Wierzby w polu

Białe, bezkreśne pole — pusto, szaro, mętno,

Słońce od białych śniegów za mgłami oślepłe,

Patrzy chorą źrenicą na ugory skrzepłe,

Gdzie pod szarym całunem kona ziemi tętno.

Tylko wierzby na polu, jak szkielety sterczą,

W jakiejś cichej, rozpacznej pokurczone męce,

Z pod śniegu zamarznięte wyciągają ręce

Z groźbą dla szarych niebios bezsilną, bluźnierczą.

Cichy, samotny cmentarz, wśród śniegowych łanów

Jakiś orkanu olbrzymi spadły z sinej chmury

Górą śniegu przywalił do ziemi tytanów,

Jeszcze poznać po wydmach cielsk groźne kontury

I jeszcze sterczą w niebo po minionej walce

Długie agonią śmierci pokurczone palce.