Judasz

Czemu mnie ścigasz?

Gdzież Twoja święta, uwielbiana miłość?

Ni jednej chwilki wytchnienia!...

Widzę Cię w słońcu!

W chmurach Cię widzę —

we wszystkim, czego się dotknę, —

we wszystkim,

na czym źrenice me spoczną,

jeśli się kiedy, idąc straszną drogą,

na tę nadludzką zdobędę odwagę,

by podnieść głowę do góry

ach! i zmęczonej uchylić powieki,

na której ciąży

ten ciężar wstydu...

A czyż ja darmo, o dziewczyno,

będę dziś pukał w twoje wrota?

Pokaż–że mi się w okieneczku,

wszak potaniała dzisiaj cnota!...

Hi hi hi hi hi!!!

Mówisz, żem rudy? Zamknij oczy,

garścią srebrników gust ci zmienię:

rudy nie rudy, byle tylko — — —

A! znak od tego powroza!?

Hi hi hi hi hi!!!

Czart to się wczoraj rzucił mi na szyję

i tak mnie słodko połechtał,

aż mi ta krwawa wystąpiła pręga...

* * *

Szydzisz li ze mnie,

żeś taką pomstę wywarł na mej duszy?

Żeś mnie wypędził w świat,

abym się błąkał, jak ten pies obity,

i zdradzał swoich przyjaciół?

Nie! ślepiec jestem, po omacku schodzę

z Twojej Golgoty, czepiając się ręką

zbrojnych pachołków, co Ci twarz opluli,

ale to czuję, że nie żar urągań

aż do obłędu mnie piecze,

tylko bezbrzeżny Twój ból...

Czemuś mnie stworzył, o Panie,

takim nędznikiem ?!

I czemu

po tylu wiekach do uszu mi kładziesz

szum owej zgrai, którą prowadziłem

w cichą, miesięczną noc1

pomiędzy krzewy oliwek,

gdzie on upadał zbiedzony

przed szubienicy widziadłem? — — —

Przyjacielu! przyjacielu!

A co tam chowasz w zanadrzu?

Masz choćby jeden haust dla przyjaciela,

co cię serdecznie za to pocałuje??

Trzeba mi zalać robaka —

Tak! — nie wiem —

jakaś okropna szaruga,

rycząca rykiem tłuszczy,

która spełniła mord jeruzalemski,

pod dach mnie dzisiaj zagnała

jednego, widzisz, z tych biednych,

z tych niedomyślnych i głupich prostaków,

co w dłoni widzą dłoń,

w całunku całunek! — — —

Dawnom cię, bracie, nie widział,

aleć ja dobrze pamiętam

twoje oblicze,

twoje przymknięte powieki,

spod których wielki cichy patrzy smutek

w wielką i cichą głębinę

ludzkiej niedoli...

Tak! dobrze, dobrze pamiętam —

na Weroniki widziałem je chustce

w wieńcu cierniowym na skroniach —

Piękną masz siostrę!

Chodź w me objęcia —

sam ja przybywam — bez tego żołdactwa,

co cię powiodło na tę pustą górę,

pod ten straszliwy krzyż — — —

Nie będęć darmo, o dziewczyno,

pukał dziś w twoje wrota:

pokaż–że mi się w okieneczku,

już potaniała cnota! — — —

O mój ty, bracie luby,

jaką ty siostrę masz!

Takem cię dawno nie widział —

weź przyjaciela w dom!

Tak! Tak! pamiętam te oczy,

na Weroniki chustce

patrzące cicho i smutnie

w cichą i smutną głębinę

tej naszej, ludzkiej niedoli — —

Nie powiedziała, żem rudy

i że mam krwawą na szyi

pręgę wisielca,

tylko siwe przymrużyła

oczęta,

a dziś żal jej, że jej suknia

pomięta!...

* * *

Nie podnoś na mnie tej ręki!

Boję się — — boję — —

Sambyś się splamił,

gdybyś mi wyciął policzek!...

Wszak–ci nie siedzę przed królem Herodem

i trzciny nie mam w dłoni

ani purpury na barkach!

