Na jeziorach włoskich

I

Cicho pobrzmiewa po jeziornej toni

Melodia świateł w przesłoniętą mgłami

Dal, co nad wodą tak się wiewnie kłoni,

Jakby całować ją chciała... Przed nami

Niebo w promiennej z głębiną harmonii:

Zlewa się, stapia, zestraja dźwiękami

Barw swych i błysków tęczowej urody

Z każdą kropelką, z każdym nurtem wody.

Cicho płyniemy w marzeń dal — bez końca...

Cicho płyniemy w zadumań ogrody...

Z takiej to fali i z takiego słońca

Wyszła, miłosne światu sprawiać gody,

Jasnością włosów złocistych okryta,

Rozpłomieniona, naga Afrodyta.

II

Z takiego żaru i z takiej przezroczy

Kształt się urodził niewieściego ciała,

Co w sobie lilie z różami jednoczy

I wonią dyszy i rozkwiciem pała

I, lazurowe otwierając oczy,

Topi w ich głębiach, jak ta toń wspaniała,

Wszystkie świetliste czary szczęsnej ziemi,

Oślepiające skry siedmiobarwnemi.

A gdy rozchyli miękkich ust korale,

Głos z nich płynący twą duszę oniemi:

Zmilknie w tym słodkim zasłuchania szale

I, głodna szeptu, który tchy ciepłemi

Na twarzy nieci rozkoszy wypieki,

Jego–by tylko chciała słuchać wieki.

III

Z takich rozemdleń szklistego jeziora,

Z takiego blasków słonecznych rozgrania

Wyszła bogini, jak poranku pora,

Kiedy się ze mgły rosistej wyłania —

Wyszła cudniejsza, niżeli Aurora,

I, cała z żądzy, z tęsknoty kochania,

Biegła na uścisk czekać Anchizowy

Do ocienionej, szumiącej dąbrowy.

Na mchy tu świeże ta piękna upadnie...

Z okiem przymkniętym, z ramieniem u głowy,

Rzeźbiona nagość spoczywa bezwładnie,

Mając na wargach półuśmiech różowy,

Aż „on” swą miłość z jej miłością splecie

W wielkiej, jedynej rozkoszy na świecie...

IV

Cicho płyniemy kryształów głębiną,

Odbijającą niebieskie lazury...

Granice wody i nieba gdzieś giną

Śród mgieł powiewnej, a przejrzystej chmury,

Co dal zasnuwa w przędzę srebrno–siną;

Po brzegach siedzą zadumane góry,

A na ich piersiach jasny puch zieleni

W złotym się słońcu, jak aksamit, mieni.

Od gór tych wonne tchnienie ciszy wieje;

Omdlała senność, rozlana w przestrzeni,

Ogarnia ducha, że duch senny mdleje:

Naokół słodki, dźwięczny głos syreni

Upajającą pieśń blasków wydzwania

O szczęśliwości, co idzie z kochania.

V

O szczęśliwości, co w zakątek głuchy,

Z dala od krzyków i zabiegów świata,

Znosi rozmarzeń najwiewniejsze puchy

I z nich dla siebie ciche gniazdo splata

I, zleniwiałe ułożywszy ruchy,

Śpi, obojętna, że tam gdzieś Zatrata

Bierze się z Życiem za bary, że jęki,

Mnogie, jak trawy, rosną spod jej ręki,

A tylko czasem, gdy w gmach jej spokoju

Przedrą się z zewnątrz nazbyt głośne szczęki,

Echa uderzeń broni, echa boju,

Co na krwi łanie trwożne rodzi lęki,

Wstaje, zdziwiona, i z rozpaczną mocą

Rzuca pytanie w okrąg: po co?!... po co??...

VI

Po co się zrywać w spienione odmęty

Walki, wszczynanej o tysiączne złudy,

Które prawdami zwie ten świat, przejęty

Kłamstwem i fałszem? Po co siać swe trudy

Na jego roli, gdzie niepewne sprzęty,

A jeśli wzejdzie jaki krzew, to wprzódy1,

Nim się rozwinie, nienawiść go zsiecze,

Przenikająca wszystkie chęci człecze?!

Rozstrój swe drogi po tych polach znaczy,

A za nim słabość i wątłość się wlecze;

Upiór zwątpienia i widmo rozpaczy

Swą bezlitosną rozciągają pieczę

Nad owym sercem, co się w wir tej burzy,

Jak ptak w gradowe obłoki, zanurzy...

