Faust

Faust

DEDYKACJA

Znów, duchy zwiewne, przychodzicie do mnie,

zjawione smętnym oczom przed latami.

Do marzeń dawnych serce lgnie niezłomnie,

zatrzymać pragnie was i odejść z wami.

O, przybywajcie! niech was wyogromnię,

zjawy stłoczone za mgłą i mrokami;

gromado cicha, wonią opowita —

młodzieńczym czarem drżąca pierś zakwita.

Radosna przeszłość spromienia się jaśniej,

umiłowane cienie idą w gości;

jakby z zamierzchłej i przebrzmiałej baśni

mży pieśń przyjaźni i pierwszej miłości;

i ból powraca — wskrzesza z skarg i waśni

błędne rozstaje, życia zawiłości,

niesie imiona tych, co w szczęsnej chwili

złudą zmamieni dom mój opuścili.

Wy, którym pierwsze wyśpiewałem pieśni,

o, duchy dobre, dalszych nie słyszycie;

kędyż jesteście, bracia i rówieśni?

w echu pobrzmiewa zapomniane życie.

Cierpienie moje już się nie rozwieśni,

czymże nieznani? cóż po ich zachwycie?

kogóż śpiew skrzepi1? jakich mam słuchaczy?

zmarłych jedynie, jedynie tułaczy.

Tęskność zbudzona do lotu się zrywa

ku onej cichej powagi krainie;

śpiew mój szelestem błędnym się wygrywa

jak wiatr, co struny potrąci i minie,

a w mężnym sercu słodycz wschodzi tkliwa,

drżenie mnie zmaga2 — łza po licach płynie...

tak teraźniejszość gubi się, szarzeje,

co przeminęło, prawdziwie istnieje.

ROZMOWA WSTĘPNA W TEATRZE

Dyrektor, Poeta, Wesołek.

DYREKTOR

Pomóżcie, druhowie moi,

w ciężkim kłopocie i biedzie,

bardzo mnie to niepokoi,

czy się impreza powiedzie...

Dziś pragnę tłumom dogodzić,

co żyją i żyć pozwalają —

czymś im to trzeba nagrodzić,

a na zabawę czekają.

Kulisy kazałem ustawić,

lecz jakaż sztuka dziś wzruszy?

publiczność łaknie się bawić;

brwi wznosi, oczy bałuszy;

ja wiem, jak zdobyć jej serce!

— lecz właśnie jestem w rozterce —

bo choć się na sztuce nie znają —

straszliwie dużo czytają.

Co począć, by olśnić nowością

i myśl znaczniejszą przemycić —?

by przypodobać się gościom,

nauczyć, zniewolić, zachwycić —?

Boć przecie radość to duża,

gdy tak się cisną do sali

jak potok wezbrany, jak burza —

tłum biegnie — tłum rośnie — tłum wali;

gdy już o czwartej się garnie,

biletów żąda przy kasie,

jak w czasie głodu — piekarnie

szturmem zdobywa i pcha się.

Lecz któż tu mocen w potrzebie —?

któż oczaruje tych wielu?

Dziś apeluję do ciebie,

poeto, mój przyjacielu!

POETA

O, nie mów! Nie wspominajże mi tłumu,

przed którym duch ucieka jak najdalej;

nie chcę jaskrawizn, stłoczonego szumu,

co w topiel ciągnie na kształt chytrej fali.

Raczej mnie prowadź, kędy cichość nieba

jak modry bławat3 zakwita radością,

gdzie prócz łask bożych niczego nie trzeba

sercu, co żyje przyjaźnią, miłością.

Ach! wszystkie głębie, wszystkie uczuć cuda,

o czymśmy sobie półszeptem mówili

i pełni lęku, czyli4 czyn się uda —

ginie w przemocy rozkrzyczanej chwili.

Często latami hartują się dzieła,

zanim dojrzeją do pełnej wzniosłości.

Błyskotka ledwie zalśni, już zginęła.

dzieło rzetelne wskrześnie w potomności.

WESOŁEK

Bodaj się asan5 wraz z tym słowem schował!

Wyobraź sobie, gdybym ja tak prawił

wciąż o przyszłości — któż by baraszkował?

Tłum chce się bawić — z kimże by się bawił?

Chłop z wiary zawsze się na świecie przyda

istnienie jego warte coś — bez sporu —

kto swe dowcipy jak szelągi wyda

wszystkim — nikomu nie spsowa humoru;

na rozszerzenie wpływu bardzo łasy,

pragnie ogarnąć jak najszersze masy.

Odważny w karty gra! więc do roboty!

z fantazją łączcie wszystkie pokrewieństwa:

rozum, rozwagę, namiętność, tęsknoty —

lecz najważniejsza rzecz: dużo błazeństwa!

DYREKTOR

Najpierwsza, mniemam, rzecz — to ruch na scenie!

Ludzie chcą patrzeć — widzieć chcą najchętniej.

Gdy się im nadmiar przed oczy nażenie6

tak, że to zdziwi, olśni, roznamiętni —

toś, bracie, wygrał już na całej linii,

kochać cię będą i nikt nie obwini.

Na tłum trza tłumem działać! Juści wtedy

każdy sobie wybierze z rozrzutności onej,

co mu dogadza — no i nie masz biedy;

do domu wraca widz zadowolony.

Dajecie sztukę — krajcież w kawałeczki —

bigosu trzeba dzisiaj publiczności;

robota łatwa, przyjęcie bez sprzeczki.

Cóż —? — sztukę dawać bez skrótów, w całości?

to mrzonki! pomylone obowiązki!

tak czy tak, tłum ją rozskubie na kąski.

POETA

Miast7 dobrego rzemiosła dajecie partactwa!

nie dojdziecie do ładu z rzetelnym artystą!

Moi szczwani8 panowie, z waszego matactwa9

już zasadę robicie, widzę, oczywistą.

DYREKTOR

Ten zarzut mnie wcale nie boli:

sprawnie znać musi narzędzie,

kto sprostać pragnie swej roli

i przypodobać się wszędzie.

Publiczność to glina przecie,

glina niezwykle miękka —

niechże ją twarda ręka

nazbyt gwałtownie nie gniecie!

Dla kogóż, poeci, piszecie?!

Jednego nuda tu wiedzie,

drugi po sutym10 obiedzie

przychodzi; trzeci, niestety,

przed chwilą czytał gazety.

Jak na redutę11 roztargnione roje

schodzą się — siadają rzędami;

panie na pokaz przywdziewają stroje

i grają... bez gaży z nami.

Zaklęci w poezji koliska,

czyż was co komplet obchodzi?

radzę wam, spójrzcie no z bliska,

co zacz ten widz, wasz dobrodziej!

gbur obojętny, co pełen pustoty12

myśli o dziewkach, liczy w kartach tuzy13;

wartoż to, głupcze, dla takiej hołoty

nadobne trudzić Muzy?

Radzę wam — dawać, dawać z siebie dużo,

wtedy jedynie nie chybicie celu;

niech się nadmiarem ludziska odurzą —

choć bardzo trudno zadowolić wielu —

— Cóż to? Czy cię co boli? Czyliś zachwycony?

POETA

Nie będzie nigdy między nami zgody!

bo dla poety to najwyższe prawo:

prawo człowieka dane od przyrody —

niesfrymarczone14 jest i nie zabawą!

Czymże, odpowiedz, wszystkie serca wzrusza?

czymże żywioły do posłuchu zmusza?

czyż nie harmonii to tajemna praca,

co z serca idzie, do serca powraca?

Kiedy natura przędzę nieskończoną

tak obojętnie zwija na wrzeciono,

gdy żywioł wszelki rozbrzmiewa niestrojnie,

skłócony z sobą i we wiecznej wojnie —

czyjaż go godzi ożywcza potęga

i rytmem spina, i w melodie sprzęga?

kto każdy szczegół w wielką pieśń sprzymierza,

która akordem wspaniałym uderza?

kto namiętności rozpętuje burze?

kto zachodzącej każe skrzyć purpurze?

i kto kwiatami najwonniejszej wiosny

stroi kochanej gościniec miłosny?

Kto liście niepozorne splata w wieniec trwały

dla zasług przerozmaitych, dla wieczystej chwały?

Kto bogów zabezpiecza i godzi w wszechświecie —?

Potęga człowieczeństwa zaklęta w poecie.

WESOŁEK

Właśnie! niechaj ci służy ta potęga wzniosła,

chciej do poetyckiego użyć ją rzemiosła;

niechajże dzieło twoje ma romansu postać —

ów przypadek poznania, ową chęć, by zostać;

więzy coraz ciaśniejsze, już serce w niewodzie15,

szczęście świeci, to gaśnie w zwątpieniu, w niezgodzie —

zachwyt, zachwyt bez granic! — potem ból i żałość —

ani się nie spostrzeżesz — już jest przygód całość.

O — takie nam wyczaruj, panie, widowisko!

Do zjawisk życia podejdź i sprawnie, i blisko!

Mało kto, żyjąc, z życia zdaje sobie sprawę;

gdziekolwiek je ułapisz, wszędzie jest ciekawe.

Stwórz obrazy jaskrawe, prostoty niewiele,

iskra prawdy wśród myłek niech błyszczy w twym dziele;

taki napój najlepszy — świat się nim odświeży.

Tedy się zbierze zacnej świetny kwiat młodzieży,

wpatrzy się w sztukę twoją jakby w objawienie,

melancholią upoi czułe swe sumienie;

każdy się z tym czy z owym zapozna i wzruszy,

I usłyszy wyraźnie, co mu grało w duszy.

O śmiech i łzy rzęsiste łatwo u tej rzeszy,

która uwielbia polot, ułudą się cieszy;

dojrzałemu dogodzić to duże trudności;

ten, co dojrzewa, zawsze pełen jest wdzięczności.

POETA

Więc wróć mi młode lata moje,

gdy duch się jeszcze w pąku krył,

a pieśni nieprzebrane roje

skrzyły jak złoty, gwiezdny pył;

świat we mgle tonął popielatej,

kwiat każdy wieścił nowy cud,

w dolinie rwałem w naręcz kwiaty;

nie miałem nic — wszystkiego w bród:

bo żądzę prawdy, rozkosz złud.

Wróć mi kipiący, młody war16,

szczęścia bolesne niepokoje,

nienawiść i miłości czar,

o, wróć mi młode lata moje!

WESOŁEK

Przyjacielu! — młodości potrzebne ci wdzięki,

gdy się potyczka zdarzy wyogniona,

lub gdy najmilsze dziewczynki

na szyję twoją zarzucą ramiona,

kiedy podczas wyścigów lśni na mety krańcu

nagroda niezbyt łatwa zwycięskiego wianka,

lub kiedy po zawrotnym i gwałtownym tańcu

resztę nocy trza przepić do białego ranka.

Lecz waszym obowiązkiem, mężowie stateczni,

z odwagą, z wdziękiem w struny uderzyć znajome!

do wytkniętego celu zdążajcie bezpieczni,

chociażby przez pomyłki wielkie czy znikome;

nikt was za to nie zgani, a każdy pochwali.

Starość nas nie zdziecinnia, jak to się wydaje,

jeno17 nas dziećmi jeszcze małymi zastaje.

DYREKTOR

Dość już, dość już słów, zamętów —

przejść do czynów nam się godzi!

— oni pełni komplementów —

a mnie o pożytek chodzi!

Cóż pomogą nam nastroje?

na cóż się to wszystko przyda?

Kto poety przywdział zbroje,

niech poezji rozkaz wyda.

Wiecie, czego nam potrzeba:

trunek warzyć krzepki, mocny!

dzisiaj głodnym trzeba chleba —

dzień jutrzejszy bezowocny.

Trza skorzystać z sposobności,

zdecydować, chwycić z siłą —

potem droga się wymości,

rzecz potoczy się aż miło.

Wiecie — dziś na każdej scenie

eksperyment — głupio, serio —

rozkaz mody miejcie w cenie,

ruszyć całą maszynerią!

księżyc, słońce, niebo, chmury,

roje gwiazd! niech skrzą i mrużą!

wody, ognie, skały, góry.

zwierz i ptaki — byle dużo!

Oby nas scena pochopnie

kręgiem wszechstworzeń urzekła,

a wy nią spieszcie roztropnie

z nieba przez ziemię do piekła.

TRAGEDII CZĘŚĆ PIERWSZA

PROLOG W NIEBIE

Pan; Zastępy niebieskie; Archaniołowie: Rafał, Gabriel, Michał; Mefistofeles,

RAFAŁ

W melodii bratnich sfer wszechświata

gra słońce pieśń wieczyście młodą,

torem znaczonym w skrach wylata

i drży jak burza nad pogodą.

Cud niepojęty darzy mocą,

zachwyt z serc naszych wypromienia:

dzieła rąk bożych tak się złocą

dziś — jak za pierwszych dni stworzenia.

GABRIEL

W przelocie wartkim niepojęcie

mknie świat — w urodzie niepoznanej —

i w przemian utajonym święcie

dzień z nocą splata na przemiany.

Pieni się morze w fal zalewie,

szturmem zdobywa skalny brzeg,

lądy i morza w burzy gniewie

gna w wieczną dal, sferyczny bieg.

MICHAŁ

Wichrzą się burze — naprzód — dalej

z morza na turnie — z turni w morza —

aż się wykuje z rąk kowali

łańcuch wiążący przestworza.

Żarzą się zgliszcza! — Z błyskawicy

wyrasta gromem ognia słup!

lecz Twoi, Panie, posłannicy

czczą cichy przelot Twoich stóp.

RAZEM

Cud niepojęty darzy mocą,

zachwyt z serc naszych wypromienia;

dzieła rąk bożych tak się złocą

dziś — jak za pierwszych dni stworzenia.

MEFISTOFELES18

Panie, władnący dniem i mrokiem

raczyłeś zejść przed nieba próg —

patrzysz łaskawym na mnie okiem —

przeto tu staję w gronie Twoich sług.

Nie umiem splatać słów górnie i grzecznie

— niechże niebiańska szydzi ze mnie brać —

rozśmieszyłbym cię patosem bezsprzecznie,

gdybyś się, Panie, nie oduczył śmiać.

Gwiazdami, bezkresami włada myśl Twa boska;

nie znam się na tym; jedno wiem: człowiek się troska!

Ten mały bożek ziemi w życia błędnym kole

pcha swój ciężar w jednakim, upartym mozole;

rzekłeś: złudę światła mu dam, niechaj go krzepi.

— wierzaj, Panie, bez tego byłoby mu lepiej —

rozumem złudę nazwał, spaczył ten dar Boży —

w rezultacie jak zwierzę żyje, bodaj gorzej.

Wybacz, Panie łaskawy, lecz tak mi się zdaje —

podobien19 człowiek wielce do świerszcza, co wstaje

na wydłużonych nóżkach — skacze i rzępoli,

i brzęczy skargą zrzędną o tym, co go boli

— i więcej — ! — gdybyż w trawie siedział! — aleć oto

podnosi się — skok w górę! — nosem zarył w błoto!

PAN

Oskarżać jeno20 umiesz, nic więcej, Mefiście,

pełne niesnaski21 są twe słowa —

MEFISTOFELES

Rzeczywiście,

nie taję, Panie, bardzo źle ludziom na ziemi

i nierad22 ich uwodzę sztuczkami diablemi —

i tak się sami z dnia na dzień grążą w szarugę.

PAN

Znasz ty Fausta?

MEFISTOFELES

Doktora?

PAN

Tak! Mojego sługę!

MEFISTOFELES

Przedziwnie on Ci służy! Myślą nieodgadłą!

Nieczłowieczy jest jego napitek i jadło.

Rozterka gna go w otchłań, spokój ducha płoszy,

pożądań obłąkanych zalewa go fala,

z nieba pożąda skrzących gwiazd — z ziemi — rozkoszy,

w tej zamieszce23 od Ciebie czucia swe oddala;

jego serce znękane ciągłą wrzawą boju

zapomniało, co miłość i błękit spokoju.

PAN

W tej służbie jego opacznej, w tej myśli jego opornej,

pomocą podam mu rękę, światło wykrzeszę w pomroce:

każde drzewo w ogrodzie zna ogrodnik przezorny

i dokładnie wie, jakie i kiedy wyda owoce.

MEFISTOFELES

O zakład idę — utracisz go, Panie!

daj zezwolenie, a ja go w otchłanie

zawiodę zgrabnie i niespostrzeżenie.

PAN

Dopóki żyje na ziemi, wódź go na pokuszenie —

z błędem jest ożenione wszelkie człowiecze dążenie.

MEFISTOFELES

Dzięki Ci, Panie, bo umarłym ciszy

staram się nie zakłócać, do grobów nie złażę;

jestem jak kot, co zdechłej nie dotyka myszy —

słowem — lubię zażywne kształty, pulchne twarze.

PAN

Zezwalam. Czyń, co ci dogadza,

z Faustowym duchem; od źródeł światłości

niechaj odciąga po przewrotna władza

i wywłóczy po drogach pustki i nicości,

lecz bacz, iż pycha we wstyd się przeradza,

gdy stwierdzić musi, że człek szlachetny prawdziwie

po omacku odnajdzie drogę swą szczęśliwie.

MEFISTOFELES

Więc parol24! doskonale! raz dwa się uwinę!

ot, po prostu wygraną już w zanadrzu noszę;

na cztery strony świata szczęśliwą godzinę

zwycięstwa tryumfalną fanfarą ogłoszę — !

Wtedy pozwolisz, Panie, aby ten zuchwalec

proch ze stóp moich lizał jak mój kum: padalec25.

PAN

Przychylność moja ciebie zabezpiecza,

nienawiść jej nie zgasi ani nie umniejszy;

z rzeszy przekornej, co wiecznie zaprzecza —

sowizdrzał26 ostatecznie jeszcze najznośniejszy.

Czynność ludzkiego ducha zbyt łatwo wiotczeje —

baczę, aby w lenistwie gnuśnym nie osłabła,

przeto podsycam wolę, podżegam nadzieje

niepokojącym towarzystwem diabla.

Lecz wy, synowie światłości,

zapłońcie pięknem, radością!

wiążcie więzami miłości

serca z wszechświata miłością!

Kędy niestałość się mieni

w wahaniu w rozliczne strony,

lećcie obliczem zwróceni,

stałej udzielcie obrony.

Zamyka się niebo.

Archaniołowie znikają.

MEFISTOFELES

sam

Lubię staruszka czasem i jestem ostrożny,

by nie czynić niczego, co nazbyt Go zraża;

przecież to bardzo miło, gdy pan tak wielmożny

z chudopachołkiem za pan brat przygwarza.

POCZYNA SIĘ TRAGEDIA

PRACOWNIA

Faust, Duch ziemi, Wagner, Chór aniołów, Chór niewiast, Chór uczniów.

Noc.

Wysoko sklepiona, wąska komnata gotycka. Faust pełen niepokoju siedzi przed pulpitem.

FAUST

W żądzy wiedzy poznałem wszechnauk dziedzinę,

zgłębiłem filozofię, prawo, medycynę,

niestety, teologię też! — cóż? — pozostałem

mizernym głupcem! — tyle wiem, ile widziałem.

Magistrem jestem, nawet zowią mnie doktorem,

i tak latami z męką, z wewnętrznym oporem

oświecam rzesze uczniów bezpłodnym zarzewiem

i wiem, że nic nie wiemy — i że ja nic nie wiem.

Czyż zawiłości świata ta pewność zwycięża,

że wiem więcej niż mędrcy, doktorzy i księża?

że nie ma we mnie zwątpień, że łza mi nieznana,

że się nie lękam piekła, nie trwożę szatana?

Pustka we mnie i wszelka radość mi odjęta,

pustka mi bieg hamuje, skrzydła moje pęta.

Zaledwie krok uczynię, już muszę powracać —

i jakoż mogę bliźnich polepszać, nawracać?

Ani się ze mną dobro, ni pieniądz nie brata,

nie wiem, co sława ziemi, co wspaniałość świata,

Któż drugi byt sobaczy27 tak wlec się odważy

z maską obojętności na posępnej twarzy?

Przeto magii oddałem i czas mój, i siły,

może przez nią odnajdę ślad bytu zawiły,

może przez tajne moce i przez pomoc ducha

mój duch się prawd odwiecznych dopatrzy — dosłucha...

Obym nie musiał mówić, czego nie rozumiem

i kłamstwem poklask zyskać w lekkomyślnym tłumie.

Może znajdę najgłębszą, wieczną spójnię życia,

tajemnicę ziarn poznam i wyrwę z ukrycia,

zbędę słów, które są słowami tylko,

poznam, czy życie wieczne jest, czy tylko chwilką.

Księżycu, druhu bratni,

obyś na me cierpienia patrzał raz ostatni;

ileż ponurych nocy oto przy tym stole

szukałem w księgach prawdy w łudzącym mozole,

a ty, mój przyjacielu wierny — po cichutku

patrzałeś w moje oczy przygasłe od smutku.

Obym mógł w twoim świetle radosny, pogodny,

na szczytach gór oddychać wolny i swobodny,

nad przepaście z duchy wzlatać,

mgły na łąkach snuć i splatać

i zbyty nauk, pustej wiedzy —

poić się rosą przesrebrzonej miedzy.

A oto żyję w mroku, w cieniu,

w przeklętym, ponurym więzieniu,

gdzie przez szkieł barwnych zator wpada

jasność zamglona, brudna, blada.

Zwał ksiąg mnie więzi i dusi swym pyłem,

wśród stert papieru tyle lat przeżyłem,

wśród szkieł, przyrządów, instrumentów wiela,

z których każdy od życia grodzi i rozdziela.

Ułóż w stos książki, Fauście, stań na wiedzy szczycie

oto jest świat twój, oto twoje życie!!

Czyliż zapytam jeszcze, czemu serce moje

ból kąsa nienazwany, gnębią niepokoje?

miast się przyrodą cieszyć w wzniosłym Boga dziele

otaczają mnie dymy, mole i piszczele.

— niech wolna dusza uskrzydlona wzlata

poprzez ziemię, przez życie — na granice świata...

Gdy poznam mądrość ziemi, gwiazd sferyczne kręgi,

duch wyrośnie strzeliście, nabierze potęgi.

Poznam żywe ogniwa wszechświata łańcucha,

poznam, jak z ducha mówić i duchem do ducha.

Na próżno umysł w znaków wpatruje się dziwa —

otocz mnie, rzeszo duchów widząca i żywa...

Może stąd spłynie na mnie wielkiej łaski cisza?

Nostradamusie28 — biorę cię za towarzysza!

otwiera księgę; dojrzał znak makrokosmosu29

Oto Makrokosmosu znak! — z jakąż rozkoszą

zmysły me pełnią żyją — ku pełni się wznoszą!

Szczęście życia prześwięte i wieczyście młode

toczy przez żyły moje jasność i pogodę.

Czy to Bóg znak ten wpisał — nim mądrość swą zwierza,

serce radością pełni30, rozterkę uśmierza?

Wszystkie moce przyrody stanęły niezłomnie

w tej chwili uroczystej pomocnie koło mnie.

Czyż Bogiem jestem? — Przejasna świetlistość

wiecznie twórczej przyrody stwarza oczywistość,

która wzrasta i rośnie, budzi się od nowa,

uczy i przypomina wielkie mędrca słowa:

„Świat duchów nie zamknięty, otwarty na ścieżaj,

myśli i serca twego wiedza nic otworzy —

w duchu się przetwórz, uczniu, i duchem zwyciężaj

i kąp pierś młodą w przedporannej zorzy!”

przyjrzał się znakowi

Wszystko się tutaj w całość splata,

jedno o drugie zadzierżgnięte.

Siła niebiańska kręgiem wzlata —

z rąk do rąk idą wiadra święte!

A duch na skrzydłach łaski wonnej,

w wiecznej harmonii dźwięcznej, dzwonnej,

w żywot przeradza się bezzgonny.

Przecudna świateł gra, pusta, choć śliczna — !

Jakoż cię pojmę, o, ty bezgraniczna

przyrodo? — gdzie twe piersi? — gdzie źródła przeczyste,

z których sączą się dzieje wszechświata wieczyste?

Źródło, co złudne blaski z siebie wypromienia,

płynie i poi! — Duchu! ja konam z pragnienia!

odwraca z niechęcią karty księgi, zobaczył znak Ducha ziemi

Jakżeż inaczej ten znak na mnie działa,

o ileż bliższy jesteś, Duchu ziemi!

jakoby winne pokrzepienie ciała,

a barki prężne skrzydłami orlemi.

Odwaga wzrasta! rzucę się w wir świata,

poznam ból ziemi, mej ziemi szczęśliwość —

z burzami i wichrami mężny duch się brata,

w zawiei i pomroce wzmoże się gorliwość.

Mroczą się już jaśnie —

księżyc pośród chmur —

lampa moja gaśnie!

niepojęty chór!

Duszący dym w ogniach się mieni!

wokół mej głowy

zamęt czerwonych płomieni!

Huk piorunowy

wykrzywia sklepienie!

Światła i cienie!

Stań się! czuję

twoją obecność — słyszę — przelatuje

koło mnie! — Duchu! Duchu ziemi!

Ukaż się! zjaw się!

Serce me pęka!

Twoja ręka

wzrok mi zasłania —

Stań się! w godzinie zwiastowania

twój jestem cały na tej chwili szczycie —

zjawić się musisz — choćbym stradał życie!

Wznosi księgę i wymawia tajemnicze zaklęcie. Rozbłyska rudy płomień; zjawia się Duch.

DUCH

Kto mnie woła?

FAUST

Postać przeraźliwa!

DUCH

Woła na mnie słów potęga,

omdlewa ręka twa gorliwa

i niedołężnie po mnie sięga.

FAUST

Niestety! sprostać ci nie mogę!

DUCH

Wołałeś, by mi spojrzeć w twarz,

by wzlotów moich poznać drogę,

jestem! a oto w lęku twarz —

o, nadczłowieku! — gdzie twój hart?

Gdzie ducha krzyk? i wielkość wzgard

dla trwogi, lęku? Gdzież pieśń owa,

co u wieczności stała bram

i w woli swojej piorunowa

mówiła, że jest równa nam?!

Gdzież jesteś, Fauście! gdzieś twe dumne słowa?

Tchnienie moje cię mrozi! — Nad tobą się chylę,

ty drżysz jak robak podeptany w pyle!

FAUST

Mamże, płomieniu, ulec twej osobie?

Przenigdy! Jam jest Faust — i równy tobie!

DUCH

W odmętach życia, w czynów zawierusze

płynę to w rozgwar sfer, to w zmarłą głuszę!

ja — wieczne morze, zmienność, spłomienienie,

ja — grób i narodzenie!

W chorale czasu tkają me warsztaty

Bogu wiecznemu wiecznie żywe szaty.

FAUST

Duchu, co w lotów bezmierne koliska

zagarniasz światy — nad światy szybujesz —

jakże mi moc twa znana — jakże bliska!

DUCH

Bliskiś duchowi, którego pojmujesz,

nie mnie!

Znika.

FAUST

w rozpaczy

Nie tobie? więc komu?

Ja — żywy obraz Boga! — Boża we mnie postać!

nie mogęż tobie nawet dorównać i sprostać?!

Pukanie.

Już mija chwila szczęścia, famulus31 nadchodzi,

wezbraniu wielkich widzeń natręctwem przeszkodzi.

Wchodzi Wagner w robdeszanie32 i nocnej mycce, z lampą w ręku. Faust odwraca się z niechęcią.

WAGNER

Wybacz mi, mistrzu, że pokój zakłócę,

lecz słyszę, deklamujesz? więc biegnę z ochotą.

Chciałbym skorzystać coś w tej wzniosłej sztuce,

która dziś wartość taką ma jak złoto.

Ksiądz od aktora, kiedyś mi mówiono,

skorzystać może bardzo wiele pono33.

FAUST

Zbytnio nie mija się to z prawdy torem,

zwłaszcza, jeżeli ksiądz chce być aktorem.

WAGNER

Gdy człeka w domu żądza wiedzy spęta

tak, że nie widzi świata, jeno w święta

i z nim się tylko przez lornetkę brata —

jak tu przemówić do świata?!

FAUST

Czego w uczuciu nie ma — nie ma w głowie.

Tylko co widzi i w co wierzy dusza,

w najpotrzebniejszych słowach to wypowie,

co bliźnich wznosi, przekonuje, wzrusza;

poza tym? — siedźcież sobie w domu

i zagłębiajcie nos w swym dziele;

na nic niezdatne i nikomu

iskry zgubione w słów popiele;

zaledwie małpy albo dzieci

odnajdą wiedzę w tej iskierce,

bo w sercach wspólność jeno nieci

to współczujące właśnie serce.

WAGNER

A jednak chciałbym ja posiadać swadę34,

szyk zdań udatny, akcent, gest, ogładę.

FAUST

Nie bądź no asan samosobkiem,

co się w blazeńskie stroi szaty.

Rozsądek da ci plon bogaty,

czystość sumienia jest zarobkiem.

Jeśli z radości rzeczywistych

i z prawdziwego zechcesz bolu

przemawiać — nie trza słów strzelistych

szukać jak wiatru w polu.

Po prawdzie — mowy bezmiłosne,

ten cały styl wysokopienny

są takie tępe i żałosne,

jak w suchych liściach wiatr jesienny.

WAGNER

Sztuka jest długa, żywot krótki!

Często w krytycznym mym rzemiośle

wielkie mnie opadają smutki!

Chciałbyś żyć górnie i wyniośle,

wysoką wiedzy stawić wieżę —

kroczek chcesz zrobić w przód — malutki —

w połowie kroku śmierć cię bierze!

FAUST

Czyż księga pustkę w pełnię zmienia?

czyż skrzepi kogoś, wzniesie, wzruszy?

nie znajdziesz, bracie, ukojenia,

jeśli go nie masz w własnej duszy.

WAGNER

Jednak to radość bardzo duża,

gdy się duch w dawnych czasach nurza,

poznaje zmarłych mędrców brać

i że to wszędzie postęp znać.

FAUST

O, postęp — aż do gwiazd bez mała!

i co się jeszcze dalej święci!

Dla nas zamknięta przeszłość cała

na siedem, bracie, pieczęci.

To, co nazywasz czasu duchem,

jest jeno duchem historyka,

który z zacietrzewieniem głuchem

przeszłość jak rdzawe drzwi odmyka;

lecz cóż tam znajdziesz w tym lamusie?

ożogi35, z kanap stare włosie —

czasem historyk to przystroi

w miłe powaby lśniącej zbroi;

ktoś inny w krotochwilach36 licznych

skład zrobi maksym pragmatycznych37!

WAGNER

Ale myśli i czucia nurtujące świat!

Na to jest każdy łasy, każdy poznać rad!

FAUST

Tak, tak! lecz cóż ty zwiesz poznaniem?

jakim obdarzyć to nazwaniem?

Tych kilku, którzy prosto, szczerze

czucie i myśl umiłowaną

tłumowi dali w dobrej wierze,

spalono lub ukrzyżowano.

Lecz północ już — czas bieży prędko,

kończyć nam trzeba z pogawędką.

WAGNER

Pragnąłbym, mistrzu, z twej pomocy

korzystać zawsze, z twoich słów;

więc jutro, w święto Wielkiejnocy,

pozwolisz, przyjdę znów.

Przy książce umiem-ci fałdów przysiedzieć,

lecz choć wiem wiele, rad bym wszystko wiedzieć.

Wychodzi.

FAUST

sam

Jak to w głupocie oczywistej

z nadzieją kopie wszędzie, grzebie,

jeśli miast skarbów znajdzie glisty,

to już jest w siódmym niebie.

Dziwna przekorność! Tutaj, gdzie mnie duch otacza,

przychodzi z zewnętrzności jego myśl prostacza;

lecz dzisiaj tej lichocie serce me wybaczy,

wybawił mnie, nie wiedząc, z ostatniej rozpaczy,

która zaćmiła umysł i wtrąciła ducha

w mrok posępniejszy niźli noc grudniowa, głucha.

Na zjawisku me myśli i uczucia wsparłem,

zjawiło się olbrzymie! a ja byłem karłem

Oto ja, który Boga zmogłem i posiadłem

i twarzą w twarz przed prawdy stanąłem zwierciadłem,

już zobaczyłem siebie w tym zbyciu38 ziemskości,

w chwale i dumie własnej, w blasku i jasności!

Ja, większy niż cherubin39, którego tęsknota

zapragnęła czci bożej — bożego żywota!

w chwili, gdy myśl wzleciała ponad ludzkie plemię,

jedno słowo gromowe zaryło mnie w ziemię.

Więc mi się z tobą, duchu, porównać nie wolno?

Przywołałem cię wolą twardą i mozolną,

lecz nie mogłem zatrzymać prośbą ni rozkazem

w tej chwili wielki w sobie i mały zarazem.

Okrutnieś mnie odepchnął w odmęt ludzkiej doli;

co teraz? cóż mam czynić? posłuchać twej woli?

O! czyny nasze wszystkie i nasze cierpienia

hamują bieg żywota!

Najwyższe natchnienia

plączą się, zadzierżgają o obce widzenia:

gdy się nam dobro zdobyć i ogarnąć uda,

wszystko, co odeń lepsze — zmamienie i złuda!

Najwspanialsze uczucia, potęga zachwytu

w lód się ścina w zamęcie globowego bytu.

Gdy wyobraźnia nasza w śmiałym naprzód locie,

pełna górnych nadziei w wiecznej mknie tęsknocie,

lada rozbicie szczęścia u skalnego złomu

więzi nas w bezradosnych czterech ścianach domu!

Troska gnieździ się w sercu i tysiąc niesnasek;

wtedy na twarz przywdziewasz smutną złudę masek

i nazywasz je różnie wedle konieczności:

zjawą domu, rodziny, zagłady, miłości;

drżysz ciągle i lękasz się, wieczną trwogę czujesz,

i to, czego nie tracisz — właśnie opłakujesz.

Nie jestem Bogiem! duszę kornie chylę;

robakiem jestem, który żyje w pyle,

smagany biczem lęku, nieustanną trwogą,

że go przechodzień zmiażdży nieostrożną nogą.

Pył i ksiąg szereg liczny, co się wkoło piętrzy,

mole i bezpotrzeba obmierzłych40 rupieci,

oto wszystko, w czym żyję, skąd myśli najświętszej

wyczekiwałem — długo — czyż dziw, że nie świeci?

Czyliż mam czytać o tym, że w życia obręczy

człowiek nędzny wpleciony wieczyście się męczy?

że na stulecia może jeden jest szczęśliwy?

Czaszko! cóż grymas śmiechu znaczy urągliwy?

chcesz nim powiedzieć, że mózg twój przed laty

tak, jak mój dzisiaj, po manowcach błądził

i szczęścia szukał pełni przebogatej?

i w państwie myśli szaleństwem się rządził?

Przyrządy niepotrzebne, śmiecie kół i noży,

skalpele i sprężyny! — Przed bramami stałem,

lecz zatrzaśniętych nicość wasza nie otworzy!

Przyroda zasłonięta giezłem41 zblękitniałem,

nie zezwala go zedrzeć! — nikt jej nie posiędzie,

gdy ona sama nie chce! Na nic tu narzędzie!

Stare sprzęty spłowiałe, niepotrzebne graty,

stoicie, jak was ojciec ustawił przed laty!

Pergaminie zwinięty, dymem okopcony,

przesłuchałem nad tobą wiele lat zgarbiony.

I cóż? — obym was raczej roztrwonił rozrzutnie,

niźli wraz z wami pyłem okrywał się smutnie!

Czym ojcowego mienia dziedziczenie?

co zapracujesz, w należnej jest cenie.

Bezużyteczne ciężarem się staje —

jedyna wartość w tym, co chwila daje!

Lecz czemuż wzrok mój ciągle od ksiąg i rupieci

do tej flaseczki wraca, co na półce świeci?

ilekroć spojrzę na nią, barwi się, jaśnieje

jak księżyc, który nagle w borze zbłękitnieje.

Witam cię, przyjaciółko, pozdrawiam nabożnie

i zdejmuję z tej wnęki lekko i ostrożnie;

w tobie uwielbiam sztukę i rozum człowieczy,

kwintesencjo wszystkiego, co zbawia i leczy;

oto wywar, co w sobie śmierć i ciszę ziszcza,

o, bądźże dziś łaskawy dla swojego mistrza!

Widzę cię — wraz cierpienie i smutek mój pierzcha,

dotykam — ból pożądań zamilka i zmierzcha.

Burza, co ducha mierzwi, zatapia się w ciszę:

statek życia na morzu pełnym się kołysze;

pode mną głębie tajemniczych lśnień!

do nowych brzegów wabi nowy dzień!

Wóz złoty, płomienisty na skrzydłach się zniża —

po mnie on przybył! — oto chwila się przybliża,

w której na nowej drodze, drodze eterycznej,

stanę do wielkich czynów w przestrzeni sferycznej!

O, życie wzniosłe, o, radości boska,

czy to ja jestem — czy to moja troska?

Odwróciłem wzrok chory od ziemskich rubieży42

oto bezmiar przede mną rozjaśniony leży;

otwieram złote bramy, które mija chyłkiem

człowiek przewidujący, strwożony wysiłkiem.

Czas nadszedł, aby czynem zaświadczyć przed światem,

że godność ludzka boskiej mocy bratem;

niestraszne dla mnie piekielne podcienie,

gdzie wyobraźnia maluje cierpienie;

wyjść szukam wszędy — chociażby przy bramach

płomienny szatan knuł na ducha zamach.

O, niechaj radość jasna w sercu mym zagości,

choćby ta droga nawet wiodła do nicości!

A teraz ciebie biorę, czaro kryształowa,

ukryta w czarnym puzdrze43; już wieku połowa

mija bez mała, gdy to dla swych miłych gości

ojciec na wielkie stawiał cię uroczystości;

rozweselałaś serca — podawana wkoło,

krążyłaś wśród toastów wznoszonych wesoło;

niejeden z sztychów44 rżniętych w krąg zgrabny i ładny

chwalono wdzięcznym rymem w uciesze biesiadnej;

niejedna noc młodzieńcza powraca pogodna,

gdy wino z ciebie pito jednym haustem do dna!

Nie podam ciebie więcej swemu sąsiadowi,

i pochwały na pełną nikt już nie wypowie;

napełniam cię napojem z własnego wyboru —

na śmierć upija siła ciemnego likworu;

ostatni raz cię do ust podnoszę: na zdrowie

idącego poranka! Jutro — twoje zdrowie!!

Przykłada czarą do ust. Bicie dzwonów i śpiewy chóralne.

CHÓR ANIOŁÓW

Chrystus zmartwychwstał!

Radość dla ludzi,

których grzech brudzi,

których grzech trudzi;

Chrystus zmartwychwstał!

FAUST

Pieśni cudowna! Uroczyste dźwięki,

które mi czarę wytrącacie z ręki!

czyliż muzyką dzwonów niepojętą

zmartwychpowstania ogłaszacie święto?

Czyliż to dźwięczą nabożne chorały,

które w Wielkanoc kojąco wołały

mojej młodości nabożne: „Hosanna,

nowych przymierzy godzino poranna”?

CHÓR NIEWIAST

Wonnościami namaszczony,

w grobie Pan nasz położony,

w płótna białe owinięty,

spoczął Chrystus z krzyża zdjęty.

Tą godziną powołaną

przyszłyśmy w dzisiejsze rano,

niesiem mirry45, nard46 i chusty —

ciała nie ma — a grób pusty.

CHÓR ANIOŁÓW

Chrystus zmartwychwstał!

Szczęsny — w miłości

swe przeciwności

zwalcza radośnie —

ożył miłośnie!

Chrystus zmartwychwstał!

FAUST

Przyszłyście do mnie, dźwięki wzniosłe, w gości,

w godzinie pustki i wielkiej żałości;

wołajcie ludzi cichych i godnych ofiary,

słyszę wasze wołanie, lecz już nie mam wiary!

Najsłodszym dzieckiem wiary jest cud! a ja przecie

nie znajdę już odwagi, by w sferycznym świecie

waszej muzyki szukać słów Wielkiej Nowiny.

A jednak w graniu dzwonów wracają godziny

dobrej młodości mojej na zawsze odbiegłej,

gdy święte pocałunki od zguby mnie strzegły.

Wołacie mnie do życia! lata w was się głoszą,

w których korna modlitwa była mi rozkoszą,

a tęsknota mnie wiodła w głąb wiosennych kniei,

gdzie z łez gorących wstał kształt nowych idei.

O, szczęsne święto wiosny! Czasie wspomnień błogi!

wstrzymujesz krok ostatni na połowie drogi.

Grajcie dzwony i pieśni! dźwiękami słodkiemi

otoczcie serce moje! powracam w krąg ziemi!

CHÓR UCZNIÓW

Oto stracony i pognębiony wznosi się w górę;

wzniosłość i życie walczy, zwycięża groźną wichurę.

Radość tworząca, wiedza widząca w sercu się ziszcza;

dom się wzbogaca, szczęście powraca naszego mistrza.

CHÓR ANIOŁÓW

Chrystus zmartwychwstał!

Grób przezwyciężył! Serca wyzwala z więzów nicości!

Czynem Go wielbcie, braterstwem darzcie, wianem47 miłości!

Chrystus zmartwychwstał! Przełamał mroki,

ku wam, pokorni, kieruje kroki!

PRZED BRAMĄ MIEJSKĄ

Faust, Wagner, Czeladnicy, Służące, Studenci, Mieszczanki, Obywatele, Dziad, Stara Baba, Żołnierze, Chłopi.

Miejsce przechadzek.

Sporo luda.

CZELADNICY

Dokądże, dokąd to tak skoro48?

INNI

Do leśniczówki upłazami49.

PIERWSI

A my do młyna, chodźcie z nami.

CZELADNIK

A ja wam radzę nad jezioro.

DRUGI

Po cóż drogami iść zwykłymi?

DRUDZY

A ty co robisz?

TRZECI

Idę z nimi.

CZWARTY

Radzę wam, chodźmy na folwark co żywo,

najładniejsze dziewuchy i najlepsze piwo,

i harmider tam, co się zowie tęgi.

PIĄTY

Wisus50 z ciebie, kolego — nie pomnisz51? a cięgi,

które dwukrotnie brałeś? chcesz raz trzeci jeszcze?

ja nie idę, to miejsce, zda mi się złowieszcze.

SŁUŻĄCA

Ja już wracam do miasta; zresztą, co kto woli.

DRUGA

Spotkamy go na pewno przy tamtej topoli.

PIERWSZA

Wielka mi rzecz! Toć z tobą gwarzył będzie

i z tobą tylko tańczył w pierwszym rzędzie;

chcesz pogruchać i zażyć miłości,

cóż mnie obchodzą twoje przyjemności?

