Z Alp

Na jeziorze Czterech Kantonów

I

Rozbłękitnioną płyniemy topielą...

Na jej zwierciadło snać się niebo zwali,

Ciężkie od blasków, co się po nim ścielą,

Lejąc szmaragdy wkroś stopionej stali.

Naokół góry, naodziane zielą1

Marzących świerków, kąpią szczyty w fali;

Czasami śnieżne kopy się zabielą,

Lub zaczernieją granity w oddali.

Wietrzyk zawiewa i wraz z szumem wody

Duszę sennymi melodiami pieści,

W żar jej piekący słodkie niosąc chłody.

I głębia, pełna tajemniczych wieści,

Ciągnie ją k’sobie2 na nieznane gody —

Precz od trosk ludzkich, od ludzkiej boleści.

II

Barwami tęczy jezioro się mieni:

Słońce południa stapia się w lazury,

W szmaragd i turkus w tej wodnej przestrzeni,

W złota ciecz skrzącą, w rubinów purpury.

W fioletowe mgły spowite góry,

W wstęgach śniegowych, w podszyciu zieleni,

By3 koronkowe, Raj więżące mury,

Z swych tajemniczych wabią nas półcieni.

Przestworza cisza przedziwna zalega...

Czasem głos ludzki zerwie się znad brzega

Pieśnią wesołą, lub się głuchym gwarem

W statku zagnieździ. Ale duch nie słyszy,

Co mówią ludzie: zbratany z bezmiarem,

Światłem i falą płynie w Raj tej ciszy.

III

Majestatyczne, opieśnione4 wody!

Skalne olbrzymy strzegą waszej toni,

Z której promienny wyszedł duch swobody,

Co ludzkiej piersi od spodlenia broni.

Cóż, że się zbiera naokół ich skroni,

Którą srebrzyste opasały lody,

Burza szalona? Grom się z niej wyłoni,

By w nic się rozbić o kamienne grody.

O święte fale! niech ten duch wasz w mojej

Spragnionej piersi będzie na kształt zdroi5,

Które w rozpaczy dniach laska Mojżesza

Z skał wydobyła — tą cudowną mocą,

Co zbawia ludy; niech walczących rzesza,

Czerpiąc z tych źródeł, nie padnie przed nocą.

IV

Negacjo życia, znikczemniała, marna,

Wiążąca ducha, co się rwie w błękity,

Jako te śniegiem naodziane szczyty,

Które powstrzymać pragnie chmura czarna

W pięciu się dumnych ich turni!... Nie powiem,

Choć się zbudzona wyobraźnia sili,

Co dziś jest we mnie — to jedno, że zdrowiem

Pierś ma oddycha w tej wspaniałej chwili.

Negacjo życia, stwarzająca karły!

Wobec tych cudów wielkiego Żywota,

Co płodzi granie i głębie jeziora,

Gaśnie twych oczu szklannych blask umarły,

Znika oblicza twego bladość chora,

Bo Raj przed tobą otwiera swe wrota...

V

Wlokła się dusza z skrzydły zmęczonemi,

Smętna i z skargą na ten los, co łamie

Wszystkie szlachetne wysiłki tej ziemi,

Pragnącej spocząć aż tam! w Raju bramie.

Zdawało jej się, że w piekielnej chemii

Nędz i walk ludzkich apostazji6 znamię

Wyniesie z sobą, że ją krzyk oniemi7

Kupczących w świętym człowieczeństwa chramie8.

I z rezygnacją swój bardon9 wojenny,

Jak zagaszoną rzuciła pochodnię,

Myśląc, że na nic pieśń się już nie przyda.

A dziś znów powiał nad głową półsennej,

Broniąc jej z pola uchodzić niegodnie,

Urok Przyrody i duch Winkelryda10.

VI

O duchu boży, z wirchów tych krzesanic11,

Z wód tych głębiny do tak bujnych lotów

Przynaglający człowieka, że za nic

Ma one drogi, skąd nie ma powrotów!

Gdzież twa ojczyzna? Nie uznajesz granic,

Kreślonych ręką zuchwałych despotów:

Do piersi ludzkich, jak do swych kochanic,

Schodzisz z miłością, tam masz dom swój gotów.

W blaskach południa, w sinych mgłach północy,

Co się zwieszają nad zmrożoną ziemią

Ciężkim ołowiem, twoje iskry drzemią.

Ale jak długo nieraz świat ten czeka,

Byś je rozżegnął tchem swej wielkiej mocy

I ich płomieniem rozgrzał pierś człowieka!

VII

Wiej, płyń — nie przejdzie ten twój ruch bezpłodnie,

Tocz się, pierś ludzką swem tchnieniem rozpieraj,

Pokoju ciche przybytki otwieraj,

Koj miłująco, pieść i głaszcz łagodnie.

A jeśli trzeba, Samsona pochodnie

Rozpal, na kłamstwo żelazem nacieraj,

Mów „żyj!” jednemu, drugiemu „umieraj!”

Aż wzniesiesz cnotę, a zniweczysz zbrodnię.

Niejedno zginie, co, na pozór żywe,

Od dawna stoi nad śmierci krawędzią,

Bo nie chce wchłaniać twych światła potoków...

Wszystko, co spełnisz, cne i sprawiedliwe:

Wszakże ty jeden masz prawo być sędzią

I wykonawcą swych świętych wyroków...

