł opędzić się radości:

W dom pozapraszał licznych gości

— Wszystkie powagi, wszyscy księża,

Młódź z okolicy, mąż-ci w męża,

Że jeno patrzeć!... Trzy dni trwały

Hulanki, tańce i hejnały.

Dzisiaj zeszliśmy już mu z karku,

Ale zabawy na folwarku

Bynajmniej jeszcze nie skończono...

Widziałeś to wesołe grono,

Szyfry20, chorągwie, kapelusze,

Całe we wieńcach! Zacne dusze!

Uciesze swej puścili wodze,

Towarzyszyli nam w tej drodze.

AGNIESZKA

A my we dwójkę po tej górze

Skaczemy sobie, dzieci, duże!

EJNAR

Mieliśmy z sobą wina moc!

AGNIESZKA

Od śpiewów brzmiała letnia noc!

EJNAR

O, nawet tłum tych ciężkich mgieł

Bał się dziś z nami brać na kieł21!

BRAND

A teraz dokąd?

EJNAR

Tam, do miasta —

AGNIESZKA

Skąd jestem rodem...

EJNAR

Ma niewiasta

I ja — nasamprzód o tę krztynę

Ku zachodowi, a zaś potem

W stronę fiordu ptaków lotem

Na weselisko me jedyne

Zawiodę skarby — zadyszany

Rumak Egira22 przez bałwany

Hen, nas poniesie w chyżym pędzie!

Później, jak białe dwa łabędzie,

Tam, na południe...

BRAND

A tam, panie?

EJNAR

Tam przepłomienne miłowanie,

Jak sen potężne, a tak właśnie

Słodkie i miłe, jako baśnie!

W ono niedzielne, jasne rano

Żadnego księdza nie przyzwano,

A przecież pierzchły wszelkie troski...

Dzień to był dla nas iście boski,

Pobłogosławił nam...

BRAND

Kto?

EJNAR

Lud!

Przyjaciół naszych tłum radosny,

Który nam wiecznej życzył wiosny,

Który odganiał od nas trud,

Który ze wszystkich swoich sił

Życzył nam zdrowia, wino pił,

Wieńcami zdobił nasze włosy,

Żeśmy wybrani snać przez losy...

BRAND

Żegnam oboje...

chce odejść

EJNAR

Zostań pan!

Czyja-ż to postać?... Ktoś mi znan...

BRAND

zimno

Obcy my sobie.

EJNAR

Mnie się przecie

Zdaje, że kiedyś, gdzieś na świecie,

Myśmy się znali — może w szkole...

BRAND

Tak, znaliśmy się, nim pacholę

Stało się — mężem!...

EJNAR

Czyż być może?

Nie przypominam sobie...

nagle, z krzykiem Brand!... O Boże!

BRAND

Ja w te tropy

Wiedziałem, kogo tutaj stopy

Przywiodły dzisiaj.

EJNAR

Witam, bracie,

Witam serdecznie! Gdy tak na cię

Patrzę w tej chwili, pewność mam,

Żeś się nie zmienił, żeś ten sam,

Żeś ten, co, z chmurą wciąż na czole,

Nie mógł wytrzymać w naszym kole...

BRAND

Byłem wam obcy... ale ciebie

Jakoś lubiłem... W ciemnym żlebie

Skalistej turni urodzony,

O którą fale swoje tony

Rozstrzeliwały... wy z południa...

Życie, bywało, nam utrudnia

Inna natura...

EJNAR

Tutaj gdzieś

Leży widocznie twoja wieś?

BRAND

Przez nią mnie wiedzie powołanie.

EJNAR

Przez nią? A potem cóż się stanie?

Czyżby w daleki świat?

BRAND

Niewiele

Potrzeba pracy tu, w tym siele23.

EJNAR

Przecieżeś księdzem?

BRAND

z uśmiechem

Tak, wikarym.

Człek jest jak zając: czasem w starym,

Odwiecznym musi spocząć lesie,

A czasem w żyto los go niesie.

EJNAR

Zaś ostateczna dokąd droga?

BRAND

prędko i surowo

Nie pytaj o to.

EJNAR

O, dla Boga!

Czemu?

BRAND

zmieniwszy ton

Ot, tak... Moi kochani,

I mnie zawiezie do przystani

Ten sam wasz okręt.

EJNAR

Ten nasz statek,

Którym do ślubu my...? Zadatek

Szczęścia zbyt wielki.

do Agnieszki Bądź wesoła,

Jedziemy w trójkę...

BRAND

Pogrzeb woła.

AGNIESZKA

Pogrzeb?

EJNAR

Co? Pogrzeb woła ciebie?

Kogoś obecność twa pogrzebie?

BRAND

Tego, co zwą go wargi twoje:

Bogiem.

AGNIESZKA

cofając się

Chodź, Ejnar, ja się boję!

EJNAR

Brand!...

BRAND

Wstrętne widmo spocznie w trumnie!

Ten Bóg służalczy, co go tłumnie

Służalców podła wielbi rzesza!

Ta jedna myśl mnie dziś pociesza,

Że mam go grzebać — i to w dzień!...

Cuchnie, kto zdrowych nie miał tchnień,

Kto konał całe tysiąc lat.

EJNAR

Brand! Jesteś chory!...

BRAND

A toś zgadł!...

Tak, jestem chory, jak ta jodła,

Co k niebu smukły pień wywiodła!

Nie ja słabuję, czas jest chory,

Jemu potrzebne są doktory,

On leków żądny. Na tym świecie

Wy tylko bawić się pragniecie.

Na pół wierzycie, to być może,

Lecz czy widzicie co na dworze?

Nie! Jeśli jarzmo gnie wam karki,

Wy je rzucacie wnet na barki

Tego, co przyszedł, aby wiernie

Krzyż dźwigać za was, znosić ciernie!

Tak was uczono!... Wy tańczycie,

Zabawą tylko jest wam życie!

Tańcz, tańcz, nie patrząc w oną dal:

Kiedyś ci będzie tego żal!...

EJNAR

Znam ja tę piosnkę! Starzy, młodzi

Słyszą ją co dzień, jak zawodzi

Po wsiach, po miastach... Tyś jest z tych,

Którym to życie jest jak szych24,

Co, niby nowym zdjęci duchem,

Piekielnym straszą nas obuchem,

Co, nieustannie grożąc biesem,

Chcieliby złamać nas z kretesem.

BRAND

Nie! Nie! Przed sobą nie masz klechy.

Niewiele Kościół ma pociechy

Z takiego, jak ja, kaznodziei.

Nie wiem, czy ze mnie dziś kto sklei

Chrześcijanina, lecz wiem jedno:

Gdzie się dziś kryje życia sedno!

EJNAR

Jeszczem nie słyszał, aby komu

Miała zaszkodzić radość w domu.

BRAND

Nie! To nie radość nas rozpiera,

Ta bez zastrzeżeń, prosta, szczera!

Żyj nią, służ wiernie jej na wieki,

Ale od tego bądź daleki,

By się za jednym zmieniać tchem.

Dzisiaj być tym, a jutro — czym?

Dziś chodzić tak, a jutro — jak?

Być ni to ryba, ni to rak!

W bachantach25 rys wyraźny masz,

Pijak przedrzeźnia li ich twarz;

Sylen26 posiada pyszny gest,

Chlejus parodią tylko jest!

Przemierz-że kraj nasz stopy swemi,

Przyłóż swe ucho do tej ziemi,

A wnet zobaczysz — wierz w me słowo

— Że człek nasz jest ni to, ni owo!

Nieco powagi w dni świąteczne,

I obyczaje nieco grzeczne,

Nieco ochoty do biesiady,

Ponieważ miały ją pradziady;

Nieco wielbiący kraj rodzinny,

Którego człek nie zwiedził inny;

Nieco bez głowy, gdy przyrzeka,

Nieco dowcipny, gdy się z lekka

Urżnie i potem płacić musi;

Nigdy go żaden szał nie skusi,

Zawsze jest mierny — w swej przywarze

I w swojej cnocie, tak, jak każe

Dawny obyczaj — same złomy27

I zła i dobra, złom widomy28

W wszystkim, co czyni, co tu działa.

A już najgorsza rzecz, iż cała

Ta jego praca wskroś niweczy

Tę pozostałą resztkę rzeczy.

EJNAR

Szyderca liche zbiera plony,

Piękniej oszczędzać lud wzgardzony.

BRAND

Tak, lecz niezdrowo!

EJNAR

Gdybym razem

Chciał tak za twoim dziś rozkazem

Potępić lud nasz, powiedzże mi,

W czym tu jest wspólność z słowy twemi,

Że grzebiesz Boga niby chłystka,

W którym treść dla mnie życia wszystka?

BRAND

Przecie-ś Go, druhu mój, malował...

I po cóż mi Go aż do pował

Wciąż wynoszono, że, gdy człowiek

Śmiał k Niemu unieść swoich powiek,

Świętość spływała nań z tej wiary?

A ja ci mówię: Bóg to stary —

EJNAR

A no, i...?

BRAND

Siwy. Rzadkie loki

Naokół skroni ma wysokiej,

Srebrem Mu broda biała świeci,

Tak jest czcigodny, że aż dzieci,

Kiedy nań spojrzą, chwyta trwoga...

Możesz Go ubrać, tego Boga,

W ciepłe pantofle, jeśli łaska,

A chcesz Go mieć już tak, do diaska,

Całkiem podobnym, to na głowę

Daj mu szlafmycę, no i zdrowe

Włóż okulary mu na nos!

EJNAR

gniewnie

Cóż to ma znaczyć?

BRAND

Ni na włos

Nie ma szyderstwa w tym, com rzekł!

Tak sobie nasz wystawia człek

To familijne swoje bóstwo,

Takim je widzi ludu mnóstwo,

Taka dotychczas wiara nasza!

Papiści29 swego mesyjasza

W dziecinne kładą powijaki,

A zasię nasz Bóg, to już taki,

Jako proroczy ów Jeremi30,

Co usty mamle dziecięcymi.

A tak, jak wkrótce, mówię szczerze,

Będą mieć klucze li papieże

Na swej stolicy i nic zgoła,

Tak wy grzebiecie dziś w Kościoła

Swojego błocie już na wieki

Królestwo boże... Czyż łączycie

Z nauką bożą swoje życie?

Od jej spełniania jak daleki

Dzisiaj jest człowiek! Wy swe dusze

Chcecie podnosić, ale, muszę,

To wam powiedzieć, sił nie macie,

Aby żyć w pełnym majestacie.

Wam tylko tego dziś potrzeba,

Ażeby Pan Bóg z swego nieba

Przez palce patrzał na wsze sprawy,

Ażeby wielce był łaskawy

I na wzór świata, który minie,

Chodził w szlafmycy i łysinie.

Nie! Takie bajdy mnie nie służą,

Twój Bóg jest wiewem, mój jest burzą!

Twój Bóg, jak liche źdźbło, się łamie,

A mój potężne ściąga ramię,

Twój Bóg jest ciepły, mój zaś płonie,

Miłość rozsadza jego skronie!

Mój — to Herkules31, krzepki, młody,

A nie właściciel siwej brody.

Mój rzuca gromy wokół siebie,

Kiedy się zjawi na Horebie32,

W krzaku ognistym ognie krzesze,

Kiedy przed sobą ma Mojżesze33,

Gdy pójdzie przed nich, jak przed karły,

W swojej potędze nieumarłej!

Słońce powstrzymał on w dolinie

Gibeonowej34, liczne cuda

Wśród zdumionego czynił luda.

I dziś by czynił, ale ninie35

Ma tu li same niedołęgi!....

EJNAR

z nieszczerym uśmiechem

Mamy to zmienić?

BRAND

Tak! Potęgi

Trzeba! Tak! Przyjdzie owa zmiana,

Pókim żyw jeszcze, jako dana

Jest mi ta siła, bym swoimi

Wygnał lekarstwy36 słabość z ziemi,

Tak to jest prawda!...

EJNAR

potrząsa głową

Na przechwałki

Nie gaśże, mówię ci, zapałki,

Wprzód zapal świecę! I, dopóki

Nie dałeś nowej nam nauki,

Słów dawnych nie kreśl — dobre słowa!

BRAND

Nauka moja nie jest nowa.

Na wieczność baczę, mnie zapłaty

Za nowych tych prawideł wątek

Nie da ni Kościół, ni dogmaty,

Bo to, co miało swój początek,

Także i koniec swój mieć będzie.

Wszystko ma finis37 swój; w tym względzie

Trzeba powiedzieć, że, co żyje,

Zarazek gnicia w sobie kryje,

Że, według trwałych, pewnych norm,

Do coraz nowszych dąży form.

Ale w tym wszystkim w wieczny nich

Wprawia się tylko jedno: duch,

Którego tutaj nikt nie stworzył,

Ten duch, którego Zbawca wdrożył

Na nowe tory po upadku

W raju. Ten duch to na ostatku

Zarzucił pomost między ciałem

A między Bogiem, tym wspaniałem

Praźródłem rzeczy! Dziś on przecie

Zbladł już i stępiał; jeśli chcecie,

Spowszedniał całkiem, jak ów Bóg,

Który wśród waszych chodzi dróg,

Ale z tych szczątków, złomków duszy,

Z forsą38 zbitego, co się kruszy,

Z tych rąk kalekich, z tych to nóg,

Znowu się wielka złoży całość,

Ażeby boska znów wspaniałość

Mogła uciechę mieć z Adama,

Jak ongi w raju, który sama

Kiedyś stworzyła, w dawnym czasie...

EJNAR

przerywając

Żegnaj!... Najlepiej będzie, zda się,

Gdy się rozejdziem.

BRAND

Wy zdążacie

Ku zachodowi... Tu, czy tam,

Wnet się nasz cel ukaże nam.

Żegnajcie!

EJNAR

Żegnaj!

BRAND

odwraca się raz jeszcze, uchodząc zboczem

A od mgieł

Oddzielaj światło!... Weź na kieł,

Że żyć jest sztuką!

EJNAR

z gestem przeczenia

Jak chcesz, zwij!

Dziś sobie nowe rzeczy twórz,

A ja staremu Bóstwu już

Dochowam wiary...

BRAND

Tak jest, tak,

Jak ci utarty każe szlak,

Maluj to Bóstwo, daj mu kij

Dziadowski w rękę, ja to boże

Widmo do grobu dzisiaj złożę,

schodzi granią w dół

Ejnar zabiera się, milcząc, w dalszą drogę i patrzy za odchodzącym

AGNIESZKA

stoi chwilę, jak nieprzytomna, potem, zerwawszy się, rozgląda się niespokojnie naokoło siebie i pyta

Zagasło słońce?

EJNAR

Mgła jedynie

Blask jego śćmiła, wnet wypłynie...

Już jest!

AGNIESZKA

Wiatr wieje lodowaty.

EJNAR

Od tej przełęczy... Chodźmy! Po tej

Zajdziemy drodze...

AGNIESZKA

wskazując w kierunku południa

Patrz, zjawisko

Tej czarnej góry snać tak blisko

Nie stało jeszcze przed minutą,

Nie była grań tak groźną, lutą39!

EJNAR

Szczęście ci oczy przesłaniało,

Więc nie spostrzegłaś... On niemało

Zmieszał cię krzykiem. Niechże sobie

Utrudnia drogę — Cóż ja zrobię?!

My dalej będziem się bawili.

AGNIESZKA

Nie! Dajmy spokój... nie w tej chwili.

EJNAR

I ja mam dosyć — tak przez pół.

A zresztą trudniej schodzić w dół,

Niźli po gładkim dotąd grzbiecie.

Ale potańczym my na świecie

Stokroć weselej, niźli ninie,

Skoro będziemy już w dolinie...

Już on nam drogi nie zawali!

Spojrzyj, Agnieszko, tam, w tej dali

Ten błękit, skąpan w blasku słońca!

Teraz się srebrzy snać bez końca,

Teraz, jak bursztyn skrzy się złoty;

To świeże, wielkie morze! Do tej

Idziem rozkoszy! Ciemny dym,

Jak wąż, się snuje w blasku tym.

O, tam! — czy widzisz?... A tam, powiedz,

Ten czarny punkcik? Nasz parowiec!

Okrążył górę, znikł w zatoce!

Dziś wieczór znowu zamigoce,

Wyruszy w drogę razem z nami!

Znów się pokryło wszystko mgłami...

Nie masz, Agnieszko, w swej szczęśliwej

Duszy ni słowa na te dziwy?

AGNIESZKA

patrzy przed siebie w zadumie

Owszem... lecz mów, czyś widział... mów!...

EJNAR

Co?

AGNIESZKA

nie patrząc na niego, głosem stłumionym, jak gdyby znajdowała się w kościele

Jak on rósł śród swoich słów!

schodzi z góry, Ejnar idzie za nią

BRAND

zjawia się w górze, na perci40, schodzi w dół, zatrzymuje się jednak śród drogi przy wystającej opoce i spogląda na dół

Tak, poznaję wszystko, tak!

Dom przy domu, łodzi szlak!

Strome wzgórza, pola, jary,

Poczerniały kościół stary —

Jak za dawnych czasów — brzozy

Wzdłuż potoku, olchy, łozy41!

Jeno mi się coś wydaje,

Że smutniejsze widzę kraje,

Że ciaśniejsze są te mury,

Że ten skalny zrąb ponury

Jeszcze niżej śnieżnym czołem

Nad tym biednym zwisa siołem,

Że je stłoczy, jakby na dnie,

Że je wciska, jakby w żleb,

Jeszcze węższy skrawek nieba

Pozostawia biednej rzeszy,

Co się słońcem nie nacieszy,

Tak je wróg ten chłonie, kradnie!

siada i patrzy w dal

Czyż ten fiord był równie brzydki,

Równie nagi, równie płytki,

Także dawniej? Czy też nagle

Tak się zmienił dziś? Deszcz siecze!

W stronę lądu łódź się wlecze,

Opadają mokre żagle.

Za łodziami, na pustkowiu,

Przylepiona do ołowiu

Szarej turni, chata leży.

O, poznaję tę zagrodę!...

Ustroń wdowia... Moje młode

Czy pamiętasz jeszcze lata?

Jawisz mi się, przebogata

Dawnych wspomnień mych skarbnico!

Tam, to ostre, głaźne lico

Naszych brzegów i nic więcej —

W tej samotności mój dziecięcy

Duch się chował... Niezmożona

Gniecie troska me ramiona,

Że wydało mnie to plemię,

Które kocha tylko ziemię,

Zamiast duchem myśleć w czas42,

Co się kiedyś stać ma z nas!

Moich dawnych planów złomy,

Jak dalekie huczą gromy,

Siła, męstwo — pusta broń,

Nie zdzierżyło serce, dłoń!

Zalim43 żył na swojskim chlebie

Nazbyt długo śród swych ludzi?

Oto, jak się Samson44 budzi:

Postrzyżony, oswojony,

Z objęć swej łajdackiej żony!

spogląda znowu na dół

Co za życie! Ode wrót,

Ode bram i progów lud

Tłumnie, szumnie, sunie, płynie

Ku dołowi, ku wyżynie,

Turnią, granią, ścieżką, drogą,

Chłopy, baby, czernią mnogą

Do kościoła, widać, spieszą...

wstaje

Dobrze ja się znam z tą rzeszą!

Wasze dusze, wasze zmysły,

Wasze siły, co gdzieś prysły —

Dobrze ja to wszystko znam!

Wasz Ojcze-nasz leci tam

Ku niebiosom; w ziemskim pyle

Zanurzony, ma on tyle

Tylko mocy, tyle prawdy,

Że dla Boga dziś i zawdy

Prośba czwarta45 li dociera:

Ona jedna bywa szczera!

Ona jedna pozostała

W waszym sercu jeszcze cała

Z próśb tych siedmiu waszej wiary

Którą strzaskał orkan szary!

To ostatni jest już szczątek!

On się wcisnął w dusz zakątek...

Ale klątwa na was leży,

Jak mogilny dech nieświeży!

W rzeźwym wietrze tu od lat

Chorągwiany nie drży płat.

chce odejść; z góry pada kamień i, skacząc po perci, pada tuż u jego stóp

BRAND

Hejże! Któż tam głazy ciska?...

GERDA

dziewczyna piętnastoletnia, biegnie granią, z kamieniami w fartuchu

Utrafiłam! Krzyknął!

rzuca ponownie

BRAND

Kto tu?

GERDA

Nie ma, widać, sił do lotu —

Wpadł pomiędzy gałęziska!

rzuca po raz trzeci, krzycząc

BRAND

Przebóg!...

GERDA

Cicho!

Kto ty?... Cicho! Już to licho

Precz ucieka!

BRAND

Kto?

GERDA

Straszliwy!...

Nie widziałeś go?

BRAND

Nie!

GERDA

Dziwy!

Jastrząb wściekły! Grzebień zgoła

Przylepiony ma do czoła,

Oczy w krwawej ma obwódce.

BRAND

Dokąd idziesz?

GERDA

Do kościoła.

BRAND

Wspólna droga, zajdziem wkrótce.

GERDA

Ma? O nie! Ja tam do góry!

BRAND

wskazuje ku dołowi

Przecież kościół tam!

GERDA

z szyderczym uśmiechem

Tam? Który?

BRAND

Owszem, chodź!

GERDA

Nie, ja się boję!

BRAND

Czego? Powiedz!

GERDA

On za mały!

BRAND

Co, za mały? Czy widziały

Większy kościół oczy twoje?

GERDA

Większy? Juści! Żegnam!...

idzie w górę

BRAND

Dziecię,

Droga wiedzie po tym grzbiecie

Ku tej dzikiej, strasznej grani!

GERDA

Zbudowany właśnie na niej

Z śniegu, lodu kościół mój!

BRAND

Z śniegu, lodu!... Dziewczę, stój!

Tak, pojmuję... Jużem zgadł!

Za dziecięcych przecież lat

Nieustannem słyszał wieści

O pieczarze, co się mieści

Pod tym szczytem, w lodów lesie,

Lodowiowy kościół zwie się...!

Jak przypomnieć sobie mogę,

Zmarzły staw ma za podłogę,

A śnieg, w zwały lodu zbity,

Tworzy dachy i sufity.

GERDA

Tak, pieczarą zwij go, panie,

Lodowiową, nie przestanie

Być kościołem.

BRAND

Dziewczę lube,

Ty na pewną idziesz zgubę!

Wiatr zawieje, pękną ściany,

Dach się zwali, z śniegu tkany,

Jeden trzask — tak, jeden strzał...!

GERDA

nie słuchając go wcale

Ze mną chodź do tego groda!

Spadła-ci tam renów trzoda,

Przyjdzie na nią, wierz, swoboda,

Gdy się stopi śniegu wał!

BRAND

Nie idź tam, gdzie czyha śmierć!

GERDA

wskazując ku dołowi

Ta ku śmierci wiedzie perć!

BRAND

Pan Bóg z tobą!

GERDA

Chodź-że dalej!

Gdzie ten kościół się krysztali!

Lawina ci śpiewać będzie,

A kazalne zaś orędzie

Lodowcowy wiatr wypowie,

Aż cię, człeku, przejdzie mrowie!

Jeno niech cię w onej głębi

Nie przeraża gniew jastrzębi!

Choć nasadza czarny róg

Na swe czoło, nie miej trwóg,

Nie lękaj się jego piórek:

Spoczywa on, jako kurek,

Na wieżycy mej świątyni,

Nic ci złego nie uczyni.

BRAND

Dzika perć ta śród tych gór,

Dziki duch twój, lutni wzór

O spękanych strunach... Boże!

Zło się w dobro zmienić może,

Lecz, co marne, marnym zawsze...

GERDA

Znowu leci... Coraz krwawsze

Wlepia oczy — straszne ślepie!

Coraz groźniej skrzydłem trzepie!

Uciekajmy, cudzy człecze,

W domowinę naszą! Pieczę

Da mi kościół... To mój schron!

krzyczy

Won ode mnie! A precz! Won!

Daj mi spokój, bo inaczej

Już cię słońce nie zobaczy!

znika w skałach

BRAND

po chwili

I ty także do kościoła!

Jedno na dół, drugie zgoła

Idzie w lody; komuż, komu

Przyznać palmę? Kto dziś z domu

Jak najdalej uciec chciał?

Kogo-ż dzikszy pędzi szał?

Lekkomyślność, z kwieciem w włosach,

Bez trosk żadnych, bez powagi;

Czy Bezmyślność, co swe ślady

Znaczy z trudem, jak pradziady

Przykazały, czy ten nagi

Szał, błądzący tak straszliwie

Po tej głaźnej, śnieżnej niwie,

Że mu dobro z zła się bierze?

Dalej! Bić w to trójprzymierze!

Widzę jasno swe zadanie,

Ono mnie dziś nęci, mami!

Otwartymi tak oknami

Płynie światłu, gdy dzień wstanie!

O, nie spocznę-ci ja prędzej,

Aże gorzkiej, ludzkiej nędzy

Złożę sojusz ten w ofierze!

Gdy ta trójka legnie w grobie,

Będzie strasznej kres chorobie!

Za miecz, duszo!... Prosta droga:

Idźmy walczyć na wzór Boga!

schodzi w dół

KONIEC AKTU PIERWSZEGO

Akt drugi

Nad fiordem, otoczonym stromymi ścianami.

W pobliżu na pagórku, stary, zapadły kościół. Nadchodzi burza.

Tłum ludu: Mężczyźni, kobiety i dzieci grupują się częścią na wybrzeżu; nieco wyżej, w środku, na kamieniu siedzi Wójt; Pisarz pomaga mu przy rozdzielaniu zboża i artykułów spożywczych. W pewnym oddaleniu, otoczeni ludźmi, stoją Ejnar i Agnieszka. Na piasku, po odpływie, leży kilka łodzi. Brand stoi na pagórku kościelnym, ale tłum go na razie jeszcze nie widzi.

JEDEN Z MĘŻCZYZN

przeciska się przez tłum

Miejsca!

JEDNA Z KOBIET

Ja pierwsza — i mnie skoro46!

MĘŻCZYZNA

odtrąca ją

Precz stąd!

do wójta Mój worek!

WÓJT

Cierpliwości!

MĘŻCZYZNA

Na śmierć w domu się zapości

Moich czworo — nie! pięcioro...

WÓJT

żartobliwie

Co? Niełatwo lada komu

Liczyć, prawda?

MĘŻCZYZNA

Kiedy z domu

Wychodziłem, jedno prawie

Że konało...

WÓJT

do pisarza

Dać łaskawie

Listę.

do chłopa, przeglądając papiery

Odstąp... Oczywiście

Twe nazwisko też na liście?

Twoje szczęście, że się mieści...

do pisarza

A czy numer... tak... trzydzieści

Już otrzymał?... Bez hałasu...

Bez natłoku... dość jest czasu...

Jakub Śnieżek!

JEDEN Z MĘŻCZYZN

Tu!

WÓJT

Mój Kuba,

Taka, widzisz, jest rachuba,

Że na ciebie dziś przypada

Li47 połowa....

MĘŻCZYZNA

Trudna rada —

Mniej nas dzisiaj, wiem... ma żona

Zmarła w nocy...

WÓJT

Rzecz skończona. —

Skreślić!... Juści wszędzie nędza,

Nikt za mało nie oszczędza.

do oddalającego się

Jeno48 proszę pana Kuby,

Nie od razu w nowe śluby...

PISARZ

chichocąc

Hi! hi!

WÓJT

ostro

Cóż to?... Śmiechy z mojej...?

PISARZ

Wójt jegomość żarty stroi...

WÓJT

Mnie nie zbiera się na żart,

Lecz żart czasem tynfa49 wart!

EJNAR

wychodzi z Agnieszką spośród otaczającej ich grupy

Nie, ja tutaj nic nie zmienię!

Wypróżniłem już kieszenie —

Ot, przychodzę tu na brzeg,

Jak żebrzący jaki człek...

Mam zegarek, laski kawał...

WÓJT

Nikt by na was nie nastawał,

Jeno to, cośmy zebrali,

Nie zaważy zbyt na szali.

Drodzy moi przyjaciele,

Rzecz wiadoma, niezbyt tłusta

Idzie strawa w głodne usta

Z rąk, co same niezbyt wiele...

spostrzega Branda i wskazuje na niego

Witam, witam! Jeśli pana

Wieść tu gnała niesłychana,

Że to u nas głód się pleni,

Proszę sięgnąć do kieszeni...

Najdrobniejszy przyjmę datek!

To, co mamy, to ostatek...

A w dzisiejszej, panie, dobie,

Trudno już wymarzyć sobie,

By dwie rybki tysiąc luda

Nakarmiły... takie cuda...

BRAND

Przetysiączne ziarna kosze

Marnują się...

WÓJT

Bardzo proszę,

Słów nam tutaj nie potrzeba,

Nie zastąpią one chleba!

EJNAR

Nie wiesz, jak tu cierpiał lud...

Tu u nędznych domostw wrót

Grób przy grobie... trupy leżą...

BRAND

Tak jest, widzę klęskę świeżą...

Patrząc w tę pobladłą twarz,

Dłoń sędziego jawną masz!

WÓJT

Przecież serce masz, jak stal.

BRAND

wychodzi z tłumu i mówi z naciskiem

Tak, byłoby mi bardzo żal,

Gdyby wam życie tak powoli

Wlokło się w nędzy i niedoli.

Ta żądza chleba juści-ć we mnie

Nie szukałaby dziś daremnie

Jakiejś litości... Plemię człecze,

Gdy na czworakach tu się wlecze,

Juści-ć, że zwierzę w nim się budzi!

Pełznie, jak orszak pogrzebowy,

Juści-ć myśl łatwo im do głowy

Wpadnie rozpaczna, że z swej księgi

Bóg ich wykreślił już na zawsze.

Lecz On was kocha, coraz krwawsze

Zsyła wam troski i mitręgi.

Smaga was biczem poprzed grób,

Bierze, co wprzód nasypał w żłób.

KILKA GŁOSÓW

przerywając mu groźnie

Drwi z nas! A, sprawcie go50! Co prędzej!

WÓJT

Chleba zazdrości wam w tej nędzy?!

BRAND

potrząsa głową

Gdybym mógł w czym dopomóc wam,

Krew ja bym swą wytoczył sam,

Sam bym otworzył swoje żyły,

Gdyby przydatne na co były,

Ale bym jemu zadał kłam!

On chce was wyrwać z waszej klęski;

Naród prawdziwy, naród męski,

Choćby nieliczny, lecz niezgniły,

Wynosi z nieszczęść świeże siły!

Duch jego gubi się w przezroczu;

Na orlich lecąc skrzydłach, z oczu

Traci powszednich spraw osnowę...

Wola, podnosząc dumnie głowę,

Wie, że zwycięży jak najświetniej!

Lecz kogo ból nie uszlachetni,

Temu już nic z pomocy bożej.

JEDNA Z KOBIET

Za chwilę burza się rozsroży!

To, jego słowa ją przywiodły.

INNA

Zazna on niebios kar ten podły!

BRAND

Twój Bóg już cudów tu nie stwarza.

KOBIETY

Jest burza! — Burza!...

GŁOSY Z TŁUMU

Hej! Zbrodniarza

Ukamienować! Skłuć nożami!

Cóż on tu robi między nami?

groźny tłum gromadzi się naokoło Branda. Wójt wkracza między ciżbę. Od strony wsi nadbiega Kobieta, dzika, obdarta

KOBIETA

krzyczy w kierunku tłumu

Ratujcie, ludzie! W imię Boga!

W imię Jezusa!...

WÓJT

Skąd ta trwoga?

Co ci się stało? Mów, coć trzeba?

KOBIETA

Nie chcę pieniędzy, nie chcę chleba,

Rzecz stokroć gorsza od tych żądz!

WÓJT

Więc mów!

KOBIETA

Nie mogę! Gdzie wasz ksiądz?

WÓJT

Tego tu szukasz nadaremnie.

KOBIETA

Najnieszczęśliwszy człowiek ze mnie!

Ach, czemużeś mnie stworzył, Boże?

BRAND

zbliża się do niej

Ksiądz się tu przecież znaleźć może.

KOBIETA

chwyta go za ramię

Więc się ulituj, sprowadź, panie!

BRAND

Co stać się może, to się stanie.

Lecz naprzód powiedz...

KOBIETA

Tam — mój mąż...

Poza fiordem — —

BRAND

Co? Co?

KOBIETA

Wciąż

Nieustająca nędza w domu...

Troje dzieciątek... o dniu sromu51!

Czy on potępion? Nie! Nie!... Mów,

Że nie!...

BRAND

Ja słucham twoich słów.

KOBIETA

wskazując na piersi

Wyschnięte były do cna!... Rety!

Litości nie miał dla kobiety,

Ni człek, ni Bóg... Najmłodsze dziecię

Prawie konało... i tak, wiecie,

Nie mógł wytrzymać mąż ten mój

I zabił...

BRAND

Zabił?

LUD

przerażony

Dziecko?!... Stój!

KOBIETA

Wraz na nim grzech się pomścić miał,

Przyszła nań skrucha, przyszedł szał —

Na własne targnął się on życie!...

O, chodźcie ze mną! Zobaczycie!

Potrzeba mi pomocy waszej!

Złorzeczy życiu, śmierć go straszy...

Z trupkiem w objęciach, ach, bez końca

Wzywa szatanów!... Gdzież obrońca?

BRAND

do siebie

Tak, to jest nędza.

EJNAR

blady

Piekło czeka

Nieszczęśliwego tego człeka.

WÓJT

Urząd mój tutaj na nic!...

BRAND

krótko do tłumu

Łódź!

Kto płynie ze mną?

JEDEN Z TŁUMU

Myśl tę rzuć!

Przy takim wietrze? Pewna śmierć!

WÓJT

Naokół fiordu idzie perć52.

KOBIETA

Nie! Nie! Ta droga dzisiaj na nic,

Potok ją zalał!... Nie ma granic

Moje nieszczęście!

BRAND

Czółno daj!

JEDEN Z TŁUMU

To niemożliwe! Cały kraj

Zalała burza...

INNY

wskazując na przeciwległy brzeg

Stamtąd płynie

Ogromna fala... mgły jedynie,

Skały fiordu w dymie, w mgłach!

TRZECI Z TŁUMU

Strach na to wszystko spojrzeć — strach!

Proboszcz cię zwolni!...

BRAND

Grzeszny człek,

Gdy na śmiertelnym łożu legł,

Czekać nie będzie, aż się burzy

Moc uspokoi... Kto mi służy?

wskakuje do łodzi, naciąga żagiel

Statek ten można?

WŁAŚCICIEL

Można — przecie

Zostań!

BRAND

Kto zrzucić się odważy

Śmiertelny zewłok?

JEDEN Z TŁUMU

W czas ten wraży?

Ja nie!

INNY

I ja nie! Za nic w świecie!

KILKU

Któż by się tak narażać mógł?

Zguba niechybna!

BRAND

Tak! Wasz Bóg

Nie uratowałby nikogo!

Lecz mój wybawia!

KOBIETA

załamując ręce

O, jak srogo

Żyć! On tam kona!...

BRAND

z czółna

Jedna dusza

Gdyby zechciała siąść do łodzi,

Wylewać wodę z tej powodzi...

Juści, że nikt tu was nie zmusza,

Lecz było dość tu dzielnych ludzi,

Może się przecież ktoś potrudzi

I da co więcej — da mi siebie!...

KILKU

cofając się

Nie żądaj tego...

JEDEN Z TŁUMU

groźnie

Jest na niebie

Bóg, ty go nie kuś! Co za wiele,

To już za wiele!

KILKA GŁOSÓW

Na topiele

Ty się nie puszczaj!... Burza wzrasta!

INNI

Łańcuch się zerwał!...

BRAND

przytwierdził się osęką53 do gruntu i woła na kobietę

Hej! Niewiasto!

Chodź ty! Nie zwlekaj!

KOBIETA

cofa się

Ja — gdy drudzy...

Nie!

BRAND

Nie?

KOBIETA

Mam dziatki, proszę łaski!

BRAND

śmiejąc się

Oto widzicie, same piaski,

Na których gmachy swe stawiacie!

AGNIESZKA

z rozpłomienionym obliczem zwraca się do Ejnara, kładzie mu rękę na ramieniu i mówi

Słyszałeś?

EJNAR

On się nie ulęknie!

AGNIESZKA

Swój obowiązek spełnij pięknie!

Jest ktoś, co będzie godzien ciebie —

do Branda

On z tobą razem w tej potrzebie!

BRAND

Chodź!

EJNAR

blady

Ja?

AGNIESZKA

Poświęcam cię! Idź!... Siła

Ślepoty tej, co mnie raziła,

Już mnie opuszcza!

EJNAR

Nim cię znałem,

Poświęciłbym się sercem całym,

Sam, dobrowolnie... lecz w tej chwili...

Zbyt wiele byśmy poświęcili...

AGNIESZKA

drżąc

W tej chwili? — —

EJNAR

Tak jest... ja nie mogę!

AGNIESZKA

cofając się

Co powiedziałeś?...

EJNAR

Na tę drogę

Iść mi nie wolno!

AGNIESZKA

z krzykiem

Teraz, Boże,

Rozszalało się straszne morze

Pomiędzy nami!

do Branda

Ja przy tobie!

BRAND

Dobrze! Więc płyńmy!...

KOBIETY

z przerażeniem patrząc na wsiadającą

Jezu Chryste!

EJNAR

w największym przestrachu chce ją powstrzymać

Agnieszko!

TŁUM

przybiega

Zostać! Toć to czyste,

Straszne szaleństwo! Lepiej w grobie

Od razu...

BRAND

Powiedz, gdzie twój dom?

KOBIETA

pokazuje

Trzeba okrążyć skalny złom —

O tam! Ten czarny zrąb!...

łódź odbija od brzegu

EJNAR

krzyczy za odpływającymi

O matce

Pomyśl, o braciach, jak ohydnie

Mordujesz szczęście ich i swoje!

AGNIESZKA

Tutaj, w tej łodzi jest nas troje!

łódź odpływa. Tłum zbiera się na pagórkach i śledzi z największym natężeniem

JEDEN Z TŁUMU

Wybrnie!

INNY

Nie wierzę!

PIERWSZY Z TŁUMU

Wybrnie, zda się!

Zakręcił dobrze! W takim czasie!

INNY

Wiatr w bok uderzył... Tęgie wiosło!

WÓJT

Gdzieś mi kapelusz hen poniosło!

KOBIETA

Niby dwa wielkie skrzydła krucze

Rozwiał swój czarny włos na tuczę54,

PIERWSZY Z TŁUMU

W okrąg się kurzy, dymi!

EJNAR

Cyt!

Jakiś krzyk straszny, jakiś zgrzyt!

KOBIETA

O stamtąd! Z wierchu!

INNA

wskazując ku górze

Toć to Gerd!

Ona tak wita przewoźnika.

PIERWSZA Z KOBIET

W barani róg uderza, dzika,

Opoki strąca z głaźnych stert.

DRUGA Z KOBIET

Róg rzuca teraz w morza toń,

Trąbi, zwinąwszy w trąbę dłoń!...

JEDEN Z TŁUMU

Trąb sobie, trąb, dopóki chcesz:

On morze przetnie wzdłuż i wszerz!

INNY

Teraz bym z nim popłynął już

Śród najburzliwszych choćby mórz!

PIERWSZY Z TŁUMU

Czym on był?

EJNAR

Księdzem!

DRUGI Z TŁUMU

Czym on był?

Mąż to prawdziwy! Krew śród żył

Ma, rzekę, dzielną, zwąc jak zwąc!

PIERWSZY Z TŁUMU

Nam by się przydał taki ksiądz!

WIELE INNYCH GŁOSÓW

Nam by się przydał taki ksiądz!

rozpraszają się

WÓJT

zbiera książki i papiery

Ja się ogromnie temu dziwię,

Boć to co najmniej niewłaściwie,

Że tutaj wścibiać chce swój nos

I bez naglących przyczyn zgoła,

Gdy taki straszny świat dokoła,

Życie na chwiejny rzuca los.

Ja dbam o wszystko, jak to będzie,

Lecz tylko wówczas, gdym w urzędzie.

znika

Przed chatą, na wyskoku lądu.

Pełnia dnia. Fiord spokojny, błękitny. Agnieszka siedzi na wybrzeżu. Bezpośrednio potem wchodzi Brand.

BRAND

Umarł... Cicho idzie stąd,

Z jasnym licem i bez troski,

Jakby go tam sąd już boski

Nie miał czekać, straszny sąd!

Jak ta śmierć w promienny dzień

Przeinacza mroczny cień!

Nie znał grzechu swego treści,

Tyle tylko, co się mieści

W jego nazwie, tylko tyle,

Ile człek, żyjący w pyle,

Domacać się może winy

Swoją ręką: śmierć dzieciny

Tylko widział, nic poza tym!

