Przejęznaczenia symbóliczne

Ból tabuli

co wyniknie co umknie co wyłowię

gdy encyklopedię mnie odemknę

co wysłowię gdy rozdrapię nierozcięte

kartki bielą zabolą jałowe

co chciałam odkryć do siebie

już dawno odkryte ode mnie

w myślowej pustce na siódme

spusty pocę się po co zamykam

w wiersz co wymknie się

co wemknie się co

minie mnie

Mleczenie

wdziecięwstąpienie napędza mi stracha

w wigilię powstań z martwych i zmartwionych

niech udrożni chłonna kantyczka

otchłanne konstelacje

kołysań

grobek wydłubiemy grabkami

postawimy babelkę z piasku

a trzewia podziemi otworzymy łopatką

osłupiałą w obojnaczy obojczyk

a jak już dokopiemy się piekła

koci bruk mu zrobimy z grzechotek

sygnaturka burczenia

spoglądam:

bębenek a w środku wizjerek

zawęźlony do mnie supełek

pępek dróg skrzyżnych i mlecznych

zabawy w zbawy chronią przed letniością

byle na całość czy cudo się uda

patyki lodowców podpłomyki stosów

łuny całunów wrzenie wyrażeń

wymuszanie kończynek

i z powrotem do kupy

to jest mowa niepozornie zależna

tupot łopot rześkie niewiniątka

w te pędy przed srogim heroldem

trupiej ciemy zabijanej papuciem

i niech nigdy Pani Wiedźmowa

nie wkracza w domowne przedszkola

Pani Wiedźmowa boimy się

drobne nowiny na paluszkach zliczane

dziecinniki intymne na pieluszkach spisane

słowieszczą sensienia ciałość

tak się mowlę wradza w niemowlę

Pisklanka czyli nieopierzonko

jeszcze pisklę, na które alergia (aleksja —

niemożność czytania), jeszcze stylu zgrzytliwe skry

pienia (wzrastanie — w cudze piórka

obrosłość), jeszcze mu Kolumb stłuczeniem

nie ustatkowił świata, więc

czas nabijania dopiero (się, w butelkę

i zsinień), czym wypchać nieopierzynę (lub

za które wypchnąć w lot okno?) Ja

jeczko, zarodek wyrodny, a nastroszony

przestrachem, w błon powijakach

bezbronny (rozwiązłość ze skorup

wyswojeń), więc

tkliwie docierać, ostrożnie (a nie

ucierać dotkliwie), dziobie niedo

pisanka (snuje się, kluje i kula) Niech

w mieście słowa się mości piskot

niedoniosłości, chwilenie

kwileń

Patetica ars poetica

to mniej lub bardziej udane udanie

słowna przynęta na którą nabieram

z wodą w usta ławice

te godziny przy piórze okaleczeń nie leczą

zrosty składnie rozgrabią rankę lekką ręką

odsączą w strupki wzruszeń

ten więzienny dom w mowie który

więcej oznacza niż wmówienie

że się żyje

i mocniej i czulej

C. K. Norwid rysuje okładkę do „Lirenki” T. Lenartowicza, co nieuchronnie przechodzi w traktat o przyjaźni, a nieopłacony list dochodzi lub nie dochodzi do adresata

Złotniczeńku zrób mi kubek ale proszę zrób mi ład

nie ładu nie ma Piękno wskrusza dopiero po jęku

ugodzonej pęknięciem lirenki Jak strup kory

umyka od drzewa tak kruszec opuszcza sioło

przymkniętych rąk Bo były niegodne szczerego

złotego pola W poranioną ciszą porę

głuchnie uchwyt

zgrzyta przetrącony

win dojrzałością okalecza

niepokalane: chatkę baranka

dziecko

z dna chybionego formatu

za ucho którego nie ma

do rozchylonych ptasio ust

podnosi wybrakowane spełnia

dolę uzdalnia dalą

kołysze jaźń przyjaźni

łkanie w oczu kącikach przełknie

między nami

milcząc W łopocących sieroco

listach zrodzona idylla

z ran ona

Architekstura średnioodwieczna

Mickiewicz o dziele Słowackiego:

To kościół piękny, ale bez Boga

te ościzmy nie przybiorą

na wadze solidnym

konkretem jaki on gotyk

skoro nie dotyk ceglany

czasem od wielkiego

dzwonu Mnich walczy

na kopie waha dłoń

jak liryzm z lingwizmu

wybić a dech w niebo

skłonić echem jak się

z tej pustki wypuścić

już z siebie zbiesił

słów luźnierstwo już

zesrebrzył modlichwę

było się było mocniej

zabiło i wypłoszyło się

w lament na posadzce

ruiny kość goła rozprasza

powagę i z posad

bezludny babilon

wytrząsa

dozgonny podzwonny

śmiech

1. IV. 2000.

Co? znaczyłaby Ludzkość, gdyby ją kto zmierzył,

Jak ona jest... (...)

Jak ją znam i oglądam — nie zaś, jak w nią wierzę —

C. K. Norwid, „Rzecz o wolności słowa”

powtórka z rozgrywki ze słowa

można by zrobić wykaz posegregować

wzięte odrębnie, cóż? znaczy:

Niewierny dźwięk i przywieść

mocen do rozpaczy co za

różnica książka czy

indeks o co te zachody

słońca już się kryją za

stosy malutkie kropki na nie

zabrakło więc zmieszajmy z

atramentem ślinę może to

dobry gest? Tak niewierny!

tak kłamny wnętrznemu znaczeniu

jak zmarłego by poznać chciał kto

po dzwonieniu wbrew sobie

zgodnie z regułą żartu w moim

programie szukam opcji błąd

chochlik wirus co by na to

powiedział Freud? A jak z

ludzkością całą, a jak z

oderwanie uważonym człowiekiem,

zarówno się stanie i ze

słowem niewłaściwy klawisz

i

w jednym momencie zerwane

syntagmy wszystkie księgi

świata zmienione w inwentarz

spisek nie treści częstotliwości

użycia skończone pieśni i boleści.

