Poczytalnia

długie

długie

słuchaj

długie

dla Tomasza Januchty

1

to oczywiste mówisz jak dla ciebie nic

a dla mnie wszystko traci kolory i ląduje w ostro skontrastowanym

to syndrom kastracji powiem re

interpretacja reinkarnacji o!

jakbym w ogóle nic nie mówił

nic nie zmienia faktu że cmok cmok absmak

ale soczyście

i tu wielki wybuch złości voila

znamy coraz więcej wyrazów

uznania (smaków zapachów reakcji zwrotnych) i coraz mniej ich

potrzeba

coraz prostszy starszy i jednoznaczny jesteś

my pisane razem uderzeniem oczyma (a najważniejsze są

oczywiste) coraz potrzebniejsze

są oczy

te zdania pąki zdań pęta

zapętlenia

prawdziwe barokowe szaleństwo!

powoli można zaśmiecić odwrócić uwagę od pewności

rutyny naszych splątań

(widzisz jak to wszystko jednak harmonijnie w rytmie na dwa się dobrze składa?)

na przykład zgodziłem się na powrót do znanej szeroko

na pamięć retoryki

na stratę toru myśli w zamian

nastroju

strój cywilizacji

komunikacja miejska

miejscowa wrażliwość repertuar środków zaradczych rady grodzkie

grodzie wodoszczelne

żeby nikt do nas nie na trafił

2

ten lotny stan skupienia który zaowocuje

coraz krótszymi wersami zdań

trzecia czwarta wersja zdarzeń

zderzeń (znasz te przejścia na pamięć prawda

ma zamknięte oczy jak zamglenie i jak zniknięcie

w przejściu podziemnym skrótem my

śladowym) pierwiastkiem ale soczyście

wybuchawym

daruję ci

teraz listy pisze się inaczej

zdania są krótkie

wersje ostateczne

poglądy ustatkowane

tonących się nie uraduje

słowa już nie bawią się w kotka i myśl

co się w nas tak zeszkliło że się nie myli

3

ten szelest który słyszysz szyboczący się na ciebie

te wszystkie szepty obszemrujące dookoła twojej masz

klującej głowy w sam rdzeń kręgowy i oczka w głowie

ten trzask w słuchawkach jak test próbny pięść

dziesiąty raz mgła w głowie kran kapiący w to wszystko wzięliśmy w łeb

w te nasze biedne głowy

ten głos dyktujący ci coraz szybciej do pogubienia przecinków

przecinaków logiki ciągłej w nierozciągłą ale skuteczną i refleksyjną

fleksyjną bo coraz to się odmienia stan i tan!

ten tren

dyptyk obłędny

(albo rozprawka z językiem)

zaczyna się

Jerzy Krzysztoń1, Obłęd

Wzejście obłędu na horyzoncie renesansu daje nasamprzód o sobie znać poprzez zniweczenie symboliki gotyckiej; jak gdyby zakotłował się ów świat o gęstej sieci znaczeń duchowych i jakby stamtąd wynurzyły się postacie o znaczeniu uchwytnym już tylko w kategoriach bezsensu. Gotyckie formy trwają jeszcze przez jakiś czas, ale z wolna milkną, przestają wyrażać, przypominać i nauczać - prezentują jedynie swą fantastyczną obecność nie ujętą żadnym możliwym wykładem, chociaż dobrze znajomą oczom. Wyzwolony z reguł mądrości i nauki, obraz zaczyna się sprowadzać do własnej niedorzeczności.