Wszak–ci ja nie mam tych oczu,

co spod przymkniętej powieki

patrzą tak smutno i cicho

w smutną i cichą głębinę

tej naszej ludzkiej niedoli...

Czekaj — nie jestem tchórzem —

Czemu ten wicher tak wieje?

Zaszeleściło coś w krzewach —

ktoś mnie potrącił w ramię —

nikogo przecież nie widzę —

A! to ta gałąź oliwna,

na której jeszcze pozostał

i w tym się wietrze kołysze

mój stryczek!

Zdjęli cię z krzyża?!

Po co przychodzisz do mnie

taki milczący, spokojny,

w tej sukni z białych mgieł,

wlokącej wyrzut i rozpacz?!

Zabij mnie! zabij!

a tylko mego imienia

na pośmiewisko nie dawaj!

Ze mnie, Judasza

Iskarioty,

swego drogiego nie rób przyjaciela!

Zwij mnie zbrodniarzem i łotrem,

tylko tak nie gardź mną!

Sza!

Nic! nic! to liść zwiędły upadł —

O moje życie! —

Któżby się trwożył

szelestu śmierci,

która mu gryzie wynędzniałą duszę?

Któżby się lękał kamienia,

spadającego w czarną, głuchą przepaść?

Nalej–że mi karczmareczko,

mocno przepalonej,

a ty, bratku, graj wesoło,

gach u twojej żony! —

Zziębłem — dygocę — a! zębami dzwonię —

psy mnie obsiadły, kiedym szedł w tę słotę

po zarobiony grosz —

nalejże mi, karczmareczko,

mocno przepalonej —

Jak to? Srebrników trzydzieści

za głowę tego człowieka,

który wam w sercu taki przestrach budzi?

I spać nie daje

ani spokojnie zasiadać do stołu?

Który na wasze królestwo

idzie z pożogą Swoich twórczych słów,

mających zniszczyć świątynię Występku ?

Mających na miejscu zdrady

postawić miłość i wierność?

Trzydzieści marnych srebrników

za pocałunek,

złożon na uściech2 druha, przyjaciela,

któremu imię — Chrystus?!

Arcykapłani!

W przedsionkach waszej bożnicy

jam się wychował!

Twarzą padałem na ziemię,

kiedy o jutrzni

szedł w cztery strony uśpionego świata

głos waszych złotych trąb

i świętych dwanaście pokoleń

wzywał przed arkę przymierza,

przed znaki wieczystej Tory...

Nim jeszcze krwawa ta pręga

na mej się szyi odbiła

z wargą patrzałem otwartą

w źrenice wasze i usta,

by z nich wyczytać waszą świętą wolę...

Spełniam ją dzisiaj, tylko więcej płaćcie!

Dajcie mi setkę!...

Jak to? za dużo?

Za to, że wczoraj, gdym ukląkł w pustyni

i chciał przebłagać Pana,

aby zdjął ze mnie tę wieczystość hańby,

wicher się zerwał gwałtowny

i przeraźliwym przygłuszył poświstem

moją modlitwę?

Za to, że każdy oddech tego wiatru,

każdy szum jego, każdy jego wiew

i każde łkanie, każde uderzenie

w krzew czy też piasek,

w sosnę czy skałę,

w mgłę albo obłok,

w blask,

w falę jeziora

albo w wybrzeże mórz —

o grzbiet wędrowca lub w tygrysa sierść,

o róg jelenia, czy też w ślepie żubra,

o kłąb padalca,

czy o skorupę ślimaka,

w onoć3 idące w bezkresową przestrzeń

jasnowidzenie proroka,

czy o tłukącą się w ciasnej okręży

ślepotę ciżby tej,

co pragnie jego krwi —

za to, że w każdym jęku, w każdym szumie

i w każdym biegu pomsty żądnych wiatrów

i łka i szumi i jęczy i wyje

to szubieniczne: zdrajca! zdrajca! zdrajca!?

Wiecie:

Nie jestem człekiem, u którego chciwość

i żądza zysku radaby ukradkiem

stanąć za tablic Mojżeszowych głazem

i, przechylona ponad ich krawędzią,

radaby zetrzeć niespokojną ręką

znaki przykazań

i na ich miejscu wyryć słowo: pieniądz —

jak wy to dzisiaj czynicie,

tak sobie lekceważąc

ten przyjacielski ust mych pocałunek!