VIII

Cóż, że w zamęcie dziejowych orkanów,

Gdy się nad światem stęsknionym rozjarzy

Blask twój, wiew jakiś przygasi go wraży,

Jęk budząc nowy śród zdeptanych łanów?

Cóż, że z twej klęski szydzi śmiech szatanów,

Aż nawet w sercu natchnionych pieśniarzy,

Twojej świątyni stróżów i kapłanów,

Wiarę w twą siłę mróz zwątpienia warzy?

Przemijający to tryumf, choć wieki,

Płodne w łzy gorzkie, w klątwę i w krwi rzeki,

Trwa nieraz orgia radości piekielnej.

Lecz czym są wieki w Żywota łańcuchu?

Czym chcą, niech będą, ty je przetrwasz, duchu,

Bo, idąc z Boga, jesteś nieśmiertelny!

IX

Na szare turnie cichy półmrok pada

I z wolna spływa po granitów zrębie,

Otula świerków rozwełnione stada,

Ściele po toni swe puchy gołębie.

Jakaś się chmurka ściera na skał zębie,

Wietrzyk tajemne wieści opowiada,

Seledynowe zasypiają głębie,

Nagich krzesanic zasypia gromada.

I oddech grani i oddech jeziora

W srebrne, powiewne, lekkie mgły się zmienia,

Chcące oplątać duszę w swoje sidła.

Lecz do spoczynku ona dziś nieskora12:

Zrywa się naprzód bez lęku i drżenia —

Widać, że nowe przybyły jej skrzydła.

X

Żegnajcie wody! Z rozwartemi oczy,

Czujny, a świeży, duch mój precz ulata

Tam! gdzie się niebo ze szczytami brata,

Gdzie się lawina z hukiem gromów toczy.

Gdzie szumem kaskad groźny twórca świata,

Dech prabytowy, w wiecznych śniegach broczy —

W promieniach życia albo w śmierci mroczy —

Tam płynie dusza, w moc i hart bogata.

Żegnajcie wody! Wyżej! coraz wyżej

Pójdzie — do niebios granic się przybliży,

Przez skał urwiska, przepaściste lody,

Kogo tych waszych głębin wiew owionie:

Taką ma siłę duch, co wasze tonie

Wziął za mieszkanie — wielki duch swobody.

XI

Ozwał się z dolin dzwon i po przestworze

Srebrnymi dźwięki, jak po fali, płynie:

W tej uroczystej wieczoru godzinie

Pnie się po graniach, pełza po jeziorze.

Raz jeszcze dusza patrzy ku głębinie:

W półśnie się modli głębia i w pokorze

Turnie, opadłe na świerkowe łoże,

W półśnie się modlą na ten dzwon w dolinie.

Wokół przenika jakieś tchnienie boże

Tę kryształową wolności świątynię —

Dusza od modłów wstrzymać się nie może:

Cała się w ciszę półsenną owinie

I w uroczystym modli się wieczorze —

Z dzwonem, co echem gdzieś w bezmiarach ginie...

Na Teufelsbruecke13

I

Czekamy słońca... Jedna wielka chmura

Świat pochłonęła i dżdżem w oczy bije

Wędrowcom, światła spragnionym; ponura

Mgła pierś nam ciśnie, chwyta nas za szyje,

Dreszcz wlewa w kości... Szarych kłębów góra

Zaległa przepaść, a wśród nich się wije

Z szumem i hukiem bielsza mgła... Wichura

Coraz to grubszy piętrzy wał i kryje

W dżdżystej kurzawie i tę bielszą wstęgę:

Huk tylko słychać, syk i szum w mgle ciemnej,

Kłąb tylko widać za kłębem — bez końca.

Cóż nam rozwieje dzisiaj tę potęgę

Chmur kotłujących? Byłbyż trud daremny,

Co nas tu przywiódł?.. Ach! czekamy słońca...

II

Mgły z mgłami wiodą jakiś straszny taniec,

Hukiem i szumem mgła im w takt przygrywa;

W krąg cały przestwór — istny rozpasaniec —

Przy tej muzyce w mgławych pląsach pływa.

Nic nam innego promienny kaganiec

Nie wskaże dzisiaj? Patrz! patrz! mgieł przędziwa

Rwą się — z ich głębin czarny, skalny szaniec

Swoje potworne czoła wydobywa:

Wśród opoczystych ścian żelazne bramy,

Nad nimi lufy armatnie „Witamy”

Szepcą z otworów... I jeden i drugi

Zjawia się żołnierz, warowni obrońca...

A tam odsłonią krzyż wilgotne smugi,

W dżdżach wykąpany... Ach! czekamy słońca...

III

Huk, szum i syki i mgła czarnopłowa,

Pochłaniająca cały świat... Z jej toni

Naraz się widmo straszliwe wyłoni,

Z mgieł ma ramiona i z mgieł jego głowa.

Słania się, rośnie... Któż to, co się chowa

W tych czarcich pianach? co te chmury goni?

Patrz! jakaś czerwień ocieka mu z dłoni:

Krew z dżdżem zmieszana... To duch Suworowa!

Słania się, rośnie, falą mgieł się zbliża,

Gdzie na opoce bieleje znak krzyża,

Staje i rzęrzy: „Jam jest twój obrońca!”

A krzyż na zimnym, zwilgotniałym złomie,

Wpół przysłonięty, leży nieruchomie...

Mrok się powiększa... Słońca! słońca! słońca!...