Michel Foucault2 Historia szaleństwa w dobie klasycyzmu

część pierwsza

coś co zmienia punkt widzenia jak 200 watowa żarówka ciąg nie dotrzymanych umów

obietnic terminów jak termity lęgnące się w głowie jak głaskanie po włosach kolejnych

prezydentów posłów raz na kadencję zmieniających tonację w dur

brzuszny i zgrzytanie niesmarowanych pieniędzmi z reklamy trybów

pręgierzy trybunałów wewnątrz i zewnątrz ogolonej głowy rekruta

zatrutych jestem pragmatykiem mówi co oznacza praktyczną gramotność

szczęśliwe zramolenie spanie do piątej rano i świeży oddech pora

z selerem selenem snem se m

niech gruchnie ta klatka ze światłem i niech zmieni się pryzmatem

przez który patrząc zupełnie inaczej pomyślimy o tym wszystkim

ta nadzieja wszystkich etosowców ludzi o zbyt dużej głowie i

zaskakująco małym wyczuciu taktu społecznego który rytmicznie

połyka prawie wszystkich i wszystkie pierwsze

naiwne myśli co jest co co co

dobrze to tylko kolejna perseweracja kolejny ślepy zaułek ciągu myśli

teraz już się nie dam już będzie dobrze już wiem że jest po prostu źle

zacząłem od samego początku że pociąg do pięknych brzmień nie zastąpi

tylko nadepnie rozplaska blask klakierów i dekoratorów mój język dogoni go

i obejmie jak klamra jak spoiwo zatrzyma nie pozwoli uciec rozpłynąć do

kanałów zamknąć wszystkie wielkoformatowe zawory kulowe skulić się nie pa

trzeć ten blask uciekł tak daleko by nas nie oślepić nie olśnić byliśmy jesteśmy

będziemy się kulgać ze śmiechu jak nas okpiono i kopano

kto nas prześladuje i prześwietla oby był błogosławiony

musiałem stanąć z tobą twarzą w twarz nosem w nos zębem za zęby językiem

po czole włosach szyi i dalej zgodnie z logiką

i nic z ciebie nie zrozumiałem

i z siebie

i logiki

bezradność opuszczająca moje ręce w kierunku jądra rzeczy ciekawość którą trudno

i nudno wtłoczyć w cienkie rurki norm ram i mar które żyją na mózgach umysłach i nawet

(choć to słowo dawno wyszło z życia i jest naocznym typem idealnym bez żadnego desygnatu

karabinu do zabijania niedowiarków niewiernych miernych i marnych

i niemierzalnych i) duszy mężatki z dwojgiem dzieci która pewnego dnia

wstaje zza stołu od komputera taśmy montażowej biurka i bura

idzie i naburmuszona w stronę najbliższego jej oczom wyjścia

ewakuacyjnego oczywisty sytuacyjny protest sprzeciw przejście na stronę opozycji

gra w piłkę rozdanie podanie o przeniesienie wyciąg z konta i wyciągnięte ręce

nogi półka z fiszkami stan badań błogosławiony trybunał stanu i standard wyjątkowy na szczęście

pani sprawę rozpatrzono na strzępy ale pozytywnie rozproszono między ludzi

którzy przyjdą się źle bawić grać w karty

dań tańczyć dancing i cafe cologne wielki bal z otwarcia

ognia i wody stołowej zza którego dopiero co wstaliśmy ale

to już pani nie dotyczy pani status jest wyjątkowy a tatuś nie przypomina dzieci

om nic znanego wcześniej

niż zdołaliśmy o uciekinierze pomyśleć

stara wiara mówiła z pewnością w głosie

da się wyróżnić elementy porządku nadprzyrodzonego to nie tylko mentalne

zjawisko to fakt niewzruszony bez żadnych uczuć prawo

objawienie spotkanie nie wymaga wzruszeń tylko porządku

podporządkowania żółte znaki ostrzegawcze odwrócony do góry dnem trójkąt wiadro

ostrzegawczy znak stop a dalej mówiła wiara rozum nie jest bezkresny jeśli tej zimowej kampanii

tej zmowy zgody przyrody z przyrodzonym nam poczuciem godności mocarstwowej nie da

