Bieżnia

Koniec nas uwiarygodnia. Gadnia?

Daj spokój świętej mowie,

bo kto gna, nie gada. Długi dystans

wyznaczony nazwami zrewoltowanych miesięcy

mamy za sobą. Przed nami co najwyżej dni tygodnia,

od jednego do siedmiu. Godziny dnia, od wczesnej

do ostatniej. Wschody i zachody bez znaków

diakrytycznych. Bo ból boli, sól soli,

jak na podświetlonym ekranie komórki.

I mowa się odmieni: rynek dojdzie do dna wycen,

ogłoszą spowolnienie wzrostu,

a na parkiecie zapanuje nieufność. Miłość

do adrenaliny połączyła sprinterów — tak mówią,

gdy wpadam na metę. Ale nie potwierdzam,

ani nie zaprzeczam, mam się na baczności:

sędzia ustawił języki.