Wiersze różne

O zmierzchu

Gdy mrok się szary do mej izby wtoczy,

Po kątach wizye wyprawiając zdradne,

Głowę skroniami na poduszki kładnę,

Zamykam mocno powiekami oczy.

Lecz próżno chciałbym, ciszą kołysany,

Wsiąknąć bez czucia w te mroki i cienie;

Z godziną zmierzchu zaczął swe istnienie

Jakiś świat drugi, tajemny, nieznany...

W powiekach, lekko pod naciskiem drżących

Dostrzegam przestrzeń głęboką i czarną,

W której się zwolna kołyszą i garną

Tysiące kropek złotych i świecących.

Jedna za drugą w szereg się układa,

A potem w przestrzeń na krawędziach siną

Zwolna całemi gromadami płyną,

Jakgdyby ptactwa wędrownego stada.

Czasem, gdy szereg przypłynie ostatni,

Znów czarna mroków zamyka się ściana,

I tylko jedna gwiazda zapomniana

Przemknie z pośpiechem do gromady bratniej.

Może to płyną owe gwiazdy święte,

Które duch Boży rozpalił nam w duszy,

A noc wieczysta blask ich cudny głuszy,

Że gasną dla nas obce, niepojęte?

Może to płyną łzy niewypłakane,

W nocach bezsennych i długich poczęte,

I nasze dole tułacze, przeklęte,

Na wieczną drogę i na ból posłane?

Może to bóstwo zsyła nam przestrogę,

Że, gdy z wieczności głuche padnie słowo,

To trzeba z dumnie podniesioną głową

Zawsze gotowym być na długą drogę?

Napróżno chciałbym, ciszą kołysany,

Wsiąknąć bez czucia w te mroki i cienie;

Z godziną zmierzchu zaczął swe istnienie

Jakiś świat drugi, tajemny, nieznany...

Dzwon

Edward Grieg, Op. 57. Nr. 6.

W dal siną, bezbrzeżną ma dusza się wlecze,

Stargana wichrami i burzą jesieni...

A za nią się snują rozpacze człowiecze

I jęk jakiś głuchy i echa przestrzeni.

Rozpięty nad światem niebiosów strop szary,

Jak dzwon tajemniczy w pomroków kościele,

Olbrzymiem swem cielskiem zakrywa obszary,

Gdzie pustka na martwych ugorach się ściele.

Ma dusza się wlecze w dal siną i ciemną,

A kiedy ku górze wyciągnie ramiona,

Uderza o dzwonu kopułę tajemną

I znowu upada na ziemię i kona...

A wówczas dzwon świata trącony u szczytów,

Wydaje dźwięk cichy, co rośnie i rośnie,

Przybywa mu jęków i płaczów i zgrzytów

I huczy w tej próżni stężałej rozgłośnie.

Rozchodzi się w kręgi, w akordy się zmienia,

Aż w końcu melodyą rozpaczną wybucha,

Co kryje w swej głębi tragedyę istnienia

I ból bezsłonecznych walk i wzlotów ducha.

Drga fala... w niej dźwięków kołyszą się krocie,

A pieśń, niby sępów żarłocznych gromada,

Z tajemnym poszumem czarnych skrzydeł w locie

Na duszę mą z bólu konającą spada...

Dźwięk gaśnie! — dzwon świata zasępił się szary

I znowu w dal siną, bezbrzeżną i ciemną,

Ma dusza się wlecze przez głuche obszary,

Pod dzwonu olbrzyma kopułą tajemną...

Rój płynie blady

Rój płynie blady

Rój długi... długi

Z tajemnem graniem

Kaskady,

Co wody złociste strugi

Sączy w promieniach słońca,

Z szeptem rozkołysanych zbóż

I serca łkaniem —

Rój płynie blady

Gwiazd zgasłych w mrokach i uwiędłych róż

Bez końca....

Rój płynie blady

Rój cichy... cichy —

Świateł migocą

Miriady,

Mistycznych kwiatów kielichy,

Strugą oblane złotą,

Kołyszą się, jak fale mórz,

Miesięczną nocą...

