krótkie

krótkie

obroty jałowe

te obroty są jałowe sprawdzałem to dwa razy i nie ma się czym denerwować

nikt nie będzie sobie ciął żył ani zmieniał świata jakby to było realne

to obroty są jałowe i wszystko jedno czy chodzi o real madryt czy najnowszy model volkswagena

czy książkę derridy1 nikt o nim nie będzie wspominał

na szyję założymy panu kołnierz pana kręgosłup nie jest w najlepszym stanie bardzo

proszę przez najbliższe trzy tygodnie dbać o siebie — nie biegać nie nosić ciężarów jakby to było realne

jałowe bandaże jebana banda trzech

tygodni

proszę się trzymać odpowiedniej narracji i stylu

i przede wszystkim nie przejmować się zbytnio nic panu nie grozi

przecież wszystko tutaj jest jałowe

skiby dnia odwalane byle jak niepoprawnie i nieodpowiedzialnie

tak tak oczywiście jałowe czego się spodziewaliście

jest dwa razy później niż myśleliśmy i w końcu musiało się to jakoś skończyć

obiecywałeś że są jałowe no szkoda że nie przysięgłem

przecież jednak się jakoś kręci

tyle piasku

obrona cywilna

trawa jak papier ścierny niebo jak ścierka rozpostarte na proszek przyklejony do płótna

widzę zatacza małe i duże koła

pikuje w dół

kratownica pól rośnie w oczach i narasta gwizd w uszach

a to tylko zdanie obowiązków przejście na przedwczesną emeryturę krótko mówiąc

najbardziej rozsądne wyjście

sytuacja obroni się sama

jedyne wyjście

dwa dni między jednym świętem a drugim zawieszone jak głos na chwilę

aby zrobić na nas większe wrażenie aby nas pobić naszą własną bronią

ostrym językiem słów ustalonych

ubetowionych i elastycznych tylko do granic swej własnej wytrzymałości

dwa dni które mamy na przemyślenie tego co nie zostało powiedziane i o czym trzeba milczeć w

tym naszym języku

w jednym języku który zwinięty w trąbkę nie powie bo nie może

dwa dni kiedy słusznie przeczuwamy, że te święta skrywają coś

że w tej drodze coś poszło nie tak i że ta podróż wtrąciła nas w jakiś dół

zimny i wilgotny jak błoto

to o czym milczymy przez te dwa dni zanim będziemy mieli luksus poruszania spraw zawies-

