Pełnia

Drabiny dla turystów upodobniają „skalne miasto” do puebli.

Komendy wspinaczy brzmią wśród pionów ścian jak w kościele.

Znacząco czy nie. Fortepian Karkonosza, masywny głaz, milczy.

Przyjść tu nocą. Lecz Magda się boi.

Rano znajduję w trawie ciała śpiących rycerzy w mokrych od rosy śpiworach.

Proparoksytoniczny akcent umelodyjnia frazę

płynącą w środku nocy ze środka jeziora Kačinec.

„Vyborna ta voda, Adamie”, mówi zdyszanym głosem

spóźniona tutejsza Ewa. On się nie odzywa. Wszystko się odbywa

pod ratunkowym kołem księżyca.

Onieśmielany przez ryby, ich wieczystą obecność,

spłukuję z siebie brud, brodząc w strumieniu.

Wierność, wytrwałość, cierpliwość zajmują moje myśli

gdy patrzę jak korzeń sosny oplótł skałę, absolut,

i rośnie, i trwa na kamieniu, samotnie górując nad światem.