Wersja intro

Autoentyzm

język wyczerpie z serca nawet jego brak

T. Karpowicz

chociaż ustom w Biblandzie

ustałym zabrakło snów, dźwiękom —

— wdzięku, z samotności wyssane

palce pozostały przed progiem

zapisu

nazbyt wylewna literatka

(muł — powiadają — książkowy)

próbuje brzeg wersu wyczerpać

fantomowym wylewem serca

umie już czytać, uczy się

tyczyć, po rozum nie skacze

do gardła, wciąż bez

pewności, trochę bez

siebie, pisze, co ma do

zwiedzenia

(obejrzyjcie ją sobie,

niejasną, obruszeni, niepodlegli

wzruszeniu, gdy przed lustrem

wytuli się w pustkę, kiedy

język

zwinie w

bolejek)

A to biografia

Niedopieszczona woli domyśleć,

domniemać, dopisać. Zbyt długo

zajmowała się określaniem granic

śmieszności, na swoją miarę i na nie

swój rozmiar oczekiwań. Dziś już

świata nie odczynia w tragedię,

pozostawia go tym, czym jest,

kabaretem. Nie owija się w bawełnę

wiersza. Liryki zresztą unika. Dykcji

bliższa rozumu nadwyżka, erudycji

jurysdykcja. Poezja niejasna

cholera, raczej koloru kawy

z mlekiem. Jak u Vermeera, co jej

nie zbawi: brzegiem ciemni

i światła, oknem otwartym,

listem. „Nieprzychylny i

niepomyślny, pomyśl i nieba

przychyl” — słowa, o które nie dba,

bo wyuczona zaniedbań, nie przejdą

przez zeschłe usta. Specjalistka w

przekładzie: biel niedoczczonego

ciała na czcionkę, której też nie uczci

nikt.

Ma jednak skłonność

do niedobrych wzruszeń (zła

łza, ocieranie się o kicz, jak o nogę

kot). Łasi się. Przechylona dziecięco

główka o ścianę stuka. To dla niej

jednej za mało. I stuka. Trwa

zaczernianie. I stuka.

Przywyłkanie

do prostoty bo prosto

ty i proste to zmyślenie

za proste to

myślenie wy

(wy razem

ja wyrazem

komu unikat a

komu nikt) piję

to nic to nic to nic

to tylko mój kolejny

poraniony pomysł

lekki przyszczyp serca

zza wrót głowy

a kiedy zacznę nią

spadać w dół

złap mnie i trzymaj

za słowo

(tylko to znamię

zna mnie)

Człowiek — człowiek

bo w gruncie słowa na rzeczy

mamy to samo bez znaczenia

które z narzeczy porodzi

poroni ten dialog

mowa? tylko pozornie

zależne (od niej) są nasze

ciała a przecież

mijamy

się

tam gdzie

miały się spleść

mój brak twoje dopełnienie

ranki nie zabliźnione:

są którzy wiedzą niewiele (są mocniej)

są którzy nikną w cytatach (mowa mamroce pomrocznie)

są także ci od przypisów (ratio vivens? ratio scripta?)

ugodzeni przygodnie

odmienieni czasu

przypadkiem (dwie styczne

idiolektyczne) odnajdujemy siebie

(tak wtedy jestem cała tak wtedy

jestem cały tak wtedy jestem)

Papierówki, prawdziwki

choć nie wyglądam pogląd

mam zwłaszcza gdy ląd de

koltu wymierzony (kolibra

kalibrem) we

mnie (a nocą w imiona

wymnie się) więc wymień

mnie bo masie podobać

ma się (maski włóż majtki

zdejm) dama da ci

podietę i za

tkniesz chorą

gniew łypniesz na

łydki na odbrzuszone talie

bez kart więc na pośliczku

zostaw ślad a ja pozbieram podpi

ty tłumek i siebie też spiszę

na straty bo milczę gdy tamte

milą się mylą pomyślę i

odpuszczę

to

zadumione opojowisko

pogarderobę podmęsko-damską

Pozaimki

joannie

no, popisz Się (niech...) wiedzą,

powiedzą: kolejna ze spisku

chłodnych erudytów (bo nie erudytek

przecież), no, zakryj pod

niebienie figowym świstkiem

(palimpsest) cudzego list

Ku (nie, nie zasłaniaj,

jeszcze bardziej odkryj, lubię

jak krwawisz), na jakie cię niebo

abstrakcji, na życie jakie różami

usrane skazano, dziwczynko (Ja?

on: Nie!) z zapałami

słomianych włosów (na

dzieje niepłonnych stosów), Ja

kim musisz być cudzakiem, by

okazać się swojakiem? czuj,

czuj, przecież jesteś już

dużą kokietką (o Wy

baczenie błędów i Wy

patrzeń w Wy

druku upraszcza

Się), Zwiń

w milczeniu

w boleniu

piszcz

24. V. 2001 (Zuzanny, Joanny)

Ból wersowanie (bezcelowe z celi wołanie)

Chodź, bólu, nasyć się mną!