Chcę dziewięćdziesiąt...

Miejcie–że litość!

Rodzony ojciec mój

z nędzy popełnił zbrodnię —

muszę ratować rodzonego ojca!

Tyle go właśnie wybawi od kaźni

i włos jego siwy

nie będzie wstydem okryty!

Co? co? mój ojciec nie żyje?

Od niepamiętnych czasów leży w grobie,

a imię jego wolne jest od plamy?

Któż to wam kazał zaglądać w rejestra

i tak mnie ubiec i skrzywdzić,

wyszachrowawszy tyle — tyle grosza?!

Prawda! nie żyje

i nie odwróci gniewnych, smutnych ócz

od swego syna — Judasza!...

A w jakiej wy cenie

macie też starą, biedną moją matkę?

Czy nie wzruszają was łzy,

które wylewa aż po koniec świata,

że syn jej jedyny

znalazł w swej duszy odwagę,

aby się skalać taką przeohydą?

„Jam go niańczyła” — tak powie —

„skąpiłam chleba swym ustom,

by moje dziecko nie zaznało głodu!

Jam mu śpiewała: luli!

Śpij, mój synaczku, śpij!

Matka do serca cię tuli,

chroni od os i żmij —

śpij, mój synaczku, śpij!

A gdy się zbudzisz, mój mały,

znajdziesz rodzynki, migdały —

śpij, mój synaczku, śpij,

matka do serca cię tuli,

luli, mój synku, luli!” —

Arcykapłani!

Serca wy macie kamienne!

Trzy wam opuszczę —

złóżcie ośmdziesiąt

i siedem — siedem przydatku

za to, że patrzeć muszę

w te dziwne, przymknięte powieki

na Weroniki chustce,

spod których wielki, straszny patrzy smutek

w tę wielką straszną głębinę

mojej i waszej niedoli

i nędzy!...

„Jam go w ranną wiodła zorzę,

by jaśniał, jak ona!...

Raczej krzyżne wybierz łoże,

niżby dusza twa — o Boże! —

miała być splamiona!”

Dajcie pięćdziesiąt!

Jeszcze wam dużo!?

Zgoda! czterdzieści i dziewięć —

i pięć — i cztery —

Wezmę trzydzieści, bo patrzeć nie mogę,

aby na świecie był ktoś taki biały

i czysty,

kiedy ja duszę mam brudną!

Wezmę trzydzieści, bo patrzeć nie mogę,

by tłum go w triumfie wiódł

w bramy świętego miasta

i rzucał mu palmy!

A to hosanna! — hosanna! — hosanna!

Wezmę trzydzieści, bo patrzeć nie mogę,

aby on zwał się Chrystus, ja zaś — Judasz!

Ażeby jego było przeznaczeniem

umrzeć na krzyżu, który po wiek wieków

otoczon będzie czcią,

gdy ja się mam błąkać

po wszystkiej ziemi,

wzgardzon i oplwan,

zdrajca i kłamca

i uwodziciel —

Judasz! — — —

Nalej–że mi, karczmareczko,

mocno przepalonej,

a ty, bratku, graj wesoło

gach u twojej żony —

ponoć przyjaciel twój

czy brat! — — —

* * *

Czemu mnie ścigasz?

Wczoraj —

lat temu tysiąc, może sto, a może

zaledwie kilka upłynęło godzin,

zdawało mi się, że nadszedł już kres

mych niepokojów...

Utrudzon grzechu nieskończoną drogą,

w dalekiej siadłem krainie,

pod ścianą dojrzałych zbóż.

Zacząłem kłosy rwać

i łuszczyć ziarna pszeniczne

i sycić głód.

Cisza i spokój

promienistymi oprzędzały siećmi

rozległy, kłośny łan.

Głębie powietrza falowały żarem,

polnych koników ćwierkał rój,

zdaleka płynął brzęk kosy

lub tęskny śpiew przodownicy.

I przyszła na mnie zaduma.

