Na skraju Puszczy Solskiej

Biologiczny zegar uderzył we mnie osiem razy i obudziłem się

ciężki, zapadnięty wątłym ciałem głęboko w leśną ściółkę.

Stanąłem w pierwszym słońcu obok choinki ubranej w nasze mokre po kąpieli kostiumy.

Na boisku znalazłem wczorajsze ślady piłkarskich korków i moich bosych stóp,

zabrałem też do umycia garnka nieco piasku, którym chłopcy wysypali linie autów.

Nad przepustem wodnym patrzyłem na ryby stojące w prądzie i poprawiałem włosy, mając swój cień za lustro.

Mimo niedzieli słychać już było kombajny, niemrawe żuki-giganty gęsto widywane na szosach i na polach.

Wróciłem do namiotu, gdzie Magda przyjęła lodowatą łapę na ciepłą, uśpioną pierś.

I ponieważ cieszę się, że moja poezja nie wymaga uczonych przypisów, powiem wprost:

słuchałem ptaków i szumu rzadkich brzóz pośród świerków, śledziłem też marsz pająka po moim śródstopiu.

Zagotowałem wodę nad małym ogniskiem a gdy przejeżdżał traktor, położyłem się, żeby nie być widocznym.

A kiedy jeżyny chwyciły mnie za włosy i pasikoniki skakały po twarzy, zrozumiałem, że jestem wolny.

Nadeszła chwila, że wszystko umilkło i ja już nie chciałem niczego,

i trwała tak długo, aż wrócił zapach palonej żywicy i dziecko krzyknęło w oddali.