Lecz tych dwojga, którzy z światem

Są związani, co w tej chwili

Pełny trwogi wzrok wlepili

W jego oczy, jak na dachu

Owe ptaki, w wielkim strachu

W krzywdę swoją zapatrzone —

Te istoty biedne, płone55,

Tak bezmyślnie, tak bezradnie

Nie wiedzące, co wypadnie,

Czy nie czeka ich ta sama

Dzisiaj dola, straszna, głucha —

Te stworzenia, którym w ducha

Taka wżarła się dziś plama,

Że ni stal jej nie wywabi

Rozżarzona, ani kwas

W najpóźniejszy nawet czas —

Ci dwaj ludzie, wątli, słabi,

Te dwa kiełki, już w zarodzie

Nieszczęśliwe dzieci znoju,

Powstrzymane w swym rozwoju

Tą dziś klątwą, co, z czeluści

Piekieł rodem, nie opuści

Już ich nigdy — tak, tej pory

One dla tej duszy chorej,

Jakby wcale nie istniały!

Nie rozumiał tej zakały,

Która serc się ich uczepi

Już na wieki!... Może ślepi,

Może głusi też i oni

Grzęznąć będą w grzechów toni,

Może pójdzie dalej w krąg

Ta występków księga ksiąg —

Wszakże w nich ojcowska krew!

Przepotężny to jest siew.

Co w niej kreślić? Co w niej mazać?

Co tu łasce w niej przekazać?

Jak dalece — trudna rada —

Człek tu sobą odpowiada

Za dziedzictwo ojców win!?

Kto tu świadkiem? — oto klin!

Kogo wybrać tu na sędzię,

Kto rozstrzygać tutaj będzie

I kto prawdę tę uświęci,

Gdyśmy wszyscy delikwenci56?!

Kto tu może, jasny, szczery,

Pokazywać swe papiery?

O, głębokie, zagadkowe,

Straszne noce! Gdyby mowę

Dać wam można! Ale tłumy

Potraciły swe rozumy,

Nad przepastnym tańczą dołem,

Drżeć powinni wszyscy społem!

Śród tysiąca nie ma przecie

Ni jednego na tym świecie,

Co by wiedział, jaka góra

Przestraszliwa, przeponura,

Góra win, wyrasta skrycie

Nad tym jednym słówkiem: życie!

Kilku ludzi ze wsi wychodzi spoza węgła domu i zbliża się do Branda

JEDEN Z MĘŻCZYZN

Raz drugi się spotykamy.

BRAND

Za późno... umarł.

MĘŻCZYZNA

Lecz w tej samej

Żyje chałupie jeszcze troje.

BRAND

Więc?

MĘŻCZYZNA

Więc przynosim tutaj swoje

Liche zapasy — oto macie!

BRAND

Choćbyś dał wszystko, miły bracie,

A swego życia nie chciał dać,

Wiedz, że nie dałeś nic!

MĘŻCZYZNA

A ja-ć

Powiem dziś tyle: ten umarły,

Gdyby na jego łódź natarły

Wiatry, a on tu w swej potrzebie

Wzywał pomocy, może siebie

Byłbym poświęcił zawierusze...

BRAND

A niczym ból, szarpiący duszę?

MĘŻCZYZNA

Bardzo my biedne, ludzkie plemię!

BRAND

Przeto na oku miejcie ziemię

I nic poza tym — aż do końca...

Niech ku promiennym blaskom słońca,

Ku skrzącym śniegom, tam, wysoko,

Nie zerka wasze lewe oko,

Kiedy źrenica prawa ginie

W tym li padole, w tej dolinie!

Tu, gdzieście sami wy, niestety,

Włożyli jarzmo na swe grzbiety!

MĘŻCZYZNA

Twoja, myślałem, będzie rada,

Że nam wyzwolić się wypada.

BRAND

Gdybyście mogli!

MĘŻCZYZNA

Poniektóry

Człek tu nam rady dawał z góry,

Lecz tak nie wchodził nikt na drogę,

Jak ty...

BRAND

Zrozumieć ja nie mogę,

Co chcesz wyrazić?...

MĘŻCZYZNA

To jedynie,

Że stokroć większa moc jest w czynie,

Niżeli w radzie — czyn zwycięża.

Nam we wsi trzeba dzisiaj męża!

BRAND

niespokojnie

Jakąż to dzisiaj macie wolę?

MĘŻCZYZNA

Ażebyś księdzem był w tym siole.

BRAND

Ja? — Tutaj?

MĘŻCZYZNA

Wiesz, że tu pastora

Miejsce jest wolne... A więc pora

Dobra...

BRAND

Tak, prawda, tak...

MĘŻCZYZNA

Przed laty

Dość był ten okrąg nasz bogaty,

Lecz potem, wiesz, nieurodzaje

Przyszły na nasze biedne kraje,

Klęski, zarazy: bydło, ludzie,

Wszystko padało — w strasznym trudzie

Człek po kawałek chleba sięga.

Poszedł i pastor... Ot, mitręga —

BRAND

Żądaj, co tylko chcesz, lecz do tej

Sprawy najmniejszej ja ochoty

Dziś nie posiadam! Mnie daleka

I szersza, widzisz, droga czeka,

Idę, gdzie życia zdrój się leje,

Przez drzwi otwarte, przez wierzeje

Wielkiego świata... Tu, w tej kaźni,

Nic ludzki język nie wydołał.

MĘŻCZYZNA

Skalne odrzekną ci tu czoła,

Gdy krzykniesz silniej i wyraźniej!

BRAND

Któż się zamyka w ciasne cele,

Kiedy tam czeka nań wesele?

Obsiewać głazy któż ma wolę,

Gdy go tam pulchne czeka pole?

Któż za jądrkami jabłek goni,

Gdy złoty owoc na jabłoni?

Któż w wyrobnictwie chciałby gnić,

Gdy w świat go wzywa głośna wić57?

MĘŻCZYZNA

Twój czyn jaśniejszy był niż słowa...

BRAND

Czego wy chcecie? Łódź gotowa,

Jadę...

zabiera się do odejścia

MĘŻCZYZNA

zastępując mu drogę

Czyż głos ten, co cię wzywa,

Ten czyn, co twoja wola żywa

Chce go dziś spełnić, jest ci drogi?

BRAND

Ten czyn — to życie me!

MĘŻCZYZNA

Więc w progi

Wejdź dzisiaj nasze! Zostań!...

z naciskiem Wszystek

Chociażbyś oddał dziś dobytek,

A życia nie chciał dać, wiedz o tym,

Że nic nie dałeś!

BRAND

Swym żywotem —

Tak, samym sobą, swoim wnętrzem,

Tym powołaniem swym najświętszem,

Nie rozporządza żaden człek!

Wszak nie odwrócisz biegu rzek,

Które stworzyła wola boża,

Ażeby szły w kierunku morza!

MĘŻCZYZNA

Tak, woli bożej nikt nie nagnie —

Lecz choćby sczezły w błocie, w bagnie,

Dojdą do celu w kroplach ros!

BRAND

przygląda mu się badawczo

Czyj to cię tego uczył głos?

MĘŻCZYZNA

Twój — i to, widzisz, w onej chwili,

Gdyście od brzegów tak odbili,

Nie zważający na nasz strach,

Gdyś się przedzierał naprzód, ach,

W takiej straszliwej zawierusze,

Aby ocalić jakąś duszę.

Gdyś się mocował w mgieł zamęcie,

Wówczas nas wszystkich, mówię święcie,

Starych i młodych, przeszło mrowie,

Jakby nam, widzisz, nasze ciało

Słońce wraz z wichrem przenikało,

Jakby śród naszych, widzisz, ciał

Dzwon wielkanocny głośno grał!...

zniża głos

A teraz biedni my ludkowie,

Samotni, w nędzy znów tej samej,

Smutni, na nowo pozwijamy

Nasze chorągwie wielkanocne.

BRAND

Zaginie plemię, gdy niemocne!

surowo

Kto być nie umie, czym ma być,

Ten niech zostanie, czym być może.

Zostań ty synem ziemi!

MĘŻCZYZNA

patrzy na niego chwilę i mówi

Boże!

Biada-ć, żeś zgadł, odszedłszy! Wzdyć58

I nam jest biada, żeś w te smutki

Dzień nam poświęcił ach, tak krótki!

odchodzi, a za nim, w milczeniu odchodzą i wszyscy inni

BRAND

Cicho, milczkiem, twardą drogą

Obarczony kroczy lud.

Chwiejne stopy ledwie mogą

Unieść naprzód ciężki trud;

Każdy gnie się, po zwyczaju

Patrzy okiem, pełnym trwóg,

Jak nasz praszczur, gdy go z raju

Zagniewany wygnał Bóg —

Spochmurniałe każdy czoło

Gubi w mrokach tak, jak on,

Troskę tylko widzi wkoło,

Ten poznania gorzki plon;

Chciałem nowych stworzyć ludzi,

Czystych, jako niebios Król!

Nadaremnie! Gniew ich brudzi,

Nie ma bogów śród tych pól.

Do bogatszych precz wybrzeży!

Tutaj na nic bohaterzy!

chce odejść, zostaje przecież, ujrzawszy Agnieszkę, siedzącą na brzegu

Jakże słucha! Siedzi cała

Zasłuchana, jakby brzmiała

Pieśń tu jakaś, którą ona

Tylko słyszy. Mgłą zroszona,

Pianą zlana, w tej powodzi

Tak słuchała na mej łodzi...

Gdy trzeszczały statku przęsła,

Ponad morzem tym głębokim,

W tym szaleństwie wiatru głuchem,

Jakby oko było uchem,

Wciąż słuchała jakby okiem...

zbliża się do niej

Czyż, dziewczyno, brzegu linie

Tak zajmują cię tu ninie?

AGNIESZKA

nie odwracając się

Ni ten brzeg, ni lądu ścieg —

Jeden, drugi we mgłach legł!

Rozleglejszy widzę krąg,

Pełen wiosny, pełen łąk,

Pełen mórz i pełen rzek,

Skąpan w złotych blaskach słońca!

Hen! Od końca aż do końca!

Góry żagwią się w oddali,

Jakaś łuna gdzieś się pali,

Gaśnie, znika!... Tam bez miary

Lśni się pustyń piasek szary,

Palmy, w jasne mknąc sklepienie,

Rozrzucają długie cienie,

Życiu zbrakło wszelkich tchnień,

Cicho, jak w stworzenia dzień,

A ja słyszę jakieś głosy —

Snać mi rozkaz ślą niebiosy,

Że na szale — to nie kłam! —

Wszystko, wszystko rzucić mam,

Iż czyn trudny spełnić muszę,

W świat ten nową przelać duszę...

BRAND

porwany jej zapałem

Cóż tam widzisz więcej jeszcze?

AGNIESZKA

składa ręce na piersiach

Czuję tutaj jakieś dreszcze,

Jakiś strumień sił obfity,

Jakieś błyski, jakieś świty!

Snać rozszerza się me wnętrze:

Brzmią mi głosy, iże muszę

W świat ten nową przelać duszę!

Wszystkie myśli, wszystkie czyny,

Wstać mające w ten jedyny

Czas mój przyszły, jak ogromnie

Pędzą ku mnie, jak koło mnie

Szumią, szepcą, jak się razem

Łączą, niby za rozkazem,

W jakiejś wielkiej życia lidze!

Raczej czuję, niźli widzę,

Jak On stoi tam, na szczycie,

Jak On zlewa na to życie

Serce swoje, pełne bólu

I miłości! Słodki Królu,

Promieniejesz, jako zorza,

Przecież smutna skroń twa boża

Aż do śmierci!... Słyszę z dala:

„W górę pójdzie twoja szala,

Albo spadnie! Czas ci już!

Trud weź na się! Światy twórz!”

BRAND

Tak, ku tobie on się zwraca,

Ten głos ducha!... Oto praca!

Ty, twe serce — oto sfera,

Co na nowo niech otwiera

Swe granice; boże słowo

Niech odrodzi je na nowo,

By sczezł sęp ten, co pożera

Naszą wolę, by, powiadam,

Wziął nasz spadek nowy Adam!

Świat niech idzie swą koleją,

Czy z rozpaczą, czy z nadzieją,

Ale gdyby chciał mnie zmóc59,

Pozna wówczas, com za wódz!

Wówczas wszystko spalę, zniszczę,

Pozostawię tylko zgliszcze!

Jedną li ma żądzę mąż:

Chce być wolnym wszędy, wciąż,

Chce być sobą — na te prawa

Niechaj nikt mu nie nastawa!

pogrążył się na chwilę w zadumie, potem mówi

Chce być sobą... A cóż on,

Zobowiązań, grzechów plon,

Ten nasz spadek po praszczurach?

przerywa, patrzy w dal

Któż tam włóczy się po górach?

Sapie, dyszy, po tej zboczy,

Widać, ledwie że ukroczy,

Opiera się na kosturze,

Aby nie paść — nuże! nuże!

W sukniach gubi palce chude,

Jakby kryły skarbów złudę,

Słania się na swojej kuli,

Jakby wlokła się w koszuli,

Z wiotkich, ptasich piór sklejonej;

Krzywe ręce ma by szpony

U jastrzębia, gdy je wgniótł

W szparę u stodolnych wrót.

z nagłym przestrachem

Co za mroźne to wspomnienie?!

Licho-ż na mnie urok żenie60?

Chłód grobowy wieje od niej,

Lecz tu, w sercu, jeszcze chłodniej!

Czuję zimnych ros kropelki...

Moja matka!... Boże wielki!

Matka Branda drapie się na górę, przystaje na chwilę, widać zaledwie jej połowę. Ręką przysłania sobie oczy i rozgląda się naokoło siebie

MATKA BRANDA

Tutaj on musi być... Ta wściekła

Światłość zapędzi mnie do piekła!

Ty żeś to, synu mój?

BRAND

Tak.

MATKA

przecierając sobie oczy

Do czarta,

Cóż to za jasność jest uparta!

Bije mi w oczy tak, że popa

Człek nie odróżni tu od chłopa!

BRAND

W domu-m nie widział nigdy słońca

Od dni jesieni aż do końca,

Po krzyk kukułki...

MATKA

śmiejąc się pod nosem

Ano, zawdy61

Człowiek tam marznie, że, doprawdy,

Jest niby wielki sopel lodu!

To też, powiadam, już od młodu

Gotów na wszystko!... Myśli sobie:

Czy tak, czy owak — cóż ja zrobię!...

BRAND

Witam i żegnam! Czas mi w drogę!

MATKA

Zawsze coś gnało cię, niebogę,

Już od najrańszych, mówię, lat!

BRAND

A któż to kazał mi iść w świat?

MATKA

Żeś został księdzem, synu młody,

Ważne-ć istniały w tym powody.

przygląda mu się bliżej

Hm! Wyrósł! Zmężniał! Lecz na jedno,

Proszę cię, zważaj... bacz na sedno,

Bacz na swe życie!...

BRAND

Na nic więcej?

MATKA

Jak to? Nie warte-ż jest tysięcy?

Cóż masz innego na tej ziemi?

BRAND

Po toś tu przyszła, by li tymi

Darzyć mnie rady?

MATKA

Inny będzie

Inak ci radził... Ty na względzie

Miej swoje życie dla tej właśnie,

Co ci je dała!

gniewnie

Grom niech trzaśnie!

Aż tchu mi braknie, tak języki

Świat sobie strzępi!... W czas ten dziki

Włazić do łodzi!... Nic nie zważać,

Tak lekkomyślnie to narażać,

Co masz zachować właśnie dla mnie!

Wszak ja twą matką, wszak niekłamnie

Mój syn ty jesteś, kość z mej kości,

Krew ze krwi mojej! Wszak ty, mości

Panie synalu, jesteś oną

Najdoskonalszą już koroną

Prawidłowego mego gmachu!

Wytrwaj, wytrzymaj! Stój bez strachu!

Żyj, póki pora! Bacz na siebie!

Nie zapominaj o potrzebie

Swojego bytu! Tyś mym synem,

Tyś mym dziedzicem, mym jedynym

Wszystkim... Żyć musisz!...

BRAND

A więc po to

Przybyłaś tutaj, drogie złoto,

By mnie zagarnąć w sieci swoje?

MATKA

Synu, o twe się zmysły boję!...

cofa się

Stój! Nie tak blisko! Bo cię złoję

O, tym kosturem

spokojnie Zwykłe dzieje — —

Człowiek z dnia na dzień się starzeje,

Co skok, to bliżej grobu! Jużci,

Niczego dłoń ma nie wypuści,

Wszystko li tobie, a nie komu,

Do krzty zliczone wszystko w domu...

Tutaj nic nie mam, ale tam

Wszystko do ździebłka jeszcze mam!

Nie zbliżaj się tak!... Nic nie skryję!

Przysięgam: twe to, a nie czyje!

Nie zapcham niczym ani szparki!

Najmniejszy drobiazg, wszelkie garnki

To wszystko twoje; rzec ci mogę,

Że ich nie chowam pod podłogę,

Że ich pod węgłem nie zakopię!

Tyś mój jedyny dziedzic, chłopie!

BRAND

No, a warunki?

MATKA

Zdrowe kości

Zachowaj, synu, dla tej włości,

By z syna mogła przejść na syna!

Bacz na swe życie! To jedyna

Moja zapłata, innej nie chcę!

Tylko niech chęć cię nie połechce,

By coś uronić lub podzielić!

Całością trzeba się weselić!

Pomnażaj spadek, albo też

I nie pomnażaj, lecz go strzeż!

BRAND

po chwili

Pomówmy jasno: z dawien dawna

Byłem ci — niczym!... Rzecz zabawna:

Dziś się dopiero stały dziwy,

Gdy ja wyrosłem, a ty siwy

Włos masz — dziś — cieszmy się tą gratką! —

Ja tobie synem, ty mnie matką!...

MATKA

Bądź, czym być chcesz! Lecz karny!

Jakieś umizgi62? Niech je biesy!

Bądź chłodny, twardy, gorsze pono

Odbiło rzeczy moje łono!

Tylko zaciskaj mocno pięść —

Wszystko ma zostać w naszym rodzie...

BRAND

postępuje krok naprzód

A jeśli chęć mnie inna bodzie?

Jeśli rozrzucę to do woli?

MATKA

cofa się przerażona

Jak to? Rozrzucić, com w niedoli

Zbierała lata, w jarzmie zgięta?

BRAND

potakując z wolna

Tak jest, rozrzucić!...

MATKA

Niech pamięta

Syn mój, że razem z tym z swej chuci

Ze mnie i duszę mą rozrzuci!

BRAND

A jednak, jeśli syn oszuka

Matkę, gdy do niej śmierć zapuka,

Gdy przy niej knoty świec zapłoną,

Kiedy, rąk parą, w krzyż złożoną,

Trzymając psałterz, już wypocznie

Na katafalku? Gdy niezwłocznie,

Czego bądź tylko tam dopadnie,

Rzuci na pastwę świec? Co, ładnie?

MATKA

przybliża się do niego zaciekawiona

Skąd ci ta przyszła myśl?

BRAND

Czy może

Chciałabyś wiedzieć?

MATKA

Tak!

BRAND

Wyłożę

Sam ci to wszystko! Rzecz to stara —

Od dawna ściga mnie ta mara,

Od lat dziecięcych mojej duszy

Sprawiała zawsze moc katuszy.

Jesienny wieczór, smutna pora,

Ojca nie było już, ty chora

Niby leżałaś... Ja się wkradłem

Do wnętrza izby... On z pobladłem

Drzemał obliczem w blasku świec...

I ja, ukrywszy się za piec,

Spojrzałem z trwogę: psałterz w dłoni

Trzymał ściśniętej... bladość skroni,

Pustka niebieskich, zwiędłych żył — —

O, jak straszliwy sen to był!

Jaka woń zimna w tym całunie!

Wtem usłyszałem, że ktoś sunie

Cichymi stopy tam, od ganku,

Że, nakładając więzy krokom,

Na palcach zbliża się ku zwłokom,

Że, nachylona, bez ustanku

Potrząsa zmarłym, szuka, szpera,

Jakieś węzełki wciąż wydziera,

Jakieś tłumoczki, klęka, liczy,

W jakowejś torbie tajemniczej

Zanurza rękę, na pół żywa

Treść jej z pośpiechem wydobywa,

Rozkłada, płacze, klnie, narzeka —

Snać się zawiodła — drze się, wścieka,

Przykucnie trwożnie, spojrzy wokół,

A potem naraz, niby sokół,

Zerwie się, zdobycz w fartuch zgarnie,

I jęcząc „ano, dosyć marnie!”

Jak potępieniec, pójdzie precz!...

MATKA

Oszukałam się, zwykła rzecz!

Wielkie nadzieje, mały plon!

BRAND

Oszukał jeszcze cię i on,

Twój syn rodzony — niebogata

Bywa dla grzesznych dusz zapłata!

MATKA

Taki to zawsze świat jest wszystek:

Krwią okupuje swój dobytek.

Ja zapłaciłem snać zbyt wiele

Za swoje szczęście, swe wesele!

Dałam swe życie, wiosnę młodą,

Coś, co spłynęło dawno z wodą,

Coś, co jest niby wiatr wiejący,

Niby słoneczny blask gorący,

Coś, co jest piękne, chociaż głupie,

Za co niczego dziś nie kupię,

Coś, co ludziska w onym czasie

Zwali miłością! Tak to ma się,

Widzisz, ma sprawa! Dobrze pomnę,

Jakie kazania mi ogromne

Prawił mój ojciec, że i na co

Mam się pobierać z tym ladaco,

Z tym wyrobnikiem! Brand — to chłop!

Zwiędła to gałąź, lecz on kop

Niemało w polu ci przysporzy!

Wyszłam za niego! Jak najgorzej!

Niezdara był! Mitrężnik, leń!

Ja harowałam noc i dzień!

BRAND

A dziś, stojąca tuż przy grobie,

Czyż o swej duszy myślisz sobie?

MATKA

Dbałam ci o to każdej pory:

Przeze mnie-ś przecie wlazł w pastory...

Jeżeli trzeba, władzę masz,

By nad mą duszą dzierżyć straż.

Jam ci dobytek zostawiła,

W tobie pociecha, sława, siła!...

BRAND

O, byłaś mądra!... Mądrość mami!

Patrzałaś na mnie li oczami

Swojej rodzinnej, lichej wioski...

Te same, widzisz, żywią troski

Względem swej dziatwy wszystkie matki...

Wam się wydaje, że na świecie

Po to li żyje każde dziecię,

By starych ojców nędzne spadki

Dzierżyło w ręku!... W wasze włości

Zagląda blady cień wieczności,

Wy wyciągacie poń swe ręce

I już myślicie, że go macie

W tym całym jego majestacie,

Gdyście zgarnęli w wielkiej męce

Jakiś dobytek; że śmierć właśnie

Zmięknie przed życiem i że jaśnie

Onej wieczności to jedynie

Suma, co z tych dorobków płynie.

MATKA

Nie grzeb ty w wnętrzu swojej matki,

Tylko bierz spadek, gdy w ostatki

Dni jej twym będzie...

BRAND

To „ma” twoje,

A twoje „winna”?

MATKA

Winna? Komu?

Nigdy wierzyciel w moim domu

Nie był...

BRAND

A jednak... Ja się boję...

Jeżeliś winna, na ostatku

Musiałbym zrzec się twego spadku,

Dopóki księga twa nie będzie

Czysta... Tak dzieje się w tym względzie,

Że syn, gdy matkę swą utraci,

Zobowiązania wszystkie płaci,

Choćby nie dostał nic!... To naga

Prawda!

MATKA

Wszak tego nie wymaga

Żadna ustawa...

BRAND

Żadna, która

Spod piszącego wyszła pióra.

Lecz jest ustawa, widzisz, świętsza,

Śród synowskiego mieszka wnętrza —

Jej to uczynić zadość muszę!

Zali nie widzisz, zaślepiona,

Jak ty we wnętrzu swego łona

Poniżasz Boga? Jak swą duszę

Zmarnotrawiłaś? Jak w kałuży

Zbrudził się kwiat niebiańskiej róży,

Ten obraz boży? Ślepa, głucha,

Obcięłaś tutaj skrzydła ducha

W roisku świata!... Twa to wina.

Twój dług to, matko! Gdy godzina

Przyjdzie, że Bóg zażąda spłaty,

Cóż ty uczynisz? W jakie światy

Udasz się wówczas?

MATKA

trwożnie

Co uczynię?...

BRAND

Cicho! Pociechę znajdziesz w synie!

On spłaci winę grzesznej matki!

Obraz, splamiony tak nikczemnie

Przez cię, ma znów zajaśnieć we mnie!

Do grobu idź po drodze gładkiej,

Cicho, spokojnie — ja zapłacę!

MATKA

Winę i wszystko?

BRAND

Z ócz nie stracę —

Zapłacę twe zobowiązania!

Lecz co do reszty, syn się wzbrania:

Grzechu się wyrzec musisz sama!

Wszystko, co rzuca ród Adama

W wir uciech ziemskich, to, co płocha63

Dusza człowieka na Molocha64

Składa ołtarzu, tak, te rzeczy,

Co są natury czysto człeczej,

Inny okupić może człek!

Lecz, że je tak zniszczono, lek

Na to li w skrusze, albo w skonie.

MATKA

niespokojnie

Najlepiej będzie, gdy się schronię

Do mojej dziury — tam jest cień!

Tutaj się człek pozbawia tchnień.

Pocośmy, powiedz, tutaj przyszli?

Zatrute tylko rosną myśli

W takiej spiekocie... Zemdleć można!

BRAND

Tak, idź do cienia!... Myśl to zbożna...

Lecz jeśli będziesz coraz bledsza,

Zapragniesz światła i powietrza,

Poślij po syna, syn przybędzie.

MATKA

Karnego w domu przyjmę sędzię...

BRAND

Nie! Ksiądz łagodny, syn żarliwy

Odpędzi strachy od twej niwy,

Na twą ostatnią, matko, drogę

Pocieszyć cię mą pieśnią mogę.

MATKA

Tak samo dzisiaj, jak i później?

BRAND

Tak, skoro ujrzę, iż nie bluźni,

Matko, twe serce, że umiało

Poddać się skrusze...

podchodzi bliżej

Raczył cię z swoich dóbr ten świat!

Innego nie ma dziś sposobu,

Goła ty musisz zejść do grobu...

MATKA

rzuca się na niego, jak szalona

Rozkaż, by mróz i ogień sczezł,

Zimnu i wodzie zadaj kres!...

BRAND

Rzuć do fiordu, mówi syn,

Aby obronił cię ten czyn

W obliczu Boga...

MATKA

Głód, pragnienie

Niechaj twa klątwa na mnie żenie,

Tylko największej tej ofiary

Nie żądaj od twej matki starej.

BRAND

Właśnie największej tej potrzeba,

Jeśli złagodzić mają nieba

Swoje wyroki...

MATKA

Ja do kruży65

Rzucam ofiarnej kąsek duży —

BRAND

Wszystko?

MATKA

Dużo — to nie dość?

BRAND

Upór w tobie będzie rość,

Aż ci serce, jak u Joba66,

Pęknie, matko!...

MATKA

załamując ręce

A, choroba!

Dzień mój już na nic, wszystko na nic!

Do ostatecznych wszystko granic

Już wymarniało... Więc do domu

I nie spowiadać się nikomu,

Tylko do serca blisko, blisko

Przytulić to, co me nazwisko

Nosi, a paść ma bez pożytku!

Dziecię mej troski, mój dobytku,

Skarbie bolesny, ja w potrzebie

Krew poświęcałam swą za ciebie!

Twoja matula cię przytuli,

Luli, dziecino moja, luli!

I po cóż ja się nacierpiała,

Gdy wszystko to, co jest dla ciała,

Ma tu być śmiercią naszej duszy?

A może jeszcze ksiądz mnie wzruszy —

Bądźże mnie blisko!... Toć nie wiada67,

Kiedy tu śmierć nadejdzie blada,

Jakiej też jeszcze myśli będę.

Mam ja za życia zbyć się włości?

Ćwicz się, ma duszo, w cierpliwości!

znika

BRAND

spogląda za nią

Mam na oku twoją grzędę —

Nie odejdę, obok siędę,

Żywiąc skruchy twej nadzieję,

Zimne ręce twe zagrzeję,

Gdy zażądasz...

odchodzi ku Agnieszce Gdy me nogi

Wchodziły dziś na te drogi,

Miałem żądzę walki, wojny,

Z dala surmy niespokojny

Głos mi dźwięczał: „rąb i siecz”,

Tak mi wołał gniewu miecz:

„Niszcz wszelaką kłamną rzecz,

Precz z tym całym światem, precz!!!”

AGNIESZKA

odwróciła się i jasne zatapia w niego spojrzenie

W niskie cele zasłuchana

Byłam jeszcze dzisiaj z rana,

Kłamnych zabaw byłam żądna,

Chciałam mnożyć, nierozsądna,

To, co lepiej było rzucić!

Już do tego mi nie wrócić...

BRAND

Sny ogromne szumnie, tłumnie,

Jak łabędzie przyszły ku mnie,

Na swe skrzydła mnie podniosły!

Wielkie siły we mnie rosły,

Przypuszczałem w wielkiej dumie,

Że mój duch zwyciężyć umie

Ból i winę naszych lat,

Że ma w ręku cały świat!

Wszystko, wszystko, co tu żyje:

Hymny, psalmy, procesyje,

Wonne dymy, czary złote,

Tryumfalnych dni ochotę —

Wszystka radość i wesele

Zamykały się w mym dziele...

Jak mnie wabił rozgwar ten —

Lecz to wszystko tylko sen,

Coś z pół gromu, coś z pół blasku

Na dalekich lądów piasku...

I ot, stoję tu, gdzie szary

Mrok zapada, zanim jary68

Dzień uleci w dal głęboką.

Między winchem69 a zatoką

Stoję precz od świata zgiełku,

W tego skrawka nieb światełku,

Na ojczystym przecież stoję

Gruncie dzisiaj!... Pieśni moje,

Uroczyste moje pieśni,

Żegnam! Żegnam! Ku tej cieśni

Ziemskiej zwróć się, mój bachmacie70!

Wyższy cel tam czeka na cię,

Nie rycerski harc się śmieje

Tam ku niebu, nie turnieje,

Nie zwycięski zwój gałązek,

Lecz powszedni obowiązek.

AGNIESZKA

A ten Bóg, co upaść miał?

BRAND

Walić Go nie będzie szał,

Jak tom rano jeszcze chciał —

W cichy pójdę ja z Nim bój...

Mylił, widzę, duch się mój:

Nie rozgłośny czyn szermierzy

Rozochoci, zbohaterzy

Ród ten karli, nie ogromy

Sił bogatych plon widomy71

Dadzą tutaj, tak, nie one

Wzmocnią siły nadwątlone!

Woli trzeba! Wola zbawi,

Lud za sobą śmierć zostawi!

Woli trzeba, zbawicielki

W rzeczy małej, w rzeczy wielkiej!

zwraca się ku stronie wsi, na którą padły już mroki wieczorne

A więc chodźcie, wy zmęczeni,

Skryci śród ojczystych cieni!

Wierząc w siebie, znając siebie,

Odnowimy się w potrzebie;

Powalimy wszelki kłam,

Połowiczność, wrogą nam,

Wolę lwa rozbudzim w łonie!

Dłoń przy pługu na zagonie,

Czy też dłoń, co dzierży miecz,

Jedna sprawa, jedna rzecz!

Dzielność tam, gdzie dzielny mąż,

Tylko trzeba pomnieć72 wciąż,

Aby jego rysik wraz

Miał tablicę w każdym z nas.

zabiera się do odejścia, zastępuje mu drogę Ejnar

EJNAR

Oddaj, coś mi zabrał!

BRAND

Panie,

Ku Agnieszce zwróć pytanie.

EJNAR

do Agnieszki

Wolisz blask promiennych nieb,

Czy więzienny, skalny żleb?

AGNIESZKA

Odejdź, ja tu nic nie wolę.

EJNAR

Mam powtórzyć ci, jak w szkole,

Dawną nauk mądrą treść:

„Łatwiej podnieść, ciężej nieść”?

AGNIESZKA

Twe pokusy wszystkie na nic:

Do ostatnich pójdę granic!...

EJNAR

Nie żal ci tych drogich osób?

AGNIESZKA

Pozdrów-że ich! Znajdę sposób,

Gdy się duch mój uspokoi,

By im rzec o sprawie mojej.

EJNAR

Tam na głębi, na tej złotej,

Białe żagle mkną już w dal...

Jak marzenie, jak tęsknoty

Wioną w szumach, w bryzgach piany

W jakiś kraj zaczarowany,

Śród błękitnych wioną fal.

AGNIESZKA

Niech w dalekie płyną kraje!

Ale tobie niech się zdaje,

Żem umarła...

EJNAR

Bądź mi siostrą...

AGNIESZKA

potrząsa głową

Nie! Ocean nas rozdziela...

EJNAR

Wróć do matki! Zbyt tyś ostrą!

AGNIESZKA

po cichu

Mistrza, brata, przyjaciela

Mam tak dzisiaj stracić wraz?

BRAND

podchodzi bliżej

Czas pomyśleć o tym, czas!

Tu, gdzie z głazem szary głaz

Tworzy skalne te opoki,

Tu, w tej ciągłej mgle głębokiej,

Zatrzymają się me kroki,

Smutny dzień tu czeka nas!

AGNIESZKA

By móc znosić mgły ponure,

Gwiazdy świecą nam przez chmurę.

BRAND

Żądam wiele, bardzo wiele:

Chcę mieć wszystko albo nic!

Odwróć się od prawdy lic,

A wnet pójdziesz na topiele.

Niech cię chęć do próśb nie bierze,

Łask czy względów w żadnej mierze!

Zawiedzie cię życia cel,

Padniesz, jak ofiarne zwierzę.

EJNAR

Niech ci ócz nie skłoni biel!

Rzuć dogmatów chmurne snucie,

Żyj, jak każe ci uczucie!

BRAND

Więc wybieraj — niech się święci

Wola twoja!

znika

EJNAR

Miej w pamięci,

Że wybierasz między tuczą73

A spokojem, między troską

A nadzieją szczęścia boską,

Między nocy ciemnią kruczą

A poranku światłem złotem,

Między śmiercią a żywotem!

AGNIESZKA

wstaje i mówi powoli

A więc w noc! Przez śmierć w tej dali

Poranna się zorza pali!

idzie za Brandem. Ejnar patrzy na nią chwilę w głębokiej zadumie; potem pochyla głowę i odchodzi w kierunku zewnętrznego fiordu

KONIEC AKTU DRUGIEGO

Akt trzeci

W trzy lata później.

Mały, kamiennym murem okolony, ogród na probostwie, u stóp wielkiej ściany skalnej. W głębi wąski, cichy fiord. Drzwi plebanii wychodzą na ogród. Po południu. Brand stoi na schodach przed domem. Agnieszka siedzi na stopniach u jego nóg.

AGNIESZKA

Drogi mój mężu, dzień za dniem

Śledzisz z stłumionym w piersi tchem.

BRAND

Tak, oczekuję wiadomości.

AGNIESZKA

Mężu, w twym sercu przestrach gości.

BRAND

Na wiadomości czekam z domu —

Trzy lata czekam na ten czas,

Co nie nawiedzi nigdy nas.

Jutro — jeżeli wierzyć komu —

Będzie już koniec z nią.

AGNIESZKA

łagodnie i miękko

Na wieści

Nie trzeba czekać w tej boleści...

BRAND

potrząsając głową

Jeśli nie przyjdzie na nią skrucha,

I u mnie będzie cisza głucha.

AGNIESZKA

To twoja matka.

BRAND

Że to matka,

Więc mam się kłaniać do ostatka

Jakimś bożyszczom?

AGNIESZKA

Brand, masz duszę

Twardą.

BRAND

Czy twarda wobec ciebie?

AGNIESZKA

O, nie!

BRAND

Przypomnieć ja ci muszę,

Żem cię ostrzegał, czy w potrzebie

Zdołasz być dla mnie przyjacielem!

AGNIESZKA

z uśmiechem

Zbyt czarnoś patrzał, a i słowa

Nie dotrzymałeś!

BRAND

Niech uchowa

Bóg! Jeno tu my się z weselem

Nie spotykamy. Troskę masz!

Przybladła mocno twoja twarz:

Zbyt ci dolega ten nasz mróz,

Ten śnieg na szczytach, piargi, gruz!

AGNIESZKA

Nie! Ja się wcale tym nie straszę —

Tym bezpieczniejsze gniazdo nasze;

Te lody tak wciąż naprzód rosną,

Że kiedy na dół spłyną wiosną,

Domu naszego nie tknie zwał,

Spokojnie sobie będzie stał

Niby pod jakim wodospadem.

BRAND

I słońca na tym niebie bladem

Ani drobiny — Dni ponure.

AGNIESZKA

Wita blaskami tę tam górę.

BRAND

Przez trzy tygodnie — — tak, tak, latem!

Ale swym światłem niebogatem

Nie dotrze nigdy do jej stóp...

AGNIESZKA

przygląda mu się badawczo, potem wstaje i mówi

Coś cię przeraża!

BRAND

Ciebie!

AGNIESZKA

Rób,

Co chcesz, ja widzę w tobie strach!

BRAND

Ty coś ukrywasz!

AGNIESZKA

I ty!

BRAND

Ach!

Widmo przepaści jeszcze gniecie

Tę twoją duszę? Co się stało?

AGNIESZKA

Nic... tylko troszczę się niemało...

BRAND

Troszczysz się? O co?... Mów!...

AGNIESZKA

O dziecię.

BRAND

O Alfa?

AGNIESZKA

Tak... I ty, mój drogi...

BRAND

Owszem, lecz dzisiaj nie mam trwogi —

Bóg mnie tą klęską nie nawiedzi;

Chłopaczek, choć się trochę biedzi,

Przyjdzie do siebie i to tak!

Gdzie on?

AGNIESZKA

Śpi teraz.

BRAND

zagląda przez drzwi do wnętrza izby

Dobry znak!

Spojrzyj: o żadnej trosce nie śni!

Przyjdzie do siebie jak najwcześniej —

Piąstka pulchniutka —

AGNIESZKA

Ale blada.

BRAND

Jakoś to wszystko się poskłada.

AGNIESZKA

O, jak oddycha on głęboko,

Jak słodko śpi!

BRAND

Tak, boże oko

Niech nad nim czuwa wszelką dobą!

zamyka drzwi

Światło i spokój z nim i z tobą

Spadły na dni me, luba dziatwo!

Trud mi wszelaki znosić łatwo,

Że nie upadłem, twą to rzeczą,

Igraszki dziecka żal mój leczą.

Męczeństwem zdało mi się życie,

A oto patrzaj, jak sowicie

Bóg mnie wynagrodził!...

AGNIESZKA

Boś nagrody

Wart był! Patrzałam na zawody,

Na trudy twoje, na katusze,

Które krwawiły twoją duszę.

BRAND

Z wami znosiłem ja radośnie

Wszelaką burzę, wszelki grom!

Miłość wkraczała z tobą w dom,

Jak blask, mówiący nam o wiośnie,

Jam jej nie zaznał nigdy wprzód;

Od ojca, matki wiał mi chłód,

A, gdy się kiedy skra rozżegła,

Daremnie zawsze ku nim biegła —

Witana zimno, rychło gaśnie!

I zdaje mi się dzisiaj właśnie,

Żem w sobie stłumił żar mój cały,

Aby potężniej zajaśniały

Gloryją twe i dziecka skronie —

To mówię dziś mej słodkiej....

AGNIESZKA

Nie tylko me i jego czoło!

Nie ma człowieka naokoło,

Który by, wszedłszy w twoje progi,

Pełen rozpaczy, smutku, trwogi,

Przy twego serca uczcie sutej

Nie znalazł karmi74.

BRAND

Z trosk wyzuty

Odchodził przez was! Tak, jedynie

Przez was do serca mego płynie

Niebiańska łaska cnej dobroci!

Kto nie ukochał jednej duszy,

Miłości w sobie ten nie wzruszy

Ku wszystkim ludziom! Moi złoci,

W samotność szedłem już od młodu,

W niej to się stałem na kształt lodu,

Serce stwardniało dla czeladzi

Bożej...

AGNIESZKA

Tak, miłość twa, gdy gładzi,

To snać wymierza ciężkie ciosy...

BRAND

I przeciw tobie?

AGNIESZKA

Na swe losy

Ja nie narzekam! Ty, mój słodki,

Nakładasz na mnie ciężar wiotki;

Inni odchodzą od twych lic,

Słysząc twe „wszystko albo nic!”

BRAND

Co świat ten mianem zwie miłości,

Tego ja nie znam — do mnie w gości

To nie zawita! Miłość boża

Nie jest bynajmniej gładka, hoża,

Nawet i śmierć jej nie poradzi,

Nie umie zmiękczyć się! Gdy gładzi,

Wymierza ciosy! Tak, na górze,

Widzisz, Oliwnej, gdy krwi duże

Zraszały krople lice Syna,

Gdy Ten, zrozpaczon już, zaczyna

Błagać: „O, weźże, weź ode mnie,

Ojcze, ten kielich!” — nadaremnie

Płyną mu z wnętrza wszelkie skargi:

On nie odejmie mu od wargi

Tego pucharu — myśl zawodna!