Jungfrau

I

Granitów srebrny zrąb

w przewiewnych fioletach,

Na czole mając tkań14,

sprzędzoną z śniegów mlecznych,

Pnie się w niebieską głąb

po mgieł sinawych grzbietach,

By15 symbol wiecznych trwań

i prawd strzelistych, wiecznych.

Nie wstrząśnie żaden grom

tą Jungfrau niebopienną,

Ni halny wichr, co bór

za jednym tnie zamachem:

Zaledwie lodu złom

gdzieś strąci w toń bezdenną,

Lub zwinne elfy gór,

kozice, przejmie strachem.

Tak stoi wieków wiek

ten prawd strzelistych, wiecznych

I wiecznych symbol trwań,

choć w przepaść gdzieś bezdenną

Grom strąca lodu zwał,

las ginie, giemza16 kona.

Przy szumie kaskad, rzek,

w powodzi skier słonecznych

Tak przędzie sobie tkań,

ze śniegów tkań promienną,

Milczących pani skał,

ta Jungfrau niewzruszona.

II

Wsłuchany w dźwięki dum,

płynących z cierpień harfy,

Z pragnieniem wiecznych prawd,

z wiecznego żądzą bytu

Manfredów17 idzie tłum,

gdzie Jungfrau z chmurnej szarfy

Śnieżysty przędzie haft

na skroniach swego szczytu.

Stanęły u jej stóp

prometejowe rzesze,

Z rozdartych leją łon

ból świata i ból własny:

„Gotuje–li nam grób,

czy z głazów swych wykrzesze

Niszczący wszelki skon

żywota promień jasny?”

Tak płynie dźwiękiem harf,

które wiecznego bytu

I wiecznych żądzą prawd

Manfredów stroją rzesze,

Rozpacznych odgłos mąk,

pijących krew im z łona.

A Jungfrau z chmurnych szarf

na skroniach swego szczytu

Śnieżysty przędzie haft

i mgławy włos swój czesze18

Na nieb bezbrzeżny krąg

i milczy, niewzruszona.

III

Wiecznego trwania znak,

wiecznego symbol życia

Zarzucił mgławy kask

na promieniste oczy;

Kamienny ginie szlak

śród śnieżnych chmur pokrycia,

Słoneczny gaśnie blask,

co lśnił po grzbietach zboczy.

„Ledwie w połowie dróg!

Za stadem giemz bez drżenia

Biegliśmy, a tu lód

i mgły i wiew mogilny!

Kto zbawi, Czart czy Bóg?

O mocy Przeznaczenia!”...

Tak on Manfredów ród

w rozpaczy łka bezsilnej.

Z wolna się wieczny byt,

znak wiecznych prawd z tej mroczy

Dobywa: chłodny blask

skał nagość opromienia...

Wędrowców zginął ślad...

Tam! nowe spieszą grona...

I strojna w śnieżny szczyt

i w wieńcu śnieżnych zboczy

Zrzuciwszy chmurny kask,

z spokojem Przeznaczenia

W bezkresny patrzy świat

ta Jungfrau niewzruszona...

Na lodowcach Aletschu

Towarzyszowi podróży,

dr. J. Czerniakowi.

I

Śniegu i lodu srebrzyste bezmiary,

Wśród nich, jak wyspy, straszne sterczą złomy;

W górze niebieskich kryształów ogromy,

Rozpłomienione słonecznemi żary.

Fioletowe zniknęły opary —

I wzrok nasz, cudów przedwieku łakomy,

Ma tuż w nagości dziewiczej widomy

Znak bożej siły, źródło wielkiej wiary.

I z ciał tych naszych, zawisłych bezwładnie

Na opoczystych urwiskach, ulata

Duch, zachwycony, nad śnieżne przestworze —

Nad czarne szczyty, śmiejące się zdradnie

Obliczem z lodu, i klęka w pokorze

Gdzieś przed nieznanym źródłem tego świata.

II

Milczący szliśmy zamarzłym dunajem,

W skok przekraczając kotliny bezdenne,

Bramice śmierci dla człeka, promienne

Wrótnie żywota dla tych sił, co wzajem

Zwalczają siebie, wieczyste a plenne19

W zmian nieskończoność. Nad tych lodów krajem,

Nad tą kuźnicą drzemią szczyty senne,

Ciche, błyszczące. I my błędni stajem20

Z dziwu i słuch nasz tężymy w tej ciszy

Głębie bezmierne. I patrz! duch nasz słyszy

Onego Ducha, co miał moc, by w tumy21,

Nieb sięgające, pospiętrzać opoki...

Strach !... Czy nie zerwą dziś się jego szumy,

By świat ten wkoło zwalić, strącić w mroki?!...

III

Spoza gór czarnych, zza śnieżnych przełęczy

Szum dolatuje: O lodów pokłady,

O skalne zręby łamią się kaskady,

A tam! — lawina głuchym hukiem jęczy.

Ach! szum ten duszę przygniata i męczy:

Nie zwykła ona chadzać tymi ślady...

Lecz patrz! u stóp się macierzanka wdzięczy

W mchach, których głaźne nie pocięły grady.

A tu — rumianek naszych pól... I z drogi

Straszliwej grozy, przejmującej trwogi

Dusza na skrzydłach znużonych uchodzi

W kraj łąk i lasów rodzinnych. Lecz błogi

Sen rychło rzuca i wraz z Śmiercią brodzi

W kaskad, przepadlisk i lawin powodzi.