się wygrać to odwrót rojem pod pewnym kątem patrzenia to lepiej

mocniej ale żadnego poczucia winy

kolejny ze świtów drapie ja lekko uniesiony

świadek dużych złości i uzasadnionych pretensji kwitnących słów

sadzonek bez szans na zło czy dobro fabuły ociekające

potem świat czy antyświat dożywany powoli i bezwolnie trochę

ekstrawagancji wakacje od pracy praca w wakacje prasa codzienna

wyciskająca z czoła małe słone krople tyle się trzeba było najeść

tyle wstydu ale tego nikt nie powie nie powierzy wstyd wstydu

samozaciskająca pętla pluskanie w butach ta druga strona

błękitnej metalicznej kuli

frazy o których prawie zapomniałem zwoje map bezkreśnie wypełnianych przez kartografów

nadprzyrodzone ręce mapy oplatające rzeczywistość jej kopią

kalką technicznym żargonem tych kilku liczących się języków

liżących demony maxwella3 po brudnych zapracowanych brodach niewierna więc pociągająca

namiastka szwadronów dźwięków i pustyń koloru

i piwnice zamknięte za powiekami loki dymu znaczącego siną farbą braki w tlenie

baraki powiedzeń znaków i tymczasowe zatrzymanie czasu

akcji na rzecz con templum

tego dość żenującego królestwa i partackiej sprawczości popartej szumnym sprawozdaniem

stosownie do kondycji i treningu

już już starczy ten tren musi się skończyć

skoczyć w niebyt zostawić odrobinę posadzki terrrakoty linoleum ziemi

której proste zasadnicze linie mają jeszcze wiele innych perspektyw

część druga

unikać ludzi i skazać się na galerię typów mówisz

stateczny ojciec dzieciom będący jednocześnie dynamicznym biznesmenem

niezatapialna telewizja klasy średniej i wagi przyciężkawej

ciążowe sukienki i przerażające dane statystyczne

dynamo-dzieci pożerające produkt krajowy brud

na papieże umysłu trzeba mieć metodę

togę kombinezon skafander osłonięty pleksiglasem nos nie rozglądać się

do przodu cordon sanitaire mózgu

skazać się na galery statki szaleńców infamię ograniczenie wolności

to bezcenne bezecne ta wiara w pierwsze zasady i kwasy pruskie

ostateczne rozwiązania i rozwiązłe ostatki

halsem przez rozbiegane oczy rozpierzchnięte usta rozdarte nozdrza

to ciągle te same twarze i te same myśli którym coś się stało

a zaczęło się jak zawsze od języka wysuwanego powoli

na pozycje zasady naczelnej

w gardło zapchać słowa samymi sobą

spetryfikować sny i sunąć w martwicę białej poparzonej snami skóry

rzeczy dźwięku

to okazało się nagle wyjściem awaryjnym język ujściem dusznej rzeki

pomarańczowymi językami ognia i językami pon

tonów kamiennych słów

na tym statku statecznie odkrywała się

uderzenie po uderzeniu jak archeologia

bramka znaczenia to znaczy dla mnie więcej

niż myślisz niż jesteś w stanie pomyśleć

znaki tak stare nie udają

nikt nie ma złudzeń

nie przekraczają barier dźwięku i artykulacji

są jak puszka

muszkat uniesiony w powietrze

lewitujący mózg rzesza moich uniesień

zamknięta w stałych

związkach

niezbyt frazeologicznych

zawsze urwaną frazą

„koniec — aktorzy — są niepotrzebni w tej sztuce

latania — wypowiem to jasno i prosto —

jak pęk granatów myśl rzucę

a ta — jak bunkier wiadomością radosną

wybuchnie i runą tłumy w ramiona wieczystym obłędom

i w wieczystym tańcu — na scenie pozostanie

smutny samotnie brzęczący łańcuch”

dobrze nic nie będę rzucać mięsa

na rynek kartek na przemiał głowy na tory serca na pożarcie panzernym brykietom ognia

jestem umiarkowany jak ubek i jak ubikacja wierny przesądom

mój język zostanie pokaleczony będę owijał głową bandażem elastycznym

(co słowo tysiąc wersów)