Pić mu tę gorycz każe do dna!

AGNIESZKA

Sprawiajże sądy te surowe,

A świat pobity już na głowę,

Potępion cały!...

BRAND

Potępienie,

Kto wie, na kogo ono spadnie...

A przecież mówi zbyt dokładnie

Płomienne Pismo, że li75 w cenie

Mający wierność godny łask;

Korony życia święty blask

Nie da się zyskać przetargami

Niechaj nadzieja cię nie mami,

Że możesz ujść ogniowej próby,

Że stos ten zgasisz, duchu luby!

Potem twej skroni Bóg przebaczy,

Jeśli nie możesz, lecz inaczej

Z tym, jeśli nie chcesz...

AGNIESZKA

Tak, prawdziwie,

Ucz mnie, ucz piąć się po tej niwie;

Mocy ja nie mam należytej,

By wchodzić z tobą na twe szczyty.

Zda się, że padnę w dół głęboki,

Tak wielce słabe są me kroki.

BRAND

Z kompromisami precz! To hasło

Oby ci nigdy nie zagasło!

Potępion czyn twój, gdy jedynie

Poród się mieści w twoim czynie,

Lub też go spełniasz przez połowę!

Oto prawidło! Lecz nie mowę

Bierz na świadectwo, tylko życie!

AGNIESZKA

rzuca mu się na piersi

O, niechaj staną na tym szczycie

Słabe me kroki!

BRAND

Gdy we dwoje,

Najstromszej drogi się nie boję!

na dół zeszedł Doktór i stanął w opłotkach

DOKTÓR

Gruchają sobie gołąbeczki

W tym gniazdku skalnym! Do ucieczki,

Widać, daleko.

AGNIESZKA

Czy być może?

Witajże do nas, mój doktorze!

zbiega na dół i otwiera drzwi od ogrodu

DOKTÓR

O, nie do ciebie!... Fakt wiadomy,

Że to nie dla mnie takie złomy,

Nie mnie żyć w śniegu, w zawierusze,

Przenikającej ciało, duszę!

BRAND

Nie duszę, panie!

DOKTÓR

Nie? W istocie,

Gotów bym dzisiaj oddać krocie,

Że ten pośpieszny związek ninie76

Na silnej leży podwalinie,

Jakkolwiek ludzie mówią starzy,

Iż rzadko w życiu się wydarzy,

By długo trwało to, co wprędce

Przelotnej wzdyć77 uległo chętce.

AGNIESZKA

Nieraz blask słońca zbudzi człeka,

Lub dzwon na wieży, i w tej chwili

Letni poranek doń się mili.

DOKTÓR

Żegnajcie mi — powinność czeka.

BRAND

Do mojej matki?

DOKTÓR

Może w drogę

Ze mną?

BRAND

Nie, teraz ja nie mogę,

DOKTÓR

Pan byłeś?

BRAND

Nie!

DOKTÓR

Nie jesteś skory!

Twardyś! A ja wskroś mgieł, szarugi,

Wlokłem się po tej drodze długiej;

Zawieja naprzód mnie popędza,

Choć wiem, że tu li trzeba księdza!

BRAND

Pomagaj, Boże! Prawda, panie,

Że pan jej ulżysz?

DOKTÓR

Tak się stanie,

Jeśli Bóg poprze moje chęci.

Zawsze ja miałem to w pamięci,

By iść, gdzie nas powinność woła.

BRAND

Wezwała pana, o mnie zgoła78

I wiedzieć nie chce, a ja przecie

Czekam, nieszczęsny człek na świecie.

DOKTÓR

Na co pan czeka?...

BRAND

Jeśli ona

Nie pośle po mnie, rzecz stracona!

DOKTÓR

do Agnieszki

Biedna! Poznałaś się na mękach,

W tak strasznie twardych będąc rękach.

BRAND

Nie jestem twardy...

AGNIESZKA

Dla jej duszy

On w sobie wszystką moc poruszy,

Krwi swej utoczy na ostatku!

BRAND

Ja-ć dobrowolnie wziąłem w spadku

Księgę jej wszystkich win...

DOKTÓR

A swojej

Pan nie masz dosyć?

BRAND

Jeden człek

Może swym trudem zdobyć lek

Na winy wielu — niech je znosi,

A cierpliwością wnet je zmyje...

DOKTÓR

Ale nie ten, co sam swą szyję

Uginać musi, biedny, nagi,

Pod ich ciężarem...

BRAND

Mnie odwagi

Nie brak — ja chcę i to me jedno

„Chcę” kryje w sobie rzeczy sedno!

DOKTÓR

patrzy na niego oniemiały

Tak, woli twojej quantum satis79

Do kont bogatych się zalicza,

Lecz twoje konto caritatis80

To kartka całkiem jest dziewicza!

odchodzi

BRAND

przez chwilę wodzi za nim oczyma

O, w żadnym słowie — ja to znam —

Taki się dziś nie mieści kłam,

Co w słówku „Miłość” — w nim to świat

Szatańsko mądrze chowa rad

Ów fałsz i słabość swojej woli,

Tym słowem właśnie ludzka nędza

Milcząco duszę swą oprzędza,

Ażeby mogła — jak to boli —

Do syta kąpać się w rozpuście!

Pnę się do góry, nad czeluście,

Oddechu złapać już nie mogę

I oto miłość skraca drogę!

Podążam traktem grzesznej rzeszy,

Wtem z przebaczeniem miłość śpieszy;

Bezczynnie patrzę, gdzie me cele,

Już je przede mną miłość ściele;

Bezprawie-m wybrał i wnet pusta

Miłość zamyka sędziom usta.

AGNIESZKA

Że to fałszywe, dobrze wiem,

Jednak — azali fałsz jest w tem?

BRAND

Woli potrzeba — ona jedna

Gasi w ustawie żądzę sedna

Sprawiedliwości... Tak, tak, wprzódy

Trzeba mieć wolę, nie, by trudy

Codziennej tylko znosić drogi,

Nie, by na siebie brać li mnogi

Mozół, którego czyn wymaga!

O, nie! Radosna twa odwaga

Niechaj ma wolę, aby wiernie

Przez wszystkie grudy przejść i ciernie,

Przez wszystkie trwogi, wszystkie lęki!

Nie w tym męczeństwo, że te męki

Zniesiesz na krzyżu konająca;

Wybrana będziesz śród tysiąca,

Jeśli masz wolę, by twe ciało

Na krzyżu w mękach tych konało,

Jeśli masz wolę, na swą duszę

Sprowadzić straszne te katusze.

AGNIESZKA

przytula się do niego

Gdy dla nas próby dzień nastanie,

Mów, ty obrońco mój i panie!

BRAND

Zwycięży wola w takim boju,

Nadejdzie wówczas dzień spokoju,

Wówczas, jak gołąb, miłość złota

Da ci oliwną kiść żywota!

Lecz dla tych marnych gnuśnych ludzi

Niech się nienawiść w tobie budzi.

przerażony

Nienawiść! Z światem bój to krwawy,

A człek, jak gdyby dla zabawy,

Tak lekko straszne słowo rzekł...

wybiega do domu

AGNIESZKA

patrzy poprzez drzwi

Ukląkł przy Alfie... Biedny człek,

Do łóżka skronie swe przyciska,

Jak gdyby płakał, jakby bliska

Była mu rozpacz, jakby kroki

Nie mogły z puszczy wyjść głębokiej!

Jakiż to zdrój miłości płynie

Z tej męskiej piersi!... Tak, jedynie

Alfa on jeszcze kochać może,

Gdyż to dzieciątko małe boże

Obce jest dotąd grzechu plamie...

przeraźliwie

Zrywa się!... Boże!... Ręce łamie!

Cóż on zobaczył? Zbladł jak śnieg...

BRAND

na schodach

Z wieścią nie przyszedł żaden człek?

AGNIESZKA

Nie ma nikogo do tej pory!

BRAND

spogląda znowu w kierunku wnętrza domu

Co za gorączka w drobnej, chorej

Piersi dzieciny! Co za wrzenie!

Tylko spokoju...

AGNIESZKA

Na sumienie!

Co się to dzieje? Cóż to znaczy?

BRAND

Nie ma przyczyny do rozpaczy!

woła w kierunku drogi

Ach, widzę posła, jest! Nareszcie!

MĘŻCZYZNA

poprzez bramę ogrodową

Teraz masz przybyć ku niewieście!

BRAND

Jestem do drogi tej gotowy.

Co powiedziała?

MĘŻCZYZNA

Coś tam słowy

Rzekła mglistymi. Słaba, zbladła,

Ledwie na łóżku swym usiadła

I coś szepnęła w takim wątku,

Że za sakrament pół majątku!

BRAND

cofając się

Pół? Nie! O, powiedz: nie!

MĘŻCZYZNA

potrząsa głową

Zaiste!

Kłamstwo byłoby oczywiste!

BRAND

Pół?... Nie!... Przenigdy! Nie, dobytek

Miała na myśli cały, wszystek?!...

MĘŻCZYZNA

Może!... Jam słyszał o połowie,

A mózgu mego jeszcze zdrowie

Nie opuściło — jasny on!

BRAND

chwyta go za ramię

Gdy Bóg nas wezwie przed swój tron,

Czy mi poświadczysz, że to słowo

Padło z jej wargi?...

MĘŻCZYZNA

Całkiem zdrowo!

BRAND

A więc niech skończy się jej nędza

Bez sakramentów i bez księdza!

To ma odpowiedź!

MĘŻCZYZNA

patrzy na niego wzrokiem niepewnym

Chyba zgoła

Nie wiesz, kto w biedzie swej cię woła.

BRAND

Dla swych i cudzych jedno prawo,

Różnic nie czynię.

MĘŻCZYZNA

Mówisz krwawo!

BRAND

Stojący wobec śmierci lic,

Znam jedno: wszystko albo nic!

MĘŻCZYZNA

Księże!

BRAND

Najmniejszy pyłek złota

Jest zaprzeczeniem praw żywota:

W nim bałwochwalstwa potwór siedzi.

MĘŻCZYZNA

Bicza tej twojej odpowiedzi

Użyję tak, by go na grzbiecie

Nazbyt nie czuła. Jedną przecie

Ma li pociechę śród swych dróg:

Nie będzie dla niej twardym Bóg,

Wszak z miłosierdzia swego znan

Lepiej od ciebie.

odchodzi

BRAND

Wstrętny, zakisły dzban pociechy

Zbyt często mazał ludzkie grzechy!

Drzyjcie się, drzyjcie! Skarga pusta

Zamyka nieraz sędziom usta!

Tak jest! Tak musi być! Ludziska

Zbyt wierzą w to, że gdzieś tam z bliska,

Czy też z daleka siedzi zbożna

Postać staruszka, z którym można

Ot, potargować się drobinę.

Mężczyzna spotkał się na drodze z Drugim, wracają obaj

BRAND

Świeżą niesiecie mi nowinę?

PIERWSZY MĘŻCZYZNA

Tak.

BRAND

Jakiej treści? Mów, człowiecze!

DRUGI MĘŻCZYZNA

Dziewięciu się dziesiątych zrzecze.

BRAND

A nie wszystkiego?

DRUGI

Nie!

BRAND

Mój bracie,

Moją odpowiedź wszakże znacie:

Bez sakramentów i bez księdza!

DRUGI

Zbyt wiele przeszła, zbyt ją nędza

Trapiła w dniach ostatnich.

PIERWSZY

Ona

Dała ci życie, umęczona!

BRAND

załamując ręce

Dla swych i cudzych jedno prawo,

Różnic nie czynię...

DRUGI

Prędko

Rosną jej męki, jej cierpienia —

Poślij jej słowa pocieszenia.

BRAND

do pierwszego mężczyzny

Idź, powiedz jej: „stół nakryć trzeba

Dla Pana, Wina i dla Chleba.”

obaj Mężczyźni odchodzą

AGNIESZKA

tuli się do niego

Gwiazda mnie twoja nieraz trwoży,

Oto gorejesz, jak miecz boży!

BRAND

ze łzami w głosie

Czyż świat nie zwraca swoich mieczy

Przeciwko mnie? Czyż płód człowieczy

Nie dręczy mnie gnuśnością swoją?

AGNIESZKA

Chodzić po drodze twej się boją:

Nazbyt jest stroma...

BRAND

Lepszą drogę

Wskaż im, ja innej dać nie mogę.

AGNIESZKA

Stosujże miarę swą, gdzie chcesz,

Znajdziesz li w świecie wzdłuż i wszerz

Człeka, co dorósł do twej miary?

BRAND

Prawda! Aż strach, jak świat ten stary

Dzisiaj jest pusty, płaski, podły!

Odbiegnie kto od zwykłej modły

I w bezimiennym testamencie

Pokaże coś, od razu święcie

Wywyższon będzie pod niebiosy...

Weź bohaterom ich rozgłosy,

Zostaw im czyn ich już spełniony,

Z tym samym idź pomiędzy trony

Wszechmożnych królów i cesarzy,

A ujrzysz, czy się kto odważy

Spełnić coś jeszcze na tym świecie!

Zechceż jakiemu się poecie

Puścić swe płody ot, w ten sposób,

By nie wiedziała żadna z osób,

Że blask i dźwięk, który je wzrusza

Jest dziełem jego genijusza?

Suchy czy świeży konar — dość,

Że wyrzeczenie to jest gość,

Który śród ludzi rzadko bywa.

Tak, żądza świata — oto żywa

Moc, co w parobki swe ich zmienia.

Ponad przepaścią człek istnienia

Swego się czepia, jak gałęzi,

A kiedy pada z tych uwięzi,

Kiedy się słaba gałąź łamie,

Jeszcze kurczowo swoje ramię

Zatapia w piargi, w gruzy, w proch...

AGNIESZKA

I, stojąc wobec śmierci lic,

Słyszy twe „wszystko albo nic!”

Z tym się w mogilny stacza loch!

BRAND

Zwycięstw nie ujrzy twoje oko,

Nie widząc walki! O, wysoko

Musi się wznieść, kto upadł nisko!

milczy chwilę, potem głosem zmienionym

A jednak, widząc legowisko,

Na którym człek za grzechy lute81

Spełnia, konając, swą pokutę,

Myślałem nieraz, że mnie burza

Śród rozszalałych głębin nurza,

Że na rozbitym gdzieś okręcie

W jakimś straszliwym mknę zamęcie...

Pośród łkającej, niemej skargi

Nieraz, bywało, gryzłem wargi;

Litości obcy, nieraz, żono,

Byłbym był rad uścisnąć pono,

Zamiast biczować... Idź! Twe zwrotki

Niech w sen otulą jasny, słodki

Naszą dziecinę — ona chora!

Wszak serce dziecka, to jeziora

Toń przenajczystsza, w słońcu lśniąca.

Życzenie matki o nią trąca,

Jak skrzydło mewy, co milcząca

Przebiega przestwór zbłękitniony.

AGNIESZKA

blada

Ach! W jakiekolwiek zwrócon strony,

Ku dziecku wciąż twój pocisk wraca.

BRAND

To nic! Niech tylko twoja praca

Zwraca się zawsze ku dziecinie.

AGNIESZKA

Obdarz mnie jakim słowem ninie82!

BRAND

Silnym?

AGNIESZKA

Łagodnym w równej mierze.

BRAND

obejmuje ją

Kto jest niewinny, ten niech szczerze

Żyje bez trwogi.

AGNIESZKA

spogląda nań jasno i mówi

Jest coś w świecie,

Czego zażądać Bóg nie może!

wchodzi do wnętrza domu

BRAND

patrzy cicho przed siebie

Iż zażądałeś tego, Boże,

Żywe dowody mamy przecie

Na Abrahamie83!...

opędza się myślom Nie! Nie! Mary!

Jam już dokonał swej ofiary!

Grzmieć, jako boży grzmot olbrzymi,

Tak wstrząsać ludźmi upadłymi —

Ten sen żywota uległ zgubie!

Jak to? Ofiarą ja się chlubię?

Znikła ofiary mojej siła,

Gdy mnie Agnieszka przebudziła,

Gdy razem ze mną w tej potrzebie

Dała ofiarę i ze siebie!

spogląda ku drodze

A tamta, w domu, ledwie żywa,

Jakżeż w swym skąpstwie uporczywa!

Dlaczego wrzodu, co ją plami,

Nie umie wyrwać z korzeniami?

Tam... nie! To wójt nasz! Okrąglutki,

Wesoły, czerstwy; troski, smutki

Zawsze mu obce — oto lezie,

Ręce, jak klamry w parentezie84,

Zgięte w kabłąki, ma w kieszeni...

WÓJT

spoza furtki ogrodu

Dzień dobry!... Może się nie ceni

Takiego gościa, ale...

BRAND

zaprasza w dom

Proszę...

WÓJT

Dzięki! I tutaj też po trosze

Można słóweczko, jeśli, panie,

Raczysz mi dziś pozwolić na nie...

BRAND

Masz pan interes?

WÓJT

Nie!... Lecz macierz

Pańska ostatni, słyszę, pacierz

Będzie mówiła... licha ona —

Żal mi...

BRAND

Nie wątpię.

WÓJT

Prawie kona —

O, bardzo żal mi!

BRAND

Więc?

WÓJT

Mój Boże,

Pomoc już stara, człek nie może

Żyć na wiek wieków — juścić gaśnie —

A żem przechodził tędy właśnie,

Więc w drodzem tak umyślił sobie,

Że, wie pan, chyba dobrze zrobię,

Jeśli pogadam w tej, czy innej

Sprawie... Czy prawda, że rodzinny

Spór między wami? Boć tak głoszą

Ludzie naokół...

BRAND

Między nami —

Co? Spór rodzinny?

WÓJT

Ponoć sami

Wiecie, że chciwość ma zbyt dużą,

Że jest w tym powód nieprzyjaźni;

Juścić człowieka to i drażni,

Że sam harować musi wtedy,

Gdy mógłby żyć z ojcowskiej schedy,

Którą do dni swoich ostatka

Tak niepodzielnie dzierży matka.

BRAND

Zbyt niepodzielnie — juści, juści!

WÓJT

Więc też człowieka nie popuści,

Ot, swary, gniewy — lecz ja, panie,

Myślę, że na to, co się stanie,

Patrzysz spokojnie i że dalej,

Choć mi tak zbytnio się nie pali,

Raczysz wysłuchać mnie...

BRAND

Jak chcecie,

Teraz, czy później...

WÓJT

Ot, na świecie

Taka jest sprawa: skoro spocznie

Pod swoją darnią, pan niezwłocznie

Będziesz się liczył do bogaczy...

BRAND

Tego pan zdania?

WÓJT

Nie inaczej!

Dwóch zdań tu nigdy już nie będzie!

Grzęda jej snuje się przy grzędzie...

Szkły85 nie obejmiesz ich swoimi,

Taki to wielki kawał ziemi!

Bogaczem będziesz!...

BRAND

No, a sąd?

WÓJT

z uśmiechem

O tym pan myślisz? Skądże, skąd

Takie pytanie? Toć nie rości

Nikt sobie praw do jegomości

Schedy ojcowskiej...

BRAND

No, a przecie,

Jeśli się znajdzie ktoś na świecie,

Co tego spadku równie wart,

Bo jest w swym prawie?

WÓJT

Chyba czart!

Prócz mnie tu nie ma dziś człowieka,

Co mógłby rzec, iż na to czeka —

Ja o tym dobrze wiem! A zatem,

Przy tym dziedzictwie tak bogatym

Możesz pan sobie żyć — bo cóż?

Świat ci otworem wszerz i wzdłuż!

BRAND

To znaczy: mamy cię tu dość,

Nam niepotrzebny taki gość —

Prawda? Co?

WÓJT

Prawda! Dla tej wioski

Byłby to dar prawdziwie boski,

Gdybyś pan poszedł od nas precz!

Zechciej pan tylko — prosta rzecz —

Rozważyć sobie, proszę pana,

Nie jako wilk, któremu dana

Moc tłumaczenia bożych wzorów

Ot, wobec gęsi i gęsiorów;

Duch, mówię, pański w tym zakątku

Jest niedostępny od początku

Aże do końca — rzeknę szczerze:

Dla tych zakutych w prostej wierze

Ciemnych górali i rybaków

Jest-ci on księgą, pełną znaków

Niezrozumiałych, ba! co więcej:

Jest dla nich źródłem trosk tysięcy,

Klątwą...

BRAND

W rodzinnej wiosce swojej

Człek, jako drzewo w ziemi, stoi,

Gdy tam jest zbędny, praca pusta,

Milknie duch jego, milkną usta!

WÓJT

Czyń, jak potrzeba — to jest, panie,

Przenajprzedniejsze przykazanie.

BRAND

Lecz, co potrzeba, inak w dole,

A inak sądzą w górskim siole.

WÓJT

Tak rozumuje mienna86 dal,

Lecz nie mieszkańcy biednych hal.

BRAND

Wy, którym wciąż przed oczy stawa

Różnica między górskim krajem,

A nizinami! Z tym zwyczajem

Chcecie mieć wszystkie nizin prawa,

Od obowiązków uciekacie!

Starczy wam krzyczeć: „Miły bracie,

My ludzie biedni, ludzie prości.”

WÓJT

Że przecież każde pokolenie

I każdy czas swą cząstkę żenie,

Własnymi chodząc wciąż drogami,

Do ludzkich dziejów wspólnej kasy,

Że — oczywiście, w dawne czasy —

To samo było także z nami

I wszyscy cząstkę swą wpłacili...

O tym nie mówi się w tej chwili,

Lecz nie przepadło tak bez wieści

To, co się w starych baśniach mieści...

Nasza wojenna, dawna chwała

Dotąd żyć jeszcze nie przestała

W rocznikach, mówię, króla Beli87...

A czyście, panie, nie słyszeli

O braciach Wulfie i o Thorze88,

O tym, jak ród nasz het za morze,

Gdzieś do Brettlandzkich szedł wybrzeży

Z ogniem i mieczem?... O tym szerzy

Wieść się do dzisiaj... Są kroniki,

Jak na południe biegły dziki,

I jak krzyczano z wielką trwogą:

„Odwróćże Bóg tę klęskę srogą”

Tymi dzikami to my, panie!

Taki lud wyrósł na tym łanie!

On tych, co szli po zemsty drodze,

We krwi zatapiał i pożodze!

Ba! Jeden z naszych pragnął nawet

W obronie Boga wraz wet za wet

Oddać Turkowi! Po krzyż sięga,

By sczezła pogan tych potęga —

Prawda, nie doszło do wyprawy...

BRAND

Niejeden, panie mój łaskawy,

Został po takim bohaterze

Dzielny potomek — —

WÓJT

Mówiąc szczerze,

Tak! Jeno89 skąd wy o tym, księże,

Macie wiadomość?...

BRAND

Chęć się lęże

Podobnych wypraw w tej krainie

I dzisiaj jeszcze...

WÓJT

Tak, nie ginie

Męstwo praojców! Dawne moce

Jeszcze zostały! Wszak w epoce

Króla Belowej my sięgali

Po liść wawrzynu. Mówiąc dalej,

Nasamprzód kurtę jak najmilej

Cudzoziemcowi my skroili,

Potem nie było innej rady,

Jak prać kumotry i sąsiady!

Hej, ogieniaszek my wesoły

Słali na chaty i kościoły!

Płonęły sterty, a nam zasię

Rósł wieniec chwały w ciągłej krasie.

Zbyt często później wspominano

O krwi, wylanej w nasze rano;

Jednakże każdy dzisiaj przyzna,

Że wszak nasza ta ojczyzna,

Jako rzeczone mówią baśnie,

Miała potęgę swą w tych właśnie

Pradawnych czasach i, że ziemi

Kęs ten, na którym stopy swemi

Oto stoimy, miał swe lata,

Gdzie dla popchnięcia naprzód świata

Nie skąpił ognia też i miecza.

BRAND

Lecz dziś się lud mój ubezpiecza

Przed owym prawem, które broni

Dziedzictwa Beli — On je trwoni,

On, bohaterski spadku, ciebie

Pługiem i radłem w ziemi grzebie.

WÓJT

O nie, bynajmniej! Zechciej, panie,

Na gminne przybyć ucztowanie,

Gdy miejsce pada honorowe

Na sędzię, panie, i mą głowę,

Tak, na ławnika i pisarza —

Wówczas przenigdy się nie zdarza,

Gdy krąży poncz, czy piwa dzban,

Aby nasz lud, z wdzięczności znan,

Zapomnieć miał o królu Beli.

Niech ino brać się rozweseli,

Od razu skrzętne pogotowie

W długiej czy krótkiej wielbi mowie

Swego praszczura, o, ja sam

Krzyczę: niech żyje, żyje nam!

Ja sam od razu, wyznać muszę,

Mam w sobie myśli pełną duszę,

Z których na jego pragnę cześć

Zaszczytny zaraz wieniec pleść!

Nieco poezji zawsze-ć lubię,

I trzeba przyznać k naszej chlubie,

Nam wszystkim ona wielce miła.

W życiu — rzecz inna — to jej siła

Wzdyć będzie zgubna, lecz z wieczora,

Od siódmej, panie, do dziesiątej,

Gdy człek powróci w swoje kąty,

Zmęczony trudem, taka pora

Wymaga, wiecie, orzeźwienia —

Wówczas to skarb ten człek ocenia!

Zaś co do pana — w pracy twojej

Człowiek się właśnie tego boi,

Że pan byś siać i sprzątać chciał

Za jednym razem — istny szał:

Giń albo dawaj! Tak się dzieje,

Że pan ze życiem chcesz ideę

Łączyć, że dążeń pańskich sedno,

Modlitwę z pracą zlewać w jedno,

Że żywioł z tego będzie żarki,

Jak proch z saletry, węgla, siarki.

BRAND

Zgadł pan.

WÓJT

W ten sposób można zgoła

Na szersze działać tylko koła,

Nam tylko jedna rzecz przypadła:

Orać to morze i mokradła.

BRAND

Wprzódy niech każdy z was w to morze

Pustą chełpliwość swą zaorze!

Karzeł li karłem jest dla świata,

Choćby miał ojcem Goliata90.

WÓJT

Wielkie wspomnienia krzepią ludzi.

BRAND

Gdy przez nie czyn się nowy budzi,

Lecz dla was wiek ten dawnej chwały

Łożem gnuśności jest ospałej!

WÓJT

Pierwsze me słowa i ostatnie:

Pan chyba zębów swych nie zatnie,

Lecz pójdzie sobie w szerszy świat.

Nikt tu, choć każdy chciałby rad,

Postępków pana nie rozumie;

Obcy twój pogląd w naszym tłumie.

A jeśli trzeba ten nasz lud

Pociągnąć wiarą w lepsze dnie,

Ten obowiązek zostaw mnie,

Mężnie ja spełnię taki trud!

Całe me życie jest dowodem,

Że obowiązek szedł mi przodem:

Przeze mnie lud się nasz podwoił,

Niemal potroił, nędzę-m koił.

Nowe dla życia tutaj środki

Znajdując, widzisz, na tej wiotkiej,

Kamiennej glebie; w ciągłej walce

Z twardą naturą, my, ospalce,

Parliśmy naprzód, niby parą.

Młodość odświeża ziemię starą,

Powstają drogi, pną się mosty...

BRAND

Lecz nie od wiary do żywota.

WÓJT

Od fiordu idzie poręcz złota

Aż po lodowiec po tej prostej

Stromej krawędzi!...

BRAND

Nie pomiędzy

Czynem a myślą...

WÓJT

Przenajprędzej

Trzeba użyźniać tak powoli

Kęsek po kęsku ten szmat roli,

Człekowi możność bytu dać!

O tym myślała nasza brać,

Nim jeszcze pański duch w nią wlazł.

Od razuś baczył pośród nas,

By światłość lampki i blask zorzy

Złączyć północnej... Cóż się tworzy

Z tej mieszaniny?... Jakie błysły

Z tego promienie? Lud swe zmysły

Ponoś utracił, nie wie sam,

Gdzie szukać prawdy, gdzie jest kłam,

Nie wie, kto mały, a kto wielki,

Gdzie szukać rzeki, gdzie kropelki,

Nie wie, wciąż błądząc pośród pól,

Co jest pokuta, a co ból,

Widzisz, niewinny. Mówię święcie:

Wszystkoś pogrążył pan w zamęcie,

Huf, co zwyciężać miał złączony,

Dzisiaj się rozpadł na dwie strony.

BRAND

Mów pan, o, mów pan jak najdłużej,

Wcale mnie słowo twe nie znuży.

Człek swego pola nie wybiera —

W kim mieszka jasna chęć i szczera,

Temu głos boży wciąż powiada:

Tutaj twe miejsce!... Trudna rada!

WÓJT

Owszem, niech będzie! Tylko, panie,

Niech każdy w kole swym zostanie!

Wielkiej doznaję ja pociechy,

Patrząc, jak ludzkie mażesz grzechy.

Na to sążnistych trzeba słów!

Jeno nie lubię, kiedy znów

Zamienić chciałbyś na niedzielę

Powszedni dzionek: to za wiele!

To wywieszanie ciągłe flag

Juści-ć wygląda, panie, tak,

Jak gdyby w fiordzie, w każdej łodzi

Siedział sam Pan Bóg!... To już szkodzi!

BRAND

Chcąc według pańskiej działać rady,

Zmienić by trzeba swoją duszę,

A to nie idzie! Żyć ja muszę

Swym tylko dziełem, w jego ślady

Prowadzić ludzi, by jaśniała

Naokół ścian mych jego chwała.

Twój lud, uśpiony przez swe wodze,

Na bożej musi stanąć drodze!

W tej zasad waszych ćmie91 ponurej

Wyrzekł się górskiej swej natury,

Tu wasz poziomy Bóg do góry

Piąć mu się wzbrania — Bóg ten, który

Do cna walczącą czerń ogłupia,

Że wraz92 się staje niby trupia.

Wyście wyssali z niego krew,

W tchórza się zmieni dawny lew,

Serce na miazgęście im starli,

Niby są z brązu, a umarli!

Lecz choć ta gawiedź dziś spokojna,

Jutro wam huknie w uszy: Wojna!

WÓJT

Wojna?

BRAND

Tak, wojna!

WÓJT

Bardzo ładnie:

Pan pierwszy w wojnie swojej padnie!

BRAND

Kiedyż przekona się wasz świat,

Że ten zwyciężył, który padł!?

WÓJT

Brand! Brand! Stanąłeś na przełomie!

Obyś pan kiedy zbyt widomie93

Nie pożałował stawki94 swojej!

BRAND

Nie pożałuję! Stawka stoi!

WÓJT

Jeśli pan przegrasz, życie pana

Będzie jak stawka zmarnowana!

Masz, czego tylko zachce dusza!

Spadek ojcowski cię nie wzrusza?

Masz, czego można chcieć na świecie:

Miłą masz żonę, drogie dziecię,

Fortuna nęci cię spłoniona,

Niby dojrzałych jagód grona.

BRAND

A cóż, jeżeli tej fortunie

Pokażę plecy? Jeśli trzeba

Pogardzić takim kęsem chleba?

Cóż będzie wówczas?

WÓJT

Wszystko runie!

Z naszej zapadłej, nagiej dziczy

Wynieś swój sztandar wojowniczy!

Idź na południe, do wybrzeży:

Tam obiecany kraj-ci leży

Dla takich śmiałków! Tam bogaci

Ludzie w odwagę, tam niech płaci

Krwią swoje męstwo ludzka gmina!

Tu lud nie daje krwi, on zgina

Tutaj się w pocie, o chleb swój

Z głazem i śniegiem tocząc bój.

BRAND

Ja tu zostanę! Jasna rzecz:

Tu moje gniazdo i mój miecz

Zostanie tutaj!

WÓJT

Wiesz, co z klęski

Wynosi człowiek niezwycięski?

Co już na zawsze traci?

BRAND

Siebie

Stracę na zawsze, gdy w potrzebie

Zechcę się cofać...

WÓJT

Rzec ci mam,

Iż na nic walka, gdyś jest sam.

BRAND

Ze mną najlepsi!

WÓJT

A zaś ze mną

najliczniejsi!

odchodzi

BRAND

patrzy za nim

Nadaremną

Ta twoja troska... Szkoda trudu...

Prawdziwy, pełnej krwi wódz ludu!

Szlachetnej myśli, dzielnej dłoni,

Gorącej duszy, mądrej głowy,

W swoim rodzaju postępowy,

Przed nowym czasem się nie broni,

Jednak prawdziwy bicz to boski

Dla swej dziedziny, dla swej wioski.

Lawiny, wichry, mory, głody,

Wylewy rzek i mróz i lody

Nie dadzą wpół się tak we znaki

Nieszczęsnym ludziom, niż człek taki...

Zaraza życie ci odbierze,

Lecz człowiek ciasny w takiej mierze,

Jak ten, od razu wszystko niszczy!

Sny najpiękniejsze w kupę zgliszczy

Zmieni podobny schrypły duch!

Tamuje wszelki świeży ruch.

Harmonię kłóci najwdzięczniejszą!

Przezeń się wszystkie szczyty zmniejszą,

On błyskawiczny tłumi grom,

Siłę odbiera wielkim snom,

Z których się czyny wielkie rodzą,

Karleje świat pod jego wodzą —

nagle z przerażeniem

Żadnej, a żadnej wiadomości?

Przecież — — —

biegnie naprzeciw zbliżającego się Doktora

Czy od niej idziesz w gości

Do nas?

DOKTÓR

Przed sędzią już jest swym.

BRAND

Zmarła!... W pokucie?

DOKTÓR

Wyznać muszę,

Iżem nie widział, aby w skrusze

Skończyła życie. Skąpstwo złym

Snać95 jest doradcą — nazbyt mało

Czasu przed śmiercią jej zostało.

BRAND

patrzy przed siebie w głębokim przerażeniu

Przegrana dusza?

DOKTÓR

Być to może,

Iż jej przebaczą sądy boże.

BRAND

po cichu

Co rzekła, uchodząc z naszych dróg?

DOKTÓR

To li wyrzekła szeptem: Bóg

Nie jest tak twardy, jak mój syn.

BRAND

słania się z bólu na ławkę

Jednaki wszędzie kłamstwa czyn:

W śmierci, w upadku! Wszędy, wszędy!

twarz chowa w dłoniach

DOKTÓR

zbliża się do niego, przygląda mu się i wstrząsa głową

Umarłym czasem chciałbyś, panie,

Nowe zgotować zmartwychwstanie,

Dać inne siewy, inne pędy!

Pan, zdaje mi się, masz nadzieję,

Że do dzisiejszych dni istnieje

Przymierze ludzi z mocą Boga.

Nas już nie straszy piekieł trwoga,

Sąd ostateczny, potępienie

W żadnej już dzisiaj nie jest cenie;

Przykaz dzisiejszy: ludzkim być!

BRAND

patrzy w górę

Ludzkim! Ten wyraz dzisiaj wzdyć

W ostatnim znamy już zakątku!

Szuka ukojeń, jeśli nie chce,

Albo nie może zdziałać nic!

Wyraz ten błaznów wszystkich łechce,

Którzy na czynu li połowę

Pragną mieć siły swe gotowe.

Ludzie bezwstydni, czelnych lic,

Pod jego hasłem łamią śluby;

Pod jego hasłem, by ujść zguby,

W lot uciekają się do skruchy.

Według was, niskie, karle duchy,

Ludzkim wnet będzie wszelki człek.

Czy Bóg był ludzkim w owy wiek,

Kiedy żył Chrystus? Gdyby On

Rządził był wówczas światem, skon

Pana na krzyżu byłby zbędny:

Bóg taki ludzki, taki względny,

Byłby był skon, co zbawił światy,

Zastąpił sztuczką dyplomaty...

chowa głowę w dłonie, w posępnym milczeniu

DOKTÓR

po cichu

Wyładuj-że się, biedne serce!

Najlepiej, gdybyś w tej rozterce

Mogło wypłakać falę łez!

AGNIESZKA

pojawia się na schodach, szeptem przerażona, blada, do doktora

O, spiesz się! Boże! Czyż to kres!?

DOKTÓR

Taka wzburzona! Cóż ci, dziecię?

AGNIESZKA

Straszliwa troska serce gniecie!

DOKTÓR

Cóż się to stało?

AGNIESZKA

ciągnie go za sobą

Chodź co prędzej!

O, tam nasz synek! Obraz nędzy!

wchodzi do izby, niespostrzeżona przez Branda

BRAND

cicho do siebie

Śmierć bez pokuty! Śmierć, jak życie!

Palec w tym boży już nie skrycie,

Lecz jawnie działa! Bóg ode mnie

Żąda dziś, czego nadaremnie

Żądałem od niej... Gorze, gorze,

Iżem ją odbiegł w takiej porze!

wyprostowuje się

Syn jej, rozpocznę siły swymi

Bój nieustanny na tej ziemi;

Krzyżowiec boży, walkę pocznę,

Aby zwycięstwo duch bezzwłoczne

Miewał nad ciałem! Bóg mi dał

Spiż swojej wargi, gniewu szał

Przelał mi w serce; wzrost wspaniały

Mej woli łamać będzie skały!

DOKTÓR

w towarzystwie Agnieszki zjawia się na schodach i woła do Branda

Precz z tego domu! Rzuć te przęsła!

BRAND

Nie! Choćby ziemia się zatrzęsła!

DOKTÓR

Więc dziecko umrze!

BRAND

Me nadzieje!

Mój Alf! Me dziecko! Pan szaleje!

chce wejść do wnętrza

DOKTÓR

powstrzymuje go

O nie! Pozostań! Błagam ciebie!

W tym skalnym, ciasnym, ciemnym żlebie

Z mroźnym, północnym jego tchem,

Z tą mgłą wilgotną — czyż ja wiem?

Ta jedna zima w takiej mroczy,

I syn twój słońca już nie zoczy!

Ucieczka tylko zbawić może

Chociażby nawet jutro...

BRAND

Boże!

Nie! Dzisiaj wieczór! Nie! W tej chwili,

Niech syn mój piersi swe posili!

Żaden już mroźny wiew nie będzie

Ranił mi dziecka!... Precz, krawędzie

Tych opok zimnych! Tak, do snu

Utul go naprzód i co tchu

Uciekaj precz od tej mogiły!

O ma Agnieszko, syn nasz miły

Bliski był śmierci, całun szary

Przędły mu ręce strasznej mary.

AGNIESZKA

Czułam zabójcze to zjawisko,

Lecz nie myślałam, że tak blisko.

BRAND

do Doktora

Przysięgasz pan, że go ocali

Szybka ucieczka z naszej wioski?

DOKTÓR

Kogo ojcowskie strzegą troski

I w dzień i w nocy, ten-ci dalej

Żyć będzie zdrowy...

BRAND

Dzięki! Dzięki!

do Agnieszki

Okryj go ciepło! W puch go miękki

Otul, ma żono! Od wybrzeży

Już tu wieczorna wilgoć bieży.

Agnieszka znika w głębi domu

DOKTÓR

w milczeniu spogląda na Branda, który nieruchomo patrzy w kierunku drzwi; następnie podchodzi ku niemu, kładzie mu rękę na ramieniu i mówi

Dla innych, panie, jak z urzędu,

A zaś dla siebie tyle względu!

Dla drugich nie ma dzisiaj: „mało,

Albo też wiele!” Pozostało

To jedno: wszystko lub też nic!

Za to samemu płyną z lic

Łez babskich strugi, twarz się zmienia,

Jeżeli prawo wyrzeczenia

Trzeba stosować i do siebie!

BRAND

Coś pan powiedział?

DOKTÓR

Ot, w potrzebie

Jest tak i owak! Tam dla matki

Słowa srogości arcyrzadkiej:

Przeklęta będzie, gdy się wzdraga

Zbyć się wszystkiego i zejść naga

Do swej mogiły. Ileż razy

Padały klątw tych straszne głazy

Na serce duszy, troską zdjętej!...

A teraz sam on przez odmęty

Na potrzaskanej losem łodzi

Śród przeznaczenia mknie powodzi,

I oto jeden liścik dłużny

Zbyt mu już cięży... Ano, różnej

Potrzeba miary... I ta księga,

Z której się gromki grom wylęga

Na biednych braci, idzie na dno!

W takiej wichurze można snadno96

Dziecko swe stracić już na wieki!

A zatem precz stąd! W świat daleki!

I zwłoki matki rzuci marnie,

Swój dom, swój zawód, swą owczarnię!

Ot, księże, tyle w tobie krzepy!

BRAND

chwyta się zrozpaczony za głowę, jak gdyby chciał zebrać myśli

Czym był, czy teraz jestem ślepy?

DOKTÓR

Ojcu pan dałeś posłuch w sobie!

Zarzutu z tego ci nie robię.

Dla mnie ta dusza twa złamana

Wyrasta wyżej nad tytana...

Bądź zdrów, mój księże... Tak wypadło,

Iżem ukazał ci zwierciadło:

Patrz, jak wygląda człowiek, który

Chciałby wywracać, walić góry!

odchodzi

BRAND

patrzy przez chwilę przerażony przed siebie, nagle, namiętnie

Teraz — czy wówczas byłem w błędzie?

