Z Ksiąg Królewskich

posłał tedy posłów i wziął ją

2 Sm 11, 4

1

Piękna jest żona bliźniego mego,

choć nie widziałem jej nigdy na dachu,

kiedy pośród białych satelitarnych talerzy

myje w deszczówce kolana

i odsłania swój kark rozwiązłemu słońcu.

Siedzi zapewne przy kuchennym stole,

w obcojęzycznym mieście Zachodu,

i nie odmawia paciorków na skroni

mężczyźnie w oficerkach.

Wezmę go w kamasze — na front,

dam bilet do kina — na Rejs. Nie chcę dziś

ani wołu, ani osła, ani żadnej rzeczy,

która jego jest. Tylko weźmy się wzajem.

Ciało wiersza nie grzeszy. Jesteśmy bez winy:

które z nas pierwsze rzuci kamieniem?

Potłucze tablice? Przykryje drugiego

białym, jak niewidzące oko,

prześcieradłem?

2

Piękna jest żona bliźniego mego,

piękna ławicą ryb wokół kostek,

kiedy brodzi w strumieniach, a one

płyną rynnami do włazów

i ściekowych studzienek śródmieścia.

Na wytracenie ciało, ale nie martw się,

nie utoniemy. Przychylne nam wody

Morza Martwego podtrzymają nas bez wysiłku

na powierzchni gładkiej jak witryna

rybnego, w której skrycie zmieniamy się

miejscami i nakładamy figlarnie na siebie

w bezprawnych konfiguracjach, pośród

refleksów lamp i sygnalizatorów

o rozmytych barwach. Gwiżdżę

na deszcz, na sens tej ulewy i na mafię

pruszkowską, gdziekolwiek dziś jest. Deszcz,

jeśli mnie nozdrza nie zwodzą,

zapachniał nagle tobą, jestem tobą mokry.

Nadamy mu imię królewskie.

3

Piękna jest żona bliźniego mego,

gdy wypatrzona przez kaprawe oko

ukrytej pod sufitem kopułkowej kamery

przegląda pismo w rozpisanym

na wieczorne głosy salonie Empiku.

Nie chcę zapisywać tej zwyczajnej chwili,

bo niezapisane pozostanie dla nas

niczym obietnica dalekiego miasta,

bez monitoringu i bez straży miejskiej,

z burmistrzem na wiecznym urlopie,

i z inną kamienną tablicą,

na którą sami naniesiemy prawa

ręcznym, rozkołysanym do woli pismem —

nie do czytania, a do złożenia jak podpis.

Dzień pracy się kończy, choć system pracuje,

zadziwia nas spóźniona hojność

obrotnego jak kamera sprzedawcy,

który dorzuca gratis do dzisiejszej gazety

tabliczkę czekolady

z kryształkami soli. Skąd wiedział?

Że słony jest pępek jej, i słony spód stopy,

i słony jak łza osad

we wgłębieniu łokcia?