Rój płynie blady

Myśli zagasłych i starganych dusz

Tęsknotą...

Do gwiazd

P. Maryi i Cecylii B.

Chrystusa umęczone ciało,

Nad którem cicho szumiały

Ścięte gałązki jodły

Od blasków świec i dymu kadzideł

Dziwnie zżółkło i ściemniało...

A ludu żarliwe modły

Z cichym szelestem poruszanych skrzydeł,

Jak obłok przez chwilę w powietrzu się chwiały.

Aż zawisłszy pod łukiem sklepienia,

Nieruchomie — stężały.

I była chwila wielkiego milczenia

W tem zachwyceniu dusz nadziemnem,

Tylko na dworze brzoza umarła

Z szemraniem tajemnem,

Zwiędłemi gałązkami o ścianę się tarła...

— — — — — — — — — — — — — —

Resurrexit! huknęły wielkie dzwony,

A na to hasło

Pięć małych dzwonków przeraźliwie wrzasło

Zbitą gromadą...

I grają zrodzone z spiżu tony,

Porwane wichru zawrotną falą,

Pełzają po szczytach gór i borów,

Aż wkońcu się kładą

Na wyciągniętą dal ugorów

I gasną w trawach siną pochłonięte dalą...

— — — — — — — — — — — — — —

Mrok już zapadał...

Od sinych borów uroczysk i gór

Zwolna, tajemnie się skradał.

Na ziemi długie kładły się cienie

Od chmur,

Co zbierały się groźnie na nieboskłonie.

I tylko w jednem miejscu słońce zachodzące

Złotem i purpurą lśniące

Przedarło wyłom w chmur czarnej oponie

I takie cudne powstało jaśnienie

W tej nieba stronie,

Jakby daleko... w błękitach tam,

Gdzie chmur opona przedarła się szara,

Druga się jakaś spełniała ofiara...

I czułem wówczas, jak stopiona w ciszy

Wzleciała dusza moja z tych padołów

Do rozpiętego w górze nieboskłonu

Z palcem na ustach... czy za błękitami

Chociaż słabego echa nie usłyszy

Z tych cudnych dźwięków niebieskiego dzwonu,

Kołysanego rękami

Aniołów...

Moja zemsta

Jadwidze Mrozowskiej.

Było to śliczne, kochane, malutkie.

Nie znałem dotąd kobiety podobnej.

Uśmiech nie schodził z jej twarzyczki drobnej,

Poco się smucić — życie jest tak krótkie.

Coś z rozświetlonych motylich skrzydełek,

Coś z gnanej wiatrem niteczki pajęczej,

Z promyka słońca, koloru tęczy —

Prawdziwy kociak, źle mówię dyabełek!

Raz kiedym słuchał jak mi w duszy śpiewa,

Jak złote myśli nachodzą mię tłumnie,

Rzekła zwracając duże oczy ku mnie:

Pan nie wraźliwy... a mię to tak gniewa! —

Co? co? słyszycie! Boże! wielki Boże!

Mnie, który gwiazdom wypowiadam wojnę,

Mnie, którym w duszy wykołysał morze

Olbrzymie, groźne, wiecznie niespokojne.

Mnie, który jeden nad kwiatami władam,

Słyszę sen lilii, kiedy w wieczór rośny

Zamyka kielich — ten dzieciak nieznośny

Pragnie odebrać wszystko, co posiadam.

Zwołałem elfy, krasnoludki, gnomy,

Duchy zrodzone w zmierzchu i psotnicze

I wszystkie inne, których nie wyliczę,

Świat ludziom obcy, a dla mnie znajomy.

Co chwila postać nowa się wyłania,

Siadły na brzegu mojego posłania.

I rozpoczęły się dziwne narady...

Wiatr jęczy... deszcze dzwonią w moje okno

Czuję, jak drzewa gdzieś na dworze mokną,

Jak za chmurami księżyc kona blady,

Knujemy zemstę okrutną!

Duchy choć rozmów naszych nikt nie słyszy

Coraz to senniej, tajemniczej, ciszej

Szeptają w ucho... sen idzie... jak smutno.

