Do gwiazd

P. Maryi i Cecylii B.

Chrystusa umęczone ciało,

Nad którem cicho szumiały

Ścięte gałązki jodły

Od blasków świec i dymu kadzideł

Dziwnie zżółkło i ściemniało...

A ludu żarliwe modły

Z cichym szelestem poruszanych skrzydeł,

Jak obłok przez chwilę w powietrzu się chwiały.

Aż zawisłszy pod łukiem sklepienia,

Nieruchomie — stężały.

I była chwila wielkiego milczenia

W tem zachwyceniu dusz nadziemnem,

Tylko na dworze brzoza umarła

Z szemraniem tajemnem,

Zwiędłemi gałązkami o ścianę się tarła...

— — — — — — — — — — — — — —

Resurrexit! huknęły wielkie dzwony,

A na to hasło

Pięć małych dzwonków przeraźliwie wrzasło

Zbitą gromadą...

I grają zrodzone z spiżu tony,

Porwane wichru zawrotną falą,

Pełzają po szczytach gór i borów,

Aż wkońcu się kładą

Na wyciągniętą dal ugorów

I gasną w trawach siną pochłonięte dalą...

— — — — — — — — — — — — — —

Mrok już zapadał...

Od sinych borów uroczysk i gór

Zwolna, tajemnie się skradał.

Na ziemi długie kładły się cienie

Od chmur,

Co zbierały się groźnie na nieboskłonie.

I tylko w jednem miejscu słońce zachodzące

Złotem i purpurą lśniące

Przedarło wyłom w chmur czarnej oponie

I takie cudne powstało jaśnienie

W tej nieba stronie,

Jakby daleko... w błękitach tam,

Gdzie chmur opona przedarła się szara,

Druga się jakaś spełniała ofiara...

I czułem wówczas, jak stopiona w ciszy

Wzleciała dusza moja z tych padołów

Do rozpiętego w górze nieboskłonu

Z palcem na ustach... czy za błękitami

Chociaż słabego echa nie usłyszy

Z tych cudnych dźwięków niebieskiego dzwonu,

Kołysanego rękami

Aniołów...