pokornie pokornie w końcu nie posunąłem się ciągle o krok

zaparzam herbatę w szklance kalkuluję samochód

nieuchwytne choć ociera się o szyję nie może przeciąć skóry i głowa

trzyma się ciągle prosto

niech opadnie ta głowa i głos mi się podniesie do stanu krzyku

kamera obskóra4

1

więc dobrze będziemy

zmieniać perspektywę emocjonalny odjazd

i zwolnione tempo przeżuwania

słów całkiem przyzwoicie wypełnionych treścią

żołądkową

gorzką i pestkówką będziemy

wyciągiem z sennego wiśniowego serca

(jak proporzec chorągiew pułk zabójczych myśli

na sekundę

niebo zawisło w wyciągniętych i unieruchomionych gipsem rękach)

aż pękną brzuchy mięsożernych słów

i kanibale zaludnią puste sieci neuronowe miast

spojrzeć w lustro zaznaczyć pianą kraniec strefy cięcia i mocno pociągnąć ostrzem

obraź obraz

te lustra popękały i nie będziemy się mogli tłumaczyć iluzją wyobrażeniem spacerem i potem

staniemy twarzą w twarz ręka w rękę policzek

nie obraź tego sobie zbyt wyraźnie to prawdziwy polip w gardle

2

jeden ucieka drugi ściga go wzrokiem

krok zagubionych kotów i rozbitych małżeństw

kiedy najpierw wbija się nóż między dwie płaskie skorupki a potem

z ostrym trzaskiem (a fe! kt) przekręca

wszystko

maszynka do mięsa

nagie jądro rozpaczliwie się kurczy pod cytrynowym sokiem

czyn niegodny synów Noego

sos wsiąka w serwetki i w końcu

żadnych uczuć wyższych

3 (albo chmury argonu)

ten trudny styk rozumu i niedowiarka

który trzeba spawać w osłonie gazów szlachetnych (bardzo)

trzeba spać i być w tym śnie zaszlachtowanym

żeby się przebrała

i wreszcie wyszła

ten trudny styk na którym parują bity nikną okręty z ekranów radarowych

udar słoneczny wielkie waciane palce i głowy

ciągle te rozchwiane głowy

ci argonauci5

w kwestii smaku raz jeszcze6

to rzeczywiście nie było nic wielkiego

po narkozie został nam lekki szum w głowie ale było już po wszystkim

wyniesiono meble nie wolno się uderzyć

na blado zaladzono ścierką czysty kontuar czyste konto

wypuszczono wszystkich

pusto i nie wiadomo co się stało z niektórymi słowami

wielki post.

mówili mi używając po prostu prostackich argumentów

nic nie pamiętasz

nie wiesz jak to było

skojarzenie z zatłoczonym tramwajem było oczywiste

Kanaan7 błyszczał aluminium plastikowymi koszami na śmieci zawsze świeżo wyszorowanymi

posadzkami z lastryko

kremy odmładzające upiękniły nawet tych wydawałoby się straconych dla świata

coś było nie tak w sposób na tyle oczywisty że nikt nie chciał w to uwierzyć

poszukiwaliśmy odpowiednich metafor chcieliśmy oddać się strukturom meandrów myślowych

wyprowadzić myśl do celi consensusu

nie dano

bułka zgwałcona siekanym kotletem

dziwny aż królewską purpurą napój o słodyczy szampana

nauczyliśmy się wiele wiemy że da się wyliczyć

wylizać do czysta z większości znanych chorób że

są tacy co rozumieją zależności że

należy się pogodzić zapłacić że nie należy

nie wolno się ruszać żeby istnieć

nie trzeba myśleć wiemy że prawda

umarła że pojęcia da się wykluczyć zapić zabić

nauczyliśmy się że różnice stanowisk są nieistotne nieistniejące a duch jest

umiemy też odróżniać opisywać i klasyfikować niewielkie drgnienia w wyrazie lekkie różnice w

tembrze głosu czy kształcie zdania złożonego

niejasna jest istota tych różnic ale przecież tego też wkrótce się dowiemy.