DRUGA

Nie będzie sam na pewno, bądź więc bez obawy,

mówił mi, że z nim przyjdzie, wiesz, ten kędzierzawy.

STUDENT

Sto diasków, jak te dziewki rozkosznie się noszą!

chodź, bracie, ino podejść, same nas poproszą;

fest zakurzyć i popić, i tęgo mieć w czubie,

strojna dziewka do tego, oto, co ja lubię.

MIESZCZANKA

Spójrz tylko na tych chłopców, jak oni się trwonią,

Bóg wie, co mieć by mogli — za dziewkami gonią.

DRUDI STUDENT

do pierwszego

Nie śpiesz tak — tam za nami idzie para gładka52,

jedną z nich znam i lubię, to moja sąsiadka;

idą sobie powoli, w biodrach się kołyszą,

na pewno rade będą zgrabnym towarzyszom.

PIERWSZY

Ja na tamte dzierlatki większą mam ochotę;

po co mi zalecanki, długie ceregiele,

zresztą ręka, co miotłą para się53 w sobotę,

ta na pewno najlepiej popieści w niedzielę.

OBYWATEL

Ani mi się podoba, ani jest rozumny

nasz nowy burmistrz — pyszny jest i dumny,

dla miasta nic nie robi, z dniem każdym jest gorzej,

utrudnienia wciąż nowe i przeszkody tworzy;

bądź uległy, posłuszny, ciągle płać podatki —

jak to tak dalej pójdzie — trza zbierać manatki.

DZIAD

śpiewa

Panowie dobrzy, niewiasty nabożne,

strojne, rumiane, piękne, wielemożne;

dobo scęśliwo!

prose wos, w dniu tym, w którym sie ciesycie,

rzućcie jałmużnę, duse swą zbawicie,

niek dziod ma żniwo.

OBYWATEL DRUGI

Gdy tak we święta cicho i spokojnie,

chętnie się gwarzy o bitwach i wojnie,

że to w tej Turcji bitki są i sprzeczki —

słuchasz, pociągasz z nadobnej szklaneczki,

a rzeczka płynie, z towarem okręty,

wracasz do swego domku uśmiechnięty,

rad, że to pokój w ojczyźnie jest święty.

OBYWATEL TRZECI

Słusznie, sąsiedzie! Tylko ład i praca

toruje drogę wiekowi złotemu,

niechże się wszędzie wali i przewraca,

byleby w domu było po staremu.

STARA BABA

do Mieszczanek

Jakie to strojne panny — jak się złocą!

każdy się snadnie54 w was zakochać może,

jeno55 się zbytnio nie dróżcie — bo po co?

— gdyby coś tego — to stara pomoże.

MIESZCZANKA

Chodźmy, nie mówmy z wiedźmą na widoku,

zaczęto by nas obmowami chłostać;

wiesz — na Andrzeja ubiegłego roku

w wosku mi męża pokazała postać.

DRUGA

I mnie to samo, tylko że w krysztale,

w gronie wojskowych właśnie go widziałam —

sam także żołnierz — mówię ci, wspaniale!...

Lecz go dotychczas jeszcze nie spotkałam.

Śpiew żołnierzy

Mury, blanki56, serca, wianki,

twierdze harde i kochanki

zdobyć szturmem — w to mi graj!

Panieneczko! grzmi fanfara!

do ataku! naprzód, wiara!

do alarmu, trąbko, graj!

Czarne oczy u tej wojny,

żywot przy niej niespokojny!

Czarnooka! buzi daj!

Nad żołnierza nie masz pana!

musisz moją być, kochana!

znaj żołnierza! pana znaj!

Faust i Wagner nadchodzą.

FAUST

Lody puściły. Strumienie i rzeki

niosą w rozbłyskach śpiew idącej wiosny;

aż po zmodrzały widnokrąg daleki

ziemia hymn śpiewa wonny i radosny.

Zima, w manowcach posępnych ukryta,

dmie ostatkami sił, wiatrem szronistym;

słońce z dnia na dzień bujnieje, rozkwita

przepychem kwiatów, wzniosłym, uroczystym.

A jak te kwiaty, tak strojni przechodnie

barwą się mienią — spójrz jeno ku bramie —

długim szeregiem idą — tak pogodnie!

krasne bukiety w wiosny panoramie.

Z ponurych murów na świetlane błonie

— jako na dłoni widać z tego wzgórza —

rój dziew i chłopców wylata i płonie,

w słonecznych blaskach pławi się i nurza.

Tak radość chłoną od wczesnego rana,

idą, przystają i znów idą dalej —

i sercem wielbią Zmartwychwstanie Pana,

w tym dniu wiosennym sami zmartwychwstali.

Z niziutkich domów, z suteryn57, z poddaszy

i z wąskich ulic gwaru, rojowiska,

idą ku kwietnej i słonecznej paszy,

gdzie smęt daleko jest, a radość bliska.

Spójrz jeno — miasto budzi się i roi,

i szumną falą rozlewa po łące;

rzeka żaglami, tratwami się stroi;

tam łódź ostatnia w dale migocące

z ochotną ciżbą płynie wśród śpiewania:

z hali górale idą, lśnią jak w zbroi

w wzorzystej krasie szumnego58 ubrania.

Jasna, wesoła chwil uroda

pod niebem wielkim, modrym, lekkim...

budzi się radość i swoboda —

oddycham w pełni nią! — Jestem człowiekiem.

WAGNER

Z tobą przechadzka, mój panie doktorze,

korzyść niemała, zaszczyt bardzo duży,

lecz sam bym nie szedł tu o takiej porze,

nie lubię chamstwa, krzykliwość mnie nuży.

To smyczkowanie, krzyki, hałas, wrzawa,

po prawdzie mówiąc, napełnia mnie gniewem,

może to dła nich wreszcie i zabawa,

dla mnie to ryki, co oni zwą śpiewem.

CHŁOPI POD LIPAMI

taniec, śpiew

Pasterz się przybrał, poszedł w tan

w kwiaciastej jubce59, na łbie wian;

pod lipą taneczników koło

śpiewa i wodzi rej wesoło.

Oj! dana, dana,

dana, da —

wodzi rej wesoło!

Pośród tancerzy lotnych kół

znalazł dziewuchę, wziął ją wpół —

niechcący pchnął ją — ona: „Wara60!

cóż za latawiec i niezdara”.

Oj! dana, dana,

dana, da —

latawiec, niezdara!

W głowie się kręci — oczy mglą —

w lewo i prawo — toż to szło —

z ręki dziewuchy szły do ręki —

furczą i wznoszą się sukienki.

Oj! dana, dana,

dana, da —

wznoszą się sukienki!

Hola, dziewczyno! nabierz tchu!

a nie wierz chłopcu jako psu —

nasieje w żytko twe kąkolu,

a potem szukaj wiatra w polu.

Oj! dana, dana,

dana, da —

szukaj wiatra w polu!

STARY CHŁOP

Dla nas to zaszczyt, doktorze, nie lada,

żeś nie pogardził dziś naszym kiermaszem

i że jegomość bratnio z nami siada.

Więc się ośmielę, z zezwoleniem waszym,

podać wam dzban ten zacnego napoju —

niech wam na zdrowie będzie, dobry panie,

żyjcie tak długo w szczęściu i bez znoju,

ile jest kropel wina w dzbanie.

FAUST

Szczerość serdeczna w twoim prostym słowie,

chętnie przyjmuję — wznoszę wasze zdrowie!

Tłum się gromadzi.

STARY CHŁOP

Dobrze czynicie, że w kole wesołem

jesteście z nami, żeście nie wzgardzili,

bośmy to przecie dawno temu społem61

i ciężkie czasy przeżyli.

Jeszcze tu żyją i są między nami,

których wasz ojciec wyleczył w czas dżumy,

hej, doktor to był ponad doktorami

i rozum jego był ponad rozumy!

Z ojcem zarazę zwalczaliście wtedy,

młodzieńcze serce wasze się nie bało,

i ratowaliście nas z ciężkiej biedy —

wielu pomarło — wam nic się nie stało.

Tu w sercach naszych wieczny macie dług,

wspieraliście nas, a was wspierał Bóg!

Wszyscy

Zdrowie twe z pełnej pijem kruży62!

żyj i pomagaj jak najdłużej!

FAUST

Bogu hołd złożyć się należy —

pomoże temu, kto weń wierzy.

Odchodzi z Wagnerem.

WAGNER

Jakże cię cieszyć muszą zaszczyty i sława,

które za twe zasługi tłum ci szczodrze dawa;

szczęśliwy, komu korzyść przynoszą zdolności!

Oto cię wszyscy wielbią w wylanej63 miłości —

ojciec dzieciom wskazuje mówiąc: patrzcie, dzieci,

oto człowiek, co wśród gwiazd jako księżyc świeci.

Cisną się wszyscy, tańce ustają i granie —

idziesz — a wraz64 tłum milknie i szpalerem stanie —

omal nie klęknie z drżeniem niepojętem,

jakby ksiądz z Przenajświętszym przeszedł Sakramentem.

FAUST

Jeszcze nas kilka kroków tylko dzieli od kamienia,

na którym przysiądziemy nieco dla wytchnienia.

Ileż razy mnie kroki zamyślone wiodły

tu właśnie na marzenia, na post i na modły!

Pełen nadziei, silny na duchu i wierze

modliłem się do Boga gorąco i szczerze

o zmniejszenie zarazy; dziś poklaski żywe

są dla mnie jak szyderstwa słowa obelżywe.

Zgoła nie zasłużyliśmy — ojciec ze synem,

aby lud ich zasługi uwieńczał wawrzynem.

Mój ojciec, widzisz, parał się ciemnymi siły —

w jego pracowni w tyglach się rodziły

one leki i maści, czarodziejskie brednie,

które w nocy spłodzone, leczyć miały we dnie.

Ogółem biorąc był to człowiek sprawiedliwy,

który wierzył w te swoje obłąkańcze dziwy —

wierzył — więc był spokojny i czysty w sumieniu.

Owe lwy i lilije65 żenione w płomieniu

na łożu madejowym rozciągał i smażył,

aż królewnę rumianą66 w retorcie67 uwarzył.

Lecz gorzej, kiedy chorych tym wywarem leczył,

boć, rzecz jasna — nikogo tym nie zabezpieczył

przed śmiercią, wprost przeciwnie, dużo zdziałał złego,

umierali — nie wiedząc przez kogo i z czego;

w dolinach tych i górach z ojcowej poręki

najsroższe były mory i największe męki;

ja sam, ojcowym zarażony szałem

tysiącom te trujące leki podawałem.

A dzisiaj, o, ironio! ofiarują serce

i wielbią — chwałą darzą — kogóż to? mordercę!

WAGNER

Czym tu się trapić? ja bym się nie liczył68!

Kto pracuje w tym kunszcie, który odziedziczył,

czyni dobrze — a jeśli w tym ojca przerośnie —

stokrotnie rad być winien, bo może radośnie

przed sobą samym stwierdzić, że jego syn może

dojść do doskonałości, idąc po tym torze.

FAUST

Szczęśliwi, którzy wierzą, że szczątki okrętu

swej wiary wyratują z pomyłek odmętu!

Do niewiadomej prawdy tęskni się bez granic,

a to, co się zdobyło, nie zda się nam na nic.

Lecz dość! po cóż zatruwać poczuciem swej winy

darzące ukojeniem zachodu godziny!

Domy pod strażą sadów opromienia zorza —

znów dzień jeden odpływa w nieznane przestworza

na nowe życie! O, móc skrzydłami orlemi

lecieć za nim w bezmiary, za orbitę ziemi!

Oto widzę w marzeniu, podniesiony lotem,

całą ziemię oblaną promieni tych złotem —

ogniem płonące turnie69, ściszone doliny —

rzeki stopionym złotem płynące w krainy

dalekie! Nic nie broni wysokiego biegu —

góry ani przepaście! — aż morskiego brzegu

odsłonią się kontury, skąd wieczyste fale

zdają się wpływać światłem w gwiaździste oddale.

Przede mną cień — a za mną noc — przede mną morze —

a nade mną na wieczność spłomienione zorze.

Piękny sen! — dzień szarzeje, zaumiera, kona,

o, nie wytęsknią skrzydeł tęskniące ramiona!

Lecz któż zabroni sercom wieczne marzyć życie,

gdy w cichy dzień skowronek dzwoni na błękicie,

gdy orzeł z turni patrzy w stawów oczy pawie,

gdy z klangorem70 na wyraj71 wzlatują żurawie?

WAGNER

Ja także w moim życiu różne sny miewałem,

lecz takich smutnych tęsknot nigdy nie zaznałem.

Bywało — myślą w lasach i polach zagoszczę,

lecz skrzydeł marnym ptakom nigdy nie zazdroszczę...

O, ileż już rozkoszniej — tak karta po karcie

czytać księgi — w maksymach znachodzić72 oparcie;

zwłaszcza w zimowe noce, gdy kominek grzeje,

jak słodko w ludzkiej myśli wczytywać się dzieje;

a jeśli się nadarzy pergamin nieznany

do rąk dostać — ach! wtedy duch szczęściem pijany.

FAUST

Tę jedną żądzę czujesz, nie chciej innej! — We mnie

ogień wieczystych tęsknot nigdy się nie zdrzemnie!

Dwie dusze mam — w rozprzęgu wiecznym i zamęcie:

jedna się pazurami w ziemię prze zacięcie,

druga z oparów ziemskich podnosi się w niebo,

niezwalczoną zaświatów wieczystą potrzebą.

O, jeśli na powietrzu są niewidne duchy,

wiążące między ziemią a niebem łańcuchy,

jeśli jesteście, wołam, spłyńcie ku mnie skrycie

i prowadźcie na nowe, wielkie, bujne życie!

O, płaszcz czarowny mieć, płynący gwiezdnym śladem!

oddałbym zań królewskie berło i diadem!

WAGNER

Nie wołaj, mistrzu, nieszczęsnej gromady,

ukrytej chytrze w mgle niewidnej, bladej!

przyczajone niestwory czatują i baczą,

by myśl klęską zaorać i posiać rozpaczą!

Jeśli z północy przyjdą — lodem cię zamrożą,

jeśli z południa — pożarem zagrożą,

jeśli ze wschodu — żegnaj się z nadzieją,

jeśli z zachodu — potopem zaleją.

Wołań ludzkich słuchają chętnie, lecz na szkodę,

potrafią wyczarować piękno i urodę;

kłamią — mamiąc rozkosze i niebiańskie raje,

lecz nic po nich krom73 klęski i zła nie zostaje!

Lecz chodźmy, noc zapada, mgły włóczą się sine,

najbardziej dom się ceni w wieczorną godzinę.

Czemuż stoisz z tą dziwną ciekawością w oku,

co widzisz, co dostrzegasz w tym wieczornym mroku?

FAUST

Czy nie widzisz tam w polach tego psa czarnego?

WAGNER

Owszem, dawnom go zoczył74 — no, ale cóż z tego?

FAUST

Czy ciebie niepokoi ta postać nieznana?

WAGNER

Zdaje się, że to pudel — zgubił swego pana

i węszy za śladami.

FAUST

No, a co oznacza

i co oznaczać może, że nas tak otacza

kręgami coraz ciaśniej, wciąż biegnie za nami,

a jeśli się nie mylę — za jego krokami

dostrzegam smugę iskier.

WAGNER

To chyba złudzenie;

ja widzę pudla — mamią was wieczorne cienie.

FAUST

Mnie się zdaje, co zresztą wcale mnie nie straszy,

że on tak sieć zaplata wokół drogi naszej.

WAGNER

Ja mniemam, że on węszy, szukaniem się trudzi,

strwożony, że miast pana spotkał — obcych ludzi.

FAUST

Lecz krąg coraz ciaśniejszy, już jest bardzo blisko.

WAGNER

Wszakże to nie jest upiór! jakieś miłe psisko,

szczeka trwożnie, waruje, kładzie się i czai,

i ogonem zamiata wedle psich zwyczai.

FAUST

Chodź z nami! chodź! tu bliżej.

WAGNER

Ładne psisko wcale75,

a z bliska się przedstawia nawet okazale;

i tresowany; bardzo zmyślna jucha;

stoisz — on stoi; idziesz — idzie; słucha

słów twoich, skacze, widać jeszcze młody;

rzuć laskę! ciekaw jestem, czy skoczy do wody —

o — na pewno da nura!

FAUST

Masz rację, to nie duch w nim, to wszystko tresura.

WAGNER

Pies, co umie wyprawiać różnorodne sztuki,

rozweseli i męża głębokiej nauki.

A ten zda mi się sprytnym losów darem,

możesz go zamianować, mój mistrzu, scholarem76.

Wchodzą w bramą miasta.

PRACOWNIA

Faust, Mefistofeles, Duchy.

FAUST

wchodzi z pudlem

Ostały łąki, kwieciste rozłogi77

osnute siecią zwycięskiego cienia;

w duszy przeczucia budzą się i trwogi,

pragnienia dobra, ciszy, ukojenia.

Minęły burze, szały, namiętności,

ściele się równa i pogodna droga;

serce me pełne człowieczej miłości

i drugiej, dalszej miłości do Boga!

Ucisz się, piesku! nie skacz po pokoju!

progu nie wąchaj — leżeć! cóż za licho!

tam się za piecem ułóż, śpij w spokoju,

masz tu poduszkę — a teraz sza! cicho!

Gdyśmy się dzisiaj spotkali nad rzeką,

skokami swymi bawiłeś mnie, psino,

więc się odwdzięczyć chcę dobrą opieką,

serdeczną ciebie obdarzam gościną.

Gdy wąska cela zalśni w świec urodzie,

na duszy raźniej, serce z sobą w zgodzie,

myśl się ucisza! budzą się nadzieje,

przyszłość się do nas zaleca i śmieje.

Tęsknota z nagła wyłania z ukrycia

rzeki żywota — ach! i źródło życia.

Nie warcz, psie! nie warcz — twe szczekanie zrzędne

z świętością pieśni we mnie niestrojne i zbędne.

Wszak jeno ludzie, gdy dobra nie widzą

ni piękna — mówią z lenistwem zbyt taniem,

że dobra nie ma, z piękna głośno szydzą.

Tak, co im nie dogadza, zbywają szemraniem.

Chcesz ludzi naśladować upartym szczekaniem?

Już zgasła moja cisza! Niespokojne drżenie

coraz bardziej oddala me zadowolenie;

czemuż zdrój łask tak prędko wysycha,

a mrok i zasępienie z wszystkich kątów czyha?

czym tęsknotę zaświatów w duchu opromienię?

doświadczenie mi mówi: wiarą w objawienie!

a gdzież ją nieskalanie odnajdę i święcie?

w wiecznej księdze żywota: w Nowym Testamencie.

Zanurzę myśli w tę światłość przeczystą

i zaklnę treści słów w mowę ojczystą.

otwiera Biblię, zabiera się do pracy

Więc czytam: „Na początku było Słowo!78

— utknąłem! Dziwną to przemawia mową;

czyż Słowo może wszechświat wyłonić i stworzyć?

Muszę inaczej to przełożyć!

Jeślim dobrze zrozumiał — w brzmieniu tego wątku

jest sens, że jeno Myśl była z początku;

lecz niechże dociekania treści nie zakurczą —

możeż Myśl sama w sobie być wszechtwórczą?

Sprawa jest coraz bardziej mętna i zawiła,

a może na początku była Siła?

Już chcę napisać, a jednak coś broni,

czy się w tym słowie część treści nie trwoni?

Duch mi objawia sens wieków porządku,

już wiem — i piszę oto: Czyn był na początku!

Jeżeli mamy z sobą żyć,

przestań raz wreszcie szczekać, wyć,

towarzysz z ciebie niespokojny;

ciszy wymaga trud mój znojny.

Gościnność nierad cofam; lecz nie w smak widać kąt?

drzwi nie zamknięte — proszę! ktoś z nas wyjść musi stąd!

Lecz cóż to? czy mnie mamią oczy?

czy to złudzenie? czar pomroczy?

cóż to — cóż?

pies nagle urósł wszerz i wzdłuż,

podnosi się i potwornieje!

coś się niesamowicie dzieje!

to już nie pies! z oparów, z chmur —

wyrasta knur!

mordę podnosi przeobrzydłą,

ślepiami toczy jak straszydło.

O, piekielniku, rychło cię pokona

gromkie zaklęcie Kluczem Salomona79!!

DUCHY

w korytarzu

Niech każdy czuwa, niech nikt tam nie leci!

Bies się zaplątał w sieci!

Latajcie, czuwajcie, krąg zatoczcie bratni,

póki nie wyjdzie z matni!

Często pomagał, z opresji ratował,

czuwajmy, czuwajmy u ścian i u pował80.

FAUST

Najpierw, duchu przeklęty,

wzywam cztery elementy81:

salamandry82 niech płoną,

sylfy83 łudzą,

undyny84 toną,

koboldy85 trudzą.

Ten, co je wzywa, zmusza do posłuchu,

panem jest twoim, nieposłuszny duchu.

Znikaj w płomieniu,

salamandro!

rozpłyń się w zielonym cieniu,

undyno!

zalśnij w komet rozmietleniu,

sylfido!

Spokój zapewnij domowi —

Incubus86! Incubus!

Kto zacz — niechaj odpowie!

Więc nie jesteś z ich rodziny?

Leży, patrzy, szczerzy zęby —

więc poza zaklęć ziemskich obręby!

klnę cię w imię ofiar za winy!

Czarci pomiocie,

szczeć87 ci się zjeża —

klnę cię w imię Nowego Przymierza,

co w glorii złocie

wznosi się z ziemi wzwyż!

klnę cię na krzyż!!

Zaklęty drży i truchleje,

puchnie, wzrasta, olbrzymieje,

całą przestrzeń wypełnia, zakrywa

i w mgle sinej się rozpływa.

Czar zaklęć się pełni i ziszcza —

spod stropu padnij, duchu, do nóg swego mistrza!

Grożę niedaremno!

Spokój w tym domu zagości!

Duchy jasności ze mną!

Nie chciej, bym cię zaklinał w imię potrójnej światłości!

Mgła opada. Spoza pieca wylania się Mefistofeles w postaci wędrownego żaka.

MEFISTOFELES

Po cóż hałasu tyle?

jestem, do stóp się chylę!

FAUST

Więc tuś mi, bracie! Zmiana taka!

miast psa mam wędrownego żaka?

MEFISTOFELES

Pełen atencji88 sługa twój, mężu uczony —

zmordowałeś mnie setnie — brr! jestem spocony.

FAUST

Jakież twe imię?

MEFISTOFELES

Och, to drobiazg przecie.

Kto jeno do spraw wielkich wyczuwa tęsknotę,

kto słowu moc odbiera światłotwórczą w świecie,

ten dba jeno o głębię, o rzeczy istotę!

FAUST

Lecz w tym wypadku godzi mi się pytać;

istotę można z nazwiska wyczytać

tam, gdzie ono wyraźne — widzi pan dobrodziej,

jak to się mylić, gdy ktoś zwie się złodziej,

Rokita albo Kusy — ? niepotrzebne waśnie;

Więc kim ty jesteś, powiedzieć chciej właśnie.

MEFISTOFELES

Ja jestem częścią owej siły, której władza

pragnie zło zawsze czynić, a dobro sprowadza.

FAUST

Zagadka trudna, zgoła nieczłowiecza!

MEFISTOFELES

Ja jestem duchem, który wciąż zaprzecza!

I mam prawo! bo wszystko, co powstaje,

słusznie się pastwą zatracenia staje;

więc lepiej, żeby nic nie powstawało.

A wszystko to, co wy zbyt śmiało

zowiecie grzechem, złem przeklętem —

moim jest właśnie elementem.

FAUST

Zowiesz się — częścią, a stoisz tu cały!

MEFISTOFELES

Rzekłem! umiej wyciągnąć treść i z prawdy małej:

jeżeli człowiek, jak się często zdarza,

z urojeń siebie za całość uważa —

to jam jest częścią części tej pierwotnej mocy,

z której światło powstało! jam częścią pranocy!

Dumne światło, co mrokom pierwszeństwa zaprzecza,

jest jeno marną złudą, świata nie ulecza,

z ciał spływa, ciała barwi — stąd wnioskować snadnie89,

że z rychłym ciał upadkiem i światło przepadnie.

FAUST

Więc znam już ciebie i twe myśli śmiałe!

nie możesz zmóc90 wielkości — niszczysz to, co małe.

MEFISTOFELES

Lecz skutek jakżeż marny! sam się temu dziwię!

to, do czego odnoszę się tak urągliwie,

ta ziemia, którą ciągle siła moja niszczy,

odradza się uparcie z popiołów i zgliszczy;

zalewam ją falami, burzami obalam,

trzęsieniami nawiedzam, pożogami spalam —

po czasie ląd i morze znów się uspokaja,

i znów się mnoży zwierząt i ludności zgraja;

pogrzebałem ich tyle, zmiażdżyłem do szczętu,

a oni się dźwigają z strasznego zamętu —

krew świeża płynie w żyłach żywa i wszechmożna!

i tak ciągle, tak zawsze, ach! oszaleć można!

Wszystko żyje: powietrze i woda, i ziemia

tysiączne ziarna stwarza, kiełkuje, rozplemia

i bez przerwy, bez wytchnień rodzi, rodzi, rodzi —

czy zima, czyli91 lato, w posusze, w powodzi.

Gdybym ognia dla siebie chytrze i przytomnie

nie zastrzegł, mistrzu magii, już byłoby po mnie.

FAUST

Tak więc potędze, która wiecznie stwarza,

pięść twa diabelska na próżno wygraża?

Krzyczysz spieniony gniewem — nikt nie słucha głosu,

musisz zmienić proceder, o, synu chaosu!

MEFISTOFELES

Pomyślę o tym! rzecz jutro wyłuszczę,

a teraz pozwól, mistrzu, że cię już opuszczę.

FAUST

Dlaczego mówisz o pozwoleniu?

Poznałem cię — więc przychodź, kiedy chcesz;

tu okno w świetle, a tam drzwi w przycieniu,

jest ostatecznie komin też.

MEFISTOFELES

Wyznać ci muszę! dla mnie zamknięta jest droga

przez ten maleńki znaczek u twojego proga.

FAUST

Pentagram92 broni? lecz powiedz otwarcie,

jakżeż tu mogłeś wejść, okpiony czarcie?

MEFISTOFELES

Zauważ proszę, widzisz? z jednej strony

trójkąt zbyt krótki — nie daje obrony.

FAUST

Rzeczywiście, przypadek; jest skaza w wykroju,

więc waszeć uwięziony jesteś w mym pokoju?

MEFISTOFELES

Pudel nie zauważył, teraz jest inaczej,

trudno przez próg przekroczyć — diabeł jest w rozpaczy.

FAUST

Jest przecież okno, na cóż ta obawa?

MEFISTOFELES

Diabły i strzygi93 prawa nie naruszą:

którędy weszły, tędy i wyjść muszą;

to już jest nakaz taki i ustawa.

FAUST

A więc i piekło miewa swoje prawa?

To dobrze! znaczy się: dotrzymujecie słowa,

gdy stanie między wami a nami umowa?

MEFISTOFELES

Bezsprzecznie; przekonasz się! Lecz trudno w tej chwili

załatwić to: jeśli chcesz, byśmy omówili

tę sprawę, przyjdę jutro, rozważym w spokoju,

a teraz już mnie wypuść z twojego pokoju.

FAUST

Toć zostań jeszcze, z wielką przyjemnością

zabawię się dziś plotką lub nowością.

MEFISTOFELES

Niech mnie doktor nie więzi, niechże mnie wyzwoli

wrócę i spełnię chętnie życzenia twej woli.

FAUST

Wszakżem cię nie napędzał w sieci, czarci synku,

kto diabła raz przychwycił, niech go trzyma w ręku.

MEFISTOFELES

A więc trudno! Zostaję! za gościnność w darze

różne sztuki diabelskie chętnie ci pokażę.

FAUST

Owszem! byle twe sztuczki były pełne wdzięku!

MEFISTOFELES

W tej jednej godzinie

więcej się cudów przed tobą rozwinie

niż w latach wielu.

Oto ci, miły przyjacielu,

śpiewy przedziwne wyczaruję,

tęczą obrazów cię osnuję,

woń przerozkoszna cię owionie,

nasycę twoje podniebienie

i tysiąc uczuć wskrzeszę w łonie,

i najpiękniejsze dam marzenie!

Bez przygotowań, zbytnich słów,

do mnie! bywajcie duchy snów!

DUCHY

Znikajcie mroczne sufity,

witajcie jasne błękity!

bez burz i chmur,

niech słońce niesie nadzieję,

gwiazd złotych niech zajaśnieje

rozgrany chór.

Witajcie, niebiańskie syny,

urocze, wdzięczne dziewczyny

zawiedźcie tan.

Oto się barwi i kwieci

uśmiechem i pląsem dzieci

kwiecisty łan.

Wzorzyste, rozwiane szaty

zakryją ziemię i światy

welonem tęcz,

a pod tą zwiewną zasłoną

ciała w uścisku zapłoną

w przycieniu wnętrz.

Skwarni pożądań tęsknotą,

senni doznaną pieszczotą,

zapadli w cień.

Nad chłopcem i nad dziewczyną

pnączami wije aię wino —

rozkoszy dzień!

A oto wino dojrzewa,

źrałością94 w słońcu omdlewa

na stokach wzgórz —

w uścisku pryska jagoda

i sączy się płynna i młoda

w kryształy kruż95.

Wino perlące, pieniste,

ożywcze, chłodne, złociste,

wzbiera po brzeg

i spływa szumiącą strugą

jak rzeka szeroko i długo

w okrężny bieg.

Przez góry, lasy, pól składy,

w wybryzgach skrzącej kaskady

powodzią mknie —

z gór spada, zalewa łęgi96,

ogarnia szałem potęgi

noce i dnie.

A ponad winnym zalewem

z uśmiechem, tańcem i śpiewem

nasz wietrzny wir —

płynie, opada, znów wzlata

przez chmury do gwiazd ze świata

w melodii lir.

Ty — góry przelatuj strome,

ty — w rzece ciało łakome

kąp, śpiewaj, chwal!

Wszyscy do życia, radości

wzlatujmy pełni miłości

w gwieździstą dal!!

MEFISTOFELES

Już śpi! zwinęliśmy się gracko, sprawnie —

leży cichutko i zabawnie!

Nie tobie więzić diabła, bracie!!

A teraz jeszcze zaśpiewacie!

odurzcie go, by w tym śpiewaniu

szalał i drżał jak w obłąkaniu.

Lecz trzeba mi ten próg przekroczyć,

— żeby gdzieś szczura zoczyć!

No, nic trudnego, już chroboce,

zaklnę na mroki i na noce!

Ja, władca szczurów, myszy, much,

węży i stonóg — wytęż słuch —

wyjdź z nory, próg ten naznaczony,

oliwą wonną namaszczony,

przegryź! — Już jesteś? do roboty!

zniszcz ten przeklęty znak!

wolność mi niosą te chroboty!

tu jeszcze zatop ząb — o tak!

I już się sytuacja zmienia!

Śpij, Fauście, zdrowo! Do widzenia!

FAUST

budzi się

Więc znowuż jestem oszukany?

Czyż taki sennych marzeń kres?

gdzież ten piekielnik, ten żak szczwany97?

snem był snadź98 diabeł i snem pies!

PRACOWNIA

Faust, Mefistofeles, Uczeń.

FAUST

Ktoś puka! — proszę! — Kogóż wiodą nieba?

MEFISTOFELES

Ja jestem.

FAUST

Proszę.

MEFISTOFELES

Trzykroć prosić trzeba.

FAUST

Proszę!

MEFISTOFELES

O, tak to lubię! Może mi się uda

skaptować99 ciebie; pragnę, by pierzchła twa nuda,

przeto czerwony wdziałem strój powabny,

złotem bramiony100 kraj, a wierzch jedwabny;

kogucie pióro lśni na kapeluszu,

przy boku szpada — ot, dla animuszu;

i tobie lepszy ubiór przywdziać radzę —

zawsze to dobrze zgrabnie się przystroić;

odświeżonego, wolnego wprowadzę

w świat — życie poznać musisz i — pobroić.

FAUST

To obojętne! czy z tą, czy z tą szatą

zawsze tak się czuł będę jak więzień za kratą;

za stary do zabawy, a sercem za młody,

by nie mieć pragnień; życie już żadnej osłody

dać mi nie może; jaką? — wszak o każdej dobie

uparty nakaz słyszę — wciąż: odmawiaj sobie!

odmawiaj sobie zawsze — oto śpiew wieczysty —

odmawiaj sobie — schrypłe złe godziny dzwonią!

Przerażenie mnie budzi w ranek chłodny, mglisty,

a oczy zrozpaczone omal że łzy ronią,

bo znów dzień nowy idzie w najzwyklejszym torze,

który spełnić jednego pragnienia nie może,

każde pragnienie, twórczość i wzloty niweczy

i przedrzeźnia koszmarem niemocy człowieczej —

ba, nawet marne poczucie radości

schnie, zanim złudą w sercu mym zagości,

Gdy noc nadchodzi długa — jakżeż dla mnie wroga —

budzi sny, z których rozpacz wyziera i trwoga.

Bóg, co w mym sercu mieszka, wzrusza moje wnętrze,

na zewnątrz jest bezsilny! oto tak się męczę,

a byt mój jest ciężarem po dziś od powicia,

jeno śmierci wyglądam — nienawidzę życia!

MEFISTOFELES

A jednak przed tą śmiercią żyjecie w obawie.

FAUST

Szczęśliwy, kto z wawrzynem w pełnej kona sławie,

szczęśliwy, kogo w tańcu śmierć zdławi, przy winie

albo podczas pieszczoty przy słodkiej dziewczynie!

Obym w chwili zjawienia i w onym zachwycie

przed siłą Ducha ziemi, w słońcu skończył życie!

MEFISTOFELES

A jednak ktoś nie wypił, pamiętam coś mętnie,

trucizny — choć się bawił niejaki czas krużą...

FAUST

Szpiegowaniem się parasz, przyjacielu, chętnie!

MEFISTOFELES

Nie jestem wszechwiedzący, jednakże wiem dużo!

FAUST

Tak — wtedy z ducha straszliwej zamieszki

wyrwał mnie słodki dźwięk — grozę przełamał,

przypomniał kwietne mej młodości ścieżki,

lecz dziś, niestety, widzę, że głos kłamał!

Przeklinam wszystko, co złud wabi tęczą,

a jest li101 omamieniem i siecią pajęczą!

Przeklinam niebotyczne mniemanie o sobie,

które wznosi nas na to, by zamknąć w żałobie!

Przeklinam złudne zjawy, które zmysły dręczą!

Przeklinam sny o sławie, przeklinam godziny

przemarzone o szczęściu pracy i rodziny!

Przeklęty pieniądz, który wabi na życia urody

lub darzy zapomnieniem sobkowskiej wygody!

Przeklęta własność wszelka — dom, rola i knieja!

Przeklęte wino i miłosna tkliwość!

Przeklęta niechaj będzie wiara mi, nadzieja,

a ponad wszystko przeklęta — cierpliwość!

CHÓR DUCHÓW

niewidoczny

O biada! biada!

Oto się iści

z twej nienawiści

ziemi zagłada!

Świat się rozpada,

świat się zapada!

Gruzy znosimy

w nicość bez miana102;

w głos się żalimy:

piękność zszargana.

Wyrzeknij słowo:

stań się, światłości!

Zbuduj na nowo;

w sercu swym światy

i nowe życie

wykrzesz z radości!

i stań na szczycie,

synu światłości,

i zanuć pieśń!

MEFISTOFELES

Oto moi pieśń śpiewają

o radości i o czynie —

jakże mądrze zachwalają!

mówią: niech twój duch wychynie

z samotności, z mroku, z cienia

na dzień nowy — odrodzenia!

Weź rozbrat z troską, która cię wciąż trudzi

i zżera jak sęp! Towarzystwo ludzi,

choćby najgorszych — powie ci wymownie,

żeś jest człowiekiem. Lecz nie bierz dosłownie

tych słów i nie myśl, że zło synów chwalę!

Nie jestem ja ci wielkim panem wcale,

lecz jeśli zechcesz ze mną iść i rady mojej

słuchać — nie będziem namyślać się długo —

zapukamy do zacnych podwoi,

gdzie towarzyszem będę ci i sługą!

FAUST

Będę dłużnikiem twoim wtedy.

MEFISTOFELES

Och, z tym nie będzie wielkiej biedy.

FAUST

Nie! nie, mój panie, diabły to są egoiści —

dla czyichś pięknych oczu nie zrobią nikomu

nic, co by przynieść mogło choć szczyptę korzyści!

Więc warunki! Gość z ciebie niebezpieczny w domu!

MEFISTOFELES

Więc tak: tu będę na rozkazy twoje,

niczym mi będą trudy, prace, znoje,

a gdy się tam spotkamy — za tą wielką bramą —

uczynisz dla mnie, doktorze, to samo.

FAUST

To „tam” mnie nie obchodzi dużo,

to są utopie i drobiazgi.

„Tu” niech mi siły twoje służą,

a potem — rozbij ziemię w drzazgi

lub niech się w inny glob przemienia!

Tu na tej ziemi me radości,

tu pod tym słońcem me cierpienia;

gdy już rzucone będą kości,

gdy się rozstanę z nią — co potem,

to nie jest dla mnie już kłopotem!

Czy się tam kocha, nienawidzi,

chwali, opiewa, gani, szydzi —

wszystko mi jedno — nawet to,

czy górą dobro tam, czy zło.

MEFISTOFELES

Więc doskonale! a więc naprzód — śmiało!

Ja wszelkich starań sumiennie dołożę;

zobowiązanie jeno daj, a stworzę

marzeniom twoim tak cudowne ciało,

jakiego ludzkie oko nie widziało!

FAUST

Cóż ty mi, biedny biesie, możesz dać?

czyż kiedykolwiek twoja brać

przez długich wieków ciąg niemały

mogła zrozumieć te zapały,

które w człowieczych piersiach płoną

i ogniem rozpalają łono?

masz jadła, które gorczycą

są jeno103, które nie sycą,

masz złoto, które w ręce człowieka,

jak żywe srebro przecieka,

gry, które zgubę przynoszą,

dziewczynki, co się nie płoszą,

lecz owszem pieszczą z ochotą

mnie albo ciebie — za złoto,

sławę, która jak meteor właśnie

zabłyśnie, zalśni i zgaśnie!

Pokaż mi owoc, co gnije przed owocobraniem,

i drzewo, i codziennie świeże liście na niem!

MEFISTOFELES

Twoje żądania wcale nie są duże

tymi skarbami zawsze chętnie służę.

Lecz zanim, przyjacielu, służba ma się zacznie,

chodźmy cośkolwiek wypić i najeść się smacznie.

FAUST

Jeżeli ukojony leniwie na łoże,

pochlebstwami skuszony, do snu się ułożę,

jeżeli mnie pociągnie w swe sidła użycie,

jeśli mnie podejść zdołasz kłamliwie i skrycie —

twój będę na wieczystą radość lub udrękę

— jeżeli chcesz — to zakład.

MEFISTOFELES

Zakład!

FAUST

Ręka w rękę!

Jeśli przed jaką złudą myśli moje klękną

i powiedzą: trwaj chwilo! chwilo, jesteś piękną!

wtedy twój będę i weź mnie w niewolę

na jakąkolwiek, najstraszliwszą dolę:

Niech mojej śmierci wybije godzina,

zegar niech stanie, wskazówki opadną,

a ja i moja wina

pójdziemy na dno!

MEFISTOFELES

Rozważ to dobrze! bo ja nie zapomnę!

FAUST

Prawo w twej ręce! czucia me przytomne,

jeśli z zakładu z złym wyjdę zarobkiem,

to wszystko jedno, czyim być parobkiem.

MEFISTOFELES

Już dziś przy uczcie spełnię powinności

mnie przynależne jako twemu słudze;

wpierw tylko dla porządku, no — i dla pewności

o podpis proszę, przepraszam, że trudzę.

FAUST

Ach, cyrografu żądasz, pedancie, z uporem!

nigdyś nie spotkał człowieka z honorem?

Czyż nie wystarczą ci rzeczone słowa,

których treść klęskę na wieczność zachowa?

Przez świat mkną szaleństw wzburzone strumienie,

a nieruchomo trwać ma przyrzeczenie?

Lecz obłęd ten głęboko snadź104 wrósł w serca nasze,

więc go rozumowaniem żadnym nie wystraszę —

przeciwnie — stwierdzam: kto dotrzyma wiary,

szczęśliw jest i żadnej nie lęka ofiary.

Ale pergamin, świat liter, pieczęci —

zmorą dla wszystkich, nikogo nie nęci;

słowo zamiera w piórze — wtedy panowanie

jedynie już przy wosku i skórze zostanie.

Czegóż, zły duchu, chcesz? — mów! spiżem czy marmurem

mam cię obdarzyć? pisać czym — dłutem czy piórem?

MEFISTOFELES

Ach, gorączkujesz się, przesadzasz, mój kochany!

wystarczy karteluszek — byle krwią podpisany.

FAUST

Śmieszne to nieco — lecz żądasz, więc zrobię.

MEFISTOFELES

Krew ma specjalne właściwości w sobie.

FAUST

Bądź bez obawy! Niech się waść nie zżyma!

Co Faust przyrzeka, to święcie dotrzyma.

Zresztą — pychą się wzniosłem do duchów ogromu,

duchy mnie odepchnęły — spadłem do poziomu

twojego bractwa! Przyroda zamknięta,

myśli moje spłoszone, obmierzła mi wiedza;

więc spraw, niechaj się zmysłów szał rozpęta,

niechaj użycie żądze me wyprzedza;

czego zapragnę — niech się zaraz stanie,

rzućmy się w przelot czasu i w zdarzeń otchłanie;

tam niechaj znajdę, od mąk do zachwytu,

powodzenia, zawody przeplatane wciąż

i tak uzyskam potwierdzenie bytu,

bo jeno w walce czyn swój stwierdza mąż.

MEFISTOFELES

Żadnych w tej kwestii tobie nie wyznaczam granic,

używaj gdzie i czego chcesz — nie zważaj na nic.

Pij pełnym haustem uciechy, a śmiele!

garściami rozkosz bierz — nie mędrkuj wiele.

FAUST

To nie o radość chodzi! całe moje życie

przetopić chcę na obłęd jeno i użycie;

niechaj udziałem moim będą i cierpienia,

i zazdrość, miłość, nienawiść, strapienia.

Serce wzgardziło wiedzą — i oto ku męce

całego człowieczeństwa wyciągam me ręce

i duchem chcę ogarnąć głębie i niziny,

przejąć w siebie radości ludzkie i przewiny;

rozdać siebie, a jaźń swą stopić z jaźnią ziemi —

być człowiekiem wśród ludzi — runąć razem z niemi!

