Kołysanka jodłowa, I

Sen

Pod oknem trwożnie zapiał kur,

I krajobrazy się zmieszały:

Miasteczko, rzeka, cerkiew, skały,

Pejzaże łąk i zarys gór.

Lekko, jak piórko, płynął dom,

Porwany wzwyż — wniebowstępował.

I ręką — jakbym sam wiosłował —

Żegnałem z okna stary ląd.

Kołysanka jodłowa

Dr. Zygmuntowi Żółcińskiemu

Koniec wróżą lekarze.

Przyjechała rodzina,

Sfrasowani grabarze

Męża, brata i syna.

Słońce mocno przypieka,

Każdy atom rozkłada —

Jakąś resztkę człowieka,

Kosmicznego owada.

Resztka życia kołata,

Lecz już płuca wyplute...

Jeszcze jeden dzień lata

Gruźlikowi nad Prutem1.

A tu z każdym dniem jodły

Stokroć w lipcu wonniejsze...

Cóż, i jodły zawiodły,

Nie pomogło powietrze.

W termometrze rtęć skoczna

Jutro się uspokoi.

Z próżnią przykro widoczną

Przestrzeń wnet się oswoi.

Poprzez wonność jodłową

Pójdą, każde w swą stronę,

Ciało — w ziemię lipcową,

Dusza w góry zielone.

Skazańcy

Od lat już leczą sobie płuca,

I krew im się ustami rzuca,

I gorączkują, kaszlą, plują,

Nad spluwaczkami medytują.

I schną powoli, ludzkie drzewa —

deszcze w nich szemrze, śwista, śpiewa,

Jeszcze są w stanie — o, ciekawi! —

Oglądać, jak ich kornik trawi.

Kantyczka2 moribundów3

Od czarnej rozpaczy,

Ustrzeż, wybaw nas.

Zwól4, niech przeinaczy5

Płuca nasze czas.

Od śmierci za życia

Ratuj, chroń nasz tłum.

Codziennego gnicia

Proces w płucach tłum.

Pokądże po świecie

Będziemy się tłuc —

Co wiosna, co jesień,

Ze szczątkami płuc?

Zdradnej rozkaż rtęci

Niech się nie pnie wzwyż.

Bo się nam wyświęci

Trumna, dół i krzyż.

Od bezmyślnej żądzy,

Znikczemnienia ciał —

Oby Duch twój rwący

Nas osłonić chciał.

Jadła i powietrza

Daj każdemu z nas

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Rapsod żałobny

...Wyrychtujemy ci chłopaczku trumnę,

Tak jak się patrzy — niewielką a szczelną.

Przez górskie łąki i przez lasy szumne

Na barkach skrzynkę poniesiem śmiertelną.

Jakże tu ziemi oddać młodziutkiego

I bezbronnego tak, który zaufał...

Odstąpim prędzej od dołu czarnego —

Nie, nie oddamy go, niech nadal ufa.

Ścigani płaczem i wronim krakaniem,

Z truchłem, pobladli, pójdziemy przed siebie...

Ojciec zawróci i matka odstanie,

Obłędnym okiem tocząca po niebie...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pieśń o zagładzie

Jak lekko, żwawo skacze rtęć

1 rośnie słupek w termometrze —

Trzydzieści siedem, kresek pięć!

Ach, tak niewinnie się zaczyna!

Tylko oddechy coraz prędsze,

I pod oczami sine piętna...

Jak po drabinie rtęć się wspina,

Po kreskach — srebrna, obojętna...

Tylko się oczy stają większe,

Tylko oddechy coraz prędsze,

Język oblepia gęsta ślina,

I nagle zjawia się plwocina.

Słodkawo-kwaśna, zielonkawa,

Jak lekko, dobrze się odpluwa,

A słupek rośnie w termometrze,

Skacze, a potem się posuwa

Kreska po kresce, w górę wspina

W rureczce szklanej srebrna lawa...

Wiemy nadchodzi Jej godzina!

Krwią się zabarwia zwiędła cera,

W zamglonym oku światło drga,

Światełko fosforyczne płonie.

