Capriccio

Z wieży kościelnej na trwogę dzwon wali,

Mrok nocny głośnym rozkołysał tonem,

Ciemność się kłębi nad bijącym dzwonem

I psów szczekanie dolata z oddali.

Już się pół nieba krwawą łuną pali,

Iskry się sypią ponad zbórz zagonem.

Księżyc, wejrzawszy okiem przerażonem,

Płynie pospiesznie na obłoków fali.

Aż tą podróżą zmęczony siarczyście,

W warkoczach wierzby srebrną twarz zaczepia,

Lecz, że mu wrony zaglądają w ślepia,

Kryje się w dębu sąsiedniego liście

I długo jeszcze jak ogromna kula

Pomiędzy drzewa srebrną głowę wtula.