Na wiatr

Zamiast do mnie, piszesz list do Koryntian,

a tymczasem ktoś sprytnie podsunął ci kod

kreskowy, w którym się z tobą gubię

w pokracznych próbach prostowania języka.

Bo przecież w tych mrocznych murach

nie do ludzi chcieliśmy dziś mówić. Do wiatru?

Im dalej w mowę, tym więcej strachu

przed zakapturzonym nieznajomym,

który zastawia sidła w wynajmowanych pokojach,

łapie nas za brzydkie słowa, bierze nas na język:

odrobina kwasu cały zaczyn zakwasza.

Przyjdzie taki czas, przyjdzie czas,

kiedy wyjdziemy z głuchego podziemia,

na nagie, czyste słońce. Otworzymy wieka studzienek,

jak otwiera się oczy na zapach białej skóry,

draśniętej przez wiatr, po której przeszły

dreszcze pod kroplami deszczu,

kreślącego kreski w przybliżonym pionie,

raz nad podziw czarne, raz nad wyraz białe.