MEFISTOFELES

Wierzaj mi, znam się na tym, od wieków tysiąca

param się tym poznaniem, które myśli zmąca,

za kwaśne i niestrawne to ciasto dla ludzi —

całość sam Bóg ogarnia i On się nią trudzi.

Dla niego światłość wieczna, dla nas mrok nieznany,

dla was się dnie i noce mienią na przemiany.

FAUST

Jednak ja chcę!

MEFISTOFELES

A jam twój sługa —

lecz życie krótkie — sztuka długa —

mniemam i tak sumuję, że to

trzeba by zawrzeć pakt z poetą;

niechby się nieco namozolił

i sięgnął mocno do natchnienia,

i w tobie bezmiar cnót zespolił:

odwagę lwa, rączość jelenia,

włoską ognistość, ład północy;

niechby wziął chytrość do pomocy

i wielkoduszność — plan rozważył

z precyzją i umiejętnością

i postać swą obdarzył

młodzieńczą porywczością;

chciałbym w tym poemacie lubować się panem

i nazwać mikrokosma przynależnym mianem.

FAUST

Czymże ja jestem? niczym! — w żądzach myśl się trwoni,

a rząd dusz upragniony wymyka się z dłoni.

MEFISTOFELES

Jesteś, czym jesteś! Wdziej na swoją głowę

niebotyczną perukę, na nogi koturny105

nie będziesz przez to bardziej wyniosły ni górny.

FAUST

Czuję, że siły nie powstają nowe,

na próżno wziąłem w siebie cały ducha przepych —

tyle mój wzrok ogarnia, ile oczy ślepych,

a nieskończoność zawsze jednako daleka.

MEFISTOFELES

Na wszystko trzeba spojrzeć przez pryzmat człowieka —

trzeba się mądrze brać — nie czas żałować,

gdy się już życiem serce nie może radować!

do diaska! mówisz: ręce i nogi, i głowa,

i wszystkie części ciała są moje, li-moje106

więc ci i rozum, i myśl każe zdrowa

funkcje tych członków też uznać za swoje!

Gdy kupię ogrów sześć — czyjeż ich nogi?

moje! — to ja ubijam kopytami drogi!

Więc porzuć medytację, w bystre życia fale

skocz z śmiechem i weselem, żwawo i zuchwale.

Śledziennik107 jak wół głupi po lasach się błąka,

nie wie, że o dwa kroki rośnie smaczna łąka.

FAUST

Więc cóż?

MEFISTOFELES

Pójdziemy! w życie damy nura!

wszak ta komnata twoja straszliwie ponura;

to zowiesz życiem, tak się z uczniami mozolić

i groch o ścianę rzucać, i bez mydła golić108?

to potrafią koledzy twoi jeszcze lepiej,

boć prawdę i tak skryjesz, więc uczniów nie skrzepi;

właśnie idzie tu jeden.

FAUST

Nie przyjmę w tej chwili.

MEFISTOFELES

Żal mi chłopca; niechże mój dowcip się wysili —

czeka długo; wiesz, Fauście — daj no mi swą togę

i beret, dobrze? wszakże zastąpić cię mogę.

Świetna zabawa! Strój ten z przyjemnością kładę,

kwadransik krótki — potem hop — na eskapadę!

Faust wychodzi.

MEFISTOFELES

w stroju Fausta

O tak! Pogardzaj wiedzą i rozumem,

które jedyną człowieka są mocą;

niech ci kłamstw duchy wielobarwnym tłumem

szałami złudy w oczach zamigocą!

mój jesteś, Fauście! Duch twój, którym losy

szczodrze cię obdarzyły w wieczystym dążeniu

mierzył uparcie, gwałtownie w niebiosy

i leciał w słońce — i zetlał109 w płomieniu.

Teraz cię, druhu, po bagnach wywłóczę,

w niezwyciężone pogrążę cię cienie,

tysiąca złudzeń i sromów110 nauczę,

aż cię ogarnie szał, zawiść i drżenie.

Nienasycony! spragnionymi usty

pić zechcesz z czary ułudnej i pustej!

Gdybyś był diabłu nie zaprzedał duszy

i tak byś zginął w zwątpień swych katuszy.

Wchodzi Uczeń.

UCZEŃ

Niedawno tu przybyłem; wraz111 kieruję kroki,

mistrzu sławny, do ciebie, pełen czci głębokiej.

MEFISTOFELES

Za uprzejmość, młodzieńcze, serdecznie dziękuję,

jam nie lepszy od wielu; szczerze się raduję

uznaniem; cóż cię tu sprowadza, chłopcze, do mnie?

UCZEŃ

Pod twą opiekę pragnę dostać się ogromnie,

odwagi dużo mam i jakieś grosze,

a najwięcej młodości; matka się po trosze

gniewała — „nie” mówiła wciąż, wreszcie przystała112

widząc, jak dusza moja żądzą wiedzy pała.

MEFISTOFELES

Tutaj jest dla cię miejsce wymarzone.

UCZEŃ

Mówiąc otwarcie — uciekłbym już chętnie;

te stare mury pleśnią obleczone,

ta cela na mnie patrząca niechętnie,

ani zieleni, kwiatów, ani drzewa,

sale posępne pełne złowrogiego cienia —

umysł się trwoży i serce omdlewa.

MEFISTOFELES

To kwestia przyzwyczajenia.

Toć i dziecię z początku pierś chwyta niechętnie,

a potem od niej oderwać je trudno —

tak i z piersiami wiedzy — najpierw nieco smętnie,

a potem już rozkosznie, choć zdało się nudno.

UCZEŃ

Radosne mam do wiedzy wielkiej powołanie,

lecz jakżeż dotrę do niej — oto jest pytanie?

MEFISTOFELES

Ale, ale, odpowiedz za świeżej pamięci,

który fakultet ciągnie cię i nęci?

UCZEŃ

Nie umiem się uporać z myślami swojemi —

chciałbym wiedzieć to wszystko, co jest tu na ziemi

i tam na niebie; pojąć w pełni, co się mieści

w słów tych: — przyroda, wiedza — nieznanej mi treści.

MEFISTOFELES

To trop właściwy; owszem, lecz rzecz najważniejsza

pamiętać, że rozrywka pęd wiedzy pomniejsza.

UCZEŃ

Duszę i ciało chcę poświęcić,

choć wyznam tobie, mistrzu, śmiele,

że przecież zawsze będzie nęcić

swoboda — chociażby w niedzielę.

MEFISTOFELES

Porządek cię nauczy wyzyskać stokrotnie

czas, który mija szybko, mija bezpowrotnie;

przeto logika ciebie, drogi przyjacielu,

najniezawodniej przywiedzie do celu;

tresura ducha doskonała,

opanowanie myśli, ciała,

uczuć statecznych uczy też;

nie będziesz błąkał się wzdłuż, wszerz,

jak te ogniki zwiewne w bagnie;

logika wolę twoją nagnie —

co ci się zdało niezłożone

i proste — będzie obliczone

w tempie mniej więcej: raz, dwa, trzy;

bo to z myślami jak z przędziwem:

stąpnięcie jedno — aż z podziwem

patrzysz — cała osnowa w ruchu!

czółenko biega tam, z powrotem,

lecz jak, lecz skąd — nic nie wiesz o tem —

aż tu filozof ci objaśni,

że nie ma nic w tym zgoła z baśni,

bo pierwsze tak i drugie tak,

dlatego trzecie i czwarte tak,

a gdyby pierwsze z drugim skrewiło113,

to by trzeciego z czwartym nie było;

naukę taką uczeń w ucznia chwali,

dziw, że tkaczami jednak nie zostali.

Lecz mniejsza z tym!

Rzecz w tym: kto wiedzy pragnie sprostać,

musi się najpierw z duchem rozstać,

a wtedy złowi treść w zawiązku —

niestety! bez dusznego związku.

Owładnięcie przyrodą nauka w tym widzi,

co prawda, mówiąc tak, sama z siebie szydzi!

UCZEŃ

Nie bardzo jasne są dla mnie te słowa.

MEFISTOFELES

Zawsze się trudną wydaje myśl nowa;

rubryk nauczysz się wnet należycie,

kiedy sklasyfikujesz naukę i życie.

UCZEŃ

Do cna zgłupiałem — toż to straszna praca —

koło się młyńskie w mej głowie obraca.

MEFISTOFELES

Jeśli się skłaniasz ku dalszym wynikom,

musisz się zająć i metafizyką;

tu dotrzesz łacno114 do głębokich treści;

wszystko, co w ludzkim mózgu się nie mieści,

co trochę mgliste, trochę osobliwe —

na wszystko znajdziesz nazwanie właściwe.

Lecz przede wszystkim uczeń nowy

musi być pilny i obowiązkowy;

pięć godzin dziennie, punktualność, praca —

oto, co kształci, uczy i popłaca:

przygotować się w domu, lekcję ogarnąć pamięcią,

by tym łatwiej ku szkolnym zbliżyć się pojęciom,

poznać, że to, co mówi profesorska władza,

jota się w jotę z twoją książką zgadza;

a co dyktować będą — niech twa ręka kryśli115,

jakby to sam Duch święty dyktował swe myśli.

UCZEŃ

O tym mi, mistrzu, nie mów, z tym z góry się liczę,

czarne na białym — to są właściwe zdobycze.

MEFISTOFELES

Jakiż fakultet waść obierze?

UCZEŃ

Prawo mnie nie pociąga — mówię szczerze.

MEFISTOFELES

I nie dziwię się, szczerość odpłacę szczerością:

prawo się jak zaraza wlecze za ludzkością

i z pokolenia w pokolenia

ustawa idzie za ustawą,

a nic się przecież nie zmienia:

rozum staje się głupstwem, dobrodziejstwo klęską,

bezprawiom toruje prawo

drogę zwycięską;

ty brzemię to dziedziczysz — rozpacz ciebie chwyta —

bo o prawo, niestety, nikt nigdy nie pyta.

UCZEŃ

Wzmógł się wstręt mój! Szczęśliwy, komu wskażesz drogi!

Prawie że w myślach skłaniam się ku teologii.

MEFISTOFELES

Nie chciałbym ciebie w błąd wprowadzać,

a trudno mi doradzać;

błędne tu drogi, mętne cele,

skrytej trucizny bardzo wiele,

której od lekarstw odróżnić nie można!

W tej wiedzy bardzo trza z ostrożna!

Rada: jednego słuchać, wierzyć jego słowu

i zaufać mistrzowi ślepo, bez zwątpienia,

wtedy na pewno z mętnego połowu

wyłowisz słowo, co się w pewność zmienia.

UCZEŃ

Lecz przecież słowo wyraża pojęcie?

MEFISTOFELES

Tak! naturalnie! lecz prawdy tej święcie

przestrzegać nie potrzeba; słowo znakomicie

zastępuje pojęcie; można nim szermować,

nim walczyć i zwyciężać, nim system budować!

w słowo wierzyć to czystość sumienia;

pojęcie zmienia się — słowo nie zmienia!

UCZEŃ

Tyle pytań ciśnie się do głowy,

nie wyczerpałbym ich w tej godzinie;

więc jedno tylko najkrótszymi słowy:

pouczcie mnie, co sądzić mam o medycynie.

Trzy lata — czasu mało —

a wszystko by się wiedzieć chciało;

drogowskaz jakiś, jakaś rada,

a wszystko jaśniej się układa.

MEFISTOFELES

do siebie

Już mam po uszy uczonej maniery!

dość, mości diable, bądź no teraz szczery!

głośno

O! medycynę ogarniesz z łatwością,

trza jeno poznać świat, rozmaitość dróg,

a potem, potem skumasz się z nicością,

bo, widzisz, tak woli Bóg.

A to bałamucenie naukowe

— panie Macieju — wciąż dokoła —

po prawdzie nie jest zbytnio zdrowe,

każdy wie tyle, ile pojąć zdoła;

ten jeno dufność116 pokłaść może w sile,

kto umie dobrze wykorzystać chwilę.

A tyś młodzieńcze, chłop na schwał,

do przygód zęby ci się szczerzą,

byłeś ty jeno wiarę w siebie miał,

a wszyscy ci uwierzą.

Lecz przede wszystkim kaptować117 kobiety!

przy czym ta wiedza będzie nie od rzeczy,

że to ich „ach” i „och”, „niestety” —

jednym lekarstwem skutecznie się leczy.

Naucz się gędzić118 mową wdzięczną, ładną,

a już ci one same w potrzask wpadną.

Musisz przekonać je o swej wielkości;

zanim się jedna czy druga ośmieli,

już tam dotarłeś do sedna miłości

bez straty czasu i bez ceregieli.

Tak trzeba umieć drogę sobie skracać.

Gdzie inni lata zabiegają marnie,

tam twoja ręka zdoła puls wymacać,

a potem zwinnie w pasie ją ogarnie,

do piersi przygnie — przekona się z bliska,

czy biódr sznurówka zbytnio nie uciska.

UCZEŃ

Ze zrozumieniem słowa twoje chłonę.

MEFISTOFELES

Mój drogi przyjacielu — teoria jest szara,

a złote drzewo życia wiecznie jest zielone.

UCZEŃ

Przysięgam, mistrzu — wielka we mnie wiara,

że sprostam wiedzy, i bardzo cię proszę,

pozwól, że kiedyś znów się tutaj zgłoszę.

MEFISTOFELES

Co tylko będę mógł, uczynię chętnie.

UCZEŃ

Jakoś mi odejść stąd byłoby smętnie

bez upominku119 tej chwili! Racz, panie,

do pamiętnika wpisać choćby krótkie zdanie.

MEFISTOFELES

Z radością.

Pisze — oddaje pamiętnik.

UCZEŃ

czyta

„Będziecie jako bogowie, wiedząc dobre i złe120.”

Z oznakami czci wychodzi.

MEFISTOFELES

Wierz w to i przysłowie i skłaniaj na podszept węża swe ucho,

a już z twym podobieństwem do Boga będzie bardzo krucho!

Faust wchodzi.

FAUST

Więc dokąd wreszcie wyruszamy?

MEFISTOFELES

Byle się woli stało zadość!

Mały i wielki świat poznamy;.

a cóż za korzyść! cóż za radość

z tej wielobarwnej panoramy!

FAUST

Z poważną brodą nie do pary

będzie ta lekkość życia, mniemam,

na płochość121 jestem już za stary,

swobody odpowiedniej nie mam;

zawsze się czułem taki mały

wobec każdego i nieśmiały.

MEFISTOFELES

Mój przyjacielu — nie dziw! tak z początku bywa.

Trzeba mieć dufność w siebie — tym się świat zdobywa.

FAUST

Więc w drogę! a gdzież służba, konie?

MEFISTOFELES

To fraszka122! Oto płaszcz rozwinę

i polecimy w wietrzne tonie!

Góry i chmury w locie minę!

Zamiast rumaków — wiew ognisty,

miast drogi ziemskiej — lot strzelisty!

To wszystko ostaw, niech w użycie

Faust wolny leci! — w nowe życie!!

W PIWNICY AUERBACHA123

Faust, Mefistofeles, Frosz, Brandem Zybel, Allmajer.

Pijatyka wesołego bractwa.

FROSZ

Cóż, nikt nie pije? do diaska! wesoło!

ponure gęby zasiadły wokoło —

siedzą jak kukły słomiane, gnijące,

gdzież się podziały dowcipy124 gorące?!

BRANDER

Sam krewisz125, bratku, pieśni nie zanucisz

i swego świństwa do świństw nie dorzucisz!

FROSZ

wylewa mu kubek wina na głowę:

Masz za to!

BRANDER

Świntuchu!

FROSZ

Chciałeś, a teraz wyzywasz, mój zuchu!

ZYBEL

Za drzwi, kto się kłóci!

Pić, bracia, i śpiewać — kiep ten, co się smuci!

Za mną, chłopcy! dalej żywo!

ALTMAJER

Jak ten się ruszy,

to koniec! dajcie waty, bo mi pękną uszy!

ZYBEL

Dalejże za mną! Echo od powały

powiększy głos stokrotnie — będzie śpiew wspaniały!

FROSZ

Kto się gorszy, niech siedzi cicho w swoim kątku

albo niech się wynosi! Trarallaralla la...

ALTMAJER

Traralla rallla — la!

FROSZ

Więc gardła w porządku!

śpiewa

Kochane, święte państwo rzymskie,

jak to się jeszcze trzyma...

BRANDER

Szkaradna polityczna pieśń!

Bogu codziennie dzięki składam rano,

że mnie na władcę państw nie powołano:

wielkim zaiste jest to nieba darem,

nie być kanclerzem ani też cezarem.

Lecz władza musi być! druhowie mili.

wybierajmy przeora z tych, co dużo pili.

FROSZ

śpiewa

Słowiczku, leć i mej kochance

zaśpiewaj słodkie, czułe stance126.

ZYBEL

Wara mi o kochankach! Dość tego śpiewania!

FROSZ

Całusa miłej posłać ten drab mi zabrania!

śpiewa

Otwórz dźwierka127! noc cichutka —

otwórz dźwierka! nocka krótka —

zamknij dźwierka! ranek już...

ZYBEL

O, śpiewaj, śpiewaj, sław i chwal,

a wy słuchajcie radzi —

dawno już minął — cóż tam! żal —

zdradziła mnie i ciebie zdradzi!

Niech ją tam, psiamać, strzyga pieści

na dróg rozstaju u figury

lub stary cap spod Łysej Góry

niech ją wytryka, co się zmieści!

Dla jej pieszczoty i miłości

szkoda chłopaka z krwi i kości,

więc daj ty spokój takiej śpiewce,

chodź ze mną okna wybić dziewce!

BRANDER

uderza w stół

Uwaga! Baczność! Przyznajcie — znam ja życie!

Biedzą się zakochani — chmurno!

Trzeba im pieśń zaśpiewać jurną,

skomponowaną należycie;

a żem to majster jest w tej sprawie,

więc — hola! pomagać zabawie!

Piosenka będzie całkiem nowa

— refrenu powtarzajcie słowa!

śpiewa

W piwnicy starej szczur raz żył,

a miał tam walne128 jadło,

więc jak sam Luter zdrowo tył,

brzuch mu porastał w sadło:

Kucharka go otruła trutką,

oj, cierpiał, cierpiał i niekrótko.

jakby go miłość sparła.

CHÓR

gromko

Jakby go miłość sparła.

BRANDER

Szczur się z boleści kurczył, wił,

skarżyć się nie miał komu:

z każdej kałuży wodę pił,

gryzł, skrobał w całym domu,

biegał po sieni i po dachu,

wściekł się z boleści i ze strachu,

jakby go miłość sparła.

CHÓR

Jakby go miłość sparła.

BRANDER

W tej trwodze wskoczył w jasny dzień!

do kuchni — ziemię drapał —

kolo nalepy padł — wśród drżeń

ostatkiem siły sapał.

A śmiech wytrząsa brzuch kucharce:

„Oj, na ostatniej gwiżdżesz szparce,

jakby cię miłość sparła!”

CHÓR

Jakby cię miłość sparła!

ZYBEL

Jak się raduje głupia młódź

przy śpiewce i przy fasce129!

Wielka mi sprawa — szczury truć!

BRANDER

U ciebie szczury w łasce!

ALTMAJER

Pasibrzuch! Patrzcie! Łysa pała!

wzrusza ją, wiecie, męczeństwo,

bo w wzdętym szczurze uwidziała

do siebie znaczne podobieństwo.

Faust i Mefistofeles wchodzą.

MEFISTOFELES

Więc przede wszystkim cię wprowadzę

w bractwo, gdzie śmiechu wiele —

w wesołej żyją, szczęsnej bladze

codziennie, jak w niedzielę.

Kręcą się w tle zadowolonem

jak młode koty za ogonem,

gwiżdżą na smutek i na biedę,

dopóki mogą pić na kredę130!

BRANDER

To widać muszą być podróżni,

dziwaczny strój ich od nas różni;

dopiero co przybyli.

FROSZ

A rzeczywiście! — moi mili,

wiwat nasz gród! — tu świat się budzi —

nasz gród jak Paryż kształci ludzi.

ZYBEL

Jak myślisz — kto to może być?

FROSZ

Ostaw to mnie! zaczniemy pić,

już ja podszewkę z nich wypruję!

Coś mi się nazbyt dworsko niosą

i spoglądają na nas koso131

już w lot ich spenetruję!

BRANDER

Zakład! Targowi to krzykacze.

ALTMAJER

Może.

FROSZ

Już ja ich przeinaczę!

MEFISTOFELES

do Fausta

Diabeł tuż, tuż przy ich kołnierzu —

nie wiedzą nic, że są w więcierzu132!

FAUST

Witamy!

ZYBEL

Wzajem!

cicho, obserwując Mefistofelesa

O, la Boga!

Toćże ten drugi kuternoga133!

MEFISTOFELES

Wolno się przysiąść? Widzę napój podły,

ale kompanii zacnej nie brak —

więc korzystamy, gdy nas tu drogi przywiodły.

ALTMAJER

Wybredny widać ma pan smak.

FROSZ

Tak ostro waszeć prosto z mostu kropi,

pewnoś dziś popił z Filipem z Konopi?

MEFISTOFELES

z ukłonem w stronę Frosza

Nie dzisiaj! przed kilkoma dniami

widzieliśmy go — właśnie szedł w te strony,

mówił, że chce się spotkać z kuzynami,

i wam posyła ukłony.

ALTMAJER

cicho

Ależ się odciął!

ZYBEL

Szczwaniak tęgi!

FROSZ

Już ja przyciągnę mu popręgi134!

MEFISTOFELES

Weszliśmy — słyszym: kipi życie

i śpiew przeplata się z uciechą —

zapewne głos tu znakomicie

odbija sklepień gromkie echo!

FROSZ

A pan wirtuoz?

MEFISTOFELES

Ach, mój panie miły,

ochota byłaby — za słabe siły!

ALTMAJER

Zaśpiewaj wasze!

MEFISTOFELES

Jeśli trzeba —

ZYBEL

Byleby nowość! Nic nam z pleśni!

MEFISTOFELES

Spod hiszpańskiego idziem nieba,

z krainy wina i pieśni.

śpiewa

Był król — tak się zaczyna

ta pieśń o wielkiej pchle —

FROSZ

O pchle! słyszycie, bracia? — to dobrze, wasza mość,

pchła, nie pchła, zawsze gość!

MEFISTOFELES

śpiewa

Był król — tak się zaczyna

ta pieśń o wielkiej pchle —

kochał ją król jak syna,

więc raz po krawca śle:

„Ubierz ją, krawcze, modnie,

ciasno dopinaj spodnie!”

BRANDER

„Ale uważaj, krawcze, świetnie,

bo jak się raz materia przetnie,

to już nie pora na poprawki,

a trudno w spodnie wstawiać skrawki!”

MEFISTOFELES

W jedwabiu, w aksamicie

chodziła pchła jak pan,

szat jej zazdrościł skrycie

obłudny dworski klan,

i tego dnia wieczorem

została komandorem,

a siostry jej bez sporu

były damami dworu.

I zaraz łaskę ową

dwór na swej skórze czuł:

służącą i królową

pchli motłoch gryzł i kłuł;

więc drapią się z ostrożna,

bo zabić pchły — nie można!

Lecz nam nikt nie zabroni,

ukłuje pchła — to po niej!

CHÓR

z werwą

Lecz nam nikt nie zabroni,

ukłuje pchła — to po niej!

FROSZ

Brawo! a niech cię las ogarnie!

ZYBEL

Tak każda pchła niech ginie marnie!

BRANDER

A na paznokieć z tą gadziną!

ALTMAJER

Niech żyje wolność! wiwat wino!

MEFISTOFELES

I ja bym chętnie wypił za zdrowie wolności —

cóż, kiedy wasza lura pobudza do mdłości!

ZYBEL

Skończ już z tą pustą gadaniną!

MEFISTOFELES

Gdyby gospodarz nie źlił się i nie oponował,

chętnie bym arcymiłych gości

winem z mych piwnic poczęstował.

ZYBEL

Dawać! już ja to załagodzę.

FROSZ

Jeno nam pełną dajcie, nie minie was pochwała,

byle szklenica wasza nie była nazbyt mała,

bo jeśli mamy być sędziami,

musimy popić srodze!

ALTMAJER

cicho

Zapewne reńskich winnic są właścicielami.

MEFISTOFELES

Macie świderek?

BRANDER

A cóż z tego będzie?

Czy beczki macie tam za drzwiami?

ALTMAJER

Tu jest kosz gospodarza z narzędziami.

MEFISTOFELES

bierze świderek — do Frosza

Jakież dobrodziej preferuje?

FROSZ

Jak to, różnego macie znaku?

MEFISTOFELES

Każdy wybiera wedle smaku.

ALTMAJER

do Frosza

Oho, już wargi oblizuje.

FROSZ

Ano, mam wybrać, w pierwszym zawsze rzędzie

stawiam rodzime — więc niech reńskie będzie!

MEFISTOFELES

wierci otwór na kraju stołu przed Froszem

Niech z wosku korki zrobi, kto tam umie!

ALTMAJER

Kuglarskie sztuczki — aha! już rozumiem!

MEFISTOFELES

do Brandera

A pan?

BRANDER

Ano, niech szampan bieży,

byle musował, jak należy.

Mefistofeles wierci — ktoś ulepił z wosku korki — zatyka.

BRANDER

Ja się do obcej udam ziemi,

gusta się nasze rozminą,

precz z chorobami francuskiemi135,

lecz lubię francuskie wino.

ZYBEL

gdy się Mefistofeles doń zbliża

Niech sobie kwaśne pije zgraja,

mnie pan słodkiego niech natoczy.

MEFISTOFELES

wierci

Więc dam ci dziś tokaja136.

ALTMAJER

Spójrz no mi, panie, prosto w oczy,

najoczywiściej nas nabierasz!

MEFISTOFELES

Dalipan137 — gdzieżbym się odważył

z panami? źle bym wyszedł na tem!

Pozwól, bym dalej gospodarzył —

— a zatem?

ALTMAJER

Byle raz-dwa, cóż bym się swarzył!

Przed wszystkimi już wywiercone otwory i zatkane.

MEFISTOFELES

z gestami dziwacznymi

Winogrona rodzi winna macica,

rogi na łbie ma kozica,

krzewy drzewieją, wino się słodzi,

drewniany stół też wino rodzi;

wszędzie jest tajemnica — świat ciemna pieczara —

by cud się stał, potrzebna jest wiara!

Wyciągać korki — używajcie!

WSZYSCY

wyciągają korki; tryska wino, chwytają za szklanki

Cud! wino tryska — szklenic dajcie!

MEFISTOFELES

Ostrożnie! pijcie — lecz nie rozlewajcie!

Piją po raz drugi.

WSZYSCY

śpiewają

Ach, jak nam dobrze się powodzi,

jak świni, gdy po błocie brodzi!

MEFISTOFELES

Lubię niefrasobliwość i humor u ludzi.

FAUST

Odszedłbym z wielką stąd ochotą!

MEFISTOFELES

Zaczekaj chwilę — zwierzęcość się zbudzi

i całą zawładnie hołotą.

ZYBEL

pije nieostrożnie; wino wylewa się na ziemię, wystrzelają płomienie

Ratunku! Ogień! Piekieł progi!

MEFISTOFELES

zażegnuje płomień

Uspokój się, żywiole drogi!

do kompanii

Tym razem ogień był czyścowy tylko.

ZYBEL

Cóż to? straszycie? weszliście przed chwilką

i taki zamęt?! Popamiętasz, bratku!

FROSZ

Nie radzę ci próbować drugi raz tej sztuczki!

ALTMAJER

Ja radzę obić draba na ostatku!

ZYBEL

Już tu poznali twoje diable kruczki —

nie nas na hokus-pokus brać!

MEFISTOFELES

Niech no nie dudni winna kadź!

ZYBEL

Psiamać! Brakuje ci nauczki!

BRANDER

Bracia! Kto w Boga wierzy — prać!

ALTMAJER

wyciąga korek ze stołu — wystrzela płomień

Płonę! Goreję!

ZYBEL

Czarodzieje!

Nacieraj! naprzód! niech się, co chce, dzieje!

Wyciągają noże — nacierają na Mefistofelesa.

MEFISTOFELES

z gestami poważnymi

Fałszywy obraz, słowa zmylone

odmienią umysł, przestrzeń i stronę —

bądźcie tu i tam.

Przystają zdumieni — przypatrują się sobie.

ALTMAJER

Gdzież jestem? jakiż cudny kraj!

FROSZ

Winnice!

ZYBEL

Grona! chcę tam iść!

BRANDER

Oto polany chłodny skraj —

Jaki krzew! jaka kiść!

Chwyta Zybla za nos, inni też się już za nosy wodzą, podnoszą noże.

MEFISTOFELES

jak poprzednio

Mamidło138! ustąp na diabła głos —

tym żartem darzę was w podzięce!

Znika wraz z Faustem. Bractwo odskakuje od siebie.

ZYBEL

Cóż to?

ALTMAJER

Jak? co?

FROSZ

Czy to twój nos?

BRANDER

do Zybla

Czy to twój nos w mej ręce?

ALTMAJER

Ognisty prąd po żyłach mych szaleje

Podajcie krzesło — mdleję!

FROSZ

Powiedzcie mi — cóż to się stało?

ZYBEL

Dawać hultaja! z duszą i z ciałem!

nie wyjdzie z rąk mych cało!

ALTMAJER

Na własne oczy go widziałem —

na beczce dunął139 drzwiami;

a nogi mam jak ołowiane!

zwraca się ku stołowi

Czy też ostało wino z nami?

ZYBEL

Oszustwo! mamidła nieznane!

FROSZ

Wszak piłem wino — czy to złuda?

BRANDER

A winogrona niesłychane?

ALTMAJER

Jak tu nie wierzyć w cuda!

U CZAROWNICY

Faust, Mefistofeles; Kocur-Koczkodan, Kotka-Koczkodan, Młode koczkodany; Czarownica. Na niskim palenisku stoi wielki kocioł; w unoszącym się znad ognia dymie jawią się rozmaite postacie. Kotka-Koczkodan kuca koło kotła, daje baczenie na wrzątek; Kocur z młodymi stoi z boku; nagrzewa się. ściany i powała upstrzone dziwacznymi, czarodziejskimi przyrządami.

FAUST

Ohydne są te sztuczki czarnoksięskie!

i ty mi każesz wierzyć, że tą drogą

szaleństw — wrócą się moje lata męskie?

że gusła babskie odmłodzić mnie mogą?

że miksturami, które wiedźma warzy,

zniweczy starość i zmarszczki na twarzy?

Jeśli lepszego nie masz nic — to bez protestu

zniosę nadwyżkę starych lat trzydziestu!

widać ni umysł twórczy, ni mądra przyroda

napoju ożywczego wargom mym nie poda.

MEFISTOFELES

Rozsądnie mówisz, drogi przyjacielu;

lek naturalny też znaleźć potrafię,

który do znaczonego doprowadzi celu —

lecz to już w innej księdze — w innym paragrafie!

FAUST

Chcę wiedzieć!

MEFISTOFELES

Owszem! lek ten bez pieniędzy,

bez czarnoksięstwa, mówię, bez lekarza

osiągnąć możesz; lecz musisz co prędzej

pojechać na wieś, sprząc z losem nędzarza,

orać, siać, młócić — i umysł swój chronić,

by go myśleniem zbytnim nie roztrwonić;

żywić się skromnie, żyć w zgodzie z bydlęciem,

po żniwach znowu pole wynawozić;

w ten sposób żyjąc i z tym przedsięwzięciem —

o lat ośmdziesiąt możesz się odmłodzić.

FAUST

Nie dla mnie orka, grabie i motyka,

do tego już się z młodości nawyka,

a mnie nie wabi żywot ciasny, blady.

MEFISTOFELES

A więc do czarownicy! — innej nie ma rady.

FAUST

Lecz na cóż wiedźma?! Czemuż ty napoju

sam nie uwarzysz?

MEFISTOFELES

Ostaw mnie w spokoju!

Wolałbym tłuc kamienie i mościć rozstaje!

Chociaż się wielka sztuka z wielką wiedzą splata,

dopiero z cierpliwości twór wielki powstaje.

Duch cichy działa, medytuje lata;

z czasu się rodzi, z ciągłości potęga

i owa moc odrodzeń skuteczna i tęga!

A co tu ingrediencji140! — jak w tkaninie przędzy,

najzawilsze arkana141 i przemyślne zioła...

receptę wprawdzie diabeł daje jędzy,

lecz sam wykonać jej nie zdoła!

spostrzega Zwierzęta

Spójrz, co za kocia familia mizdrząca

to pan służący — to pani służąca.

do Zwierząt

Pani, zdaje się, nie ma w domu?

ZWIERZĘTA

Nie mówiła nikomu,

kiedy powróci;

kominem wyleciała,

kominem wróci.

MEFISTOFELES

Kiedyż możemy spodziewać się wróżki?

ZWIERZĘTA

Aż sobie przy ogniu zgrzejemy nóżki.

MEFISTOFELES

do Fausta

Cóż — podobają ci się te kocięta?

FAUST

Obrzydłe, szkaradne zwierzęta!

MEFISTOFELES

A właśnie dyszkur142 z tą czeredą

to dla mnie rozkosz niepojęta.

do Zwierząt

Powiedz no, socjeto143 przeklęta,

co się w tym diablim kotle praży?

ZWIERZĘTA

Dziadowska zupa dla nędzarzy.

MEFISTOFELES

Więc los was, widzę, gośćmi darzy.

KOCUR

podchodzi do Mefistofelesa — łasi się

Grajcie ze mną w kości,

pragnę majętności —

przy mnie wygrana!

Obaczysz wtedy

bogacza z biedy,

z kocura pana.

MEFISTOFELES

Tej małpiej donżuanerii144

śni się też stawka na loterii.

Tymczasem młode koczkodany bawią sie dużą kulą, właśnie ją przytoczyły.

KOCUR

Oto jest ziemska kula —

podnosi się — opada.

Kręci się, toczy, tuła,

a kot nią włada;

jak szkło dźwięczy.

Kto ją rozłamie,

ten się okłamie

pustkami wnętrzy;

błysk, blask tu i tam

omamienie, kłam;

umrzesz z swej winy,

nie baw się banią!

kula jest z gliny,

czerepy145 zranią.

MEFISTOFELES

Na cóż to sito?

KOCUR

zdejmuje je

By cię obito

za twoje myto!

do Kotki

Spójrz no przez sito,

czy to jest złodziej,

czyli146 dobrodziej?

MEFISTOFELES

zbliża do ognia

A ten gar na co?

KOCUR I KOTKA

To ci ladaco,

nie wie, co gar,

co kocioł, co war,

matołek!

MEFISTOFELES

Niegrzeczny gbur!

KOCUR

a oto wygodny stołek!

Mefistofeles zniewolony siada.

FAUST

przez ten czas wpatruje się w lustro — to odstępuje, to podchodzi

Cóż za uroczy obraz moim oczom

to czarodziejskie podaje zwierciadło?

Miłości! nieś mnie przestrzenią przeźroczą,

kędy króluje urocze widziadło!

Gdzież ten kraj święty, boże uroczysko147,

w którym sen jawą jest — w błękicie żyje!

Stąd ciebie widzę... gdy podchodzę blisko,

mgła cię zazdrosna zasłania i kryje.

O, najpiękniejsza niewiasto na świecie,

rozkwita w krasie niźli róża wonniej!

Piękno i szczęście w tej jednej kobiecie,

której ni serce, ni myśl nie zapomni!

MEFISTOFELES

Słusznie! — chcesz wiedzieć, skąd się piękność wzięła:

przez sześć dni długich Bóg pracował znojnie;

zadowolony z swego arcydzieła,

już dnia siódmego odpoczął spokojnie.

Wpatruj się w zjawę — upij się do syta,

moja moc sprawi, iż pryśnie zasłona,

a piękność żywa, ze snu rozpowita,

padnie szczęśliwa w szczęśliwsze ramiona.

Faust wpatruje się ustawicznie w zwierciadło. Mefistofeles rozpiera się w krześle — bawi się wachlarzem — mówi w dalszym ciągu.

Siedzę jak król na tronie — oto królewski znak —

ten wachlarz — berło moje, jeno korony brak.

ZWIERZĘTA

które dotychczas w pociesznych podskokach harcowały, przynoszą z wielką wrzawą koronę

Jedni w pokorze się gną,

drudzy drwią;

zlep tę koronę potem i krwią!

nieopatrznie wydzierając sobie koronę, łamią ją na dwie części: w podskokach

Stało się, stało —

symbol — czcze dymy —

Cóż nam zostało?

już tylko rymy!

FAUST

w stronę lustra

Ja oszaleję! oszaleję!

MEFISTOFELES

wskazuje na Zwierzęta

Ze mną się też niedobrze dzieje.

ZWIERZĘTA

Wspak, w poprzek kryśl,

aż znajdziesz myśl.

FAUST

jak poprzednio

Ogień mnie spala, żar mnie dusi,

uchodźmy prędko, prędko stąd!

MEFISTOFELES

jak poprzednio

Chcąc nie chcąc, każdy przyznać musi,

że poetycki drży w nich prąd.

Zupa w kotle wykipiała, bucha płomień wysoko pod okap komina, czarownica wpada poprzez ogień z krzykiem straszliwym.

CZAROWNICA

A! przeklęte bydło, przeklęte świnie,

żar opuszczony,

dom wyogniony,

przeklęte bydło! Kara nie minie!

zauważyła Fausta i Mefistofelesa

Kto tu? skąd?

Kto tu? skąd?

kto tu się skrada

do mojej włości?

Trąd i zagłada,

żar spali kości!

Nabiera chochlą płomienie z kotła — pryska nimi na Fausta, Mefistofelesa i Zwierzęta. Zwierzęta wyją.

MEFISTOFELES

trzonem wachlarza tłucze szklanki i garnki

Na części to — — na szczerby to —

stłuczone szkło!

To tylko żart —

takt, bity szyk —

lecz tyle wart,

co i twój krzyk.

Czarownica cofa się zła i przerażona

Poznałaś już, wiedźmo i jędzo,

swojego pana i mistrza?

Zawalę dom — ostaną zgliszcza,

a wiatry koty twe rozpędzą!

Gdzież respekt twój przed tą czerwienią —

kogucie pióro — spójrz no — blisko!

jak się w tym ogniu lśnią i mienią —

cóż? może podać mam nazwisko?

CZAROWNICA

Łaski! przyszliście do mnie skryto148!

Gdzież, panie — końskie twe kopyto?

Gdzież twoje kruki?

MEFISTOFELES

Dość już na dzisiaj tej nauki!

Dawnoś mnie przecież nie widziała —

myślisz, że przyszedł taki-siaki,

a tu kultura świat opanowała,

która i diabłom dała się we znaki!

Przepadły już dziecinne baśnie,

ogon nikogo już nie złudzi,

a co do nogi końskiej — właśnie

trudno z nią iść pomiędzy ludzi.

Chcę mieć swobodę, korzyść i nogę niebrzydką,

od dawna paraduję z przyprawioną łydką.

CZAROWNICA

tańczy

Radością jestem opętana,

dziś gościem mam szatana!

MEFISTOFELES

Nazwisko zamilcz — sza! szkarado!

CZAROWNICA

Czemuż? czy ono wam zawadą?

MEFISTOFELES

Ludzie me imię w baśniach pochowali.

lecz jak źle żyli, tak i żyją zwadą

Złego pozbyli się — lecz źli zostali!

Tytułuj mnie baronem, to popłaca w świecie,

toćże szlachcicem jestem, szlachcicem się czuję:

że w żyłach mam błękitną krew, nie wątpisz przecie.

a oto klejnot, którym ja się pieczętuję.

Gest czyni nieprzyzwoity.

CZAROWNICA

śmieje się do rozpuku

Ha, ha, ha! To jest twój wypróbowany sposób,

poznałabym cię, kpiarzu, wśród tysiąca osób!

MEFISTOFELES

do Fausta

Ucz się, mój przyjacielu, może się przydarzyć,

byś wiedział, jak to wiedźmy sprytnie z mańki zażyć149!

CZAROWNICA

Czymże usłużyć mam, wróżbą czy lekiem?

MEFISTOFELES

Trza nam napoju, co młodość przywraca,

musi dostały150 być, wytrawny wiekiem,

bo krzepkość jego wiek wzbogaca.

CZAROWNICA

Chętnie! — mam starą butelczynę,

z której pociągam sama czasem,

chętnie odstąpię leku krztynę —

a likwor — czysty! Ani kwasem,

ni siarką już nie zalatuje!

cicho

lecz umrzeć może! ryzykuje!

MEFISTOFELES

Daj jeno mocny — będzie zdrów!

Więc do roboty — dalej!

zrób czarci krąg, zaklęcia zmów

i pełną szklankę nalej!

Czarownica w cudacznych podskokach i gestach zatacza krąg; ustawia w nim przedmioty fantastyczne — szklane naczynia podzwaniają, kotły dudnią; z dźwięków tych splata się muzyka niesamowita; wreszcie przynosi foliał151 olbrzymi, grupuje koczkodany w kręgu; dzierżą152 pochodnie, podtrzymują księgę, Fausta wabi do wnętrza.

FAUST

do Mefistofelesa

Cóż to jest? powiedz! co to z tego będzie?

Te ruchy obłąkańcze, cudaczne narzędzie

znam nazbyt dobrze — nienawidzę z duszy —

mnie oszukańcza praktyka nie wzruszy!

MEFISTOFELES

Ech! drobiazg, żarty, trochę śmiesznych pokus,

toć istne głupstwo, więc nie wszczynaj sporu,

jak lekarz, tak i ona robi hokus-pokus,

ażeby napój dojrzał i nabrał wigoru.

Zniewala Fausta do wejścia w krąg.

CZAROWNICA

recytuje z księgi z wielką przesadą

Oto twoje uczynki:

dziesiątkę zrób z jedynki,

opuść dwójkę,

natychmiast wezwij trójkę,

wszystko dla złotej ery!

Przekreśl cztery

z piątki i szóstki — mówi czarownica —

niech się siódemka z ósemką wyświeca;

wymotaj z wątka

dla dokończenia:

dziewiątka jedynką, zerem dziewiątka.

Oto czarownic tabliczka mnożenia.

FAUST

Wiedźma wyplata mętne banialuki.

MEFISTOFELES

Och, to nie koniec jeszcze tej nauki,

ja ją przewertowałem — wierzaj, nie szło gładko,

zanim do tego wniosku doszedłem, że w wierze

sprzeczności są dla mędrców i głupców zagadką;

lecz są to sprawy stare — chociaż wiecznie świeże,

z trójcy jedność, z jedności trójcę wyprowadzać,

oto fałsz, którym prawdę czystą się zabija;

a uczą nas i mówią: to się musi zgadzać!