zrozumieliśmy że sprawa jakości jest w naszych poszukiwaniach kluczowa ale włosy na łydkach

zmarszczki czerwone ręce stoją na pozycji straconej

słowo zostało zdradzone obnażone zaprowadzone na krzesło elektryczne jedynym upadkiem był

zakaz palenia w więzieniach publicznych

spisek milczenia był totalny

wierzyliśmy że są lasy nie do wydepilowania nasza uwaga skupiła się więc na budowaniu coraz

doskonalszych systemów luster połączonych ale poziom natężenia dźwięku był na wyjściu

ciągle ten sam tak jakby Negew8 ciągnął się od morza do morza

zmieniliśmy więc metodę ze skalpelami w rękach śledziliśmy drogę ładunku elektrycznego po

pajęczynie ciała po jej odsłonięciu ujrzeliśmy jądro piękną złotą kulę pulsującą pod

poszewką z atłasu

rozum i wiara zamarły w nas

kiedy otrzepywaliśmy się ze złotego pyłu mieliśmy bardzo głupie miny

dawno kiedy oswajaliśmy chrom żeby wąskie blachy nie kaleczyły nas w ręce żeby srebrzysta

szklistość oczu nie rozpłynęła się w gładki beton

chrom zardzewiał i wszystko poszło na marne

oczy płynęły

mówili nam wiele rzeczy

kiedy stłukła się ostatnia butelka po mleku litr jak tysiąc poranków

oniemieli

oni my wszyscy

krótkie

krótkie

obroty jałowe

te obroty są jałowe sprawdzałem to dwa razy i nie ma się czym denerwować

nikt nie będzie sobie ciął żył ani zmieniał świata jakby to było realne

to obroty są jałowe i wszystko jedno czy chodzi o real madryt czy najnowszy model volkswagena

czy książkę derridy9 nikt o nim nie będzie wspominał

na szyję założymy panu kołnierz pana kręgosłup nie jest w najlepszym stanie bardzo

proszę przez najbliższe trzy tygodnie dbać o siebie — nie biegać nie nosić ciężarów jakby to było realne

jałowe bandaże jebana banda trzech

tygodni

proszę się trzymać odpowiedniej narracji i stylu

i przede wszystkim nie przejmować się zbytnio nic panu nie grozi

przecież wszystko tutaj jest jałowe

skiby dnia odwalane byle jak niepoprawnie i nieodpowiedzialnie

tak tak oczywiście jałowe czego się spodziewaliście

jest dwa razy później niż myśleliśmy i w końcu musiało się to jakoś skończyć

obiecywałeś że są jałowe no szkoda że nie przysięgłem

przecież jednak się jakoś kręci

tyle piasku

obrona cywilna

trawa jak papier ścierny niebo jak ścierka rozpostarte na proszek przyklejony do płótna

widzę zatacza małe i duże koła

pikuje w dół

kratownica pól rośnie w oczach i narasta gwizd w uszach

a to tylko zdanie obowiązków przejście na przedwczesną emeryturę krótko mówiąc

najbardziej rozsądne wyjście

sytuacja obroni się sama

jedyne wyjście

dwa dni między jednym świętem a drugim zawieszone jak głos na chwilę

aby zrobić na nas większe wrażenie aby nas pobić naszą własną bronią

ostrym językiem słów ustalonych

ubetowionych i elastycznych tylko do granic swej własnej wytrzymałości

dwa dni które mamy na przemyślenie tego co nie zostało powiedziane i o czym trzeba milczeć w

tym naszym języku

w jednym języku który zwinięty w trąbkę nie powie bo nie może

dwa dni kiedy słusznie przeczuwamy, że te święta skrywają coś

że w tej drodze coś poszło nie tak i że ta podróż wtrąciła nas w jakiś dół

zimny i wilgotny jak błoto

to o czym milczymy przez te dwa dni zanim będziemy mieli luksus poruszania spraw zawies-