Agnieszka zjawia się we drzwiach, w płaszczu, zarzuconym na plecy, z dzieckiem na ręku; Brand jej nie widzi. Agnieszka chce mówić, ale wyrazy utkwiły jej w gardle z przerażenia, spostrzega bowiem wyraz jego twarzy. W tej samej chwili wpada furtką ogrodową Mężczyzna. Słońce zachodzi

MĘŻCZYZNA

Posłuchaj, księże, masz tu wroga!

BRAND

przykłada rękę do piersi

Tak, tu!

MĘŻCZYZNA

Strzeż wójta się, na Boga!

Wielu zebrało twe orędzie,

Lecz słowa jego nas uwiodły;

Jął97 opowiadać człek ten podły,

Że wnet opuścisz tę plebanię,

Że — takie jego jest gadanie —

Rzucisz nas wszystkich, gdyż twa matka

Właśnie umarła...

BRAND

A jeżeli

Z wami się wójt nasz prawdą dzieli?

MĘŻCZYZNA

Nie! Nie uwierzym do ostatka!

Znane nam wszystkim są przyczyny:

Tyś stanął przeciw, ty jedyny

Nie chciałeś ugiąć przed nim karku —

Takie to źródło jest poswarku!...

BRAND

niepewnie

A jeśli jednak prawdę rzekł?

MĘŻCZYZNA

Wówczas kłamliwy byłeś człek.

BRAND

Jak to?

MĘŻCZYZNA

A ileś mówił razy,

Że spełniasz boże li rozkazy,

Że cię do boju wybrał Pan,

Że tu twe miejsce, gdzie nasz łan,

Że tu masz świętą wojną wieść

I że na wieki stracił cześć,

Że hańby swojej już nie zmaże,

Kto się nie ostał przy sztandarze,

Żeś ty powołan! Twoje słowa

Niejeden w głębi serca chowa.

BRAND

Nie! Uszy tłumu zawsze głuche,

Nie wyda liści drzewo suche.

MĘŻCZYZNA

Ty wiesz to lepiej... W nieba stronę,

Pną się dziś serca, posilone

Twoją nadzieją...

BRAND

Lecz gromada

Stokroć liczniejsza, gdzie noc włada!

MĘŻCZYZNA

Tyś jest światłością, która świeci,

A zaś gromada — nie obleci

Tłum mnie — tu liczba nic nie znaczy!

Sam tutaj stoję, człek prostaczy,

Który ci mówi: Idźże sobie,

Jeżeli możesz! Cóż ja zrobię?

Nieznana mi jest mądrość ksiąg,

Lecz przepełnione serce moje!

W tobie znalazłem swą ostoję,

Twoich chwyciłem ja się rąk —

Ty nie odepchniesz mnie! Bez ciebie

Życie się moje w grób zagrzebie,

Nie wierzę, abyś zadrwić mógł:

Ksiądz nie opuści mnie, ni Bóg!

odchodzi

AGNIESZKA

trwożliwie

Białe masz lica, zblakłe wargi —

Serce wyrzuca straszne skargi.

BRAND

Każdy mój wyraz rozegrany,

Co się odbijał o te ściany,

Dziś się w wyrzutów zmienił słowa.

AGNIESZKA

postępuje krok naprzód

Jestem gotowa — tak!

BRAND

Gotowa?

AGNIESZKA

Wypełnić matki obowiązek!

GERDA

przebiega drogę i zatrzymuje się u furtki ogrodowej; klaska w ręce i woła z szaloną radością

Nie ma księdza! Precz z gałązek

Sfrunął ksiądz nasz! Wszerz i wzdłuż

Od tych dolin, od tych wzgórz!

Krasnoludki, karły, trolle

Zalegają w okrąg pole,

Czarnych, złych podjadków krocie

Naokoło mnie obsiadły,

Serce, oczy tłum zajadły

Do cna wygryzł mnie, sierocie.

Precz, wy ludu kusiciele!

Mnie potrzeba mało wiele!

BRAND

Co majaczysz, biedne dziecię?

Ja przed tobą stoję przecie!

GERDA

Ty! To prawda! Lecz nie ksiądz!

Hen! Z czarnego wierchu spadł

Ten mój jastrząb! Sfrunął w świat,

Przestwór wokół dziko tnąc!

Frędzlą zwartą i ostrogą,

Sfrunął w mgłę szaloną, srogą,

Siodłem trzęsąc, cugle rwąc,

Na nim siedzi ten nasz ksiądz!

Pusty dzisiaj kościół mamy,

Już zawarte wszystkie bramy,

Nie powróci jego czas,

Ksiądz na zawsze rzucił nas!

Teraz we czci kościół mój,

Przypatrzże się, hejże, stój!

Mego w nim dziś księdza macie!

Mszę odprawi wam w ornacie,

Który zima mu utkała.

Chodźże, chodź, gromado cała!

Chcesz go słyszeć? Oto masz!

Pusty jest dziś kościół wasz!

Gdy mój ksiądz podniesie głos,

Świat otrząśnie się z swych ros!

BRAND

Tłumią się w twej duszy chorej

Jakieś bóstwa i upiory.

GERDA

wchodzi furtką ogrodową

Co za bóstwa? Niepowszednie

Prawisz mi tu głupstwa, brednie!

Cóż ja dam ci? Czym usłużę?

Jakieś dzikie, małe, duże,

Barwne, strojne, zawsze złote...

Masz li z nimi swą robotę?

Bóstwa? Słyszysz, widzisz ty je?

A w tej chwili czyje-ż, czyje

Jakby ręce, jakby nóżki?

Coś wygląda spod poduszki

Jedwabistej, strojnej, miękkiej!

Jakieś dziecko? Śpi? O lęki!

Coś się trwoży! Przykryjże je!

I to bóstwo! Tak się dzieje!

AGNIESZKA

do Branda

Mam li prośby? Zdroje łez?

Dla mnie snać już przyszedł kres!

Z trwogi patrzę nieprzytomna!

BRAND

Snać ktoś wyższy przysłał do mnie

Tę istotę! Gorze! Gorze!

GERDA

Czy słyszałeś, jak na dworze,

Na tej turni ośnieżonej

Biją wszystkie, wszystkie dzwony?

Snać zwołują do kościoła!

Tłumy strachów dookoła,

Rój podjadków, dawno zmarły,

Krasnoludki, trolle, karły,

Które ksiądz uwięził w morzu,

Pojawiły się w przestworzu.

Nie wstrzymują ich pieczęcie

Klątw tych, które tak zawzięcie

Ksiądz na rój ten rzucał tłumny!

Opuszczają groby, trumny:

W mokrych szatach, głodny, siny,

Strząsa z siebie chłód lawiny

Tłum dzieciątek, krzyczy w krąg:

Ojcze! Matko!... Męko mąk!

Baby cisną się i chłopy,

Tam chałupnik idzie w tropy

Za swoimi; chałupnica,

Nachyliwszy swego lica,

Karmi piersią zmarłe dziecię.

Widzieliście ją na świecie

Tak wesołą — co to jest? —

Kiedy szła na dziecka chrzest?

Gdy ksiądz uciekł, od tej chwili

Ludzie jakby znów odżyli.

BRAND

Precz ode mnie! Nocny mrok

Stworzy jeszcze większy tłok

Widm, upiorów w mgieł zawieje...

GERDA

Patrzcie! Patrzycie! On się śmieje!...

On, siedzący wedle98 drogi,

Zrywa się na równe nogi,

Zapisuje w księdze swej

Każdą duszę z skalnych kniej,

Każdą sobie uprzytomni,

O niewielu on zapomni,

Toć dziś pusty kościół mamy,

Zawarte już wszystkie bramy,

Nasz ksiądz proboszcz — jasna rzecz —

Na jastrzębiu uciekł precz!

przeskakuje opłocie ogrodu i gubi się w skałach

AGNIESZKA

zbliża się do Branda i mówi głosem stłumionym

Idźmy! Czas już!

BRAND

patrząc na nią z osłupiałym wzrokiem

A którędy?

Tędy pójdziem, czy tamtędy?

AGNIESZKA

cofa się przerażona

Brand, twe dziecko!

BRAND

zbliża się do niej

Juści-ć, żono,

Byłem wprzódy księdzem pono,

Niźli ojcem.

AGNIESZKA

cofa się jeszczce dalej

I sam Bóg,

Gdyby tak się pytać mógł,

Czyż odpowiedź jaką dam?

BRAND

postępuje znowu za nią

Mów, jak matka! Nie wiem sam!

Ty ostatnie słowo masz!

AGNIESZKA

Żona-m twa! Ty drogę wskaż,

Na twój rozkaz zegniem kark

Ja i ty!...

BRAND

chce ją pochwycić za ramię

Weź od mych warg

Ten wyboru kielich! Biedy

Ujmij mojej!

AGNIESZKA

cofa się i opiera o drzewo

Czyżbyś wtedy

Zwał mnie jeszcze matką? Powiedz!

BRAND

Nagły błysk na mój manowiec!

AGNIESZKA

z mocą

Masz ty jeszcze wybór jaki?

BRAND

Nowe mi błysnęły znaki!

AGNIESZKA

Czujesz się wybrańcem?

BRAND

Tak!

chwyta ją silnie za rękę

Życie daj lub śmierć na szlak,

Który mej odwagi czeka

AGNIESZKA

Niechże duch twój iść nie zwleka

Za rozkazem twego Boga!

chwila milczenia

BRAND

Czas nam! Idźmy!

AGNIESZKA

bezdźwięcznie

Jaka droga?

BRAND

milczy

AGNIESZKA

wskazuje na furtkę ogrodową i pyta

Tu?

BRAND

wskazuje na drzwi, prowadzące do izby

Nie! Tu!

AGNIESZKA

podnosi dziecko do góry

Co masz tu u mnie,

Mogę wznieść ku niebu dumnie,

Wielki Boże! Twe to mienie!

Na to moje dziś wołanie

Przerwij i Ty swe milczenie!

BRAND

patrzy chwilę osłupiały przed siebie, wybucha łzami, załamuje ręce nad głową, rzuca się na schody i woła

Daj mi światła, Jezu Panie!

KONIEC AKTU TRZECIEGO.

Akt czwarty

Wieczór wigilijny na plebanii.

Izba pogrążona w mroku. Główne drzwi w ścianie tylnej; po jednej stronie drzwi, po drugiej okno. Agnieszka siedzi w sukni żałobnej przy oknie i patrzy w mrok.

AGNIESZKA

Nie powraca, nie powraca!

Co za pustka w tej godzinie!

Czekam, patrzę, próżna praca,

Serce me z tęsknoty ginie.

O, jak smutnie! O, jak smutnie

Śnieg pokrywa lasów szczyty,

Wnet i kościół nasz pokryty

Legnie niby w szarym płótnie.

nasłuchuje

Furtka skrzypi... Męskie kroki.

biegnie ku drzwiom i otwiera

Tyś to, luby? Dość tej zwłoki!

Brand wchodzi osypany śniegiem, w ubraniu podróżnym, które podczas następnych słów zdejmuje z siebie

AGNIESZKA

zarzucając mu ramiona na szyję

Długo byłeś poza domem,

O, nie odchodź już ode mnie!

Z widm naporem, z trosk ogromem

Walczę sama nadaremnie.

Co za klęska na nas spadła

W dniach tych, w onej nocnej dobie!

BRAND

Dziecię, masz mnie znów przy sobie!

zapala świeczkę, słabe rzucająca światło na izbę

Czemu taka twarz pobladła?

AGNIESZKA

Nie sypiałam... tak, z tęsknoty!

Czas uchodził bez wesela,

Kiedyś odszedł, drogi, złoty!

Potem zwiłam trochę ziela —

Odrobinę... Niebogata

Wiązaneczka, jeszcze z lata,

Z góry, widzisz, przeznaczona

Na to drzewko — dań zielona,

Tak, dla niego! To wiązanie

I dziś także on dostanie!

wybucha łzami

Boże!... A tam pada śnieg —

BRAND

Tam — na cmentarz, gdzie on legł.

AGNIESZKA

Ach ten wyraz! Święte Nieba!

BRAND

Przyzwyczaić ci się trzeba.

AGNIESZKA

Tylko nie dręcz tak straszliwie!

Dusza moja ledwie żywie99,

Krew ocieka jeszcze z rany,

Z kości moich szpik wyssany —

Nie powstrzymam się od łez,

Aż nadejdzie złego kres,

Aż się wszystko lepiej złoży...

BRAND

Tak obchodzim dzień ten boży?

AGNIESZKA

Nie! Lecz wybacz! Wspomnij proszę,

Jakie były to rozkosze

Jeszcze, widzisz, w zeszłym roku...

Potem — febra100 — jak to boli!

I dziś on...

BRAND

twardo

Na bożej roli,

Na cmentarzu!

AGNIESZKA

z krzykiem

O, daj spokój

Temu słowu!

BRAND

Pierś swą okuj101

I wyrzucaj z całych sił,

Choćby strach cię w kłębek wił,

Słowo, które cię przeraża!

Bije na nas moc cmentarza,

Jako fala bije w łódź

Niespodzianie!...

AGNIESZKA

Rzuć to, rzuć!

Wszak i duch twój dzisiaj nie wie,

Jak zagasić to zarzewie,

Które ci ten wyraz nieci!

Pot na czole twoim świeci,

Wywołany jego tchem!

BRAND

Pot, co lśni na czole mem,

To fiordu wilgna sól.

AGNIESZKA

A ten w oku twoim ból,

Ból kroplisty, czy to lód

Roztopiony, który wprzód

Lśnił na mroźnych ścianach skał?

Jakbyś płynny kruszec lał,

Tak on pali! Serce twoje —

Oto źródło!...

BRAND

My oboje

Bądźmy mężni! Złączonemi

Walczmy siły102 o kęs ziemi,

Wydzieranej trosce naszej,

Niech nas żaden ból nie straszy!

Jakiż ze mnie był to mąż!

Wciąż śród burzy, w wichrach wciąż,

Śród spienionych groźnych fal!

Mewa mknie z przestrachu w dal,

Wał103 na pokład się nasz wspina,

Maszt się łamie, pęka lina,

Szalejący siecze grad,

Żagiel zdarty już na szmat,

Groźne strzępy w groźnym wirze,

Fala z grzmotem łódź nam liże,

Nie przestaje tryskać, róść,

Jęczy, zda się, każdy gwóźdź,

Śród straszliwych, czarnych chmur

Grzmią lawiny gdzieś od gór.

Zbladło ośmiu mych wioślarzy,

Na ich sinej, trupiej twarzy

Lęk i trwoga, a przy sterze

Ja, bez strachu, w żarnej wierze

Słowa sypię płomieniste —

Tak mi było, że zaiste

Moc się ma do mego dzieła

Od samego Boga wzięła.

AGNIESZKA

Łatwo czoło stawiać burzy,

W niebezpiecznej stać podróży,

Lecz spójrz na mnie: ja w tym żlebie

Martwe moje życie grzebię,

Mej powszedniej, marnej troski

Nie zakłóci rozkaz boski,

By się dusza spłomieniła

W jakimś czynie! Snać104 mogiła,

A nie świat to, co do szczytu

Rwie nas w górę! Gdybyś ty tu

Siedział, mężu, w takim cieniu,

Prawiłbyś o zapomnieniu?

BRAND

Ty nic nie wiesz dziś o czynie?

Może właśnie dziś jedynie

Czyn masz spełnić najgłówniejszy?

Może twój ten ból dzisiejszy

Zyska korzyść z mych katuszy?

Często łza mi oko prószy,

Duch mój milknie, umysł mięknie —

Zda się, iże szczęście pięknie

Służy temu z woli Boga,

Kto do syta, żono droga,

Płakać może! W takim czasie,

Gdy tak płaczę, wraz105 mi zda się,

Jakby mi się jawił Bóg,

Jakbym wówczas i ja mógł

Tulić się do Jego łona,

Jakby dusza obarczona

Wyzwalała się z swej troski,

Wzięta w uścisk ten ojcowski.

AGNIESZKA

Obyś nań tak patrzył zawsze,

Obyś widział najłaskawsze

Oko ojca, a nie pana!

BRAND

Czyż ja, żono ukochana,

Przeciw Niemu stawać mogę?

Mam hamować Jego drogę?

Przed zmysłami on dziś mymi

Musi stać, jak świat, olbrzymi,

Mocny, wielki — takim wraz

Chcę go mieć i w nasz ten czas,

Choć tak marny! Ty atoli

Możesz zbliżać się do woli

Do ust Jego, na frasunek

Brać ojcowski pocałunek,

Pić ze źródła wszechmiłości,

Gdy w twej duszy trud zagości,

Spocząć przy nim i z powrotem

Pocieszona odejść potem,

Aby, mając jego ognie,

W swych źrenicach krzepić męża:

Niechaj siły swe wytęża

Na czyn nowy! Niechaj pognie

Przeciwności... Widzisz, żono,

To ci jest małżeństwo pono

Najprawdziwsze, jądro, sedno,

Że, gdy walczyć musi jedno,

Wówczas drugie rany leczy.

W tym objawia się treść rzeczy,

Jednia przez to straszne dwoje!...

Wówczas, kiedyś życie swoje,

Oddzielając się od świata,

Oddawała, w hart bogata,

Mnie — tak, wówczas to mi dano,

Żeś mi wniosła jako wiano106

To, iż walczyć mam do końca

W krew pijących żarach słońca,

Lub w wilgotnych chłodach nocy,

Pełen wiary, pełen mocy,

Ty zaś masz w zmęczeniu mojem

Świeżym rzeźwić mnie napojem

Swej miłości, masz nawzajem

Swej dobroci gronostajem

Umilać mi pancerz mój!

Oto, gdy ja idę w bój,

Twego czynu treść niemała!

AGNIESZKA

Temum ja się dziś oddała,

Ale wszystko nadaremnie!

Wszystkie myśli, plany we mnie,

Wszystkich pragnień moich praca

Do jednego ciągle wraca —

Wszystko to li107 sen jedynie!

Lecz to razem z łzami spłynie

I ja znowu znajdę siebie,

W obowiązku się zagrzebię!

Brand, tej nocy w ten mróz krzepki

Przyszło do mnie z swej izdebki,

Przyszło świeże, jasne, zdrowe,

Tak, jak dawniej — drobną głowę

Do posłania mego tuli,

Wznosi drobne swe rączęta.

Jeno108 była coś zziębnięta

Ta dziecinka w swej koszuli.

Zdało mi się, że dłoń skrzepła

Błaga choć o krztynę ciepła...

Zerwałam się —

BRAND

Żono droga!

AGNIESZKA

O, tak! Marzła ta nieboga!

A inaczej czyż być może,

Gdy ma z desek zimne łoże?

BRAND

Nie wyciągaj zwłok spod śniegu!

Alf w aniołów dziś szeregu!

AGNIESZKA

odsuwa się od niego

Grzeb się, póki sił ci stanie,

W mej katuszy, w mojej ranie!

Zwij zwłokami go, on przecie

Zawsze, zawsze moje dziecię.

Ciało dzielić mam i duszę?

O, tak prędko, wyznać muszę,

Odróżniać się nie nauczę:

Straciłam do tego klucze!

To i tamto dla mnie jednem:

Alf, co tu pod śniegiem leży,

I ten Alf, co tam w odzieży

Lśni anielskiej.

BRAND

Nim z twym biednem

Będzie sercem spokój, juści

Dużo krwi twa rana puści.

AGNIESZKA

Weź łagodnie się do dzieła,

A ma dusza nie zginęła,

Otocz mnie swą mocną ręką,

Ale niechaj będzie miękką

Rada twoja, mężu mój!

Mówią, że, gdy jaka dusza

O koronę życia rusza

W ciężką walkę, w twardy bój,

Słowa twe są jako grom!

Czyż nie nadasz swoim tchom

Dźwięku pieśni, co w sen pieści

I najkrwawszy zjaw boleści?

Nie masz słowa w swym ukryciu,

Co nas nurza w świetle, w życiu?

Bóg twój chodzi w twardej zbroi,

O mą boleść On nie stoi109,

Z biednej matki drwi, nie krzepi —

BRAND

Myślisz, że ci będzie lepiej

Z Bogiem z tych dawniejszych lat?

AGNIESZKA

Niech nie cofa się nasz świat!

Przecież nieraz mi się zdaje,

Że przede mną lśnią się kraje,

Które zgasły w twej pamięci,

Że mnie dawne szczęście nęci.

Łatwo dźwignąć, ponieść trudniej —

Tak przysłowie dawne prawi.

Stopy mi twa droga krwawi,

W uszach mi twa wola dudni,

Twoja praca, twoje cele,

Twe pragnienia — to za wiele

Dla mnie, biednej; ten ponury

Żleb, ten fiord, te ciasne góry.

Ta samotność, te nawały

Wspomnień... jeno, że za mały

Kościół...

BRAND

jakby trafiony gromem

Kościół?... Myśl to może,

Która krąży już w przestworze?

A dlaczego?

AGNIESZKA

potrząsając smutnie głową

Zali110 w porę

Zna przyczyny serce chore?

Czasem chce się uciec doń —

Jakiś nastrój, niby woń,

Którą wiatry tu — nie wiada

Skąd — przywiały swoim tchem.

Lecz to jedno w duszy wiem,

O tym serce mi wciąż gada,

Że nasz kościół jest za mały.

BRAND

Jakiż to zawładnął ninie111

Duch w tej naszej biednej gminie?

Jakież żądze tu powstały?

Nie od dziś ta myśl mnie znana!

Wszakżeż i ta obłąkana

Wyrzekła ją kiedyś jasno:

„Tam jest śmierć, tam jest za ciasno!”

A i to, co słyszę oto,

Nie jest jasne, jako złoto,

Nie z czystego źródła cieknie.

Ileż mi to kobiet rzeknie —

Tak bywało — w oczy, w twarz:

„Brand, za mały kościół nasz!”

A jeśli ten potok skarg,

Co z kobiecych płynie warg,

Jest tęsknotą, którą mogę

Ja ukoić?... Na mą drogę

Bóg cię zesłał, żono luba,

By mnie tutaj wzdyć zaguba

Nie spotkała, kiedy w mroczy

Stracą cel swój ślepe oczy.

Żadna cię pokusa podła

Z toru twego nie uwiodła.

Gdy zdawało się, że ginę,

Ty od razu mą dziedzinę

Pokazałaś; gdym się prawie

Równał z Bogiem, ty, w obawie

O mą przyszłość, od mej głowy

Los odpędzasz Dedalowy112.

O Agnieszko, twa to siła

K memu wnętrzu odwróciła

Te surowe moje lica.

Słowa twego błyskawica

Wlewa pewność znów w mój los,

Światłem dla mnie jest znów głos,

Ten twej świętej wargi grom!

Mały jest nasz boży dom:

Wielki wznieśmy Mu przybytek!

Dziś ten zdrój światłości wszytek113

Widzę w tobie stokroć jaśniej,

Niż gdykolwiek. O, nie gaśnij!

Cofnij prośbę nadaremną,

Zostań ze mną! Zostań ze mną!

AGNIESZKA

A więc, domie ty żałoby,

Na wieczyste ja cię doby

Dziś zamykam! Na zawory,

Na grobowe twoje bramy

Dziś pieczęcie nakładamy,

Twierdzo wspomnień! Od tej pory

Niech oddziela mnie od ciebie

Zapomnienie! Niepokoje,

Wszystkie biedne myśli moje

W jego głębi ja pogrzebię —

Wszystkie niechaj w nim utoną:

Ja chcę być li twoją żoną!

BRAND

W górę wiedzie nasza droga.

AGNIESZKA

Nie za stroma!... To daremnie!

BRAND

Wyższy głos przemawia ze mnie.

AGNIESZKA

Sameś uczył, że u Boga

Płomienista wola zawsze

Znajdzie snać jak najłaskawsze

Powitanie, chociaż w świecie

Nie zwycięży...

chce odejść

BRAND

Dokąd, dziecię?

AGNIESZKA

z uśmiechem

Jeśli kiedy, to dziś zgoła

Do roboty dom mnie woła;

Zbyt rozrzutnie, zbyt bogato,

Tyś mnie nawet łajał za to,

Poczynałam sobie, pomnę,

W tę ostatnią wilię: wszędy

Pełno światła, ja w te pędy

Znoszę stosy przeogromne

Cukrów, ciastek i zieleni —

Od błyskotek dom się mieni,

Śmiech i radość naokoło!

I dziś ma nam być wesoło,

Więc dlatego co tchu lecę,

Pozapalać w domu świece,

Przyozdobić go porządnie,

Aby Bóg, jeśli zaglądnie

Poprzez drzwi te, miał przed sobą

Swoje dzieci, co, z żałobą

Już zerwawszy, nie są ślepi

Na moc Jego, jak najlepiej

Święto Jego dziś obchodzą!

Czyż me siły mnie zawodzą?

BRAND

przyciska ją do siebie i potem puszcza

Zapal światło!... Twej to głowy

Rzecz!...

AGNIESZKA

ze smutnym uśmiechem

A ty mi wielki, nowy

Wzniesiesz kościół!... Tylko wraz!

wychodzi

BRAND

patrzy za nią

Ponadludzkiej cierpliwości

Wola wciąż w jej sercu gości.

Chociaż bywał taki czas,

Że ją rzucił duch i siła,

Wola jej nie porzuciła.

Niech jej Twa się łaska święci,

Wielki Boże! Zbaw ją, zbaw!

A mnie weź ten kielich chęci,

Bym sępowi srogich praw

Kazał chwytać ją za szyję!...

Niechaj słodycz życia pije!

Ja mam siły, męstwo mam,

Pragnę dźwigać tylko sam

Jarzmo wspólne, byle ona

Nie była tak umęczona!

słychać pukanie do drzwi w sieni — wchodzi Wójt

WÓJT

Wita pana człek pobity.

BRAND

Człek pobity?

WÓJT

Tak, bez świty.

Jeszczeć ja zeszłego lata

Chciałem, aby pan do kata

Poszedł sobie, chciałem, wróg,

Wyrwać ziemię ci spod nóg.

BRAND

No?

WÓJT

A dzisiaj — daj pan dłoń! —

Dzisiaj żal mi, składam broń.

BRAND

Czemu?

WÓJT

Większość jest za panem.

BRAND

Tak?

WÓJT

Czy panu to nieznanem?

Pana dzisiaj pełno wszędzie!

Mówię szczerze: co to będzie,

Od niedawna lud tu słucha

Czegoś, co nie z mego ducha.

Stąd wyciągnąć łatwo wnioski,

Że pan źródłem mojej troski,

Że przez pana wiatr ten wieje...

Daj pan rękę — mam nadzieję,

Że będziemy żyć spokojnie.

BRAND

Nie ma końca takiej wojnie,

Pokąd114 jeden z nas nie złamie

Swego miecza.

WÓJT

Gdzież o tamie

Mówić lepszej ponad zgodę,

Ponad rozejm dobrowolny!

Jam do walki już niezdolny,

Siły moje już niemłode,

Jam jest człek, jak inni ludzie,

Lubię składać broń po trudzie

Nadaremnym wobec broni

Mego wroga... W tej pogoni

Żaden kijek mi nie starczy,

Gdy nad głową miecz mi warczy.

Wszyscy mnie osamotnili,

Najrozumniej w takiej chwili

Jest się poddać...

BRAND

No, a jeśli

Informacje złe ci znieśli,

Żem ja w oczach twych silniejszy,

Że mam większość w czas dzisiejszy?

WÓJT

O, i jaką!...

BRAND

Tak, dziś może,

Ale, jeśli w jakiej porze

Odwołam się do ofiary

Po poważne, wielkie dary,

Kogóż wówczas lud wybierze?

WÓJT

O poważnej pan ofierze

Mówisz ze mną? Mnie się zdaje,

Że nikt pana nie wyłaje.

O cóż idzie? O kieszenie!

To dzisiejsze pokolenie

Takim się już ludzkim mieni,

Że w ofierze, prócz kieszeni,

Nic lepszegoć nie przyniesie.

Jeno dziś mnie złości biesie

Porywają, że z zapałem

I ja tutaj gardłowałem

Za ludzkością i w ten sposób

Obniżyłem u tych osób

Ich ofiarność. Głupi człek,

Swej korzyści jam się zrzekł,

W pewnym względzie — z tym się licz —

Sam kręciłem na się bicz!

BRAND

Może... Tylko, że człek taki,

Co się innym dał we znaki

Siłą i odwagą swoją,

Nie tak łatwo z swą się zbroją

Żegnać gotów... Co do bicza —

Ot, przypowieść to zwodnicza!

Mąż do czynu wzdyć się rodzi,

A zaś celem, w który godzi,

Będą zawsze raju wrota.

Niech się straszny orkan miota,

Niech się rzuca groźnie, srodze,

Mąż nie cofnie się w swej drodze!...

Nie zawoła: Sam ja, sam,

Bliżej stąd do piekła bram!

WÓJT

Cóż ja na to rzeknąć mam?

Ani tak, ani też nie!

Nieraz człek się darmo pnie,

By nie męczyć zbytnio nóg,

Szuka sobie innych dróg.

Wszelka praca, trud nasz wszystek

Ma nam jeden nieść pożytek.

Gdzie nie można prosto z mostu,

Trzeba chyłkiem, nie po prostu.

BRAND

Przeto jednak być nie może

Czarne białem?...

WÓJT

Mocny Boże!

Cóż, że o kimś ktoś tam rzekł:

Biały jest, jak szczery śnieg,

Jeśli inny mu odrzecze:

Czarnymś jest, jak śnieg, mój człecze!

BRAND

I pan również?

WÓJT

Tak dokładnie

Rozważywszy, rzec wypadnie:

Nie jest czarny, szary raczej!

Wnet wyłożę, co to znaczy.

Ludzkość dziś przenika czasy,

Nie pozwolą dzisiaj masy

Władać sobą — rzecz niegodna!

Ziemia nasza jest swobodna,

A za cenę, iże słowo

Każde brzmieć ma jednakowo,

Ma tę samą wartość mieć.

W ładną by się dostał sieć,

Kto by sam rozstrzygać chciał,

Przeciw wszystkim, tak na schwał,

Co jest czarne, a co białe.

Mówiąc krótko: pan, przy sobie

Mając większość, chcesz mnie w grobie

Naprzód zamknąć. Jeno całe,

Widzisz, szczęście dzisiaj u mnie,

Że, miast się ułożyć w trumnie,

Ja na pański skaczę wóz,

By mnie razem z panem niósł!

Tylko błazen lżyć mnie może,

Że nie chciałem iść na noże!

Jednak nowy duch w tej gminie

Bierze mi to za złe ninie,

Widzi we mnie fałsz i błąd.

Ni to zowąd, ni to stąd

Mówi dziś powszechnie on,

Że tej nowej wiedzy plon

Od rocznych sprzętów więcej wart —

Tak wciąż wygłasza niby z kart.

Tam, gdzie potrzeba, dzisiaj lud

Nie pójdzie chętnie tak, jak wprzód.

Przykro jest, panie mój kochany,

Tak grzebać milczkiem swoje plany,

Co budowały drogi, mosty,

Suszyły bagna. Lecz cóż prosty,

Ludzki nasz rozum tu wydoła?

Trzeba się poddać! Niewesoła

Dola słabszego! Na tej niwie

Trzeba mi czekać dziś cierpliwie,

Kornie przykucnąć, aż jaśniejszy

Zgotuje los mi dzień jutrzejszy.

Tak utraciłem łaskę ludu,

Jakem ją zdobył... Teraz trudu

Trzebać nowego, moja głowo,

Aby odzyskać ją na nowo!

Na to swe wszystkie siły znoś!

BRAND

Więc łaska ludu — oto oś,

Około której twój się kręci

Zabieg wszelaki.

WÓJT

Nie! W pamięci

Tegom ja nie miał! Nie! W mym czynie

Była li zawsze myśl jedynie

O dobru sprawy pospolitej.

Rzecz oczywista: znamienity,

Dobrze spełniony czyn bogaty

Pewnej spodziewał się zapłaty.

Człowiek ruchliwy, człek, co umie

Wykonać to, co w swym rozumie

Zacnie zbudował, chce, mój złoty,

Widzieć owoce swej roboty,

Kłos pełny ujrzeć z swego ziarnka,

A nie, jak to się nieraz dzieje,

Walczyć o głodzie za idee.

Nie masz li włożyć co do garnka,

Trudno ci będzie, choćbyś chciał,

Służyć li drugim! To już szał,

Zwłaszcza jeżeli żonę masz,

I kupa córek patrzyć115 w twarz.

O, w takich razach trzeba wprzód

Głód zaspokoić, domu głód!

Idea żadna nie napoi

I nie nasyci dziatwy mojej.

A gdyby mnie kto łajał za to,

Wnet ja mu na to, jak na lato:

Owszem, lecz złym przykładem świeci,

Kto głodzi żonę swą i dzieci.

BRAND

Więc pański plan?

WÓJT

Budować, panie!

BRAND

Jak to? Budować?

WÓJT

Budowanie

Mam dziś na myśli — dla korzyści

Ludzi i mej. Najoczywiściej

Wprzód odbuduję gmach swej sławy —

Na gwałt wymaga on naprawy!

Wybory mamy już za pasem,

Toteż, jeżeli mi tymczasem

Coś porządnego wznieść się uda —

A to nie żadne przecież cuda —

Mam kota w worku: na pewniaka

Będę wybrany. Rzecz jest taka,

Że człek się może przystosować

Do żądań czasu. Boże prowadź!

Mówią, że lud innego chleba

Dziś potrzebuje, że go trzeba

Podnieść na duchu! Człowiek słucha,

Lecz ma za mało w sobie ducha,

Ja co najwyżej, panie drogi,

Mogę postawić go na nogi,

Lecz, jak to rób, jak k temu dąż,

Jeżeli gmin by jeden mąż

Przeciwko tobie dzisiaj stoi?

Nie chcąc się waśnić jeszcze bardziej,

Mam coś, czym ludek nie pogardzi:

Ot, myśl powstała w głowie mojej,

By, zarzuciwszy celów mnóstwo,

Na cel nasamprzód wziąć ubóstwo.

BRAND

I co, wytępić?

WÓJT

Nie! Z tym bieda!

To tak wytępić już się nie da!

To społeczności wrzód niezbędny!

Można je tylko tak w oględny

Jakowyś sposób zamknąć w ramy,

Tak, ograniczyć! Posiadamy

Środki po temu. Panie mój,

Wszakże ubóstwo to jest gnój,

Na którym grzech najlepiej wschodzi;

Nie brnijmy dłużej w tej powodzi.

BRAND

Cóż pan zamierzasz?

WÓJT

Pan nie zgadnie?

Nasamprzód chyba mi wypadnie

Dla rozwiązania naszej kwestii

I dla odcięcia łba tej bestii,

Dla dobra wiernych tej parafii

Zbudować własny dom dla mafii,

Dom dla ubóstwa, dom zakaźny —

Cel w moim słowie jest wyraźny...

Pan należycie to ocenia:

Ot, chronić ma od zakażenia!

A iżby pełna była treść,

Pragnę tuż obok areszt wznieść!

Tak, w drugim skrzydle — sens jest krótki:

Przyczyny mają się i skutki

Pomieścić tu pod jednym dachem,

Ścianą li jedną oddzielone.

Tak rzecz się ma z tym, na obronę

Ludzką wzniesionym, moim gmachem.

A, że już jestem w swym zapale,

Zamierzam również wznieść i salę

W tym samym domu na biesiady,

Czy na zebrania naszej rady,

Tak, na wybory, czy zabawy,

By miał gdzie wytchnąć człowiek prawy,

By miał wygłaszać gdzie swe mowy:

Ot, polityczny dom ludowy.

BRAND

Dom będzie pełny, niewątpliwie...

Ale o jednym — ja się dziwię —

Toś pan zapomniał... A to przecie...

WÓJT

Rzecz najgłówniejsza jest na świecie,

Wiem: nam wariatów trzeba domu!

Myślałem o tym, ale komu

Udźwignąć ciężar ten olbrzymi?

Obrachunkami jam tu swymi

Wykalkulował, że nie lada

Suma na taką rzecz wypada.

Trza kapitału jednej trzeciej,

Jeśliby każdy, w kim się nieci

Zapał do czynu, w kim jakowa

Wspaniała, wielka myśl się chowa,

Zechciał zamieszkać w takim gmachu.

Trzeba bez lęku i bez strachu,

Mając na myśli przyszłych gości,

Powierzyć także coś przyszłości,

A nie budować li dla siebie,

Toć dzisiaj, niby grom na niebie,

Z strasznym pośpiechem pędzi świat...

Potrzeby rosną z biegiem lat,

W każdym zawodzie talent, siły,

Tak się straszliwie rozpędziły,

Jak gdyby w tej gonitwie lutej116

Siedmiomilowe miały buty!

Zbyt to kosztowny, niezbyt łatwy

Byłby to trud dla potomności,

Budować takie olbrzymiości

Dla siebie, żon swych, dla swej dziatwy.

Przeto powiadam: pan pozwoli:

O to niech głowa nas nie boli.

BRAND

A kto zbyt wielkie chce skandale

Wszczynać, ma wielką na to salę.

WÓJT

zadowolony

Owszem, ta zwykle jest zawarta —

Trafił pan w sedno. Jasna karta:

Gmach taki według moich datis117,

A dom wariatów mamy gratis!

Od razu więc, za mą odwagą,

Pod jednym dachem, jedną flagą,

Złączą się wszystkie elementy,

Co nam największe robią wstręty

W naszym powiecie: więc ubodzy,

Więc ci, co grzechów swych na wodzy

Utrzymać nie chcą, czy nie mogą,

Więc ci wariaci, co się drogą

Włóczą bez dachu i kaftana,

Dalej swobody samej kwiat —

Walka wyborcza, zdrój cnych rad.

Do uchwał sala, jak wybrana,

Gdy trzeba powziąć to i owo,

Ażeby powiat miał się zdrowo.

Wreszcie dla biesiad ściany lube,

By było oblać gdzie tę chlubę,

Że nasz praojciec zwał się Bela118!

Gdy się to uda — człowiek strzela,

Bóg nosi kule — wówczas będzie

Dla gór mieszkańców w każdym względzie

Jakowaś możność czynić zadość

Zacnym pragnieniom, mieć swą radość.

Biedni my w górach, ale, panie,

Gdy taki dom ludowy stanie,

Od razu każdy znawca powie:

Dobrze rządzicie, cni panowie!

BRAND

A skądże środki?

WÓJT

Prawda, środki —

To punkt, jak zawsze, bardzo wiotki,

Nieduża świadczeń jest ochota,

Na nic też pójdzie ma robota,

Jeśli ich sobie nie zniewolę.

Pan wszystko zrobisz w naszym kole:

Gdy pan mnie poprzesz słowy swemi,

Gmach się mój wnet podniesie z ziemi,

A, skończę dzieło to ogromne,

Już ja o panu nie zapomnę.

BRAND

Pan chce mnie kupić, mówiąc szczerze?

WÓJT

Skądże się panu myśl ta bierze?

Znaczy, że szukam li119 sposobu,

Aby znieść przepaść, co nam obu

Tak niepotrzebne niesie szkody...

BRAND

Toś pan źle trafił...

WÓJT

Znam powody:

Ten wielki ból, ta świeża rana —

Lecz mnie ośmielił spokój pana,

Wreszcie wpływ pański, tak szeroko...

BRAND

Suche li mam, czy mokre oko,

Jam gotów zawsze na usługi...

Ale istnieje powód drugi,

Że pan przemawia dziś daremnie.

WÓJT

Jakiż to powód?

BRAND

Jest i we mnie

Chęć budowania.

WÓJT

Co się dzieje?!

Pan chcesz budować? Pan ideę

Chcesz ukraść moją?

BRAND

Niezupełnie!

pokazuje przez okno

Widzisz w tej śniegu szarej wełnie...

WÓJT

Tam?

BRAND

Tak!

WÓJT

Tę wielką szarą stajnię

Dla księżej trzody — tam, zwyczajnie,

Przy tej siklawie120?

BRAND

Nie! Tę małą,

Spowitą w śniegu płachtę białą.

WÓJT

Kościół?...

BRAND

Ja większy, panie wójcie,

Pragnę zbudować.

WÓJT

Stójcie! Stójcie!

Od tego kroku, panie, wara!

Pan chce mnie skrzywdzić, pan się stara

Podejść mnie dzisiaj! Plan mój gotów,

Żąda pośpiechu! Pan obrotów

Używasz moich, by me strzały

Gdzieś w pustym wietrze się rozwiały...

Nie! pókim żywy... ku mej zgubie...

BRAND

Ulegać nigdy ja nie lubię.

WÓJT

Pan musisz ulec! Buduj sobie.

Panie, mój areszt, on na dobie,

Mój dla zakaźnych dom! Mój panie,

Dom polityczny niechaj stanie

Przez cię — in summa121 dom wariatów!

Lecz któż się troszczy, do stu katów!

O jakiś kościół, co próchnieje!

Od lat to gnije — stare dzieje —

A przecież stoi!...

