*** [Wyłania się z gąszczu nad rzeką...]

Wyłania się z gąszczu nad rzeką w jednoczęściowym kostiumie bordo.

Piętnaście minut wcześniej z namiotu sztukowanego żerdką

dochodził regularny

sygnał jej ekstazy. Już tylko oni i my

zostaliśmy na leśnym biwaku. Jej facet ociężale krąży,

coś zgubił. Biały chudzielec. Staram się nie zwracać uwagi,

obserwuję pionowy start osy, godełka niezapominajek,

robaka na moim trampku: jest segmentowany, mleczny we wzory Kwakiutlów.

Rolują karimaty. Godzina do południa, góry nadstawiają grzbietów

upałowi. Podoba mi się sposób, w jaki dziewczyna stąpa

po skoszonej łące. Poddaję się.

Ich czarowi. Leżąc w trawie śledzę, jak jedzą skąpy posiłek,

on się oblizuje, ona analizuje swoją twarz w lusterku,

wstaje i zwija śpiwór, idąc za nim w kucki, chyba wysportowana.

I stają mi się bliscy, choć z oczywistych powodów

rozbiliśmy namioty na przeciwległych krańcach polany.

Co mnie tak pociąga? Nie lep seksu, też byłem już dziś na szczycie;

nie chęć by zawrzeć znajomość, nawet nie mówię im „cześć”.

Symetria, w jakiej żyjemy. Mam w nim brata-bliźniaka,

jeszcze przez dwie, trzy godziny, aż z garbami plecaków

odejdą nie patrząc na nas, zajęci Swoimi Sprawami,

tym, co mnie pociąga najbardziej.