zonych na razie zanim nas oświeci milionem luksów że to nie ma znaczenia

bo ten język pomija to, co właśnie teraz jest najważniejsze

i z czym będziemy się musieli pogodzić w to wiosenne święto

***

utopia chaosu rodziła się powoli

jajko zostało rozbite przypadkiem

lustro pomnożyło sieć zmarszczek

entropia nie może być doskonała

wykorzystano cegły

stopy pomników

bardzo szlachetnych metali

resztki idei przemielone

zapuszkowane znowu rozbite

utopia powtórzyła tragedie wszystkich myślicieli

wszystkie nie rozwiązane sytuacje i sznurowadła

mumie zaczęły pleśnieć mury więzień obtarły twarze

czyste zwierciadło zrobiło pierwszy krok

kto nas wszystkich wymył

gruz

ta ważna twarz tak najważniejsza

jak cztery skrzydła ważki jak krzyk

z mydła o wielki wóz meblowy

a nieruchomy nad i pod wodą z mózgu i heblowanych desek ścian

deseń płaskich łbów gwoździ programu — stłuc ten tłum

na cierpkie jabłko i grys srebrzonego szkła

beze mnie — tylko ćwiartki mnie w gardle

kineret10

w tej gramatyce nie powstaną i nie porwą strumienie zdań

jordan wyssany przez pola i kratownice palm daktylowych

nudny jak pociąg podmiejski do spermy

ale nie znam innej gramatyki choć wyrzucałem twoje listy

mak zamiast ryżu — starannie uzasadnione onomatopeje na bagnie

nic poza rumieńcem opadających spodni

guzik jest najmniejszą z możliwych rzeczy jest w nim

guz i uzi poręczne do bliskowschodnich przedświtem przedświatowym

miłosny akt analogii

rozsypię trutkę i wśliznę się w trud snu

w pół wieku będę ciężko oddychał arka potem przejdę się wrócę dokąd

jutro jak na pewno rozsypię na małe niegroźne kawałki

awersja hekatomb to miłość katastrof

wersów pięknych i niedostępnych przypuszczonych przez tysiąc ust rytmu

kroków odmierzających czas na pierwszej linii to dwie z taty styczne11

i to ten czas którego nadużywam w bezokoliczniku

bez żadnych względów dla kontekstu i ciebie

z uporem zaciskając przeciekające palce na

w odzie do czasu

przeczekując układam prowizorycznie w wysokie stosy

swój czas drosofilie12 plotą wokół jabłka

zbawieni zostaniemy naraz i z nagła choć wszystkie drogi pokryte są asfaltem

(niekończący się miłosny akt analogii)

słowa które się mówi cicho

nalany ma twarzy ponad miarę kieli

szept miarowy przelewa krew

do warg to się samo klei

to samo gra to wrak uśmiechu rozlanego na

twarzy to wróg rozlazły

i potworny nowo układanych fraz

to wyrok na rewizjonizm po domach puzzle

z ciał obcych i nieobecnych o tym

lepiej nie myśleć by nie mylić ślepych i

lepszych ponad miarę skapnie do rąk szept

rozpędza się pełną gębą

***

kiedyś wszystko było prostsze zwijałem się w kłębek

na szpulkę nici czy też na szpule magnetofonu

ale tylko wokół centralnej osi swojej głowy

przechodzącej lekkim półcieniem z potylicy w rząd tymczasowy

kręgosłupa z tytanu i stali oczywiście

nie ma innych kręgosłupów nawet te giętkie jak trzcina

miękkie jak plastelina w pustynnym wietrze

wierzyły w siebie teraz patrzysz na mnie a ja

zwijam się jak dym wokół linii prostej łączącej nasze oczy taka

matematyka która ćwiczy wyobraźnię bólu

rozpocząć akcję asenizacyjną

poszedłem do błota to nie dotknie pochłonie mnie

nad głową oko sterowca i zastępy pulchnych balonów zaporowych

żadnych mieczy choć precyzyjne cięcia reflektorów

rozkwitająca brama ogień warg

gorączkowa krzątanina ludzi wszy

stkich każdego

jest jak w piekle pieniądze tracą sens

ich dużo mają w głowach zastygłe ropą bandaże myśli bele godzin stosy kartek

piekące nieobecności curriculum vitae

tak tak

układanie godzin splecionych w sztywne bele zakończyło się pomyślnie

dar został przyjęty w maszynopisach

długie godziny kłuto igłami cięto skalpelami

najwyższe izby badały kołnierze zakładki szwy

wszy wybito grypsy wyłowiono haczyki posłano do dezynfekcji

ręce odcięto i wyrzucono

wyrzutków stracono

straty oszacowano

szacunek został zachowany do kontroli opatrzony pieczęciami troskliwie otulony kołdrą spoczął