BRAND

Tak, możliwie,

Lecz dziś on stał się już za mały...

WÓJT

Nigdy me oczy nie widziały,

Aby był pełny! Ja się dziwię —

BRAND

Więcej niż jedna dusza biedna

Nie znajdzie miejsca w takiej kaźni.

WÓJT

potrząsa głową, zdziwiony

Widzę w tym dowód najwyraźniej,

Że — docierając tak do sedna

Rzeczy — potrzebny nam jest raczej

Dom dla wariatów!...

zmienia ton Nie inaczej!

Pókim żyw, kościół ten nie padnie

Rozłączyć się wszak nie tak snadnie122

Z tym, co mamy według prawa —

Mimo twych zabiegów, bratku,

Nie zbędziem się twego spadku!

Niechże na mnie czart nastawa,

Ja, by feniks123, znów odżyję

W łaskach ludu! Niech mnie diabli!

Z dłonią ja przy mojej szabli

Pójdę walczyć, jeśli czyje

Zechcą ręce tych wybrzeży

Pomnik burzyć! Niech pan wierzy:

Głaz ofiarny naszych dziadów

Stał tu kiedyś, według śladów

Dawnych sądząc, a zaś potem

Zrabowanym mężnie złotem

Kościół tutaj postawiły

Nasze ojce!... I tak miły

Dom ten boży tutaj stoi

W swej prostocie, w chwale swojej,

Czarem dawnych dni omszały.

BRAND

Lecz, co z dawnej wzrosło chwały,

Pogrzebane dziś w popiele,

Baśń li żyje — to niewiele!...

WÓJT

O to idzie! Tak jest stary

Kościół nasz, że nie do wiary:

Z dawnych ścian nie został ślad —

Lecz, gdy jeszcze żył mój dziad,

Wskazywano dziurę w ścianie,

Pozostałość...

BRAND

Dziurę?

WÓJT

Panie,

Coś jak trzy wypchane wory!

BRAND

No, a ściana?

WÓJT

Owej pory

Już nie było jej na świecie!

Przeto mówią: darmo chcecie

Burzyć, księże, ten zabytek!

Czyn to, mówię, byłby wszystek

Barbarzyński, wbrew naturze,

Wprost haniebny!... Przy tym duże

Gdzież pieniądze? Głowę daję,

Że nie takie tu zwyczaje,

Iżby nasze biedne chłopy

Zabierali się w te tropy

Do swej kabzy — dla chimery124!

Wiedzą w swojej wiedzy szczerej,

Że i po co sypać grosze

Na rzecz, która się po trosze

Trzyma sama, dobrze trzyma!...

O, jasnymi trza oczyma

Patrzeć na to! Na mą grzędę

Przejdą wszyscy. Ja się będę

Śmiał, nie ty, mój księże.

BRAND

Drogo

Nie zapłaci nikt, nikogo

Do bankructwa nie przywiedzie

Nowy dom dla mego Bóstwa!

Do żebraków ja się mnóstwa

Nie ucieknę! Nie, na biedzie

Nie zbudują go me ręce —

Własne środki swe poświęcę,

Cały spadek!... Teraz, panie,

Czy masz do mnie zaufanie?

WÓJT

z załamanymi rękoma

Świat się pruje w wszystkich szwach!

Nawet w miastach takiej rzeczy

Nie zobaczy rozum człeczy;

A cóż dopiero tu — aż strach! —

Gdzie to każdy raczej grzebie

Grosz swój w ziemi, niż w potrzebie

Miałby oddać go jakowej

Na cel gminny! A pan, zdrowy

Na umyśle, całe spusty

Wręcz otwierasz, tak, kaskady

Szumne, lśniste! Nie ma rady —

Nie wyrazić tego usty —

To sen chyba! —

BRAND

Wobec swojej

Własnej duszy jam się spadku

Wyrzekł dawno...

WÓJT

Człek się boi

Wierzyć uszom... „Mój ty bratku —

Myślę sobie, gdy mnie słuchy

Dochodziły — jam niegłuchy —

Ale możeż być w istocie,

Aby ktoś poświęcał krocie

Bez istotnej swej korzyści?”

Lecz to pańska rzecz! Niech iści

Plan się pański! Ja za panem!

Z licem płomieniami zlanem

Rób pan, działaj — ja bo wolę

Spełniać cicho swoją rolę,

Spełniać ją za twym rozkazem:

Budujmy ten kościół razem!

BRAND

Pan, widzę, umiesz, panie drogi,

Skakać na cztery kute nogi!

WÓJT

Juścić, że umiem! Juścić skaczę!

Głupiec li popadłby w rozpacze!

Głupiec li stanąłby w oporze!...

Komuż ten tłum się łasić może?

Temu, co karmić, sycić woli,

Czyli też temu, który goli,

Strzyże, obdziera go ze skóry?

Do kroćset, panie! Na twe góry

Idę wraz z tobą! Twoje kroki

Wzruszenia budzą dreszcz głęboki!

Szczęście, że właśnie dziś się jawię

Na tej plebanii, boć ja prawie

Mogę powiedzieć, że beze mnie

Wszystko byłoby nadaremnie,

Że plan mój pańskie plany budzi,

A w każdym razie, że do ludzi

Przedostały się... Otóż, panie,

Jeśli na zimę kościół stanie,

Właściwie moją to zasługą.

BRAND

Aby nie wdawać się w rzecz długą

Minionych czasów tych ruinę

Należy zniszczyć...

WÓJT

wygląda

A niech zginę!

Widząc ją w świetle tym dwojakiem,

W tym śniegu świeżym, z tym majakiem

Księżycowego światła w górze,

Należy przyznać, iż nieduże

Ma prawo bytu, że, istotnie,

Zburzyć ją lepiej tysiąckrotnie.

BRAND

Czemu?

WÓJT

Za stara! Niebywały

Fakt, iżem spał tak wieczór cały!

O, tam, pod kurkiem125 krzywa belka!

Klęska nastąpić może wielka,

Wprost niebezpieczna taka dziura!

A gdzież jest styl, architektura?

Nigdzie ni śladu jakiejś sztuki!

A jakże nazwać takie łuki?

Fachowiec rzekłby: wprost okropne!

Ja się nie dziwię! Swego dopnę,

Zburzę!... Na dachu mech się ściele —

Gdzież on pamięta króla Belę?

Szacunek nazbyt tutaj wzrasta!

Chyba największy entuzjasta

Pojmie, że kojec taki — w sumie —

Istnieć nie może... Pan rozumie?

BRAND

A jeśli ludzie rzekną zgoła:

„Nie chcemy burzyć ścian kościoła?”

WÓJT

Nie zechcą inni, to ja zechcę!

Zaufaj mi pan! Mnie to łechce,

Ja całą sprawę poprowadzę,

Ślicznie ociosam i ogładzę,

Poprę gadaniem i pisaniem,

Od razu z nią na czysto staniem.

A gdy ominie mnie poparcie

Ze strony głupców, przeotwarcie

Sam się od razu z tym załatwię,

Sam chwycę topór i siekierę,

Ażeby zwalić tę ruderę;

Żonie rozkażę swej i dziatwie;

Niech wszystko robi według sił!

Nie będzie już ten straszak gnił!...

BRAND

Cóż to za ton! Mój przyjacielu,

Inak gadałeś przed niewielu

Jeszcze chwilami.

WÓJT

Owszem, owszem,

Być wielostronnym jest czymś zdrowszem —

Tak uczy ludzkość! Rzeknę jeszcze,

Iż prawdą jest, co mówią wieszcze,

Że duch dostaje skrzydeł, słowy

Mówiąc innymi, że gotowy

Bywa do lotu — znaczy: może

Latać... Adju126! Chrońże was, Boże!

bierze kapelusz

Ja ku mej bandzie...

BRAND

Jakiej?

WÓJT

Ano,

Przychwyciliśmy dzisiaj rano

Na końcu wioski — cóż pan rzecze? —

Bandę cyganów! Ćmy człowiecze,

Straszne brzydale, wszystko w kupie,

Jak skrępowany drób, w chałupie

Leży sąsiedniej; lecz kto zgadnie,

Czy dwóch lub trzech się nie wykradnie? —

BRAND

Przecież już wilię oddzwoniono.

WÓJT

Kłopot nam sprawia plemię ono,

Choć w pewien sposób — niech pan wierzy —

Do naszej gminy też należy —

śmieje się

Nawet do pana!... Chcesz zagadki?

Masz pan od razu takie kwiatki:

Są oto ludzie, co istnieją

Dzięki tym właśnie, dzięki którym

I pan istniejesz; a zaś wtórym

Znowu zawrotem, spraw koleją,

Istnieją przez to, że z plemienia

Są znów innego... Czy ocenia

Pan tę zagadkę?

BRAND

potrząsa głową

Pusta praca...

Tyle zagadek!... Człowiek maca,

A wszak nie może dojść do celu!

WÓJT

Lecz ta jest właśnie jedna z wielu,

Które odgadnąć nie tak wściekle

Trudno... Słyszałeś pan o piekle,

Jakie miał jeden z naszych ludzi?

Ciekawość może w panu wzbudzi,

Że człek ten, zresztą całkiem tęgi,

Od matki pańskiej dostał cięgi.

BRAND

Jak to?

WÓJT

Wysoko panicz godził:

O rękę matki twej zachodził,

O rękę panny przebogatej,

No, i, jak mówią, dostał baty,

Panna posłała go do diabła,

I cóż on robi? Ot, osłabła

W nim wszelka sprawność: bez rozumu

Do cygańskiego przystał tłumu,

Wziął z nich kobietę i przed skonem

Krew swą zostawił w zatraconem

Gnieździe tych czartów, no, i wiecie,

Po nierządnicy, po kobiecie

Tego szaleńca, na nas żywa

Przeszła pamiątka i we znaki

Wciąż się nam daje...

BRAND

Któż to taki?

WÓJT

Pan znasz ją: Gerda się nazywa.

BRAND

głosem stłumionym

Gerd!

WÓJT

wesoło

Ano, masz pan tę zagadkę!

Wcale nietrudne rozwiązanie:

Krew jego żyje przez to, panie,

Że człek ten kochał waszą matkę,

Gdyby nie była mu tak miła

Ta, która pana porodziła,

Nie byłby spłodził on tej dziewki...

BRAND

Powiedz mi, wójcie, w jaki sposób

Zbawić ich dusze?

WÓJT

Dla tych osób —

O, to bynajmniej nie przelewki! —

Nie ma ratunku! Pozostały

Dla nich jedynie kryminały...

Chcąc dla nich oko mieć łaskawe,

Czartowi odebrałbyś strawę,

Bez której on, przeklęty czart,

Niewiele chyba byłby wart!

BRAND

Na myśli miałeś pan budowy,

Zbawienia bliźnich plan gotowy...

WÓJT

Ledwie-m go wniósł i, widzi pan,

Już wycofany ten mój plan.

BRAND

A może da się przeprowadzić?

Warto byłoby się naradzić.

WÓJT

z uśmiechem

Cóż to za ton?! Mój przyjacielu,

Inak łajałeś przed niewielu

Jeszcze chwilami...

klepie go po ramieniu Próżna praca —

Nikt tu już z grobu nie powraca,

Stanowczość męża jest ozdobą.

Adju! Nie będę dłużej sobą

Zajmował pana. W drogę! Jazda!

Do swego drobiu! Trzeba gniazda

Doglądnąć nieco — rozrzucone!

Adju! Pozdrowić proszę żonę!

odchodzi

BRAND

po chwili głębokiej zadumy

Bezkreśna wina, gdzie li okiem

Rzucę w przestworzu tym, szerokiem.

Strasznie się wikła losów przędza:

Wszędzie się krzewi grzechów nędza,

Grzech i plon grzechu w dzień dzisiejszy

W związek się łączą najstraszniejszy,

Ażebyś wiedział, jak się w jedno

Zlewa z bezprawiem prawa sedno.

podchodzi ku oknu i patrzy długo w dal

Niewinne jagnię, skarbie rzadki,

Padłoś przez upór mojej matki....

Duch jakiś błędny, synku drogi,

Zniósł nam płomienną moc przestrogi

Od Tego, który, nad chmurami

Tron mając górny, włada nami...

Kazał przeznaczeń rzucić kości...

A ten nieszczęsny duch ciemności

Rodzi się tylko dzięki temu,

Że matka ma uległa złemu.

I oto Bóg z owocu winy

Uczynił wagę tej godziny

Dla praw i ustaw — i wraz żenie127

Grom swój aż w trzecie pokolenie.

cofa się przerażony od okna

Spełnij się, prawo! Tak chcą nieba...

Nasamprzód szale zrównać trzeba!

Gotowość li ofiary wznosi

Języczek wagi! Nie wygłosi

Wyrazu tego świat; dziś dziatwa

Ludzka ten wyraz znać się lęka!

chodzi długo po izbie

Modlić się? Modlić? Rzecz to łatwa —

Stara na ogół to piosenka —

Zna ją bogaty i ubogi!

Gdy grom na ludzkie sieje drogi

Swą błyskawicę, na kolana

Padają wszyscy, by u Pana

Nieznanych torów żebrać łaski!

O pośrednictwo Chrysta wrzaski

Czyni się wielkie, pod niebiosy

Wznoszą się ręce, płyną głosy,

Wszyscy się modlą kornie, czule,

Choć wszyscy grzęzną w zwątpień mule.

Ale to dla nich wszystko jedno!

Jeżeli w tym zagadki sedno,

To i ja silnie pukać mogę

Do Władcy, który wzbudza trwogę.

milknie i popada w zadumę

Przecież, gdy Alfa wziął mi k sobie,

Kielich goryczy przy tym grobie

Kiedy mi wypić kazał do dna,

Gdy warga matki, w boleść płodna,

Nie mogła z wargi swej dzieciny

Wydobyć śmiechu — tej godziny

Cóż się to działo? Czyż ja wtedy

Nie łagodziłem swojej biedy

Balsamem modłów? Skąd ta siła

Oszołomienia, słodka, miła,

Co, niby sfer muzyka, rwała

Duszę mą k niebu?... Skąd ta cała

Jasność, te żary przenajświętsze,

Przenikające moje wnętrze?

Czym się nie modlił? Tak, w tym dzikiem

Nieszczęściu któż był spowiednikiem

Mojego serca? Któż lekarzem

Był mojej rany? Któż w tym wrażem

Cierpieniu moim wlał mi moc,

Moc wyrzeczenia?... Straszna noc

Pokrywa wszystko! Gdzie, ach, gdzie mi

Szukać światłości?!... Na tej ziemi

Jedno li jest, mające oczy,

Co widzą nawet w ślepej mroczy.

wola z lękiem

Światła, Agnieszko! Niech ukoi

Światło mnie, żono, z ręki twojej!

Światła!....

Agnieszka otwiera drzwi i wchodzi z płonącymi świecami. Jasna smuga światła pada na izbę

AGNIESZKA

O mężu mój! Azali

Nie widzisz, jak się światło pali,

Światło wilijne? Patrz, te świece — —

BRAND

po cichu

Światło wilijne!...

AGNIESZKA

stawia świece na stole

Długo trwało?

BRAND

Nie! Nie!

AGNIESZKA

Ty ziębniesz — o, za mało

Ognia... poczekaj, wnet rozniecę.

BRAND

silnie

Nie!

AGNIESZKA

z uśmiechem

Duma taka w sercu-ć gości,

Nie chce ni ciepła, ni światłości...

dokłada do pieca

BRAND

przechadza się po izbie

Hm! Nie chcę!...

AGNIESZKA

sprzątając w izbie, spokojnie do siebie

Świece tu postawię.

W zeszłorocznego wieczór święta

Jak on podnosił swe rączęta

Ku jasnym świecom, jak on, prawie

Ginąc z podziwu, pytał: „Mamo,

Czy to jest słońce?”...

odstawia nieco świecznik Ach, to samo

Światło dziś płynie tam, za ściany,

Gdzie leży synek mój kochany,

Śle pozdrowienie mu przez szyby

Z tej jasnej izby, którą oto

Musiało rzucić moje złoto;

Lecz okna, widzę, są jak gdyby

Mgłą też przyćmione... Mam jedwabną

Chusteczkę — —

wyciera okno

BRAND

wodzi za nią oczyma i mówi cicho

Kiedyż to osłabną —

Kiedyż się skończą szały burzy

Na morzu cierpień? Już to dłużej

Trwać tak nie może! To się musi

Skończyć!...

AGNIESZKA

do siebie

Jak jasno! Mój milusi,

Spadła zasłona! Jak radośnie

Światło z tej izby k tobie rośnie!

Od razu zimna się mogiła

W przyjemny kącik zamieniła,

Abyś znów słodkie miał rozkosze.

BRAND

Co robisz, żono?

AGNIESZKA

Cicho, proszę!...

BRAND

zbliżając się do niej

Podniosłaś storę128...

AGNIESZKA

Znikł zbyt wcześnie

Sen mój!

BRAND

Utracić mogą we śnie

Siły swe ludzie bardzo dzielni!

Spuśćże to znów!

AGNIESZKA

błagalnie

Brand!

BRAND

Jak najprędzej!

AGNIESZKA

Nie bądź tak srogi! Ty!

BRAND

Spuść! Spuść!

AGNIESZKA

przywiera okiennice

Nie będzie mu już światło róść!

Teraz jest dobrze! Bóg nie będzie

Sądził mnie za to, żem w snu krótkiej

Znalazła chwili lek na smutki!

BRAND

O nie! Przenigdy! Masz w nim sędzię,

Co akta twoje pobłażliwie,

Widzisz, prowadzi, choć na niwie

Duszy twej nieraz zbyt się pleni

Chwast bałwochwalstwa!

AGNIESZKA

wybucha płaczem

Kiedyż zmieni

Twoje się słowo? Z żądaniami

Swymi czyż skończysz? Patrz, przed nami

Korona moich dni, odarta

Z liści...

BRAND

Mówiłemć: Nic nie warta

Wszelka ofiara, gdy nie cała...

AGNIESZKA

Ma była cała; nie została

Z niej ani krztyna...

BRAND

potrząsając głową

Czyż cię pchnęła

Do ofiarnego dalej dzieła?

AGNIESZKA

z uśmiechem

Żądaj!... W ubogim mym zasobie...

BRAND

Daj...

AGNIESZKA

Bierz! Cóż jeszcze oddać tobie?

BRAND

Swój ból, wspomnienie, swoją chuć

Grzesznej tęsknoty — wszystko rzuć!...

AGNIESZKA

w rozpaczy

Rwij z korzeniami! Masz! Niech bierze

Dłoń twoja serce me!...

BRAND

Za katy

Wszystko, cokolwiek dasz w ofierze,

Jeżeli żal ci będzie straty!

AGNIESZKA

przerażona

Stroma i wąska jest twa droga,

Którą prowadzić chcesz do Boga!

BRAND

Tę tylko wola zna i ceni —

AGNIESZKA

A łaska milczy?

BRAND

wymijająco

Perć129 z kamieni

Ofiarnych.

AGNIESZKA

patrzy przed siebie i mówi wzruszona

Mgły się dawne kłębią

I uciekają!... O, ty słowo

Pisma! Stoimy, patrz, nad głębią,

Która nam wiry swe roztwiera.

BRAND

Cóż to za słowo?

AGNIESZKA

Że umiera

Kto ujrzał ciebie, o Jehowo!

BRAND

chwyta ją w ramiona i silnie przyciska do piersi

Nie patrz nań! Skryj się! Masz me łono!

AGNIESZKA

Nie?

BRAND

puszcza ją

Nie! Nie słuchaj słów mych, żono!

AGNIESZKA

Brand, cierpisz!

BRAND

Kocham cię!

AGNIESZKA

Kochanie

Twe jakżeż boli!

BRAND

Nazbyt boli?

AGNIESZKA

Nie pytaj mnie się! Przy twej doli

I moja dola pozostanie!

BRAND

Jak to? Dla pustej ja zachcianki

Sercem twe porwał w moje szranki,

Precz od uciechy, od zabawy?

Dlategom kładł ten wieniec krwawy

Na twoje czoło? Chęć bezpłodna!

Jakążby wartość miał ten do dna

Wypity kielich? Żonaś moja,

Więc rozkazuję ci: swe życie

Masz oddać Panu całkowicie.

AGNIESZKA

Tak... Lecz nie odchodź ty, ostoja —!

BRAND

Wybacz! Spoczynku chce ma głowa — —

Wkrótce świątynia strzeli nowa.

AGNIESZKA

W gruz się mój kościół rozpadł stary...

BRAND

Twej bałwochwalczej jeśli wiary

Był kiedy świadkiem, niechaj ginie!

obejmuje ją jakby z lękiem

Błogosław Bóg ci — i niech ninie

I mnie swej łaski też udzieli!

idzie ku drzwiom bocznym

AGNIESZKA

Nie zgniewa cię to, Brand, jeżeli

Troszeczkę okno to uchylę?

Brand, mów, czy wolno? O, patrz, tyle...

BRAND

w drzwiach

Nie!

znika w swym pokoju

AGNIESZKA

Wszystkiego mi zabrania.

Przygwożdżone okiennice,

Łzami zlane moje lice —

Deszczu biedna pragnie kania!

Grób, niebiosa, ziemię, świat —

Wszystko by mi zamknąć rad!

Precz stąd! Precz stąd! Jak najprędzej!

W takiej pustce, w takiej nędzy

Krew ma płynąć już nie może!

Precz stąd? Oczy boże,

Ten surowy wzrok ponury,

Czyż nie śledzą tam, z tej góry,

Moich kroków? W tej rozterce

Czyż uniosę i me serce?

Czyż z milczącej mojej trwogi

Wyrwę się tam, na te drogi,

Prowadzące ku dolinie?

nasłuchuje pode drzwiami pokoju Branda

Czyta... głośno... Głos mój ginie,

Nie dociera mu do ucha!

Nie ma rady! Ach, nawet Bóg

Nie spojrzy dzisiaj na mój próg!

W ciszę zaszył się i słucha,

Jakie mu składają dzięki,

W szczęśliwości grzęznąc miękkiej,

Strojni, świetni, dzielni ludzie.

Dzisiaj wilia, dziś o trudzie

Świat zapomniał, a mnie, biednej,

Smutnej matce, ani jednej

Nie zgotujesz, srogi Boże,

Jasnej chwili!...

zbliża się ostrożnie do okna A! Otworzę

Te surowe okiennice...

Niech w posępną tę izbicę

Spłynie światło! Świec tych żary

Niech oczyszczą jego mary

Z piętna grozy!... Lecz tam syna

Mego nie ma!... O jedyna,

Słodka chwilo!... Święto dzieci!...

Czy mu Pan Bóg też poleci

Przyjść tu dzisiaj? Może stoi

W tej koszulce białej swojej

Poza ścianą? Do okienka

Może puka jego ręka?

Jakby jakieś ciche łkanie!...

Alfie, słodkie me kochanie,

Jakżeż ja otworzę tobie?

Cóż ja, dziecko moje, zrobię,

Kiedy ojciec zamknął pokój!

W posłuszeństwo ty się okuj,

Przecież nam go słuchać trzeba —

Wróć do nieba! Wróć do nieba!

Tam jest radość, tam rówieśni

Jasne ci zanucą pieśni!

Tylko nie daj płynąć łzom,

Nie mów, że on zawarł130 dom,

Kiedyś przyszedł ujrzeć nas.

Małym dzieciom snać nie czas

Wiedzieć o tym, jaką drogą

Ludzie wielcy chodzić mogą!...

Powiedz, że weń jakby grom

Snać uderzył i że siłę

Zabrał jego wszystkim tchom!

Powiedz, że te listki miłe

Sam on zbierał, zeszedł las,

Że z tych leśnych niespodzianek

On sam uplótł ci ten wianek....

nasłuchuje, popada w zadumę i potrząsa głową

Ach! Ja marzę!... Inna ściana

Dziś nas dzieli, zbudowana

Z większej prawdy... Wprzódy ona

Zginąć musi, spopielona

W wielkim czyśćcu! Gmach ponury...

Wprzód się muszą rozpaść mury,

Prysnąć zamki, wprzódy święcie

Muszą z kaźni bram pieczęcie

Odpaść wszystkie — — tyle, tyle

Musi jeszcze legnąć w pyle,

Nim zobaczym się oboje!

Chcę wytężyć siły swoje,

Ziemię na tę życia grzędę

Do ostatka znosić będę,

Będę twarda, będę chcieć!

Ale dzisiaj — Boże, świeć! —

Mamy wilię... Prawda, tak!

Najlepszego dzisiaj brak!

O, radości! O, rozkosze!

Ja na święto to poznoszę

Wszystko, co mi pozostało

Jeszcze po nim, a co — mało

Rzec — największej jest wartości,

Którą matka li najprościej

Pojąć umie, gdy nieszczęście

Pokazało jej swe pięście.

klęka przed komodą, otwiera szufladę i wyciąga z niej rozmaite rzeczy. W tej chwili Brand otwiera drzwi i chce do niej przemówić, ale, spostrzegłszy jej zamiary, staje w miejscu, Agnieszka go nie widzi

BRAND

cicho

Grób i grób! Wciąż cmentarz, cmentarz!!

Kiedyż ty się opamiętasz?!

AGNIESZKA

Suknia, welon, płaszczyk — strój,

W którym przyjął chrzest ten mój

Skarb najdroższy!

podnosi sukienkę do góry, przygląda się jej i śmieje się

O, jak słodka

Ta sukienka! Ma pieszczotka,

Mój królewicz, me wesele,

Był przecudny, gdy w kościele

Siedział ze mną! A tu, oto

W kabaciku tym me złoto

Po raz pierwszy, gdy rok miało,

Na powietrze się wybrało!

Był za długi, prosto z igły,

Ale bąk mój, lotny, śmigły,

Wyrósł z niego prędko, wraz,

Jakby człowiek z bicza trzasł...

Niech tu leży!... Mój jedyny!...

Rękawiczki!... Pończoszyny!...

Tak, pończoszki!... Tu na głowę

Jest nakrycie, tak, zimowe,

Czysty jedwab, lśni się, świeci,

Żaden pył go nie obleci!

Tu do drogi różne szmatki;

Kazał ojciec, ręce matki

Zakutały w nie dziecinę!

Zdało mi się, że już ginę,

Tyle było tu roboty

Z odwijaniem!....

BRAND

załamując ręce

Już nie zdzierżę!

Czyż i tej ma się w ofierze

Zbyć pociechy? Dosyć już!

Na innego jarzmo włóż,

Zelżyj, zelżyj, Boże wielki!

AGNIESZKA

Jakieś plamy! Czyż kropelki

Łez mych kiedy padły na to?

O, jak strojno! Jak bogato!

Łzą sperlone, bólem zmięte —

Blaski na nie rozlał święte

Straszny wybór!... Z dnia ofiary

Płaszcz królewski!... Odpędź mary,

Pocieszże się, serce trwożne,

W męce jeszcze mienne131, możne!

gwałtowne pukanie do drzwi, Agnieszka odwraca się z krzykiem i spostrzega równocześnie Branda. Drzwi się otwierają z trzaskiem; Kobieta w podartym ubraniu, z dzieckiem na ręku, wchodzi pośpiesznie do izby

KOBIETA

spostrzegłszy ubrania dziecięce, woła do Agnieszki

Dziel się ze mną do ostatka,

Ty, bogata, można matka!

AGNIESZKA

Dziesięćkrotnie tyś bogatsza!

KOBIETA

Nie jesteś od innych rzadsza —

Puste słowa tu, jak wszędzie!

BRAND

Czego chcesz tu? Powiedz, powiedz!...

KOBIETA

Z tobą, klecho, nic nie będzie!

Na siekący ten lodowiec,

Na ten mroźny wichr pośpieszę,

A nie poddam ucha klesze!

Lepsze dla mnie morskie fale,

Lepsze gnicie gdzieś na skale,

Niż ta klesza mowa wściekła,

Co zapędza mnie do piekła!

Mojaż wina, że — do czarta! —

Tylem warta, com jest warta?!

BRAND

po cichu

Głos ten, twarz ta — nie, na Boga! —

Przeczuć idzie ku mnie trwoga!

AGNIESZKA

Spocznij, jeśli tracisz władzę,

Jeśliś głodna, ja zaradzę.

KOBIETA

Nam nie wolno, my, Cyganie,

Mamy dom swój, swe mieszkanie

Nie tam, gdzie się dobrze dzieje!

Dziuple, drogi, wierchy, knieje

To cygańskie są pałace!

W ciepłej izbie, przy kominie

Innym wszelka troska ginie.

Za dużo już czasu tracę,

A tam przecie, jak psi dzicy,

Gonią wójt mnie i ławnicy —

Chwycą i oddadzą straży...

BRAND

Tutaj nikt się nie odważy.

KOBIETA

Tutaj, gdzie mnie dach i ściany

Więżą, gniotą? Nie, kochany,

Lepiej nas tam wichr ugości!

Jeno132 strzępek sukienczyny

Dla maleństwa!... Ot, psie syny!

Ten mój starszy w swej podłości

Rodzonemu bratu skradł

Zdarty łachman, stary szmat,

Którym ja ten nędzny płód

Owijała!... Patrz, jak lód

Zimne, sine te nóżęta,

Skóra do cna wiatrem ścięta!

BRAND

Odstąp nam to biedne dziecię;

Z tobą ono zginie przecie!

Niech cię dola jego wzruszy —

Klątwa spadnie z jego duszy!...

KOBIETA

Nie! Ty o tym wiesz najlepiej,

Że nikogo się nie czepi

Cud podobny, że nikomu

Zrobić tego się nie godzi!

Wojna światu, co, jak złodziej,

Dziecko me pozbawił domu,

Z praw je odarł! Wiesz ty, księże,

Jak się plemię takie lęże?

Rodzą ci się takie smyki

Pośród tańców, pijatyki,

Na przyrówkach, gdzieś przy drodze...

Węglem, panie, ja niebodze

Krzyż znaczyłam na tym czole,

Ochrzciłam go w brudnym dole,

Podałam mu wódki flaszę —

Oto masz uciechy nasze!

A, gdy mi się to ulęgło,

Pół się bandy wraz rozprzęgło:

Kłótnie, sprzeczki, bójki, wrzawy —

Wiedź ich, Boże, do poprawy! —:

Gdzie jest ojciec... gdzie... ojcowie!

O!...

BRAND

Agnieszko!

AGNIESZKA

Co mi powie —?

BRAND

Obowiązek spełnij swój!

AGNIESZKA

przerażona

Jak to? Tej! Przenigdy!

KOBIETA

Uj!

Daj, co masz! Ja wszystko biorę:

Jedwab, łachman! W taką porę

Dobre mi jest to i tamto!

Wszak ci szych133 to! Wszak ci kram to,

Lecz ma rozgrzać dziecka krew,

Przelać żar do zmarzłych trzew!

Ma dziś koniec być sierocie,

Niech umiera! Tylko w pocie,

A nie w lodzie!

BRAND

do Agnieszki

Słuchaj! Boże

Mówią znaki!

KOBIETA

A czy może

Skrzywdzisz tym własnego chłopca?

Nie! Więc niechże z rąk twych obca

Ma dziś dusza suknię życia,

Śmiertelnego kęs nakrycia!

BRAND

Biada, kto się bronić śmiał,

Gdy mu serce w górę rwał

Obowiązku święty szał!

KOBIETA

Daj! Daj!

AGNIESZKA

Znaczy — o zakało! —

Zelżyć, zhańbić drogie ciało!

Obdzieranie trupa!

BRAND

Na nic

Trud ofiarny, gdy bez granic,

Na nic dziecka śmierć!... W pamięci

Miej to dzisiaj...

AGNIESZKA

złamana

Niech się święci

Wola twoja! Pękaj, łono,

Na nic cały ból twój pono!

Więc, kobieto, gdy inaczej

Już nie mogę — Bóg wybaczy —

Podzielmy się tym, co bywa...

KOBIETA

Dawaj! Dawaj! Jakom żywa!

BRAND

Dzielić, żono? Dzielić?

AGNIESZKA

Prędzej

Śmierć mnie wyrwie z mojej nędzy,

Niż dam więcej. Nie okradaj

Mnie z wszystkiego! Mężu, gadaj:

Cóż, jeśli jej pół udzielę?

BRAND

Było-ż wszystko to za wiele,

Kiedyśmy to kupowali

Swemu dziecku?...

AGNIESZKA

dając kobiecie jedną sztukę za drugą

Dalej! Dalej!

Oto tutaj płaszczyk jest,

W którym on przyjmował chrzest...

Masz; kabacik, szarfę, suknię!

Ciepłe to w każdziutkim włóknie,

Dobrze chroni w czasie burzy.

Masz czepeczek, niech ci służy!

Masz pończoszki — na mróz srogi

Można już w tym iść bez trwogi...

Weź ostatnie te rupiecie...

KOBIETA

Dawaj! Dawaj!

BRAND

Lube dziecię,

Dałaś li już tej niewieście

Wszystko? Wszystko?

AGNIESZKA

daje dalej

Masz tu wreszcie

Koronacyjny płaszcz z tej chwili,

Gdyśmy dziecko swe stroili

Na ofiarę...

KOBIETA

Nic już więcej

Tu nie widzę!... Wszystko moje!

Jeno — do kroćset tysięcy! —

Że ja się tu wójta boję!

Tam, na schodach go przystroję,

Potem — ile starczy nóg!...

znika

AGNIESZKA

stoi chwilę w wewnętrznej rozterce; w końcu pyta

Brand, odpowiedz: czyżbyś mógł

Chcieć coś jeszcze?

BRAND

Mów ty wprzód,

Czy też chętny duch cię wiódł

K tej ofierze strasznej, trudnej?

AGNIESZKA

Nie!

BRAND

Więc majak to był złudny —

Niespełnione jest żądanie.

chce odejść

AGNIESZKA

milczy, dopóki nie doszedł do drzwi, potem woła

Brand!

BRAND

Cóż jeszcze?

AGNIESZKA

Niech się stanie!

Ja skłamałam! Oszukałam

Cię o jedno! Nie oddałam,

Widzisz, mężu, ostatniego...

Oparłam się...

BRAND

Powiedz, czego?

AGNIESZKA

wyciąga z zanadrza złożoną czapeczkę dziecięcą

Jednegom nie poświęciła!

BRAND

A to jest?

AGNIESZKA

Ach, łzy me piła!

Krwawym potem przepojona

Strasznej nocy, dotąd ona

Leżała na sercu mym!

To me szczęście, to mój raj!

BRAND

Trwajże dalej, trwajże w złym,

W mocy swych bałwanów trwaj!

chce odejść

AGNIESZKA

Stój!

BRAND

A czego?

AGNIESZKA

Ty wiesz o tem.

podaje mu czapeczkę

BRAND

zbliża się do niej i pyta, nie biorąc

Z wolą?

AGNIESZKA

Z wolą!

BRAND

bierze czapeczkę

A więc lotem

Stąd najszybszym, bo inaczej

Zgubi siebie w swej rozpaczy.

odchodzi

AGNIESZKA

Nić ostatnią, co mnie z ziemi

Prochem wiąże, surowemi

Targa dłońmi.

stoi chwilę bez ruchu; powoli wyraz jej twarzy przybiera cechy promienistej radości. Brand wraca; ona rzuca mu się rozradowana w objęcia i woła

Wolna jestem!

Brand, jam wolna! Wolność mieszka

W mojej duszy! Tak!

BRAND

Agnieszka!

AGNIESZKA

Jakby za cudownym gestem

Pierzchło wszystko! Wszystkie grozy,

Co strasznymi mnie powrozy

Krępowały, pchały w mroki,

Już w czeluści są głębokiej!

Zwyciężyłam w walce woli!

Już wylane łzy mej doli,

Już rozpierzchły się me chmury!

Ponad śmierci wał ponury

Strzela wieczna ranna zorza!

Rola boża! Rola boża!

Błędne światło żadnej duszy

Już mnie k temu nie poruszy,

Bym winiła cię, cmentarna

Rola boża! Trosko marna!

Alf mój w niebie! Alf mój w niebie!

BRAND

Teraz już przemogłaś134 siebie!

AGNIESZKA

Tak, przemogłam! Rzec to mogę:

Grób przemogłam, grozę, trwogę!

Alf się znalazł! Ku przezroczy

Niechaj spojrzą twoje oczy:

Stamtąd, kędy tronu stopnie,

Jak radośnie, jak pochopnie135

Ręce on wyciąga k nam,

Zbudzon znowu — o, patrz, tam!

Choćbym miała tysiąc głosów,

Nie chciałabym cię z niebiosów

Odwoływać, synku mój!

Jakiż to mądrości zdrój:

Drogi klejnot mi zabrawszy,

Uratował najłaskawszy

Bóg mą duszę — dzięki! dzięki! —

Od niechybnej śmierci! Z ręki

Wzięłam jego skarb ten na to,

By go stracić — słodka strato,

Ty, co rwiesz nas ku weselu

Niebiańskiemu!... Przyjacielu,

Tyś wspomagał mnie w tym boju!

Byłam świadkiem tego znoju,

Widziałam go!... Teraz, ninie

Sam w wyboru ty dolinie

Stoisz, teraz sam u siebie

Szukaj wsparcia w tej potrzebie.

Wobec swego — twe to hasło —:

Wszystko albo nic!...

BRAND

Nie zgasło

Jeszcze w tobie walk zarzewie?

Cóż to znaczy?... Boje nowe?

AGNIESZKA

Kto zobaczył raz Jehowę,

Umrzeć musi! Zali nie wie

Duch twój o tem?

BRAND

cofa się

Gorze! Gorze!

Jakież ty mnie znów w tej porze

Niesiesz światło? Nie! Nie kłamię —

Dobrze znasz me silne ramię,

Więc nie rzucaj mnie, o luba!

Niech największa na mnie zguba

Spadnie dzisiaj! Niech ode mnie

Pójdzie wszystko! To daremnie;

Nie odczuję żadnych strat...

Lecz bez ciebie — jam już padł!...

AGNIESZKA

Masz, wybieraj, coć się zdaje!

Otoś wkroczył na rozstaje!

Zgaś to światło, a w tej chwili

Upiór znowu się wychyli.

Wigilijne zgaś gromnice —

Widzisz w progu jego lice?

Do niebiańsko ślepych chwil

Daj mi znów odnaleźć drogę!

Sil się mnie odepchnąć, sil,

Ja znów w pył ten upaść mogę,

W którym rosły moje winy!

Zmień mnie, mężu! Tej godziny

Wszystko zdołasz!... Przeciw tobie

Cóż... ja, mężu, dzisiaj zrobię?

Ścięgna skrzydeł mych rozpołów,

W żyły moje przelej ołów,

Dłonią zegnij mnie tą samą,

Którąś mnie ku górnym bramom

Chciał podnosić; żyć w twej mocy

Każ mi tak, jak żyłam, w nocy

Wijąc się w posępnym mroku!

Chcesz i możesz to, przy boku

Twym zostanę, twoja żona!...

Masz, wybieraj, coć się zdaje —

Otoś wkroczył na rozstaje!

BRAND

Wybór dla mnie — rzecz spełniona!

AGNIESZKA

rzuca mu się na piersi

Dank136 za wszystko! Tak i za to!

O, jak wiernie, jak bogato

Pomagałeś mnie, niewieście!

A, gdy zbliży się nareszcie

To, co los przeznaczył dla mnie,

Ty mnie wesprzesz — tak, niekłamnie!

BRAND

Śpij! Na moim ty zagonie

Zakończyłaś już swą pracę!

AGNIESZKA

Tak... I nocne światło płonie.

Z walki tej już siły tracę...

Umęczona-m już bez miary!

Ale lekkie boże kary!

Brand, dobranoc!

BRAND

Dobrej nocy!

AGNIESZKA

Dobrej nocy!... Twej pomocy

Dank!... Za wszystko dank!... Czas spać!

odchodzi

BRAND

przyciska ręce do piersi

Ty wiernością, serce, płać

Swemu Stwórcy! Miej na względzie

Najwyższego zawsze sędzię!

Ten zwycięża, kto się zrzeka

Strata zyskiem znów dla człeka!

Wiecznie będzie żyło w Tobie

Tylko to, co legło w grobie!

KONIEC AKTU CZWARTEGO.

Akt piąty

Półtora roku później.

Kościół nowy, całkiem gotów, przystrojony na poświęcenie. Tuż obok niego płynie potok. Wczesny, mglisty poranek. Kościelny, zajęty wiązaniem girland dla umajenia kościoła. Wkrótce potem zjawia się Bakałarz.

BAKAŁARZ

Ej! Już na nogach?

KOŚCIELNY

Czas największy!

Nim człowiek wszystko to upiększy —

O, tym szpalerem pójdzie rzesza.

BAKAŁARZ

I przed probostwem coś się wiesza,

Coś, ujętego w krągłe ramy —?

KOŚCIELNY

Tak jest.

BAKAŁARZ

A cóż to?

KOŚCIELNY

Urządzamy

Tarcz honorową — jego imię

Ma być na tarczy...

