Na szczycie

Na krawędzie przepaści, ponad turnic załomy,

Tu, gdzie orły jedynie tulą skrzydła znużone,

Hej! wspięliśmy się dumnie i w błękitów ogromy

Wzrok topimy zuchwały i dłoń wznosim po słońca koronę.

Dla olbrzymów te szczyty, a dla karłów poziomy!

Gardźmy płazem, co nie śmie nawet spojrzeć w tę stronę!

W ten krąg złoty wpatrzeni, w znak sił naszych widomy,

Zakochajmy się w sobie! wszak jesteśmy, jak blaski wcielone!

Tak nam duszę rozpiera tężna szczytu ponęta

Tym szaleństwem radości, że zrywamy już pęta,

Co nas łączą z brzemieniem nędz padolnych, tak wczoraj odczutem...

A od nizin, zasłanych pobitymi zbożami,

Po sinawej mgieł fali płynie powiew za nami,

Jakby echo jękliwe, i do serca się wkrada wyrzutem...