*** (Rośniesz, nocy kamienna...)

Rośniesz, nocy kamienna, i coraz mi ciężej

przedzierać się przez cienie w zakamarkach grozy.

Wiatry — maski bezgwiezdne — dmą w spróchniały księżyc,

tynk się sypie i bielmem kałuże zachodzą.

Nad brzegami epoki jak nad wyschłą studnią

zatrzymam się. Podziemne jękną wodopoje.

Chciałem dotrzeć do siebie i coraz mi trudniej

łamać myśli i słowa z kamieniem oswoić.

Ci ludzie, których mijam, jakże inni we mnie,

a jakże inni w sobie, gdy błądząc, zawadzam

o wielkość, którą sercem mierzyłbyś daremnie,

o wielkość, którą mierzą złotem i żelazem.

18 marca 1942