Ze szczytu Eggishornu

I

Zrzuć cielesne z siebie brzemię,

odsłoń wzrok z śmiertelnych błon

I patrz, duszo: w śniegach białych

to nie głaźny sterczy mur,

To przedwiecznych piewców plemię

niezdobyty ma tu schron,

To druidów skamieniałych

spoczął tu olbrzymi chór.

W promienistym dyademie22,

zasłuchany w boży dzwon,

Który w plazmach sił ospałych

budzi czujny życia wzór,

Z niebiosami łącząc ziemię,

wieki tutaj duma on,

W płaszczach z lodu okazałych,

w wieńcu z blasków albo chmur.

I, zaklęte w te przestworza,

szumi ciągle z dawnych lat

Echo hymnów eonicznych23,

które chór ten w bezkres słał,

Gdy z pierwocin wstawał łoża

mnogokształtny, rojny świat.

Płynny dźwięk tych tchów rytmicznych

niemym jest dla ludzkich ciał:

Ty, ma duszo, córko boża,

żeś się zbyła ziemskich szat,

W tych milczeniach ustawicznych

czujesz wielkich głosów zwał:

II

Chwała–ć, Duchu, jasny, święty!

chwała dziś i w przyszły czas,

Iżeś przebił mrok chaosu

i słoneczny stawił gród;

Iżeś wniknął w mgieł odmęty,

wywiódł z nich i śnieg i głaz,

Zieleń drzewa, miękkość wrzosu,

zapach róż i błękit wód.

Że do swego przez cię losu

jest przykuty wszelki płód,

Żeś dał gwiazdom obieg kręty,

horyzontom zorzy pas,

Żeś użyczył burzom głosu,

grom zlał z błyskiem w jeden cud,

Że z żywota zgon poczęty

zmieniasz w żywot, pełen kras.

Ale w tym jest dziw nad dziwy,

że rozdrabniasz własny byt

Na cząsteczek miljony,

wprawiające wszechświat w ruch,

Ach! a wszędzie — w ziołach niwy,

pośród fal i skalnych płyt,

W płazach, w wirchach, w duszy onej,

co w hymn bliźni wszystek słuch

Wytężyła w kształt cięciwy,

jesteś, niby szczytów szczyt,

Jeden, cały, niezdrobniony —

jeden Wszechświat, jeden Duch!...

III

Tak przedwiecznych ech kapele,

tak melodie pierwszych tchów

Rozlewają się w bezmiarze,

jak brzęczące roje pszczół...

Naodziani w śnieżne biele,

w blaskach lodu wkoło głów,

Przysłuchują się pieśniarze,

śród zaklętych drzemiąc kół.

Matterhorny, Miszabele

chłoną dźwięki własnych słów,

Aletsch, Eiger z Mnichem w parze —

Duch ich ciała w jedno skuł —,

Jungfrau, pierwsza w tym kościele,

w którym spoczął wieszczy huf24,

Finsteraarhorn25 w groźnym czarze,

wpół w gleczerach, we mgłach wpół.

I Maerjelen z lodu krami,

jak demonów zimny śmiech,

I, wśród lasów, w cichych szumach

harmonijny tocząc zdrój,

Słucha Rodan, wraz z lasami,

tajemniczych, świętych ech...

Słucha dusza i w tych dumach

rozpoznaje hejnał swój,

Którym brzmiała przed wiekami,

gdy ją boży wywiódł dech,

Aby mknęła w bratnich tłumach

na życiowy, wieczny bój.

Jezioro Maerjelen

I

Z szczytu patrzałem na twe zimne tonie,

Na nieruchomą zieleń twych przezroczy,

Lśniących, jak smaragd, w olbrzymiej koronie

Wirchów lodowych i piarżystych zboczy26.

O Maerjelen! niebo wokrąg płonie,

Całe w ozdobie płomiennych warkoczy,

A na błękitnym twych głębin wygonie

Stado kier białych w cichej fali broczy.

Na Wyspie Zmarłych snać27 jest kryształ taki,

Gdzie dusze, wziąwszy rozbrat z znojną ziemią,

Zmywają z siebie doczesność i potem,

Wielkich tajemnic przeniknąwszy szlaki,

Dla ciał zamknięte, jak łabędzie drzemią,

Oszołomione swym nowym żywotem.

II

Przedziwna cisza... Ni wiew nie zawionie,

Żwir się po graniach czarniawych nie stoczy,

Śnieg w tę spokoju milczącą harmonię

Z hukiem z swej paszczy nie wypadnie smoczej.

Czułem, że skryta gdzieś w przestworów łonie

Śmierć, na twej tafli magicznymi oczy

Spoczywająca, i me ciepłe skronie

Otula z wolna chłodem swych zamroczy.

I zdało mi się, że to ziemskie życie,

Kiedym tak patrzał w twe nieme zwierciadło,

Niby strzęp jaki ze mnie już opadło,

Żem jedną z kier tych, co na twojej płycie,

Od gleczerowych28 urwane wybrzeży,

Śnią w swojej czystej, nieśmiertelnej śnieży.

III

Głębie przestworu w błękitnej oponie —

Ni jednej chmurki wędrowiec nie zoczy29;

Słońce, wpatrzone w to ciszy ustronie,

Snać swego kręgu z miejsca nie potoczy.

Rajską za sobą wiodąc eudemonię30,

Niezmierną dalą ciężka senność kroczy:

Lodowe szczyty śnią na nieboskłonie,

Bór nadrodański śni w fioletów mroczy.