Poszedłem w pomoc wszystkich duchów zbrojny

Dziwnie wzburzony, z bijącymi tętny.

Już w progu spotkał mię jej wzrok spokojny,

A taki jasny i taki ponętny,

Jak dno jeziora, gdy świt na nie padnie,

Zaklęte skarby odkrywając na dnie.

I byłbym zemścił się, lecz duchy psotne

Na jej spojrzenie wszystkie mię odbiegły,

Jedne w jej oczach jak szatanki legły,

Kusząc... a inne rozbawione, lotne

We sploty włosów ukryły się tłumnie,

Błyszczące oczko obracając ku mnie.

I nie wiem — pewnie Amora to sprawka,

Który je na mnie uzbroił tajemnie,

Bo rozpoczęła się dziwna zabawka,

Tysiące łuków zwróciło się we mnie

— Wierzcie mi — mogę przecież na to przysiąc —

I złotych strzałek wyleciało tysiąc

Prosto w me serce...

Nie wiem dokładnie, co się potem stało,

Kiedy skończyła się zabawa pusta —

Dość, że mi grały archanielskie głosy,

Dość, żem całował włosy, oczy, usta,

A potem znowu usta, oczy, włosy

I że mi było wiecznie mało, mało!!!

Regina Autumni

Idzie już! — patrzcie jak stąpa tajemnie

Po miękkich mchach...

Czasem po drodze trawę stopą zemnie

A kwiatom strach!!!

I jęk powstaje uporczywy, cichy,

Jak kiedy miesiąc w dziuple brzozy uśnie,

To kwiaty więdną, tuląc się w kielichy,

To wiatr w łzach rośnych śpiące kwiaty muśnie.

Czasem potrząśnie drzewa skamieniałe

W przedzgonnych snach,

Liści uwiędłych lecą roje całe,

A drzewom strach!!!

Tylko w jarzębin purpurowych pękach

Przekwita jeszcze gorące wspomnienie

Tych ranków, słońcem złotych nieskończenie,

Gdy las w ptaszęcych rozgrał się piosenkach.

Pośród ugorów tuman biały tańczy,

Rdza sina stawy powlekła po wierzchu,

Nocą jęk wichru wstaje opętańczy,

Widma po polach włóczą się o zmierzchu.

W pożółkłych wierzbach, marzących o wiośnie.

Drzemie bolesna, tajemnicza skarga

Na ciemne noce, w których wicher targa

Długie warkocze liści bezlitośnie.

Przyszła już? kiedy? błękit zbladł jak płótno,

Wiatr tańczy w mgłach —

Gdzie słońce? tyle chmur... O jak mi smutno

A duszy strach!!!

Noc świętojańska

Idzie Sobotównej.

Niech wszystko będzie ciche i bezgłośne,

Jak leśnych jezior zaklęta bajeczność,

Niech wszystko będzie jasne, jak łzy rośne,

Kiedy w nich miesiąc rozkocha się srebrny,

Niech wszystko będzie nieznane, jak wieczność,

Święte, jak duszy jakiś wzlot podniebny,

Niech wszystko będzie ciche i bezgłośne!

Zaczną się noce ciche, świętojańskie,

Kiedy się księżyc na liściach rozświetli —

Z karczmy, gdzie gody lud obchodzi pańskie,

Leci głos jasny skrzypiec i basetli,

Potrząsa w drodze falę żyta ciemną

I echem wpada w boru toń tajemną.

Co to? zkąd dźwięk ten, co skonał tak z cicha?

Czy śpiąca ziemia przez sen tak oddycha,

Czy noc tak cudnie przemówiła gwiezdna,

Że jakiś urok w jej głębiach się ziści?

Kwiaty otwarły niespokojne oczy,

A blask miesięczny przedarłszy gąszcz liści,

Zapalił nagle leśne uroczysko,

Wywroty pienne i jezioro bez dna,

Gdzie wieczna ciemność po falach się toczy.

Patrz! w dziuple brzozy, coś jak oczy błyska,

Patrz! pajęczyny świecą jak obrączki,

A pień spróchniały, jak leśny kaganiec,

Błędne ogniki wzięły się za rączki

I w mrokach dziwny rozpoczęły taniec.