Głupstwo jest wieczne — ludy mrą, ono nie mija!

Zazwyczaj wierzy człowiek, gdy usłyszy słowa,

że pod ich wierzchnią szatą myśl się jakaś chowa.

CZAROWNICA

w dalszym ciągu

Potęgi, siły

wiedzy zawiłej,

zamknięte dla świata zgłoski,

kto myśl zatraci.

ten się wzbogaci:

zdobędzie ją bez troski.

FAUST

Bajdurzy strasznie czarci stwór —

mnie pęka łeb — ona wciąż więcej!

zda mi się, jakbym słyszał chór

upartych błaznów sto tysięcy.

MEFISTOFELES

Więc dość już tego, zakończ, sybillo153, zabiegi,

niechże mu mocny napój te męki osłodzi,

prędko podawaj kielich — a natocz po brzegi,

przyjacielowi memu pełny nie zaszkodzi;

zresztą doktorska to persona, wielce godna,

niejeden kielich w życiu wychyliła do dna.

Czarownica pośród karesów i ceremonii nalewa napój do czary. Z chwilą, gdy Faust czarę do ust podniósł, wybuchnął z niej płomień.

MEFISTOFELES

Wypij odważnie aż do krzty,

niech ci się lice rozpromieni;

ze samym diabłem jesteś na ty,

a lękasz się płomieni?!

Czarownica rozwiera krąg, Faust występuje z niego.

MEFISTOFELES

Ruszaj się żwawo, spocząć ci nie wolno!

CZAROWNICA

Niechże wam siły lek wróci młodzieńcze!

MEFISTOFELES

do Czarownicy

Za krzątaninę twą mozolną

na Łysej Górze się odwdzięczę.

CZAROWNICA

do Fausta

Oto piosenka — ona da ci władzę,

W wszelkiej obierzy154 doradzi skutecznie.

MEFISTOFELES

do Fausta

Chodź żwawo ze mną — ja cię poprowadzę —

teraz wypocić musisz się koniecznie,

aby napoju czarodziejska siła

ze sfer zewnętrznych w głębie ku wnętrznościom

statecznie się rozprowadziła.

Więc ruch! już później wypoczniem do woli;

rychło poczujesz z rozkoszną radością,

jak Amor w tobie tańczy i swawoli.

FAUST

Pozwól mi spojrzeć jeszcze raz w zwierciadło,

raz jeszcze obraz ujrzeć chcę uroczy!

MEFISTOFELES

Po co? niebawem niewieście widziadło

w krew się i ciało wdzięcznie przeistoczy.

cicho

Już ciebie żądze jak wicher pożeną155;

każda kobieta zda ci się Heleną156.

ULICA

Faust, Małgorzata, Mefistofeles Małgorzata przechodzi.

FAUST

Piękności twej, nadobna pani,

moją osobę składam w dani157!

MAŁGORZATA

Anim ci pani, ni nadobna158

przystojniej159 wracać mi z osobna.

Wymyka się i oddala.

FAUST

Jak mi Bóg miły, śliczne dziecię!

tak pięknej nie spotkałem w świecie,

skromna, cnotliwa, bardzo zgrabna,

zalotna nieco i powabna;

różowość warg, jagód160 pogoda

urzekła mnie do cna uroda;

a oczka skrywa jak najskromniej —

już jej me serce nie zapomni!

Zbyła mnie krótko, węzłowato.

jeszcze ją więcej kocham za to!

Wchodzi Mefistofeles.

FAUST

Moją być musi ta podwika161!

MEFISTOFELES

Która?

FAUST

— A właśnie przeszła tędy.

MEFISTOFELES

Ta? — wraca wprost od spowiednika,

przewiny zmazał jej i błędy —

po prawdzie żadne! sam słyszałem,

ukryty za konfesjonałem;

cóż to za spowiedź? sama cnota!

Tu, bracie, na nic ma robota!

FAUST

Skończyła wszak czternaście lat?

MEFISTOFELES

Mówisz jak stary, kuty wyga162,

co każdy uszczknąć pragnie kwiat,

co się przed cnotą, czcią nie wzdryga

sądzi, że wszystko zdobyć można!

Czasem, mój panie, trza z ostrożna!

FAUST

Daj no mi pokój, mój mentorze163!

Morały! w niestosownej porze!

To ci powiadam: jeśli ona,

w której gorąca krew rozkwita,

dzisiaj nie padnie w me ramiona —

to koniec z nami, panie, kwita!

MEFISTOFELES

Kąpanyś w warze164! zostaw mi

przynajmniej choć czternaście dni —

niech się sposobność dobra zdarzy.

FAUST

W siedmiu godzinach się uwinę,

jak nic zdobędę tę dziewczynę,

a diabeł o tygodniach gwarzy!

MEFISTOFELES

Francuska w mowie twej maniera;

niechże się waszeć nie upiera:

tak prędko? cóż to za użycie?

przedłużać rozkosz, cicho, skrycie

zabiegać, starać się, uwodzić,

posprzeczać się i znów pogodzić,

aż pieszczotami odurzona,

stęskniona — padnie w twe ramiona.

wszak figle znasz Dekamerona165!

FAUST

Ja bez tych przypraw czuję żądzę.

MEFISTOFELES

Bez żartów i bez gniewu! sądzę,

że z tą dziewczyną będzie bieda,

bo się zbyt prędko zdobyć nie da;

atakiem nie dopniemy celu,

trzeba się uciec do fortelu.

FAUST

Zaprowadź mnie do jej komnaty,

pozwól mi dotknąć się jej szaty

lub daj mi piersi jej zasłonę —

podwiązkę bodaj! ogniem płonę!

MEFISTOFELES

Chcę cię przekonać, że twa męka

prawdziwie boli mnie i nęka,

przeto cię zaraz po kryjomu,

dziś jeszcze — wwiodę do jej domu.

FAUST

Zobaczę ją! Posiędę?

MEFISTOFELES

Nie!

Zbyt jednak niecierpliwisz się!

Jest u sąsiadki o tej porze;

tym bardziej twa tęsknota może

myślą upajać się samotnie

i barwić przyszłość tysiąckrotnie,

jej bliży odurzona czarem.

FAUST

Więc chodźmy!

MEFISTOFELES

Jeszcze wczesna pora.

FAUST

Chciałbym ją uczcić zacnym darem!

MEFISTOFELES

Już dar? Tak zaraz? myśl twa skora!

Lecz owszem — brawo! nic w tym złego — —

przeciwnie — dotrzesz w mig do celu!

Spośród zaklętych skarbów wielu

wyszukam coś odpowiedniego.

Wychodzą.

KOMNATKA MAŁGORZATY

Małgorzata; Faust, Mefistofeles. Wieczór.

MAŁGORZATA

zaplata warkocz

Kto to mógł być? Kto mnie, nieznaną,

zaczepił w mieście dzisiaj rano?

wcale166 przystojny, coś w nim jest

krew widać zacna — pański gest

i wzięcie167 całe — gładkość168 twarzy;

kto bądź się przecie nie odważy.

Wychodzi.

Wchodzi Mefistofeles z Faustem.

MEFISTOFELES

Wejdź — tylko cicho! los poszczęścił nam.

FAUST

milczy chwilę

Dziękuję — pragnę zostać sam.

MEFISTOFELES

myszkuje

Tak schludnych dziewcząt mało mam.

Wychodzi.

FAUST

rozgląda się

Witaj mi, cichy zmierzchu dnia,

komnaty tej urocze śnienie!

Serce! miłością spłoń do dna,

nadzieją ukój swe cierpienie!

Jakże ten spokój pieści mnie

ładu, ufności pieniem169 cichem!

Każdy tu przedmiot ciszą tchnie,

ubóstwo staje się przepychem!

siada w skórzanym fotelu przy łóżku

Przyjmże mnie ty, coś długie pokolenia

bronił w rozpaczy, przytulał w radości!

Ileż to razy w ciszy twego cienia

dzieci zaznały ojcowskiej miłości!

Może tu właśnie za gwiazdkowe dary

w podzięce szczęsnej, co lice zrumienia,

do ręki dziada przypadałaś starej,

o dziewczę miłe! — Zasłuchany w ciszę,

ducha twojego widzę, jak przecudnie

w takt prac domowych wdzięcznie się kołysze,

jak kobierczykiem stół zaścielasz schludnie —

nawet szmer piasku u stóp twoich słyszę...

Ręko nadobna, twój to cud i władza

sprawia, że chata w niebo się przeradza.

A tu!

odgarnia zasłonę łóżka

Rozkoszą, lękiem serce pała!

Ach, marzyć tu godziny, dnie;

ta, gdzie przyroda w cichym śnie

anielską postać kształtowała!

Tu spoczywało wonne ciało,

tu życie w piersiach falowało,

przeczyste świętych cnót przędziwo

przędło jej obraz — boże dziwo!

I stoję tu — i na co — po co?

wzruszenia myśli moje złocą;

serce stęsknione w piersiach drży!

Nieszczęsny Fauście — czy to ty?

Urok opływa sprzęty, ściany;

użyć przyszedłem z miną chwata,

a oto marzę rozkochany!

Czyż nami los jak liśćmi wiatr pomiata?

tak! bo gdyby teraz się zjawiła

I nagłe przekroczyła próg,

błagałbym kornie: wybacz, miła!

Faust! wielki! u jej małych nóg!

MEFISTOFELES

wbiega

Wraca! uciekaj, póki pora!

FAUST

Odejdź! nie wyjdę stąd!

MEFISTOFELES

Oto szkatułka wcale170 spora,

nie pytaj — mniejsza skąd;

ukryj ją zgrabnie tutaj w szafie,

już zbałamucić171 ją potrafię,

możesz mi wierzyć. — Istne cuda

są w tej szkatule — można nią

uwieść niejedną!! Rzecz się uda —

dziecko jest dzieckiem, gra jest grą.

FAUST

Nie wiem doprawdy...

MEFISTOFELES

Co? wahanie?

Skarbu ci żal? a — w tym sposobie

radzę pożądań zbyć się, panie,

dać święty spokój mej osobie,

chwil nie marnować — szkoda czasu!

me przeczuwałem skąpca w tobie!

Rąk nie żałuję, w łeb się skrobię...

ustawia szkatułkę w szafie, zamyka się

A teraz precz stąd! prędko!

... tak sprawnie manewruję wędką,

by złowić dla cię kąsek smaczny,

a ty w bezwoli tu rozpacznej

czy w osłupieniu, czy w bezwładzie,

stoisz jak student na wykładzie,

którego troski trapią liczne —

fizyczne i metafizyczne!

Ach, dość już! Chodź!

Wychodzą.

MAŁGORZATA

z lampą

Tak duszno tutaj i parno,

otwiera okno

na dworze wcale nie skwarno.

Jakoś mi dziwnie na duszy,

w tej domu samotnej głuszy —

matka nie wraca, drżę cała

odurzona, struchlała.

rozbiera się i nuci

Był w Thuli172 król wielkiej cnoty

— owiał go legend czar —

otrzymał puchar złoty,

kochanki ostatni dar.

Droższy mu był nad życie,

miłosny żar w nim tkwił —

król łzę ocierał skrycie,

ilekroć z niego pił.

Gdy śmierć nadeszła — spokojnie

przeliczył miasta, wsie,

i rozdał wszystko hojnie,

jeno173 puchara nie.

Kędy174 spienione morze

roztrąca się o brzeg —

do uczty ostatniej na łoże

w gronie rycerzy legł.

Grały mu morskie odmęty,

słuchał ich pieśni i pił —

i rzucił puchar święty

w mórz tonie z całych sił.

I patrzał zamglonym wzrokiem

w topiel chłonącą — bez skarg —

aź śmierć zasnuła go mrokiem

z tą kroplą wina u warg.

chce suknie zwiesić w szafie — spostrzega szkatułę

Patrzcież — szkatułka jakaś stoi,

ale skąd tutaj? w szafie mojej?

o, jakżeż mnie to niepokoi!

wszakże zamknęłam szafę! — może

to zastaw złożył kto?

Otworzyć? nie otworzyć? Boże!

chyba otworzę! A to co?

Cóż to za cuda te klejnoty —

toć wielka pani i w niedzielę

może się w nich pokazać śmiele!

Ustroję się w ten łańcuch złoty —

jak się to w słońcu musi skrzyć!

Czyjaż to własność może być?

przystraja się — podchodzi do lustra

Gdybym choć te kolczyki miała!

jak się to zmienia postać cała!

Bo i cóż piękność, młodość wreszcie?

pewno — przydatne to niewieście,

lecz jeśli chwali za to ktoś — to raczej

z litości jeno; — złoto znaczy!

i gorzej:

przed zlotem się korzy

i złotem się puszy

cały świat!

Biednemu w oczy wicher prószy!

PRZECHADZKA

Faust, Mefistofeles. Faust przechadza się w zamyśleniu, zbliża się Mefistofeles

MEFISTOFELES

Na piekielne czeluści! do stu miłosnych omamień!

Mało mi wszystkich wyzwisk! Kląłbym w żywy kamień!

FAUST

Co takiego? cóż się stało?

Jakiż ciebie uciął giez?

MEFISTOFELES

Diabłu bym oddał ciało,

ale sam jestem bies!

FAUST

Pocieszny jesteś w swym obłędzie!

Diabły szaleją — co to będzie?

MEFISTOFELES

Toć pomyśl jeno — te psie pały,

klechy, zabrały skarb nasz cały!

Matka klejnoty zobaczyła,

coś niedobrego w nich zwietrzyła —

a ma węch baba — wierzaj mi —

w modlitewnikach wiecznie tkwi —

więc jakie by nie były sprzęty,

wysznuchta175: świecki czy też święty;

nie dziw więc, że klejnotów blask

nie zdradzał przed nią zbytku łask.

— Skarb nienabyty na złe przecie

wyjść tylko może, moje dziecię.

Matce go ofiarujmy Boskiej,

niech nam łaskawie ujmie troski.

Małgosia się skrzywiła srodze:

Klejnotów żal niebodze.

Myśli, czy może być niecnotą

ten, kto klejnoty daje, złoto?

Lecz matka zaraz woła klechę;

przychodzi, no i ma uciechę —

do skarbu oczy mu się śmieją!

Powiada — jak umieją księża:

— Kto przezwycięża się — zwycięża:

a kościół ma żołądek strusi176.

tyle tych skarbów strawić musi,

a na niestrawność nie choruje

— tak słodko obie panie kusi —

więc się i tym nie struje.

FAUST

To znany zwyczaj — mnie się widzi:

królowie czynią tak i Żydzi.

MEFISTOFELES

Ale co dalej — słuchaj proszę:

zabrał bez dzięki całe mienie,

jakby to były marne grosze;

łańcuch, kolczyki i pierścienie

zgarnął do kabzy jak orzechy —

pełen anielskich słów pociechy;

bliźnim zdrój łaski — skarb dla siebie —

a baby były w siódmym niebie.

FAUST

A Małgorzata?

MEFISTOFELES

— No cóż — siedzi

i medytuje, głowę biedzi —

niespokojnymi widzi snami

tego, co darzył klejnotami.

FAUST

Żal mi jej szczerze! Proszęć serio,

obdarz ją jeszcze biżuterią,

tamta nie była bardzo ważka.

MEFISTOFELES

Dla ciebie wszystko fraszka!

FAUST

Wypełń sumiennie me zlecenie:

z sąsiadką wejdź w porozumienie —

bądź diabłem wreszcie, nie mazgajem!

A Małgorzacie przynieś złoto.

MEFISTOFELES

Wykonam rozkaz twój z ochotą!

Faust wychodzi.

Otom do dudka177 poszedł w najem!

Aby dogodzić kaprysowi

umiłowanej damy swojej,

sprzeda kochliwiec, dudek wieczny,

noc wygwieżdżoną, dzień słoneczny.

U SĄSIADKI

Marta, Małgorzata, Mefistofeles.

MARTA

sama

Wybacz mężowi memu, Panie,

lecz boskie było z nim skaranie!

Poszedł ni stąd, ni zowąd w świat,

a ja tu czekam tyle lat.

Przecież kochałabym go szczerze

i dom by miał, i stół, i leże.

płacze

Kto wie, odkąd już jestem wdową!

Żeby choć dowód! jedno słowo!

Małgorzata wchodzi.

MAŁGORZATA

Ach, pani Marto!

MARTA

No, cóż? mów!

MAŁGORZATA

Drżę i słów sklecić nie potrafię,

wyobraź sobie, oto znów

szkatułkę w mej znalazłam szafie.

a jakie cuda wewnątrz lśnią!

— gdzie tam się pierwszej równać z nią!

MARTA

Nic nie mów matce — jak się dowie,

zaraz spowiednikowi powie.

MAŁGORZATA

Spójrz jeno! popatrz! cóż za dziwa!

MARTA

przystraja ją

W czepkuś rodzona178 i szczęśliwa!

MAŁGORZATA

Szkoda — w kościele ani w domu

nie mogę pokazać się nikomu.

MARTA

Gdy matka wyjdzie lub się zdrzemnie,

przychodź tu do mnie potajemnie;

ustroisz się przed lustrem ładnie;

ostoję zawsze znajdziesz we mnie.

Gdy się sposobność zdarzy, duszko,

kiermasz lub festyn jakiś w mieście,

stopniowo, nikt nic nie odgadnie.

raz łańcuch włożysz — perłę w uszko —

matka się nie spostrzeże, wreszcie

oczy zamydlić można snadnie179.

MAŁGORZATA

Skąd te szkatuły? — powiedz — czyje?

w tym się niesamowitość kryje!

Pukanie.

To matka pewno — już się płoszę!

MARTA

wyjrzała przez zasłonę

Pan jakiś obcy: proszę!

Wchodzi Mefistofeles.

MEFISTOFELES

Mojej wizycie obcesowej180

raczcie wybaczyć, piękne panie!

cofa się z oznakami czci przed Małgorzatą

Szukam cnej pani Mieczykowej.

MARTA

To ja — do usług panie.

MEFISTOFELES

cicho do Marty

Poznałem panią; na dziś dość,

widzę — u pani znaczny gość.

Przepraszam bardzo, iż wejść śmiałem,

przyjdę wieczorem, nie wiedziałem.

MARTA

głośno

Wyobraź sobie, moje dziecko,

Pan cię za pannę wziął szlachecką.

MAŁGORZATA

Zbyt łaskaw pan! dziękuję panu,

lecz jestem z mieszczańskiego stanu,

a te klejnoty nie są moje.

MEFISTOFELES

Kobietę stroi wdzięk — nie stroje,

a pani wzięcie181 ma, spojrzenie;

znajomość bardzo sobie cenię.

MARTA

Wybacz ciekawość mą niewieścią...

MEFISTOFELES

Przychodzę z niewesołą wieścią!

Mąż pani umarł — świeć mu, Panie!

przeze mnie śle swe pożegnanie.

MARTA

Umarł! — o serce to nie lada!

Umarł mój mąż! Biadaż mi, biada!

MAŁGORZATA

Ach, ona umrze z tej boleści!

MEFISTOFELES

Więc posłuchajcie smutnej wieści.

MAŁGORZATA

Niechaj nie kocham, póki żyję!

kochać — to w jednej lec mogile!

MEFISTOFELES

Radość udrękę — męka radość kryje.

MARTA

Jakież ostatnie były jego chwile?

MEFISTOFELES

W Padwie jest jego grób, tam leży

u stóp świętego Antoniego,

anioły w wszelkiej go obierzy182

na poświęconej ziemi strzegą.

MARTA

Cóż więcej? mów, choć serce drży!

MEFISTOFELES

Tak, wielka prośba, dla pocieszeń

zamów za niego trzysta mszy!

Poza tym — pusta moja kieszeń.

MARTA

Przecież choć drobiazg jaki dał!

Toćże czeladnik w kabzie183 na dnie

chowa pamiątkę; gdy tak padnie,

raczej głoduje — a jej strzeże...

MEFISTOFELES

Nic nie poradzę, choćbym chciał;

nie putał grosza, powiem szczerze,

cierpiał za grzechy, klął swój los,

lecz tym się nie wypełni trzos.

MAŁGORZATA

O, wielkie ludzkie jest cierpienie!

Wieczne mu, Panie, odpocznienie.

MEFISTOFELES

Pani powinna znaleźć męża —

twa tkliwość mnie zwycięża!

MAŁGORZATA

Czas jeszcze na mirtowy wianek184.

MEFISTOFELES

Jeśli nie mąż, to choć kochanek.

Możesz185 się mierzyć sceptr186 czy złoto

z słodką w ramionach twych pieszczotą?

MAŁGORZATA

Zwyczaj ten u nas nie uchodzi.

MEFISTOFELES

Zwyczaj — obyczaj! cóż to szkodzi. —

MARTA

Mówcie, panie!

MEFISTOFELES

Nad śmierci jego stałem łożem,

po prawdzie był to barłóg187 szpetny;

zgon jak i żywot był nieświetny,

lecz zmarł przykładnie z słowem bożem.

Mówił „O, jakże siebie nienawidzę!

dom opuszczony, rzemiosło i żona;

straszne me winy — dziś dopiero widzę!

Ach, te wspomnienia! wybaczyż mi ona?!”

MARTA

z płaczem

Kochany człowiek! Wybaczam mu z serca!

MEFISTOFELES

Lecz rzekł: „więcej jej niż mojej winy!”

MARTA

Oszczerca!

Kłamał! nie uszanował ostatniej godziny!

MEFISTOFELES

W gorączce tak zapewne bredził,

choć się to na tym znać potrzeba.

Mówił, że życie tak przebiedził

w tym przysparzaniu dzieci, chleba,

słowem, wszystkiego — w wielkim znoju,

a sam nie zaznał, rzekł, spokoju.

MARTA

Zapomniał o miłości naszej, o przysiędze,

o dziennym uganianiu, o nocnej mordędze!

MEFISTOFELES

Nie! Niezupełnie! Owszem — tęsknił duszą, ciałem;

pamiętam, opowiadał: „Z Malty wyjeżdżałem —

o zdrowie żony, dzieci, modłym słał do Pana

I wraz się szczęście pokumało z nami;

statek spotkalim wielkiego sułtana

naładowany po burty skarbami —

napadliśmy nań, zdobyli go śmiele

i mnie część łupów przypadła w udziele188”.

MARTA

Jakie? gdzie? pewno je zakopał w ziemi?

MEFISTOFELES

Dokładnie nie wiem, co się stało z niemi;

pomnę jedynie, że dziewczynka śniada189

zajęła się nim i była zeń rada190,

to było w Neapolu; miłego pożycia

pamiątkę nosił aż do końca życia.

MARTA

A szelma! własne dzieci okradł! złodziej!

ty karm je, matko, ty je, matko, odziej,

a mąż z dziewkami po świecie się włóczy!

MEFISTOFELES

Kto się nauczył, już się nie oduczy;

umarł biedaczek z tego! ano, trudno!

Lecz wam w tym stanie wdowim pewnie nudno!

radzę wam: rok żałoby, a potem wesele!

MARTA

O, już takiego jak nieboszczyk pewnie

nie znajdę! mój głuptasek! o, takich niewiele!

dorównaż mu kto drugi? płaczę po nim rzewnie;

tylko że się tak ciągle parał tą włóczęgą,

za babami uganiał, wińsko smolił tęgo,

no i ta gra w kosteczki, ta go rujnowała!

MEFISTOFELES

No, no — toć widzę, nie było tak źle,

bo jeśli tak umowa stała,

ja tobie, a ty mnie,

nawzajem sobie wybaczamy,

to — słowo daję! bez obsłonki!

zmieniłbym z wami rad pierścionki!

MARTA

Ach, wolne żarty! Figlarz z pana!

MEFISTOFELES

cicho

A teraz w nogi! Baba szczwana

ślub bodaj z diabłem zawrzeć rada.

do Małgorzaty

A któż serduszkiem pani włada?

MAŁGORZATA

Co pan chce rzec?

MEFISTOFELES

cicho

Istoto dobra i niewiedna191!

głośno

Żegnam:

MAŁGORZATA

Żegnajcie!

MARTA

Lecz rzecz jeszcze jedna:

jak to uzyskać — pewnie, panie, wiecie —

o zgonie męża prawne zaświadczenie:

lubię porządek i czyste sumienie,

zgon ogłoszony pragnę mieć w gazecie.

MEFISTOFELES

To drobiazg, pani, który przewidziałem,

zeznania świadków dwóch przed trybunałem

starczą zupełnie! zajmę się tym skrzętnie,

mam przyjaciela, co zaświadczy chętnie;

bardzo wytworny pan; z nim tu przyjdziemy.

MARTA

Bardzo dziękuję!

MEFISTOFELES

do Małgorzaty

Panią zastaniemy?

To bardzo miły chłopiec — w podróżach obyty,

dla pań pełen atencji192, czci niepospolitej.

MAŁGORZATA

Wstydem się spalę, lica zapłoną szkarłatem.

MEFISTOFELES

W krasie193 swej stanąć możesz bez wstydu przed światem.

MARTA

Za domem moim jest wirydarz194 mały,

tam dziś wieczorem będziemy czekały.

ULICA

Faust, Mefistofeles.

FAUST

I cóż? więc jakże? jakież wieści?

MEFISTOFELES

Brawo! Pan, widzę, płonie nie na żarty!

wierę — rychło się panicz z Małgosią popieści.

Dziś wieczór spotkasz się z nią w ogrodzie u Marty.

Co to za baba kuta! ma w niej diabeł służkę,

kuplerka195 wymarzona! stworzona na wróżkę!

FAUST

Świetnie! Nie będziem czasu tracić!

MEFISTOFELES

Lecz widzisz, trzeba jej zapłacić.

FAUST

Przysługę wynagrodzić trzeba.

MEFISTOFELES

Musim zaświadczyć jak należy,

że mąż jej przeniósł się do nieba,

a zewłok jego w Padwie leży.

FAUST

Więc w podróż!?

MEFISTOFELES

Wpisz się w głupców bractwo!

Świadectwo złożyć masz, nie jechać!

FAUST

Nie piszę się na to matactwo,

kiepski twój plan, trza go poniechać!

MEFISTOFELES

O, mężu świątobliwy! Panie,

czy to raz pierwszy w twoim życiu

fałszywe złożyć masz zeznanie?

Czyliż o Bogu, świecie, o wszelkim żywiole,

o człowieku zamkniętym w wszechistnienia kole,

o świadomości ludzkiej, iż jest nieśmiertelną,

nie plotłeś prawd rzekomych z odwagą bezczelną?

Bądź szczery, przyznaj proszę, że o tym wiesz tyle,

co o pana Mieczyka nieznanej mogile!

FAUST

Byłeś i jesteś kłamcą i sofistą196.

MEFISTOFELES

Im głębiej, bardziej mroczno i bardziej jest mglisto;

już jutro z czcią należną, wymowy potęgą

tumanić będziesz dziewkę z wiarą oczywistą

I poprzesz swoją miłość wieczystą przysięgą.

FAUST

To z serca!

MEFISTOFELES

Pięknie! rzecz dla mnie nie nowa!

A potem o wierności będą słowa znaczne,

O przemożnym popędzie — ostatnie! rozpaczne!

Czyliż to także będzie — powiedz! — serca mowa?

FAUST

Tak jest: bo jeśli czuję

i dla mych uczuć szukam słów,

gdy się wspólnoty nić wysnuje

i w mgłach otchłani gubi znów,

kiedy w wszechświata szukam łonie

najdalszej w mrokach lśniącej skry,

gdy ogień, który we mnie płonie,

nazwę wiecznością,

czy to też kłamstwo, czarcie gry?!

MEFISTOFELES

Lecz słuszność przy mnie!

FAUST

Dosyć! prowadź!

Kto umie szpadą słów szermować,

zawsze ma rację; a więc: ty!

Chodźmy! tematu tego więcej nie poruszę —

twoja racja! przegrałem, bo ustąpić — muszę!

OGRÓD

Faust, Małgorzata, Mefistofeles, Marta. Małgorzata z Faustem, Mefistofeles a Martą spacerują na przemiany.

MAŁGORZATA

Ja wiem, pan tylko tak z grzeczności

rozmową bawi mnie układnie.

Wojaże197 uczą uprzejmości

zażywać, gdzie wypadnie.

Jeno mi to jest bardzo dziwno,

że pan rozmawiać chce z naiwną.

FAUST

Ponad mądrości cenię więcej

wzrok, słowo, urok twój dziewczęcy.

Całuje ją w rękę.

MAŁGORZATA

Nie trzeba, nie! przepraszam bardzo.

Ja nie mam ręki gładkiej,

robotą ręce me nie gardzą,

z mej woli — z woli matki.

Przeszli.

MARTA

Więc wy tak, panie, zawsze w drodze?

MEFISTOFELES

Ciągle ku innym, nowym krajom

pcha zawód, obowiązki gnają;

czasem ta zmiana boli srodze.

MARTA

W latach młodzieńczych łatwiej sami

dajemy sobie radę w świecie,

lecz kiedy starość już za drzwiami —

samotność gniecie, bardzo gniecie,

lecz pewno sami o tym wiecie.

MEFISTOFELES

Ze zgrozą czasem myślę o tem.

MARTA

Za wczasu zmieńcie się, bo potem...

Przeszli.

MAŁGORZATA

Co z serca — z myśli! mówię śmiele,

choć słowa me prostacze,

przyjaciół ma pan mądrych wiele,

cóż ja tam przy nich znaczę.

FAUST

Wierzaj, nadobna198, to, co zwą mądrością,

zbyt często jest szalbierstwem199 i próżnością.

MAŁGORZATA

Czy tak?

FAUST

Doprawdy: skromność, cnota

nie umie sycić się swym czarem;

pokora, ufność i prostota

największym są przyrody darem.

MAŁGORZATA

Panu wciąż nowość myśl odmienia,

ja mam dość czasu na wspomnienia.

FAUST

Pani samotna?

MAŁGORZATA

Tak; gospodarstwo jest nieduże,

lecz wszystko trzeba zrobić samej

więc tak po prawdzie w domu służę.

rozkazy spełniam mamy,

mamusia bardzo drobiazgowa!

A już jeżeli o tym mowa:

skąpić nie musim! — mamy własny kątek

wielu by z nami los swój zamieniło;

ojciec zostawił dość ładny majątek:

domek z ogródkiem; schludnie tam i miło.

Obecnie spokój mam po prawdzie duży.

siostra umarła, a brat w wojsku służy.

A z tą siostrzyczką miałam wiele żmudy200.

lecz po raz drugi poniosłabym trudy

z radością: — słodka dziecina, kochana!

FAUST

Anioł, gdy w ciebie podana.

MAŁGORZATA

Samam to dziecko wychowała

po ojca śmierci narodzone,

mamusia ciężko chorowała,

myślałam — wszystko już stracone;

mama nie mogła karmić wcale

i tak się przy mnie wychowało,

i rozwijało się wspaniale

na mleku z wodą; już się śmiało,

zaczęło chodzić, paplać — wierzcie,

maleństwa nigdy nas nie nużą

— to dziecko właściwie moje.

FAUST

Cichego szczęścia miałaś dużo.

MAŁGORZATA

Ciężkie przeżyłam z siostrą znoje:

w nocy, by zawsze mieć ją blisko,

przysuwałam ją z kołyską

do swego łóżka: praca trudzi,

usypiam prędko — już mnie budzi.

już wstawaj, karm ją, kładź przy sobie,

już płacze, chodź z nią po komnacie.

— Czasem płakałyśmy tak obie;

rano w domowym już kieracie —

to pranie, na targ znów iść trzeba.

przynieść jarzyny, mięsa, chleba —

znów gotuj — i tak do wieczora,

to samo jutro, co i wczora:

tak, tak, mój panie, znój był srogi,

lecz za to jakiż spokój błogi,

gdy się tak dzień przepracowało,

jak smakowało, jak się spało.

Przeszli.

MARTA

Biedne niewiasty! czyż jest sposób

na starokawalerstwo? nie!

MEFISTOFELES

Więcej podobnych pani osób,

a byłoby z nami źle.

MARTA

Czy pan wciąż lata za czymś nowem? —

a może pan związany słowem?

MEFISTOFELES

Przysłowie mówi: szczęście to rodzina.

ognisko własne i miłość żonina.

MARTA

Chętki nie zaznał pan w swym życiu całem?

MEFISTOFELES

Właściwie wszędzie mile czas spędzałem.

MARTA

Rzec chciałam: miał pan zamiary uczciwe?

MEFISTOFELES

O, z niewiastami żarty niegodziwe!

MARTA

Ach, nie rozumie mnie pan?

MEFISTOFELES

To mnie rani,

rozumiem jedno — żeś grzeczna, o, pani!

Przeszli.

FAUST

Mówisz — poznałaś, kto ku tobie kroczy,

gdy z towarzyszem weszliśmy w podwoje?

MAŁGORZATA

Wszak zauważył pan: — spuściłam oczy.

FAUST

I wybaczyłaś mi natręctwa moje

z onegdaj, pomnisz, gdy u bram kościoła

ujrzałem ciebie, ujrzałem anioła?

MAŁGORZATA

Wtedy to siebie zapytałam drżącą,

jak to się stało? przecież nigdy o mnie

nikt nigdy mówić nie mógł, iż wyzywająco

stroić się pragnę lub noszę nieskromnie:

cóż we mnie było, pytałam w obawie,

co mogło mówić o mojej złej sławie?

Rzecz najdziwniejsza dla mnie, chociaż pewna:

żalić się siła wzbraniała nieznana —

na siebie byłam zła i bardzo gniewna,

a nie umiałam gniewać się na pana.

FAUST

Kochanie!

MAŁGORZATA

Chwilkę!

Zrywa margerytkę — obrywa płatki jeden po drugim.

FAUST

Cóż to będzie? wian?

MAŁGORZATA

Zabawka.

FAUST

Jaka?

MAŁGORZATA

Wyśmieje mnie pan!

Zrywa i szepcze.

FAUST

Co mówisz?

MAŁGORZATA

półgłosem

Kocha — nie kocha mnie nic!

FAUST

Urzekła mnie, dziewczę, piękność twoich lic!

MAŁGORZATA

w dalszym ciągu

Kocha — nie kocha — kocha — nie kocha —

zrywa ostatni płatek; z słodką radością

kocha mnie

FAUST

Tak, lube dziecię! Słowem tym rozpocznij

swe nowe życie w tej kwiatów wyroczni:

on kocha ciebie, czy wiesz, co to znaczy?

on kocha ciebie — tak! już nie inaczej!

Bierze jej ręce.

MAŁGORZATA

Drżę cała!

FAUST

Nie drżyj! niechaj w oczu mowie,

niech w tym uścisku rąk cichszym od cienia

cud niewymowny serca się wypowie:

wielkie oddanie, rozkosz współistnienia,

bezmiar uczucia błękitny, daleki,

co dnie żywota słońcem opromienia

i już do końca — na wieki — na wieki!

Małgorzata żegna go uściskiem ręki — zrywa się, wybiega, Faust trwa chwilę w zamyśleniu — idzie za nią.

MARTA

wchodzi

Zapada noc.

MEFISTOFELES

Już na nas czas.

MARTA

Chętnie bym, mili, zatrzymała was,

lecz trudno, w ciągłym żyjem swarze,

sąsiedzi straszni to plotkarze!

nic, jeno śledzą wciąż przez cale dnie,

a jak, a skąd, a co, a gdzie,

jakby wdzięczniejszej nie mieli roboty,

jak brać swych bliźnich w omowne obroty;

cała ich radość, Boże ty mój słodki,

zbierać, hodować i wypuszczać plotki.

Gdzież nasza parka?

MEFISTOFELES

O, tam, zakręt mija,

gruchają sobie!

MARTA

Młodzieniec jej sprzyja.

MEFISTOFELES

A ona jemu — tak się zawsze splata

i splatać będzie aż po koniec świata.

ALTANA

Małgorzata, Faust, Marta, Mefistofeles. Małgorzata wpada do altany — skrywa się za drzwiami — palec na wargach, patrzy przez szczelinę.

MAŁGORZATA

Idzie!

FAUST

wchodzi

A tuś mi! szukam małej,

a ona tu!

Całuje ją.

MAŁGORZATA

obejmuje go — oddaje pocałunek

Kocham cię, drogi, z duszy całej!

Mefistofeles puka.

FAUST

zły

Kto tam?

MEFISTOFELES

Przyjaciel!

FAUST

Zwierzę!

MEFISTOFELES

Na nas czas!

MARTA

wchodzi

Już bardzo późno.

FAUST

Czy mogę odprowadzić was?

MAŁGORZATA

Nie, nie! Idź sam! Matka by zaraz do sumienia...

FAUST

Więc muszę iść już? — do widzenia!

MARTA

Adiu201!

MAŁGORZATA

Do zobaczenia!

Faust i Mefistofeles wychodzą.

MAŁGORZATA

Boże! Cóż on pomyśli o mnie,

drżę przed nim jak schwytany ptak

i odpowiadam nieprzytomnie,

na wszystko mówię: tak!

Jak dziecko stracham się i trwożę,

a on — cóż we mnie widzieć może?

Wychodzi.

JASKINIA W LESIE

Faust, Mefistofeles.

FAUST

sam

Dałeś mi wszystko, o, duchu potężny,

O co prosiłem. W tajemne ogniska

wzrok skierowałeś, wzrok mój niebosiężny,

I tam ujrzałem cud przyrody z bliska:

i panowanie dałeś mi nad światem,

poczucie siły, poczucie użycia,

iż mogłem stać się powiernikiem, bratem

i słyszeć bicie serca w piersi życia!

Szeregom przemian nakazałeś oto,

aby przed wzrokiem mym przeszły w pochodzie

i pozwoliłeś, bym ducha tęsknotą

poznał mych bliźnich w krzach202, ogniu i wodzie.

A jeśli burza uderzy szalona

o rozjęczoną czarną lasu ścianę,

jeśli grom runie w kłąb zbitego łona

i strzaska dębu gałęzie rozwiane,

a on w upadku niezbłagany, srogi,

obala w wichrów zaplątany chórze

drzewa bliźniacze w dno śmiertelnej trwogi,

i echo huku góra rzuci górze —

i idzie jęk ten, to burzy wołanie

przez ziemię całą, w wieczności otchłanie —

wtedy mnie wiedziesz w cichych jaskiń łono

i każesz spojrzeć w swoje własne lice

i własną duszę poznać nieskończoną,

jej ból i radość — sny i tajemnice.

Wtedy przed okiem moim księżyc wstaje,

ziemię okrywa kojącą poświatą

i ożywają przeszłości rozstaje,

drzwi otwierają się ku wszystkim światom,

mrok ócz umarłych kirem nie zasłania

w wielkiej godzinie myśli i poznania.

A jednak baśnią ludzka doskonałość,

widzę to jasno w tej chwili upojnej,

gdyś mi dał boskie dojrzenie203 i źrałość204

i wraz205 pchnął w lęku odmęt niespokojny.

Za towarzysza i za powiernika

wieczną ironię mam, wyrzut sumienia,

co zimnym wzrokiem czyny me przenika

i twe owoce w szary popiół zmienia.

On to czarami z pamięci wyłania

postać barwioną marzeniami skrycie.

Tak żyję w kręgu wiecznego wahania:

żądza mnie spala i kusi użycie.

MEFISTOFELES

wchodzi

No — może dość już ukrywania;

przez jakiś okres można — owszem,

lecz dłużej życie samo wzbrania

i każe tęsknić za czymś nowszem!

FAUST

Czyż nic lepszego nie masz do roboty,

jak206 dręczyć mnie codziennie?

MEFISTOFELES

Przeszkadzać nie mam ci ochoty,

zwłaszcza żeś ciągle zły niezmiennie.

Miły towarzysz z ciebie! — Bracie!

wciąż strzec się trzeba — stać na czacie,

co cię umęczy, co zamroczy —

jak pies trza patrzeć w pańskie oczy.

FAUST

Oto właściwy tenor207 mowy!

Mamże dziękować za udręki?

MEFISTOFELES

Cóż byś ty, synu mój globowy208,

bez mej pomocnej czynił ręki?

Jakżebyś żyć potrafił?! Z mrzonek

imaginacji wybuchowej

zleczyłem cię w ów piękny dzionek,

w który, sam sobie będąc katem,

chciałeś się żegnać już ze światem;

a waść się teraz w norze chowa

jak gacek209, lelek210 albo sowa;

mchem i pleśniami karmisz ducha

jak gad obmierzły lub ropucha:

ach, pozazdrościć cnej osobie,

wciąż doktor pokutuje w tobie.

FAUST

Gdybyś zrozumiał, jakie życia siły

na tej pustelni we mnie się zrodziły,

gdybyś mógł pojąć! — gniew by diablej mości

imał211 się srogi — gniew pełen zazdrości.

MEFISTOFELES

O, wielkie szczęście — nadświatowe!

na rośnej nocy złożyć głowę,

ziemię i niebo wziąć w ramiona

i u bożego spocząć łona;

miąższ ziemi przeczuć nieświadomie,

dni genezyjskie w ich ogromie;

użyć w poczuciu sił, w ich dumie —

lecz co? sam dobrze nie rozumiem;

to znów miłosnym rozemdleniem

rozpłynąć się w wszechświecie cieniem,

znika syn ziemi w snów rozmachu,

a potem — intuicji gmachu

gest niechlujny

jak, już nie powiem, zamknąć drzwi!

FAUST

Precz, obrzydliwcze!

MEFISTOFELES

A — nie dogadza ci?

W tym rzecz!

O tak! z słusznością mówisz: „precz”!

Często cnotliwe uszka parzy,

o czym cnotliwe serce — marzy!

Sądzisz, że zazdrość widzisz we mnie?!

Okłamuj siebie — to przyjemnie!

O — kłam przed sobą — kłam nadzieje!!

Zresztą — nie wytrwasz tutaj długo,

już się stanowczość twoja chwieje,

trwogi i strachu nędzny sługo!

Lecz dosyć! — Luba twa panienka

samotnie, tęsknie spędza czas

i wypatruje u okienka,

czyli nie zoczy212 nas.

Najpierw twa miłość tak wezbrała

jak wiosną zalew rzek,

gdy lubą siła fal porwała,

strumyczek zmalał — suchy brzeg.

Zamiast królować tutaj w lesie,

raczej — ukoić tęskny żar! —

niech wielki pan w jej domek wniesie

miłosny, wdzięczny dar.

Biedactwo małe liczy chmury —

jedna za drugą w dale mknie,

tam poza smutne. miejskie mury...

samotne noce, puste dnie —

i jeno213 śpiew ten: „gdyby ptaszkiem,

skrzydlatym ptaszkiem chwilę być”

snuje się pod gontowym daszkiem,

by się z powrotem w sercu skryć!

