Prosty wiersz o miłości

Zrzuciliśmy ubrania

i zaczęliśmy się kochać tak rewolucyjnie,

że zadrżał gmach banku narodowego,

sięgnął dna indeks giełdowy,

a maklerzy zawyli z ognia, który trawił im

trzewia i portfele.

Wtargnęliśmy w siebie do szczętu, aż runęły mury

przepełnionych zakładów poprawczych,

i wyszli mściciele z kijami do bejsbola, i poszli

pod ministerstwo spokoju wewnętrznego.

Rozpierzchły się szturmowe bataliony policji,

gubiąc po drodze tarcze, kaski i notesy,

zostały po nich tylko czarne polonezy.

Dosiadłaś mnie tak wyzywająco, że inwestorzy

zaczęli w panice pakować walizki,

i wracali do domów tanimi liniami,

wywożąc naprędce oleje Sasnala,

cały dorobek swojej nadwiślańskiej misji

(dziesięciokrotne przebicie w cenie

w ciągu pięciu lat).

Połykałem cię jak anarchista, aż w gruzach legły

gotyckie galerie Tesco i Carrefouru,

roztopiły się w ścianach pancerne bankomaty

PKO BP, Pekao SA,

Lukas Banku, Citi Banku, Amerbanku,

Millenium, Śląskiego, WBK, Alioru,

Inteligo, Deutsche Banku, BPH,

Multi Banku, Fortis Banku, ING i Pocztowego,

a ognisty podmuch przewiał na wylot

kręte korytarze towarzystw ubezpieczeniowych.

Kocham cię — nasze nagie ciała krążą po Europie

jak nieopierzony, niewinny komunizm.