BAKAŁARZ

Tak, olbrzymie

Życie dziś we wsi — tak — w zatoce

Od białych żagli się migoce!

Pełne są ludzi wszystkie drogi!

KOŚCIELNY

Kto żyw, na równe powstał nogi —

Za czasów jego poprzednika

Nikt tu, bywało, tak nie bryka!

Spokój i zgoda dookoła,

Człek spał i sąsiad spał — a zgoła

Nie wiem, co nadto ma być zdrowszem.

BAKAŁARZ

Życie, mój drogi, życie!

KOŚCIELNY

Owszem!

Lecz nam to przecie krwi nie mąci —

Są ci przyczyny jakie.

BAKAŁARZ

Są ci:

Harowaliśmy, miły bratku,

Póki spał sąsiad; na ostatku

Sąsiad się zbudził, więc w tej chwili

Myśmy się do snu utulili —

Czynnych nas nie chce widzieć świat...

KOŚCIELNY

Żyć — czyż to mądrzej? Chciałbym rad

Coś wiedzieć o tym?

BAKAŁARZ

Tak powiada

Proboszcz wraz z Brandem — trudna rada!

I ja tak myślę, boć w ten sposób

Godzę się, wiesz, z ogółem osób.

Nam pasterskiego listu trzeba,

Nic tak jasnego, jak te nieba,

Słońce, czy księżyc... Tak niech będzie,

Że my, siedzący na urzędzie,

Mamy powinność stać na straży

Cnej moralności, cnych ołtarzy,

Cnej naszej wiedzy, w wielkiej cenie

Mieć skrupulatność i sumienie,

By nie ulegać namiętności —

Ot, mówiąc krótko, między nami:

Musimy stać nad stronnictwami.

KOŚCIELNY

Juści o naszym jegomości

Tego nie powiesz —

BAKAŁARZ

O to chodzi,

Że stać powinien nasz dobrodziej!

Widzą to jego przełożeni.

Gdyby nie to, że lud go ceni,

Już by mu dawno laufpas137 dali...

Ale on wie, skąd wietrzyk wieje,

Zna dobrze świat i jego dzieje,

Świadom, na jakiej płynąć fali,

Buduje kościół... U nas, bracie,

Od razu wszystkich w garści macie,

Gdy coś czynicie. Co się czyni,

To obojętne: my jedyni

Na to, by czynić to lub owo,

Byleby czynić. Dziejów słowo

Powie zapewne w późny czas,

Że ludzie czynu byli z nas.

KOŚCIELNY

Wy, coście byli w parlamencie,

Znacie nasz ludek; ale święcie

Mówię, że ktoś, co, naszą ziemię

Obszedłby z rana, gdy się plemię

Obudzi ze snu, ot, w te tropy

Rzekłby, że dzielne są z nas chłopy,

Że my, lud śpiochów, w jednej chwili

W lud ślubowników się zmienili...

BAKAŁARZ

Juści nasz lud jest wielce skory

Do ślubowania, każdej pory

Ślubować gotów, lud głęboki

Takie w postępie robi kroki,

Że śluby mają w nas tłumaczy

Niby z urzędu...

KOŚCIELNY

A co znaczy

Taki ślub ludu? Człek uczony,

Możecie mi to z każdej strony

Jakoś wyjaśnić...

BAKAŁARZ

Co — ślub ludu?

Na wyjaśnienie trzeba trudu,

Choć łatwo dowieść, że istnieje —

Ślub — to jest coś, w czym przez ideę

Wspólną zapala się nasz lud,

Chce, by go ślub do czynu wiódł —

W jego przyszłości notabene138...

KOŚCIELNY

No, tak! Rozumiem... Lecz za cenę

Chciałbym dowiedzieć się wszelaką,

W którym też roku my na taką —

Jakby to mówić...?

BAKAŁARZ

Prosto z mostu!

KOŚCIELNY

Ano więc, mówiąc tak po prostu,

Kiedy na przyszłość my takową

Liczyć możemy, w którym czasie? ?

BAKAŁARZ

Nigdy!

KOŚCIELNY

Co? Nigdy?

BAKAŁARZ

Nigdy! Ma się

Rzecz bowiem w sposób osobliwy,

Że, gdy się zjawi na te niwy

Przyszłość, już rzeczą nie jest nową,

Nie jest przyszłością już! Nie! W gości

Przyszedłszy k nam, teraźniejszości

Przybiera postać!...

KOŚCIELNY

Juści, juści!

Jeno niech jeszcze parę puści

Twa mądra warga, kumie luby,

Kiedy się w prawdę takie śluby

Zamienić mogą?

BAKAŁARZ

Powiedziałem,

Że ślubów takich ideałem

Bywa li139 przyszłość, więc obwieszczę:

W przyszłości...

KOŚCIELNY

Tak, lecz powiedz jeszcze,

Kiedy jest tedy przyszłość owa?

BAKAŁARZ

po cichu

Otóż kościelny!... głośno Czyż od nowa

Mam znów powtarzać, mocny Boże,

Jako przyszłości być nie może,

Bo, gdy się zjawi, już jest po niej!

KOŚCIELNY

Hm! Hm!!...

BAKAŁARZ

W pojęciu każdym chroni

Jakiś się wybieg, tu atoli

Nie ma wybiegu — pan pozwoli —

Przynajmniej dla tych, którzy więcej

Liczyć umieją, niż dziecięcy,

Ograniczony mózg!... Tak, śluby

To są smalone, widzisz, duby,

To w gruncie rzeczy szczery kłam,

Choć nawet wierzy w nie ten sam,

Który je składa... Dotrzymanie

Bywało dotąd, drogi panie,

Li uciążliwe w oczach ludzi...

Lecz mnie się zdaje, że się trudzi

Człowiek daremnie: to wyniki

Proste dla tych, co się logiki

Jeszcze nie zbyli — ale o tem

Potem!... Ot, tak jest z tym żywotem!

Powiedźcież mi...

KOŚCIELNY

Pst!

BAKAŁARZ

Cóż to?

KOŚCIELNY

Cicho!

BAKAŁARZ

Gra na organach jakieś licho.

KOŚCIELNY

On.

BAKAŁARZ

Pleban?

KOŚCIELNY

Tak.

BAKAŁARZ

A cóż plebana

Przygnało tutaj już tak z rana?

KOŚCIELNY

Coś mi się widzi, że on wcale

Nie był dziś w łóżku...

BAKAŁARZ

Hm! hm!

KOŚCIELNY

Ale

Źle się to skończy! Niedaremnie

Ja to powiadam! Coś tajemnie

Jakby go gryzło! Tak osowiał

Ksiądz nasz!... Od czasu, gdy owdowiał,

Coś tłumi w sobie, lecz niekiedy

Wybucha wszystko w nim i wtedy

Grywa... Słuchajcie! Zda się, wiecie,

Że opłakuje żonę, dziecię!

BAKAŁARZ

Prawie odróżnić można głosy —

KOŚCIELNY

Jeden się skarży snać140 na losy.

Drugi pociesza...

BAKAŁARZ

Moi mili,

Wzruszyć bym gotów się tej chwili.

Ale nie wolno...

KOŚCIELNY

Tak, gdyby to

Nie urzędnicze nasze myto141...

BAKAŁARZ

Człek skrępowany, na urzędzie

Ma godność stanu wciąż na względzie.

KOŚCIELNY

Do diabła z tą kłamliwą wiedzą:

W gardle mi głupie księgi siedzą!

BAKAŁARZ

Ta cała mądrość — niech ją czarci! —

Czuć choć raz w życiu!... Cóż my warci?!

KOŚCIELNY

Nikt nas nie widzi — przeto szczerze

Mówię ci: czujmy!...

BAKAŁARZ

Znaczyłoby,

Że takie ot, jak my, osoby

W ludowej się walają sferze.

A nauk księdza sens jest taki,

Tak głoszą ciągłe jego pieśnie,

Iż zaszczyt nie jest na dwojakiej

Drodze: nie można równocześnie

Być urzędnikiem i człowiekiem!

Dowodów tego nie w dalekiem

Szukać nam miejscu: w panu wójcie

Dobry masz przykład.

KOŚCIELNY

Co? W nim?

BAKAŁARZ

Stójcie!

Kiedy papierów wielką moc,

Całe archiwum — ocalono...

KOŚCIELNY

O, to był pożar!... Straszna noc!...

BAKAŁARZ

Tak, tak, powiadam, że niepłono142

Pracował wójt nasz! Za dziesięciu

W tym ratunkowym przedsięwzięciu

Starczył ten człowiek. Lecz w komorze,

Jak gdyby diabeł miał swe łoże,

Baba, zoczywszy to, niezwłocznie

Straszliwe wrzaski wszczynać pocznie:

„Czart na cię czyha! Niech cię wzruszy

Zbawienie własnej twojej duszy!”

„Co mi zbawienie!!! — tak się wściekle

Odgryzie wójt nasz — zgniję w piekle,

Ale archiwum to ocalę!”

W takim to wówczas on zapale

Brał się do dzieła; człek morowy

Od stóp, powiadam ci, do głowy,

To też za dzielne swoje czyny

Sowite zbierze on wawrzyny,

Nagrodzon będzie przebogato.

KOŚCIELNY

Gdzie?

BAKAŁARZ

Ano w raju — dajmy na to:

W raju szlachetnych wójtów...

KOŚCIELNY

Mądry

Mój przyjacielu!...

BAKAŁARZ

Co się dzieje?

KOŚCIELNY

Jakowyś czas fermentu dnieje

Poza mądrymi słów twych jądry143

Że my żyjemy dziś w fermencie,

Tego dowodem jest pęknięcie

Świata, jak gdyby na dwie części...

Młodzi przeciwko starym pięści

Groźne podnoszą...

BAKAŁARZ

Juści, juści!

Co stare musi do czeluści

Schodzić grobowych! — To, co zgniło,

Staje się strawą, że aż miło,

Dla świeżych bytów! Świat się rzuca,

Bo mu gorączka trawi płuca;

Powietrza trzeba naszej krtani,

Inaczej — myśmy pogrzebani!

W fermentach nurza się nasz wiek,

Czuje to dziś najlichszy człek.

Z chwilą, gdy stary kościół padł,

W posadach jakby zadrżał świat,

Grunt utraciło pod nogami

To, co dotychczas władło nami.

KOŚCIELNY

Milczenie padło na nasz lud...

„Zburzyć!” tak krzyczał ci on wprzód,

Ale niebawem zmiękł. Od razu

Uczuł, jak gdyby ciężar głazu

Na swoich piersiach — tak, w te tropy

Zaczęli szemrać nasze chłopy,

Że nie zastąpi nic tej straty.

Koniec wszystkiego! To wiedziano

I zawołano w pewne rano,

Że się starego tego domu

Nie wolno było tknąć nikomu.

BAKAŁARZ

Ale dawnego ducha brzemię

Dopóty czuło nasze plemię,

Póki by chramu144 doby nowej

Nie poświęcono należycie.

Lud nasz spode łba, chyłkiem, skrycie

Spoglądał wciąż na wzrost budowy,

Czekał na dzień, gdy w miejsce starej,

Zblakłej chorągwi, już sztandary

Powieją świeże... A, gdy wieżę,

Ujrzał rosnącą, to się szczerze

Przeląkł i umilkł — i w tej chwili

Myśmy do końca już dobili.

KOŚCIELNY

wskazuje na gromadzące się tłumy

Spójrz na te tłumy, spływające

Ze wszystkich oto stron...

BAKAŁARZ

Tysiące!

A jaka cisza!

KOŚCIELNY

Tak, a przecie

Jakby szum morza, gdy zamiecie

Rozpoczną szarpać jego łono!

BAKAŁARZ

To serce ludu, który pono

Doniosłość chwili wnet zrozumie,

W takim objawia się dziś szumie!

Zda się, jak gdyby czerń145 ta mnoga

Nowego tu obierać Boga

Przybyła dzisiaj!... Nie ma księdza?...

Coś, jakby lęk, mnie stąd wypędza —

Wolałbym w domu siedzieć sobie...

KOŚCIELNY

I ja! I ja!

BAKAŁARZ

Tak, w takiej dobie

Odnaleźć grunt swój niezbyt snadno!...

Człek coraz bardziej idzie na dno,

Broni się, męczy, no, i macie:

Znów się pogrąża.

KOŚCIELNY

Druhu!

BAKAŁARZ

Bracie!

KOŚCIELNY

Hm!

BAKAŁARZ

Więc?...

KOŚCIELNY

Zda mi się, drogi panie,

Że teraz czujem literalnie!

BAKAŁARZ

Ja nie!

KOŚCIELNY

Przepraszam, bo i ja nie!

Nikt tego w oczy mi nie palnie.

BAKAŁARZ

Czy to my baby?... Żegnam!... Szkoła

Czeka...

odchodzi

KOŚCIELNY

O, teraz to już zgoła146

Chłodną mam głowę. Trutniu stary,

Jakież oblazły cię tu mary?

Dalej! Do pracy! Złość mnie wściekła...

Lenistwo furtką jest do piekła!

odchodzi drugą stroną

gra na organach, dotąd stłumiona, urwała się nagłym, szalonym rozdźwiękiem. Wkrótce potem Brand wychodzi z kościoła

BRAND

Nie! Organy nie chcą grać!

Nie przemówią! Nic ich snać

Nie przymusi, iżby dźwięki

Popłynęły spod mej ręki!...

Każdy głos jak potargany!

Słupy, łuki, sufit, ściany

Idą na mnie — zwał olbrzymi,

Który młoty147 drewnianymi

Wszystko tłumi, przeboleśnie

Ściska, więzi moje pieśnie148,

Niby trumna zdobycz swoją!

Dźwięki już się nie zestroją;

Choć je tak wywołać pragnę,

Do posłuchu ich nie nagnę!

Głośno modły me zabrzmiały,

Rozbiły się u powały.

Jakby z rdzą przeżartych dzwonów,

Tak mi płyną, zamiast tonów,

Głuche jęki... A na chórze

Zdało mi się, że w figurze

Swojej stanął Pan Bóg sam,

Że przed sobą sędzię mam,

Co rękami straszliwemi

Przygniótł modły me do ziemi!

Poprzysiągłem, wzdyć przejęty,

Że zbuduję dom ten święty,

Nowy, wielki kościół boży!

Nazbyt ufny w swoją moc,

Harowałem dzień i noc,

Aż przybytek mój się złoży!...

Dziś mi prawie żal budowy!

Wszyscy tylko chylą głowy,

Wszyscy krzyczą: „Jaki duży!”

Czyż im większa jasność służy,

Niż mnie tutaj? Czyż me oczy

Pogrążone w jakiejś mroczy?

Czyż on duży? Śród tych ścian

Czyż pomieścił się mój plan?

Czyż te słupy, czyż te belki

Ugasiły żar ten wielki,

Ten płomienny żar tęsknoty,

Co mnie pchał do tej roboty?

Czyż ten kościół odpowiada

Tej świątyni, którą rada

Budowała dusza moja,

Iżby była w niej ostoja

Wszelkiej troski!... Brak Agnieszki!

Z nią schodziła na me ścieżki

Jakaś pewność... Jakoś prościej

Ona jasny blask wielkości

Dostrzegała nawet w rzeczy

Najdrobniejszej!... Bez jej pieczy

Czyż się skończą me wątpienia?

Ona niebios tych sklepienia

Potrafiła łączyć z ziemią,

Że nad światem słodko drzemią,

Jak nad pniem korona drzew...

spostrzega przygotowania do uroczystości

Wieńce, kwiaty, rozgwar, śpiew,

Las chorągwi... Tłumnie, szumnie

Wszystko zwraca się dziś ku mnie...

Pod plebanią ludu fala...

Nadpłynęły setki, krocie,

Nadpłynęły z bliska, z dala...

Co? Nazwisko me lśni w złocie?

Dodajże mi siły, Boże,

Lub mnie w ciemnej zagrzeb norze

Gdzieś pod ziemią — niech tam zginę!

W uroczystą tę godzinę

Jać na ustach wszystkich żyję!

Każdy me nazwisko ryje

W swoim sercu... Pieśń natchniona

Na mą chwałę — jakżeż ona

Mroźnym dreszczem mnie przenika!

Gdzież ta puszcza, ustroń dzika,

Gdzie by człowiek, niby zwierzę.

Znaleźć mógł ukryte leże!...

WÓJT

wchodzi w mundurze i wita się rozpromieniony

Zawitał wielki dzień dla ludu,

Chwila sabatu po dniach trudu!

Po tygodniowej, ciężkiej orce

Radosne zatkniem dziś proporce,

Zaciągniem żagle i po gładkiej

Popłyniem głębi w czas ten rzadki!

Szczęścia! Szlachetny, wielki człeku,

Radości kraju, chwało wieku!

Wzruszenie czujem w całym ciele,

Lecz i radości strasznie wiele!

BRAND

A moje gardło, jak w obroży...

WÓJT

Przejdzie... to wszystko się ułoży —

A tylko w surmy zadmij waść!

Ludowi trzeba w uszy kłaść —

Zresztą, gdzie tylko człek się zwróci,

Słychać, jak świat wciąż hymny nuci

Na twoją cześć, jak świat się dziwi.

BRAND

Tak?

WÓJT

Tak! Tu wszyscy są szczęśliwi,

Nawet sam proboszcz rad z kościoła.

Nie widział żadnych błędów zgoła!

Świetny, harmonii pełny styl,

Kształty, że jeno głowę schyl,

Rozmach w nich wielki — w dziele całem!

BRAND

Pan to widziałeś?

WÓJT

Co widziałem?

BRAND

Że pozór wielki ma?...

WÓJT

O panie,

Pozór?!... On wielki jest w istocie,

Z jakiego punktu tej robocie

Pan się przyglądnie, gdzie pan stanie...

BRAND

Wielki naprawdę? Czy pan może

Tylko mnie schlebia?

WÓJT

Mocny Boże,

Nawet za wielki na ten kąt!

Jakiś bogatszy gdzieś tam ląd

Wspanialsze może stawiać dzieło...

Lecz tu — oby to licho wzięło! —

Tu, między morzem a górami,

Gdzie rydel, mówiąc między nami,

Uderza w same li149 opoki,

Gmach to za wielki, za wysoki!

Słowo honoru!...

BRAND

Jak to miło,

Że stare kłamstwo ustąpiło

Miejsca nowemu!...

WÓJT

Cóż to znaczy?

BRAND

To, że ten ludek dziś się raczy

Wielce radować z świętych pował,

Tak, jako dotąd się radował

Z starego próchna! Nieodrodny,

Krzyczał był chórem: „Jak czcigodny!”

A teraz również krzyczy w chórze:

„Jak to wspaniałe! Jak to duże!”

WÓJT

Mój przyjacielu! Bądźmy szczerzy:

Kto by chciał jeszcze większej wieży,

Wart, by nazwano go pyszałkiem!

BRAND

A jać odpowiem na to całkiem

Głośno: ten kościół jest za mały!

Kłamliwe usta, co by chciały

Mówić inaczej!

WÓJT

Niech mnie katy — !

Tak się wyrzekać swej zapłaty,

Potępiać dzieło, w takim trudzie

Wzniesione wielkim!... Prości ludzie

Zadowoleni... Skarga pusta!

Z podziwu świat otwiera usta,

Wspanialszej on nie widział rzeczy!

Nic go z tej wiary nie wyleczy!

A jak szczęśliwy! Więc, do czarta,

Cóż, panie, taka praca warta,

Co mu otwierać pragnie ślepie,

Kiedy on nie chce w swym czerepie

Mieć tego światła? Prawda stara:

Ważnym dlań to, co jego wiara

Każe uważać mu za sedno!

A zresztą, panie, wszystko jedno,

Czy to dom boży, czy psia buda,

Jeżeli tylko tyle luda

Wierzy, iż dom to duży!

BRAND

Zawsze ta sama piosnka!...

WÓJT

Przy tym

Byłby stworzeniem nieobytym,

Kto by tym, panie, ludziom, którzy

Przyszli do niego oto w gości,

Nie chciał użyczyć gościnności,

Kto by im nie dał, panie, chleba,

Tak, jak się godzi!... Wyznać trzeba,

Że i dla pańskiej, mówię, sprawy

Byłoby źle, gdyby plugawy

Wrzód onej prawdy miał się dalej

Jątrzyć...

BRAND

To znaczy?

WÓJT

Myśmy dbali

O twoją cześć — stowarzyszenie

Nasze, twe dzieło mając w cenie,

Srebrny ci puchar niesie w darze.

Otóż wiedz: napis na tej czarze

Będzie wyglądał li na żart,

Jeśli sam powiesz, co jest wart

Ten nowy kościół... I kantata,

I moja mowa, co się wplata

W tę uroczystość, śmieszna będzie,

Jeśli to dzieło, na tej grzędzie

Naszej wzniesione, nie jest duże...

Więc, widzisz pan, dowodem służę,

Iż trza się poddać do ostatka!

Uszy do góry, a jak z płatka

Pójdzie nam wszystko!...

BRAND

Moje oczy

Widzą, co nieraz już widziały,

Że na cześć kłamstwa jest ten cały

Kłamliwy festyn...

WÓJT

Pan się boczy...

Broń Panie Boże! Ani znaku!

Lecz dajmy spokój kwestii smaku,

W tej chwili ja ci jeden jeszcze

Ważny argument tu obwieszczę!

Tamte jak srebro — ten jak złoto:

W winnicy szczęścia jesteś oto,

Panie, żniwiarzem... szczęścia koło

Toczy się dalej!... Podnieś czoło,

Dziś jeszcze będziesz kawalerem:

Państwo odznaczy cię orderem,

Dziś sobie jeszcze krzyż zasługi

Przypniesz do piersi...

BRAND

Mam ja drugi

Krzyż — niech mi zdejmie go, kto umie!

WÓJT

Ja, panie, myślę w swym rozumie,

Że pan radujesz się tak z cicha!

Zagadką jesteś!... Tam do licha!

Nie wzrusza pana ten znak łaski?...

Pomyśl pan tylko... Co za blaski!

Co za honory!

BRAND

z wybuchem

Czcze gadanie!

Nie nęcą mnie! Nie zważam na nie!

Jakom tu przyszedł, tak w tej trwodze

O włos nie mędrszy stąd odchodzę.

Pan tu słuchałeś mego słowa,

Lecz nie wiesz, co się za nim chowa.

To, co wy dużym tutaj zwiecie,

Płacąc od stopy i od cala,

Mało mi sprawia troski; z dala

Jestem od tego na tym świecie!

To tylko dla mnie wielkim zyskiem,

Co niewidzialnym jest odbłyskiem,

Co nas rozżarza, co lodowe

Budzi w nas dreszcze, co nam głowę

Oprzędza górnych słów mgławicą,

Co gwiazd ponocnych tajemnicą

Słania się ku nam — to jest właśnie!...

A! Wszystka we mnie siła gaśnie!

Jestem znużony... Idź pan sobie

I ucz, i rób, ja — nic nie zrobię!

idzie ku kościołowi

WÓJT

do siebie

Z tego zamętu któż tu zdoła

Wybrnąć? Zagadka to wesoła:

Od stopy płacim i od cala...

On się od tego trzyma z dala...

Dla niego to jedynie zyskiem,

Co niewidzialnym jest odbłyskiem...

Co tajemnicą gwiazd się słania

Ku nam!... Ot, brednie! Ze śniadania

Pan chyba wracasz? ! Coś na zdrowiu,

Widzę, szwankujesz!...

znika

BRAND

uchodzi placem ku dołowi

W gór pustkowiu,

Choćby najdzikszym, do tej pory

Nie czułem nigdy takiej zmory,

Nie czułem się tak nigdy sam,

Jak tu, gdzie wszystka praca żywa

W grząskie bagienko się rozpływa.

spogląda w kierunku, w którym odszedł wójt

Zadusiłbym go, nędzny cham!

Ilekroć tylko — błazen ze mnie! —

Pragnę go porwać, nadaremnie

Do tępej zbliżam się swołoczy:

On ci mi prosto zawsze w oczy

Smrodliwą duszę swą wypluje.

Jakżeż ja twoją stratę czuję,

Agnieszko droga! Nieszczęśliwie

Tracę swe siły na tej niwie,

Na której nie ma wszak człowieka,

Który zwycięża lub ucieka!

Bezpłodna walka dziś i wciąż:

Próżno samotny walczy mąż!

na scenę wchodzi Proboszcz

PROBOSZCZ

O moje dziatki, me owieczki...

Chciałem powiedzieć — mój kolego!

Proszę wybaczyć. Panie — tego...

Z jakiej by zacząć tutaj beczki...

Miałem kazanie już gotowe...

Jeno, że coś, widzisz, w głowę...

Lecz przede wszystkim dzięki — dzięki!

Człowiek prawdziwie silnej ręki,

Umiałeś, panie, rzec to mogę,

Wskroś utorować sobie drogę

Przez kłótnie, wrzaski, puste swary;

Umiałeś kościół zburzyć stary,

By rósł godniejszy w stronę nieba...

BRAND

O, tutaj jeszcze dużo trzeba...

PROBOSZCZ

Czegoż by? Chyba poświęcenia.

BRAND

Postaci rzeczy to nie zmienia.

Na cóż budynek nowy zda się,

Gdy nowy, czysty duch w tym czasie

Jeszcze mu obcy....

PROBOSZCZ

Przyjacielu!

Na to nie trzeba trosk zbyt wielu,

Już wy go tutaj przywabicie.

Te piękne rzeźby na suficie,

Ta widna nawa, o, mój panie,

Podziała to na wychowanie

Naszego ludku, on niezwłocznie

Jakoś na siebie zważać pocznie.

A ten rezonans, księże drogi,

Co każde słowo w taki mnogi,

Dwojaki, setny mnoży sposób,

Jakąż on wiarę w sercach osób

Wzbudzi płomienną — rezultaty,

Których i jakiś kraj bogaty

W obfitszej nie osiągnie mierze!

A wszystko to, powiadam szczerze,

Cześć pańską głosi... Cny konfratrze,

Przyjmij me dzięki, którym gładsze

Wzdyć towarzyszyć dzisiaj będą,

Gdy do biesiady wszyscy siędą;

Młodzi niejeden liść wawrzynu

Wplotą ci jeszcze w cześć za czynu

Twego wspaniałość....... Ale siły

Snać cię, mój Brandzie, opuściły:

Pan się zataczasz...

BRAND

Nadaremnie!

Dawno już mocy nie ma we mnie

Ani odwagi — —

PROBOSZCZ

Nie dziwota!

To harowanie! Ta robota!

Wszystko jednego męża dzieło!

Ale to dzisiaj już minęło!

Rychło nadejdą słodsze chwile,

I niebo znów zabłyśnie mile!

Tysiączna zeszła się gromada

Z wszystkich okolic — tłum nie lada!

A teraz pytam: w wyszukanem

Słowie któż zmierzy się dziś z panem?

Pańskiego któż przewyższy ducha?

Tylu konfratrów pana słucha,

Tylu cię wita z otwartemi,

Panie, ramiony150 na tej ziemi,

Tu, na tym gruncie, gdzie twa gmina

Z wdzięcznością się przed tobą zgina,

Rozrywa uczuć swoich tamy!

Potem... o dziele twym cóż mamy

Rzec?... Jest wspaniałe! Ani słowa!

Potem te kwiaty, ta majowa

Woń naokoło!... Szczęście płuży151!

A ewangelii temat duży

Na dzień dzisiejszy!... Potem, panie,

Jakież to będzie dziś śniadanie!

Nowiną z tobą się podzielę,

Że patroszono tęgie cielę!

Przepyszne bydlę! O, niełatwo —

Pomyślę sobie — droga dziatwo,

Było ci znaleźć okaz taki!

Tak! Niebywałe to przysmaki!

W tych ciężkich czasach, gdzie się płaci

Za funt, Bóg wie co, i bogaci

Trudno na zbytek ten się zmogą!

Ale puśćmy to swoją drogą,

Inne mnie sprawy tu przywiodły!

BRAND

Tak! Bić, patroszyć, ściągać skórę...

PROBOSZCZ

Powiem ci słówko poniektóre,

Że ja się trzymam innej modły152,

Ot, łagodniejszej — węzłowato

Mówiąc i krótko — boć my na to

Niewiele mamy czasu... Ale

Pan się sprawujesz doskonale,

Tylko na jednym punkcie trzeba

Troszkę się zmienić — święte Nieba —

Punkcik maleńki — mnie się zdaje,

Że pan wiesz nawet, w czym zwyczaje

Nasze odmienne, na urzędzie

W czym się różnimy — ot, nie będzie

Trudno się zmienić — Ksiądz dobrodziej

Jakby nie wiedział, co się godzi,

A co nie godzi z tym, co w spadku

Mamy po ojcu i po dziadku.

No, a to właśnie tak, to jedno

Oznacza całej rzeczy sedno!

Ja cię nie łaję, wiem ci przecie,

Że, jeśli mało człek na świecie

Miał doświadczenia, jeśli z miasta

Przyjdzie wielkiego — mocny Boże! —

Z nami nie zawsze zróść się może.

Lecz teraz, druhu, z tym już basta!

Teraz do tego sam już naglę,

Abyś naciągnął swoje żagle,

Jak się należy, z wiatrem, panie!

Mówią — i słuszne to gadanie —

Że poszczególną pan się duszą

Nazbyt zajmujesz, a to — muszą

Przyznać mi wszyscy — między nami

Mówiąc, błąd wielki! Nie! Masami

Jednym grzebieniem trzeba nasze

Czesać owieczki; w tym ci leży

Szczęście owieczek i pasterzy.

BRAND

Wyłuszcz pan jaśniej...

PROBOSZCZ

Nie wystraszę,

Jeżeli powiem: w zacnym znoju

Dał pan nam kościół, niby szatę

Sprawiedliwości i pokoju,

Wiano153 istotnie przebogate!

Państwo — powiedzieć panu mogę —

Widzi w religii walną drogę

Dobrego tonu, port, któremu

Powierza byt swój, przeciw złemu

Oręż najlepszy, ot, najprościej

Mówiąc, wskazówką moralności!

Państwo jest biedne, więc też, sądzę,

Waluty chce za swe pieniądze.

Pan wiesz, że ja się w tym nie mylę,

Iż chrześcijanin znaczy tyle,

Co patriota... Panie luby,

Rząd nie rozrzuca bez rachuby

Krwawego grosza. Śmierć jedynie

W sam czas za darmo ku nam spłynie,

Państwo, mój druhu, nie szaleje,

I jakież byłyby to dzieje,

W jakiej by kraj utonął nędzy,

Gdyby nie państwo, jak najprędzej

Mknące z pomocą, z swej wyżyny

Śledzące wszystkie ludzkie czyny.

Lecz państwo tak, jak się należy,

Dobre li154 może mieć wyniki

Przez swe lojalne urzędniki,

Więc tu: przez swoich duszpasterzy.

BRAND

Mądrość się kryje w każdym słowie!

PROBOSZCZ

Konfrater155 pański jeszcze powie,

O, tak króciutko: pan ugaszcza

Państwo kościołem, by, po prostu

Mówiąc, przyczynić się do wzrostu

Kultury kraju. W tym też zwłaszcza

Zamyślam sensie tak jak jest,

Wyjaśnić wszystkim ten nasz fest.

Przy biciu dzwonów tłumy bliźnie

Usłyszą dziś o darowiźnie.

Wraz z tym przyrzekniesz mi dziś, panie,

Żeś gotów przyjąć me żądanie.

BRAND

Nie byłbym sobą, gdybym miał

Zgodzić się na to...

PROBOSZCZ

Tak, w tej chwili

Jest już za późno!...

BRAND

Jak to? Za późno!?

PROBOSZCZ

Co za szał!

Opanujże się! Rzecz do śmiechu!

Wszak nie dopuszczasz się pan grzechu?!

Nikt z stratą jeszcze nie odchodził,

Jeżeli państwu w czym dogodził,

Służył dwom panom — rzecz w porządku —

O jednym niby to żołądku.

Nie trzeba wciągać w swe rachuby

Zbawienia Bartka li i Kuby;

Celem człowieka na urzędzie

Takim, jak twój, niech zawsze będzie

To, by do źródła wspólnej wiary

Całą parafię wieść — to stary

Przykaz! A jeśli, jak wypada,

Cała napije się gromada,

To i jednostka swe pragnienie

Również ugasi... A nadmienię...

Choć pan inaczej może czuł.

Że państwo jest na włos przez pół

Republikańskie; ku swobodzie

Żywi nienawiść, lecz w równości

Wielce smakuje. A zagości

Jakowa równość w tym narodzie,

Jeśli się tego nie wygładzi,

Co się wysuwa nad brzeg kadzi?

I to jest właśnie pański błąd,

Że pan, przybywszy w ten nasz kąt,

Podkreślasz, iż nie to coś warte,

Co wygładzone i utarte,

Ale, że walor jest widomy156

W tym, co wyrasta nad poziomy...

Dawniej, powiadam, aż po wiek

Członkiem kościoła bywał człek,

Dziś każdy śpiewa na swą nutę,

Stosunki z państwem ma nadpsute,

Przeto tak trudno dziś od głowy

Ściągać podatek równościowy,

Jako i inne też pobory;

Kościół dzisiejszej, widzisz, pory

Nie jest nakryciem dla wszech głów!

BRAND

Co za rozległe horyzonty!

PROBOSZCZ

Tylko bez trwogi! Tylko znów

Nie tracić wiary!... Prawda! Mąty

Panują dzisiaj wprost zbrodnicze!

Ale ja zawsze na to liczę,

Że jest nadzieja, gdzie jest życie!

Ten akt dzisiejszy w pańskim bycie

Tak jest doniosły, że tym bardziej

Pan obowiązkiem nie pogardzi

I odda państwu swe usługi

Tak, jako żaden człowiek drugi.

Tylko reguła, tylko miara

Wiedzie do celu! Rzecz to stara,

Że, jeśli człowiek ją podepce,

To nasze siły, jako źrebce,

Wyrwą się wraz poza granice

Wszelkiej tradycji i na nice157

Wszystko wywrócą, niszcząc krwawo,

Co li spotkają... Jedno prawo

Niech nam porządek wszelki niesie:

W sztuce to prawo szkołą zwie się,

A w naszej armii, ile pomnę,

Zowie się prawo to ogromne

Trzymaniem kroku. To jest słowo!

I państwo czuć się będzie zdrowo,

Gdy ten jedyny cel swój zoczył

Nie lubi ono, gdy wyskoczy

Żołnierz z szeregu poza linię,

I marsz na miejscu także ninie158

Bywa zbyteczny. Rzecz to znana:

Takt jednakowy dla kolana

I równy krok dla każdej nogi —

To mądrość państwa, panie drogi!

BRAND

Orłom rynsztok dać wypada,

A szczyty gór dla gęsi stada!

PROBOSZCZ

Człek nie jest zwierzę, z łaski nieba!

A, gdy poezji mu potrzeba,

Kiedy mu zechce się legendy,

W Biblii ich dosyć znajdzie wszędy!

Bo, poczynając od stworzenia

I dalej, aż do objawienia,

Tyle porównań w niej się mieści,

Tyle obrazów, przypowieści

Roi się tu, aż za bogato.

Dzisiaj przypomnę — dajmy na to —

W jakim to wieżę Babel159 trudzie

Chciano budować. Biedni ludzie,

Los ich był straszny! A powody?

Ot, nie umieli uczcić zgody,

Ot, nie umieli — rzeknę przytem —

Wspólnym popłynąć w dal korytem,

Każdy przy swoim idiomie

Wzdyć się upierał — i w ten sposób

Rój poszczególnych powstał osób,

Miast społeczności... Tak, widomie

Ta przytoczona baśń przemądra

Jest by łupina tego jądra,

Które powiada: człek się gubi,

Jeśli z innymi żyć nie lubi!

Kogo chce obrać Bóg z wesela,

Temu naturę On przydziela

Indywidualną... Rzym

Zwykł mawiać był o człeku tym,

Że ukarali go bogowie,

Mieszając rozum jemu w głowie.

Człowiek samotny, a szalony —

To wszystko jedno! Przeto płony

Wypitek ludzi, na swą rękę

Pragnących działać... Sos w podziękę

Ten sam im, widzisz pan, przypadnie,

Jak Uriaszowi160, co go zdradnie

Ongi król Dawid wypchał w posły.

BRAND

Jakiebykolwiek stąd wyrosły

Klęski, ja końca się nie boję

Przez śmierć... A pewne są li twoje

Sądy, że, wspólną mając mowę

I myśli wspólne, tę budowę

Byliby wznieśli aż do nieba?

PROBOSZCZ

Co? Aż do nieba? Nie! Nie trzeba.

Tak się zapalać! To nikomu

Wzdyć się nie uda, do ogromu

Tego nie dorósł nikt! To baśnie!

Dalsze jest jądro, jak najjaśniej

Mówiące o tym, że to na nic

Budować aż do gwiezdnych granic!

BRAND

Nad gwiazdy sięgał swą drabiną

Jakub i ludzkie też tęsknoty

Powyżej gwiazd w przestworach giną.

PROBOSZCZ

O, na ten sposób? Panie złoty!

Juści, do nieba zawsze wiodły

Cnotliwe czyny, święte modły;

Lecz, kto chce życie łączyć z wiarą,

Nie czyni mądrze żadną miarą;

Ciężka robota przez dni sześć,

Siódmego trzeba serce wznieść.

Kościół, w powszedni dzień otwarty,

Panie, to tylko puste żarty!

Cóż na niedzielę pozostanie?

Skutek mieć będzie twe kazanie,

Gdy rzadka poda je godzina,

Niby rzadkiego kubek wina.

Religii, panie, jak i sztuki,

Nie trza rozwadniać! To nauki

Rdzeń jest wszelakiej! Z swej ambony

Widzisz pan, na coś jest stworzony,

Z niej na ideał patrzysz swój!

Lecz, gdy z niej zejdziesz, księży strój

Gdy złożysz z siebie, wówczas wcale

Nie myśl o swoim ideale!

Przewodnią tylko ta zasada,

Której wciąż trzymać się wypada:

Ucz ograniczać się, mój człecze!

Przyszedłem wziąć cię w swoją pieczę,

Byś stał się wierny tej zasadzie.

BRAND

Nie! Ja w te dusz państwowych kadzie

Sypać nie będę ziarn z swych kiosków.

PROBOSZCZ

A jam do innych przyszedł wniosków,

Jeno dla pana tu nie pole!...

Panu trza w górę — tę miej wolę!

BRAND

O tak, mnie trzeba w górę po to,

Byście mnie zepchnąć mogli w błoto!

PROBOSZCZ

Wywyższon będzie — tak jest w świecie —

Kto się poniża... Żaden przecie

Szpak nie przemówił, zanim w pierze

Nie porósł, panie! Radzę szczerze!

BRAND

Kto wam potrzebny, tego wprzódy

Zabić musicie!...

PROBOSZCZ

Pańskie złudy!

Panu się zdaje... Pan się boi...

BRAND

Tak! Umaczajcie dłoń w krwi mojej!

Na to zgnilizny waszej łoże

Człek li umarły upaść może!

PROBOSZCZ

Psu bym nie puścił krwi, a panu?

Tylko, tak wedle mego stanu,

Chciałem przedstawić one drogi,

Które mnie wiodły w raj ten błogi

Mojego szczęścia...

BRAND

Śmieszne dzieje!

Pan chcesz, by, skoro kur zapieje

Twojego państwa, ma się dusza

Zaparła tego, co mnie wzrusza?

PROBOSZCZ

Zaparła? Bracie!... Grunt to grząski!

Wskazałem ci na obowiązki!

Połknij pan wreszcie światoburcze

Swoje zapędy, które kurcze

Ludziom sprawiają! Ten swój wszytek

Zapał na własny miej użytek,

A tylko schowaj go pod klucz!

Śnij sobie, śnij, sam siebie ucz,

Tylko nie wychodź z tym przed tłumy:

Mszczą uporczywe się rozumy!

BRAND

Tak, lęk przed karą, chęć korzyści

Kaina161 znak najoczywiściej

Na twoim czole dziś wybiły.

W powszednim jarzmie trawiąc siły,

Dawno zabiłeś w duszy swej

Wszelkie szlachectwo!

PROBOSZCZ

do siebie

Ejże, ej,

Już na „ty” zeszedł!... To zbyt śmiało!

Może by wreszcie wypadało

Skończyć te spory!...

głośno Pan po trosze

Może pojmuje, że ja proszę,

Abyś pan wszedł nareszcie w siebie,

Jeżeli pragniesz na tej glebie

Mieć powodzenie, no, i zda się,

W sam raz zrozumiesz, w jakim czasie

Pan dzisiaj żyjesz — że nie złowi

Szczęścia, kto chce przeciw prądowi

Płynąć upornie... Wyjdźmy z lasu:

Czyż śmią obrażać ducha czasu

Nasi artyści? Cóż pan rzecze:

Nasi żołnierze czyż dziś miecze

Dobędą z pochwy, które ostrza

Mają naprawdę? Nie! Najprostsza

Ta jest zasada: temu służ,

Czyj zjadasz chlebik — ot, i już!