Dzień jeden — w nagłym zweseleniu!

Dzień drugi — deszczem łez owiany!

Dzień trzeci — w głuchym drżeniu!

A każdy tobą rozkochany!

FAUST

Żmijo podstępna!

MEFISTOFELES

Już w potrzasku!

FAUST

Przeklęty! mowa twa zbyt śmiała!

Jej imię czyste, białe!

Nie rzucaj na łup żądz jej ciała

przed zmysły oszalałe.

MEFISTOFELES

Nic nie rozumiem! Do tej chwili

ona jest pewna, żeś ją rzucił,

sądzę, że zbytnio się nie myli:

nie wierzę, abyś wrócił.

FAUST

Z nią jestem myślą rozkochaną,

bez niej mi ziemia pusta,

zazdroszczę Chrystusowym ranom,

które całują jej usta!

MEFISTOFELES

Zazdrość mnie gryzła w swoim czasie

— tak mówiąc między nami —

o parę jagniąt, co się pasie

pod wonnych róż pąkami.

FAUST

Rajfurze214!

MEFISTOFELES

Wyzywasz! ja się śmieję!

Bóg, tworząc płci osobność,

musiał im także dać nadzieję —

więc stworzył i — sposobność!

A teraz chodźmy! bądź radosny —

wesoły wzrok i głos!

masz do komnatki iść miłosnej,

a przecież nie na stos!

FAUST

W słodkich ramionach radość wieczna,

jej pierś ogrzeje mnie słoneczna!

Niedole jej i dolę znam:

jestem wędrowcem i banitą,

co w parną noc niesamowitą

u zatrzaśniętych stoi bram.

Jak strumień burzą rozszalały

rwałem przez góry, bory, skały

w przepaści straszne dno;

ona w ufności bożej stała

na wonnej hali cicha, biała,

niebieskie za nią tło.

Mały jej świat w tych ścianach chaty,

lecz jakże wdziękiem przebogaty,

a ja skradałem się jak wróg.

Sam nad otchłanią czarną wiszę,

zabrałem spokój jej i ciszę,

przeto mną wzgardził Bóg.

Piekło — już znam do ciebie drogę!

Szatanie — skróć mój czas i trwogę!

Co stać się ma, niech zaraz stanie się!

Biorę na siebie los bezwiednej,

niechaj w przepaści legniem jednej:

los jeden jej i mnie!!

MEFISTOFELES

O, jakże wrze i kipi wrzątek!

Do niej! — by prędzej smutek szczezł215!

Tam, gdzie dopiero jest początek,

rozumek ludzki mówi: kres!

Odważni żyją! Życie z nami!

Wszakżeś co nieco przediablony,

a nic głupszego na tej ziemi

jak diabeł zrozpaczony!

KOMNATKA MAŁGORZATY

Małgorzata.

MAŁGORZATA

sama; przy kołowrotku

Spokój mój przeminął,

w sercu płomień burz,

nie zaznam spokoju

nigdy, nigdy już.

Gdzież mój ukochany?

cóż z szukania prób?

cały świat bez niego

czarny, zimny grób.

Płonie moja głowa,

w myślach wir i szał,

szczęście i pogodę

ranny wicher zwiał.

Patrzę przez okienko,

szkoda moich ócz:

serce, moje serce,

pustki ty się ucz.

Puste moje życie,

pusty jest mój dom;

przejechał wodami

z ukochanym prom.

Jego chód wyniosły

i postaci czar,

uśmiech ust prześliczny,

oczu jego war,

mowa jego — pienia

wenecjańskich bark,

uścisk jego dłoni,

słodycz jego warg!

Spokój mój przeminął,

w sercu płomień burz,

nie zaznam spokoju

nigdy, nigdy już!

Piersi moje tęsknią,

moje piersi drżą,

bez jego pieszczoty

usychają, mrą.

Przy nim mego życia

ostateczny schron;

przecałować życie!

Przecałować zgon!

OGRÓD MARTY

Małgorzata, Faust, Mefistofeles.

MAŁGORZATA

Wybacz, Henryku —

FAUST

Powiedz proszę.

MAŁGORZATA

Dawno się już z myślami noszę,

czy się zapytać, jak twa sprawa

z religią — jesteś grzeczny

i dobry człowiek, i serdeczny,

lecz w tym względzie na niedowiarstwo coś zakrawa.

FAUST

Daj temu spokój! Znasz mnie przecie,

wiesz, jak cię kocham, drogie dziecię,

a już gdy kocham — oddam krew i życie!

a przecież nie przeszkadzam wam, którzy wierzycie.

MAŁGORZATA

Niedobrze mówisz, jeszcze trzeba wierzyć!

FAUST

Trzeba?

MAŁGORZATA

Ach! gdybym mogła wiarę twą rozszerzyć!

Wiem to, że nie czcisz świętych sakramentów!

FAUST

Czczę je.

MAŁGORZATA

Bez pragnień duch się próżno biedzi!

Nie chodzisz na mszę ani do spowiedzi,

Wierzysz ty w Boga?

FAUST

A któż bez wykrętów

rzec może śmiele: Tak! ja w Boga wierzę!

Kapłan czy mędrzec odrzeknąż ci szczerze?

Mogąż powiedzieć: tak czy nie?

MAŁGORZATA

Nie wierzysz w Boga!

FAUST

Nie chciej mnie źle rozumieć, wysłuchaj mnie, droga!

Któż nań imieniem zawoła?

Któż Go ogarnąć zdoła

i rzec: ja w Boga wierzę?!

Któż się ośmieli,

zważy, rozdzieli —

by rzec: ja weń nie wierzę?!

On — wszechogarniający,

On — wszechpodtrzymujący,

czyż nie ogarnia zarazem mnie, ciebie

i samego siebie?!

Nad nami dale błękitnieją,

pod nami twardy ziemski glob,

nocą się wieczne gwiazdy śmieją

jak złote ziarna wsiane w strop.

Patrzą me oczy w twoje oczy —

oto ku sercu i ku myślom

wieczność się święta garnie, tłoczy —

tajemne znaki w mgle się kryślą —

i cały bezmiar sił wszechświata

świetlistym skrzeniem cię oplata —

już tęczą przed tym wzrokiem legł;

napełń swe czucie aż po brzeg

i nazwij to przed wiary progiem

miłością! szczęściem! sercem! Bogiem!

Ja nazwy nie mam na to!

Uczucie to najwyższa władza,

a nazwa to czczy dym,

który świetlistość ćmi, zaczadza.

MAŁGORZATA

Z radością słucham twojej mowy;

ksiądz także tak mniej więcej mówi,

jeno innymi słowy.

FAUST

Pod tym słonecznym, ziemskim niebem

tak samo każde serce powie, każde na sposób swój,

więc i ja w swojej mówię mowie.

MAŁGORZATA

Upajam się słów twoich winem,

lecz jest w nich to, czego nie słyszysz:

nie jesteś ty chrześcijaninem...

FAUST

Dziecino...

MAŁGORZATA

I jeszcze jeden ból ci zdradzę:

czemu on ma nad tobą władzę?

czemu ty z nim się towarzyszysz?

FAUST

Z kim?

MAŁGORZATA

Z człowiekiem, który chodzi z tobą;

czy wiesz co o nim? czy go znasz?

ja lęk przed jego mam osobą,

to człowiek zły i złą ma twarz!

Serce powtarza, wciąż ostrzega:

to człowiek zły i zły kolega.

FAUST

Nie lękaj się go, moja mała!

MAŁGORZATA

Od czasu, gdym go wtedy tu poznała,

obecność jego boli mnie i trwoży;

ja, która w ludziach zawsze dobro widzę,

tego człowieka z duszy nienawidzę;

na ciebie z dnia na dzień działa coraz gorzej!

Gdy stoi przy mnie, jakiś głaz mnie gniecie;

że się z nim wdajesz, pełnam jest rozpaczy;

jeśli go krzywdzę, niech mi Bóg wybaczy.

FAUST

Takie kaduki216 bywają na świecie.

MAŁGORZATA

Nie chciałabym z nim żyć pod jednym dachem!

ilekroć wchodzi, przejmuje mnie strachem:

zawsze z drwinami i zawsze zę złością,

a nigdy z sercem, prostotą, szczerością.

Spode łba patrzy jakoś chytrze, wrogo —

tacy pokochać nikogo nie mogą;

przeczuwam franta217 w nim i łgarza!

W twoich ramionach tak słonecznie

i tak swobodnie, i bezpiecznie —

jego obecność serce moje zmraża.

FAUST

Przeczucia twoja myśl powtarza.

MAŁGORZATA

Tak lękiem jestem spętana,

że gdy się do nas zbliża,

nie wiem, czy kocham, czym kochana —

myśl trwogą się naniża —

gdy na mnie wzrok swój zły wyszczerza,

to zapominam słów pacierza;

ty pewno też tak czujesz.

FAUST

To antypatia.

MAŁGORZATA

Iść już muszę.

FAUST

Czyż nigdy prośbą cię nie wzruszę?

Tak pragnę chwilę przemilczeć z twym śnieniem

i kochającym objąć cię ramieniem —

serce me stopić z twoim — w duszę wtopić duszę.

MAŁGORZATA

Ach, gdybym, widzisz — w domu spała sama,

drzwi byłyby otwarte, nie zamknięta brama.

Lecz, wiesz, matka śpi ze mną, sen ma bardzo lekki,

lada szmer ją przebudzi: otwiera powieki,

a gdyby nas we dwoje ujrzała! O, wstydzie!

żyć bym nie potrafiła w tak strasznej ohydzie!!

FAUST

Na to jest rada, mój aniele,

oto jej trzeba w napój wlać

trzy krople tego: całkiem śmiele,

a będzie twardo spać.

MAŁGORZATA

A co to jest? — czy tak się godzi?

FAUST

Nic jej to, miła, nie zaszkodzi!

MAŁGORZATA

Niczego odmówić ci nie zdolę218

w tym miłującym dziele;

coś mnie przymusza pełnić twoją wolę,

choć mogę tak niewiele.

Wychodzi.

MEFISTOFELES

zbliża się

Poszła turkawka219?

FAUST

Szpiegowałeś?

MEFISTOFELES

Dokładnie doszło do mych uszu

doktorskie katechizowanie;

dobregoś pełen animuszu!

Mają w tym swój interes panie,

nie bez kozery tak mniemają

— wniosek zupełnie słuszny:

kto skromnie podda się zwyczajom,

ten w domu będzie też posłuszny.

FAUST

Tego nie widzisz już, potworze,

że serce to ofiarnie

ogniem miłosnej wiary gorze,

że zanim rozpacz je ogarnie,

broni tą wiarą i sumieniem

mnie! mnie! przed wiecznym potępieniem!

MEFISTOFELES

Duchowa zmysłowości maska!

O, już ty wisisz u jej paska!

FAUST

Pomiocie piekielnego smrodu!

MEFISTOFELES

Ą jaka ona już za młodu

fizjonomistka220! jak ją wzrusza

mej obecności moc nieznana —

wyczuwa we mnie i geniusza,

a może nawet i — szatana —

pod maskę tak się wejrzeć stara!

Więc dzisiaj będzie po harapie221?

FAUST

Tobie od tego wara!

MEFISTOFELES

Kąsek uciechy i ja złapię!

PRZY STUDNI

Małgorzata, Halszka. Obie z konewkami.

HALSZKA

Ależ się Basia nam spisała!

MAŁGORZATA

Nic nie wiem.

HALSZKA

Lecz ja wiem na pewno!

Tak! „Żeby kózka nie skakała...”

I tak się Basia doigrała,

a chciała być królewną!

MAŁGORZATA

Jak to?

HALSZKA

To wszystko z tej pańskości przecie;

a gdzie jest dwoje, tam jest trzecie,

to już tak bywa — na tym świecie.

MAŁGORZATA

Co ty powiadasz?

HALSZKA

Nie żałuję,

nic nie żałuję, sama chciała!

ciągle się z drabem swym swędrała222

— jak cień się za nim, bywa, snuje:

przechadzki, tańce i zabawy

przez tyle nocy, tyle dni,

a ino223 aby zażyć sławy,

że to jest pierwsza w całej wsi:

a on wciąż znosi jadło, wino

i baraszkuje wciąż z dziewczyną —

a ona dufna w siebie, śmiała

— bezwstydny zatraceniec —

z śmiechem podarki przyjmowała —

no, i na kołku zawisł wieniec224. —

MAŁGORZATA

Biedna dziewczyna!

HALSZKA

Co? żałować?

Nie! — to my musimy pracować?

Nas matka nie wypuszcza z domu

— siedź jedna z drugą przy kądzieli!

a ona idzie po kryjomu —

czasem pół nocy przesiedzieli

z gaszkiem to w sieni, to na przyzbie225,

a nigdy w domu! nigdy w izbie!

Jaka zasiadka, taki łup!

Pewnie, że szatę wdziać pokutną

po kozaczeniu trochę smutno!

MAŁGORZATA

Powinien wziąć z nią ślub.

HALSZKA

Nie głupi! Szwarny226 — to w okolu227

inną dziewczynę znajdzie snadnie228,

a zresztą — szukaj wiatra w polu!

MAŁGORZATA

A to nieładnie!

HALSZKA

Choćby ją zechciał jej kochanek,

my się rozprawim z kochaneczką;

chłopcy jej zerwą z głowy wianek,

a próg jej obsypiemy sieczką.

Wychodzi.

MAŁGORZATA

zmierza do domu

O, jakżem łatwo przewinienia

dziewczęce potępiała —

starczył mi drobiazg, ba, cień cienia,

skaza nieznaczna, mała,

już mnie raziło to, gniewało —

z wyśmiewem i pogardą

mówiłam: „grzesznaś” i szłam śmiało,

podnosząc głowę hardo!

Dziś by mi szukać trza pociechy

za własne winy, własne grzechy;

lecz jestże winą, co miłością

jest, szczęściem jeno i radością?

ZAUŁEK

Małgorzata.

We wnęce muru obraz Matki Boskiej Bolesnej, przed obrazem kwiaty w dzbankach.

MAŁGORZATA

stroi kwiatami obraz

Przed tobą stoję

grzeszna i drżąca,

spójrz na mnie, Matko!

O, Bolejąca!

Miecz w twojej piersi,

Matko Jedyna!

Patrzysz na męki

swojego Syna!

„Ojcze w niebiesiech229

szepczą Twe wargi —

ukój mą boleść,

Usłysz me skargi.

Takam zstrachana

i taka biedna —

Matko Bolesna,

Ty wiesz to jedna!

Wieczny ból we mnie,

ból za mną, ze mną —

oczy spłoszone

już się nie zdrzemną.

Samotna jestem

i przeto płaczę —

łzami dróg nędzę

skraplam i znaczę.

A w Twoim sercu

rany wieczyste —

a na Twych kwiatach

łzy me rzęsiste.

Rwałam je tobie

w dzisiejsze rano,

godziną wczesną

i zapłakaną.

Jeszcze złocista

nie zeszła zorza —

rozpacz mnie gnała

z zimnego łoża.

Spójrz na mnie, Matko,

z gwiaździstej drogi,

ochroń od śmierci,

od hańby srogiej.

Przed Tobą stoję

grzeszna i drżąca,

spójrz na mnie, Matko!

O, Bolejąca!

ULICA

Żołnierz Walenty — brat Małgosi,Faust, Mefistofeles Małgorzata, Marta; Mieszczanie. Noc. Przed domem Małgorzaty.

WALENTY

Gdy się tak w knajpie tęgo piło.

siedziało, grało i gwarzyło,

koledzy, pełni już ochoty,

chwalili dziewczyn swoich cnoty.

Przy pełnej flaszy i kielichu

spokojniem patrzył w głośny krąg

i uśmiechałem się po cichu

do tych wiwatujących rąk.

Jeden z drugiego się natrząsa,

ten mówi to, a tamto ów,

a ja podkręcam w górę wasa

i mówię sobie: gadaj zdrów!

I biorę w garście pełny kielich

i mówię dziarsko, jak to młody,

a któż mej siostrze cnót anielich

nie pozazdrości — jej urody?

— a oni mówią: rację masz!

kto co innego twierdzi: łgarz!

hura! i brzęk, i brzęk o szkło —

Zdrowie Małgosi! — toż to szło!!

A teraz — włosy z głowy rwać —

palce ogryzać aż do krwi!

Gdzież się podziała dziarska brać?

już nie ma — każden jeno drwi —

tu jakieś słówko podejrzane,

tam szpilkę wbije ktoś znienacka —

kto może, rozdrapuje ranę

i poszła sława w dym wojacka!

Ej! — gdybym krzyknąć mógł — kłamiecie!

i sam przed sobą rzec: nie wierzę!

rozbiłbym w puch to marne śmiecie,

ejże! leciałyby paździerze!

Ktoś idzie! Zbliża się! Czuj duch!

— nie mylę się — tak! idzie dwóch!

— jeśli to on — Małgosin gach,

nie wróci żywy pod swój dach!

Wchodzą Faust i Mefistofeles.

FAUST

Jak to w zakrystii światło właśnie

oliwnej lampki drżące w dali,

co mży i cichnie, pełga, gaśnie

i choć się z nagła żywiej pali,

już w czyhające wsiąka ciemnie,

tak właśnie mroczno we mnie.

MEFISTOFELES

A we mnie jakaś chęć raczej łasząca,

uczucie kota, który po drabinie

na dach wychodzi — patrzy do miesiąca230

i znów przez rynnę zwinnie się przewinie;

trochę złodziejstwa w tym i lubieżności,

oraz swoistej, rzekłbym, cnotliwości.

Już się w mych żyłach z krwią przelewa

jutrzejszy łysogórski gon,

noc czarodziejska we mnie śpiewa

melodią nietoperzych błon.

FAUST

Kiedyż się wzniesie skarb ku górze,

który rozbłysnął tam przy murze!

MEFISTOFELES

Ach, będziesz mógł wydobyć sam

kociołek z ziemi stary.

Spojrzałem kiedyś tam:

talary — bite talary!

FAUST

Ni dyjademu, ni pierścienia

dla lubej mojej przystrojenia?

MEFISTOFELES

Widziałem, zanim zapiał kur,

w kociołku pereł suty sznur.

FAUST

To bardzo dobrze — wstyd mi broni

tak bez podarków chodzić do niej.

MEFISTOFELES

Toć nie powinno serca chmurzyć,

można za darmo czasem użyć.

— Lecz teraz — gdy tak gwiazdki mżą

i pięknie niebo stroją,

do reszty już odurzę ją

moralną piosnką moją.

śpiewa231 — przygrywa na gitarze

O, Kasiu moja, powiedz mi,

co u kochanka szukasz drzwi

godziną tak poranną.

Chętnie on Kasiu wpuści cię,

lecz z wypuszczeniem będzie źle,

nie wrócisz, Kasiu, panną!

Więc, Kasiu słodka, rozważ to;

Kasia nie słucha, kocha go,

więc: dobrej nocy w łóżku!

Ej, Kasiu, przestrzegałem cię,

stokrotnie pewniej kochać się

z pierścionkiem na paluszku!

WALENTY

wpada

Gruchać przyszedłeś, szelmo, tu?

Patrzcie no gaszka232! — drań, sobaka!

Wpierw z instrumentem do diabłów stu!

teraz się wezmę do śpiewaka!

MEFISTOFELES

Gitara pękła — gra skończona!

WALENTY

Teraz się po łbach będziem prać!

Ty albo ja, ktoś z nas tu skona.

MEFISTOFELES

do Fausta

Doktorze! nie uciekać — stać!

tu do mnie! — już się składa,

mądrze się jeno trzeba brać —

zaczynać! z pochwy szpada!

WALENTY

Odparuj!

MEFISTOFELES

Już!

WALENTY

Ten cios...

MEFISTOFELES

I ten!

WALENTY

Moc czarcia! Mdleje dłoń!

MEFISTOFELES

do Fausta

Uderzaj!!

WALENTY

pada

A!

MEFISTOFELES

Wieczny mu sen!

Doktorze, szpadę skłoń!

A teraz w nogi! Trzeba umknąć zaraz,

zanim się zbiegnie ciekawskich czereda233:

z policją jeszcze mniejszy jest ambaras234,

lecz z klątwą raz — dwa uporać się nie da.

Wychodzą szybko — tłum się zbiera.

MARTA

w oknie

Gwałtu! ratunku!

MAŁGORZATA

Światła dajcie!

MARTA

jeszcze w oknie

Bójka, ratunku! Przybywajcie!

TŁUM

Tu już zabity jeden leży!

MARTA

wychodzi z domu

Zbrodniczy popełniono czyn!

MAŁGORZATA

wychodzi z domu

Kto to?

TŁUM

Twej matki syn!

MAŁGORZATA

Ratuj mnie, Chryste, z złej obierzy235!

WALENTY

Umieram! — to niedługie słowo!

a krótsza jeszcze zgonu chwilka.

Precz z łzami, z potrząsaniem głową!

Przybliżcie się — chcę rzec słów kilka!

Otaczają go wszyscy.

Małgosiu moja! jeszcześ młoda —

tak jakoś wszystko... wielka szkoda...

... tak jakoś zrobiłaś opacznie —

niechże śmiertelna ta nauka

przypomni, powie ci, żeś suka!

A teraz się to gorsze zacznie.

MAŁGORZATA

Bracie! Mój Boże! całyś krwawy...

WALENTY

Nie mieszaj Boga do tej sprawy!

Co się stać miało — już się stało;

źle bardzo się podziało...

Najpierw się z jednym — no tak — lubisz —

i drugi przyjdzie — tak — niewiasto —

i trzeci — tuzin przyhołubisz,

aż w łoże całe wpuścisz miasto!

Gdy hańba na ten świat przychodzi,

to w tajni, w mroku, w ćmie236 się rodzi,

rękę się trzyma u jej warg,

by nie zdradziła się przedwcześnie;

tak się ją kryje wciąż obleśnie —

najchętniej skręcić by jej kark!

Lecz gdy podrośnie — furda237! basta238!

w dzień biały idzie środkiem miasta!

a przecież nic nie wypiękniała,

lecz im kaprawsza — bardziej śmiała!

na rynek pcha się i w południe,

gdy gwarno, rojno, strojno, ludnie,

mizdrzy239 i puszy się obłudnie.

Ja widzę już przedśmiertnym wzrokiem,

jak ty się stajesz hańby łupem,

jak szybkim cię mijają krokiem

bliźni — w ohydzie — jak przed trupem

Niech jak choroba wstyd cię toczy,

kiedy ci ludzie spojrzą w oczy!

Ścierko! porzucisz ty złotości.

nie będziesz stawać u ołtarza:

w ozdobie szat i zalotności

już do miejskiego wirydarza

nie pójdziesz — nie! Tobie ciemnica.

ukryty w zgniłej ćmie zaułek,

tam niech ci nędza czerni lica,

twym miejscem szpital i przytułek!

Choć Bóg się wzruszy skargi twemi

ja cię przeklinam tu — na ziemi!

MARTA

Zamiast się modlić tej godziny,

bluźnierstwem jeno zwiększasz winy!

WALENTY

Rajfurko240 stara! gdybym mógł

zemstę swą wywrzeć na tobie —

sprościłbym241 grzeszne szlaki dróg

i spokój znalazł w grobie!

MAŁGORZATA

Bracie! mój bracie! straszny kres!

WALENTY

Zaprzestań płakać! szkoda łez!

Odchodzę — idę na boski sąd

z krwawiącą w sercu raną,

przez twoją rękę i twój błąd

na wieki mi zadaną!

Bóg wydał rozkaz, żołnierz słucha,

przyjmij w Twe ręce mego ducha!

EGZEKWIE242

Małgorzata; Zły Duch; Tłum. Katedra. Nabożeństwo: organy, śpiew. W tłumie Małgorzata; za nią Zły Duch.

ZŁY DUCH

Jakożeś inna w swych dniach młodości,

wiary, miłości, cicha, niewinna,

przed ołtarz szła.

Słodko i szczerze twoje pacierze,

jak dym kadzielny, jak wonna mgła

modrzą się, snują,

gdzie Nieśmiertelny w aniołów gronie

w niebie króluje, w gwiezdnej koronie.

Małgosiu — dziecię — kędyż na świecie

serce zgubione, nieodgadnione?

Matka twa siwa, o, nieszczęśliwa!

ducha oddała Bogu.

Tyś ją zabiła, sponiewierała —

ty i grzech ciała!... Nieczysta siła

matkę zabiła.

Małgosiu — krew na twym progu.

A pod twym sercem w strwożonym łonie

już nowe życie tli się i płonie

tajemnie, skrycie —

MAŁGORZATA

O, myśli grzeszna, myśli straszliwa!

czymże ją zwalczę ja nieszczęśliwa!

CHÓR

Dies irae, Dies illa

Solvet saeclum in favilla243

Organy grają.

ZŁY DUCH

Groza nad tobą? Organy grają,

a groby wnętrza swe otwierają.

Grzech twoje myśli, serce popieli,

jakże z popiołu ogień wystrzeli?!

Drżyj!

MAŁGORZATA

Zamieram w sobie straszną tęsknotą,

psalmy organne głazem mnie gniotą.

CHÓR

Iudex ergo, cum sedebit

quidquid latet adparebit

nil inultum remanebit.244

MAŁGORZATA

Ciemno i duszno! Cierpi sumienie,

wali się ma mnie ciężkie sklepienie.

Słupy olbrzymie, ściany kościoła

duszą mnie, więżą! Śmiertelne koła!

Tchu!

ZŁY DUCH

Ukryj się! Grzechu nic nie ukryje,

umrzesz zhańbiona, wstyd cię przeżyje.

Wołasz ty — światła — wołasz — powietrza —

wzgardzonej duszy nic nie ulecza!

Biada ci!

CHÓR

Quid sum miser tunc dicturus?

Quem patronum rogaturus?

Cum vix iustus sit securus.245

ZŁY DUCH

Błogosławieni skrywają lica —

umknie się tobie czysta prawica.

Biada twej doli.

CHÓR

Quid sum miser tunc dicturus

MAŁGORZATA

Podajcie mi trzeźwiących soli!

Omdlewa.

SABAT246

Faust, Mefistofeles, Błędnik, Czarownice, Czarownicy, Generał, Minister, Parweniusz, Autor, Straganiarka, Proktofantazy. Zjawy: Lilith, Meduza, Serwibilis, Oberon, Tytania, orszak weselny. Łysa Góra.

MEFISTOFELES

No cóż — przydałoby ci się stylisko247?

Ja chętnie dosiadłbym już kozła;

droga daleka — cel nieblisko.

FAUST

Jeszcze mnie krzepko niosą nogi,

sękacz248 mi tęgi dobrze służy;

piękne widoki są z tej drogi,

więc się i wzrok nie nuży.

Po pochyłościach piąć się ku szczytowi

przez skały, z których spada woda,

u stóp czar dolin — któż wysłowi!

Dzika, wspaniała gór przyroda.

Brzoza już liśćmi się zieleni,

przebujne życie kipi w sośnie;

pławi się w wiośnie las radośnie —

my jedni mamyż być znużeni?

MEFISTOFELES

Mnie jakoś mróz po kościach chodzi,

noc czarna — istna sadza,

księżyc niemrawo w chmurach brodzi,

wciąż drogę jakiś pień zagradza

lub skała twarda jak ze stali

omal że głowy nie rozwali;

po prostu byłby nam niezbędny

przewodnik — bodaj ognik błędny;

tam właśnie u kamiennych płyt

błyszczy się błędnik: przyjacielu!

hej! — wyprowadzisz nas na szczyt!

BŁĘDNIK

Chętnie — lecz nie wiem, czy do celu

dojdziecie prędko moim szlakiem,

ja bowiem płynę zygzakiem —

gdzie wiatr — tam i ja.

MEFISTOFELES

Po prostu naśladujesz ludzi?

Niech no się asan249 dziś potrudzi!

A nie — to zdmuchnę cię jak świecę.

BŁĘDNIK

Władczy twój głos — już świecę — lecę,

lecz zważcie, czarów dziś godziny!

góry szaleją, wicher wieje

i czarcie przypomina dzieje,

możemy zbłądzić — nie z mej winy.

FAUST, MEFISTOFELES, BŁĘDNIK

śpiewają na przemiany

W światy czarów, snów i baśni,

które noc i mrok spowiły!

Świeć nam, ogniu, świeć najjaśniej

przez tej drogi szlak zawiły —

w nieobjęty kraj — w przestrzenie!

Drzewa, drzewa i drzew cienie

pędzą, lecą, czas mijają

rzeszą gwarną i pątniczą,

góry grają, lasy grają,

chrapią, wrzeszczą, trąbią, krzyczą.

A strumienie cienko smyczą

na skrzypicach kamienistych;

słyszysz szumy — słyszysz pieśni —

pól i krzów250, i łąk rosistych?

czy to podziomkowie leśni?

czy to piosenka zagubiona

tej przeszłości, co już kona?

wraca echem baśń wygrana,

zapomniana — przypomniana!

Uhu! Uhu! Puchacz huczy —

stado sów się nocą włóczy,

zwołują się kruki, wrony —

cały ptasi świat zbudzony.

Spod łopuchów, patrz, ropuchy

wywalają grube brzuchy,

a korzenie, giętkie łozy251,

jak kłąb wężów, jak połozy252

siecią pnączy zapowiły

pnie, wykroty253, skały, iły254

i czyhają na wędrowca

u przepaści, u manowca;

człek się trwoży, męczy, dyszy —

aż tu nagle z mchu, z upłazu255

tysiącbarwne wojsko myszy

skacze do twych nóg od razu.

Lud świetlaków256 skrzy się, roi,

aż się w oczach mży i troi.

Czy stoimy, czy idziemy?

wszystko w ruchu, w wirze, w splocie —

nic nie wiemy, nic nie wiemy —

drzewa, skały, świateł krocie —

jakieś duchy na przelocie —

noc się mnoży, tysięcznieje —

dziwa! czarnoksięskie dzieje!

MEFISTOFELES

Chwyć się mocno mego płaszcza,

skała twarda, duża, śliska —

i spójrz teraz! spoza chaszcza

mamonowy skarb rozbłyska.

FAUST

Jakże przedziwnie mroczne dale

rozkwieca odblask złotych zórz,

światło przez lasy i przez hale

przerzuca się od wzgórz do wzgórz:

wpada w przepaście uroczyste,

budzi uśpione, głuche dna,

jaśniejsze wraca, przezroczyste

i snuje się jak srebrna mgła;

z nagła się stapia w mknące źródło,

znów rozpryskuje w tysiąc smug

i szarfą zbladłą i wychłódłą

oplata wąskie linie dróg.

A w bliży grają światła żywe

jak struny fosforycznych lir —

sypią się iskry urokliwe

na górski szczyt jak złoty żwir;

lecz słysz — lecz słysz — w górzystym łonie

drży serce — drży — od dna po czub —

wybucha pożar! góra płonie!

wyrosła jak ognisty słup!

MEFISTOFELES

Pałac Mamona257 lśni jaskrawo —

noc wielkich dziś uroczystości!

Z sutą gotują się zabawą

na przyjazd licznych gości.

FAUST

Wiatr oszalałe gna powietrze,

po twarzy smaga, tnie i siecze.

MEFISTOFELES

Chwyć się skał rękami mocno,

bo cię wicher w przepaść rzuci:

iść nam trzeba przez mgłę nocną,

która zwodzi, bałamuci.

Słysz, jak wicher zrywa skały,

mierzwi bory, zgniata drzewa,

znaglonego ognia grzywa,

skier zawieją świat zalewa;

a z tej mierzwy258 płomienistej

raz po razie grom wylata,

błyskawice, huki, świsty,

jakby krwawy koniec świata;

pogłos wrzawy w alarm wali,

leci szarża w tysiąc koni —

ognia!! lecą, tętnią — w dali

stukot kopyt w skały dzwoni;

w dali — w bliży — w dole — w górze —

głosy — krzyki rechotliwe —

czarownice w skier wichurze

lecą żądne i chutliwe259.

CHÓR CZAROWNIC

Leci czarownic dziarski chór,

żółte rżyska260 — zielony siew —

pan czarny siedzi na szczycie gór

— śpiewa — w nas kipi krew!

Przez miasta i wsie

chór czarownic mknie!

Za nami! za nami! wprzód!

przez lasy — przez góry — przez swąd i smród!

GŁOS

Staruszka Baubo261 na maciorze

w skrach płomienistych wicher porze262!

CHÓR

Chwała jej, chwała! za nią w bieg!

— Matka na świni — czart ich strzegł!

GŁOS

A ty! — skąd jazda?

GŁOS

Z Kamieńca263 wprost!

Zajrzałem sowie do gniazda —

ślepia rozwarła — uciekła.

GŁOS

Przez diabli most!

Dokąd tak w cwał?!

GŁOS

Noc mnie urzekła,

wicher mnie zwiał —

rana zapiekła,

spala mnie szał.

CHÓR CZAROWNIC

Droga się dłuży, droga się snuje —

cóż to za pęd! cóż to za szczęk!

widły nas bodą, miotła w zad kłuje —

dziecko się dusi, brzuch matce pękł!

PÓŁCHÓR CZAROWNIKÓW

Wleczemy się wśród złomu,

a każdy z nas się biedzi —

w drodze do czarta domu

baba chłopa wyprzedzi.

DRUGI PÓŁCHÓR

Ejże! patrzcie proroków!

Daremne to gadanie,

gdzie baba za sto kroków,

chłop jednym susem stanie.

GŁOS

z góry

Do mnie — do mnie! Z jeziora!

GŁOSY

z dołu

Ach, chętka nasza skora —

pierzemy — czyste i godne —

cóż z tego — jesteśmy niepłodne!

OBA CHÓRY

Ucicha wicher, gwiazda wschodzi,

księżyc się kryje w chmur powodzi —

chór leci w mgły, zawieje —

ogniste iskry sieje.

GŁOS

z dołu

Hola — czekajcie — hej!

GŁOS

z góry

Któż to tam woła z kniej?

GŁOS

z dołu

Weźcie mnie z sobą — podajcie ręce,

trzysta lat idę w znoju i męce —

każdy rok płaci — każdy rok traci,

dotrzeć nie mogę do moich braci.

OBA CHÓRY

Niesie mnie miotła — dźwiga drąg —

widły unoszą w górę, w krąg —

nogami wierzgaj, ręką trzep —

kto dziś nie wzleci — istny kiep264.

PÓŁCZAROWNICA

Kuśtykam z tyłu — no i cóż,

nadążyć siostrom ani rusz!

W samotnym domu nie usiedzę,

a tu na próżno nogi biedzę.

CHÓR CZAROWNIC

Pomaga nam skutecznie maść,

spódnice trza na wietrze kłaść,

a wtedy z cebra świetna łódź

— nie możesz zdążyć, to się wróć!

OBA CHÓRY

Obieżym szczyt najwyższy w krąg,

wy na nas patrzcie z błotnych łąk!

o czarnoksięstwie myślcie wciąż!

Bywajcie! Chórze, w górę dąż!

Odlatują.

MEFISTOFELES

Cóż to za hałas, wrzask i ścisk!

Krzyk, wycie, rechot, ryk i pisk!

Ogień i chuć — skrzy, świeci, pryska,

na czarnoksięskie mknie igrzyska!

A teraz ze mną! przy mnie stój!

Gdzie jesteś?

FAUST

z oddali

Tutaj!

MEFISTOFELES

Już cię rój

latawic porwał w taniec swój!

Już ja tu sobie z tym poradzę!

Trzeba odsłonić swoją władzę!

Rozstąpić się! precz! idzie mistrz!

Miejsca, sławetni!

Doktorze, tu! masz rękę moją —

trza się wydostać z dymu, z zgliszcz;

już mnie samego niepokoją

te tłumy i obrzydliwości,

na to trza dużo cierpliwości.

Tam chodźmy! Nowość mnie pociąga,

choćby rodziła dziwoląga.

FAUST

Sprzeczności duchu! Na toś mnie prowadził,

pełen przekory i wraz265 roztropności,

byś mi tu nagle najpoważniej radził

opuścić czary — ostać w samotności?

MEFISTOFELES

Spójrz jeno — tutaj nie ma ścisku,

ktoś przecież siedzi przy ognisku,

czyliż ci zaraz tłumu trzeba?

FAUST

Wolałbym jednak być tam w górze,

w płomieniu chmurnym i wichurze;

kędy panuje czarny książę,

jakaś zagadka się rozwiąże.

MEFISTOFELES

Może i jedna się rozwiąże,

lecz nowe drogę ci zagrodzą.

Niechajże wielki świat szaleje,

no już zbyt znane, stare dzieje:

z wielkich się małe światy rodzą.

Ostań na chwilę ze mną tu,

w spokoju nabierzemy tchu,

tym bardziej, że tu rojno, widzę:

stare z młodymi w zgodnej lidze,

ależ — czarownic nagich sporo!

a wszystkie młode! stare za to

chętnie się odziewają szatą,

bardzo rozumnie! chętki biorą

podejść tam nieco; trudu mało,

uciechy dużo; chodźmy śmiało.

A cóż za wstrętna brzmi muzyka!

Do szpiku kości drze, przenika

tak sobie wszyscy chwile szpecą;

trzeba się przyzwyczaić nieco!

No, chodź już, chodź! ja dobrze radzę —

ja pójdę pierwszy — poprowadzę.

Ależ, mój drogi, toż olbrzymia przestrzeń,

— popatrz no! końca jej nie widać prawie —

a co tu tańców, pijatyki, pieszczeń,

trzeba się przecież przypatrzyć zabawie!

FAUST

W jakiejże roli chcesz się tutaj dostać?

Czy weźmiesz diabła, czyli266 maga postać?

MEFISTOFELES

Najchętniej incognito267! To najbardziej lubię,

lecz można się z orderem zjawić — właśnie w klubie:

podwiązki nie dostałem268 od królewskiej żony,

ale mam nóżkę końską — order tu ceniony.

Zresztą tu nawet ślimak już z mojego cienia

orientuje się dobrze, z kim ma do czynienia;

trudno się, widzisz, ukryć, swój świat swoim światem;

chodźmy! bądź panem młodym, ja będę twym swatem.

do kilku obstarniejszych269 zgromadzonych koło ogniska

A cóż wy tu robicie, dobrodzieje mili?

życzę wam szczerze, byście się zbytnio nie nudzili,

tu uciecha jest prawem i prawem swawola,

nudzić można się w domu, jeśli czyja wola.

GENERAŁ

Narodom ufać? niech to piorun trzaśnie!

Zasługi? to czczy dym!

W narodach jak u kobiet właśnie,

młodość jedynie dzierży270 prym271.

MINISTER

Wszystko się do upadku chyli —

czemu? rzecz prosta: nie ma nas!

Wtedy, gdy myśmy wszystkim byli,

wtedy był złoty czas!

PARWENIUSZ272

Na kim się zmełło — na kim skrupi!

Co zakazane — to popłaca!

Tę prawdę tłum odrzucił głupi —

w perzynę273 poszła nasza praca.

AUTOR

Dziś młodzież jest mądrości katem,

a dobrych książek pełne — strychy!

doprawdy, jeszcze jak świat światem

nie było w młodych tyle pychy!

MEFISTOFELES

postarzał się nagle

Przyszedłem tu, lecz pełen smutku.

Sądny dzień idzie! słyszcie, głusi!

Gdy ja się kończę pomalutku

i świat się ze mną skończyć musi.

STRAGANIARKA

Panowie — nie mijajcie! czemu tak z ostrożna?

niebywała sposobność — czego pragnie dusza —

kupić nie kupić — potargować można!

popatrzeć — wybrać; kupić nikt nie zmusza.

Czego nigdzie na świecie nie ma, nie dostanie274

tu właśnie jest — kupujcie!! Na moim straganie

nie ma ni jednej rzeczy, która bólu nie sprawiła;

ni jednej nie ma rzeczy, która kogoś nie skrzywdziła;

ten sztylet zabił wielu — z żeber się nie zśliźnie —

ten kielich — jeszcze wilgny275 po strasznej truciźnie —

oto klejnoty, kupić za nie można cnotę,

oto miecz, zdradzający wieczystą robotę

skrytobójczego mordu; czego pragnie dusza:

popatrzeć! wybrać! kupić nikt nie zmusza!

MEFISTOFELES

Źle coś pojmujesz czasy współczesne, ciotuchno,

co do towaru twego — owszem, w tym masz rację,

lecz przestarzałą mocno, toż to samo próchno!

nowe czasy! — więc nowe potrzebne sensacje.

FAUST

Czy ja się mylę? — zdaje się,

tu istny jarmark w lesie.

MEFISTOFELES

Wszystko się w górę zbitą tłoczy zgrają.

Sądzisz, że ty pchasz?! nie! to ciebie pchają!

FAUST

Kto to?!

MEFISTOFELES

Przyjrzyj się dobrze: Lilith276 pięknowlosa!

FAUST

Kto?

MEFISTOFELES

Lilith Adamowi dana przez niebiosa,

żona pierwsza przed Ewą. — Radzę ci, zmruż oczy,

by nie złowiła źrenic na sidła warkoczy.

Na kogo rzuci urok włosów swoich cudem,

ten spod władzy okrutnej wychynie się z trudem.

FAUST

A oto, widać, w tańcu chyba przerwa krótka —

siedzą jedna przystarna, ale druga młódka.

MEFISTOFELES

Dziś się nie nuży nikt! Czas opętany!

Już się poczyna! Chodźmy w tany!

FAUST

tańczy z młodą

Wiesz, śniło mi się, piękna ma,

że w słonku ślicznie jabłoń płonie,

a na gałęzi jabłuszka dwa

kusiły — wylazłem po nie!

NADOBNA

Już w raju jabłka was kusiły,

tę chętkę waszą znam.

Strasznie się cieszę, panie miły,

że to i ja jabłuszka mam.

MEFISTOFELES

tańczy ze starq

Wiesz, śniło mi się, stara ma,

żem wierzbę widział rozłupaną,

w nią............................277

zbudziłem się aż rano.

STARA

Pięknie się kłaniam końskiej nóżce —

słodki to sen był, panie mój,

bądź pewien, zawsze twojej służce

będzie smakował......................

PROKTOFANTAZY278

Przeklęty tłumie! przeklęta gra!

Tak długo wykładałem wam to w trudzie,

że duch gliniane nogi ma,

a wy tańczycie tu jak ludzie!

NADOBNA

tańczy

Po cóż on przyszedł na nasz bal?

FAUST

tańczy

Bo, widzisz, byłoby mu żal,

gdyby go nie mógł skrytykować,

nic nie istnieje dlań — czego nie widzi;

a jeśli czegoś nie może zmiarkować279,

to albo milczy, albo-li wyszydzi.