VII

Legie roboczych starły już swe moce,

Spiesząc na zagon nieuchwytnych rojeń;

Krew się polała, padły łzy sieroce,

A chwasty rosną na miejscu uznojeń

I tylko wiecznie ta gwiazda migoce,

Co, mając w sobie jak gdyby upojeń

Tęgość trującą, pcha wciąż nowe siły

Za swymi błyski na kraniec mogiły.

Oblany ogniem niezdrowych rumieńców,

Jak liść, z topoli opadły, przegniły,

Długie już wieki leci tłum szaleńców,

Ginąc po drodze, którą mroki śćmiły,

Choć mu się zdaje, że przed nim bez końca

Smug swój rozwija złota jasność słońca.

VIII

Na co po grobach spieszyć do kościoła,

Który obrazem jest fatamorgany,

Kiedy nas miłość w swój przybytek woła,

Na fundamencie pewnym zbudowany!

Kolumnadami opasan dokoła,

Kararyjskiemi gmach ten błyszczy ściany,

Kwiatów wzorzystych girlandą owity,

W fali, patrz! kąpie swoje greckie szczyty!

Rozczarowania na co i boleści

Szukać gdzieś w sferze, chmurami zakrytej,

Kiedy nadziei spełnienie się mieści

W drżących objęciach jasnej Afrodyty?

Na co szturmować, gdzie kłam zasiadł w gości,

Gdy wszystka prawda jest tylko w miłości?

IX

W tym na obliczu wypalonym piętnie —

Żywych rumieńców jedwabnej purpurze, —

W tych ciepłych wargach, chylących namiętnie

Do pocałunków swe rozkwitłe róże;

W tym przyspieszonym, urywanem tętnie

Dwóch żądz, grających w nieskłóconym chórze —

W ciał rozkochanych przedziwnej harmonii,

Szczęście i prawda jedyna się chroni.

A gdy pod tchnieniem miłosnego żaru

Oko swój ogień powieką przysłoni,

Omdlewającą z rozkoszy nadmiaru,

Nie pomrok dusze zatapia w swej toni,

Tylko ta cicha, rozmarzona senność

W rajów nieznanych wiedzie je promienność.

X

O pieśni ciała! o porywająca

Pijanych tobą na szału krawędzie!

Jest coś w twych dźwiękach z letniego gorąca,

Gdy ten swój lazur nad ziemią rozprzędzie;

Śród rozegranych akordów tysiąca

Masz tony, miękkie, jak puchy łabędzie,

Masz brzmienia, słodkie, jak oddech pieszczoty

Dwóch żądz, złączonych namiętnemi sploty...

Błogosławiony, kto ciebie usłyszy,

O pieśni oczu, gasnących z tęsknoty,

Ust, odrętwiałych w pożądania ciszy,

Ramion i piersi!... Rajski hymnie złoty!

Tak odbijają szczęśliwość twe głosy,

Jak ta głębina odbija niebiosy!

XI

Cicho nasz statek jasne wody kraje...

Cicho pobrzmiewa zdradny śpiew syreni...

Po brzegach świecą cytrynowe gaje

I wille świecą w złocistej zieleni...

Czasem przed nami ciemny cyprys staje,

Lub gdzieś na gzemsie róża się czerwieni,

Albo spod łuku marmurowej bieli

Krzew oleandru karminem wystrzeli.

Jaki tu spokój! Ludzie czyż wymarli?

Lub czy też bramy z błękitnej topieli

Wyrosłych zamków na wieki zawarli

Przed gwarem świata? Czyżby wyjść nie śmieli

Z trwogi, że rozdźwięk skądkolwiek przypłynie

W te ich zaklęte miłości świątynie?

XII

Grają miliony blasków po jeziorze,

Odbijającym niebieskie lazury;

Cicho nasz statek jasne wody porze,

To chaty mija, oparte o góry,

Po skał krawędziach wiszące w przestworze,

To w skrach skąpane pałaców marmury...

Przybił do brzegu... Na pomost przystanka

Wyszła i czeka jednej z will mieszkanka.

Płyniemy dalej... A skrzącemi oczy

Patrzy za nami ta piękna niebianka,

Ściga nasz statek po wody przezroczy...

Czyż on jej może przywieść miał kochanka?

Płyniemy dalej w tę głębię promieni,

W której pobrzmiewa zdradny śpiew syreni...

Przypisy:

1. wprzódy — najpierw. [przypis edytorski]