Tajemnym blaskiem Maerjelen się mieni,

Gładkie, milczące, ujęte, jak w ramy,

W skał i gleczeru spadziste krawędzie...

Dusza się kąpie w lustrzanej zieleni,

A kry te białe, bez skazy i plamy,

Drzemią, jak śnieżne, uśpione łabędzie.

Szlakiem symplońskiej drogi

I

Szlakiem symplońskiej31 drogi,

po żwirów siwej wstędze,

Snującej się krawędzią

przepastnych, stromych ścian,

Płomienny rozlew słońca

w łyskliwej swej potędze

Pod stopy się nam ściele,

jak dywan, srebrem tkań.

Nad nami Mont’ Leone,

w iskrzystą strojny przędzę,

Majestatycznie władnie,

niby cesarski pan,

Co imię swe na wieki

zapisał w bytów księdze,

Opancerzony grozą,

blaskami chwały zlan.

Jest–li w nim ludzkie życie,

w tym dumnym Mont’ Leone,

Zaklęte czarów mocą

w rozsiadły kolos skał,

Że tak spogląda na nas,

jakby nas przygnieść chciał?

Jest–li w nim ludzkie życie,

że tak w wędrowców stronę

Szle po wierzchołkach lasów

dreszcz wlewający szum,

Jak echo zbrojnych dum?

II

Źrenice mgłą zachodzą,

w ten straszny szczyt wpatrzone:

To nie kopuła śniegu,

to już nie martwy głaz —

Jak tytan, świat walący,

ruszył się Mont’ Leone,

A za nim płynną rzeką

ciemny się ruszył las.

Na czole spochmurniałem

zwycięzcy ma koronę;

Rubiny krwi w niej błyszczą

słonecznych tęczą kras,

i skrzydła lśnią u ramion,

rozwarte, rozpierzone,

Nad legią, co zalała

symplońskiej drogi pas...

Powiewa szmat proporców,

radosne grzmią fanfary;

Wojenna nuta płynie

na kształt dźwięczących fal

Z mosiężnych surm32 klangorem33

w błękitną płynie dal.

Sam tylko wódz milczący;

utopił wzrok w bezmiary

I sunie, zadumany,

na czele wiernych sług

Ten bitew wielki bóg...

III

Dlaczego w nim źreniczne

przygasły dzisiaj żary?

Wesele jego wojów

dlaczego ma w nim grób?

Wszakże podważył ziemię,

porządek zburzył stary,

Połowę świata rzucił

do swych kamiennych stóp!

Wszak spieszy jego pycha

po świeże znów ofiary?

Z pożogi i posoki

wyniesie świeży łup!

Wszak pić on dziś nie idzie

z hańby piołunnej czary,

Lecz z sławą promienistą

wieczny zawierać ślub?...

Rycerski duch ludzkości,

który zapładniał wieki,

Który sam jeden stawiał

i walił kościół swój,

W nim znalazł znów wcielenie,

wystąpił w nim na bój...

Więc czemu, gdy tak w przestwór

zapatrzył się daleki,

Nie uśmiech go rozjaśnia,

lecz smutku mrok swą dłoń

Kładzie na jego skroń?...

IV

Grzmi, huczy tłum wojenny,

jak huczą grzmiące rzeki,

Kaskadą spadające

z szczytów symplońskich gór;

Sam tylko wódz oniemiał,

rozwarłszy dwie powieki

Nad szklaną ócz martwotą,

jak konający tur.

Czyżby przeczuwał dzisiaj,

że nowe krwi rozcieki

Przemienia w żal i jęki

ten tryumfalny chór?

Że świat spod jego groźnej

wyrywa się opieki,

Że ludom gdzieś prześwieca

innego bytu wzór?

Że inny duch ogłosi

ludzkości swe orędzie,

Nie ten, co w ręku dzierży

rozpłomieniony miecz;

Że imię jego: Miłość,

a hasło: „koj i lecz”!...

Że ludzkość, pobratana,

okalać już nie będzie

Światłością swojej glorii,

jak za ginących dni,

Siewaczy łun i krwi?

V

Raz jeszcze on narodom

narzuci się na sędzię,

By rozciąć węzeł dziejów

przy huku dział i kul;

Raz jeszcze w swym pochodzie,

w szalonych burz rozpędzie,

Zdruzgocze miast bramice,

stratuje zasiew pól.

Raz jeszcze spieszy k’niemu,

na krwawej szukać grzędzie

Wrzosów ze zbawczym miodem

zgnębionych rojny ul.

A potem — czyż przeczuwa,

że mrok już sieć swą przędzie,

Że padnie w niej, jak nędzarz,

ten wszechpotężny król?

Zapatrzył się bóg wojny

w dalekie gdzieś przestwory...

To nie słoneczne blaski!

To jakby chmurny śnieg!

A środkiem straszna rzeka

znaczy swój zmarzły bieg.

A tylko tam, gdzie zmierzchy

swe mgławe kreślą —tory,

Jak gdyby — nie dla niego! —

jęły się płonić już

Przebłyski nowych zórz!...

VI

W powietrzu się rozwiały

dzwoniących surm klangory

Rozwiały się na zawsze...

Darmo wytężasz słuch...

Na darmo wzrok wytężasz:

Tłum zginął różnowzory

I wódz się w mgłę rozpłynął,

co wiódł ten zbrojny ruch.