Rękami objąłem kolana

i skroniem schylił ku ziemi

i zapatrzony w listek sennej trawy,

co się położył na mej twardej nodze,

słuchałem brzęku tej kosy

i tego ćwierku szarańczy

i tego śpiewu żniwiarki.

Od niepamiętnych już czasów

nie miałem chwili —

może nie miałem jej nigdy —,

gdzieby ma dusza

tak zapomniała o swej strasznej nędzy.

Czyżby zaginął ból?

Czyżbym ja, Judasz

Iskarjota,

źródło upodleń i cierpień,

spełnił już swoją pokutę?...

Lat tysiąc,

a może więcej, lub mniej,

a może tylko sto,

albo zaledwie kilka chwil

trwał mój słoneczny sen...

Podniosłem głowę

i wpółwyżartemi oczyma

od żrących kurzów i wstydów,

od deszczów, błyskawic i gromów

ach! i od żalów i płaczów

i od mej całej, czelnej zbrodniczości,

spojrzałem w stronę zachodu.

I oto w krwawych oblaskach,

na miejscu kuli słonecznej,

spostrzegłem przymknięte powieki.

A z pod tych powiek

dwie ciche, głębokie źrenice

z nieopisanym gubiły się smutkiem

w głębiach sinawych mgieł,

wypełniających przepaść

pomiędzy niebem a ziemią

i swoim gestem obrzeżem

dotykających łanu,

przez moje nędzne skażonego stopy.

I mgły się kłębić poczęły

i wrzeć z taką mocą i syczeć,

jak gdyby ten, co mnie stworzył

i na tę hańbę przeznaczył,

wziął w swoje garście wszystkie głębie mórz

i gdzieś w bezmierne rzucił je ognisko,

w lej przeolbrzymi połączonych razem

wszystkich wulkanów, jakie są w wszechświecie

na milionach milionów gwiazd...

Ach! a to wrzenie i ten syk potworny

szedł z taką siłą na me biedne uszy,

żem nic nie słyszał, tylko: Judasz! Judasz!

Kłamca i zdrajca

i uwodziciel —

Judasz!...

Gdzież mi uciekać?

Gdzież znaleźć bezpieczny schron?

Przyjacielu, otwórz mi wrota swe!

Dawnom cię, dawno nie widział — —

weź przyjaciela w dom!

Piękną masz siostrę —

może to żona? —

Ponoś Chrystusa zdradził pocałunkiem —

wszystkoć przebaczam, przyjmij mnie w swój dom!

Mówią po świecie, żem ja wziął srebrniki —

ty wiesz najlepiej, żeś ty je targował!

Zdrada mnie twoja nie piecze!

Wszyscyśmy zdrajcy!

Człek człowiekowi jest równy —

Ja zwę się Judasz, i tyś jest Judaszem,

wszyscyśmy bracia Judasze —

weź przyjacielu w dom —

nalej–że mi, karczmareczko,

mocno przepalonej,

a ty, bratku, graj wesoło,

gach u twojej żony —

ponoć przyjaciel twój,

czy brat —

* * *

Pomóż–że zdjąć mi te ciernie —

Panie! może mi jesteś krzyw4,

żem śmiał Cię takiej pozbawić ozdoby?

Masz przecież jasny krążek wokół skroni,

niech mnie przynajmniej pozostanie Twoja —

Tak, Panie Chryste! — cierniowa korona!

Tylko dlaczego te kolce

takie są wielkie?

Czemu ten splot taki długi,

że siedemkrotnie głowę mi opasał

i jeszcze mi się pod te nogi ściele

ach! i za każdym wbija mi się krokiem

w me stopy? —

Mówisz, żem rudy? gust ci zmienię

brzęczącą kiesą złota —

tylko niech będzie ochota! —

Zdradziła brata —

Zdradziła męża —

Nie powiedziała,

że mam tę krwawą na szyi

pręgę wisielca,

tylko siwe przymrużyła

oczęta,

a dziś żal jej, że jej suknia

pomięta...

Wiesz, życie marne! nie żałuj!

Dam ci swój stryczek, po co masz po świecie,

biedna niewiasto, rozwłóczyć swą hańbę!

Nie! Zgińmy razem — naprzód ty, a potem —

mam tu w zanadrzu kropelkę, wystarczy,

wprzód ty, dziewczyno, a potem —

Czemu mnie ścigasz?