zonych na razie zanim nas oświeci milionem luksów że to nie ma znaczenia

bo ten język pomija to, co właśnie teraz jest najważniejsze

i z czym będziemy się musieli pogodzić w to wiosenne święto

***

utopia chaosu rodziła się powoli

jajko zostało rozbite przypadkiem

lustro pomnożyło sieć zmarszczek

entropia nie może być doskonała

wykorzystano cegły

stopy pomników

bardzo szlachetnych metali

resztki idei przemielone

zapuszkowane znowu rozbite

utopia powtórzyła tragedie wszystkich myślicieli

wszystkie nie rozwiązane sytuacje i sznurowadła

mumie zaczęły pleśnieć mury więzień obtarły twarze

czyste zwierciadło zrobiło pierwszy krok

kto nas wszystkich wymył

gruz

ta ważna twarz tak najważniejsza

jak cztery skrzydła ważki jak krzyk

z mydła o wielki wóz meblowy

a nieruchomy nad i pod wodą z mózgu i heblowanych desek ścian

deseń płaskich łbów gwoździ programu — stłuc ten tłum

na cierpkie jabłko i grys srebrzonego szkła

beze mnie — tylko ćwiartki mnie w gardle

kineret2

w tej gramatyce nie powstaną i nie porwą strumienie zdań

jordan wyssany przez pola i kratownice palm daktylowych

nudny jak pociąg podmiejski do spermy

ale nie znam innej gramatyki choć wyrzucałem twoje listy

mak zamiast ryżu — starannie uzasadnione onomatopeje na bagnie

nic poza rumieńcem opadających spodni

guzik jest najmniejszą z możliwych rzeczy jest w nim

guz i uzi poręczne do bliskowschodnich przedświtem przedświatowym

miłosny akt analogii

rozsypię trutkę i wśliznę się w trud snu

w pół wieku będę ciężko oddychał arka potem przejdę się wrócę dokąd

jutro jak na pewno rozsypię na małe niegroźne kawałki

awersja hekatomb to miłość katastrof

wersów pięknych i niedostępnych przypuszczonych przez tysiąc ust rytmu

kroków odmierzających czas na pierwszej linii to dwie z taty styczne3

i to ten czas którego nadużywam w bezokoliczniku

bez żadnych względów dla kontekstu i ciebie

z uporem zaciskając przeciekające palce na

w odzie do czasu

przeczekując układam prowizorycznie w wysokie stosy

swój czas drosofilie4 plotą wokół jabłka

zbawieni zostaniemy naraz i z nagła choć wszystkie drogi pokryte są asfaltem

(niekończący się miłosny akt analogii)

słowa które się mówi cicho

nalany ma twarzy ponad miarę kieli

szept miarowy przelewa krew

do warg to się samo klei

to samo gra to wrak uśmiechu rozlanego na

twarzy to wróg rozlazły

i potworny nowo układanych fraz

to wyrok na rewizjonizm po domach puzzle

z ciał obcych i nieobecnych o tym

lepiej nie myśleć by nie mylić ślepych i

lepszych ponad miarę skapnie do rąk szept

rozpędza się pełną gębą

***

kiedyś wszystko było prostsze zwijałem się w kłębek

na szpulkę nici czy też na szpule magnetofonu

ale tylko wokół centralnej osi swojej głowy

przechodzącej lekkim półcieniem z potylicy w rząd tymczasowy

kręgosłupa z tytanu i stali oczywiście

nie ma innych kręgosłupów nawet te giętkie jak trzcina

miękkie jak plastelina w pustynnym wietrze

wierzyły w siebie teraz patrzysz na mnie a ja

zwijam się jak dym wokół linii prostej łączącej nasze oczy taka

matematyka która ćwiczy wyobraźnię bólu

rozpocząć akcję asenizacyjną

poszedłem do błota to nie dotknie pochłonie mnie

nad głową oko sterowca i zastępy pulchnych balonów zaporowych

żadnych mieczy choć precyzyjne cięcia reflektorów

rozkwitająca brama ogień warg

gorączkowa krzątanina ludzi wszy

stkich każdego

jest jak w piekle pieniądze tracą sens

ich dużo mają w głowach zastygłe ropą bandaże myśli bele godzin stosy kartek

piekące nieobecności curriculum vitae

tak tak

układanie godzin splecionych w sztywne bele zakończyło się pomyślnie

dar został przyjęty w maszynopisach

długie godziny kłuto igłami cięto skalpelami

najwyższe izby badały kołnierze zakładki szwy

wszy wybito grypsy wyłowiono haczyki posłano do dezynfekcji

ręce odcięto i wyrzucono

wyrzutków stracono

straty oszacowano

szacunek został zachowany do kontroli opatrzony pieczęciami troskliwie otulony kołdrą spoczął

wieczny odpoczynek w pancernym sejfie

przeprowadzimy tę akcję

nie do końca zostawiając nie naruszone z zapomnienia miejsca

osłupiające dziury

słowa dziergane na szydełku

przybici wzrastającą entropią układu.

się5

w przepaść i

na miazgę słów słodkich jak ptysie

przecież mam starannie opracowane scenariusze radzenia sobie w sytuacji związku

tysiące słów ty mazgaju które zetrą z twarzy łzy

to wzruszające

ramiona otulą i zatrą to wrażenie

oczy uważnie patrzą szukając ratunku to się musi udać inaczej

próbuję pretensji hortensji rewerencji

krzyku bzyku łyku

jeśli

ciągle nie pomaga

rzucam

słowa na zamówienie

nie mów tylko pisz te słowa to pasza dla głodnych

mózgów zasłoniętych oczu wyciągniętych rąk

podpis na umowie o dzieła zebrane

i magazynowane w przepaściach myśli

między jedną a drugą cenną myślą cały świat jedności i drugorzędnych szczegółów

słowa na zamówienie które podejrzanie łatwo świadczą na naszą niekorzyść

cały sądowy świat który na razie odsuwamy jak po stole szklankę

wzrokiem

ogarniany i przytulany ciepłym światłem pochlebnych opinii

czarnych garniturów i bladych twarzy

słowa na zamówienie których lokalna sława daje prawdziwy komfort

zmywarki łóżka laserowej drukarki i spojrzeń

właśnie te słowa na to społeczne zamówienie podejrzanie łatwo przynoszące wymierne zyski