Gdybyście jednak tańczyli,

tak jakby on wam grał,

usprawiedliwiłby łaskawie

i taniec wasz, i szał;

nawet by rzekł, żeście wspaniali,

gdybyście mu się w pas kłaniali.

PROKTOFANTAZY

Jeszczeście tutaj! — Niesłychane!

Zniknijcie przecie — nie ma was!

To mrzonki jeno są pijane!

Czym dla was przestrzeń i czym czas?

To prawda — w zamkach ponoć straszy,

lecz siły to nieznane!

Kiedyż wymiotę z świadomości waszej

te bzdury niesłychane?!

NADOBNA

Przestanie waćpan wreszcie nudzić.

PROKTOFANTAZY

Niechże mnie ktoś tu z was posłucha —

duchy! Nie lubię despotyzmu ducha,

co czysty rozum może zbrudzić!

Tańczą bez przerwy.

Na nic dziś słowa i dorady280;

podróży się nie zrzeknę przeto —

czas przyjdzie! O, dam ja rady

i diabłom, i poetom!

MEFISTOFELES

Czekajcie chwilę — wnet się mędrzec znuży

i po pijawki pójdzie do kałuży,

a gdy mu z zadu wysączy się jucha281,

z duchów wyleczy się — i z ducha!

do Fausta, który wycofał się z kręgu tańczących

Czy ona w tańcu się zmęczyła

czy ciebie zabolał krzyż?

FAUST

Ach — podczas śpiewu wyskoczyła

z jej ust czerwona mysz.

MEFISTOFELES

To drobiazg! żeby chociaż szara —

doprawdy schadzki szkoda!

FAUST

A potem...

MEFISTOFELES

Co?

FAUST

Przedziwna mara —

dziewczyna blada, młoda,

przeszła koło mnie powolutku,

pełna cichego w sobie smutku;

w kolanach jakoby spętana,

a w oczach — jakby czegoś prosi,

nieznana, a wraz przecież znana —

to widmo jest Małgosi!

Spójrz — ona — tam — idzie.

MEFISTOFELES

To, co dojrzałeś w sennym zwidzie

ócz niewidzących majaczeniem —

jest omamieniem, śladem, cieniem;

niedobrze spotkać to widziadło!

Na kogo jej widzenie padło,

temu zastyga w żyłach krew,

w kogo wzrok wwierci, wznosząc brew,

ten się od tego jej spojrzenia

powoli w twardy kamień zmienia:

to Meduza282!

FAUST

Zaiste — oczy szklane jak u zmarłej,

których miłosne palce nie zawarły;

lecz to jej piersi, to Małgosi lica!

To ona! ona — z mroków się wyświeca283!

MEFISTOFELES

To właśnie czarów mocą jest nieznaną:

wszyscy w niej widzą swoją ukochaną.

FAUST

O, rozkosz czuję i zarazem trwogę,

oczu oderwać nie zdolę284, nie mogę;

a jakże zdobi jej łabędzią szyję

czerwony sznurek, co się wkoło wije,

tak wąski, że się ostrzem brzytwy zdaje.

MEFISTOFELES

I ja go widzę stąd, i rozpoznaję;

— strach dodam jeszcze twoim własnym strachom:

może swą głowę nosić i pod pachą —

to właśnie ślad jest cięcia Perseusza285.

Wiecznym szaleństwem obąkana dusza!

Chodź! — już się wyzbyć tych majaczeń radzę,

chodź! — tam na wzgórek ciebie wyprowadzę,

festyn tam istny — śmiechu, gwaru tyle;

ten gmach olbrzymi, jeśli się nie mylę,

to teatr!

SERWIBILIS286

Tak! w istocie tak!

Zaraz poczęcia damy znak;

siódmą dziś sztukę odgrywamy,

taki dosiódmy zwyczaj mamy.

Dyletant ją napisał, panie,

i dyletanckie będzie granie,

a jam dyletant też — kurtyniarz!

MEFISTOFELES

Dużo radości mi przyczyniasz,

gdy na właściwym miejscu widzę

głupotę ze szaleństwem w lidze287.

INTERMEZZO288

SEN NOCY SABATOWEJ czyli ZŁOTE GODY OBERONA i TYTANII289

DYREKTOR TEATRU

Dzisiaj odpoczniemy przecie,

dzielni synowie Muz;

lepszej sceny nie ma w świecie

niż ta wśród gór i łóz290.

HEROLD

Lat pięćdziesiąt migiem zleci,

wtedy złotych godów pora;

gdy już słońce zgody świeci,

mogę złoto pchać do wora.

OBERON

Zastęp duchów niechaj spłynie,

czeka na was król z królową,

którzy oto w tej godzinie

pobierają się na nowo.

PUK

Puk zlatuje — Puk się kręci,

zgrabnie w tańcu stopki stawia;

nikt się z duchów dziś nie smęci,

każdy z Pukiem się zabawia.

ARIEL

Śpiew Ariela szczerozłoty,

jak niebiańska brzmi muzyka;

dźwięk jej wabi moc szpetoty,

lecz i piękno w cwał pomyka.

OBERON

Chcesz w małżeństwie żyć szczęśliwie,

nuże ucz się od nas skoro!

Ci kochają się prawdziwie,

co wpierw rozwód z sobą biorą.

TYTANIA

Pan grymasi, zrzędzi pani,

lek na to pomocny:

południowy biegun dla niej,

dla niego północny.

ORKIESTRA TUTTI291

fortissimo

Muszych skrzydeł szmer, bzykania

komarze i trzmiele,

rechot żab, świerszczowe grania:

to nasze kapele!

SOLO

Kobza292 idzie! na bok! z drogi!

To bańka mydlana.

Gra na nosie — mazur srogi —

ramtajdiadana.

DUCH

który się dopiero kształtuje

Pajęcze nóżki, brzuch ropuszy

i skrzydełka ma ten skrzacik!

chce być zwierzątkiem, już się puszy,

ledwo zeń będzie poemacik.

PARKA293

Kroczek mały, skok wysoki;

wonie, rosę chłepce —

nie wyleci nad obłoki,

kto wciąż w kółko drepce.

CIEKAWY PODRÓŻNY

Toć reduta294 wynaglona295!

Mamże wierzyć oczom?

Widzę boga Oberona

osobę uroczą.

ORTODOKS296

Nie ma wprawdzie końskiej nogi,

lecz mówię nie żartem:

że jak wszystkie greckie bogi

i on też jest czartem.

ARTYSTA PÓŁNOCY

To, co widzę, to szkicuję

w swobodzie beztroskiej —

lecz się już przygotowuję

do podróży włoskiej.

PURYSTA

Napytałem sobie biedy:

wpadłem w straszną ruję!

Prawie nikt się z tej czeredy

diablej nie pudruje.

MŁODA CZAROWNICA

Suknia, puder, miły ciołku,

zdatne starej babie;

siedzę goła na koziołku,

jędrnym ciałkiem wabię.

MATRONA

Kto wytworny, słowa waży;

jednak mam nadzieję,

że ciał chutność, powab twarzy

przepadnie, spróchnieje.

KAPELMISTRZ

Ejże! muchy i komary,

do gołej lecicie —? —

żabo szczwana297, świerszczu stary,

i wy takt gubicie!

CHORĄGIEWKA NA DACHU

z tej strony

Panien na wydaniu mrowie!

Towarzystwo, istny raj!

W chłopa chłop — kawalerowie!

To wesoło, w to mi graj!

CHORĄGIEWKA NA DACHU

z tamtej strony

Gdy się w ziemię nie zapadną,

gdy ich los nie skarci,

niech mnie zaraz w piekło na dno

porwą wszyscy czarci!

KSENIE298

Ćma owadów leci z cienia

żądlista, zażarta,

niesie cześć i pozdrowienia

dla ojczulka czarta.

KRYTYK

Patrzcie, jak nas zgrają mamią

rozśmiane, niefrasobliwe!

jeszcze w końcu nas okłamią.

że serduszka mają tkliwe.

PRZYWÓDCA MUZ

Chętnie bym w świat ten dziwów wrósł

pośród czartowskiej dziatwy;

bo bardzo trudny jest rząd Muz,

a rząd czarownic łatwy.

BYŁY GENIUSZ CZASU

Z mądrym nie żal tracić czasu.

Dobrniemy do mety!

Łysej Góry i Parnasu

rozłożyste grzbiety.

CIEKAWY PODRÓŻNY

A któż to ten sztywny człek?

Stąpa dumnie pośród szczytów;

„ach! to taki sobie szpieg,

wszędzie wietrzy jezuitów”.

ŻURAW

Przezroczyście — trochę mętnie —

łowić można, byle w wodzie;

więc świętoszek żyje chętnie

nawet z diabłem w zacnej zgodzie.

DZIECIĘ ŚWIATA

Dla świętoszków dobra wszędzie

sposobność na popisy;

zejdą się — bractwo będzie,

choćby na Górze Łysej.

TANCERZ

Już chór nowy ku nam płynie,

jakby werbel bębna głuchy;

jeno cicho! — w szumnej trzcinie

brzęczą bąków zrzędne duchy.

TANCMISTRZ

Każdy nóżki swe naciąga!

Kuternoga dryga!

Tłuścioch w taniec wziął kośląga,

śmieszna to fatyga.

WEREDYK299

Chętnie by utopili siebie w łyżce wody,

taka w nich żywie300 nienawiść zawzięta;

tylko kobza ich jedna i skłania do zgody,

jak lira Orfeusza301 godziła zwierzęta.

DOGMATYK

Ni krytyka, ni zwątpienie

nie zmoże mnie siłą.

Diabli muszą mieć znaczenie —

bo by ich nie było!

IDEALISTA

Wyobraźnia zbyt szaleje,

stwierdzam to ze smutkiem.

Jeśli się to we mnie dzieje,

to już jestem dudkiem302.

REALISTA

Istnienie mnie przeraża,

na wszystko patrzę gniewnie;

raz pierwszy mi się zdarza,

że stąpam coś niepewnie.

NADNATURALISTA

Z radosną patrzę nadzieją

i pełen jestem otuchy,

bo jeśli diabły istnieją,

muszą i dobre być duchy.

SCEPTYK

Jak zdobyć skarby i mienie

tym myśl swą dręczy biedną:

diabeł, to znaczy zwątpienie —

wszakże trafiłem w sedno?

KAPELMISTRZ

Żabo szczwana, świerszczu stary,

precz z dyletantami!

Jeno muchy i komary —

te są muzykami!

ZRĘCZNI

Beztroskliwców rzesza ludna

— z śmiechem się zowie —

nie zwyczajnie, to rzecz nudna,

chodzimy na głowic.

NIEZARADNI

Miły Boże! Toż się żarło!

Teraz zmiana taka!

Dziś obuwie się podarło —

tańczmy na bosaka!

BŁĘDNIKI

Błędne ogniki — lecimy

z mokradeł, bagniska;

ach, jak wspaniale świecimy

pośród zbiegowiska.

GWIAZDA SPADAJĄCA

Zabłysnęłam w gwiezdnej sławie,

rozświetliłam się jak zorze,

oto spadłam, leżę w trawie —

któż mi powstać dopomoże?

OCIĘŻALI

Czyńże ruch, latawców zgrajo!

trawa w lęku, w zawierusze,

idą duchy — duchy mają

także tęgość303, setną tuszę.

PUK

Ociężale tak kroczycie,

jakby stęp słoniowych nóg —

niech na niezgrabności szczycie

jeden tylko stanie — Puk.

ARIEL

Skrzydła dała wam przyroda

za mną do świetlanych wzgórz!

Lećmy, kędy lśni pogoda

w wonnym gaju róż!

ORKIESTRA

pianissimo304

Lotne chmury, zwiewne mgły,

świetlistość zalewa.

W trzcinach powiew, w drzewach tchy

wszystko się rozwiewa.

DZIEŃ POSĘPNY

Faust, Mefistofeles. W szczerym polu.

FAUST

Więc uwięziona! w nędzy, w pohańbieniu!

Trwogą szarpana — ona! — jak zbrodniarze

w strasznej udręce, w ohydnym więzieniu —

w zwidzeniach patrzy w pokrwawione twarze!

Czysta! Niewinna! — A ty, duchu czarny,

szyderstwa czarcie, ukryłeś przede mną

jej poniżenie i jej los ofiarny!

Wpijaj wzrok we mnie ponuro i ciemno —

o, bo ponura i ciemna twa zdrada,

w której niewinność łamie się i pada!

A ty tymczasem w wiecznym pokuszeniu

blekotem305 zabaw usypiasz mą duszę,

a ona w ducha przeraźliwym cieniu

cierpi i kona! — Wyzwolić ją muszę!

MEFISTOFELES

Nie pierwsza ona, ani nie ostatnia.

FAUST

Psie! Psie przeklęty! Straszna twoja matnia,

w którą pociągasz jak pająk w swe sieci —

najniewinniejszych i czystych jak dzieci!

O, niezmierzony, niepojęty Duchu!

zamień zbrodniarza w psa! Niechaj na wieki

skomli i wyje, i lży na łańcuchu

wśród mrozów nocy i południa spieki.

Niech w tej postaci, w którą sam się przecie

przedzierzga chętnie, u nóg moich leży,

abym go kopać mógł za te na świecie

przewiny czarne! — Niechaj zęby szczerzy,

niechaj złe ślepia miota, lecz na zawsze

będą odjęte czyny mu najkrwawsze!

„Ona nie pierwsza!” — Męki niepojęte!

Ona, ta dusza i serce prześwięte!

Oto śmierć jedna! — męko i rozpaczy —

była — myślałem — Przedwieczny wybaczy

i zbawi serce od męki kielicha

tej, która biała jest — świętością cicha.

Rzucam w świat straszne, przeraźliwe skargi,

a tobie uśmiech igra koło wargi!

MEFISTOFELES

I oto znowu stanęlim u granic,

gdzie dowcip306 ludzki nie zda się już na nic.

Czemuż wchodziłeś w tajemne układy,

kiedyś tchórzliwy i na sercu blady?

Chciałbyś ty latać, lecz zawrót ci broni;

szkoda dla tego władzy, kto ją trwoni.

Wszak nie zaprzeczysz w piekle ani w niebie,

żeś do nas przyszedł, a nie my do ciebie.

FAUST

Duchu przedwieczny, któryś moim oczom

raczył swą światłość objawić przeźroczą

ty, który znałeś duszę mą i serce,

czemuś zbrodniarza tego i oszczercę

przykuł do boku mego? — Jego, który

kocha nie słońce, lecz gradowe chmury,

nie noc gwiaździstą, ale piorunową,

zamiast zbawienia — potępienia słowo!

co wiecznie dręczy i zdradza, i knuje,

klęską się puszy — nieszczęściem raduje!

MEFISTOFELES

Czy już skończyłeś?

FAUST

Ratuj ją lub biada

tobie na wieki! Z szatanem jest zwada,

wiem o tym dobrze — ale się nie trwożę

i mówię: ratuj ją!! albo ci gorze!!

MEFISTOFELES

Chcesz do mnie dotrzeć przez strach i przez trwogę?

zemsty i klątwy uchylić nie mogę!

Ratuj ją — mówisz! wejdź w swoje sumienie;

czy ja ją pchnąłem, czy ty w potępienie?

Faust uderza weń wzrokiem.

Szukasz pioruna! — Zamysł to człowieczy.

Sądzicie, że was zbawi lub uleczy,

jeśli miast sobie przypisać przyczyny,

na niewinnego przełożycie winy.

FAUST

Prowadź mnie do niej, dziś musi być wolna!

MEFISTOFELES

To nie jest prosta droga, lecz okolna,

zważ, nie zapomnij, obłąkany bracie,

że tam w jej mieście zemsta czeka na cię,

że krew na bruku przez ciebie przelana

właśnie krwią twoją musi być zmazana,

że sprawiedliwi, a już nie oszczerce

wracającego schwytać chcą mordercę;

a jeszcze gorzej, jeśli się w to wmiesza

duchów mścicieli wygłodniała rzesza.

FAUST

Więc i to także! Lecz nic to i basta —

ratować musisz ją — prowadź do miasta!!

MEFISTOFELES

Wszakże wszechwładnej nie mam w sobie mocy,

uczynić mogę tylko to, co mogę,

jednak udzielić pragnę ci pomocy;

uśpię dozorcę i bramy otworzę;

jeno ją ludzka ręka wywieść307 może.

Więc wyprowadzisz ją; wszystko, co mogę!

Z czarcimi końmi stać będę na dworze —

siądziesz i jazda!

FAUST

A więc naprzód: — W drogę!!

NOC

Faust, Mefistofeles na karych koniach w galopie.

FAUST

Cóż to tam przędą od pól ku wzgórzom?

MEFISTOFELES

Nie wiem — coś czynią — gotują —

FAUST

Raz w cieniu się grążą — raz w świetle się nurzą —

gną się — prostują — i snują.

MEFISTOFELES

Zapewne zaklęcia to będą —

FAUST

Coś święcą — coś sieją i przędą —

Ku czyjejż to czynią obronie?

MEFISTOFELES

Mijamy — mijajmy — w cwał konie!!

WIĘZIENIE

Faust, Mefistofeles, Małgorzata.

FAUST

z pękiem kluczy i z lampą przed żelaznymi drzwiami

Dusza w śmiertelnej trwodze kona,

piętrzy się ludzkich cierpień wał.

Tam za murami — w mrokach — ona!

Jej zbrodnią był miłosny szał!

U tych okropnych drżę podwoi,

stoję i bicia serca liczę,

lękam się spojrzeć w jej oblicze!

Naprzód — wahanie mękę dwoi308.

Chwyta za klamkę.

ŚPIEW MAŁGORZATY

Zabiła mnie macocha

i ojcu dała zjeść —

siostrzyczka jedyna kocha —

kosteczki pozbierała,

by je na cmentarz nieść.

Niesie kosteczki — szlocha,

pod wierzbą kopie grób;

zły ojciec — gorsza macocha!

siostrzyczka jedyna kocha —

modli się u mych stóp.

A ja ptaszyną małą

wzleciałam: siostro ma,

serduszko twoje kochało,

siostrzyczkę pochowało —

macocha była zła.

FAUST

otwiera drzwi

Zgrzyt łańcuchów, chrzęst słomy na nędznym barłogu;

nie przeczuwa, że miły stoi już na progu.

Wchodzi.

MAŁGORZATA

kuli się lękliwie na barłogu

Idą już — idą — wywlec na ostatnią mękę!

FAUST

szeptem

Cicho, cicho, ja idę, wolność niosę w darze.

MAŁGORZATA

tarza się w lęku przed nim

Jeśliś ty człowiek — odczuj mą udrękę!

FAUST

Cicho, przebudzisz straże!

Pragnie uwolnić ją z więzów.

MAŁGORZATA

na klęczkach

Któż ci dał, kacie, taką moc,

kto kazał oczom trwogę skrzyć!

Przychodzisz — a to jeszcze noc.

Litości — pragnę żyć!

Nie dość ci czasu jutro rano —?

wstaje

wszakżem ci młoda, taka młoda...

na śmierć okrutną mnie skazano.

A byłam piękna — ta uroda

na zgubę wiodła mnie nieznaną.

Ze mną był mój umiłowany —

dziś on nie w moim, obcym świecie —

wianek przedarty i rozwiany,

wiatr zmarłe kwiaty zwiał jak śmiecie.

Nie tykaj! nie szarp straszną siłą —

biedactwo — cóż ci zawiniło?

Błagam cię! Serce twe jak głaz!

Nie znam cię! pierwszy widzę raz!

FAUST

Czy zdołam tyle znieść boleści!

MAŁGORZATA

Ja wiem, że jestem w twojej mocy,

lecz pozwól mi nakarmić dziecię!

Leżało przy mnie dzisiaj w nocy,

to wszystko, co mam na świecie!

Zabrali mi je, a ja w męce —

puste me łoże — puste ręce.

Nigdy się już nie rozweselą!

Mówią, że ja je zabiłam —

za wiele zbrodni — za wiele!

a ja je tylko powiłam!

Śpiewałam pieśń przed chwilą — to stara pieśń gminna:

to nie o mnie! nie o mnie! jam w sercu niewinna!

FAUST

pada na kolana

U nóg twych ja — umiłowany!

zdjąć z ciebie chcę kajdany!

MAŁGORZATA

klęka przy nim

Klęknijmy razem! Pomódlmy się społem!

Słysz! pod progiem, pod podłogą

szatan wiedzie bój z aniołem.

Walkę srogą —!

Wre piekło — płonie nad zatratą —

słyszysz ten huk — ten — cios!

FAUST

głośno

Małgorzato! Małgorzato!

MAŁGORZATA

uważnie

To był miłości głos!

Zrywa się — kajdany opadają.

Gdzież on! Usłyszałam wołanie!

Wolność! ukończone konanie!

Na piersi jego spocznę.

Odpocznę — odpocznę.

Zawołał: Małgorzato! — Tu — tu stał przy ścianie,

cisza mnie z nagła błękitna oblekła,

przez grozę, hałas i wzburzenie piekła —

usłyszałam to słodkie, to miłosne wołanie!

FAUST

To ja!

MAŁGORZATA

Ty?! Powiedz to raz jeszcze!

obejmuje go

To on! to on! O, męki złowieszcze!

O, trwogo więzienna! kajdany!

Wszystko minęło — przyszedł mój kochany!

... oto ulica — i poznanie —

... dłoń twoja — pierwszy dzień —

... oto ogród — i czekanie —

... drzew starych miły cień...

FAUST

Chodź ze mną! chodź!

MAŁGORZATA

pieszczotliwie

Chwileńkę!

Przy tobie! za ten ból — za mękę!

ukoić się! ucieszyć!

FAUST

Nie można dłużej! trzeba śpieszyć!

Już czas — nie można chwil marnować!

MAŁGORZATA

Czy już nie umiesz całować?

Całowały mnie twe wargi — niedawno całowały!

O, bardzo prędko twoje wargi całować zapomniały.

Chłodem od ciebie powiało!

W twych oczach — w słowach twoich —

zawsze się niebo śmiało,

do tchu utraty całowałeś,

jakoż tak prędko zapomniałeś?

Kochany — całuj — daj ust —

obejmuje go

zimna twa warga — oniemiała,

kędyż twa miłość ostała?

kto mi ją zabrał — kto?

Usuwa się.

FAUST

Chodź! ze mną — chodź! już nagli czas!

Odwagi! Już idą chwile,

w których pieszczota spali nas!

MAŁGORZATA

Lecz czyś to ty? jam nie w mogile?

FAUST

Ja jestem! Chodź!

MAŁGORZATA

ku niemu podana

Więzy podarłeś,

głowę na mych kolanach wsparłeś.

A czy ty wiesz, że męka we mnie

nie ścichnie nigdy i nie zdrzemnie?

FAUST

Chodź! chodź! ostatnia chwila prawie!

MAŁGORZATA

Matkę zabiłam w mej niesławie,

a dziecko utopiłam w stawie —

to nasze dziecko! bo i twoje —

Toś ty!... Przywidzeń tak się boję —

daj rękę — więc to nie marzenie!

twoja droga ręka!... złe w niej drżenie!!

mokra! obetrzyj! krew jest na niej —

Boże — znów grążysz mnie w otchłani!

Krew na twej ręce — odejdź precz!

Odejdź — i schowaj miecz!

FAUST

Zapomnij — przeszłość nie wraca —

twój ból mi życie skraca!

MAŁGORZATA

Nie — ty zostaniesz! Przecież musi

ktoś grobów strzec — posłuchaj mnie —

najlepsze miejsce dla matusi,

tuż przy niej brat — a troszkę dalej

chcę, aby mnie tam pochowali —

w pobliżu — w jednym rzędzie!...

a ze mną dziecko — już nikt inny

i nigdy przy mnie spać nie będzie

w tej skrusze mej powinnej309.

Przepadło szczęście słodkie moje,

nie położymy się we dwoje

nigdy, już nigdy. — Zmora czyha —

czyli310 mnie ręka twa odpycha!...

wszak jesteś! — patrzysz tak kochanie...

FAUST

Chodź! — wiesz, że jestem, słyszysz me wołanie!

MAŁGORZATA

Iść? — dokąd?

FAUST

W świat!

MAŁGORZATA

Jeśli tam grób,

jeśli tam śmierć już na mnie czeka

i koniec prób —

idę! bo widzisz — dla człowieka

jedyne wyjście stąd być może:

w śmiertelne, zimne łoże —

Henryku! — Pójdziesz... — Taka sama...

FAUST

Chciej! Wyjdź! Otwarta brama —

MAŁGORZATA

Nie wolno; nie dla mnie nadzieja!

świat to zdradziecka, chytra knieja,

pierwej czy później upolują,

zmordują jeno i zeszczują,

wytropią sprawnie i zdradziecko!

FAUST

Zostanę z tobą —

MAŁGORZATA

O prędko! prędko! ratuj dziecko!

Pędź! droga prosta — wzdłuż strumienia,

tam, gdzie się łąka w staw przemienia —

na lewo — tam — przez most — tam staw —

pędź! rękę podaj, dziecko zbaw!

— Podnosi główkę — rączki wznosi —

kwileniem cichym — prosi — prosi —

Henryku! Ratuj!

FAUST

Krok jeden — będziesz wolna!

MAŁGORZATA

A gdy się droga skończy polna,

wejdziemy w bór, w pomrocze —

tam matka siedzi na kamieniu

— jak zimne węże me warkocze —

tam matka siedzi na kamieniu

i głową chwieje w pochyleniu —

O, już nie chwieje — ciężka głowa!

o, już nie mówi — zmarła mowa!

Spała tak długo — już się nie zbudzi,

tak się biedactwo tym spaniem trudzi,

abyśmy kochać mogli się jawno —

to było dawno — to było dawno!

FAUST

Prośby ni groźby nie poradzą —

ręce cię moje wyprowadzą.

MAŁGORZATA

Na co ta nagłość — na co ta siła!

Niczegom tobie nie odmówiła —

lecz dziś — umarły nadzieje!

FAUST

Oto dnieje!

MAŁGORZATA

Ostatni dzień się z mroku wznosi.

Wesele moje dziś być miało!

— Nie mów, że byłeś u Małgosi —

o, nie mów! — wianek zwiało —

szkoda mi wianka! Już się stało —

O, zobaczymy się! — nie w gwarze,

lecz w ciszy sercem dzwoniącej —

tam przy szafocie — jak przy marze

tłum stoi — czeka milczący —

dzwon woła — dzwon budzi —

rynek, ulice ogarnąć nie mogą

tyle ludzi!!

A wszyscy czekają z trwogą!

Wiążą mnie — porywają —

do pnia, do pnia podciągają —

Miecz zalśnił — nim uderzył —

pochylają się karki, jakby miecz w nie mierzył!

A to w mój tylko! — Świat milczy jak grób...

FAUST

Oby cię oczy moje nie widziały, świecie!

MEFISTOFELES

zjawia się

Prędko, bo przepadniecie;

drżą na chłodzie konie;

mówi się, słucha, plecie,

a tu świt już płonie!

MAŁGORZATA

Kto się z ziemi wyłania?

Świętość wejścia zabrania!

To on! — precz — po mnie przyszedł —!

FAUST

Żyć będziesz!

MAŁGORZATA

Tobie, o, Boży Sądzie, powierzam mą duszę!

MEFISTOFELES

do Fausta

Chodź ty! Jeśli nie pójdziesz, ostawić was muszę!

MAŁGORZATA

Twojam już jeno, Ojcze mój, Boże!

Anieli, serce me ochraniajcie!

skrzydeł opieką mnie osłaniajcie!

Henryku! Ciebie się trwożę!

MEFISTOFELES

Już osądzona!

Głos z góry

Sercem zbawiona!

MEFISTOFELES

do Fausta

Ty ze mną!

Znika z Faustem.

GŁOS

z więzienia — głuchnący

Henryku! Henryku!

Faust

TRAGEDII CZĘŚĆ DRUGA

AKT PIERWSZY

PROLOG

Faust, Ariel, Chór Elfów. Urocza okolica. Faust leży na łące kwiecistej; znużony; pogrążony w śnie niespokojnym. Jutrznia. Pląsający krąg małych, nadobnych duchów.

ARIEL

śpiew przy akompaniamencie harf eolskich311

Wiosna wstaje z nocnych cieni

i kwiatami w koło sieje

wraz312 z soczystych ziół zieleni

wykwitają serc nadzieje.

Kręgu elfów uśmiechnięty,

lotne duchy — śpieszcie — śpieszcie —

czy kto grzeszny, czy kto święty,

jedną miarą miłość mierzcie.

Duchów powietrznych łaskawa gromado,

cierpiące serce rozpogódź pieśniami;

przewiej sciszeniem nad tą twarzą bladą,

wyrzut sumienia pogrzeb pod kwiatami

i ten lęk duszy przed złem i zagładą.

Wypełnijcie noc jego miłością po brzegi,

godziny gorzkie zmieńcie na słodkie noclegi;

niechaj strudzoną głowę na wezgłowiu złoży

pachnących kwiatów; — skropcie go zapomnień rosą,

aż zmarzłe wyprostuje członki — wiew zrozumie boży.

aż pieśni wasze z mroków na dzień go wyniosą —

na dzień jasny i rześki jak powietrze płucom;

niechaj go tchnienia wasze światłości przywrócą.

CHÓR

no przemiany: pojedynczo, dwugłosem, społem313

Bezszelestną, wonną ciszą

na zielenie kwietnych łąk

i na mgły, co się kołyszą,

zmierzch się kładzie modry w krąg;

budzi szepty, ukojenia,

snem dziecięcym barwi tła,

cicho — sprawnie — od niechcenia —

złote drzwi przymyka dnia.

Noc się wądołami314 skrada,

przebudzone gwiazdy drżą,

możne światło, iskra blada —

w bliży — w dali — mżą i skrzą;

lśni jeziora toń ruchliwa,

szepty śle do gwiezdnych pól —

ciszy, szczęścia, snów przędziwa

przędzie księżyc, nocy król.

Chwila w chwilę się przemienia

mija szczęście, mija smęt —

wypręż ręce! — Wyzwolenia

zdrowie jutrzni niesie z pęt.

Góry budzą się w zaraniu

w jęku dygocących iw315,

w fal srebrzystych kołysaniu

kłosi się uroda żniw.

Twe tęsknoty — tam — zza świata —

spełni światło gwiezdnych dróg,

senna omgła cię oplata,

sen twój mara — wiarą Bóg!

Wstań i głowę wznieś w wichurę,

która straszy śpiący tłum —

szlachetnego wznosi w górę

szybkich skrzydeł wielki szum.

Potężne fanfary wieszczą wschód słońca.

ARIEL

Słyszcie! Zamęt! — Warczy burza,

wypełniona godzin kruża316,

nowy dzień się z mgieł wynurza!

Rozwierane317 skrzypią brony318,

rydwan słońca wynaglony —

na step nieba! Wieczny ruch!

Hejnał trąb — krzyk zolbrzymiony!

Ślepną oczy! Głuchnie słuch!

W górę serca! Świt! Czuj duch!

Lecz wy, duchy nocy cichej,

w kwiatów skryjcie się kielichy,

niech was wonny cień osłania,

lotne duchy przedświtania.

FAUST

Budzi się życie w wartkim serca tętnie,

jutrznia przybrała krajobraz odświętnie,

ziemia w radości przebudzonej, świeżej,

u nóg mych młoda, odurzona leży.

Uroda twoja, o, ziemio, tęsknoty

krzesi i pręży na najwyższe wzloty.

Świat się podnosi z modrości jutrznianej,

las szumi pieśnią — urok niesłychany

z jaru do jaru przerzuca się strugą —

i płynie śpiew ten dróg omglonych smugą.

Z turni319 się jasność przechyla w doliny,

budzi gałęzie i liście w ćmie320 sinej

i z dna przepaści, z wilgotnych podcieni

woła do życia lśniący sen strumieni.

Budzi się życia najwyższa potęga,

barwa się z barwą rozwodzi i sprzęga,

kolory szemrzą jak drżące pogłosy

i łzami kwiatów skrzą — rubinem rosy.

Spójrz w górę! Tam — ku onym gór koronom,

które jak wici żarzą się i płoną;

one pierwsze modlitwą jutrznianej godziny

wyprzedzają roraty321 tęskniącej doliny;

a oto zórz gołębie nad halą kołują

i po zboczach, upłazach322 ku niżom323 zlatują —

tak wyprzedzają słońce, co za nimi kroczy!

Jawi się! Roześmiane! —

— Blask rani me oczy!

O, tak! Ilekroć chęci nasze na wierze oparte

przymkną się ku nadziei z radosną otuchą,

znajdują wrota ziszczeń na oścież otwarte;

lecz wnet przepaście nagłe oddzwaniają głucho,

płomień wybucha z szczelin, stajemy zmartwiali,

bo oto świat się cały pod nogami pali!

Pochodnię życia chcieliśmy rozżagwić324! — Gorze!

Bezmiar ognia nas zżera; zalewa skier morze!

Czy to miłość? nienawiść? — nie pytaj! — nikt nie wie;

— bólu i szczęścia spala nas zarzewie —

powracamy ma ziemię, a złudy młodzieńcze

łowią przyszłe dni nasze w niewody325 pajęcze.

Odwracam się od słońca! —

— Zachwycone oczy

chłoną cud wodospadu, co ze skał się toczy,

spada z hukiem, spieniony, szarfami strumieni

rozwiany, stu barwami iskrzy się i mieni,

i w łuk sprężony skacze przez śliskie urwiska,

i deszczem chłodnych kropel mży, siępi i pryska —

aż pod płonącym słońcem z przeszkloną obręczą

wodospad cały zawisł siedmiobarwną tęczą —

mostem świetlistym złuczył się ponad przestrzenią,

zadumany błękitem, rozśmiany czerwienią.

Oto zwierciadło ludzkich zabiegów! Te cuda

to jeno326 załamanie barw, tęczowa złuda.

GRÓD CESARSKI

Cesarz, Mefistofeles, Kanclerz, Hetman, Skarbnik, Marszalek, Astrolog, Dworzanie, Tłum. Sala tronowa. Rada koronna oczekuje Cesarza. Hejnały. Wchodzi wszelaka czereda dworska wspaniale odziana. Cesarz wstępuje na stopnie tronu. Po prawicy jego Astrolog.

CESARZ

Witajcie wierni lennicy,

przybyli z bliska, z daleka;

mędrca widzę po prawicy,

gdzież błazen? — dlaczego zwleka?

DWORZANIN

Szedł za twym tronem — tuż — blisko,

potknął się — krok nieszczęśliwy —

upadł i leży chłopisko,

pijany, a może nieżywy.

DWORZANIN DRUGI

Lecz wraz z pośpiechem już drugi

kwapi się327 na twe usługi,

a szata na nim jaskrawa

na cyrk coś niecoś zakrawa,

straż broni i protestuje

i halabardy krzyżuje;

nie zważa, nie stracha się niczem —

przed twoim staje obliczem!

MEFISTOFELES

klęka na stopniach tronu

Cóż jest wyklęte, a pożądane?

cóż wytęsknione, a przepędzone?

cóż zawsze w pieczę skwapliwie brane?

cóż zwymyślane i pohańbione?

czegóż zabronić pragną pochopni?

kiedyż pragniecie, by do was pito?

któż to się zbliża do tronu stopni?

kto dobrowolnym chce być banitą?328

CESARZ

Pobrzęk słów swoich zastanów,

nie czas dziś na kryptogramy329

— zresztą to sprawa tych panów;

zagadek za dużo mamy.

Błazen stary już odszedł, daleko, tak wnoszę,

chciej zająć jego miejsce, stań koło mnie, proszę.

Mefistofeles wstępuje na stopnie; staje po lewicy Cesarza.

POMRUK W TŁUMIE

1. Nowe sito na kołku —

2. nowy — będzie chwalił —

3. żałuj, stary matołku,

żeś kitę odwalił.

CESARZ

A więc witajcie, poddani —

z bliskiej, z dalekiej podróży;

wiedzcie, panowie kochani —

horoskop dobrze nam wróży.

I nie wiem dlaczego właśnie

w tych dniach zabawy i śmiechu,

gdyśmy i troski, i waśnie

pokryli w żwawym pośpiechu,

a utrefiwszy330 swe brody

wedle najświeższej mody,

użyć pragniemy swawoli —

dlaczego właśnie w tej chwili

życzeniem waszej jest woli,

byśmy poważnie radzili.

Lecz że to zawsze, jak wiecie,

chęć waszą przed swoją kładę —

niechaj się stanie, jak chcecie;

koronną otwieram radę.

KANCLERZ

Cnota jak aureola

czoło cesarskie otacza —

i jego jedynie wola

bieg sprawom państwa wyznacza.

W nim sprawiedliwość, co ludzi

kształci, podnosi i budzi;

przeto w cesarza lud wierzy

i nie chce bogów nieznanych;

od waszej mości zależy

szczęście i dobro poddanych.

Niestety — na cóż się zdadzą

rozum i zapał najświętszy,

gdy tłumy niezgodne się wadzą

i groza na grozie się piętrzy.

Ktokolwiek spojrzysz z tej sali

na ziem ojczystych obszary —

ujrzysz, jak pożar się pali —

ujrzysz krwi żywej opary;

zatkasz — nakryjesz wraz oczy,

jak przed upiornym widziadłem,

bo oto zło za złem kroczy

pod nieba sklepieniem wybladłem.

Tu — w domy zakrada się złodziej,

ówdzie znów — raptus puellae331

i gorzej — niewiasty uwodzi

nikczemnik jawno i śmiele;

i grzech, co o pomstę woła! —

tam — świętokradca z kościoła

wynosi krzyże, monstrancje

i bezkarnością się puszy! —

owóż sędziowskie instancje

trwogę i lęk mają w duszy;

próżno do sądu kołata

skrzywdzony, cóż, sędzia siedzi,

lecz drży — bo oto dolata

pogróżka mściwej gawiedzi.

Ten się do skarbów dobiera,

kto na współwinnym się wspiera;

niewinny winnym się staje,

gdy na swej cnocie przestaje.

Taki to oto świat-kałuża,

w którą zapada wartość wszelka

i aż po szyję się zanurza.

A kędyż ratownicza belka?

kędyż tu światło w ciemnej nocy?

kędyż ten głos, co krzyknie: — cisza! —?

Sędzia, co karać nie ma mocy,

sam się z zbrodniarzem stowarzysza.

Czarny to obraz! — tak! nie przeczę,

lecz, mniemam, prawdą może was uleczę!

cisza

Świat cały płonie jak pochodnia!

Panowie, radźcie — czas obrony!

gdy z męką w parze idzie zbrodnia

majestat na szwank narażony.

HETMAN

Któż zło tych czasów ogarnie!

Ci — giną u włości swych granic,

tamci — mordują bezkarnie,

a zakaz, komenda — na nic!

Mieszczanin za murów obroną,

rycerz w zbroicy zakuty,

sprzysięgli się razem pono,

byśmy fugare332 z reduty,

której nam bronić potrzeba

do tchu obrony — i basta!

Jurgieltnik333 woła w głos: „Chleba,

żołdu — bo wpadnę do miasta,

na kopiach mienie rozwłóczę,

a was rozumu nauczę!”

Zapłaty żąda, lży jawno,

lecz jeszcze z ucieczką zwleka,

porzuciłby nas już dawno,

lecz wierzycielem jest — czeka.

Jak się salwować334 w rozpaczy,

w czyimże posłuch jest głosie?

dziś rozkaz wydać to znaczy

kij w gniazdo zanurzyć osie!

Kraj pusty — — na wszystkie strony

inwidia335 z gniewem go toczy;

cierpliwiec czeka obrony,

aż rosa wyżre mu oczy.

Wszak są królowie i możni

— sawant336 z sawantem dowodzi —

królowie są, lecz ostrożni,

cóż ich to wszystko obchodzi!!

SKARBNIK

Któż zważa na sojuszników?

Subwencje, które przyrzeczono,

to jeno papier — bez wyników —

a zabieg sam kosztuje słono.

Cesarska mości — któż oto

w twym państwie posiada złoto?

Gdzie spojrzysz, tam homo novus337!

Jeden drugiego popiera,

pałace, splendory, powóz —

jak karmazyn się rozpiera;

a przywileje sialiśmy jak śmiecie,

aż przywilejów zabrakło w kalecie.

I cóż? stronnictwa — ? — tu jest sedno!

szaleniec, kto by liczył na nie!

miłość, nienawiść — wszystko jedno,

byleby wrzeszczeć mogli, panie!

Prawica czy lewica — cóż?

nic zaśpi nikt w popiele grusz,

skąd może, grosz dla siebie dusi,

a dla bliźniego? owszem: nóż!

dla siebie jeno zgarniać musi!

To chciałem rzec! — Zobaczyć trza

szaleńców i ich zapusty,

gdzie każdy jeno o siebie dba —

skarb państwa musi być pusty!

MARSZAŁEK

I ja już cierpię od miesięcy;

mówią: kto prawy, dziś oszczędza;

a potrzeb co dzień coraz więcej

i co dzień większa nędza.

Z kuchnią to jeszcze jako tako —

są dziki, sarny i jelenie,

kury, pantarki338, kaczki, gęsi,

więc jest dziczyzna, są pieczenie:

warzy się, kuchci, mięsi, tęsi —

z tym wszystkim jeszcze jako tako;

to prawda — zawsze brak zapłaty,

lecz nas ratują deputaty339

i dziesięciny340; ale szczerze

trza wyznać: wszystko w łeb już bierze:

Panowie! przyjdzie ta godzina,

że nam zabraknie w dzbanach wina!

Jakie to ongi, mój ty Boże

— w piwnicy, w którą spojrzysz stronę,

gąsior się wspiera na gąsiorze,

wszystkie brodate i omszone;

pito też, pito, aż wypito,

jakby kto lał w dziurawe sito;

i — skończyło się! — Daj to katu,

już pożyczone z magistratu —

i to wypito; tak tu społem

wszyscy leżeliśmy pod stołem.

A teraz wszyscy do mnie: radź!

kto wypił — ty, marszałku, płać!

Płać!! ale z czego? więc do Żyda!

dobrze — lecz procent! — no — ma rację;

sumę zdwojoną sumie przyda —

procenty i amortyzacje —

nim się rok łoni341 w nowy zmieni,

już siedzisz u Żyda w kieszeni;

zastawiasz piernat342, gdzie co padło —

ni świnia nie porośnie w sadło —

a potem zjadaj chleb z ościami —

za czerstwy? — ano popij łzami!

CESARZ

zamyślony; po chwili do Mefistofelesa

Wystąpże, kpie343, i ty z skargami!

MEFISTOFELES

Ja? — nie! — przeciwnie — raczej ku nauce

kilka spostrzeżeń właściwych dorzucę.