Gdzież Twoja wielka, uwielbiana miłość?

Gdzież Twoja litość?

I czym Twe słowo, któreś rzucił z krzyża

konającemu łotrowi?

Wygnał mnie w śnieżną pustynię —

jakaś nieziemska szaruga!

wicher mi garbi plecy,

że prawie ziemi dotykam tą brodą!

Ha! na czworakach

jak zwierz! —

I tyś jest zwierzem i ja jestem zwierzem —

wszyscy my, bracie, zwierzęta!

Co? może Jemu będziemy urągać

za tę zwierzęcą naturę?

Hej! Panie Chryste!

ja i ten brat mój —

Po piersi zapadam w śnieg!

Coraz to większe zaspy!

Ława mi sięga po szyję —

dławi mnie! dusi! — ginę! —

Zelżyj, o Panie, zelżyj!...

Dłoń mi podajesz, o Chryste?!

Nie chcę! nie chcę!

Nie stój nade mną, ach! z temi oczyma,

które widziałem dawno — dawno — dawno —

na Weroniki chustce —

Nikt Cię nie prosił, abyś mnie ratował —

sam się wewlokę na ten stromy szczyt,

na turnię lodową,

tam twoje zaspy nie sięgną!

Jakaż to przepaść samotna!

A tam z tej głębi mgieł —

Coż to się snuje?

Coż to tak idzie na mnie?

Boże dziecięta idą szlakiem śniegów!

Bielutkie mają giezłeczka,

w ręku lilie,

a naokoło ich skroni

kręgi jasności,

rozświetlające ten ponury świat.

Idą —

śpiewają —

Cóż one śpiewać mogą?

Cicho!

Czemu wy na mnie idziecie?

Wy, białe, niewinne duchy! —

„Jam go w ranną wiodła zorzę,

by jaśniał jak ona” —

Pochłoń mnie, ciemna przepaści!

Lub wy, przepadnijcie,

wy, niewiniątka!

Sza!

Ktoś mię potrącił w ramię!

To kamień w przepaść spadł!

Sza! to ta gałąź oliwna,

na której wisi mój stryczek!

To liść jej się ruszył!...

Któżby się trwożył

szelestu śmierci,

która mu gryzie wynędzniałą duszę?

Któżby się lękał kamienia,

spadającego w czarną, głuchą przepaść!?

* * *

Przyjacielu! przyjacielu!

Pomóż zdejmować mi ciernie!

Jakaś nieziemska szaruga

na świecie —

weź przyjaciela w dom —

dobytku swego nie chowaj

pod klucz!

Bogaty jestem — trzydzieści

mam — widzisz — w kiesie srebrników!

Nic nie ukradnę!

Nie podnoś na mnie tej ręki —

boję się — boję —

sam byś się splamił,

gdybyś mi wyciął policzek!

Nie pierwszy ja zdrajca

i nie ostatni

i nie jedyny!...

Kain maczugę wziął, by zabić Abla,

a mym narzędziem morderczym

ten przyjacielski pocałunek!

Jakaż różnica?

Jedno i drugie zabija!

Jestem złodziejem i tchórzem —

aleć nie pierwszym

i nie ostatnim

i nie jedynym...

Zabij mnie! zabij!

tylko tak nie gardź mną!

Nie! Ślepiec jestem! po omacku schodzę

z Pańskiej Golgoty, czepiając się ręką

zbrojnych pachołków, co Mu twarz opluli,

ale to czuję, że nie żar urągań

aż do obłędu mnie piecze,

tylko bezbrzeżny, Chrystusowy ból!

Tylko przymknięte powieki,

na które patrzyć się muszę

na Weroniki chustce

tyle ach! tyle lat!

Tylko te smutne źrenice,

gubiące się w głębi

mojej i waszej niedoli...

Przypisy:

1. miesięczna noc — noc księżycowa. [przypis edytorski]

2. na uściech (starop.) — na ustach. [przypis edytorski]

3. w onoć — w to właśnie; toż. [przypis edytorski]

4. jesteś krzyw — gniewasz się. [przypis edytorski]