V. Woolf

imienniczka spalonej (joanna nie

anestezja) na letnisko skazana

gdzie wylegiwać się owszem a nijak

wylęgnąć się klęknąć wylęknąć

nijak tułaczką wznieśnień i kruchcjat

przekroczyć siebie

w krzyk obłąkanie śmierć (a oni myślą

pisze o pierdołach) nijak

zdrewniałe dłonie

(żadnym nie wzruszone sznurkiem)

bliźnięciom płomiennych języków

poddać (zachłanne bólimie)

niech strawią

tak się modlić o lęk zamiast leku

ukłucia zamiast ukojeń zamiast urojeń

o raj co się rodzi już utracony

tak błagać ogień mróz (zimny nie byłeś

ani gorący) dotleń z wyletnienia

wyzwól (więc otchłań)

do biegu na bieguny bez asiękuracji

a jeśli już krzepnąć trzeba i kostnieć

to do końca do tej w pojedynce klęski

czasem boli to że nie boli

bez wyrazów (współczucia głodnych i godnych)

znacznie wyraźniej

Inwersja (fotografia anamorficzna)

i stojąc w środku gryzącego stosu

joanna nie wie czy to pierwsza miłość

czy tylko przyszła po prostu śmierć pierwsza

T. Karpowicz

żywotów tak niepodległych nie znał

samozniewalacz szymona kręgosłupnika

i joaśki pucelle co tylko wokół własnej

ośki kręcili się:

skąd w żarze rozkochjarzenie i asis mundi

skąd twój pacierzowy promień w okręgach

moich stosów a ja apokryf spiszę

z całunu twoich blizn ciało ku tobie umyka

ze swego zawstydzenia włosy dla mnie

rozpuszczasz a ty siebie w nich

spleceni jak interwały i niech opadanie

głowy pełnej popiołu będzie wznoszeniem się

szyki się odwróciły i zmysły nieprzekładalne

w trybikach tej przekładni pomieszaliśmy też

koniuguj mnie deklinuj ty we mnie

ja przez ciebie wciąż odmieniamy się

konieczność czy przypadek na stos rzucam los

niech nas dolina twoja rozsądzi albo dym

epitalamium rewers albo lamentu awers

pozytyw czy negatyw miłość lub tylko

nie wypadły najlepiej żywoty przyległe tak równo

pustelnie wyposzczone po brzegi spełnione sobą

klatki się nałożyły choć wiersz dla dwóch ciał

za ciasny w nieprzejściu zatrzymał ich kadr

obola w locie uchwycił a na gorącym tamtych

wspólników pali podpaleń co wciąż płonią się

tak ich właśnie z ciemni wywołał

nazbyt dziś czuły film

choć zdjęcie prześwietlone choć zdjęcie poruszone

to przecież prześwietlone to przecież poruszone

nimi

Do lustra szczerzę się

okazuje się, że jednak można dojrzeć, a przynajmniej

dojrzeć do pewnych rzeczy

M. Podgórnik, Jeden

Napisać świadomie swój pierwszy wiersz, w którym nie

udaje się, że chłopaki nie płaczą, a skoro tak jak oni

pisać próbuję (dalej, maleńka, róbmy to bez wzruszeń),

jestem jednym z nich. Zdobyć się na łzy niemęskie —

— kobiece. A potem być może wymienić jeszcze

udawaną (udaną?) nieczułość na wzruszenie

kruchych ramion, wreszcie swoich,

przytulnych. Tam być może kiedyś

zbudować komuś dom, inny niż

szelest pergaminów, rzucanych

na wiatr. Przełożyć na cudzą

swoją prywatność. Zwrócić

oczy w inną stronę,

niech łzawią, gdy

zaboli obce

ciało.

A potem

może nawet

zamknąć za sobą

kartkę. Otworzyć się

w sobie na jakieś Ty (trudno

dotrzeć językiem do nowych słów). Na jakieś

Ty, które podejdzie bliżej niż na wyciągnięcie

z koperty zadrukowanych kartek. Bliżej niż na słowo,

któremu dotąd nie chciałam udzielić głosu. Bliżej niż na

obłoczek oddechu, któremu nigdy jeszcze nie udzieliłam siebie.