Patrzę w twarz waszej miłości,

w waszą i całego dworu,

skądże ten brak ufności?

— ja nie pojmuję sporu.

Wola twa włada, o, panie,

podparta przęsłem rozumu,

więc zaraz tu zgoda stanie

wśród zwaśnionego tłumu.

Noc umyka przed słońcem w złocistej koronie!

Czyliż może być ciemno, gdzie tyle gwiazd płonie?

POMRUK TŁUMU

1. Toć sowizdrzał344, jak nas zwiódł!

2. Kłamie bestia, niczym z nut!

3. Ten szczęśliwy, kto uwierzy!

4. Sens tej mowy? — projekt świeży!

MEFISTOFELES

Wszystkim czegoś brak na świecie,

każdy swe minusy zlicza,

a was brak gotówki gniecie;

z piasku nie ukręci bicza,

lecz od czegóż mądrość przecie?

gdy pieniędzy brak lub chleba —

wyrwać z ziemi, gdy potrzeba!

Przypominam wszystkim oto,

że w ruinach, złomach gór,

leży lite, bite złoto,

jeno kopać, zgarniać w wór;

kto je znajdzie? — krótka rada:

kto przyrodą, duchem włada,

ten mamony w bród posiada.

KANCLERZ

Duch? Przyroda? Mowa mglista;

to niechrześcijańskie słowo;

niejeden już ateista

przypłacił je własną głową.

Przyroda to grzeszne baśnie,

duch jest oczywiście czartem —

z nich zwątpienie, które właśnie

tamtych dwojga jest bękartem.

U nas nie tak! W naszym kraju

przed innymi prym345 swój bierze

święty w bożym gronostaju

i rycerz przysięgły wierze;

oni na ojczyzny straży

stoją, Kościoła są tarczą,

z nimi wielkość się nam darzy,

oni nam jedni wystarczą.

Gmin obłąkany przewiną

pozory za prawdę bierze;

przeto wśród gawiedzi słyną

czarownicy i kacerze346.

Oni to swymi sztuczkami

nam szkodzą, choć żądzom dogadzać,

ichże to chcesz błazeństwami

w wysokie progi wprowadzać?

Tyś, mospanie, krewki raptus347!

bronić czeredy onej!

Rzeknę, żeś jest mente captus348

lub kiep z diabłem spokrewniony!

MEFISTOFELES

Męża nauki w każdym wietrzę słowie!

Czego nie dotknie — nie istnieje — powie,

czego nie ujmie — tego być nie może,

czego nie zważy — ach! — to nieprawdziwe,

a czego nie spienięży — jest bardzo wątpliwe.

CESARZ

Kazanie nam postne prawisz?

dość tego! — skończ jak najprędzej,

gadaniem nic nie poradzisz,

tu trzeba pieniędzy, pieniędzy!

MEFISTOFELES

Dostarczę wam, czego chcecie;

wprawdzie nie łatwe, co łatwe —

chcąc buty uszyć, wszak wiecie,

trzeba mieć szydło i dratwę.

Pzypomnę jeno — rzecz drobna —

lecz nie mniej przeto ważka:

ziemia w bogactwa zasobna,

a dobyć je? — toż to igraszka!

Przypomnijcie rzymskie dzieje,

wędrówki ludów i wojny,

zamieszki, rozterki349, nadzieje —

o zasobek niespokojny

obywatel, co bogatszy,

skarb krył przed siły350 wrogiemi;

skarb swój cenny i najrzadszy

zakopywał w łonie ziemi.

Tak to było, jest i będzie!

człowiek rządzi się obawą;

a któż, pytam, w pierwszym rzędzie

ma do skarbów takich prawo?

Wszystko w ziemi zakopano —

czyja ziemia? — cesarzowa!

więc i wszystkie skarby — a no

są cesarskie —

SKARBNIK

— Ani słowa,

błazen mówi, alić racja.

KANCLERZ

Cała błazeńska oracja351

diable koloryzowanie352,

lecz rzecz sama nakazuje

mieć się na baczności, panie!

MARSZAŁEK

Niech no waszeć sprokuruje

dary, które tak wysławia;

— wszelkie ziarno zdrowe ptakom —

niechby trochę i bezprawia,

byle było jako tako.

HETMAN

Mądry błazen! — w lewo, w prawo

skarbów mrowiem w oczy szasta,

żołnierz nie pyta o prawo,

ni skąd — byle żołd — i basta!

MEFISTOFELES

Przypuszczacie, że was mamię?

że niepewna moja droga?

że podchodzę, łżę i kłamię?

oto macie astrologa —

on niech mówi!!

— Nuże! — rozkop

kanały w nieba rozłogu353

i odczytaj nam horoskop,

dobry panie astrologu.

POMRUK TŁUMU

1. Już się zwąchał szelma z szelmą.

2. Im to gratka — dla nas biada.

3. Wnet nam wzrok zasnuje bielmo.

4. Wróż mówi — kiep podpowiada.

ASTROLOG

mówi — Mefistofeles podpowiada

Słońce to szczere, lite złoto354,

Merkury dany nam jest do pomocy,

Wenus zapładnia nas tęsknotą

O każdej porze dnia i nocy;

panieńska Luna355 ułudnie kaprysi,

zwłaszcza gdy wdzieje swój kołpaczek lisi356;

Mars godzi siłą w nas, a pięknem Jowisz

i Saturn — choć go ledwo okiem złowisz;

metal nieosobliwy w nim, choć przecie

waga jego dosadna we wielkim wszechświecie.

Ba! gdy się słońce z księżycem skojarzy

— więc złoto z srebrem w godnie lśniącym chórze

wtedy jest szczęsny — czas — wszystko się darzy

w tej złotosrebrnej, dźwięcznej koniukturze357:

masz i pałace, skarbce, wirydarze358,

strome piersiątka i nadobne twarze.

Dla nas ta droga niezdobyta, płona359,

lecz ten mąż światły sprawi to, dokona!

CESARZ

Słucham z wzmożoną uwagą,

jak dziarsko słowem szermuje —

mówi z sensem i powagą,

lecz mnie to nie przekonuje.

POMRUK TŁUMU

1. Cóż nam z tego — banialuki!

2. Scjencja360 kalendarzowa!

3. Chemiczne szalbierekie sztuki!

4. Stare głupstwa — kusa361 mowa!

MEFISTOFELES

Oto stoi cała sfora

w niepewności głuchej, marnej;

jednym śni się mandragora362,

drugim pies kudłaty, czarny.

Łatwo mówić: „czarnoksięstwa —

sprawa czarcia — rzecz przeklęta —”

trudniej skrzesać nieco męstwa.

A tu, bracie, swędzi pięta,

a tu każdy w sobie czuje,

w najtajniejszych warstwach ducha,

jak pokusa w nim harcuje

i żądz ogniem do łba bucha!

Gdy tak ta pokusa pcha cię,

gdyś po szyję w matnie zalazł —

kop! grzeb! krzyknij: „kuraż363, bracie!

tum cię szukał! tum cię znalazł!”

POMRUK TŁUMU

1. Mnie w ręce strzyka —

2. mnie rwie w nodze —

3. podagra pewnie —

4. brzuch jak ołów —

5. kciuk puchnie —

6. w krzyżach łamie srodze —

7. znaki, że tu jest walny364 połów.

CESARZ

Prędko! Ej — nie ujdziesz cało,

jeśli skłamał, gardłem skarżę!

Więc do dzieła! pokaż śmiało,

w jakiej skarby twe pieczarze.

Złożę berło, miecz odpaszę,

sam się wezmę do łopaty,

ale wara pluć nam w kaszę!

Więc do dzieła — albo baty!

MEFISTOFELES

Cóż za pośpiech! Wskażę drogi

mimo groźby twe pohańskie,

lecz któż zliczy te rozłogi,

wszystkie te skarby bezpańskie,

których bezmiar! — Z wyorzyska

chłop orzący — pod bruzdami

— patrzy — aż ryngraf365 wybłyska,

lub żeleźniak366 z dukatami.

Indziej, spojrzy, aż w oborze

ściany się saletrą367 pocą —

— nie saletrą! — miły Boże!

to czerwieńce368 tak się złocą!

Ileż sklepień, kurytarzy

zasypanych, poniechanych,

w których splendor skrzy i żarzy

wielkich skarbów, niesłychanych!

Aż w podziemia, w kraje duchów

łowca skarbów schodzi śmiele —:

przepych! śród złotych łańcuchów,

kolie369, kolce i manele

piętrzą się i w poniewierce

plączą pośród rozpadliny;

wszystko skrzy, aż rośnie serce!

brylanty, szmaragdy, rubiny!

A pobok — to nie do wiary —

rzędem beczki wina stoją,

lecz dąb dawno spróchniał stary;

wino przemyślnością swoją,

jak ów kokon jedwabnika —

kamienie winne wyłania,

przez które ciecz nie przenika,

lecz dostałość swą osłania.

Likwor370 taki osędziały371

dorówna zlotu w wartości.

Jednym słowem, mędrzec śmiały,

ciągnie zysk ze swej mądrości.

Dzień? cóż dzień! — to omamienie,

wielkie nic lub większa złuda —

jeno nocy mroczne cienie

misteryjne jawią cuda.

CESARZ

Noc dla siebie ostaw, błaźnie,

na nocturno strój basetlę —

mnie daj jasno i wyraźnie,

co masz dać, przy dziennym świetle.

W nocy wszystkie koty szare,

precz z tym „może”, „cichcem”, „niby”

Rozkop w dzień skarbów pieczarę

i w dzień odwal pługiem skiby.

MEFISTOFELES

Weź, wasza mość, do rąk łopatę,

znój chłopski nic ci nie zaszkodzi,

miło samemu wziąć zapłatę —

każda garść ziemi złoto zrodzi.

Potem przywdziejesz diadem złoty,

kochance kolie sprawisz nowe,

bo któż zaprzeczy, że klejnoty

zdobią i tron, i białogłowę?!

CESARZ

Prędzej! Prędzej! Po cóż zwlekać!!

ASTROLOG

jak poprzednio; podszept Mefistofelesa

Wasza cesarska mość, ja radzę czckać —

nicch się odbędzie fest zwyczajnym torem;

zważ — roztargnienie złym bywa doktorem;

wpierw nam się trzeba skupić, wzwyżyć w duchu,

by to, co niższe, zmusić do posłuchu.

Dobrym być musi ten, co dobra pragnie,

kto chce radości — niech będzie jak jagnię,

kto łaknie wina — niech gromadzi grona —

wszak przywołuje cud — wiara wzmożona!

CESARZ

A więc niechaj radość włada

przed popielcowym memento372!

Niechaj herold zapowiada

mięsopustu373 wielkie święto.

Trąby.

Wychodzą.

MEFISTOFELES

Poszli! Ot głupcy! — Zresztą skądżeby wiedzieli,

że szczęście i zasługa splata się jak strofa,

gdyby filozoficzny kamień w ręku mieli,

byłby jedynie kamień, lecz bez filozofa.

ZAPUSTY

FaustPluton374, MefistofelesZoilotersytes375Skąpiec, CesarzPan, Herold, Kwieciarki, Gałąź oliwna z owocami, Wieniec dożynkowy. Wian fantastyczny, Równianka fantastyczna, Przekora, Pąki różane, Ogrodnicy, Matka i córka, Drwale, Poliszynele376, Pasożyty, Pijanica, Gracje: Aglaja, Hegemona, Eufrozyna, Parki: Atropos, Kloto, Lachezis, Furie: Alekto, Megera, Tyzyfona, Bojaźń, Nadzieja, Rozwaga, EfebWoźnica, Plotkarki, Głodomór, HerodBaba, Faunowie, Satyr, Podziomki, Olbrzymy, Rusałki, Rybacy, Ptasznicy, Satyryk, Poeci, Tłum.

Olbrzymia sala z komnatami pobok, strojnie, zdobno, maskaradowo.

HEROLD

Nie na groźne śmierci pląsy,

diable igry rybałtowe377

wołam was, ale na pąsy,

na zabawy jasne, nowe,

abyście tak spąsowieli,

jak krzew róż pod słońca tchnieniem

tej mięsopustnej niedzieli

bezpamiętnym rozbawieniem.

Cesarz w swej rzymskiej podróży

spoza Alpów stromej ściany

gościniec378 nam bardzo duży

przywiózł: wigor roześmiany.

W tej stolicy nadtybrowej

sam koronę — w równej parze

zyskał dla nas — stroik nowy:

czapeczkę błazeńską w darze.

Tym przybraniem odrodzony

każdy z nas się dumnie puszy,

rad379 z dzwonkowej czapki onej,

z śmiechem wciąga ją na uszy;

i choć w tej mycce380 do błazna podobny,

udaje rozum, w rozum niezasobny.

Już się kupią381 i gromadzą.

w pary łączą i kołują —

tu pod pachy się prowadzą,

tam z osobna krążą, snują.

Dalej bracia, dalej żywo,

z sercem szczerym i przyjaznym,

byle chwilkę mieć szczęśliwą —

tak czy owak świat jest błaznem.

KWIACIARKI

śpiew, mandoliny

Poklask dajcie nam niezwłocznie!

Wymuskane w tańcu szranki

juz ruszają śpiewnie, skocznie

urodziwe florencjanki.

Kosy382 nasze utrefione383,

wonne kwiatów i ziół wonią,

krasne wstążki rozpuszczona

owijają nas i gonią.

O, nie więdną nasze kwiaty,

kwitną cały rok i dłużej —

kunszt ten, czar i aromaty

niechaj wam, panowie, służy.

A przyznajcie, pomysłowo

każdy na nas strzęp swawoli —

wyszydzicie to czy owo,

jednak całość was zniewoli.

Prawda — bierze was ochota

zbadać, co ukrywa szata? —

czar niewieści i prostota

dziwnie się ze sztuką splata.

HEROLD

Dziew korowód lśni, pomyka;

wielki wybór — herold wita —

dajcie zajrzeć do koszyka,

co na głowach waszych skwita.

Prędzej, prędzej, niechaj sala

ogrodowym wionie czarem,

a z was każdy niech zachwala

ogrodniczki wraz z towarem.

KWIACIARKI

Targ to targ, lecz bez kramarki,

niechaj się gromada skupi —

wśród krotochwilnej384 poswarki385

za żart każdy towar kupi.

GAŁĄŹ OLIWNA Z OWOCAMI

Nie zajrzę386 kwiatom urody,

wszelkiej unikam niezgody;

pośród wojennego znoju

jestem rękojmią387 pokoju;

dzisiaj radość we mnie płonie,

że wśród zacnych dworzan roju

najgodniejsze zwieńczę skronie

gałązką oliwną pokoju.

WIENIEC DOŻYNKOWY

Ja, syn pługa, zrumieniony

czerwonym słońca rumieńcem,

dar wam niosę, dar niepłony388

z dożynkowym idę wieńcem.

WIAN FANTASTYCZNY

Barwne kwiaty, niby malwy

przybrane w mchy i nietoty389,

to mody kapryśnej salwy,

nie szukaj we mnie prostoty.

RÓWNIANKA390 FANTASTYCZNA

Nikt nie zna mojego wiana

i nic mnie to nie obchodzi —

za tobą tęsknię nieznana,

co z dziew kwiecistej powodzi

wyciągniesz ku mnie swe dłonie

i w warkocz wpleciesz bezładnie,

a kwiat mój zadrży i spłonie

i na pierś twoją opadnie.

PRZEKORA

Niechaj wyobraźnia licha

służy dnia znikomej modzie,

z przyrody pijąc kielicha

wiecznej hołdujesz pogodzie;

niezabudki i kaczeńce,

splatajcie się w wdzięczne wieńce! —

Lecz my —

PĄKI RÓŻANE

— skrywamy się, niczyje —

szczęśliwy ten, co nas odkryje.

Gdy się dnie lipcowe dłużą,

róża wonią gwarzy z różą —

pełny, szczęsny dzień, uroczy;

bo przyrody panowanie,

obiecanie i oddanie

poi serce, myśl i oczy.

W zielonych wirydarzykach kwieciarki rozkładają nadobnie swój towar.

OGRODNICY

śpiew: akompaniament teorbanów391

Z tym już musicie się zgodzić —;

kwiat można pieścić, całować,

owoce nie chcą uwodzić,

owoce chcą jeno392 smakować.

Wiśnia się pyszni, zrumienia

brzoskwinia — wonna patoka393!

Kupujcie — sąd podniebienia

stokroć prawdziwszy niż oka.

Powab owoców najszczerszy

niech was na próżno nie kusi,

róża to temat do wierszy,

lecz jabłko ugryźć się musi.

Więc zezwólcie, byśmy w dani

wnieśli owoc ku osłodzie —

niech się towar nasz stragani

w tej sąsiedzkiej, dobrej zgodzie.

Pod girlandą smereczaną

oświetlone tak rzęsiście —

pełnię tworzą niesłychaną:

pąki, kwiaty, owoc, liście.

Przy śpiewie przeplatanym, przy wtórze gitar i teorbanów — piętrzą oba chóry swój towar, przystrajają go i zachwalają.

Matka i córka.

MATKA

Ledwieś odrosła od ziemi

córko ma, rusałko —

stroikami rozmaitemi

zdobiłam twe ciałko;

chodźcie, chodźcie, cni rycerze,

najbogatszy niech ją bierze —

szczęście sprzyja śmiałkom.

Ach! minęły długie lata,

wzrósł twój czar kobiecy,

nikt nie posłał do cię swata

z całej okolicy;

z tym zatańczysz, tego zmanisz,

a tamtego — otumanisz —

wszystko po próżnicy.

Na nic ciuciubabka, fanty —

alkierzyk394 twój pusty;

męskie plemię — o! to franty!

Lecz dziś mięsopusty —

nastaw sidła, oczkuj ładnie,

może przecie w potrzask wpadnie

jaki kąsek tłusty.

INTERMEZZO395 PANTOMIMICZNE

Zbliżają się rówieśniczki młode, hoże396. Zaczyna się pogwar szczebiotliwy. Wchodzą Rybacy i Ptasznicy ze sprzętem przynależnym: z sieciami, wędkami, potrzaskami. Wabienia, łowy, ucieczki. Strzępy rozmów uciesznych.

DRWALE

nawalnie; gromko

Z drogi, bracia, czynić rum397,

idzie z nami borów szum,

borów granie, zgrzyty piły,

stuk toporów, jęki drzew,

trzask gałęzi, chorał siły,

twardy tupot — drwali śpiew.

Dłonie grube, spracowane,

naprężone sznury żył —

wasze ręce wymuskane

boją się, cofają w tył

Z mąki marymonckiej398 panki,

zwarzyłby was mróz i chłód —

i was, panny z morskiej pianki,

gdyby nie nasz, drwali, trud.

POLISZYNELE399

papląco, pustaczo

A niechże was las ogarnie,

żywot tak przetrudzić marnie!

My inaczej! — zwiewnie, cicho,

mozół odsuwamy wszelki —

po co z lasu wołać licho?!

Robdeszany400, pantofelki,

oto stroik jak się patrzy!

Wy się trudźcie — my inaczej. —

Zbiegowiska, karuzele,

jarmark, ścisk, bujne gamratki401,

uciech, festów402 wiele, wiele —

żywot aksamitny, gładki.

Po tym życia śliskim torze

kręcimy się jak węgorze —

wschodzim, chociaż nieposiani —

zwinni, żwawi, sprytni, szczwani;

choć tam bieda w kamienicy

my sobie hoc403 na ulicy.

Śmiejcie się lub gańcie nas,

przetrzymamy — mamy czas!

PASOŻYTY

pochlebnie, łakomie

Drwal i węglarz to nasz brat;

przygarbienie, przytaknięcie,

półsłóweczka — to nasz świat —

tego przestrzegamy święcie;

lecz jeśli kto w walce padł,

odwracamy się na pięcie,

pal go kat!

Gdyby węgli, drzew nie było,

— że to ogień skrzesz i dmuchnij —

czym by w piecach się paliło?

czym by się paliło w kuchni?

Musiałby spaść ogień z nieba —

wszak nam zawsze ognia trzeba;

na ogniu się wszystko smaży,

praży, tęsi, mięsi, warzy,

wrze i pryska, skipi, piecze,

aż do gęby ślinka ciecze.

Pieczeń, pasztet, ryby, zrazy,

imbir, czosnki i wawrzyny —

jakież wizje i obrazy,

jakież prace, jakie czyny!

PIJANICA

zawiany mocno

Zacząć ze mną nie przelewki,

mnie dziś wszyscy, panu, służą;

wigor w kościach, we łbie śpiewki,

aż za dużo, aż za dużo!

Pije Kuba do Jakuba —

wasze zdrowie, moje zdrowie —

moja luba — daj no dzioba —

kto się dowie? — nikt nie dowie.

Baba na mnie z gębą — huzia,

coś ty, dziadu, wdział za łachy!

plask — plask — spuchła nieco buzia

— co tam strachy — strach na Lachy!

Hulaj dusza bez kontusza!

w górę szklanki — dobra nasza!

wino wigor w nas porusza,

wino diabła z nas wystrasza.

Więc na szczęście —! I na biedę —!

Socjeta404 tu, widzę, krewka —

gospodarzu, daj na kredę405,

na kredę mi daje dziewka.

Przypij do mnie — ja do ciebie!

Panna — wdowa — każda łasa —

zdrowie twoje tu i — w niebie,

jedz, pij i popuszczaj pasa!

Ululałem się wspaniale —

czas już w drogę! — w jaką drogę?

Ostawcie mnie, gdzie się zwalę —

ustać — jakoś — tak — nie mogę.

CHÓR

Pije Kuba do Jakuba! —

co? nie pije? — bęc, po ziobrze!

tęgo się już kurzy z czuba —

kto pod ławą, temu dobrze.

INTERMEZZO PANTOMIMICZNE

Herold zapowiada przybycie Poetów różnego autoramentu: Poetów przyrody, Panegirystów, Piewców rycerstwa, wdzięku i entuzjazmu.

Pchają się na wyprzódki, trudno też komukolwiek dojść do słowa. Zaledwie jeden dziwnym trafem przemyca czterowiersz; to:

SATYRYK

Obym, bracia, tego dożył,

— to jedno mnie kusi i łechce —

abym taką pieśń ułożył,

której wysłuchać nikt nie zechce.

Poeci nocy i cmentarzy przepraszają bardzo, że to nie mogą wziąć udziału w zebraniach wieszczów, lecz nazbyt są zajęci interesującą rozmową z nowo wylęgłym upiorem406; kto wie, czy z tego dyskursu nie powstanie nowa szkoła poetycka; Herold, acz niechętnie, godzi się na ich wywody i przywołuje postacie mitologii greckiej, które, jakkolwiek w modnym przebraniu, nie utraciły nic a nic z wdzięku właściwego i charakteru.

Gracje.

AGLAJA

Wdzięk wnosimy zawsze, wszędzie;

dar wasz niechaj wdziękiem będzie.

HEGEMONA

I wdziękiem też przyjmowanie,

gdy się chęciom zadość stanie.

EUFROZYNA

W dnia cichego zachód miękki

najwdzięczniejsze złóż podzięki.

Parki.

ATROPOS

Po starszeństwie tu przychodzę;

nić się snuje, nić żywota —

— i oczami po was wodzę —

nić się snuje jak tęsknota.

Miękka, wiotka nić — bom oto

len wybrała pierwszej próby —

niespsowany mgłą ni słotą,

nie za cienki, nie za gruby.

Umiar głoszę wam — strwożona!

koniec nici któż odgadnie?

nitka nazbyt naprężona —

nagle pęknąć może snadnie407.

KLOTO

Dzisiaj jam nożyce wzięła,

spójrzcie! każdy z was uwierzy;

poprzedniczka moja cięła

jakoś nie tak, jak należy;

bywa — snuje długie dzieje

rozwlekle i opętanie,

indziej znów piękne nadzieje —

ciach! — przecięła niespodzianie.

Alić i ja, moi drodzy,

zbyt rozwagą się nie szczycę,

przeto trzymam się na wodzy —

i w puzdrze408 skrywam nożyce.

Tak spętana z dobrawoli

zaniechałam swojej pracy —

a więc bawcie się do woli,

chociaż wszyscy jacy — tacy.

LACHEZIS

Z siostrzyc moich, żwawych prządek,

— najrozsądniejsza w ich gronie —

powierzony mam porządek,

w porządku staję obronie.

Nić się snuje, nić się mota

w wyznaczonym sobie torze,

lccz z wartkiego kołowrota

bez mej wiedzy spaść nie może.

Trwam uważnie na tej straży,

chociaż świat się przeinacza —

— aż się koło me przeważy

wolą wieczystego tkacza.

HEROLD

Tych trzech, które idą oto

nie poznacie, o, uczeni,

przybrane w jedwab i złoto —

krok się każdej tęczą mieni;

któż by odgadł pod tą szatą,

że z złem idą i z zatratą?

to Furie! — I któż bo uwierzy —?

piękne, gibkie, hoże, młode;

jaki wonny, śpiewny, świeży

czar oplata ich urodę?

Baczność! — podła, śliska żmija

pod kwiatami się przewija

chytrze, skrycie; — lecz w tej porze,

gdy się błazny spowiadają —

niosą upomnienie: gorze!

ludziom gorze — gorze krajom!

Furie.

ALEKTO

Cóż — zawierzycie nam, kochani?

wszakże was piękność nasza wzruszy?

każdemu z was o jego pani

kochanej coś szepniemy w uszy;

wreszcie w rozmowie oczy w oczy

powiemy: — tego ma — i tego —

— brzydka, garbata — krzywo kroczy

ach! narzeczona?! — do niczego!

Lecz jej powiemy też, żeś plotkarz,

że o niej mówisz coś nieładnie,

gdy przypadkowo tamtą spotkasz —

tak się niewiara w serca wkradnie.

MEGERA

To nic! — Lecz gdy się już pobiorą,

wtedy ja stworzę im gehennę409,

zatruję każdą chwilę zmorą;

zmienne jest serce i dnie zmienne.

A kto tęsknotę jedną ziści,

tęskni do nowych chwil urody,

porzuca pełen nienawiści

słońce — i pragnie rozgrzać lody.

Diabeł ogniska domowego

mnie jednej dochowuje wiary —

wspólnie dodajem złe do złego;

mym działem w przepaść gnać ofiary.

TYZYFONA

Ja tropię zdrajców — tam się wśliznę,

kędy się przeniewierstwo lęgnie;

sztylet podrzucę i truciznę —

— dziś — jutro zguba cię dosięgnie.

Chwile słodkie zapomnienia

bez apelu, bezpowrotnie

władza moja w żółć przemienia,

zawiniłeś — cierp stokrotnie.

Przebaczeniem ni pociechą

w strasznej nie łudź się godzinie;

Słysz! Słysz! „Zemsta” woła echo —

kto się zdradą para410 — ginie!!

HEROLD

Proszę, odsuńcie się co nieco,

bo oto nowe maski lecą —

zgoła411 odmienne! — w swej posturze412

obraz podobny wielkiej górze.

Boki okryte dywanami —

— góra nadchodzi! — Góra żywa!

łeb smoczy — błyskający kłami —

wężowy ryj — ogniowa grzywa —!

Na karku siedzi wdzięczna dama

subtelna i przybrana ładnie,

a lejce w rączce dzierży413 sama,

laską kieruje smokiem składnie.

A za nią druga — istna łania —

królewska, dumna, znać w niej butę414

tęcza świetlana ją zasłania —;

pobok415 niewiasty kroczą skute:

jedna strwożona, w sobie drżąca,

druga radością gorejąca —

pierwsza wolności zewsząd woła,

szuka w tęsknocie dookoła,

a wolność w drugiej jest niewieście —

powiedzcie same, czym jesteście?

BOJAŹŃ

Świec, lamp, pochodni blask się żarzy,

a wszędzie mroczno, straszno, ciemno;

śród masek stoję, obcych twarzy,

— w kajdanach — groza skuta ze mną.

Precz, kpiarze! — Lęku bladolicy!

Szydercy! — Co się ze mną stanie —

zewsząd mnie zdradni przeciwnicy

strącają w przepaść, w mrok, w otchłanie!

Wszędy — z przyjaźni wróg się rodzi;

znam ciebie, masko! — tyś zagłada!

Ten mnie chciał zabić! — a —! uchodzi!

twarz jego krzyczy: zdrada! zdrada!!

Ach! uciec! uciec! przed tą zgrają —

na koniec świata! — Noc przeklęta!

Już zewsząd mroki napierają,

groza mnie więzi, trwoga pęta!

NADZIEJA

Bądźcież mi, siostry, pozdrowione!

A chociaż w maskach dziś i wczora

niejako jesteście zgubione

i dusza w was smętem chora

w tej ćmie dymiących pochodni —

wierzę, że przyjdzie ta pora,

w której słońca, kwiatów godni

chodzić będzie po łące,

brodzić w trawie po kolana,

parami albo w rozłące

pod zorzą złotego rana;

wedle woli śnić, rozprawiać —

bez chmur groźnych i beztroski,

nigdy sobie nie odmawiać,

jeno spokój chwalić boski.

Wszędzie radośnie witani,

już dziś szeroko rozgłoście,

że pragnieniem przywołani

jesteśmy słoneczni goście —

że wieść dobrą niesiem w dani416!

Wierzajcie — szukajcie — znajdziecie —

najszczęśliwszą chwilę w świecie!

ROZWAGA

Najwięksi wrogowie człowieka:

Bojaźń, Nadzieja — skowane;

z daleka stójcie, z daleka,

tłumy słowem opętane.

Jedzie kolos — ja przewodzę!

Wysoczysta na nim wieża —

jedzie po znaczonej drodze —

krok w krok ku szczytowi zmierza. —

A na barkach dumnej wieży

bogini w skrzydeł sztandarze

lotem w zwycięstwo mierzy —

zwycięstwo niesie wam w darze.

Światłość ją broni i gloria

i gwiazd diadem wspaniały;

to ona — ona — Wiktoria417!

bogini czynów i chwały!

ZOILO-TERZYTES-MEFISTOFELES

Tere-fere! — W porę właśnie

idę, niech was piorun trzaśnie!

A najgorsza ta wywłoka418,

Wiktoryjka czarnooka.

Rozwijasz swe skrzydła, szelmo,

niby orzeł w nieba jasność,

na oczy zarzucasz bielmo,

że to wszystko twoja własność —

i lud, i kraj! — Hola! Hola!

jeszcze żyje moja wola —

nasza wielka mała wola —!

To, co niskie, podnieść trzeba,

ku ziemi naniżyć nieba,

skrzywić proste, sprościć krzywe,

wyrównać wzniesienia wszędzie;

czasy równe i szczęśliwe!

Tak być musi i tak będzie!

HEROLD

Już ciebie do milczenia zmuszą

te kije — wynoś się psiaduszo!

niech cię pokręci, sjamski miocie —

w nawozie miejsce twe i w błocie!

O, jak się kurczy obrzydliwie,

kupą się gnoju naraz staje.

Lecz cóż to? — patrzcie — dziwo w dziwie!

ten gnój się zmienia w duże jaje!

rośnie — nadyma się i pęka!

Ze skorup — para wraz bliźniacza

mątwi się, skuczy i pojęka —

już się wynurza i wytacza —

już widzę — już — pełzącą żmiję —

kształt drugi? — widzę — nietoperza!

Jedno się w pyle ślini, wije,

drugie ku pułapowi zmierza!

O! — giną — już — w nocnej otchłani!

Źle trzecim w takiej być kompanii.

GŁOS Z TŁUMU PIERWSZY

Dalej, żywo! Już tam tańczą.

GŁOS Z TŁUMU DRUGI

Do diaska z wrzawą opętańczą.

GŁOS Z TŁUMU TRZECI

Czujesz, jak skrzydeł sfera

w myśl i serce nam się wpiera?

GŁOS Z TŁUMU CZWARTY

W włosach moich łka i jęczy —

GŁOS Z TŁUMU PIĄTY

Ból mnie srogi w nodze dręczy —

GŁOS Z TŁUMU SZÓSTY

Przecież nikt z nas nie ma rany —

GŁOS Z TŁUMU SIÓDMY

Ale każdy zestrachany —

GŁOS Z TŁUMU ÓSMY

Do zabawy brak ochoty —

GŁOS Z TŁUMU DZIEWIĄTY

Tego chciały te huncwoty419

HEROLD

Znojny zawód wodzireja

sprawuję z dość tęgą miną;

w sercu mym żywie420 nadzieja,

że godziny jakoś miną

tych mięsopustnych szałów,

że więc do białego ranku

nikt z nich nic poniesie szwanku

i jakoś wyjdzie z opałów —

chociaż noc niesamowita

strachami jak piaskiem sieje;

Spoza okien wciąż wykwita

jakiś duch, straszydło, zmora. —

Ej! strzygowe wodzireje,

któż się z wami dziś upora!

Karzeł podał takt kaduczy421

za nim zgraja strzyg się włóczy! —

I w tej chwili cóż ma znaczyć

tych postaci szereg długi —?

— Wytłumaczyć —? na usługi —

— lecz jakże mam wytłumaczyć,

gdy sam zgoła nie rozumiem;

oto staje w masek tłumie

rydwan — świetny — czwórka koni —

— nie rozpycha — nie roztrąca —

jeno się szkarłatem płoni,

a tęczaność migocąca

pośród wartkich szprych zawiei

lśni jak gwiezdne zbiorowiska,

gdy zza czarnej ściany kniei,

w lipcu cicha noc rozbłyska!

Czar magiczny — świateł rój —

— tętni — pryska —

EFEB422-WOŹNICA

— prrr! — hoo —! stój!

Posłuszne ważnym nakazom,

rumaki, wstrzymajcie skrzydła,

lejce was mocne prowadzą,

znajcie moc mego wędzidła,

splendor tej wspaniałej sali

niechaj zjawa423 nasza chwali;

oto tłum się wkoło toczy

tłum ciekawy, zachwycony —

hej, heroldzie, podnieś oczy

i ogłaszaj na wsze strony,

zanim odpłyniemy stąd —

kim jesteśmy, co zacz, skąd;

mitologiczną znasz historię,

myśmy jej żywe alegorie.

HEROLD

Nie wiem, co zjawa wasza znaczy,

opisać mógłbym ciebie raczej.

EFEB-WOŹNICA

Więc mów!

HEROLD

Trza przyznać, że z urody

mógłbyś zasłynąć — pięknyś, młody —

wyrostek wprawdzie, lecz kobiety

ocenią właśnie twe zalety;

kto zalotnisiem jest za młodu —

pisze się z kobieciarzy rodu.

EFEB-WOŹNICA

Owszem! niezgorzej to waszmość wywodzisz —

krok, a już ciekawości swej dogodzisz.

HEROLD

Czarnych błyskawic pełne twoje oczy,

moc gęstych włosów na czole,

urok przed tobą swawolący kroczy

z młodości wdziękiem w zespole.

Szaty cię stroją, purpura i złoto,

czar w tobie iście niewieści,

szept słyszę zewsząd nabrzmiały tęsknotą,

to echo miłosnych powieści.

EFEB-WOŹNICA

A kimże mąż ten w majestacie

siedzący na rydwanie?

HEROLD

To widać król, w królewskiej szacie,

a oczy jego — otchłanie.

Dobroć mu patrzy znaczna z lica

i szczodra jego jest prawica;

pod władzą jego mrą niesnaski,

szczęsny, kto w jego dworze stanie,

stokrotnie dozna, niespodzianie

jego królewskiej łaski.

EFEB-WOŹNICA

Niewiele —; rozważ dokładnie —

więcej powiedzieć wypadnie.

HEROLD

Jakżeż godności sprostać słowem!

zachwycam się tą pełnią lic,

wykwitającą pod turbanem,

spojrzeniem jasnym, wzięciem zdrowem

okryciem złotem bramowanem —

i cóż mam rzec — nie mówię nic —;

stworzon na władcę wielu sług.

EFEB-WOŹNICA

To Pluton424 — wszystkich bogactw bóg —!

Cesarskiej woli czyniąc zadość —

wnosi tu splendor swój i radość.

HEROLD

A kto ty jesteś — powożący?

EFEB-WOŹNICA

Ja? — sny rozchwiane wciąż łowiący,

jestem poezją, rozrzutnością,

poetą, co swój skarb najrzadszy

rozdaje wszystkim z miłością —

i przez to coraz jest bogatszy —!

Choć ci się złudą to wydaje:

ten się bogaci, kto rozdaje;

przetom bogatszy od Plutona

i od koronowanych głów,

mam to, czego im nie dostaje425,

bez czego próchnem jest korona —:

radość żywota, przepych snów.

HEROLD

Zakwitasz chełpliwością — płoniesz w każdym słowie,

okaż, czy dzieła twoje dorównają mowie!

EFEB-WOŹNICA

Ach, panie! — starczy jeden szczutek426

— spójrz jeno, jaki chyży skutek!

oto pawiment427 gra perłami —

słyszysz, jak dzwonią, brzęczą, dźwięczą?

z palców wokoło strzela

Tak oto sieję pierścionkami,

drogich kamieni migam tęczą —

— dorzucam płomyk — niech się pali —

pośród szmaragdów i opali.

HEROLD

Tłum cały zwija się i kręci —

jak to zmiarkował428, co się święci!

Ten się raduje — tamten śmieje

do skarbów, które młodzian sieje.

Jak w śnie, jak w śnie, w całej przestrzeni

kamieni skrzy się blask i mieni.

Lecz oto zawód nowy czeka!

— ktoś już miał w ręku pierścień — swój! —

a klejnot mu ucieka —

— schyla się — znika — próżno goni —

innemu z pereł — chrząszczy rój

stonoży się na dłoni —

— strąca je — zrzuca z rąk co ducha,

a one brzęczą koło ucha.

Inny skrył kolię do kabata —

patrzy — aż tu motylek wzlata —;

okpił ich wszystkich frant ladaco —

mamidłem429 się nie ubogacą!

EFEB-WOŹNICA

Na maskach, mniemam, znasz się, wodzireju,

lecz trudniej z łupki wyłuskiwać ziarno —

tu trzeba tęższej głowy, dobrodzieju —;

lecz po cóż tracić czas na żmudę marną —?

Do ciebie apeluję! — twa władza mnie chroni.

do Plutona

Kto mi oddał w włodarstwo moc i rączość koni?

czyż nie kieruję nimi wedle woli twojej?

dla kogoż pierś zakuwam w hart zwycięskiej zbroi?

dla kogóż walczę? kogóż to palmami zdobię?

laury zdobywam — komu? nie sobie, lecz tobie!

PLUTON

Żądasz — daję świadectwo — kto wola430, niech słucha:

tyś, synu, duchem jest z mojego ducha —

bogatszyś niżli ja — a już nad wszelkie mienie

tę przez ciebie zdobytą gałęź sobie cenię —;

żądałeś, synu, mówię —; gromada pojęła —

upodobałem sobie ciebie i twe dzieła.

EFEB-WOŹNICA

do tłumu

Patrzcie — o patrzcie — patrzcie w krąg,

jak płoną dary moich rąk —

płomyk unosi się nad głową —

raz tu — raz tam — znowuż na nowo

to wzlata — to się zaczyna —

— tam jeno mignie przed oczyma —

— rzadko się wzbija — rzadziej żywo

zakwita z nagła w nim paliwo —

najczęściej jego świetlna krasa

zaniża się — chłodnie — przygasa.

PLOTKARKA I

Spójrz no — widzisz obok pana

tego cudaka, szarlatana?

PLOTKARKA II

A za nim — jakaż kwaśna mina!

głodomór — okropna chudzina.

PLOTKARKA III

Jeszczem takiego nie widziała.

PLOTKARKA IV

Ani uszczypnąć — ni krzty ciała.

GŁODOMÓR

Precz! Precz! Nie stać mi na drodze —

wam, baby, nigdy nie dogodzę.

Niegdyś, gdy się kobiety warzeniem parały —

łakomcem mnie, z łacińska Avaritią, zwały.

Lecz wtedy — klnę się Bogiem — niezgorzej się działo;

dużo do dom wnoszono — wynoszono mało.

Dbałem o szafy pełne, o wypchane skrzynie —

— mówiono — przewrotności! — że niedobrze czynię.

Lecz rychło się zmieniło! — zaczęła się nędza —

wiecie odkąd? — odtąd, gdy baba nie oszczędza;

odkąd więcej pożądań ma niż złotych w kasie —

chłopu długi i weksle431 każda chwila niesie.

Ano — przed chudą nędzą baba czuje stracha —

jeść chce, ubrać się pragnie — dalejże do gacha432

ten płaci! — Obrzydło mi do jasnej cholery!

Wszak chłopem jestem! Wolę nazwę sknery.

HEROD-BABA

Z smokami idź się, smoku, kłócić.

Zgłodniałe myśli mu się troją.

Przyszedł nam mężów bałamucić —

i tak nam kością w gardle stoją.

KOBIETY

gwarnie; na raz

1. Patrzcie go — jak to szczęką klapie!

2. Która tam bliżej — wal po papie!

3. Głodomór! huzia — huź — do dziury.

4. Razem, na smoka! — to z tektury!!

HEROLD

Cicho! Do kroćset — Ćmo przebrzydła!...

Lecz niepotrzebny jestem zgoła.

Spójrzcie, jak smok podnosi skrzydła,

ślepiami toczy dookoła,

otrząsa się, chrzęści łuskami,

ogniami sieje, straszny, srogi —

krok stawia, pobłyskuje kłami —

rum433 sobie czyni — wszyscy w nogi —!

Pluton zstępuje z wozu.

Zstępuje — z królewską godnością!

skinął, zbliżają się smoki —

i skrzynię niosą z złotością

i ukłon oddają głęboki:

u nóg mu kładą tę skrzynię

w miraży cudacznej godzinie.

PLUTON

do Efeba-Woźnicy

Więc jesteś wolny! trud był nad twe siły;

oby się skrzydła twoje w jasny błękit wzbiły!

Nic tu po tobie! — Odejdź! — Duszne tu opary,

w których jak w mętnej wodzie roją się maszkary.

Tyś czysty — jasność wielka potrzebna twej duszy,

która jeno tym żyje, czym się w głębiach wzruszy.

Więc kędy piękno, dobro, kędy żywie ład —

leć! — tam, w samotność swoją, własny tworzyć świat!

EFEB-WOŹNICA

Więc idę — lotny poseł napowietrznej sfery —

w miłującej pamięci chowam cię i szczerej;

gdzie ty jesteś, jest pełnia, kędy ja, są żniwa —

błogosławiona droga wolna i szczęśliwa.

Przeto niejeden w sercu czuje niepokoje,

czy twoje obrać ścieżki ma, czy moje;

na twoich jest spoczynek, na moich ruch wieczny,

u mnie się ogniem spali, u ciebie bezpieczny.