W ciała wędrowców wrócił

duch, do rozmarzeń skory,

Urokiem chwał umarłych

tak przepojony duch...

I tylko Mont’ Leone,

owity w ciemne bory,

Skrzy się w promieniach słońca,

w śnieżysty strojny puch.

W dali Aletschu wstęga,

w sinawe ścięta lody;

Naokół pasma szczytów

drzemią w błękitnych mgłach;

Nad nimi strop niebieski

rozpiął lazurów dach.

Z gardzieli skalnych lecą

siklawic34 huczne wody,

A przy nich cicho szepce

w roztęskniający wtór

Szumny symploński bór.

Na jeziorach włoskich

I

Cicho pobrzmiewa po jeziornej toni

Melodia świateł w przesłoniętą mgłami

Dal, co nad wodą tak się wiewnie kłoni,

Jakby całować ją chciała... Przed nami

Niebo w promiennej z głębiną harmonii:

Zlewa się, stapia, zestraja dźwiękami

Barw swych i błysków tęczowej urody

Z każdą kropelką, z każdym nurtem wody.

Cicho płyniemy w marzeń dal — bez końca...

Cicho płyniemy w zadumań ogrody...

Z takiej to fali i z takiego słońca

Wyszła, miłosne światu sprawiać gody,

Jasnością włosów złocistych okryta,

Rozpłomieniona, naga Afrodyta.

II

Z takiego żaru i z takiej przezroczy

Kształt się urodził niewieściego ciała,

Co w sobie lilie z różami jednoczy

I wonią dyszy i rozkwiciem pała

I, lazurowe otwierając oczy,

Topi w ich głębiach, jak ta toń wspaniała,

Wszystkie świetliste czary szczęsnej ziemi,

Oślepiające skry siedmiobarwnemi.

A gdy rozchyli miękkich ust korale,

Głos z nich płynący twą duszę oniemi:

Zmilknie w tym słodkim zasłuchania szale

I, głodna szeptu, który tchy ciepłemi

Na twarzy nieci rozkoszy wypieki,

Jego–by tylko chciała słuchać wieki.

III

Z takich rozemdleń szklistego jeziora,

Z takiego blasków słonecznych rozgrania

Wyszła bogini, jak poranku pora,

Kiedy się ze mgły rosistej wyłania —

Wyszła cudniejsza, niżeli Aurora,

I, cała z żądzy, z tęsknoty kochania,

Biegła na uścisk czekać Anchizowy

Do ocienionej, szumiącej dąbrowy.

Na mchy tu świeże ta piękna upadnie...

Z okiem przymkniętym, z ramieniem u głowy,

Rzeźbiona nagość spoczywa bezwładnie,

Mając na wargach półuśmiech różowy,

Aż „on” swą miłość z jej miłością splecie

W wielkiej, jedynej rozkoszy na świecie...

IV

Cicho płyniemy kryształów głębiną,

Odbijającą niebieskie lazury...

Granice wody i nieba gdzieś giną

Śród mgieł powiewnej, a przejrzystej chmury,

Co dal zasnuwa w przędzę srebrno–siną;

Po brzegach siedzą zadumane góry,

A na ich piersiach jasny puch zieleni

W złotym się słońcu, jak aksamit, mieni.

Od gór tych wonne tchnienie ciszy wieje;

Omdlała senność, rozlana w przestrzeni,

Ogarnia ducha, że duch senny mdleje:

Naokół słodki, dźwięczny głos syreni

Upajającą pieśń blasków wydzwania

O szczęśliwości, co idzie z kochania.

V

O szczęśliwości, co w zakątek głuchy,

Z dala od krzyków i zabiegów świata,

Znosi rozmarzeń najwiewniejsze puchy

I z nich dla siebie ciche gniazdo splata

I, zleniwiałe ułożywszy ruchy,

Śpi, obojętna, że tam gdzieś Zatrata

Bierze się z Życiem za bary, że jęki,

Mnogie, jak trawy, rosną spod jej ręki,

A tylko czasem, gdy w gmach jej spokoju

Przedrą się z zewnątrz nazbyt głośne szczęki,

Echa uderzeń broni, echa boju,

Co na krwi łanie trwożne rodzi lęki,

Wstaje, zdziwiona, i z rozpaczną mocą

Rzuca pytanie w okrąg: po co?!... po co??...

VI

Po co się zrywać w spienione odmęty

Walki, wszczynanej o tysiączne złudy,

Które prawdami zwie ten świat, przejęty

Kłamstwem i fałszem? Po co siać swe trudy

Na jego roli, gdzie niepewne sprzęty,

A jeśli wzejdzie jaki krzew, to wprzódy35,

Nim się rozwinie, nienawiść go zsiecze,

Przenikająca wszystkie chęci człecze?!

Rozstrój swe drogi po tych polach znaczy,

A za nim słabość i wątłość się wlecze;

Upiór zwątpienia i widmo rozpaczy

Swą bezlitosną rozciągają pieczę

Nad owym sercem, co się w wir tej burzy,

Jak ptak w gradowe obłoki, zanurzy...

VII

Legie roboczych starły już swe moce,

Spiesząc na zagon nieuchwytnych rojeń;

Krew się polała, padły łzy sieroce,

A chwasty rosną na miejscu uznojeń

I tylko wiecznie ta gwiazda migoce,

Co, mając w sobie jak gdyby upojeń

Tęgość trującą, pcha wciąż nowe siły

Za swymi błyski na kraniec mogiły.