wieczny odpoczynek w pancernym sejfie

przeprowadzimy tę akcję

nie do końca zostawiając nie naruszone z zapomnienia miejsca

osłupiające dziury

słowa dziergane na szydełku

przybici wzrastającą entropią układu.

się13

w przepaść i

na miazgę słów słodkich jak ptysie

przecież mam starannie opracowane scenariusze radzenia sobie w sytuacji związku

tysiące słów ty mazgaju które zetrą z twarzy łzy

to wzruszające

ramiona otulą i zatrą to wrażenie

oczy uważnie patrzą szukając ratunku to się musi udać inaczej

próbuję pretensji hortensji rewerencji

krzyku bzyku łyku

jeśli

ciągle nie pomaga

rzucam

słowa na zamówienie

nie mów tylko pisz te słowa to pasza dla głodnych

mózgów zasłoniętych oczu wyciągniętych rąk

podpis na umowie o dzieła zebrane

i magazynowane w przepaściach myśli

między jedną a drugą cenną myślą cały świat jedności i drugorzędnych szczegółów

słowa na zamówienie które podejrzanie łatwo świadczą na naszą niekorzyść

cały sądowy świat który na razie odsuwamy jak po stole szklankę

wzrokiem

ogarniany i przytulany ciepłym światłem pochlebnych opinii

czarnych garniturów i bladych twarzy

słowa na zamówienie których lokalna sława daje prawdziwy komfort

zmywarki łóżka laserowej drukarki i spojrzeń

właśnie te słowa na to społeczne zamówienie podejrzanie łatwo przynoszące wymierne zyski

słowa na zamówienie które podejrzanie łatwo zamawiają rzeczywistość według tej jednej właściwej recepturki

potrafią spoić rozlatane kawałki światła na mur na beton

czekoladowy i mamałygę

nic nie znaczące słowa przekomarzanek płatanie figlów i labiryntów

słownych lub niesłownych ale nieźle płatnych

wystarczy się nie popisywać

i trzymać horyzont marzeń w zasięgu wzroku głosu węchu

słowotok

zarzucali słowa mi jak wapno może nie ruszam się może mogę jak turlać nogami niekończącą niczego

zarzucali słowami mnie to postępujący rozp

was za dużo jak dwudziesty rok deszczu wyczuty szóstym zmyśleniem

jest się czym przejmować gumą kaloszy i płaszcza dwóch łopat wapna gorliwie wtórującym ustom

w deszcz ustań

zbadajcie mi tę wiedzę żebym wyraźniej

jest kontrolując uśmiech i modląc się by siedział cicho kontra niechybne skutki

oksydowanych kajdanek taki prezent wyrzuca się mi

zbawcie mnie — twarz brezentem i beton w ustał

zarzucali wami słomę i kazali leżeć grzać się gorliwie

słoma płonie wiedziałem grzech zbrodnia

potem mogłem dużo rozmawiać jeść makaron w sosie bardzo pomidorowym

taka karma z przyzwyczajenia nieprzepisowo ruchy noża

doktor przepisał dużo ruchów tak się mści

stagnacja białe zwapnienie gnatów gonitwa myśli

potem mogłem dużo rozmawiać bez końca

***

teraz kiedy już wiemy jak się poluje na pomysły

wszystko pójdzie łatwo przy okazji zwiedzimy kawał świata i tą ziemię

rozszyfrujemy na atomy osiągniemy sukces będą o nas pisać znane miesięczniki i nieznani

dziennikarze tak wystarczą oczy i

nie

bynajmniej nie ręce tylko

nogi z których piszczele i kości wylądują w pięknych rękach młodych studentek medycyny