A słupek rośnie w termometrze,

Wyżej i wyżej cyfrą wzbiera —

I tylko wilgotnieją dłonie,

Tylko oddechy coraz prędsze,

Tylko znużenie coraz większe,

I świat zasnuwa senna mgła...

Wpadamy w sen — w oślizgły lej

I nurkujemy, wirujemy...

A dnie się lepią coraz gęstsze,

W mięśniach znużenie, w mięśniach klej!

I łagodnieją, miękną ruchy,

Najpowolniejsze — jakże męczą!

Na schodach, młodzi, przystajemy,

I jak w syropie gęstym muchy,

W mózgu zlepione myśli brzęczą.

Tylko się oczy stają większe,

Tylko oddechy coraz cięższe,

I kaszel żebra nam rozsadza.

Przeciągły, głuchy, w izbie dudni,

Do gardła skacze i ujada.

Oddech chwytamy coraz trudniej,

W przekrwionych oczach fruwa sadza.

W ścianę stukają u sąsiada.

A za szybami ciągnie jesień —

Na liść ostatni dmucha mgłami.

I wyczerpanym, zakasłanym

Przygrywa miasto za szybami,

Jak dobrze nakręcony bąk.

Kołuje z gwizdem i warkoce,

Szyby przebiega melodiami,

A w takt mu wtórzy i dygoce

Spluwaczki metalowy krąg...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Gorzkie wióry

Ciosam kształty, ciosam trumny,

Wióry gorzkie — słowa lecą,

Szklane oczy rękom świecą —

Cóż za cieśla nierozumny!

Już nie jedną zdjąłem miarę,

Trumien wielem wyobracał,

Coraz żmudniej idzie praca:

Lata młode, oczy stare.

Bo to miary są człowiecze,

Od miar takich wzrok się psuje,

Ręka zdziera, serce truje —

Z tego się już nie wyleczę...

Nierozumny, strugam krzyże,

Trudne jakieś składam dzieło,

A sam nie wiem skąd się wzięło —

Chciałbym ludzi być najbliżej.

Ciosał, ciosałbym kolebkę,

Co to pieści, sama nuci,

Dziatek6 z siebie nie wyrzuci,

Wyhołubi7 ciałka krzepkie.

Cóż! — niech taką wygotuję,

Ręką dotknę, zakołyszę —

Przeraźliwą nutę słyszę,

Pod palcami trumnę czuję...

Nie wiem, możem cieśla lichy, —

Nazbyt ciosam niespokojnie,

Może to po wielkiej wojnie,

Nawyk jakiś, obłęd cichy...

Może jakaś dumna pewność,

Wiara kryje się w tym trudzie,

A nie tylko, jak chcą ludzie,

Lat naiwność, czuła rzewność8.

Nie wiem, może prościej zgoła

Ten nierozum się tłumaczy —

Może chroni od rozpaczy,

Może nie ma nic z anioła.

Nie wiem — ufam — kształty ciosam —

Wióry lecą, rosną, duszą,

Aż całego mnie przyprószą,

Aż się spiętrzą pod niebiosa.

Pod wiórami się ułożę,

Syty smutku, z jasną twarzą —

Niech mnie bronią przed potwarzą,

Wióry gorzkie, wióry boże.

Przypisy:

1. Prut — rzeka graniczna pomiędzy Rumunią a Mołdawią, w południowo-wschodniej Europie, lewy dopływ Dunaju. [przypis edytorski]

2. kantyczka — popularna pieśń religijna; zbiór takich pieśni. [przypis edytorski]

3. moribund, morybund (z łac. moribundus) — umierający, bliski śmierci. [przypis edytorski]

4. zwolić — dziś: pozwolić. [przypis edytorski]

5. przeinaczyć — zmienić, przekręcić coś. [przypis edytorski]

6. dziatki (przestarz.) — dzieci. [przypis edytorski]

7. hołubić — tulić, otaczać opieką, troskliwie wychowywać. [przypis edytorski]

8. rzewność — żal, smutek, melancholia. [przypis edytorski]