Oblany ogniem niezdrowych rumieńców,

Jak liść, z topoli opadły, przegniły,

Długie już wieki leci tłum szaleńców,

Ginąc po drodze, którą mroki śćmiły,

Choć mu się zdaje, że przed nim bez końca

Smug swój rozwija złota jasność słońca.

VIII

Na co po grobach spieszyć do kościoła,

Który obrazem jest fatamorgany,

Kiedy nas miłość w swój przybytek woła,

Na fundamencie pewnym zbudowany!

Kolumnadami opasan dokoła,

Kararyjskiemi gmach ten błyszczy ściany,

Kwiatów wzorzystych girlandą owity,

W fali, patrz! kąpie swoje greckie szczyty!

Rozczarowania na co i boleści

Szukać gdzieś w sferze, chmurami zakrytej,

Kiedy nadziei spełnienie się mieści

W drżących objęciach jasnej Afrodyty?

Na co szturmować, gdzie kłam zasiadł w gości,

Gdy wszystka prawda jest tylko w miłości?

IX

W tym na obliczu wypalonym piętnie —

Żywych rumieńców jedwabnej purpurze, —

W tych ciepłych wargach, chylących namiętnie

Do pocałunków swe rozkwitłe róże;

W tym przyspieszonym, urywanem tętnie

Dwóch żądz, grających w nieskłóconym chórze —

W ciał rozkochanych przedziwnej harmonii,

Szczęście i prawda jedyna się chroni.

A gdy pod tchnieniem miłosnego żaru

Oko swój ogień powieką przysłoni,

Omdlewającą z rozkoszy nadmiaru,

Nie pomrok dusze zatapia w swej toni,

Tylko ta cicha, rozmarzona senność

W rajów nieznanych wiedzie je promienność.

X

O pieśni ciała! o porywająca

Pijanych tobą na szału krawędzie!

Jest coś w twych dźwiękach z letniego gorąca,

Gdy ten swój lazur nad ziemią rozprzędzie;

Śród rozegranych akordów tysiąca

Masz tony, miękkie, jak puchy łabędzie,

Masz brzmienia, słodkie, jak oddech pieszczoty

Dwóch żądz, złączonych namiętnemi sploty...

Błogosławiony, kto ciebie usłyszy,

O pieśni oczu, gasnących z tęsknoty,

Ust, odrętwiałych w pożądania ciszy,

Ramion i piersi!... Rajski hymnie złoty!

Tak odbijają szczęśliwość twe głosy,

Jak ta głębina odbija niebiosy!

XI

Cicho nasz statek jasne wody kraje...

Cicho pobrzmiewa zdradny śpiew syreni...

Po brzegach świecą cytrynowe gaje

I wille świecą w złocistej zieleni...

Czasem przed nami ciemny cyprys staje,

Lub gdzieś na gzemsie róża się czerwieni,

Albo spod łuku marmurowej bieli

Krzew oleandru karminem wystrzeli.

Jaki tu spokój! Ludzie czyż wymarli?

Lub czy też bramy z błękitnej topieli

Wyrosłych zamków na wieki zawarli

Przed gwarem świata? Czyżby wyjść nie śmieli

Z trwogi, że rozdźwięk skądkolwiek przypłynie

W te ich zaklęte miłości świątynie?

XII

Grają miliony blasków po jeziorze,

Odbijającym niebieskie lazury;

Cicho nasz statek jasne wody porze,

To chaty mija, oparte o góry,

Po skał krawędziach wiszące w przestworze,

To w skrach skąpane pałaców marmury...

Przybił do brzegu... Na pomost przystanka

Wyszła i czeka jednej z will mieszkanka.

Płyniemy dalej... A skrzącemi oczy

Patrzy za nami ta piękna niebianka,

Ściga nasz statek po wody przezroczy...

Czyż on jej może przywieść miał kochanka?

Płyniemy dalej w tę głębię promieni,

W której pobrzmiewa zdradny śpiew syreni...

Przypisy:

1. naodziane zielą — odziane zielenią. [przypis edytorski]

2. k’sobie — ku sobie, do siebie. [przypis edytorski]

3. By — jakby, niby. [przypis edytorski]

4. opieśnione — opiewane w pieśniach przez wielu poetów. [przypis edytorski]

5. zdroi — zdrojów. [przypis edytorski]

6. apostazja — odstępstwo od wiary. [przypis edytorski]

7. oniemić — uczynić niemym. [przypis edytorski]

8. chram — świątynia. [przypis edytorski]

9. bardon — średniowieczny instrument muzyczny, przypominający lirę lub lutnię. [przypis edytorski]

10. Winkelryda — chodzi o Arnolda von Winkelrieda, szwajcarski bohater narodowy, którego nazwisko stało się symbolem poświęcenia życia dla ojczyzny. Wsławił się poczas bitwy pod Sempach w 1386 r., stanowiącej punkt zwrotny w konflikcie między Związkiem Miast Szwajcarii a Habsburgami. Z okrzykiem „Droga do wolności!” rzucił się na włócznie Austriaków, przyjmując na siebie atak pierwszej linii przeważających sił przeciwnika. Przyczynił się tym do rozłamu szyków bojowych nieprzyjaciela i umożliwił atak Szwajcarom, a w konsekwencji — wygraną. Postać Winkelrieda przywołał J. Słowacki w Kordianie (proponując w miejsce mesjanistycznej wizji Polski jako Chrystusa narodów, hasło: „Polska Winkelriedem narodów”). [przypis edytorski]

