Do Krzysztofa Baczyńskiego albo elegia nocy zimowej

Mieszkam na szczycie wiatru. Białe chaty śnieżyc

trą językiem o szyby i kły lśniące szczerzą.

A jak słoneczny zegar cień odmierza księżyc

kołując jednostajnie w gwiazdozbiorach zwierząt.

Dokąd jeszcze? To noc jak krew krzepnie na szybach

i martwe oczekiwanie wieżami pręży się w niebo.

To fala płaską piersią jeziora podrywa

i opada. Odchodzi niemym kręgiem śpiewu.

Dłoń kostnieje, gdy z trudem sznury dróg zmarzniętych

wiążę, wyczekujący, w zimny węzeł żalu.

Szukam serca w huczących pod ziemią tętentach,

które wzrokiem umarłych jak lontem podpalę.

Padnie iskra w zmęczenie. Czy odejdą w gorycz

wzgórza, co więżą w piersi krajobrazu nutę,

gdy jak gwiazdy w noc wzejdą zimową upiory

przeszłości? Kiedy runą na mroźne kolumny

zastygłych, martwych mitów, wyniosłych jak smutek?

Nocy, daremnie wbijasz gwiazdy w wieko trumny!

Pamiętaj — gdy mróz taje, krew się wolno sączy.

Gdzie stąpniesz, drzemią burze ścięte w lód pejzażu,

lecz gdy zbudzą się, pękną jak wieka wiolonczel

i struny dróg zakrzepłych rzekom rwać rozkażą,

rzekom, których milczenie jak nóż czujemy na gardle.

Zima 1941