Somnambóle fantomowe

[Dedykacja]

Dla Których wychodzę

[Motto wstępne]

Motto wstępne:

bo tylko ten świat bólu; bo tylko ten świat

jest bólem; bo światem jest tylko ten ból.

S. Barańczak

Przejęznaczenia symbóliczne

Ból tabuli

co wyniknie co umknie co wyłowię

gdy encyklopedię mnie odemknę

co wysłowię gdy rozdrapię nierozcięte

kartki bielą zabolą jałowe

co chciałam odkryć do siebie

już dawno odkryte ode mnie

w myślowej pustce na siódme

spusty pocę się po co zamykam

w wiersz co wymknie się

co wemknie się co

minie mnie

Mleczenie

wdziecięwstąpienie napędza mi stracha

w wigilię powstań z martwych i zmartwionych

niech udrożni chłonna kantyczka

otchłanne konstelacje

kołysań

grobek wydłubiemy grabkami

postawimy babelkę z piasku

a trzewia podziemi otworzymy łopatką

osłupiałą w obojnaczy obojczyk

a jak już dokopiemy się piekła

koci bruk mu zrobimy z grzechotek

sygnaturka burczenia

spoglądam:

bębenek a w środku wizjerek

zawęźlony do mnie supełek

pępek dróg skrzyżnych i mlecznych

zabawy w zbawy chronią przed letniością

byle na całość czy cudo się uda

patyki lodowców podpłomyki stosów

łuny całunów wrzenie wyrażeń

wymuszanie kończynek

i z powrotem do kupy

to jest mowa niepozornie zależna

tupot łopot rześkie niewiniątka

w te pędy przed srogim heroldem

trupiej ciemy zabijanej papuciem

i niech nigdy Pani Wiedźmowa

nie wkracza w domowne przedszkola

Pani Wiedźmowa boimy się

drobne nowiny na paluszkach zliczane

dziecinniki intymne na pieluszkach spisane

słowieszczą sensienia ciałość

tak się mowlę wradza w niemowlę

Pisklanka czyli nieopierzonko

jeszcze pisklę, na które alergia (aleksja —

niemożność czytania), jeszcze stylu zgrzytliwe skry

pienia (wzrastanie — w cudze piórka

obrosłość), jeszcze mu Kolumb stłuczeniem

nie ustatkowił świata, więc

czas nabijania dopiero (się, w butelkę

i zsinień), czym wypchać nieopierzynę (lub

za które wypchnąć w lot okno?) Ja

jeczko, zarodek wyrodny, a nastroszony

przestrachem, w błon powijakach

bezbronny (rozwiązłość ze skorup

wyswojeń), więc

tkliwie docierać, ostrożnie (a nie

ucierać dotkliwie), dziobie niedo

pisanka (snuje się, kluje i kula) Niech

w mieście słowa się mości piskot

niedoniosłości, chwilenie

kwileń

Patetica ars poetica

to mniej lub bardziej udane udanie

słowna przynęta na którą nabieram

z wodą w usta ławice

te godziny przy piórze okaleczeń nie leczą

zrosty składnie rozgrabią rankę lekką ręką

odsączą w strupki wzruszeń

ten więzienny dom w mowie który

więcej oznacza niż wmówienie

że się żyje

i mocniej i czulej

C. K. Norwid rysuje okładkę do „Lirenki” T. Lenartowicza, co nieuchronnie przechodzi w traktat o przyjaźni, a nieopłacony list dochodzi lub nie dochodzi do adresata

Złotniczeńku zrób mi kubek ale proszę zrób mi ład

nie ładu nie ma Piękno wskrusza dopiero po jęku

ugodzonej pęknięciem lirenki Jak strup kory

umyka od drzewa tak kruszec opuszcza sioło

przymkniętych rąk Bo były niegodne szczerego

złotego pola W poranioną ciszą porę

głuchnie uchwyt

zgrzyta przetrącony

win dojrzałością okalecza

niepokalane: chatkę baranka

dziecko

z dna chybionego formatu

za ucho którego nie ma

do rozchylonych ptasio ust

podnosi wybrakowane spełnia

dolę uzdalnia dalą

kołysze jaźń przyjaźni

łkanie w oczu kącikach przełknie

między nami

milcząc W łopocących sieroco

listach zrodzona idylla

z ran ona

Architekstura średnioodwieczna

Mickiewicz o dziele Słowackiego:

To kościół piękny, ale bez Boga

te ościzmy nie przybiorą

na wadze solidnym

konkretem jaki on gotyk

skoro nie dotyk ceglany

czasem od wielkiego

dzwonu Mnich walczy

na kopie waha dłoń

jak liryzm z lingwizmu

wybić a dech w niebo

skłonić echem jak się

z tej pustki wypuścić

już z siebie zbiesił

słów luźnierstwo już

zesrebrzył modlichwę

było się było mocniej

zabiło i wypłoszyło się

w lament na posadzce

ruiny kość goła rozprasza

powagę i z posad

bezludny babilon

wytrząsa

dozgonny podzwonny

śmiech

1. IV. 2000.

Co? znaczyłaby Ludzkość, gdyby ją kto zmierzył,

Jak ona jest... (...)

Jak ją znam i oglądam — nie zaś, jak w nią wierzę —

C. K. Norwid, „Rzecz o wolności słowa”

powtórka z rozgrywki ze słowa

można by zrobić wykaz posegregować

wzięte odrębnie, cóż? znaczy:

Niewierny dźwięk i przywieść

mocen do rozpaczy co za

różnica książka czy

indeks o co te zachody

słońca już się kryją za

stosy malutkie kropki na nie

zabrakło więc zmieszajmy z

atramentem ślinę może to

dobry gest? Tak niewierny!

tak kłamny wnętrznemu znaczeniu

jak zmarłego by poznać chciał kto

po dzwonieniu wbrew sobie

zgodnie z regułą żartu w moim

programie szukam opcji błąd

chochlik wirus co by na to

powiedział Freud? A jak z

ludzkością całą, a jak z

oderwanie uważonym człowiekiem,

zarówno się stanie i ze

słowem niewłaściwy klawisz

i

w jednym momencie zerwane

syntagmy wszystkie księgi

świata zmienione w inwentarz

spisek nie treści częstotliwości

użycia skończone pieśni i boleści.

Dokumenty zachować? Nie.

Enter. Escape. Power.

Metapokolenie

M. Dragonowi

To co w nas było najczulej

bezbronne W dziecinnym buncie

wytknięte na ciepło dotyk

miłość ból Uzbroiliśmy

w nie-swojość Pytasz

co znaczą te dwie przed

u dołu dwie za i ponad

niedostrzegalne prawie

kreseczki Ta nieodłączna

od kpiny ironii Meta

rameczka Za szkłem

w rozbitym lustrze Ślad

Chociaż w epoce utraconej

niewinności Kochamy się

(została nazwa a kolce

wciąż bolą bolą

bolą)

Naprawdę.

Inter-motto:

Myślę o postawie człowieka, który kocha jakąś nader wykształconą kobietę i wie, że nie może powiedzieć jej „kocham cię rozpaczliwie”, ponieważ wie, że ona wie (i że ona wie, że on wie), iż te słowa napisała już Liala. Jest jednak rozwiązanie. Może powiedzieć: „Jak powiedziałaby Liala, kocham cię rozpaczliwie”.

Umberto Eco, Imię róży

czyli zawsze cytat

Śmiejemy się z siebie Nie

jesteśmy śmieszni Wierni reliktom

marginesom okładkom Biblioteka

ta nasza otchłań Korekta

grafomania nasza Dłonie

siecią spętane Tanatycznym

gestem Serca prujemy na

włókna wierszy Palimpsestów

strony Czy będzie

katharsis Teoria wczucia

Miłość nieszczęsna Pęknięcie

Dramat (po słowach słowach

słowach toczy się czaszka)

Bez tkliwych zdrobnień

czułostek Tak Będzie

Będzie (reszta, milczenie)

Korekta

nie będziesz czytany do muzyki mowy

ale do zgiełku rzeczy

P. Sommer

Nie jest rytmem życia rytm języka,

rym wiersza. Więc dylemat:

związek zgody? rządu? przynależności?

Upadają paradygmaty, a w syntagmach

coraz więcej pomyłek: eliptycznych mijań,

tautologicznych spotkań. Poprawność

jest sprawą uzusu, nie normy, zresztą

mniejsza o to. Z Ksiąg pozostaną po nas

cytaty, do których nie da się zrobić

przypisów, trochę braków i powtórzeń,

zdania, co nieskończonością być miały,

a skonały w niedokonaniu. Błądzenie

wzroku wśród liter staje się błędem:

brak kwalifikacji, mania prześladowcza,

szukanie muchy w piwku. Forma

nieadekwatna czy streści cokolwiek?