A na mchach leśnych cudownie się złoci

Zaklęty czarem, złoty kwiat paproci...

O pani moja jasna! o królewno!

Ukoję ciebie moją zwrotką śpiewną,

Życie ci czarem bajecznym rozzłocę,

W te jasne, złote, świętojańskie noce!

W ciszy uroczysk, w łzach miesięcznych, lśniących,

Wśród drzew srebrzystych — tęczowych pajęczyn,

Wśród błędnych ogni i ech konających

Prześnimy chwile cudowne zaręczyn...

Niech wszystko będzie ciche i bezgłośne,

Jak leśnych jezior zaklęta bajeczność,

Niech wszystko będzie jasne, jak łzy rośne,

Kiedy w nich miesiąc rozkocha się srebrny,

Niech wszystko będzie nieznane, jak wieczność,

Święte, jak duszy jakiś wzlot podniebny,

Niech wszystko będzie ciche i bezgłośne!

Wicher rozpętany

Nikt nie zgadnie, jak i kiedy przyszedł na ten świat,

Czy po falach księżycowych z gwiazd na ziemię spadł,

Czy się podniósł z bagien leśnych i zmurszałych den,

Gdzie na wodnych traw podłożu zmógł go długi sen,

Czy go zrodził bór, co nocą w czarnych głębiach huczy,

Czy ten ugór martwy, siny, gdzie się Rozpacz włóczy.

Przypadł cicho w trawy śpiące i jak martwy legł,

Objął w uścisk boru mroczny, skamieniały brzeg,

Las drgnął tylko, tak jak człowiek zbudzony ze snu,

Kilka liści spadło z wolna na podłoże mchu,

Szmer poleciał w górę — w górę: ponad mroczną tonią

Słychać w ciszy szelest skrzydeł i gwiazdy gdzieś dzwonią.

I rozbudził naprzód tłumnie wszystkie trawy łąk;

Fala kłosów kołysanych rozlewa się w krąg,

Coraz dalej, coraz szerzej płynie szmerów chór,

Aż uderza huczną falą o uśpiony bór.

Pochwyciły hasło wiatru dęby, sosny, jodły —

Las i łąka wzniosły w niebo przedwieczorne modły.

A szumże mi — szum melodio przebudzonych drzew!

Chłonę w siebie niby w muszlę ten rozgłośny śpiew.

Jakiś dech rozpiera piersi — hen w gwiaździsty łan

Rzucam myśli, dźwięki, słowa w rozhukany tan,

I pieśń śpiewam — taką górną, wielką, niepojętą...

Czuwaj duszo! Już się zbliża tajemnicze święto!

Wicher porwał się jak wściekły z wąwozów i traw,

Wzburzył do dna i zamącił śpiący leśny staw,

Rozbił brudną smugę wody o skalisty zrąb,

jak kula wpadł znienacka w ciemną boru głąb.

Cicho... cicho... jakieś drganie po drzewach się włóczy,

Tylko w głębiach coś się kłębi, przewala i huczy!

Wypadł z gąszczy taki mocny, potężny i zły,

Strącił z włosów rozwichrzonych gałęzie i mchy,

Obtarł cielsko o murawę, wyprężył się, wzrósł

I pochwycił w obręcz wirów kępę białych brzóz.

Hej! deszcz liści wątłych, srebrnych, z wiatrem leci... leci...

«Zmiłuj, zmiłuj się nad nami!» — szeplenią jak dzieci...

Potem wstrząsnął wierzby chore, zdarł gałęzi pęk,

W próchnie drzewa wstaje cicho jakiś szklany jęk,

Pręty tłuką się o siebie, szara kora drży,

A po liściach spływa woda niby brudne łzy.

Drzewa wiją się i jęczą w beznadziejnej walce

I do nieba wyciągają pokurczone palce.

Duszo! duszo! skądże w tobie taka wielka moc,

Żeś zbudziła wiatr uśpiony w tę przeklętą noc,

Że się podniósł z bagien leśnych i zmurszałych den,

Gdzie na wodnych traw podłożu zmógł go długi sen,

Że go zrodził bór, co nocą w tajnych głębiach huczy,

I ten ugór martwy, siny, gdzie się Rozpacz włóczy.