Swe „ja” swobodnie chcieć rozwijać,

Wywyższać siebie, tłum pomijać —

Tego nie wolno! Szczęście sprzyjać

Będzie ci, panie, jeśli skromnie

Pójdziesz z innymi! Tak, co do mnie

Zawsze to jedno ci nadmienię,

Iż to dzisiejsze pokolenie

Prze — jak wójt mówi — ku ludzkości.

Cóż to byś miał za możliwości,

Przyjmując wszystko nieco prościej,

Niby po ludzku! Więc do ręki

Hebel i ściosać wszelkie sęki!

Dopiero, gdy się pan ogładzi,

Wejdzie na drogę, którą radzi

Chodzimy wszyscy, wówczas, panie,

Z twej pracy wielki zysk powstanie.

BRAND

Precz stąd! O, precz stąd!

PROBOSZCZ

Jakbym zgadł!

Panu potrzebny szerszy świat!

Lecz w kole wielkim, czy też małem,

Pan musisz naprzód z duszą, z ciałem

Wleźć w mundur czasu!... Tak, kaprala

Potrzeba kija, aby fala

Umiała zacnie maszerować.

Kapral dziś wodza ideałem!

Jak on prowadzi do kościoła

Kupę swych ludzi, tak ty zgoła

Kupą wspólnotę swoją prowadź

W bramy wspólnego raju... Prawa

Wiara wszystkiego jest podstawa;

Pan masz powagę, twa powaga

Wsparta na studiach, więc wymaga,

By jej słuchano! Jak potrzeba

Objaśniać wiarę — wielkie nieba! —

Znajdziesz to, bracie, w rytuale;

Wszystko ci pójdzie gładko wcale162!

Ja się nie lękam! Nie upłynie

Zbyt dużo wody! Tak, jedynie

Męstwa potrzeba... Na to liczę!....

A teraz trochę się poćwiczę

W głośnym gadaniu sam, w kościele.

Coś rezonansu aż za wiele,

Aż żenująco!... W naszym kraju

Taki rezonans nie w zwyczaju!

Więc do widzenia!... O rozterce,

Rozpierającej ludzkie serce,

Będę dziś mówił, i, jak boży

Obraz zacierać się nie trwoży

Człowiek — lecz teraz, bracie miły,

Trochę pokrzepić trzeba siły.

odchodzi

BRAND

przez chwilę zatopiony w myślach, jak skamieniały

Zali to dzieło nie porwało

Wszystkiej mej doli, jak lawina?

Komu dziś służysz, moja chwało?

słychać głos trąby

Ten pusty dźwięk ci przypomina.

Jeszczem ja nie wasz! Nie! Te ściany

Pełne są mojej krwi wylanej!

Z mojego szczęścia te wiązadła,

Lecz dla was dusza ma przepadła!

Strasznie samotnym być na świecie.

Gdzie tylko spojrzę: śmierć!... O, nieba!

Strasznie! Kamienie mi dajecie,

A ja tak łaknę chleba, chleba!

Okrutną prawdę rzekł ten człowiek,

Lecz cóż odkryły mi te słowa?

Gołąbka boża wciąż się chowa,

Nie rozwarła mi dotąd powiek,

Ach, jedno serce, równe w wierze,

A do wybranych już należę!...

Ejnar blady, wynędzniały, w czarnym stroju, przechodzi drogą i staje, ujrzawszy Branda

BRAND

z krzykiem

Ty — Ejnar, ty?!

EJNAR

Tak ja się zowię!

BRAND

Nie zamknąć tego w jednym słowie,

Jak chciałem człeka w tej niedoli!

Chodź do mej piersi! Pierś ta boli!

EJNAR

Nie trzeba mi spoczywać na niej,

Jam już zawinął do przystani.

BRAND

Czy żal masz do mnie za spotkanie

Nasze ostatnie?

EJNAR

Nie! Ja za nie

Potępić ciebie dziś nie mogę —

Wszakżeś mi tylko zaszedł drogę

Rozkoszy świata, ty, narzędzie

Samego Boga... Więc nie sędzię

Widzisz...

BRAND

cofając się

Jak mówisz?

EJNAR

Jak ja mówię?

Głosem spokoju. Kto obuwie

Grzechów swych złożył, czując skruchę,

Ten serce swoje, dawniej głuche,

Nauczył mówić w taki sposób.

BRAND

Dziwne! Od wieluć163 ja tu osób

Słyszałem rzeczy — bez ogródki

Mówiąc — wręcz inne!

EJNAR

Tak, to skutki

Pychy, upartej wiary w siebie.

Długom ja w świeckiej tkwił potrzebie;

Świat, jego puste, płone164 sprawy,

Sztuka, robiąca tyle wrzawy,

To wszystko sidła, co w szatana

Moc mnie popchnęły... Nieprzebrana

Jest łaska Boga: On z wysoka

Nie spuszczał słabej owcy z oka,

Do prawdziwego pomógł celu.

BRAND

A w jaki sposób?

EJNAR

W jeden z wielu...

Widzisz, popadłem — — tak!...

BRAND

Popadłeś?

W co?

EJNAR

W grę i picie!... Że nie zgadłeś!

Wino podsunął mi i kości!

BRAND

Tego chciał, myślisz, w swej miłości

Pan nasz?

EJNAR

To pierwszy do ratunku

Krok był. — A później byłem chory,

Straciłem chęć tej samej pory

Do malowania, do rysunku...

Znikła wesołość — do szpitala

Potem zanieśli... i tu, z dala,

Widzisz, od świata poleżałem.

Gorączka rosła... nad mym ciałem

Tysiące wielkich much... Tak ma się

Rzecz, widzisz, ze mną... Tak, po czasie

Znowum wyzdrowiał... przeszedł ostry

Ból mój — i wtedym poznał siostry,

Było ich trzy, co w służbie Boga

Chodzą i uczą — teologa

Takżem jednego miał przy sobie —

Im to zawdzięczam w tej chorobie,

Żem się odsunął precz od świata,

Że spadła ze mnie grzechu szata,

Że, z dróg zeszedłszy złych, po świecie

Chodzę tu dziś jak boże dziecię.

BRAND

Więc tak?...

EJNAR

A tak... Tak ścieżka płynie

Po wąskiej grani, po dolinie.

BRAND

A potem?

EJNAR

Potem? Bóg miał zgoła

Wstrzemięźliwości apostoła

W mojej osobie. Lecz od człeka

Pokusa nigdy nie ucieka,

Więc też zerwałem z tym zawodem

I dzisiaj pragnę kroczyć przodem,

Jako misjonarz.

BRAND

W które strony?

EJNAR

Do brzegów Nilu krok zwrócony...

Przestańmy gadać — W tym momencie

Pragnę...

BRAND

Wziąć udział w naszym święcie?

Obchodzim dzisiaj...

EJNAR

Nie! Iść muszę,

Gdzie mnie wołają czarne dusze...

Żegnam...

chce odejść

BRAND

Czyż żaden brzask wspomnienia

Nie budzi w tobie ani cienia

Chęci do pytań?

EJNAR

O co?

BRAND

O tę,

W której by skargi i tęsknotę

Zbudziła rysa ta, co dzieli

Niegdyś od dzisiaj...

EJNAR

Ach, czy nie tę

Na myśli młodą masz kobietę,

Co mnie więziła, nim kąpieli

Wiary zaznałem, w grzesznej sieci?

Znalazłaż światło, które świeci

Ku drodze prawdy?

BRAND

Żal głęboki

Pozostawiła — przez te roki

Była mi żoną...

EJNAR

Takie sprawy

Nie są istotne. Mnie, łaskawy

Panie, o ważne idzie rzeczy.

BRAND

Radości, bóle — los to człeczy...

Niebawem było nas już troje,

Lecz trzecie poszło, dziecko moje...

EJNAR

To nieistotne.

BRAND

Co? I to nie?

EJNAR

Powiedz, jak zeszła w grób?

BRAND

W koronie

Promiennej wiary w zorzę ranną,

Z jasnością w sercu nieustanną,

Z wolą, do końca już niezłomną,

Z wdzięcznością zeszła przeogromną

Za to, co życie jej tu dało

I co jej wzięło...

EJNAR

To za mało!

Puste frazesy!... Ja cię o to

Pytam, jak z wiarą jej?

BRAND

Jak złoto!

EJNAR

W kogo wierzyła twoja żona?

BRAND

W Boga.

EJNAR

Li w niego? Potępiona!

BRAND

Co? Potępiona?

EJNAR

Tak! Niestety!

BRAND

spokojnie

Odejdź, ty — licho!

EJNAR

A i ciebie

Szatan w czeluściach swych pogrzebie!

Tak, i ty, wzorem tej kobiety,

Umrzesz na wieki!

BRAND

Rzucasz klątwy,

A życie twoje kał i mątwy!

EJNAR

Na sukni mojej nie ma plam!

Ja z balii wiary czystość mam,

Jać to w miednicy cnej świętości

Z kału obmyłem swoje kości!

Tak, tak! Kijanki165 przebudzenia

Z Adamowego, patrz, odzienia

Brud mi już wszystek wyklepały!

Dzięki mydlinom modłów biały

Jestem, jak komża.

BRAND

Fe!

EJNAR

Fe na cię!

Świat czuć już siarką, miły bracie!

Jam pszenne ziarno w sicie Pana,

Ty jako plewa z ziem wysiana.

znika

BRAND

patrzy chwilę za nim, naraz wzrok jego się zapala i wyrzuca z siebie te słowa

Ten musiał przyjść, by swymi słowy

Zbawić mnie! Teraz te okowy

Prysły ostatnie! Od tej chwili,

Choćby mi wszyscy grób żłobili,

Będę już sobą!

WÓJT

wchodzi pośpiesznie

Księże miły,

Trzeba się śpieszyć, zebrać siły,

Nie można żądać od tysięcy,

By cierpliwości mieli więcej!

BRAND

Niech się więc stanie...!

WÓJT

Co? Bez pana?

Trzeba się śpieszyć. Już zebrana

Cała procesja. Twoją chwałę

Głosząc, lud sunie, jak nabrzmiałe

Śniegiem potoki, ku plebanii!

W górę głos płynie z pełnej krtani:

„Dajcie nam księdza! Gdzie jest ksiądz?”

Więzić nie trzeba takich żądz,

Bo inaczej nasza dziatwa,

Do zbytecznych dąsów łatwa,

Wziąć gotowa się do dzieła

Nie po ludzku... Idźże do niej!

BRAND

Nie poniosę wolnej skroni

Między tłumy! Pozostanę

Tutaj!

WÓJT

Rzeczy niesłychane!

Ksiądz oszalał!...

BRAND

Wasza droga

Jest za ciasna!...

WÓJT

Lecz, na Boga!

Czyż ta droga się rozszerzy,

Kiedy taki tłum tu bieży?

Co za napór!... Co pan powie —

Proboszcz z kominiarzem w rowie!

Zepchnięto ich! Gdzie powaga?!

Biczem niech ich ksiądz wysmaga,

Gdy potrzeba! Nie zdziałamy

Nic! Przerwane wszystkie tamy!

Procesyja poszła wspak!

Tłum wpada w dzikim zamęcie, przerywa uroczystą procesję i toruje sobie drogę ku kościołowi

KILKA GŁOSÓW

Brand!

INNI

wskazując na schody kościoła, na których stoi Brand, wołają

O, tam on!

ZNOWU INNI

Dajże znak!

Czas rozpocząć!

PROBOSZCZ

wciśnięty w tłum

Zmitygujcie

Tłum ten dziki, panie wójcie!

WÓJT

Ja bezradny tutaj jestem.

BAKAŁARZ

do Branda

Jednym słowem, jednym gestem

Uspokójże, Brand, tę burzę!

Zło czy dobro, co nas czeka?

Objaśnijże dziś człowieka!

BRAND

Przecież w tej leniwej chmurze

Ozwał huk się niezwyczajny!

Posłuchajcie! U rozstajnej

Wyście drogi... Ludzie muszą

Chcieć nowiny całą duszą!

Wszystek wynieść gruz potrzeba

Z serc, jeżeli ma do nieba

Strzelający gmach się wznieść,

W którym nowa mieszka treść.

GŁOSY URZĘDNIKÓW

Ksiądz oszalał!

GŁOSY KSIĘŻY

On zwariował!

BRAND

Tak, tak! Samem wypiastował

Oną złudę, że tu człowiek

Nie odwraca swoich powiek

Ode prawdy i od ducha!

Ja myślałem, że wysłucha

Bóg mej prośby — sercem całem

O wasz los z nim handlowałem!

Jam Mu kłamał prosto w twarz!

Zbyt jest ciasny kościół nasz,

Więc powiększyć go w dwójnasób,

Lub w trójnasób! Starczy zasób!...

Tak zeszedłem z światła lic,

Swoje „wszystko albo nic”

Porzuciłem, by złowrogą

Kompromisów zdążać drogą!

Złudziła mnie jego moc,

W mych ciemności głuchą noc

Spłynął Sądu straszny głos!

Z strachu zjeżył mi się włos!

W sercu, w grom ten zasłuchanem,

Jako Dawid przed Natanem166,

Stałem, tracąc wszystkie zmysły!

Teraz me wątpienia prysły!

Teraz ciebie znam ja, biesie:

Kompromisem Szatan zwie się!

TŁUM

z rosnącym niespokojem

Precz! Precz od nas jak najdalej

Ci, co tak nas zaślepiali!

BRAND

W własnym oku szukać belki!

Na się zwrócić gniew swój wszelki!

Siły swoje w tej szacherce

Straciliście! Swoje serce,

Swoje „ja” rozdrobniliście!

Zamiast mocy, oczywiście

Nicość dmie się w waszym bycie!

Przyszliście tu, bo wierzycie?

Puste dźwięki was przywiodły,

Grzmot organów, diackie167 modły,

Kaznodziejskie sztuczki, kruczki,

Gromy, szepty, śmieszne huczki,

Wywracanie domków z kart,

Cały kram ten licha wart,

Strzelający blichtrem czczym,

By się rozwiać w mgłę i dym!...

PROBOSZCZ

do siebie

Wójt ma za swe! Razik tęgi!

WÓJT

tak samo

Godne dostał proboszcz cięgi!...

BRAND

Chcecie tylko nowych świec,

Żadnych innych głębszych żądz!

I znów do dom, by się sprząc

Z troską, z męką, by znów lec

W kojcu tępych pragnień swych,

Aby znowu, ludzie biedni,

W pracy zaryć się powszedniej,

By ten blichtr wasz, ten wasz szych —

Księgę życia — ukryć na dnie

Ciemnej skrzyni, aż wypadnie

Wyjąć ją na święto nowe!

Gdzież te sny, co moją głowę

Rozpalały, gdym z ofiary

Pił kielicha? Kiedy, stary

Burząc kościół, przewspaniały

Chciałem wznieść przybytek chwały,

Co nie tylko miał być wiary

Naszej schronią, lecz w swe wnętrze

Miał zamykać przenajświętsze

Wszystko to, co z ręki Boga

Wzięło życie: wasza mnoga,

Ciężka praca, wasz spoczynek

W cichy wieczór, wasza trwoga

Snów tych nocnych, rozpłoniona

Radość krwi — ten cały młynek

Trudów dziennych, ten śród łona

Ból i smutek, to wesele —

Wszystko miało w tym kościele

Znaleźć przystań... Szalejący

Huk potoku, w dal gdzieś niknący,

Wodospadu dzikie wrzenie,

Strącające w głąb kamienie,

Żlebów grań w podłożu skał,

Wskroś żłobiący straszny zwał,

Rozkłócone burz podmuchy,

Głębin morza łoskot głuchy,

Co o brzegi się druzgoce —

Wszystko miało spłynąć weń,

W ten przybytek z falą brzmień

Zlać organnych swoje moce,

Z ludzką miało zlać się pieśnią! —

Tym ja dziełem gardzę! Cieśnią

Jest li marną a rozsadza

Go li kłamu wstrętna władza!...

W duchu dziś już dojrzał on,

By się rozpaść, zwiędły plon

Waszej marnej, lichej woli!...

Tak się kończy na tej roli

Wszelki wzrost, bo wasze plemię

Wciąż odgradza biedną ziemię

Tak, od Boga!... Przez dni sześć

Wciąż myślicie, jak by wznieść

Jego sztandar, by nie prędzej,

Jak w niedzielę, ponad nędzy

Waszej potem zalśnić mógł!...

GŁOSY TŁUMU

Powiedź nas śród nowych dróg,

Wywieś sztandar nad te niwy!

PROBOSZCZ

Nie chrześcijanin on prawdziwy!

Nie słuchać go! Zginąć musi!

BRAND

Od ciebie się nawet głusi

Uczą, czym nasz wieczny spór,

I że lichy wielce twór

Wiara, w której nie ma duszy!

Któż nią jest i kogoż wzruszy

Brak jej? Komuż żal jej — powiedz —

Odtąd, kiedy go manowiec

Porwał błędny? W więzach chuci

Szczurołapów nędzny łup,

Każdy z was to istny trup,

Uszu swoich już nie zwróci

Na głos życia! Wy spaleni,

Jako liście na jesieni,

Tańczycie przed arką bożą!

Gdy kalecy, chromi włożą

Do garnuszków kwiat ostatni,

Wówczas cały tłum wasz bratni

Rozpoczyna swoje modły,

Wówczas ci on ze spokojem

O zbawieniu myśli swojem!

Tłum to nędzny, tłum to podły,

Czymż on innym, niźli zwierzę?

Do bram łaski on się bierze,

Szukać Boga wówczas idzie,

Gdy się równa — inwalidzie!

Jego władztwo też kostnieje,

Bo czyż można — jasne dzieje —

Zmienić ziemi tej koleje,

Kiedy berło swej potęgi

Wznosi ponad niedołęgi,

Ponad same zwiędłe duchy?

Wszak ci prawda: nie dziad kruchy,

Tylko zdrowy kwiat młodości,

W którym krew gorąca płynie,

Może zostać — on jedynie! —

Dziedzicem niebiańskich włości!

Targi tu nie znaczą nic!

A więc, ludzie świeżych lic,

W których życia wre ochota,

Wchodźcie w wielki chram168 żywota!...

WÓJT

Więc otwierać!...

TŁUM

krzyczy, jak gdyby w trwodze

Nie te wrota!

BRAND

Nie! Nasz kościół jest bez końca!

Posadzka — to o blaskach słońca

Roześmiane łąki wonne!

Widnokręgi to przestronne,

Pola, fiord ten, głębia morza —

To świątynia nasza boża

Pod błękitnych nieb sklepiskiem!

Tam niech spełnia się twe dzieło!

Tam ci ono nie zginęło!

Uszom, oczom Boga bliskiem

Będzie ono wieków wiek!

A niechaj nie myśli człek,

Że czymś skazi ten przybytek!

On pokryje świat nasz wszytek,

Jako pień pokrywa kora!

Przezeń przyjdzie taka pora,

W której wiary spór z żywotem

Zginąć musi... Naszym potem

Zlane, ciężkie dni powszednie

Ze Zakonem169 stworzą jednię

I z nauką... Trud poziomy170

I gwiaździstych snów ogromy,

Przy choince radość dziatek

I przed Arką171 — na ostatek —

Taniec święty z Jego wolą

W jedną całość się zespolą!

przebiega, jak burza, wśród tłumu; niektórzy się cofają, przeważna część gromadzi się naokoło niego

TYSIĄC GŁOSÓW

Gwiazdą lśni nam śród rozgłosu

Jednym: żyć i służyć Bogu!

PROBOSZCZ

Wszyscy za nim! Hej! Ratujcie!

Kominiarzu, sędzio, wójcie!

Hej! Odbierzcie mu ten połów!

WÓJT

po cichu

Czyż to ze mnie zganiacz wołów —

Za rogi go nie ułapię!

Niechże on się wprzód wysapie.

BRAND

do tłumu

Może li tu być nasz Bóg?

Nie! Więc dalej! Precz z tych dróg

Na słoneczny łan swobody,

Kto jest żyw tu, kto jest młody!

zamyka bramę kościoła i zabiera pierścień z kluczami

Ja tu już nie księdzem wam!

Darowałem ja ten chram —

A ten pierścień niech zabierze

On li jeden!...

rzuca go do potoku

Jeśli cię, służalcze zwierzę,

Jeśli cię to, synu prochu,

Nęci, wciśnij się do lochu,

Przygarb się do samej ziemi,

Pełzaj w mroku i choremi

Ziej płucami — suchotnicze

Niech ci krople na oblicze

Występują!...

WÓJT

cicho, z ulgą

Diabli wzięli

Jego order.

PROBOSZCZ

podobnie

Coraz śmielej!

Dobra gratka dla biskupa!

BRAND

Młodzi! Żywi! Rzucić trupa!

Te żywota silne dłonie

Niechże wam obetrą skronie

Z padolnego prochu! Dalej!

Obyście wykorzystali

Dzień dzisiejszy! Raz wy przecie,

Odrodzeni już, zerwiecie

Z kompromisów nędznym duchem!

Moc rozbudźcie w sercu głuchem.

Niechaj siła w was zagości,

Otrząśnijcie się z słabości,

Z połowicznej wszelkiej żądzy!

Odepchnijcie od wrzeciądzy

Waszych bram szatański płód —

Niech z nim wojnę stoczy lud!

WÓJT

Buntu ja odczytam akta!

BRAND

Czytaj! Depcę wszelkie pakta!

TŁUM

Wskaż nam drogę! Wywiedź stąd!

BRAND

Tak, nowego życia łowce,

Kroczyć będziem przez lodowce,

Gdzie słoneczny świeci ląd!

Zrywać będziem więzy dusz,

Kalający strząsać kurz,

Nowych kształtów tworzyć wzory,

Precz odpędzać senne zmory!

Tak, od Boga my wybrani,

Będziem męże i kapłani,

Bić monetę świeżej chwały,

Zmieniać w kościół kraj ten cały!

Tłum, a śród niego Kościelny i Bakałarz, gromadzi się naokoło Branda. Mężczyźni podnoszą go na ramionach do góry

TŁUM

Wielki nastał dzisiaj czas!

Wielkie rzeczy są śród nas!

Tłum ludzi odpływa przez dolinę w górę; Kilku pozostaje

PROBOSZCZ

za odpływającym tłumem

Zaślepieńcy, gdzież to, gdzież?

Śród szatańskich zginie leż,

Kto zaufa jego słowu!

WÓJT

A wróćcie się! Cóż to znowu?!

Tak was skóra świerzbi? Przecie,

Ludzie, zważcie: tam zginiecie!

Nie chcą słuchać te psubraty!

GŁOSY LUDU

Wzniesieni wyżej, zmienim światy!

WÓJT

Któż się oprzeć nędzy może,

Gdy nie pasie, gdy nie orze?!

GŁOSY

Na głos ludu nieustanna

Z bożych rąk spływała manna!

PROBOSZCZ

Czy słyszycie żon swych skargi?

GŁOSY

z daleka

Nie wchodzimy z nikim w targi!

PROBOSZCZ

Zlitujcie się nad dziatkami!

CAŁY TŁUM

Przeciw nam jest, kto nie z nami!

PROBOSZCZ

stoi chwilę z załamanymi rękami i mówi bezradny

Pozbawiony swego stada,

Z krzykiem trwogi: biada! biada!

Gdzież się pasterz wasz przytuli,

Snać obnażon do koszuli?

WÓJT

grozi w kierunku Branda

Łuk się złamie! Złe napięcie!

Łowco, myśl o testamencie!

PROBOSZCZ

prawie z płaczem

Cóż — testament?!.... Ci zgubieni!

WÓJT

Męstwa! Wszystko się przemieni!

Nie trać wiary! Na manowce

Nie schodź, wszakże znasz swe owce!

(idzie za ludem)

PROBOSZCZ

Czyż naprawdę on by biegł

W ślad za nimi?... Zacny człek!

I mnie raźniej jest na duszy!

Pójdę również! Może wzruszy

Tłum się, może nasza siła

Jeszcze go nie utraciła?

Klacz osiodłać — tęgi stwór,

Co przywykły jest do gór!

odchodzą wszyscy

Przy najwyższym, do wsi należącym, szałasie.

Krajobraz górzysty — wgłębi wielkie płaskowzgórze. Do góry pnie się Brand, otoczony tłumem Mężczyzn, Kobiet i Dzieci

BRAND

Patrzcie przed siebie! Tryumf przed nami!

Wieś już zginęła poza wierchami!

Tam: od opoki do opoki

Mgieł się rozścielił wał szeroki,

Cóż cię obchodzi mgła rozsiana?

Swobodnie dąż, ty ludu Pana!

JEDEN Z MĘŻCZYZN

Nie może już mój ojciec stary.

INNY

Głód ja tu czuję, głód bez miary!

KILKU

Wprzódy nas posil, daj nam chleba!

BRAND

Naprzód! Tę górę przebyć trzeba!

BAKAŁARZ

A jaka droga?

BRAND

Każda z wielu,

Byle zawiodła nas do celu

Prosto i prędko! Tędy! Tędy!

JEDEN Z MĘŻCZYZN

Na nic tu wszelakie rozpędy,

Droga zbyt stroma! Nie ma mowy,

By kto przed nocą doszedł zdrowy!

BRAND

Najstromsza droga zawsze bywa

Także najkrótszą!...

JEDNA Z KOBIET

Ledwiem żywa!

Słaby jest, patrz, mój synek drogi!

INNA

Pokaleczyłam sobie nogi!

TRZECIA

Wargi mam spiekłe, całkiem chore!

BAKAŁARZ

do Branda

Wierze jej nową daj podporę!

WIELE GŁOSÓW

Spełnij cud jaki! Spełnij cud!

BRAND

Moc wam służalczy zabrał trud!

Przed dziełem już nagrody chcecie!

Zrzućcie śmiertelną słabość z siebie,

Lub niech was dawny grób pogrzebie!

BAKAŁARZ

Słusznie! Nasamprzód trzeba przecie

Skończyć swą pracę, a zaś potem

Uraczyć się nagrody złotem.

BRAND

Tak, jak podnosi Bóg swe dłonie

Nad ziemski łan, nad morza tonie!

WIELE GŁOSÓW

On prorokuje!

KILKA GŁOSÓW

Powiedz, księże,

Gorący będą bój wieść męże?

INNI

Czy bój to długi? Bardzo krwawy?

JEDEN Z MĘŻCZYZN

Silneż są wrogów naszych ławy?

BAKAŁARZ

po cichu

Ja chyba życia nie narażę!

INNY Z MĘŻCZYZN

Cóż ja otrzymam za to w darze?

JEDNA Z KOBIET

Chyba nie umrze syn mój?

KOŚCIELNY

Czy my

Jeszcze przed wtorkiem zwyciężymy?

BRAND

O co pytacie?

KOŚCIELNY

Księże mój,

Naprzód: jak długo potrwa bój?

Potem: co tracim przezeń? Wreszcie:

Co zyskujemy?

BRAND

ogląda się z rozpaczą wokoło

A więc, bracie,

O to wy mnie się dziś pytacie?

BAKAŁARZ

Tak jest! Mężowi i niewieście

Wszelkiej odpowiedzi daj! My, panie,

Dotąd nie wiemy, co się stanie.

BRAND

oburzony

Wnet się dowiecie z moich słów!

TŁUM

skupia się naokoło niego

Tak! Chcemy wiedzieć! Gadaj! Mów!

BRAND

Jak długo bój ten będzie trwać?

To pragnie wiedzieć moja brać?

Aż po ostatnie serca bicie,

Aż kielich ofiar wychylicie,

Aż pozrywacie wsze172 umowy,

Aż woli waszej napór zdrowy

Już wam na zawsze zamknie drogę,

Już nie da wam odwracać lic

Od hasła: „Wszystko albo nic”! —

Co utracicie?... To rzec mogę:

Wszelkiej gnuśności miękkie łoże,

Wszelką służalczych lat obrożę,

Połowiczności już bałwana

Czcić nie będziecie, gnąc kolana! —

Co zyskujecie? Ducha jednię

I czystość woli, niepowszednie

Zasoby wiary i ofiarność,

Co, się nad trwogi wznosząc marność,

Najcięższe trudy ponieść zdoła!

Wieńce cierniowe na swe czoła

Pozyskujecie! Takie oto

Będzie nagrody waszej złoto!

TŁUM

śród szalonego wrzasku

Zdradził! Któż będzie jeszcze zwlekał?!

BRAND

Nic wam innegom nie przyrzekał...

KILKU

Zwycięstwemś łudził, zaszczytami,

A o ofiarę ty się z nami

Teraz targujesz!...

BRAND

Tak, zwycięstwo

Obiecywałem dać za męstwo!

I kto z was zechce, ten ci będzie

Zawsze zwycięzcą! Lecz kto w rzędzie

Pierwszym tu kroczy, ma być gotów

Paść, jeśli trzeba!... Do helotów173

Niech idzie ten, niech złoży bronie,

Kto nie chce na tym się wygonie

Potykać mężnie! W ręce wraże

Przechodzi sztandar, przy sztandarze,

Kogo lęk nadgryzł, blady jad,

Ten już naznaczon, zanim padł!

TŁUM

Prawo do życia on nam skraca

Dla pokolenia, które jeszcze

Na świat nie przyszło!

BRAND

To wam wieszczę,

Że Kanaanu174 słodka płaca

Czeka li huf, co paść gotowy!

Przez śmierć do zwycięstw! Tymi słowy175

Duch mój rycerzy Pańskich woła.

KOŚCIELNY

Zważywszy wszystko, rzecz wesoła:

We wsi jesteśmy, jak wyklęci —

BAKAŁARZ

Wracać nie można, to w pamięci!

Trzeba mieć dzisiaj —

KOŚCIELNY

A co dalej?

KILKA GŁOSÓW

Ubić go! Ubić!

BAKAŁARZ

To się chwali,

Lecz gdzie nam szukać przewodnika,

Gdy wokół taka burza dzika!

KOBIETY

wskazując przerażone na drogę

Proboszcz! Hu! Proboszcz!

BAKAŁARZ

Stary kiep!

Nie dajcie mu się brać na lep!

PROBOSZCZ

wchodzi w towarzystwie kilku ludzi, którzy nie poszli z Brandem

Moje owieczki, dziatki moje,

To ja, wasz pasterz, tutaj stoję.

BAKAŁARZ

do tłumu

Niech się tam lud już tak nie męczy!

O, chodźmy tu, za grzbiet przełęczy.

PROBOSZCZ

Ach! Mogłem w was się tak pomylić?

Mam przez was kielich ten wychylić?

Przez was mam czuć tę ranę w boku?

BRAND

Czyż on nie ranił was co roku?

PROBOSZCZ

Nie słuchajcie go! On was zwodzi!

KILKU

Tak! Prawdę mówi ksiądz dobrodziej!

PROBOSZCZ

Lecz my łagodni, przebaczamy

Tym, którzy skruchą mażą plamy.

o, chrześcijański luby bracie,

Patrz, jakie sidła on tu na cię

Zastawił dzisiaj! Patrz, twe serce

W jakiej pogrążył dziś rozterce

Czarnym podstępem!

WIELU

Siecią złud

Uwikłał ci on boży lud!

PROBOSZCZ

Potem, przyznacie sami przecie,

Kogoż wy tu oświecać chcecie,

Wy, urodzeni w tym zakątku!

Czyż do innego was porządku

Stworzył nasz Pan Bóg — czyż wielmoży

Chciał zrobić z was Wszechwładca boży?!

Czyż choć jednego uwolnicie

Z tej krępującej go obroży?

Ten trud powszedni, oto życie,

Które jest waszym dziś udziałem!

W tym utrapieniu swoim całem

Gdzież macie szukać dziś pociechy?

W tym, byście strzegli swojej strzechy!

Wy — światoburce? Niech przy zrębie

Swojego domu każdy stanie!

Między jastrzębie wam i kanie —

Tak, między kanie i jastrzębie

Chodzić w tej wielkiej waszej biedzie —

Pomiędzy wilki i niedźwiedzie?

O nie, owieczki, o me dzieci!

TŁUM

Z słów jego jasna prawda świeci!

KOŚCIELNY

My tam już dzisiaj nic nie mamy,

Myśmy zamknęli domów bramy,

Raz się zdobywszy na ten krok!

BAKAŁARZ

Zajął się nami, chciał nasz tłok

Oczyścić z grzechu! Snu już dość!

Tam, gdzie ma niby życie rość,

Dla przebudzonych dzisiaj dusz

Nie ma żadnego życia już!

PROBOSZCZ

Wszystko przeminie, nie najgorzej

Wszystko wam znowu się ułoży,

Tylko cierpliwie, a znów boski

Zjawi się mir176 do naszej wioski.

BRAND

Więc wybierajcie, wy, mężowie,

I wy, niewiasty!...

KILKU

Ani w głowie

Nam tu pozostać!

INNI

Nie! Nie! W górę!

W górę! Tam w dole dni ponure!

WÓJT

przybiega zdyszany

Szczęście, żem dognał was, jedyni!

KOBIETY

Niech nam wyrzutów pan nie czyni!

WÓJT

Jakie wyrzuty?! Tylko prędzej!

Nastał już koniec naszej nędzy!...

Mówię: nim jeszcze noc zapadnie,

Zbogacimy się ładnie, snadnie!

KILKU

Jak to?...

WÓJT

W fiordzie miliony177!

Ciąg ryb niezwykły, wprost szalony!

TŁUM

Co?

WÓJT

Każdy krok się nam opłaci!

Bogaci będziem, tak, bogaci,

Jeśli ich burza nie rozgoni!

Więc niechaj czasu nikt nie trwoni!

Głód nam dokuczać już nie będzie!

BRAND

Wybierajcie wójta lub orędzie

Boże!

WÓJT

Rozsądku słuchać trzeba!

PROBOSZCZ

Jakby nam cud zesłały Nieba!

Jak gdyby boski to był znak!

Wszystkom to widział we śnie — tak! —

Jeno178 myślałem, że to mara,

A teraz widzę, jak się stara

Sam Bóg!

BRAND

Poddając się, zaiste,

Stracicie łaski rzeczywiste!

WIELU

Ciąg ryb!

WÓJT

Miliony! Co za plon!

PROBOSZCZ

Obfity stół dla dzieci, żon!

WÓJT

Widzicie, szkoda tyle czasów

Tracić na rzecz daremnych kwasów,

Na spór z przemocą, który zgoła

Zwalczyć i proboszcz nasz nie zdoła!

Niechże się głupiec, gdy tak skory,

Troszczy o cudze, śmieszne spory!

Pan Bóg już sobie sam poradzi —

Twierdzę niełatwo kto rozsadzi!

Więc niech się próżno nikt nie biedzi,

Kiedy we fiordzie tyle śledzi!

Zarzućcie sieci swe spokojnie,

Męstwa nie trzeba, jak na wojnie,

Ni krwi — zwycięstwo będzie z nami,

Choć nie uczynim ofiar z siebie!

BRAND

Przykaz ofiary tej na niebie

Płomienistymi lśni głoskami!

PROBOSZCZ

Jeśli kto myśli o ofierze,

Jeśli go chęć ku temu bierze,

Toć do mnie droga niedaleka:

Ot, do niedzieli niech zaczeka!

WÓJT

przerywając

Tak! Tak!

KOŚCIELNY

po cichu do proboszcza

Kościelnym pozostanę?

BAKAŁARZ

po cichu

Czy mi nie będzie odebrane

Miejsce po wszystkim, co tu...

PROBOSZCZ

głosem stłumionym

Proszę

Mieć na maleńką reprymendę

Otwarte ucho, a po trosze

Wszystko się zrobi — jać nie będę

Sędzią zbyt srogim — a więc zgoda!

WÓJT

Dalej! Minuty każdej szkoda!

Trzeba się śpieszyć! Dalej! Dalej!

KOŚCIELNY

Każda się zwłoka klątwą zwali

Na nasze barki...

KILKU

A nasz ksiądz?

KILKU

Niech sobie idzie z Bogiem!

BAKAŁARZ

Chcąc

Albo też nie chcąc, przyznać trzeba,

Że w onych śledziach jest znak nieba!

KILKU

Łudził nas — istna zła pokusa!

PROBOSZCZ

Wiecie: nie wierzy już w Chrystusa!

Nawet „cum laude179” nie posiada...

KILKU

Cóż on posiada?

WÓJT

Trudna rada:

Niski charakter!

KOŚCIELNY

Tak, to człowiek

Widzi od razu!

PROBOSZCZ

Tak, on powiek

Nawet nie zamknął — owszem, starej

Matce dokuczać śmiał bez miary

W godzinie śmierci!...

WÓJT

Dziecko własne

Nieomal zabił.

KOŚCIELNY

Tak, to jasne:

W grób swą rodzoną wpędził żonę...

KOBIETY

Cóż to za plemię zatracone!

PROBOSZCZ

Tak, kiepski ojciec, mąż i syn!

Nie przeczyż tu nauce czyn?!

WIELE GŁOSÓW

Zburzył nam kościół!

INNI

Zamknął nowy,

Jako za mały — tak nas zwodzi!

ZNOWU INNI

Na głąb nas rzucił w wątłej łodzi!

WÓJT

Z wspaniałej okradł mnie budowy:

Z domu wariatów —

BRAND

Ta skroń wasza —

Widzę to dobrze już — ogłasza

Wieść mi zbyt jawną, wieść niekłamną,

Że nikt na szczyt nie pójdzie za mną!

Nikt nie zawoła: Dalej! Prowadź!

CAŁY TŁUM

ryczy

Ukamienować! Kamienować!

deszcz kamieni zmusza Branda do cofnięcia się w pustać skalną. Prześladowcy powoli wracają

PROBOSZCZ

O, moje dziatki! Me owieczki!

Już powracacie z tej wycieczki

W to porzucone chat pustkowie!

Wierzcie, że wyjdzie wam na zdrowie!

Nasz Bóg jest dobry, litościwy,

Niewinnej krwi niepożądliwy,

Łagodny również, jak nasz rząd,

Jakiego nie ma inny ląd.

A wasza zwierzchność — w pierwszym rzędzie

Pan wójt — dokuczać wam nie będzie!

A ja — Bóg na mnie jest łaskawy —

Li w chrześcijaństwie ludzkim sławy

Szukam — tak jest, my na wyżynie

Pragniemy w zgodzie żyć jedynie!

WÓJT

A jeśli jest gdzie jaka skazka,

Trzeba usunąć ją do diaska!

Gdy wróci wszystko w dom, co żyje,

Wybierzem zaraz komisyję,

Która ma zbadać, co się w treści

Naszej religii złego mieści.

Duchowna będzie w niej osoba

Jedna i druga, którą oba,

Ja i ksiądz proboszcz, wyznaczymy,

Nie obiecanki, nie czcze dymy!

Jeśli to ludzi uspokoi,

To do komisji wejdzie mojej

Także bakałarz i kościelny!

Dobór to jest, jak widać, dzielny!

Przeto obawiać się nie trzeba —

PROBOSZCZ

Niech wam za to wielkie Nieba

Wynagrodzą, bracia mili,

Że wasz pasterz dożył chwili,

Kiedy Pan Bóg spełnił cud,

By wybawić ten swój lud!

Dobrego połowu życzę!

Żegnam!

KOŚCIELNY

Tak, to mi oblicze

Chrześcijańskie!

BAKAŁARZ

Jest coś więcej

W nich, nie samo li krzykactwo!

KOBIETY

Delikatni, dla tysięcy

Tych przystępni!

INNE

Na prostactwo

Ludzkie patrzą, jak prostacy!

KOŚCIELNY

Nikomu nie plują w kaszę.

BAKAŁARZ

I nie same Ojcze-nasze

Tylko klepią!

Tłum schodzi z góry

PROBOSZCZ

do wójta

Nie inaczej —

Pan owoce wnet zobaczy,

Szanse nasze się podnoszą,

Boć, przyznajmy to z rozkoszą,

Jest potęga w świecie żywa,

Co reakcją się nazywa.

WÓJT

Moje dzieło, że ta cała

Krotochwila180 się rozwiała

Już w zarodku!

PROBOSZCZ

Tak, w tym kwasie

Cud najbardziej pomógł, zda się.

WÓJT

Cud?

PROBOSZCZ

A jakże! Ów ciąg śledzi.

WÓJT

nadyma się

Człek, jak może, tak się biedzi:

Oczywiście, kłamstwo.

PROBOSZCZ

Panie —?

WÓJT

A cóż robić? Byłem rad,

Żem na taki pomysł wpadł.

Może jest to ku naganie,

Lecz wie proboszcz, sytuacja...

PROBOSZCZ

Czasem w kłamstwie bywa racja,

Gdy konieczność tak wymaga...

WÓJT

A, gdy wszystko się ułoży

W jakiś ład i spokój boży,

Wszystko jedno, czy to blaga,

Czy też prawda zmogła181 czysta!

PROBOSZCZ

Ze mnie nie jest rygorysta.

patrzy w stronę skalnej pustaci

Czy nie Brand to tak się wlecze?

WÓJT

Nie kto inny!... Zacny człecze,

W samotnego się rycerza

Bawić musisz!