Tacy jak my nie budują świata

od dymu z komina. Redakcja jest

redukcją, ruina — całością, zawsze

fragment. Zaczynamy od fonemów. Koniuszek

języka zaczyna drążyć szparę między

zębami. Wydobywamy wreszcie twarde,

dźwięczne, zwarto-wybuchowe włókienko

Księgi. Przeżuwamy, by przeżyć, by

przerzucić mógł kartkę korektor,

który przyjdzie po nas. Rękopisy

są wątłe. Choć nie płoną, jego

niedbały gest obraca je w

Post — fast — scriptum

Zmęczona uczestnictwem

w kulturze, nazbyt wyczerpana jej

niewątpliwym wyczerpaniem, wykończona

końcem, w walce o oddech, płynę

z nurtem, nie pod prąd potoku

mowy, przełykam frytkę (fat & fast), po nas obu

choćby potop, trwamy niedotrawione przez osiem

żołądków tej bulimiczki, co nas odpycha, bo woli

innym kawałkiem kartofla napchać się — miot,

wymiot — w tej masie

czekolady o walentynkowych

kształtach płynę, płynie,

plamię złożone równo kartki młodej,

ponętnej poezji wleżanej w blat

stolika, splamione plemię, krwawa

pomidorowa łza, kapie, popart,

popkult, popcorn, nie słyszę,

co pan mówi do mnie, gra

walkman, ja gram — man,

woman — przegram

i tak: nie udzielam siebie

(w odpowiedzi), nie ulegam

(wątpliwości), szybko, wyrzuciwszy

wszystko oprócz tacy (wypchajcie się

tym, co zostanie)

wychodzę (z siebie, z założenia)

Ćmiasto. Interroryzacja

sen przyjdzie cicho lecz nas

nie zastanie chyba w drodze

do mękki albo

niedorado jaka wiata

wiatykiem będzie która

ultima thule utuli i czyja

ziemia stanie się nam

obmacaną

po omacku przemieszczam się

w podryw i dryf przetapiam

w utopię lądów ludów pomny

niepomnik ja tubylec ubywalec

ubywatel

wschodem zbiegam

w oko liczności w sto lic moje

wliczam ulicą odkrawana

krawędzią odkrytki siępleniąca

zespalana spajana nieprzystojna

jak tutejsze przystanie piórw

ulicznic

zabliźnionym rannym

traumwajem gdzie mój cel

moja cela mój szczerościan

w czasownikach kasowana odjeżdżam

taksowana ulgowo oddycham

uchodzeniem z nocy w noc

coraz bardziej

nie należę się temu miastu

Wersja intro

Autoentyzm

język wyczerpie z serca nawet jego brak

T. Karpowicz

chociaż ustom w Biblandzie

ustałym zabrakło snów, dźwiękom —

— wdzięku, z samotności wyssane

palce pozostały przed progiem

zapisu

nazbyt wylewna literatka

(muł — powiadają — książkowy)

próbuje brzeg wersu wyczerpać

fantomowym wylewem serca

umie już czytać, uczy się

tyczyć, po rozum nie skacze

do gardła, wciąż bez

pewności, trochę bez

siebie, pisze, co ma do

zwiedzenia

(obejrzyjcie ją sobie,

niejasną, obruszeni, niepodlegli

wzruszeniu, gdy przed lustrem

wytuli się w pustkę, kiedy

język

zwinie w

bolejek)

A to biografia

Niedopieszczona woli domyśleć,

domniemać, dopisać. Zbyt długo

zajmowała się określaniem granic

śmieszności, na swoją miarę i na nie

swój rozmiar oczekiwań. Dziś już

świata nie odczynia w tragedię,

pozostawia go tym, czym jest,

kabaretem. Nie owija się w bawełnę

wiersza. Liryki zresztą unika. Dykcji

bliższa rozumu nadwyżka, erudycji

jurysdykcja. Poezja niejasna

cholera, raczej koloru kawy

z mlekiem. Jak u Vermeera, co jej

nie zbawi: brzegiem ciemni

i światła, oknem otwartym,

listem. „Nieprzychylny i

niepomyślny, pomyśl i nieba

przychyl” — słowa, o które nie dba,

bo wyuczona zaniedbań, nie przejdą

przez zeschłe usta. Specjalistka w

przekładzie: biel niedoczczonego

ciała na czcionkę, której też nie uczci

nikt.