Hej! grajcie mi, moce ziemi — bom wielki — bom Pan!

Cisnę gwiazdy jednym rzutem w rozhukany tan,

Będę pieścił słuch łoskotem spadających brył,

Cały w oczach płomienisty od nadmiaru sił,

I zaśpiewam pieśń ogromną, górną, niepojętą:

Duszo! duszo! wielkie święto! — tajemnicze święto!...

Nikt nie zgadnie, jak i kiedy zamarł po nim ślad,

Czy po falach księżycowych hen na gwiazdy spadł,

Czy powrócił do uroczysk i zmurszałych den,

Gdzie na wodnych traw podłożu zmógł go ciężki sen,

Czy go wchłonął bór, co nocą w czarnych głębiach huczy,

Czy ten ugór martwy, siny, gdzie się Rozpacz włóczy!

Uroczyska

Na dnie odmętu

Wśród wiklin i trzcin roztoczy

Wplątane w mchy podwodne,

Spadłe z firmamentu

Lśnią się gwiazd oczy

Pogodne...

Zielona poświata miesiąca

O wód tafle trąca

I welon biały,

Srebrzysty na liściach zwiesza.

— Cicho... Zaraz liście będą spadały.

Hen z sinej dali

Idzie już — idzie wieczna tułacznica,

Ugorów rozpaczna cisza...

Ślizga się po srebrnej fali,

Oblanej strugą księżyca,

Pień dębu objęła zmurszały...

Po trawach depce.

A teraz w liściach wierzb coś szumi i szepce.

— Cicho... Zaraz liście będą spadały.

Od mgieł, co jak białe płótno zwiesza,

Tajemne się tworzą jeziora i stawy

Na łąkach... Na wierzchołkach borów,

Opustoszałych ugorów

Rozpaczna cisza

Kołysze drzewa i trawy,

Wśród trzcin pełza po cichu,

Aż w końcu w lilii kielichu

Cała się kładnie...

Pod ciężarem

Przegina się w wodę kielich biały

I lilia, zwiesiwszy pierś, kona,

Otruta moczarem,

Patrząc w gwiazdy na dnie...

— Cicho... Zaraz liście będą spadały.

Moczary

Wśród splotu wiklin, trzciny i wysokiej trawy

Tajemny moczar leśny wody swe rozlewa.

Nad brzegiem chylą czoła zadumane drzewa

I toń mroczy się szara wśród liści oprawy.

Zachód! Przez drzew warkocze blasków snop różowy

Wśród mgły na wodach mętnych z wolna się rozlewa.

Nad brzegiem chylą czoła przebudzone drzewa,

Skąpane w jasnych blasków koronie tęczowej.

Na liściu lilii płynie przez wodne obszary

Rusałka — wiatr jej włosy złociste rozwiewa.

Nad brzegiem chylą czoła zadziwione drzewa

I z wolna całą ziemię mrok ogarnia szary.

A w martwej wodzie bagna obudza1 się życie;

Jakiś szmer tajemniczy wkoło się rozlewa,

Nad brzegiem chylą czoła niespokojne drzewa,

A wiatr w trzcinach i trawach przemyka się skrycie.

Rusałka na dnie samym skulona w kielichu

Z źrenicą w dal wpatrzoną słucha, jak wiatr śpiewa.

Nad brzegiem chylą czoła zalęknione drzewa,

Coś się rusza i pluska na fali po cichu.

Z głębiny wynurzają się straszne poczwary,

Z oślizgłych ciał z szelestem woda w toń się zlewa.

Nad brzegiem chylą czoła przerażone drzewa —

Znów cicho... tylko w głębiach burzą się moczary.

A rusałka pobladła w liliowym kielichu

Zapada w tonie mętne... Wiatr mgły nocne zwiewa

Nad brzegiem chylą czoła opuszczone drzewa —

I trzciny nad moczarem coś szemrzą po cichu...

Przypisy:

1. obudza się — dziś: budzi się. [przypis edytorski]