słowa na zamówienie które podejrzanie łatwo zamawiają rzeczywistość według tej jednej właściwej recepturki

potrafią spoić rozlatane kawałki światła na mur na beton

czekoladowy i mamałygę

nic nie znaczące słowa przekomarzanek płatanie figlów i labiryntów

słownych lub niesłownych ale nieźle płatnych

wystarczy się nie popisywać

i trzymać horyzont marzeń w zasięgu wzroku głosu węchu

słowotok

zarzucali słowa mi jak wapno może nie ruszam się może mogę jak turlać nogami niekończącą niczego

zarzucali słowami mnie to postępujący rozp

was za dużo jak dwudziesty rok deszczu wyczuty szóstym zmyśleniem

jest się czym przejmować gumą kaloszy i płaszcza dwóch łopat wapna gorliwie wtórującym ustom

w deszcz ustań

zbadajcie mi tę wiedzę żebym wyraźniej

jest kontrolując uśmiech i modląc się by siedział cicho kontra niechybne skutki

oksydowanych kajdanek taki prezent wyrzuca się mi

zbawcie mnie — twarz brezentem i beton w ustał

zarzucali wami słomę i kazali leżeć grzać się gorliwie

słoma płonie wiedziałem grzech zbrodnia

potem mogłem dużo rozmawiać jeść makaron w sosie bardzo pomidorowym

taka karma z przyzwyczajenia nieprzepisowo ruchy noża

doktor przepisał dużo ruchów tak się mści

stagnacja białe zwapnienie gnatów gonitwa myśli

potem mogłem dużo rozmawiać bez końca

***

teraz kiedy już wiemy jak się poluje na pomysły

wszystko pójdzie łatwo przy okazji zwiedzimy kawał świata i tą ziemię

rozszyfrujemy na atomy osiągniemy sukces będą o nas pisać znane miesięczniki i nieznani

dziennikarze tak wystarczą oczy i

nie

bynajmniej nie ręce tylko

nogi z których piszczele i kości wylądują w pięknych rękach młodych studentek medycyny

stosowanej do celów co najmniej podejrzanych

naszym nogom będzie niełatwo wytrzymać to wszystko

i tak nas zabija świadomość nam i tak

żal nóg i nocy które spędziliśmy razem kopiąc kołdrę w sobie tylko znanych tajemnicach

przejrzystych jak polietylen i tak samo odzyskanych jak ziemia która kurczy się pod stopami

jałowe obroty

nawet na jałowym biegu gryzmolę swoje imię na karteczkach i rozrzucam je po okolicy

gryzie się wyścig szczurów ze szczurem laboratoryjnym chciałbym popatrzeć na to z góry tym-

czasem epoka nie wymaga od nas ofiar ale usług pochylam się i stawiam tacę na stole

potem siadam biorę kartkę z tacy tak przechodzi się na drugą stronę historii razem ze

zmianą daty adresu i poglądów na karteczce gryzmolę swoje imię jałowe obroty kulki

rozprowadzającej tusz po papierze miał myśli napędzajcy całą tą maszynę (jedna teoria)

jałowa gleba na której to wszystko rośnie jak wielki jednokomórkowiec (druga) albo po

prostu spotkania kulek według kilku podstawowych zasad ekonomii zachowania energii

(życiowej na przykład) i po prostu nie chce się już o tym myśleć właśnie dlatego codziennie

nie mogę zasnąć i codziennie się obudzić

nawet na jałowym biegu gryzmolę swoje imię na karteczkach i rozrzucam je po okolicy

Przypisy:

1. Derrida, Jacques (1930–2004) — franc. filozof, twórca pojęcia „różni” (fr. la différance), oznaczającego zapośredniczenie znaczenia słowa, które odnosi się bardziej do innych słów niż do rzeczy, którą ma oznaczać. [przypis edytorski]

2. kineret — Jam Kinneret to hebrajska nazwa Jeziora Genezaret (Galilejskiego). [przypis edytorski]

3. z taty styczne — na głos czyta się to jak „statystyczne”. [przypis edytorski]

4. drosofilia — nazwa gatunkowa muszki owocówki. [przypis edytorski]

5. się — wiersz ma strukturę pozwalającą go czytać w kółko (rzucam / się / w przepaść i itd.). [przypis edytorski]