Ma jednak skłonność

do niedobrych wzruszeń (zła

łza, ocieranie się o kicz, jak o nogę

kot). Łasi się. Przechylona dziecięco

główka o ścianę stuka. To dla niej

jednej za mało. I stuka. Trwa

zaczernianie. I stuka.

Przywyłkanie

do prostoty bo prosto

ty i proste to zmyślenie

za proste to

myślenie wy

(wy razem

ja wyrazem

komu unikat a

komu nikt) piję

to nic to nic to nic

to tylko mój kolejny

poraniony pomysł

lekki przyszczyp serca

zza wrót głowy

a kiedy zacznę nią

spadać w dół

złap mnie i trzymaj

za słowo

(tylko to znamię

zna mnie)

Człowiek — człowiek

bo w gruncie słowa na rzeczy

mamy to samo bez znaczenia

które z narzeczy porodzi

poroni ten dialog

mowa? tylko pozornie

zależne (od niej) są nasze

ciała a przecież

mijamy

się

tam gdzie

miały się spleść

mój brak twoje dopełnienie

ranki nie zabliźnione:

są którzy wiedzą niewiele (są mocniej)

są którzy nikną w cytatach (mowa mamroce pomrocznie)

są także ci od przypisów (ratio vivens? ratio scripta?)

ugodzeni przygodnie

odmienieni czasu

przypadkiem (dwie styczne

idiolektyczne) odnajdujemy siebie

(tak wtedy jestem cała tak wtedy

jestem cały tak wtedy jestem)

Papierówki, prawdziwki

choć nie wyglądam pogląd

mam zwłaszcza gdy ląd de

koltu wymierzony (kolibra

kalibrem) we

mnie (a nocą w imiona

wymnie się) więc wymień

mnie bo masie podobać

ma się (maski włóż majtki

zdejm) dama da ci

podietę i za

tkniesz chorą

gniew łypniesz na

łydki na odbrzuszone talie

bez kart więc na pośliczku

zostaw ślad a ja pozbieram podpi

ty tłumek i siebie też spiszę

na straty bo milczę gdy tamte

milą się mylą pomyślę i

odpuszczę

to

zadumione opojowisko

pogarderobę podmęsko-damską

Pozaimki

joannie

no, popisz Się (niech...) wiedzą,

powiedzą: kolejna ze spisku

chłodnych erudytów (bo nie erudytek

przecież), no, zakryj pod

niebienie figowym świstkiem

(palimpsest) cudzego list

Ku (nie, nie zasłaniaj,

jeszcze bardziej odkryj, lubię

jak krwawisz), na jakie cię niebo

abstrakcji, na życie jakie różami

usrane skazano, dziwczynko (Ja?

on: Nie!) z zapałami

słomianych włosów (na

dzieje niepłonnych stosów), Ja

kim musisz być cudzakiem, by

okazać się swojakiem? czuj,

czuj, przecież jesteś już

dużą kokietką (o Wy

baczenie błędów i Wy

patrzeń w Wy

druku upraszcza

Się), Zwiń

w milczeniu

w boleniu

piszcz

24. V. 2001 (Zuzanny, Joanny)

Ból wersowanie (bezcelowe z celi wołanie)

Chodź, bólu, nasyć się mną!

V. Woolf

imienniczka spalonej (joanna nie

anestezja) na letnisko skazana

gdzie wylegiwać się owszem a nijak

wylęgnąć się klęknąć wylęknąć

nijak tułaczką wznieśnień i kruchcjat

przekroczyć siebie

w krzyk obłąkanie śmierć (a oni myślą

pisze o pierdołach) nijak

zdrewniałe dłonie

(żadnym nie wzruszone sznurkiem)

bliźnięciom płomiennych języków

poddać (zachłanne bólimie)

niech strawią

tak się modlić o lęk zamiast leku

ukłucia zamiast ukojeń zamiast urojeń

o raj co się rodzi już utracony

tak błagać ogień mróz (zimny nie byłeś

ani gorący) dotleń z wyletnienia

wyzwól (więc otchłań)