Dokumenty zachować? Nie.

Enter. Escape. Power.

Metapokolenie

M. Dragonowi

To co w nas było najczulej

bezbronne W dziecinnym buncie

wytknięte na ciepło dotyk

miłość ból Uzbroiliśmy

w nie-swojość Pytasz

co znaczą te dwie przed

u dołu dwie za i ponad

niedostrzegalne prawie

kreseczki Ta nieodłączna

od kpiny ironii Meta

rameczka Za szkłem

w rozbitym lustrze Ślad

Chociaż w epoce utraconej

niewinności Kochamy się

(została nazwa a kolce

wciąż bolą bolą

bolą)

Naprawdę.

Inter-motto:

Myślę o postawie człowieka, który kocha jakąś nader wykształconą kobietę i wie, że nie może powiedzieć jej „kocham cię rozpaczliwie”, ponieważ wie, że ona wie (i że ona wie, że on wie), iż te słowa napisała już Liala. Jest jednak rozwiązanie. Może powiedzieć: „Jak powiedziałaby Liala, kocham cię rozpaczliwie”.

Umberto Eco, Imię róży

czyli zawsze cytat

Śmiejemy się z siebie Nie

jesteśmy śmieszni Wierni reliktom

marginesom okładkom Biblioteka

ta nasza otchłań Korekta

grafomania nasza Dłonie

siecią spętane Tanatycznym

gestem Serca prujemy na

włókna wierszy Palimpsestów

strony Czy będzie

katharsis Teoria wczucia

Miłość nieszczęsna Pęknięcie

Dramat (po słowach słowach

słowach toczy się czaszka)

Bez tkliwych zdrobnień

czułostek Tak Będzie

Będzie (reszta, milczenie)

Korekta

nie będziesz czytany do muzyki mowy

ale do zgiełku rzeczy

P. Sommer

Nie jest rytmem życia rytm języka,

rym wiersza. Więc dylemat:

związek zgody? rządu? przynależności?

Upadają paradygmaty, a w syntagmach

coraz więcej pomyłek: eliptycznych mijań,

tautologicznych spotkań. Poprawność

jest sprawą uzusu, nie normy, zresztą

mniejsza o to. Z Ksiąg pozostaną po nas

cytaty, do których nie da się zrobić

przypisów, trochę braków i powtórzeń,

zdania, co nieskończonością być miały,

a skonały w niedokonaniu. Błądzenie

wzroku wśród liter staje się błędem:

brak kwalifikacji, mania prześladowcza,

szukanie muchy w piwku. Forma

nieadekwatna czy streści cokolwiek?

Tacy jak my nie budują świata

od dymu z komina. Redakcja jest

redukcją, ruina — całością, zawsze

fragment. Zaczynamy od fonemów. Koniuszek

języka zaczyna drążyć szparę między

zębami. Wydobywamy wreszcie twarde,

dźwięczne, zwarto-wybuchowe włókienko

Księgi. Przeżuwamy, by przeżyć, by

przerzucić mógł kartkę korektor,

który przyjdzie po nas. Rękopisy

są wątłe. Choć nie płoną, jego

niedbały gest obraca je w

Post — fast — scriptum

Zmęczona uczestnictwem

w kulturze, nazbyt wyczerpana jej

niewątpliwym wyczerpaniem, wykończona

końcem, w walce o oddech, płynę

z nurtem, nie pod prąd potoku

mowy, przełykam frytkę (fat & fast), po nas obu

choćby potop, trwamy niedotrawione przez osiem

żołądków tej bulimiczki, co nas odpycha, bo woli

innym kawałkiem kartofla napchać się — miot,

wymiot — w tej masie

czekolady o walentynkowych

kształtach płynę, płynie,

plamię złożone równo kartki młodej,

ponętnej poezji wleżanej w blat

stolika, splamione plemię, krwawa

pomidorowa łza, kapie, popart,

popkult, popcorn, nie słyszę,

co pan mówi do mnie, gra

walkman, ja gram — man,

woman — przegram

i tak: nie udzielam siebie

(w odpowiedzi), nie ulegam

(wątpliwości), szybko, wyrzuciwszy

wszystko oprócz tacy (wypchajcie się

tym, co zostanie)

wychodzę (z siebie, z założenia)

Ćmiasto. Interroryzacja

sen przyjdzie cicho lecz nas

nie zastanie chyba w drodze

do mękki albo

niedorado jaka wiata

wiatykiem będzie która

ultima thule utuli i czyja

ziemia stanie się nam

obmacaną

po omacku przemieszczam się

w podryw i dryf przetapiam

w utopię lądów ludów pomny

niepomnik ja tubylec ubywalec

ubywatel

wschodem zbiegam

w oko liczności w sto lic moje

wliczam ulicą odkrawana

krawędzią odkrytki siępleniąca

zespalana spajana nieprzystojna

jak tutejsze przystanie piórw

ulicznic

zabliźnionym rannym

traumwajem gdzie mój cel

moja cela mój szczerościan

w czasownikach kasowana odjeżdżam

taksowana ulgowo oddycham

uchodzeniem z nocy w noc

coraz bardziej

nie należę się temu miastu