11. krzesanica — w ten sposób określone są w utworze wszystkie w ogóle strome szczyty; słowo nawiązuje do nazwy Krzesanica, jaką nosi szczyt w Tatrach Zachodnich, najwyższy (2123 m. n.p.m.) szczyt Czerwonych Wierchów. [przypis edytorski]

12. nieskora — niechętna. [przypis edytorski]

13. Na Teufelsbruecke pod Andermatt spędziliśmy w zimnej dżdżystej chmurze dzień cały: od czasu do czasu mgła się przerzedzała, odsłaniając olbrzymie, czarne granie, zmienione ręką ludzką na fortecę. Na jednej z tych imponujących, a groźnych ścian widnieje w białem obramowaniu wielki krzyż, wyryty w skale. Straszliwy wodospad Reussy, niezwykłe koło Teufelsbruecke szerokiej, rozpryskującej się pod nami z nieopisanym szumem i hukiem, wyglądał w chmurze tej na wstęgę mgły nieco bielszej od tła ogólnego. W miejscu, obok którego staliśmy, oparci o kamienną balustradę mostu, wpatrzeni w ten potężny, nie dający się przedstawić obraz przyrody, wsłuchani w ogłuszający huk i szum, odbyła się słynna w dziejach bitwa Suworowa z wojskami Napoleona I. Prawdziwie, niepodobna pojąć, jak istoty ludzkie mogły opanować żywioł, szalejący śród gładkich, spadzistych, nieb sięgających brzegów. — Powyższe sonety słabem są tylko odbiciem obrazu widzianego i wrażeń doznawanych. Mgły ustąpiły dopiero pod wieczór i wtedy to mogliśmy sobie zdać sprawę z tego groźnego piękna, jakie w tem miejscu stworzyła przyroda. [przypis autorski]

14. tkań — tkaninę. [przypis edytorski]

15. By — tu: niby. [przypis edytorski]

16. giemza — delikatna, kozia skóra; została tu zastosowana metafora pars pro toto (część zamiast całości) i giemza oznacza kozę, nie tylko jej skórę. [przypis edytorski]

17. Manfredów... tłum — nawiązanie do bohatera dramatu Byrona Manfred; druga scena utworu dzieje się w Alpach, na skale Jungfrau Manfred pragnie popełnić samobójstwo, co zostaje w ostatniej chwili udaremnione. „Tłum Manfredów” oznacza licznych naśladowców bohatera byronicznego, samotnika i indywidualisty, tragicznie przeżywającego swą egzystencję. [przypis edytorski]

18. Jungfrau... mgławy włos swój czesze — nazwa szczytu znaczy: Młoda Kobieta; góra uosobiona jest tutaj właśnie jako rozczesująca swe włosy z mgieł kobieca piękność. Był to obiegowy motyw w romantyzmie. [przypis edytorski]

19. plenne — dające plon; płodne. [przypis edytorski]

20. stajem — stajemy (forma skrócona). [przypis edytorski]

21. tum — staropolskie określenie katedry lub kolegiaty. [przypis edytorski]

22. dyadem — diadem, czyli przepaska na głowę wykonana z kosztownych kruszców i szlachetnych kamieni, będąca znakiem władzy królewskiej, książęcej lub wysokiej pozycji w hierarchii religijnej. [przypis edytorski]

23. hymny eoniczne — Kasprowicz nawiązuje tu albo do eonu jako największej jednostki formalnej w dziejach ziemi, którą dopiero dzieli się na ery (wyróżnia się trzy eony: archaik, proterozoik, fanerozoik), albo do gnostyckiej kosmogonii (historii powstania świata), w której kolejne eony są emanacjami boskimi, coraz dalszymi od rdzenia boskiej istoty i doprowadzającymi w końcu do stworzenia świata (przez upadek tego, co boskie, w materię). Hymny eoniczne w każdym z tych rozumień odnoszą się do odległych dziejów świata, epoki jego powstawania. [przypis edytorski]

24. huf — hufiec. [przypis edytorski]

25. Matterhorny, Miszabele... Finsteraarhorn — wszystkie nazwy własne pojawiające się w tym fragmencie, są nazwami alpejskich szczytów. [przypis edytorski]

26. piarżystych — takich, u stóp których utworzyły się piargi, czyli rumowiska skalne. [przypis edytorski]

27. snać — starop. przecież, podobno. [przypis edytorski]

28. gleczerowych — lodowcowych (z niem. der Gletscher — lodowiec). [przypis edytorski]

29. zoczyć — zobaczyć. [przypis edytorski]

30. eudemonia (gr.) — stan najwyższego szczęścia (w tym znaczeniu słowo to występuje jako termin filoz.), uspokojenia, spełnienia, pomyślności. [przypis edytorski]

31. symplońska — właśc. Simplońskiej, od: Simplon nazwy przełęczy w Alpach szwajcarskich. [przypis edytorski]

32. surma — instrument dęty (rodzaj trabki) używany w wojsku w dawnej Polsce, szczególnie by dać sygnał do natarcia. [przypis edytorski]

33. klangor — donośny, charakterystyczny dźwięk wydawany przez żurawie. [przypis edytorski]

34. siklawica — wodospad (w gwarze góralskiej). [przypis edytorski]

35. wprzódy — najpierw. [przypis edytorski]