do biegu na bieguny bez asiękuracji

a jeśli już krzepnąć trzeba i kostnieć

to do końca do tej w pojedynce klęski

czasem boli to że nie boli

bez wyrazów (współczucia głodnych i godnych)

znacznie wyraźniej

Inwersja (fotografia anamorficzna)

i stojąc w środku gryzącego stosu

joanna nie wie czy to pierwsza miłość

czy tylko przyszła po prostu śmierć pierwsza

T. Karpowicz

żywotów tak niepodległych nie znał

samozniewalacz szymona kręgosłupnika

i joaśki pucelle co tylko wokół własnej

ośki kręcili się:

skąd w żarze rozkochjarzenie i asis mundi

skąd twój pacierzowy promień w okręgach

moich stosów a ja apokryf spiszę

z całunu twoich blizn ciało ku tobie umyka

ze swego zawstydzenia włosy dla mnie

rozpuszczasz a ty siebie w nich

spleceni jak interwały i niech opadanie

głowy pełnej popiołu będzie wznoszeniem się

szyki się odwróciły i zmysły nieprzekładalne

w trybikach tej przekładni pomieszaliśmy też

koniuguj mnie deklinuj ty we mnie

ja przez ciebie wciąż odmieniamy się

konieczność czy przypadek na stos rzucam los

niech nas dolina twoja rozsądzi albo dym

epitalamium rewers albo lamentu awers

pozytyw czy negatyw miłość lub tylko

nie wypadły najlepiej żywoty przyległe tak równo

pustelnie wyposzczone po brzegi spełnione sobą

klatki się nałożyły choć wiersz dla dwóch ciał

za ciasny w nieprzejściu zatrzymał ich kadr

obola w locie uchwycił a na gorącym tamtych

wspólników pali podpaleń co wciąż płonią się

tak ich właśnie z ciemni wywołał

nazbyt dziś czuły film

choć zdjęcie prześwietlone choć zdjęcie poruszone

to przecież prześwietlone to przecież poruszone

nimi

Do lustra szczerzę się

okazuje się, że jednak można dojrzeć, a przynajmniej

dojrzeć do pewnych rzeczy

M. Podgórnik, Jeden

Napisać świadomie swój pierwszy wiersz, w którym nie

udaje się, że chłopaki nie płaczą, a skoro tak jak oni

pisać próbuję (dalej, maleńka, róbmy to bez wzruszeń),

jestem jednym z nich. Zdobyć się na łzy niemęskie —

— kobiece. A potem być może wymienić jeszcze

udawaną (udaną?) nieczułość na wzruszenie

kruchych ramion, wreszcie swoich,

przytulnych. Tam być może kiedyś

zbudować komuś dom, inny niż

szelest pergaminów, rzucanych

na wiatr. Przełożyć na cudzą

swoją prywatność. Zwrócić

oczy w inną stronę,

niech łzawią, gdy

zaboli obce

ciało.

A potem

może nawet

zamknąć za sobą

kartkę. Otworzyć się

w sobie na jakieś Ty (trudno

dotrzeć językiem do nowych słów). Na jakieś

Ty, które podejdzie bliżej niż na wyciągnięcie

z koperty zadrukowanych kartek. Bliżej niż na słowo,

któremu dotąd nie chciałam udzielić głosu. Bliżej niż na

obłoczek oddechu, któremu nigdy jeszcze nie udzieliłam siebie.

Peregrymacja (w wy ruszenie)

wersja intro / soliloqium colloqium / wersja ekstra1

wersja intro

czego mi brakuje dostępu do siebie

tworzę więc pewnie mam twarz ukrytą

głęboko w splotach ciała

a to jest korpus czuły

corpus delicati

a to jest jego lęk paniczny

w skórze języka horror vacui

a to jest kalka skaleczeń w autobiokopię wpisana

ogień mnie nie spopiela więc sobą zajęta

otwieram się zamykam

tu głód się kładzie pomiędzy wargami

tu słowa ścielą się

soliloqium colloqium

komunikanty słów

językiem do cna zjadłam siebie

zamykam się otwieram

przybieram na odwadze

a to jest z wymiernych dystansów spisany geobiografik

pod chłostą oczu publiczną wzniecam ciałopalenie

a to jest serdeczny szczeroścień i jego we mnie przeszycie

więc mówić nie gołosłownie

odtąd już tylko na prawach czułości

nie do twarzy mi z tym ale chcę

powiedz to powiedz to cielniej

dostąpię ciebie gdy siebie odstąpię

wersja ekstra2

Dla S. (Pod dobrą jesienną datą)

