Bajpasy Pinocheta

Wyniosła dziś śmieci, nie odnosząc obrażeń,

a cień wtarł się głęboko

w otwarte jak rana okno lewego skrzydła.

Tam trzask rozsadził rząd słoików z dżemem,

tramwaj rozkołysał szyby, blada fryzjerka

za parawanem zamknęła na spust powieki.

Na murawie stadionu czerwone puszki po coli

grzechoczą kośćmi. Na bilbordzie sprzedają się

wiosenne koncentraty. Pomidor.

Boisz się słów? Coś się w sercu odzywa

nim na zawsze legnie. Słowo —

ślepy kartridż. Chcesz przejść na drugą stronę?

Idź w lewo, wzdłuż prokuratury,

a noc cię nie zaskoczy. Ani pianie koguta

na dwójce.