Rozwodzić

preludium:

rano porani nas brzytwą brzasku

potop który po nas niechybnie przyjdzie

1

brodząc w zdaniach stanowczo zbyt prostych powtarzaliśmy

że odpowiedzi wyuczone na pamięć i pytania o tożsamość tylko w okolicach świtu a ty to naprawdę jesteś moim ojcem?

niektóre z odpowiedzi nie dają się zapamiętać zrzucam talerz i zbieram resztki potulnie jedzonego (potrzeba kontaktu)

wrzucam do gardła i ciągle nie wiem co ci powiedzieć naprawdę specjalnie dla ciebie zrezygnowałem z uroku konsonansów i analogii

ciągle nie trawię (twarda kulka strachu rośnie) jesteś jak —

pytanie które zawsze mnie zjadało wypluwam — czy stoisz i czekasz aż opowiem ci o tej całej rekwizytorni i moim mózgu i może wtedy obejrzę się w twojej nagle rozszerzonej źrenicy

2

potop dopadł nas w okolicach świtu razem z kojącą rezygnacją jak obrus przykrywający kolumnady porcelanowych filiżanek

stosy pacierzowe talerzy i całą resztę wielkiej rekwizytorni głodu na swoją obronę mieliśmy długie godziny przemyślane w łóżku zaskakujące nas od tyłu poranne gwiazdki na ramieniu i

modlitwy w obcych językach

tak naprawdę nigdy nie walczyliśmy z genami i nie ganialiśmy za weltschmertzem

na prawdę nałożyliśmy tabu potulnie wypełnialiśmy ankiety

kupowaliśmy groszek w puszkach graliśmy w brydża oszukując i

dobrze rozumiejąc słowa nielegalny i egalitaryzm

skromną schedę po ciotce rewolucji

a ku kubeł wazeliny stał za drzwiami

na swoją obronę mieliśmy cienutkie wafle powiek

cieniutkie

3

i z twardą wolą napisania czegoś pewnego (jak tory kolejowe jak tora) sięgnąłem po białą farbę

coś jak jebać skurwysynów stylizowaną zaciśniętą zdecydowaną na nic pięść powszechnie zrozumiały symbol

dobra byłaby historia życia kilka zwięzłych praw fizyki nazwisko jednego czy dwóch filozofów oszustów malarzy

prostą drogą do mojego nazwiska imienia pseudonimu ale urodziłem się dzisiaj i żadne genetyczne uwarunkowania żadne tłumaczenia

choćby odwróconą metaforą nie oddadzą melodii zdań w obcym

języku który zastałem

(wraca wraca)

namalowałem twarz i powiesiłem na firance

kilka kolejnych żałośnie małych gestów tkaniny zlepiające się

płacz rozmazujący szminki pudry cienie

ciemne cienie pod oczyma i cienkie smużki znaczące dość dużo

drogę kropli do morza

niżej niżej martwego mojego (po zamknięciu oczu płód w pełnym słońcu!)

4

uwaga dużo krwi wyrzuconych spojrzeń i wyrzutych1 żółcią ostrzegawczą zębów

zupy w proszku szok pourazowy kroplówka

w gardle garb

barak postawiony prowizorycznie przewiewne wizerunki

ścian

cienkie pręty nerwów

beton uzbrojony w cierpliwość

garb przyczajony pod niskimi sufitami

przyzwyczajony w czekanie jak kleszcz

zaklaszcze każdemu

worek bez dna z wygarbowanej skóry

skurczone ciało bagaż dniejącej kory horyzontu

we włosowatych naczyniach wygładzone na głód uśmiechy

gdyby ich wata nasiąkła pożywnym bulionem krwi może

zaostrzyłyby się na noże i widelce

garb jest pusty

epilog:

salwujący się świstem twarzy w ścisk matek mam

zawsze ten sam senny śmiechu arsenał łask

arszenik zamkniętych oczu

refleksy białych nocy na szkle rżniętym w doskonałą

przezroczystość

jeszcze tysiąc innych maszyn obronnych

robaków wielkich i majestatycznych jak obraza majestatu

jak rak prostaty

Przypisy:

1. wyrzutych — zgodnie z ortografią powinno być „wyżutych”, tu jednak następuje kontaminacja ze słowem „wyrzut”. [przypis edytorski]