i nic nie zostaje pewnego z nas

może właśnie jedna niepewność

E. Tkaczyszyn-Dycki

ironia nie wynika

ona się roni ze zranień

ku którym prowadzimy

niedoradcze ciała (to nie jest

biblia pauperum, to jest

peregrymarz)

wypić ją przyjdzie do dna z kubków

smakowych języka i pola ze znaczeń

ustąpić pod popis jałowych

nieupraw (jeśli mowa odmówi,

cóż przemówi nami?)

tak się człowiek na zapas

zamartwia żeby z zimy nie ujść

w co martwe tak w rozprawach

zaprawia w pojęczynach na

strychach żeby sobą słowom

wystarczyć (a kto domu

wciąż nie ma, daj mu Panie

poezji swobodne darowanie)

(ironia, jesień — a one?) wnet nas

w rany usprawnią wnet nas w ramy

oprawią zanim wynik się zbierze

z tych wypraw (to pisanie

mi ciepła nie daje)

zanim zmieni się w jedno

z tych trzech odliczanych

(nietaktem pieśni wybitych,

z rzeczy mglistości wysnutych)

słów (cnót?)

Narrenschiff3 czyli muza zaumna4

Nie dlatego istnieje język, że ma jakiś sens.

M. Foucault

agonia nas dogoni płynących ku

narragonii między płótnem a

pędzlem hieronima boscha

i tak:

czółno w swej nieczułości

stanie się wiekiem

trumny przemilczą nasz

idiotlekt wschodzące babilony

lecz teraz:

na łaskę zdania zdani

w osobność zasobni

godzimy się poleźć w boleść

na dzianie nadziać się

już:

placek zbożowy się skruszył choć

nie był to zbożny pobyt już

czerwie pożarły czerwień

czereśni i ciała blade jak drób

lecz wciąż:

świat się składa z pomyleń my

błędnie złożeni do świata drżący

nieśpiewni niepewni

na jaki przylądek dotrzemy

niestatkiem słów

Jeden, czytany nocą5

wrażam lęk w siebie, tak w ból

głęboko, by móc wyrażać

wrażliwiej, siadam

i patrzę, kiedy niezdarnie

idą się zmagać wierszem

o czułość, gdy podlizują się

językowi, zebrali się tu

na odwagę zawracania ku

sobie uwagi, przemieszczają

toposy jak pionki, by wspólnym

stało się puste, a mania

urosła w rytuał, wydali

z siebie, a to ich teraz na

światło wydaje, więc

wychodzą do przodu plecami, już

ich nie ma wśród tych, co

zostają, słyszę śmiech, wiem

lub przeczuwam: pointa

znów okaże się bolcem, który

bardziej kole niż boli, boję

się, dopijam piwo i wywołana

wstaję

w Wy wchodzę

[Motto występne]

Motto występne:

Ślepe? Głuche? Nieme

Niepojęte?

Jest. Boli.

R. Krynicki

Przypisy:

1. wersja intro — wiersz ma trzy tytuły, w spisie treści książki pojawiają się wszystkie. Czytać go można na trzy sposoby: od pierwszego wersu do ostatniego, od ostatniego wersu do pierwszego, a także od środka (po kolei coraz bardziej zewnętrzne wersy z górnej i dolnej całostki): soliloquium colloqium/ tu słowa ścielą się/ komunikanty słów/ tu głód się kładzie pomiędzy wargami/ językiem do cna zjadłam siebie itd. [przypis edytorski]

2. wersja ekstra — tytuł dolny; zaczynając od niego, wiersz czyta się od dołu do góry. [przypis edytorski]

3. Narrenschiff (niem.) — statek głupców. [przypis edytorski]

4. zaum — technika „pisania pozarozumowego” rosyjskiego poety awangardowego Wielimira Chlebnikowa, oparta o symbolizm dźwiękowy. [przypis edytorski]

5. czytany nocą — nawiązanie do Nocy Poetów, cyklicznej imprezy poetyckiej organizowanej przez Staromiejski Dom Kultury w Warszawie, prowadzonej przez Beatę Gulę i Tomka Świtalskiego. [przypis edytorski]