PROBOSZCZ

Nie! Przymierze

Dochowuje mu tam, widzę,

Jakby giermek — w godnej lidze!

WÓJT

Dyć182 to Gerda! Niech ją czarci!

Oboje są siebie warci!

PROBOSZCZ

z humorem

Kiedy już się uspokoi

Głód ofiary, u podwoi

Jego grobu trzeba będzie

Dać mu napis w takim względzie:

„Wichrowaty Brand tu legł;

Został przy nim jeden człek,

Ale ten miał bzika w głowie!”...

WÓJT

grożąc palcem

Cokolwiek tu proboszcz powie

Jednak lud, choć w dobrej wierze,

Trochę z nim się, rzekłszy szczerze,

Nie po ludzku obszedł...

PROBOSZCZ

wzruszając ramionami

Panie,

Powiem ci na pożegnanie

Że „vox populi, vox dei183”.

odchodzą

Na rozległym płaskowzgórzu.

Szaruga rośnie i ciężkie obłoki spędza na śnieżne pola; tu i ówdzie wychylają się czarne szczyty i na nowo giną w mgłach. Brand nadchodzi pokrwawiony, poturbowany.

BRAND

przystaje i spogląda poza siebie

Tłum tysiączny za mną kroczył,

Ale szczytu nikt nie zoczył.

Wszystkie serca snać upiększa

Rozbudzona, coraz większa,

Żądza jakichś większych dni!

W wszystkich duszach hasło brzmi:

„Dalej! W bój pod świętym znakiem!”,

Lecz na polu bitwy makiem

Jakbyś zasiał... Nikt ofiary

Nie chce ponieść. Tak bez miary

Tchórzem wola jest podszyta!

Nikt o męstwo się nie pyta.

Jeden zmarł za słabość świata,

A tchórzostwo dziś, w te lata,

Zbrodnią zwać się już przestało.

opada na kamień i bojaźliwie rozgląda się wokoło

Ileż razy moje ciało

Dreszcz przebiegał, w „chowanego”

Gdy się bawiąc, do ciemnego

Biegłem ukryć się alkierza.

Lecz dziecięca dusza świeża.

Gdy największy krew mych żył

Ścisnął strach, gdy brytan wył,

Czuła, że za firankami

Słońce żywym blaskiem mami,

Że za chwilę światła zdroje

Spłyną w ciemne ściany moje,

Że ten promień jasny, krzepki,

Przezwycięży mrok izdebki,

Że przepędzi wszystkie duchy,

Co budziły przestrach głuchy!

Gdzież potęga tego słońca?

Noc ponura, noc bez końca,

A tam siedzi lud w tej mroczy —

Białe włosy, zgasłe oczy —

Strzeże dawno zgasłych snów!

Los wyprawił straszny łów,

A on starcze ściska pięście,

Grozi losom, co mu szczęście

Uśmierciły — patrz, rok w rok

U królewny-śnieżki zwłok,

Tłumiąc w sobie gorzki ból,

Nieszczęśliwy siedzi król,

Ucho do jej płuc przykłada,

Patrzy, słucha, śledzi, bada,

Zali z zmarłej krwi o wiośnie

Świeża róża nie wyrośnie!

Nikt, jak on, nie rzucił w grób

To, co było trupem — trup

Żaden prawdy tej nie wzbudził,

By się darmo nikt nie łudził,

Że w żywocie nowym wskrześnie

To, co zmarło... Zmarłe pieśnie —

Pod mogilny rzuć je głaz!

Nowe ziarna siać w ten czas,

By z nich wyrósł owoc świeży —

O to dbać mu dziś należy!

Noc, posępna, głucha noc!

Gdybym miał piorunów moc,

Wówczas zniszczyłby mój grom

Tej pozornej śmierci srom! ...

zrywa się na równe nogi

Nocne pędzą gdzieś widziadła —

Z piekieł zgraja ta wypadła!

Czas ten zbrojny, czas pancerny

Chce ofiary wielkiej, wiernej,

Zamiast laski, chce żelaza,

Miecza z pochew raz do raza

Wydobywa w krwawej pracy!

Tam wojują już krewniacy,

A tu bracia, ślepcy sami

I głuchmani, pod razami

Uchylają trwożnie głów!

Biedny lud mój, biedny chów!

Nadmiar hańby tak go zmógł!

Śród samotnych krocząc dróg,

Tylko jęczą, tylko płaczą,

Imię swe pokorą znaczą,

Biedną bracią się rybaczą

Zwąc w tej myśli, że w pokorze

Najlepiej kierować może

Swymi losy184 nędzny lud!

Gdzie jest sztandar? Gdzie ten cud,

Który na swym licu spaja

Tęczowe kolory maja,

Czerwono-niebiesko-złote?

Gdzież ten tłum, co na ochotę

Ruszył falą? Gdzie ta mnoga

Rzesza, co ideologa

Królewskiego otaczała,

Kiedy jego moc wspaniała

Wycinała ci swą ręką

Ten twój język?... Tak, paszczęką

Obdarzono cię, sztandarze,

Ale smocze zęby wraże

Nie wyrosły z twej gardzieli!

Czemuż ci, co znak twój cięli

Nożycami królewskimi,

Nie przepadli razem z nimi

Jeszcze onej dawnej chwili,

Zanim dzieło swe spełnili?

Drugi znak nasz czworogranny,

Znak pokoju nieustanny,

On za sygnał nam wystarczy,

Kiedy burza tu zawarczy,

Gdy łódź trzeba mieć na pieczy...

Gorsze losy, gorsze rzeczy

Rodzi przyszłość niewstrzymana:

Ta obłoku czarna ściana,

Brytańczyka dym węglowy,

Brudzi łąki i dąbrowy,

Każde źdźbło pokrywa sadzą.

Z swą trującą idzie władzą,

Kradnie dzień ze wszystkich dróg,

Na tę zieleń naszych smug185,

Na te miasta, na te sioła

Deszcz popiołu sypie, zgoła

Jak Wezuwiusz, dookoła.

Brzydcy są dzisiejsi ludzie!

Po kopalniach w ciężkim trudzie,

Gdzie w kilofów takt kropelki

Wody sączą, ginie wszelki

Płód szlachetny; gorzko, luto186

Tłum kaleki ostrzy dłuto,

By wyzwolić kruszcu duchy...

Ciało karle i duch kruchy,

Rysy żądzą zeszpecone,

Spoglądają w złota stronę.

Któż tu płacze? Któż się śmieje?

Brat ni ziębi ani grzeje,

Nie ma człeka, nie ma męża,

Co sam siebie przezwycięża —

Huk kowadła, łoskot młota,

Oto życia jest robota.

Baśń o świetle już nie nęci!

Już nie mają w swej pamięci

Owi ślepcy, że dla człeka

Chwila ta ma być daleka,

By, gdy zgasną jego siły,

Obowiązki się skończyły!

Gorsze losy, gorsze rzeczy

Przyszłość z siebie tu wyłuska!

Wilcza gardziel mędrkowania

Chce pochłonąć blask mądrości.

Krzyk w północne idzie włości:

„Pomagajcie doli człeczej,

Ratujcie nas!” A to karli

Syczą: „Siły byśmy starli,

Cóż my mamy przy tym dziele?

Wszak nas luda jest niewiele!

Naród silny niech się waży

Stać na dóbr powszednich straży!

Nie zadamy sobie trudu,

Aby krew naszego ludu

Dać za jakieś puste dymy!

Wszak nie żadne my olbrzymy,

Nie wyrosną żadne sprzęty

Z świętych harców, z walki świętej!

Toć nie za nas cierpiał wiernie

On, gdy skroń mu bodły ciernie,

Gdy mu włócznię wbijał w bok

Żołdak rzymski, kiedy tłok

Obszarpańców w głos się śmiał,

Gdy mu straszny, ludzki szał

Wbijał gwoździe w nogi, ręce!

Tak, nie za nas On w tej męce

Konał kiedyś!... My za mali...

On nas nie kładł na swej szali!

Ten krzyż cieśli i ta góra,

Te powrozy, ta purpura

Krwi spod razów Ahaswera187

Wszystko to jest prawda szczera,

Lśniąca w tym pasyjnym dziele,

Obchodzonym dziś w kościele!”

rzuca się w śnieg i chowa oblicze; po chwili wznosi wzrok do góry

Czy ja śniłem? Czym się zbudził?

Czy mnie jakiś obraz łudził?

Czy wodziło mnie widziadło,

Co w tych mrocznych mgłach przepadło?

Czyż zapomniał człek w tej dobie

O Tym, który go po sobie

Stworzyć raczył? Czyż ten człek

Na wieki w przepaści legł?

nasłuchuje

Cóż to? Straszne wichru siły

Językami przemówiły?

CHÓR NIEWIDZIALNYCH

huczy wskroś burzy

Z prochuś powstał, czym twa wola,

Czymże przy Nim twoja moc?

Wytrwasz, czy też ujdziesz z pola,

Perć188 twa zawsze spada w noc.

BRAND

powtarza wyrazy powyższe i mówi cicho

Snać jest prawda w słów tych treści!

Kazał iść za próg kościoła,

Zrzec się tego, co się mieści

W mej tęsknocie, w mej boleści;

Mroki rozsiał mi dokoła,

Zlecił walczyć aż do końca,

Abym upadł dziś — bez słońca!

CHÓR NIEWIDZIALNYCH

coraz silniej huczy nad jego głową

Płazie, prochu! Czym twa wola

Czymże przy Nim jest twój duch?

Zdążaj naprzód, czy schodź z pola,

Dzieło twe — to marny puch!

BRAND

Żonę drogą, dziecko moje,

Dni, co miały w szczęścia chwale

Płynąć, w gorzkiem zmienił boje

Wszystkom rzucił to na szale —

Dziś, zwyciężon, sam tu stoję!

CHÓR

łagodnie i wabiąco

Choć największe byś ofiary

Składał Mu po wieków wiek,

Nie dorośniesz Jego miary,

Boś nic więcej, tylko człek!

BRAND

z cichym płaczem

Żono, dziecię, wróćcie do mnie!

Sam na pustej siedzę zboczy,

Szczęście ujrzeć chcą me oczy,

W mgłach się gubię nieprzytomnie.

podnosi oczy do góry; plama świetlana wyłania się z mgieł i rozszerza się przed nim, zjawia się postać niewieścia w jasnej szacie z płaszczem na ramieniu. To Agnieszka

ZJAWISKO

uśmiecha się i wyciąga ku niemu ramiona

Masz mnie znowu, swą Agnieszkę!

BRAND

zrywa się na równe nogi

Tyś to weszła na mą ścieżkę?

Żyjesz?

ZJAWISKO

Wszystko było snem!

Teraz koniec jest ze złem!

BRAND

Ty! Agnieszka!

rzuca się ku niej

ZJAWISKO

z krzykiem

Nie ktej stronie189!

Czyż nie widzisz? Przepaść zionie!

Czy nie słyszysz? Huk siklawy!

łagodnie

To nie sen już! To nie zjawy

Chmurne, groźne! Wszystko tobie

Widziało się, jak w żałobie

Nocy ciemnej! Sen to chwili,

Żeśmy ciebie opuścili!...

BRAND

Żyjesz! Chwała!...

ZJAWISKO

szybko

Ani słowa!

Chodź! Czas nagli!

BRAND

A dziecina?

ZJAWISKO

Żyje! Jak roślina

Żyje młoda, świeża, zdrowa!

Snem li były męki twoje,

Marą wszystkie twe przeboje.

Alf wyzdrowiał, w oczach rośnie,

Babka pieści go miłośnie,

A i kościół stoi też,

Tak, jak niegdyś! Jeśli chcesz,

Zbuduj większy! W naszym siole

Ludzie w krwawym się mozole

Tak, jak niegdyś, kąpią wraz!

BRAND

Niegdyś —?

ZJAWISKO

Tak, jak w owy czas,

Gdy był spokój.

BRAND

Spokój?

ZJAWISKO

Strach,

Że tak zwlekasz.

BRAND

Ja śnię! Ach!

ZJAWISKO

Nie! Ty nie śnisz! Jak po znoju,

Trza opieki-ć i spokoju,

BRAND

Silny jestem!

ZJAWISKO

Tak, a przecie

Możemy cię, ja i dziecię,

Stracić znowu, jak cień jaki,

Ujdziesz nam na obce szlaki,

Wzdyć osłabnie duch twój, człeku,

Gdy nie weźmiesz się do leku.

BRAND

Daj mi lek ten!

ZJAWISKO

Ty go masz,

Ty sam jeden zdrowia straż

Dzierżysz w ręku....

BRAND

Wymieńże mi!

ZJAWISKO

Stary lekarz, co licznemi

Księgi mądrość swoją sycił,

Trzy słóweczka li pochwycił —

W nich choroby onej siła,

Co szaleństwem cię raziła!

Tych wyrzeczesz się najświęciej,

Te wykreślisz z swej pamięci —

One bowiem źródłem mar tych.

Co cię w swych ramionach zwartych

Tak trzymają — te trzy słowa

Masz zapomnieć, jeśli zdrowa

Ma być dusza, gdy z jej lic

Chora ma ustąpić bladość!

BRAND

Prośbie mojej uczyń zadość:

Wymień!

ZJAWISKO

Wszystko albo nic!

BRAND

cofając się

To jest?

ZJAWISKO

To! Jakom ja żywa,

A ty poddan śmierci! Lecz,

Lecz swą duszę!...

BRANDA

A więc miecz

Jeszcze wisi!...

ZJAWISKO

Precz stąd! Precz!

Przy mnie radość się odzywa,

Przy mnie rozkosz! Otom żona!

Przytul mnie do swego łona

I w cieplejsze pośpiesz kraje!

BRAND

Ma choroba już ustaje.

ZJAWISKO

Wróci znowu.

BRAND

Nie! Nie wróci!

Już gorączka mi nie kłóci190

Myśli! Niech śni, kto ma chęci —

Mnie zaś nęci jasność życia!

ZJAWISKO

Życia?

BRAND

Za mną!

ZJAWISKO

Jakie plany

Rozpierają ci twą duszę?

BRAND

W życie sen przemienić muszę,

Czyn wykonać zaniedbany!

ZJAWISKO

Niemożliwe! Wszystkie dreszcze

Tych męczarni — nie!...

BRAND

Raz jeszcze!

ZJAWISKO

Strasznych słów bolesną treść

Dobrowolnieś gotów znieść

I na jawie?

BRAND

I na jawie!

Dobrowolnie!...

ZJAWISKO

Stracić dziecię?

BRAND

Stracić.

ZJAWISKO

Brand!

BRAND

To mus jest przecie.

ZJAWISKO

Patrzeć jeszcze, jak się dławię,

Jak mi krew się w żyłach ścina,

Aż nadejdzie znów godzina,

Co od ciebie mnie wyzwoli?

BRAND

Muszę.

ZJAWISKO

Dzień zastąpić nocą,

Tłumić blaski, co się złocą,

Gardzić słodką szczęścia mocą,

Nie zamykać serca doli

W pieśni?

BRAND

Czyż ja byłbym sobą —

Powiedz — gdybym się tą dobą191

Miał oszczędzać?

ZJAWISKO

Przyjacielu,

Zapomniałeś, że u celu

Przedrzeźniała ciebie złuda,

Że oplwano twoje cuda,

Że cię bito, opuszczono!

BRAND

Nie dla siebiem szarpał łono,

Nie dla zwycięstw walczył swych!

ZJAWISKO

Wystawiałeś się na sztych

Za żyjących w kopalń norze!

BRAND

Jeden człek wypłoszyć może

Dużo mroków.

ZJAWISKO

Twardyś bój

Toczył za straceńców rój!

BRAND

Wiele nieraz — toć nie dziwy! —

Zdoła jeden sprawiedliwy.

ZJAWISKO

Wspomnij sobie spór ten jeden:

Kto wyrzucał nas za Eden?

Nie otworzą się już wrota,

Które ta zamknęła ręka!

Płonne trudy, płonna męka!

BRAND

Wolną drogę ma tęsknota!

ZJAWISKO

ginie śród huku, jak gdyby gromowego, mgła zwala się na miejsce, na którym stało; zrywa się krzyk ostry, przeraźliwy, jak gdyby krzyk uciekającego

Umrzyj! Czego chcesz na ziemi?!

BRAND

stoi chwilę, jakby ogłuszony

Znikło! Przeszło! W mgłę czarnemi

Powionęło skrzydły192 — tam!

Niby jastrząb! Znowu kłam

Nastawił swe sieci — zguby

Chciały mojej złe rachuby!

Kompromisy, nędzne targi —

Tego chciały twoje wargi!

GERDA

zjawia się ze sztućcem193 w ręku

Czyś nie widział, gdzie w tej mroczy

Zginął jastrząb?...

BRAND

Tak, me oczy

Teraz to go już spostrzegły!

GERDA

Opisz mi, którędy zbiegły

Stwór ten pomknął!... W tej godzinie

Już go los ten nie ominie.

BRAND

Będzie trudno; na nic kula!

Nieraz jeszcze on pohula...!

Tak bywało: padnie, zgaśnie,

Ale wówczas, kiedy właśnie

Śmierć najbliższa — tak się zdało —

On wychodził znowu cało,

Gdzieś z poza mnie znów się zrywa

I powietrze znów przepływa...

GERDA

Skradłam sztuciec — z taką bronią

Za renami łowcy gonią;

Ma ładunek z srebra, z stali.

Obłąkaną mnie nazwali —

Mniej nią jestem, niźli wielu

Innych...

BRAND

A więc mierz do celu!

chce odejść

GERDA

Ty kulejesz... Możeś spadł?

BRAND

Lud pozbawił mnie posady.

GERDA

przygląda mu się bliżej

Krople krwi na skroni bladej?

BRAND

Bito, pchano, pędząc w świat!

GERDA

Głos tak ongi, jakby granie,

Osłabł niby wiatr w altanie.

BRAND

Wszystko — wszystko —

GERDA

Cóż?

BRAND

Na wieki

Opuściła mnie... w daleki

Uszła kraj...

GERDA

patrzy na niego wielkimi oczami

Teraz za to

Widzę, kto ty! Długie lata

Jam myślała, żeś ty ksiądz!

Precz z tym wszystkim! Zwąc jak zwąc,

Tyś — największy!

BRAND

Mówię sam:

Ten ułudny, widzisz, kłam

Niemal zabił mnie!

GERDA

Te dłonie —

Pokaż...

BRAND

Czemu sięgasz po nie?

GERDA

Ślady gwoździ!... A dokoła

Pobladłego twego czoła

Krwawe blizny! Rzecz najprostsza —

Toć to cierni wściekłe ostrza!

Tyś na krzyżu wisiał! Pomnę,

Nieraz ojciec mi ogromne

Mówił rzeczy, iż to w dobie

Było dawnej i — nie tobie

To się stało! Lecz to baśnie!

Odkupiciel tyś jest właśnie!

BRAND

Odejdź!

GERDA

Paść mi na kolana

Przed obliczem mego Pana?

BRAND

Precz!

GERDA

Krew twoja się polała,

Co nas wszystkich zbawić miała!

BRAND

Dla mnie On ją musiał ronić,

Pozwólże mi głowę skłonić!

GERDA

podaje mu sztuciec

Zabij to przeklęte plemię!

BRAND

potrząsając głową

Los, co przywiódł mnie na ziemię,

Spełnić muszę...

GERDA

Swoje rany

Pokazujesz, uratowany,

Odkupiony w dzień dzisiejszy!

Tyś największy!...

BRAND

Nie! Najmniejszy

Jest czymś więcej...

GERDA

spogląda w stronę przerzedzających się obłoków

Oczy twoje

Widzą, gdzie ty stoisz?

BRAND

patrząc osłupiały przed siebie

Stój:

W dole, u stóp stromych ścian.

GERDA

tonem jeszcze dzikszym

Wiesz, gdzie stoisz?

BRAND

Czyż się mylę?

Mgły rozchodzą się, w ich pyle

Jakby jasność...

GERDA

Czarny róg

Zmógł je, niby cierń je zmógł!

BRAND

patrzy w górę

Czarny róg? Co? Kościół z lodu!

GERDA

Jest ten wreszcie, co do grodu

Tego wejść miał?

BRAND

Tysiąc mil

Dzieli go od słodkich chwil!

Jakież budzi mi tęsknoty

Ten światłości promień złoty!

Jak mi cała wola dyszy

Żądzą tej ukojnej ciszy,

Jak ja pragnę życia ciepła!

wybucha łzami

Jezu! Wzywa cię ma skrzepła

Warga! Zdalaś był mi zawsze,

Choć Twe stopy najłaskawsze

Szły w ślad za mną!... Nie witany,

Choć tak bliski mojej ściany,

Żem mógł witać cię śród ścieżek

Moich — niech się choć za brzeżek

Chwycę szaty wybawienia!

Pozwól chwycić skraw odzienia,

Nasiąkłego winem skruchy!...

GERDA

blada

Co? Ty płaczesz? Ty, proroku!?

Co? Ja widzę łzy w twym oku,

Co, jak ciepłe te podmuchy,

Rozpalają twe oblicze?

Przez twe łzy w tych żlebów dzicze

Rozpływają się pokrowce

Całunowe, na lodowce

Zarzucone! Mego wnętrza

Lód roztapia, ta gorętsza

Ponad ogień, moc ich święta!

Teraz jakby wieczne pęta!

Przez nie komża, śnieżna, blada

Z kaznodziejskich ramion spada,

Z ramion Wierchu Lodowego!

z drżeniem

Człeku, powiedz, a dlaczego

Nie płakałeś wcześniej, wprzód?

BRAND

z płonącymi oczy194, promienny, jakby odmłodzony

Prawo duszę zmienia w lód.

Nic na łanie ziemskich włości

Nie zakwitnie bez światłości!

Jeśli dotąd boże syny

Mieli przykaz swój jedyny

W praw tablicach, to ja, człowiek,

Już nie zamknę swoich powiek

Na blask słońca — z nim do braci

Pójdę dzisiaj, najbogaciej

Z nim się będę czuł! Tak! Ono

Niech zwycięża moje łono!

Mogę płakać, giąć kolana —

Mogę modlić się do Pana!

pada na kolana

GERDA

patrzy w górę i mówi po cichu i trwożnie

Patrz, jak siada ten przebrzydły!

Patrz, jak rusza swymi skrzydły!

Patrz, jak jego cień migoce

Na tej ścianie, na opoce

Tego wierchu, jak on ścina

Swoje skrzydła!... To godzina...

Niech się tylko dobrze sprawi

Srebrna kula!... Strzał ten zbawi...

Nagłym ruchem przykłada sztuciec do twarzy i strzela. Głuchy łoskot, jakby echo grzmotu odpowiada z wierchu

BRAND

zrywa się

Ha! Co robisz?

GERDA

Dobry strzał!

Patrzaj! Zachwiał się!... O, padł!

Wrzasnął, aż się zatrząsł świat!

Idzie na nas pierza wał,

Sypie się, jak biały śnieg

Po tę turnię, po ten brzeg!

Coraz więcej ku nam sunie —

W końcu może tutaj runie!

BRAND

pada

Razemś powstał, razem ginie

Życie twoje! Koniec winie

W ten li sposób kreśli człek!

GERDA

Zwijajże się! Trzep się! Trzep!

Odkądś padł, ten kościół nieb

Szerzej rozwarł swoje wrota!

Patrz, rozsierdził się niecnota!

Cóż nam twoja złość jastrzębia — —?

Patrzaj! Bielszy od gołębia!

z przeraźliwym krzykiem

Hu! Jak sapie ten płód wraży!

rzuca się w śnieg

BRAND

kuli się pod opadającą lawiną i woła ku niebu

Chłód śmiertelny na mej twarzy!

Ginącemu powiedz: może

Ważyć coś w Twych oczach, Boże,

Naszej woli quantum satis195?

lawina grzebie jego i zasypuje całą dolinę

GŁOS

odpowiada wśród grzmotu

Bogiem deus caritatis196!

Przypisy:

1. Brand — nazwisko mówiące; w ówczesnym norweskim słowo to oznaczało ogień. [przypis edytorski]

2. Agnieszka — w oryginale imię „Agnes” brzmiało podobnie co Agnus Dei, tj. łac. baranek Boży. [przypis edytorski]

3. weretek — prawdop. forma oboczna od feret a. fereta, co słownik Lindego tłumaczy jako sprzączkę. [przypis edytorski]

4. cudzy — obcy. [przypis edytorski]

5. widomy — dziś: widoczny. [przypis edytorski]

6. li (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

7. chceli — czasownik chce z partykułą wzmacniającą -li. [przypis edytorski]

8. siklawa (reg.) — górski wodospad. [przypis edytorski]

9. płony (daw.) — jałowy, bezużyteczny. [przypis edytorski]

10. scheda — spadek. [przypis edytorski]

11. dyć (reg.) — przecież. [przypis edytorski]

12. zawisnąć (daw.) — zależeć. [przypis edytorski]

13. ninie (daw.) — teraz. [przypis edytorski]

14. krotochwila (daw.) — żart. [przypis edytorski]

15. Pieśń nad pieśniami — księga Starego Testamentu, w warstwie dosłownej stanowiąca utwór miłosny. [przypis edytorski]

16. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

17. pusty (daw.) — lekkomyślny. [przypis edytorski]

18. usty — dziś popr. forma N.lm: ustami. [przypis edytorski]

19. jąć się (czegoś) (daw.) — zabrać się (za coś). [przypis edytorski]

20. szyfry — tu: ornamenty, ozdoby (por. reg. cyfrowane portki). [przypis edytorski]

21. brać na kieł (o koniu) — ponieść, nie słuchając jeźdźca i zaciskając zęby na wędzidle; przen.: uprzeć się. [przypis edytorski]

22. Egir (mit. skand.) — morski olbrzym mieszkający w cieśninie Kattegatt. [przypis edytorski]

23. sioło — wieś. [przypis edytorski]

24. szych — nitka owinięta drucikiem, przeważnie złotym, używana w hafcie; przen.: coś pozornie drogiego, w istocie zaś bezwartościowego. [przypis edytorski]

25. bachant (mit. gr.) — uczestnik orszaku Dionizosa, boga wina (częściej spotyka się formę „bachantka”). [przypis edytorski]

26. Sylen (mit. gr.) — bóg przyrody, często przedstawiany jako towarzysz Dionizosa, boga wina. [przypis edytorski]

27. złom — tu: złamanie. [przypis edytorski]

28. widomy (daw.) — widoczny. [przypis edytorski]

29. papiści (pogardl.) — katolicy. [przypis edytorski]

30. Jeremi — prawdop. św. Hieronim ze Strydonu (zm. 419 a. 420), tłumacz Biblii na łacinę, w ikonografii przedstawiany jako starzec. [przypis edytorski]

31. Herkules (mit. rz.) a. Herakles (mit. gr.) — syn Zeusa i Alkmeny; cechował się nadludzką siłą, odwagą, urodą; patron kultury, atletyki, handlu. [przypis edytorski]

32. Horeb (bibl.) — góra, na której Bóg przekazał Mojżeszowi 10 przykazań. [przypis edytorski]

33. Mojżesz — w Biblii: prorok, przywódca żydowski, który wyprowadził Izraelitów z Egiptu i przewodził im w wędrówce do Ziemi Obiecanej (Izraela). [przypis edytorski]

34. Gibeon — miasto kanaanejskie w pobliżu obecnej Jerozolimy, kilkukrotnie wspomniane w Biblii. [przypis edytorski]

35. ninie (daw.) — teraz. [przypis edytorski]

36. lekarstwy — dziś popr. forma N.lm: lekarstwami. [przypis edytorski]

37. finis (łac.) — koniec. [przypis edytorski]

38. forsa (daw., z łac.) — siła, moc. [przypis edytorski]

39. luty (daw.) — groźny, srogi. [przypis edytorski]

40. perć — górska ścieżka. [przypis edytorski]

41. łozy — zarośla wierzbowe. [przypis edytorski]

42. w czas (daw.) — w porę. [przypis edytorski]

43. zalim (daw.) — czyżbym. [przypis edytorski]

44. Samson — bohater biblijny, obdarzony legendarną siłą, której został pozbawiony, gdy jego kochanka, Dalila, ścięła mu włosy. [przypis edytorski]

45. prośba czwarta — tj. „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. [przypis edytorski]

46. i mnie skoro — i ja się spieszę. [przypis edytorski]

47. li (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

48. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

49. tynf — drobna moneta polska, bita w latach 1663–1666, nazywana od Andrzeja Tymfa, zarządcy mennic koronnych za czasów Jana Kazimierza. [przypis edytorski]

50. A, sprawcie go — tj. torturujcie go i zabijcie. [przypis edytorski]

51. srom (daw.) — wstyd. [przypis edytorski]

52. perć — górska ścieżka. [przypis edytorski]

53. osęka — bosak, drąg zakończony hakiem. [przypis edytorski]

54. tucza (daw.) — chmura burzowa. [przypis edytorski]

55. płony (daw.) — jałowy, bezużyteczny. [przypis edytorski]

56. delikwent — tu: osoba, która popełniła wykroczenie a. przestępstwo. [przypis edytorski]

57. wić — tu: wezwanie. [przypis edytorski]

58. wzdyć (reg.) — przecież. [przypis edytorski]

59. zmóc — pokonać. [przypis edytorski]

60. żenąć (daw.) — rzucać, miotać. [przypis edytorski]

61. zawdy (reg.) — zawsze. [przypis edytorski]

62. umizgi (daw.) — zaloty. [przypis edytorski]

63. płochy (daw.) — niestały, lekkomyślny. [przypis edytorski]

64. Moloch (mit. semicka) — bóg Fenicjan i Kananejczyków, któremu wg Biblii miano składać ofiary z dzieci; przen.: coś bezlitosnego, złego, pochłaniającego niewinne ofiary. [przypis edytorski]

65. kruża (poet.) — czara; tu: puszka na datki. [przypis edytorski]

66. Job a. Hiob — postać występująca w Księdze Hioba; pochodził z kraju Us. Bóg i szatan założyli się o jego wiarę, konsekwencją zakładu było zesłanie na Hioba trądu, śmierć jego rodziny i pozbawienie go bogactwa (Hi 1,14–22; Hi 2,7). Hiob, mimo namów przyjaciół, nie zwątpił w Boga za co został nagrodzony późniejszym zdrowiem, nowymi dziećmi i ponownym bogactwem (Hi 42,10–17). [przypis edytorski]

67. nie wiada (reg.) — nie wiadomo. [przypis edytorski]

68. jary (daw.) — krzepki, silny. [przypis edytorski]

69. winch — kabestan a. wciągarka, tu chyba urządzenie do wciągania łodzi na brzeg. [przypis edytorski]

70. bachmat (daw.) — rumak. [przypis edytorski]

71. widomy (daw.) — widoczny. [przypis edytorski]

72. pomnieć (daw.) — pamiętać. [przypis edytorski]

73. tucza (daw.) — chmura burzowa. [przypis edytorski]

74. karmia (daw.) — pokarm. [przypis edytorski]

75. li (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

76. ninie (daw.) — teraz. [przypis edytorski]

77. wzdyć (reg.) — przecież. [przypis edytorski]

78. zgoła (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]

79. quantum satis (łac.) — ile wystarczy. [przypis edytorski]

80. caritatis (łac.) — miłosierdzia. [przypis edytorski]

81. luty (daw.) — srogi. [przypis edytorski]

82. ninie (daw.) — teraz. [przypis edytorski]

83. Abraham — biblijny patriarcha, ojciec narodu żydowskiego (hebr. znaczenie jego imienia to: „ojciec narodów”); swego długo wyczekiwanego syna Izaaka był gotów złożyć w ofierze Bogu na górze Moria (wg tradycji utożsamianej późn. ze wzgórzem świątynnym w Jerozolimie), lecz dawszy dowód swej wiary i bojaźni bożej (hebr. Akeda: „związanie”, „ofiarowanie”), został w ostatniej chwili powstrzymany od tego przez anioła, wysłannika Jahwe. [przypis edytorski]

84. klamry w parentezie — nawiasy. [przypis edytorski]

85. szkły — dziś popr. forma N.lm: szkłami. [przypis edytorski]

86. mienny — majętny, bogaty. [przypis edytorski]

87. król Bela — legendarny król norweski (nie mylić z władcami Węgier o tym samym imieniu). [przypis edytorski]

88. Thor (mit. nordycka) — bóg pioruna, rolnictwa, małżeństwa i rodziny. Przedstawiany z młotem w dłoni, na rydwanie ciągniętym przez kozły. [przypis edytorski]

89. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

90. Goliat (bibl.) — olbrzymi wojownik filistyński pochodzący z Gat (1Sm 17,4) zabity przez wypuszczony przez Dawida z procy kamień (1Sm 17,49–50). [przypis edytorski]

91. ćma — tu: ciemność. [przypis edytorski]

92. wraz (daw.) — zaraz. [przypis edytorski]

93. widomie (daw.) — w sposób widoczny. [przypis edytorski]

94. stawka — tu: zakład. [przypis edytorski]

95. snać (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]

96. snadno (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]

97. jąć (daw.) — zacząć. [przypis edytorski]

98. wedle (daw.) — obok. [przypis edytorski]

99. żywie — dziś popr. forma 3 os. lp. cz. ter.: żyje. [przypis edytorski]

100. febra (daw.) — gorączka połączona z dreszczami. [przypis edytorski]

101. okuć — tu: opancerzyć. [przypis edytorski]

102. siły — dziś popr. forma N.lm: siłami. [przypis edytorski]

103. wał (daw.) — fala morska. [przypis edytorski]

104. snać (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]

105. wraz (daw.) — zaraz. [przypis edytorski]

106. wiano — posag. [przypis edytorski]

107. li (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

108. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

109. o mą boleść On nie stoi — nie troszczy się on o mój ból. [przypis edytorski]

110. zali (daw.) — czy. [przypis edytorski]

111. ninie (daw.) — teraz. [przypis edytorski]

112. Dedal — mityczny architekt i rzeźbiarz ateński; żył na Krecie, gdzie królowi Minosowi wybudował sławny labirynt. Poróżniwszy się potem z Minosem, sporządził sobie i swemu synowi Ikarowi skrzydła, by za ich pomocą uciec na Sycylię. Ikar, jak wiadomo, spadł do morza podczas tej podróży. [przypis edytorski]

113. wszytek (daw.) — cały. [przypis edytorski]

114. pokąd (daw.) — dopóki. [przypis edytorski]

115. patrzyć — czasownik patrzy z partykułą -ć. [przypis edytorski]

116. luty (daw.) — srogi. [przypis edytorski]

117. datis (łac.) — datków. [przypis edytorski]

118. Bela — legendarny król norweski (nie mylić z władcami Węgier o tym samym imieniu). [przypis edytorski]

119. li (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

120. siklawa — górski wodospad. [przypis edytorski]

121. in summa (łac.) — razem, w ogóle. [przypis edytorski]

122. snadnie (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]

123. feniks — legendarny, długowieczny ptak, odradzający się w ogniu. [przypis edytorski]

124. chimera — tu: złudzenie. [przypis edytorski]

125. kurek — wskaźnik wiatru w formie blaszanego koguta. [przypis edytorski]

126. Adju — zniekszt. franc. pożegnanie audieu. [przypis edytorski]

127. żenąć (daw.) — rzucać, miotać. [przypis edytorski]

128. stora — zasłona. [przypis edytorski]

129. perć — górska ścieżka. [przypis edytorski]

130. zawrzeć (daw.) — zamknąć. [przypis edytorski]

131. mienny — majętny, bogaty. [przypis edytorski]

132. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

133. szych — nitka owinięta drucikiem, przeważnie złotym, używana w hafcie; przen.: coś pozornie drogiego, w istocie zaś bezwartościowego. [przypis edytorski]

134. przemóc (daw.) — pokonać. [przypis edytorski]

135. pochopnie — tu: chętnie. [przypis edytorski]

136. dank (z niem.) — podziękowanie. [przypis edytorski]

137. laufpas (daw.) — wypędzenie ze służby. [przypis edytorski]

138. notabene (z łac. nota bene) — zwróć uwagę (dosł. zauważ dobrze). [przypis edytorski]

139. li (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

140. snać (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]

141. myto — opłata za przejazd drogą; tu: obowiązek. [przypis edytorski]

142. niepłono — nie nadaremnie. [przypis edytorski]

143. jądry — dziś popr. forma N.lm: jądrami. [przypis edytorski]

144. chram (daw.) — świątynia. [przypis edytorski]

145. czerń (daw., pogardl.) — tłum. [przypis edytorski]

146. zgoła (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]

147. młoty — dziś popr. forma N.lm: młotami. [przypis edytorski]

148. pieśnie — dziś popr. forma B.lm: pieśni. [przypis edytorski]

149. li (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

150. ramiony — dziś popr.forma N.lm: ramionami. [przypis edytorski]

151. płużyć (daw.) — sprzyjać. [przypis edytorski]

152. innej modły — innego sposobu postępowania. [przypis edytorski]

153. wiano — posag. [przypis edytorski]

154. li (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

155. konfrater (z łac.) — współbrat. [przypis edytorski]

156. widomy (daw.) — widoczny. [przypis edytorski]

157. na nice — na drugą stronę. [przypis edytorski]

158. ninie (daw.) — teraz. [przypis edytorski]

159. wieża Babel — wieża z biblijnej opowieści (Rdz 11,1–9); podczas wznoszenia wieży Babel Bóg pomieszał budowniczym języki, dzieląc w ten sposób ludzi na różne narody, a zarazem udaremniając im zjednoczenie się i zbuntowanie przeciw jego potędze. [przypis edytorski]

160. Uriasz Hetyta (bibl.) — dowódca w armii króla Dawida i mąż Batszeby; król Dawid, pragnąc Betszeby, wysłał go na placówkę, na której Uriasz musiał zginąć (2 Sm 11,15). [przypis edytorski]

161. Kain (bibl.) — pierworodny syn Adama i Ewy, zabił swojego brata Abla (Rdz 4,1–8). [przypis edytorski]

162. wcale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]

163. wieluć — wielu z partykułą -ć. [przypis edytorski]

164. płony (daw.) — jałowy. [przypis edytorski]

165. kijanka — drewniana łopatka służąca do uderzania ubrań podczas prania. [przypis edytorski]

166. Natan (bibl.) — prorok z czasów króla Dawida i Salomona, oskarżył tego pierwszego o spowodowanie śmierci Uriasza Hetyty. [przypis edytorski]

167. diacki — diakoński. [przypis edytorski]

168. chram (daw.) — świątynia. [przypis edytorski]

169. Zakon — tu: prawo Boże. [przypis edytorski]

170. poziomy — tu: przyziemny. [przypis edytorski]

171. Arka — mowa o Arce Przymierza, legendarnej skrzyni, w której w czasach biblijnych Żydzi mieli przechowywać obiekty kultu. [przypis edytorski]

172. wsze (daw.) — wszystkie. [przypis edytorski]

173. helota — niewolnik w starożytnej Sparcie. [przypis edytorski]

174. Kanaan — starożytna kraina na wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego, której część stanowi obecna Palestyna, według Biblii była to Ziemia Obiecana. [przypis edytorski]

175. słowy — dziś popr. forma N.lm: słowami. [przypis edytorski]

176. mir (daw.) — pokój. [przypis edytorski]

177. miliony — ze względu na rytm należy to słowo czytać: mi-li-jo-ny. [przypis edytorski]

178. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

179. cum laude (łac.) — z pochwałą (dawniej tekst pojawiający się na dyplomach ukończenia szkół średnich i uczelni wyższych). [przypis edytorski]

180. krotochwila (daw.) — żart. [przypis edytorski]

181. zmóc (daw.) — pokonać. [przypis edytorski]

182. dyć (reg.) — przecież. [przypis edytorski]

183. vox populi, vox dei (łac.) — głos ludu [to] głos Boga. [przypis edytorski]

184. losy — dziś popr. forma N.lm: losami. [przypis edytorski]

185. smugi (daw.) — łąki. [przypis edytorski]

186. luto (daw.) — srogo. [przypis edytorski]

187. Ahaswer — Żyd Wieczny Tułacz, wg legendy miał uderzyć Jezusa idącego na Golgotę, za co został ukarany wieczną tułaczką. [przypis edytorski]

188. perć — górska ścieżka. [przypis edytorski]

189. nie ktej stronie — nie w tę stronę, nie w tym kierunku. [przypis edytorski]

190. kłócić — tu: zakłócać. [przypis edytorski]

191. tą dobą (daw.) — w tym czasie. [przypis edytorski]

192. skrzydły — dziś popr. forma N.lm: skrzydłami. [przypis edytorski]

193. sztuciec — tu: sztucer, myśliwska broń palna o gwintowanej lufie krótszej niż w przypadku karabinu. [przypis edytorski]

194. oczy — dziś popr. forma N.lm: oczami. [przypis edytorski]

195. quantum satis (łac.) — ile wystarczy. [przypis edytorski]

196. deus caritatis (łac.) — bóg miłosierdzia. [przypis edytorski]