stosowanej do celów co najmniej podejrzanych

naszym nogom będzie niełatwo wytrzymać to wszystko

i tak nas zabija świadomość nam i tak

żal nóg i nocy które spędziliśmy razem kopiąc kołdrę w sobie tylko znanych tajemnicach

przejrzystych jak polietylen i tak samo odzyskanych jak ziemia która kurczy się pod stopami

jałowe obroty

nawet na jałowym biegu gryzmolę swoje imię na karteczkach i rozrzucam je po okolicy

gryzie się wyścig szczurów ze szczurem laboratoryjnym chciałbym popatrzeć na to z góry tym-

czasem epoka nie wymaga od nas ofiar ale usług pochylam się i stawiam tacę na stole

potem siadam biorę kartkę z tacy tak przechodzi się na drugą stronę historii razem ze

zmianą daty adresu i poglądów na karteczce gryzmolę swoje imię jałowe obroty kulki

rozprowadzającej tusz po papierze miał myśli napędzajcy całą tą maszynę (jedna teoria)

jałowa gleba na której to wszystko rośnie jak wielki jednokomórkowiec (druga) albo po

prostu spotkania kulek według kilku podstawowych zasad ekonomii zachowania energii

(życiowej na przykład) i po prostu nie chce się już o tym myśleć właśnie dlatego codziennie

nie mogę zasnąć i codziennie się obudzić

nawet na jałowym biegu gryzmolę swoje imię na karteczkach i rozrzucam je po okolicy

Przypisy:

1. Krzysztoń, Jerzy (1931–1982) — pisarz, dramaturg i scenarzysta, autor m. in. trzytomowej powieści Obłęd. [przypis edytorski]

2. Foucault, Michel (1926–1984) — fr. filozof, autor prac m.in. o historii seksualności, więziennictwie, psychiatrii i medycynie, autor pojęcia biowładzy. [przypis edytorski]

3. demon Maxwella — eksperyment myślowy Jamesa Clerka Maxwella (1831–1879), szkockiego matematyka i fizyka. Polegał na wyobrażeniu sobie istoty zdolnej manipulować cząstkami i przepuszczającej szybsze spośród nich do jednej połowy naczynia z gazem, a wolniejsze do drugiej. Takie działanie pozornie przeczy drugiej zasadzie termodynamiki. Paradoks da się rozwiązać stwierdzeniem, że sam pomiar prędkości cząstek wymaga wydatkowania energii. [przypis edytorski]

4. camera obscura (łac.) — ciemna komnata; nazwa prototypu aparatu fotograficznego: światłoszczelnej skrzynki z otworkiem, rzutującej obraz na jedną ze ścian. [przypis edytorski]

5. argonauci (mit. gr.) — bohaterowie, którzy pod przewodnictwem Jazona wyprawili się do Kolchidy po złote runo, m.in. Herakles, Tezeusz, Orfeusz, Kastor i Polluks; przen.: wędrowcy. [przypis edytorski]

6. w kwestii smaku raz jeszcze — nawiązanie do wiersza Zbigniewa Herberta Potęga smaku. [przypis edytorski]

7. Kanaan — staroż. kraina położona na wschodnim brzegu Morza Śródziemnego; obecnie to tereny m.in. Palestyny i Syrii. [przypis edytorski]

8. Negew — pustynia na południu Izraela. [przypis edytorski]

9. Derrida, Jacques (1930–2004) — franc. filozof, twórca pojęcia „różni” (fr. la différance), oznaczającego zapośredniczenie znaczenia słowa, które odnosi się bardziej do innych słów niż do rzeczy, którą ma oznaczać. [przypis edytorski]

10. kineret — Jam Kinneret to hebrajska nazwa Jeziora Genezaret (Galilejskiego). [przypis edytorski]

11. z taty styczne — na głos czyta się to jak „statystyczne”. [przypis edytorski]

12. drosofilia — nazwa gatunkowa muszki owocówki. [przypis edytorski]

13. się — wiersz ma strukturę pozwalającą go czytać w kółko (rzucam / się / w przepaść i itd.). [przypis edytorski]