Bądź zdrów! Czekają drogi na ziemi i niebie,

lecz zaszeptaj najciszej — powrócę do ciebie.

Odchodzi.

PLUTON

Więc oto nadszedł czas! otwieram skrzynie —

spójrzcie — tu do mnie! śpiżowe naczynie,

a w nim złota patoka434, żywe jak krew złoto,

pierścienie, kolie sławne cudowną robotą,

oto kolczyki, oto ogniwa łańcucha —

bezmiar złota wre, kipi, iskrzy się i bucha!

OKRZYKI TŁUMU

1. Spójrz, co za war i ściek —

złota po brzeg!

2. Złotych ogniw ciężkie wieńce —

dźwięczą, złocą się czerwieńce435.

3. Dukat w dukata pcha się, tłoczy —

blask roziskrzony rani oczy.

4. My zasłuchani — patrzym — niemi —

ile tu złota na tej ziemi!

5. Nuże! wraz! czasu nie tracić —

schylać się! — zgarniać! bogacić!

6. Uwijajmy się, a w pędzie!

Cała skrzynia nasza będzie.

HEROLD

Głupcy, łasi! Kąsek tłusty!

Wierzę! — Lecz to mięsopusty,

karnawałowy jeno żart;

myślicie: tu pieniędzmi sieją,

a oni tylko tak się śmieją —

dobry żart tynfa wart.

Oni się bawią tak feerią,

a wy to zaraz tak na serio

i głośno — byle robić szum!

Plutonie, masek bohaterze,

wodzirej radzi tobie szczerze:

wyrzuć do diaska swarny tłum!

PLUTON

Pożycz mi laski swej na chwilę

— najlepiej będzie tak —

Oto ją w wrzątek końcem chylę —

Uwaga! Daję znak!

Błyska i pryska — laska płonie

kto się przybliży, w własnym łonie

poczuje taki żar, zawoła —:

ratunku! — lecz nikt nie przybieży,

bo sam by spłonął w tej obierzy436;

baczność! żar płonie — dookoła!

KRZYKI I ZAMIESZANIE

1. Już po mas!

2. Chroń się, gdzie kto może!

3. Uchodź! Pawiment cały gorze!

4. Twarz płonie!

5. Kij przypieka!

6. Z daleka! Uciekać! Z daleka!

7. Nie robić ścisku! — Maski! — Gorze!

8. Rozstąp się, zgrajo przebrzydła!

9. Och, uciec! skrzydła mieć, skrzydła!!

PLUTON

A więc pierzchli w rozsypce — napad ich odparty;

kij płonący ich żwawo nauczył rozumu.

Krzywdy nikt z nich nie poniósł. Uprzedźmy złe żarty —

kręgiem się odgrodzimy niewidnym437 od tłumu.

HEROLD

Aleś im łupnia zadał! brawo!

Spójrz, jak cofają się z obawą!

PLUTON

O, cierpliwości, przyjacielu,

jeszcze tu z nich powróci wielu.

SKĄPIEC-MEFISTOFELES

Niechże się ja pogapię nieco,

wśród tej karnawałowej fety438;

widzę: zbliżają się i lecą —

gdzie ścisk, tam zawsze są kobiety.

Na wdzięk niewieści jestem łasy!

z tym ciężko! — coraz droższe czasy!

Lecz dziś pogrucham, potokuję —

dziś darmo, nic to nie kosztuje.

Za duży gwar, jak zawsze w tłumie;

jakże dam znać, że stoję, jestem?

Już wiem! — Oto się porozumiem

pantomimicznym, jurnym gestem;

wymowę nóg i rąk rozwinę

— lecz to za mało — trza z ostrożna —

ugniotę złoto tak jak glinę —

złoto we wszystko zmienić można.

HEROLD

Któż to tu włazi znów w paradę?

chce dowcipkować —; lica blade,

chudy okrutnie —; mięsi złoto,

jak ciasta w dzieży, albo błoto —

no cóż? — jest kupa — lecz bez kształtu;

teraz do niewiast się odwraca —

— cofają się — wołają gwałtu —

coś nieprzystojna jego praca;

już wstydem płoną — stają z dala,

a on się mocniej rozzuchwala;

podaj no laskę moją, panie —

kosterze439 sprawię tęgie lanie!

PLUTON

Ostaw kuglarza, niech błaznuje;

wszakże do czasu starczy przędza

i miejsca braknie — zgasną ruje;

prawo ma mniejszą moc niż nędza.

ZGIEŁK I ŚPIEW

Z dolin cienistych, z turni440 gór

kroczy zdziczałych ludów chór.

Jak prąd rwą ku wam, niewstrzymanie,

to Pan441 z orszakiem —

— Panie! Panie!!

Wasz orszak między nas się zmieści —

niesiecie z stron dalekich wieści.

PLUTON

Znam dobrze waszego Pana!

odwaga wasza mi znana;

rozumiem co nieco, po trosze —

niechże się szczęście wam darzy!

Chwila się dziwna przeważy —

krąg tajny otwieram — tu! — proszę!

ŚPIEW DZIKICH MĘŻÓW

Tłum dzikich mężów kroczy tu,

tłum szerokiego w piersiach tchu;

w podrzutach krzepkich, silnych nóg,

z gromkim okrzykiem: Pan, nasz bóg!

FAUNOWIE442

Gromada faunów idzie w tan,

na łbie kudłatym z dębu wian,

szpiczaste uszka, kręty włos,

zadarty nochal, gruby głos,

opasła gęba, czerstwość lic,

— cóż to kobietom szkodzi? — nic!

Faun prosi w tan kudłatą łapą,

a baba na to jak na lato.

SATYR

Satyr po perci443, stromej dróżce,

żwawo na koziej skacze nóżce;

spoziera z turni lodem szklanej

na kraj daleki, niepoznany.

Pijany dalą, tam na szczycie

w pogardzie dzieci ma, rodziny,

co wśród zatęchłej mrąc doliny —

myślą, że żyją! — takie życie!

Tak myśli satyr o szczyt wsparty —

przed nim bezmierny świat otwarty.

PODZIOMKI

Nowa drobi tu gromadka,

po jednemu z dala, z rzadka;

z mchu kubraczek, lampka w ręce

— ty się kręcisz — ja się kręcę —

każdy sobie

rzepkę skrobie,

wspak i w poprzek, wprost, na przełaj —

ty mnie nie kop, ty mnie nie łaj!

Błyszczy, skrzy się mały chór,

jak robaczki świętojańskie.

Nasze groty są tatrzańskie,

my doktorzy skał i gór:

z żył podziemnych ciągniem zyski;

czy daleki kto, czy bliski,

niech korzysta, niech się wzmoże,

więc: szczęść Boże! — więc: — daj Boże!

My kochamy wszystkich ludzi —

gnom się dla ogółu trudzi;

choć tam czasem jest nieładnie:

człek frymarczy444 złotem — kradnie;

żelazo mąż niespokojny

na sprzęt zmienia bratniej wojny —;

a no cóż robić — kto przekroczy

raz przykazanie, sto przekroczy!

Nie nasza wina; cisi, prości

czekamy, pełni cierpliwości.

OLBRZYMY

Gór karpackich depcąc zręby,

wyrośliśmy jak modrzewie

waligóry, wyrwidęby.

Twardzi w pięściach, straszni w gniewie.

Smrek445 strzelisty laską naszą,

głową dotykamy chmur,

matki dzieci nami straszą.

idziem — gwardia czarnych gór.

CHÓR RUSAŁEK

otaczają bożka Pana

Pochwalony niech będzie ukwiecony łan!

Pochwalony przyrody bóg, nasz wielki Pan!

Otoczmy go zwinnym kołem,

a weselnie, siostry, społem,

pląs zawiedźmy — tan!

Pełen ciszy i miłości,

pod sklepieniem wymodrzonem. —

kocha się nasz Pan w radości

i rytmicznym cieszy gonem.

Gdy zaszemrze pieśń strumieni

w przyczajonej, wonnej głuszy,

w czas południa krótkich cieni

gdy się listek nie poruszy —

na konicze skłania głowę

i zasypia w słodkiej woni;

nad nim niebo skwarem płowe,

pobok w trawie świerszcz zadzwoni —

A z nas każda tam, gdzie stała,

zasłuchana, cicha drzemie,

jak kolumna smukła, biała

wrosła w kwiaty, wrosła w ziemię.

Pan się budzi!! — Gromkim głosem

woła, jak błyskanie, burza!

Kierdel446 nimf z stąpaniem bosem

przed swym władcą się wynurza.

Pochwalony niech będzie ukwiecony łan!

Pochwalony przyrody bóg, nasz wielki Pan!

DEPUTACJA PODZIOMKÓW

przed Panem

Kędy cudownych skarbów złocą się otchłanie

które czarowna różdżka jeno odkryć zdoła —

tam my się wkopujemy tak jak krety, Panie,

abyś mógł siać skarbami rozrzutnie dokoła.

Co dopiero odkrylim nową żyłę złota —

bogactwo jej ogromne, cały świat zadziwi —

weź ją w opiekę swoją, to twoja robota,

Skarb taki w twojej ręce ludzi uszczęśliwi.

PLUTON

do wodzireja

Odwagi! Radzę ci, uzbrój się w męstwo —

idzie dziwna godzina, wielkie czarnoksięstwo!

Odwagi! Nie codziennie rzecz się taka zdarza

stanie się, czemu przyszłość sceptyczna zaprzeczy;

lecz ty, heroldzie, człekiem zdasz mi się do rzeczy —

patrz bystro, zakonotuj — wpisz do raptularza447.

HEROLD

chwyta za laskę, którą Pluton w ręku trzyma

Widzę —: karły wiodą Pana

do wyognionej studni,

co płomieniami zalana

żywymi iskrami się ludni,

że zda się ognistym słupem! —

— a oto z nagła opada,

by jamą grobową przed trupem

i językiem podziemi zagada.

Aż oto wznosi się znowu

jak nurek z morskiego połowu —

wyrzuca perły, korale

— a Pan się raduje zabawą.

Przystanął pewnie, zuchwale

w tym pereł rzęsistym deszczu,

ciekącym na lewo, na prawo —

Cierpię i cały-m jest w dreszczu,

bo oto Pan się pochyla

— cóż za ciekawość niezgadła —

zagląda — bada — ach! — chwila —

broda w przepaście zapadła! —

Czyjeż to lica znajome —

— ręka zakrywa — przypomnę —

— żar brodę zżera jak słomę —

Nieszczęście! Nieszczęście ogromne! —

bo oto studnia wyrzuca

snop iskier z groźnej gardzieli,

jakby spod spodu dął w płuca

sam diabeł! — O, święci anieli —

wieniec zapłonął i piersi,

głowa — w płomieniach stanęła —

— lecą z szeregu co pierwsi,

lecz już ich pożoga objęła!

Żar huczy i po nich się kładzie,

zapadły piersi i głowy

i tak jak stali w gromadzie

w stos się zwichrzyli ogniowy!

Słyszę, o słyszę już wieści —

z ust do ust szeptane słowa —

o, nocy straszna! boleści!

o, straszna nocy ogniowa!

Słyszę naszepty — rozumiem

te słowa zgubione w skrach, w tłumie.

Groza mnie zmaga, w pierś wali,

krzyżowym żegnam się znakiem —

to cesarz! — to cesarz się pali!

to cesarz się pali z orszakiem!!

Przeklęci, którzy go skłonili

do tej przeklętej gry.

Oto się razem z nim spowili

w żywicznych ogni skry!

Młodości! o nie umiesz ty

uciechom stawić granic!

Wielkości, pytam, czyż i ty

rozsądku nie masz za nic?

Girlandy płoną — nawała

ogniem się wichrzy dokoła

już się zajęła powała,

już zamek ratunku woła —

— dym się po salach ściele —

— trzask bierwion — ognia słup —

— jakoż tu pomóc — ratować?

— sama cesarskość w popiele!

Noc jedna zdoła pochować

wielkość i młodość w grób.

PLUTON

Dość już strachów! Zmóc448 trza trwogę

Oddajmy się magii duchom!

Uderz laską o podłogę,

aż pawiment zagrzmi głucho!

O, przestrzeni bezgraniczna,

powiej mroźnym chłodem nocy,

przybądź rzeszo duchów liczna

na mój głos — ku ich pomocy!

Chmury, mgły, opady, rosy,

brzemienne deszczem niebiosy,

wichry, siępy, niepogody —

lejcie strugi zimnej wody!

Niech w tej siępie449, plucie450, tuczy

dom się płaszczem wód obłóczy!

Gaście pożar — tłumcie ognie —

miłujące, wodniejące duchy chmur!

Niech się żar ku ziemi dognie —

duchy słot, jesiennych pór!

Przepadnij, ogniu — drżyj nocy!

Magio! — Bądź mi ku pomocy!

WIRYDARZ ZAMKOWY

Faust, Mefistofeles, Cesarz, Marszałek, Hetman, Skarbnik, Kanclerz, Paziowie, Szambelanowie, Chorążowie, Błazen. Poranek słoneczny. Faust i Mefistofeles ubrani skromnie, obaj klęczą.

FAUST

Czyż nie był zbyt ogniowy ten żart mięsopustu?

CESARZ

Przeciwnie! Krotochwila była nam do gustu.

Nagle, patrzę, aż oto w wnętrzu wyognionem

czarciej czeluści jestem — jakoby Plutonem.

Podłoże całe z nocy i węgla — w płomieniu —

fontanna iskier wartkich wyrasta w podcieniu,

wznosi się, kłębi, burzy, wichr ją w górę żenie —

aż zawisła nade mną jak żywe sklepienie;

raz po raz skwarny podmuch wiązania rozedrze,

lecz wraz się zrasta przestrzeń podobna katedrze;

olbrzymie ścian kwadraty, słupy, kolumnady,

a poprzez fajerwerków płomienne pokłady,

ujrzałem ludów mnogość; wzrok ich nie przeliczy —

szli przede mną w postawie kornej, hołdowniczej;

tu i tam — dworzan zastęp z pochodem się wiąże,

a ja stoję w płomieniach — salamandrów451 książę!

MEFISTOFELES

Jesteś nim, panie! Oto wszystkie elementy452

uznają z poważaniem twój majestat święty;

ogień, co innych zżera — ciebie tknąć nie może;

gdybyś się, panie, rzucił w zbałwanione morze

w samą burzę, w sam zamęt, odmęty i wiry —

ścichłoby, jak pod czarem arionowej453 liry;

zaledwie byś dna dotknął swoją stopą władną —

a oto gniewne fale do stóp ci się kładną.

Bladozielone nurty w ogrodach korali

ustawiają się wkoło kryształowej sali;

kędy454 idziesz, o pierwsza morskich den osobo,

szklane pałace idą przed tobą, za tobą;

pałace, rojne krain podwodnych żywiołem,

otaczają cię kornym, zapatrzonym kołem,

lecz żadna z mątw i meduz, żaden z głowonogów,

nie odważy się śmiele przekroczyć twych progów.

Smoki o złotych łuskach błyszczą; lśnią rekiny;

a ty spoglądasz na nie pełen cichej drwiny —

a choć wzwyczajon jesteś do pokłonów dworu,

jako żywo — nie znałeś takiego splendoru;

bo nawet przerozkoszne nachodzą cię zwidy:

oto ciekawe, płoche płyną nereidy455

najpierw w ten wodny pałac, w tę lśniącą pagodę

mkną gibkie i lubieżne nereidki młode.

Starsze są rozważniejsze; lecz oto Tetyda456

sama ci chłodne piersi na łup żądzy wyda —

uzna w tobie drugiego władcę — Peleusa457

a stąd już, przyznaj, panie, na Olimp458 dać susa...

CESARZ

Ach! tego nie chcę! — brama powietrznych przestworzy

i tak się sama w porze sposobnej otworzy.

MEFISTOFELES

A ziemię, wasza mości, posiadasz już całą!

CESARZ

Jakież cię dobre bóstwo tu do nas przystało:

przywodzisz na myśl baśnie cnej Szecherezady459;

jeżeli równie płodne będą twoje rady

jak jej wschodnia fantazja — bądź pewien mej łaski;

zabawiaj mnie i wspieraj w złych chwilach niesnaski.

MARSZAŁEK

wchodzi z pośpiechem

Monarcho! Radości posłem

jestem — furda z niepokojem!

Lepszej wieści nie przyniosłem

nigdy w całym życiu mojem!

Zważ: rachunki popłacone,

weksle wszystkie umorzone —

już nas nie zniszczą procenty!

Czyż nie wesołe orędzie?

Będę już miał spokój święty —

no i jakoś przecie będzie!

HETMAN

śpiesznie

Jurgielt460 cały wypłacony,

żołnierz nabiera ochoty —

na sztandar zaprzysiężony

rwie się do krwawej roboty;

w armii dobry duch i radość;

wiechy461 pełne! — piją, wrzeszczą

no i dziewki mają zadość,

że się tak w pobrzęku pieszczą.

CESARZ

Wesoło patrzycie oczyma,

pierś wasza radością się wzdyma,

czyjaż zasługa w tej zmianie?

SKARBNIK

zjawił się

Sprawców zapytać racz, panie.

FAUST

Raport zdać — rzeczą kanclerza.

KANCLERZ

zbliża się powoli

Gdy mnie się raport ten powierza

powiem, iż szczęsne moje lata —

z radością zejdę z tego świata,

bo widzę udręk kres;

oto jest papier, w rzeczy mały,

lecz tenor462 treści — przewspaniały!

Lecz wejdźmy in medias res463

czyta

„Wiadomym czyni się w imię cesarskiej mości,

że papier ten tysiąca złotych ma w sobie wartości;

pokrycie nań, niejako zastaw, to bogaty

skarb skryty w łonie ziemi; nikt nie dozna straty;

zanim go wydobędzie poczęta robota —

papier ten jest jak złoto i ma wartość złota”.

CESARZ

W tym wszystkim fortel464 widzę szczwany465,

mój podpis — tu — jest sfałszowany!

tego nie mogę puścić płazem.

SKARBNIK

Przypomnieć sobie racz, cesarska mości,

że dzisiaj w nocy my z kanclerzem razem,

gdyś tonął jako Pan w szale radości —

rzekliśmy: „pociągnięcie pióra!! Panie — widzisz,

jednym podpisem lud swój uszczęśliwisz!”

I podpisałeś; — tejże samej nocy

przy sztukmistrzowskiej i sprytnej pomocy

podpis w tysiącach mnogich egzemplarzy

kazaliśmy odbijać; — niech się wszystkim darzy;

więc dziesiątki, dwudziestki, setki i tysiączki

pójdą od dziś aż miło, tak —: z rączki do rączki!

Spójrz, co za zmiana olbrzymia od razu:

miasto, co miało wygląd jakby w czasach dżumy,

podobne do pięknego, jasnego obrazu,

tłumy się przewalają, roześmiane tłumy!

Imię twoje, cesarzu, imię najłaskawsze,

w pamięci ludzkiej odtąd zostanie na zawsze;

niepotrzebne już książki, ślęczenia, nauki —

ta jedna karta uczy całej życia sztuki!

CESARZ

Poddani godzą się na te

papiery? biorą za złoto?

żołnierze przyjmują zapłatę?

Dziwią mnie taką ochotą!

Lecz jeśli tak — no to zgoda.

MARSZAŁEK

Jednym słowem — powiedzmy, panuje pogoda!

Zresztą nikt karteluszków nie dogoni przecie —

tak się szparko i zwinnie rozniosły po świecie.

Banki wszystkie otwarte — wymiana, wymiana!

złoto, srebro na papier od wczesnego rana!

Potem jatki, szyneczki, cukiernie, piekarnie,

chyba trzy ćwierci świata do jadła się garnie;

stroją się wszyscy; kupiec kraje, krawiec zszywa;

w piwniczkach przy szklanicach gwar, rozmowa żywa:

„Niech żyje cesarz!” — krzyczą — przypijają szczerze —

dymią misy, drżą szyby i dźwięczą talerze.

MEFISTOFELES

Wystarczy przejść samotnie tarasy zamkowe,

a już tam utrefioną spotkasz białogłowę;

jedno oczko piórami wachlarza zasłania,

drugim zerka wymownie — choć się niby wzbrania:

jeśli jeno obaczy bankową cedułę466,

już rzęskami trzepoce, słówka grucha czułe.

Na próżno się dowcipniś i mówca utrudza —

szeleszcząca wymowa snadniej miłość wzbudza.

Tyle o tym; — a dalej — na cóż wór, sepecik467?

duży pieniądz skryć można za mały gorsecik:

z westchnieniem się go przyjmie, z afektem radosnym,

zwłaszcza, jeśli go podasz w liściku miłosnym.

Banknotem i ksiądz lubi brewiarzyk468 założyć,

aby wiedział nazajutrz, gdzie go ma otworzyć;

żołnierz w mustrze swobodny, obrotny jest w ruchu,

bo już nie musi trzosa przytraczać na brzuchu.

Wybacz mi, wasza miłość — małe daję próby

wynalazku wielkiego — rządów twoich chluby.

FAUST

Bezmiar skarbów ukrytych w dzierżaw twoich łonie,

w bezużytku zaiste, w bezpamięci tonie.

Myśl najbystrzejsza bogactw przeliczyć nie może —

i fantazja upada w nazbyt górnym torze;

Lecz umysły, co w przyszłość jasną patrzą twarzą,

bezgranicza nieznane zaufaniem darzą.

MEFISTOFELES

Papier ten perły, złoto zastąpi, bo przecie

jest wygodniejszy; — wie się, ile jest w kalecie469;

nie trzeba kupczyć, mieniąc — nabyć można wino

łatwo zań — łatwo też się pokumać z dziewczyną —

wygody wszelkie! Kruszcu chcesz? na każdym kroku

kantory znajdziesz; zmienisz; tu czy tam — na oku.

Łańcuch, pierścionek, puchar, noś, bracie, pod młotek —

papier zamortyzujesz bez krzyku, bez plotek.

Ludność się do banknotów przyzwyczaja chętnie,

co więcej — przywiązuje mocno, bezpamiętnie.

Od dziś nie braknie w państwie twym wielkiego miru470,

złota, srebra, klejnotów, a zwłaszcza — papieru!

CESARZ

Za tyle dobra państwo dank471 szczery wam składa —

— wie ono dobrze, że was nagrodzić wypada.

Lecz przecież nie słowami słodkimi, ni groszem;

jednego i drugiego mianuję kustoszem472

skarbów podziemnych! — Czcigodni strażnicy,

świadomi wnętrza ziemi złotej tajemnicy,

rządźcie nią, zawiadujcie; na wasze rozkazy

będzie się podkopywać i rozsadzać głazy;

siły wasze potrafią w zespolonym wtórze

połączyć to, co w dole, z tym, co jest na górze.

SKARBNIK

Nie będziem swarzyć się — przy tobie stoję!

Upodobałem sobie czarnoksięstwo twoje.

Odchodzi z Faustem.

CESARZ

Teraz obdarzę wszystkich; lecz proszę, panowie,

niech mi każdy swój sposób zużycia opowie.

PAŹ

przyjmując banknoty

Ja pieniądze na radość i hulankę zmienię.

PAŹ DRUGI

Ja kochance kolczyki kupię i pierścienie.

SZAMBELAN

Ja vinum hungaricum473 kupię, pierwszej marki.

SZAMBELAN DRUGI

Ja kości będę rzucał przez cały dzień z czarki.

CHORĄŻY

z namysłem

Spłacę długi — oczyszczę zamek z nich i pola.

CHORĄŻY DRUGI

Ja w skarbczyku skarb zamknę; obol474 do obola.

CESARZ

Mniemałem, że porwiecie się do chwał, do czynów,

Lecz znam was nazbyt dobrze, wam nie trza wawrzynów;

nie zmieni was dostatek, nie popchnie do pracy —

byliście, zostaniecie sobą — lada jacy.

BŁAZEN

nadchodzi

I mnie pozwólcie pstrążka wyciągnąć z połowu.

CESARZ

Więc żyjesz? Chcesz pieniędzy? Przepijesz je znowu.

BŁAZEN

Te papierki? to żarty! Nie znam się nic na tem.

CESARZ

Wierzę! — Wszak byłeś jeno do kieliszka chwatem.

BŁAZEN

Znowu! Lecą jak liście! — Co robić? Pozbierać?

CESARZ

To twoje, wszak nie zechcesz groszem poniewierać.

Odchodzi.

BŁAZEN

Co? sto tysięcy złotych? Co — tyle pieniędzy?

MEFISTOFELES

Już zmartwychwstałaś, kufo475, ze śmierci i z nędzy?

BŁAZEN

Jeszczem się tak, na honor, nigdy nie ozłocił!

MEFISTOFELES

To z nadmiaru honoru pewnoś się tak spocił!

BŁAZEN

Spójrz no! — Czy to pieniądze naprawdę, mój panie?

MEFISTOFELES

Czego brzuch twój zapragnie, to za nie dostanie.

BŁAZEN

I mogę kupić bydło, dom, obejście, pola?

MEFISTOFELES

I to — i wszystko, czego zażąda twa wola.

BŁAZEN

Las, zamek, charty; rybki w stawie przezroczystym?

MEFISTOFELES

Widzę cię już, mopanku, dziedzicem siarczystym.

BŁAZEN

W swoim zamku — dziś jeszcze pan sobie podchmieli!

Odchodzi.

MEFISTOFELES

sam

Któż o dowcipie błazna wątpić się ośmieli!

MROCZNY KRUŻGANEK

Faust, Mefistofeles.

MEFISTOFELES

Po cóż mnie wiedziesz w te ciemnice?

tam sale oświetlone jasno —

na dziwy miejsca dość i tajemnice;

lecz tobie widać w ciżbie ciasno?

FAUST

Nie mów tak do mnie! ty, co szczwanie

czujesz się tam jak w swym żywiole!

twoje kluczenie, umykanie —

ma mnie, rozumiem, wywieść w pole.

Lecz teraz żądam twej pomocy —

mam rozkaz i za wszelką cenę,

muszę wywołać dzisiaj w nocy

Parysa476 i Helenę.

Tak żąda cesarz — nazbyt skory

obaczyć pięknych ciał prawzory.

A więc do dzieła! Słowo dane!

MEFISTOFELES

Szaleństwo twoje niesłychane!

FAUST

Pokpiłeś sprawę — to się zdarza!

Chciałeś się sztuczką gracko sprawić? —

obsułeś477 złotem wpierw cesarza —

bawże go teraz — chce się bawić.

MEFISTOFELES

Tym razem ty ponosisz winę —

tu się zbyt stroma droga zacznie;

w obcą zapuszczasz się dziedzinę,

przyobiecujesz nieopatrznie.

Sądzisz — Helenę wywołać tak łatwo,

jak stworzyć fikcję złota, te talony?

czarownicami, diablą skrzatów dziatwą

służę ci chętnie; strzygi, dziwożony478

na twe usługi; — lecz byłyby drwiny

diable kochanki brać za heroiny479.

FAUST

Och! już zaczynasz starą pieśń ograną!

Wieczna niepewność! — jakże mnie to nuży —

ojcem cię przeszkód najtrafniej nazwano,

za wszystko żądasz zapłaty zbyt dużej,

a w rezultacie pomruczysz trzy-po-trzy

i wyczarujesz nam zjawę przed oczy.

MEFISTOFELES

Antyczny pogan świat mnie nie obchodzi,

i do ich piekła mnie wejść się nie godzi;

lecz sposób jest —

FAUST

— mów, a prędzej, nuże!

MEFISTOFELES

Z przykrością zwierzam tajemnice duże.

W samotności królują wyniosłe boginie,

ni czasu, ni przestrzeni nie ma w ich krainie;

Bóstwa groźne — to MATKI!

FAUST

przerażony

— Matki?

MEFISTOFELES

Przerażenie?

FAUST

Matki! Matki! to słowo brzmi jak przypomnienie!

MEFISTOFELES

Nieznane to boginie śmiertelnym; my z trwogą

wspominamy je; widzisz — z sprawą do mnie srogą

przychodzisz —

FAUST

— droga do nich?

MEFISTOFELES

Dróg nie ma! W bezkresie,

w bezczasie; tam cię stopa ni skrzydło nie wzniesie,

nieubłagane bóstwa! — Więc? chcesz iść w zawrotność?

W bezprzestrzeni cię straszna owionie samotność;

czy ty wiesz, czym samotność jest? czy wiesz, co próżnia?

FAUST

Banialuki wyplatasz; pamięć ma wyróżnia

w twych słowach pogłos głuchy kuchni czarodziejskiej;

nazbyt to dawne czasy; później świat poznałem —

i dużo, dużo pustki, omamień i klęski;

gdym prawdę rzekł — sprzeciwów najwięcej doznałem;

wszystkom rzucił, zaszyłem się w samotną głuszę —

nie wytrwałem — aż diabłu zaprzedałem duszę.

MEFISTOFELES

Gdybyś przepłynął wzburzony ocean

i spojrzał w oczy bezbrzeżnym zaświatom,

jeszcze byś słyszał fal spienionych pean

w tym przerażeniu bladym przed zatratą;

jeszcze byś widział wśród szalonej jazdy

chybkie delfiny na ściszonej fali —

nad nimi chmury, słońce, księżyc, gwiazdy —

Lecz tam nie ujrzysz nic — w tej pustej dali,

w odwiecznej ciszy — zgłuchną twoje kroki,

zapadniesz w bezmiar niemy i głęboki.

FAUST

Mówisz jak stary kapłan z neofitą480.

Starego wróbla nie weźmiesz na plewy;

w pustkę mnie ślesz omgłami zapowitą,

abym swe siły skrzepił na nowe zasiewy;

chcesz, abym tobie z ognia wygarniał kasztany?!

A no, niech będzie! Zgłębię świat nieznany;

tak się przekonam, że twe nic, mój panie —

to ostateczne wszechświata poznanie.

MEFISTOFELES

Zanim odejdziesz — wszelkie rewerencje —:

znasz świetnie diabła i jego intencje!

Oto klucz —

FAUST

— po cóż? —

MEFISTOFELES

— przyda się w bezdróg zamieci.

FAUST

W ręku mym rośnie! — rozbłyska i świeci!

MEFISTOFELES

A — już poznałeś? tak! ten mały skrzatek

wyprowadzi cię z ziemi — tam — do wiecznych matek.

FAUST

z drżeniem

Matek —?! — z jakiego słowo to rzucasz wybrzeża?

słyszę je — w mojej piersi jako grom uderza!

MEFISTOFELES

Cudaczysz! — Słowo nowe tak ci nie dogadza?

Umysł twój w starczym jeno kieracie rad chadza;

— i ty tak mówisz? ty? coś tak ochoczy.

do zaglądania dziwom w tajemnicze oczy?

FAUST

Nie w tym zbawienie moje, co przeraża srogo —

wielką potęgą ducha ludzkiego zdumienie;

chociaż w życiu uczucia opłaca się drogo —

do granic niepoznanych zbliża nas wzruszenie.

MEFISTOFELES

A więc zapadnij! Mógłbym też rzec: wznieś się!

— to wszystko jedno! — niechaj cię twa wola

z istniejącego w bezistnienie niesie —

na jakieś dawno już przepadłe pola,

po których byt się w mgławicach przewala:

klucz dzierż wysoko — zatrzyma je z dala.

FAUST

w zachwycie

Tak! — promienieje zeń potęga żywa!

Do wielkich lotów duch się we mnie zrywa!

MEFISTOFELES

Tedy płonący trójnóg przekona cię o tem,

żeś jest w głębokiej, najgłębszej otchłani —

i ujrzysz MATKI pod jego migotem —

stoją — czy idą — w tej wieków przystani —

to mniejsza —! bo tam kształt czy bezkształt mglisty —

wieczystej myśli przebyt ma wieczysty.

Owiane stworzeń wszelakich zawieją —

nie dojrzą ciebie — żyjące ideą.

Teraz odwagi! — Idź wprost do trójnoga,

choćby za włosy trzymała cię trwoga —

dotknij go kluczem —

Faust wykonuje kluczem gest rozkazujący.

MEFISTOFELES

baczy na jego ruchy

O, tak, doskonale!

Jak magnes porwie trójnóg — i pójdzie za tobą;

a wtedy powrót — powrót w szczęściu, w wielkiej chwale!

Nim się MATKI spostrzegą — już własną osobą

staniesz pomiędzy nami i jeszcze tej nocy

wywołasz greckie zjawy przy czarów pomocy!

Ty pierwszy, co na takie ważyłeś się czyny

i tobie dzieła tego przypadną wawrzyny.

A potem — procedery, zaklęcia magiczne

wywołają z kadzideł dymu — bóstwa liczne.

FAUST

Lecz co teraz? —

MEFISTOFELES

— Dąż duchem do dna! do połowu!

Zapadnij się — dokonaj — i podnieś się znowu.

Faust uderza nogą w podłogę; zapada się.

MEFISTOFELES

Jakżeż mu ten klucz w drodze bezkresnej posłuży?

Ciekaw jestem, czy wróci z dalekiej podróży.

SALA RZĘSIŚCIE OŚWIETLONA

Mefistofeles, Cesarz, Szambelan, Marszałek, Blondynka, Brunetka, Dama, Paź. Dwór cały w poruszeniu.

SZAMBELAN

do Mefistofelesa

A więc scena z duchami! — Dość już z pogawędką,

cesarz się niecierpliwi, zaczynajcie prędko.

MARSZAŁEK

Rzekł cesarz „nie chcę po dwakroć powtarzać” —

na gniew monarszy radzę wam się nie narażać.

MEFISTOFELES

Czekam na zajętego magią towarzysza —

on wie najlepiej, jak tę całość złożyć,

lecz do prac wstępnych konieczna jest cisza;

cud niezwykły — więc pilnie trzeba się przyłożyć.

Kto chce wywołać zjawę tak wysokiej miary

musi znać wszystkie sztuki, zaklęcia i czary.

MARSZAŁEK

Aby było widziadło! — w tym jest rzeczy sedno,

a jak to już zrobicie — to mnie wszystko jedno.

BLONDYNKA

do Mefistofelesa

Słóweczko, miły panie! — widzisz, płeć mam świeżą —

lecz do czasu; — zaledwie słońce pocznie biegi

wiosenne — już mi lica pokrywają piegi —

jak mak przez całe lato ma twarzy mi leżą —

poradź — co robić?

MEFISTOFELES

Szkoda, piękna cera,

a w maju cętkowana jak pantera;

skrzek żabi trzeba dobrze wygotować,

ropuszy język dodać, pilnie destylować

w miesięcznym świetle, a wiosną na nowiu

natrzeć twarzyczkę mocno: — zachowa się w zdrowiu.

BRUNETKA

Tłum się tłoczy po rady — więc i ja przychodzę —

odmroziłam i odtąd ciągły ból mam w nodze;

trudno mi iść po schodach, tańczyć nieporęcznie,

nawet się skłonić dworsko nie potrafię zręcznie.

MEFISTOFELES

Pozwól się dotknąć twej nogi mej nodze.

BRUNETKA

Ach! to miłosne jest porozumienie...

MEFISTOFELES

Dotyk mej nogi, dziecię, ma większe znaczenie!

Similia przez similia trzeba zabezpieczyć481

nogę nogą — innymi inne części leczyć.

Więc baczność! — nadeptuję!

BRUNETKA

krzyczy

O, la Boga!

Boli! piecze! — ależ to twarda waści noga

jak kopyto!

MEFISTOFELES

Lecz panna już zdrowa i może

tańczyć i w ruch pod stołem puścić nóżki hoże.

DAMA

przeciska się

Przepuśćcie —; strasznie cierpię! tak biegnę do pana —

tu w sercu moim — tutaj — krwawa płonie rana —

jeszcze wczoraj w me oczy patrzał, tęsknie nucił —

dziś — z nią gada — plecami do mnie się odwrócił.

MEFISTOFELES

oburzony

Trudniejsza sprawa; lecz poradzim przecie;

oto jest węgiel — bacz, kędy się snuje,

zbliż się do niego — i węglem na grzbiecietm

— zresztą, gdzie trafi — zrób krechę; — poczuje

w sercu natychmiast żal; — węgiel zjeść trzeba

nie zapijać go wodą, nie zagryzać chleba —

— a jeszcze dziś wieczorem pod twoimi drzwiami

będzie wzdychał do ciebie, zalewał się łzami.

DAMA

Ale to nie trucizna?

MEFISTOFELES

oburzony

Do diaska! — z respektem!

do węgla, do takiego węgla odnoś się z afektem;

ze stosu wzięty jest — wprost z miejsca kaźni —

zaraz po egzekucji bracia wykradli go raźni.

PAŹ

Ach! zakochany jestem — niespełna rozumu!

MEFISTOFELES

cicho

Doprawdy nie wiem kogo słuchać; tyle tłumu —

do Pazia

Niech asan482 stłumi zapał do swego podlotka —

u leciwszej się asan z zrozumieniem spotka.

gromadnie nacierają

Jeszcze? — dość tego! — skąd się bierze tyle gości

— zacznę im prawdę kropić w tej ostateczności!

O, MATKI —! puśćcie Fausta!

spozierając dokoła

Sala już w pomroczy —

cały dwór wystrojony posuwiście kroczy;

już cesarz idzie — za nim szumni dygnitarze —

przez galerie, podcienia, hale, korytarze —

ledwo że się pomieszczą w komnacie rycerskiej.

Tu wieszają makaty — ówdzie dywan perski;

po kątach, w mrocznych wnękach rozwieszają zbroje —

doprawdy — gdybym mógł rzec — rzekłbym, że się boję,

iż nie trzeba już zaklęć! — W tak czarowną ramę

bez czarnoksięskich wołań duchy przyjdą same.

SALA RYCERSKA

Faust, Mefistofeles, Cesarz, Herold, Astrolog, Architekt, Dworki, Rycerze, Szambelan, Młódka, Starsza Dworka, Najstarsza Dworka, Skromnisia, Dyplomata, Dworzanie, Poeta, Paź, Uczony, Zjawy: Parys, Helena.

światło przyćmione; właśnie wszedł Cesarz, za nim dworzanie.

HEROLD

Frasuję483 się dziś setnie484; — urząd wodzireja,

zapowiadacza zabaw, trapi mnie dziś srodze —

zrozumieć, co się dzieje? — ach próżna nadzieja!

Jakieś tajemne moce stanęły na drodze.

Już przyładzono stołki, fotele i zydle485,

już cesarz zajął miejsce w sali prawym skrzydle —

naprzeciw rozwieszono nadobne arrasy,

by się mógł myślą przenieść w przeszłość, w złote czasy.

Siedzą wszyscy; — czekają; dwór łaknie zabawy;

drążkowi486 już zajęli pod ścianami ławy,

kochaneczka, ta, owa, trwożliwie spoziera

i ze strachu przed duchem w kochanka się wpiera.

A więc wszystko w porządku; cichnie pomruk głuchy;

czekamy! — Na audiencję proszę! — Wejdźcie duchy!

Hejnały.

ASTROLOG

Przed królem jegomością teatrum się pocznie!

Na rozkaz pana, wołam, rozstąpcie się ściany!

stropie, zbądź487 swej ciężkości — zbłękitniej obłocznie —

niech się ziści czar magii w chwili powołanej.

Dywany jak kurtyna wznoszą się do góry;

jak w obrotowej scenie — odwracają mury;

czyliż to teatr rośnie w rozkwicie zwodniczym

i oświetla nas blado blaskiem tajemniczym?

Wychodzę na proscenium488.

MEFISTOFELES

z budki suflera w pólpostaci

Tutaj będzie mi dobrze; ujrzę to i owo —

zresztą podpowiadanie jest diabła wymową.

do Astrologa

Ty zaś, co w wiecznych gwiazdach czytać umiesz ładnie —

zrozumiesz me suflerstwo — ach! — arcydokładnie.

ASTROLOG

Oto w zwartej harmonii, w surowej powadze

wstaje stara świątynia przez czarnoksięstw władzę;

jak ramiona Atlasa489 w prostocie rozumnej

dach dźwigają szeregiem wzniesione kolumny;

dwie z nich zdołają wesprzeć budowę potężną,

a razem mogą dźwignąć górę niebosiężną.

ARCHITEKT

Więc to jest styl antyczny? Złudzenie wszechwładne!

to obmierzłe prostactwo, mówią, ma być ładne,

szlachetne, nieporadne wprawdzie, ale wielkie!

Nie wierzcie! głupstwem istnym są greczyzny wszelkie!

Jeno kolumny smukłe, zgubione w bezmiarze

sklepienia, ostre łuki, stubarwne witraże —

oto budowa szczytna, co podnosi ducha.

ASTROLOG

Kroków idących godzin niech każdy wysłucha;

rozsądek zmiotą łacno czarodziejskie pieśni,

a wtedy wyobraźnia ułudę swą prześni;

rozszerzcie oczy wasze łakome — na czary —

jeno, co niemożliwe, godne naszej wiary.

Faust zjawia się po drugiej stronie proscenium.

ASTROLOG

W kapłańskiej zbliża się szacie,

dębowy wian ma na głowie —

oto za chwilę poznacie

zaklętą moc w jego słowie.

Trójnóg się dźwiga z otchłani,

wonne kadzidła przewiały;

szlachetni w sali zebrani,

misteria będą się działy.

FAUST

z patosem

W imieniu waszym, MATKI, które królujecie

w samotności i pustki bezgranicznym świecie,

w aureoli ruchomej życia, co w przeszłości

zapadłe — żyje z wami w harmonii wieczności —

stoję tu na tym miejscu, świadom waszej mocy,

co przędzie dniom namioty, a sklepienia nocy.

Jedne siły się w życia wplatają chorały,

inne zaklina wolą cudotwórca śmiały

i z ufną rozrzutnością pomiędzy swym ludem

sieje, tęsknoty ziszcza i zadziwia cudem.

ASTROLOG

Oto żarzącym kluczem dotknął złotej czary,

wraz490 się gęste wysnuły po sali opary;

mgły senne, przyczajone jak pod wiatrem chmury

zbijają się i razem wzlatują do góry.

Patrzcie! Cudowna chwilo! Powietrze przenika

Stłumiona i rozwiana przeciągła muzyka!

Łączą się dźwięki szklane w tajemne bógwieco,

a czego drżeniem dotkną, melodią podniecą —

wszystko gra — i tryglify491 dzwonią, i kolumny —

i idzie śpiew do głowy jak zboże tak szumny.

Świątynia śpiewa! — Cicho! Oto mgła opada,

z rytmu melodii postać wynurza się blada —

— Efeb idzie — już milczę — znacie kształtu zarys —

Któż go nie zna, kto nie zna — to on! — piękny Parys!

Wyłania się zjawa Parysa.

DWORKA I

Cóż za widzenie cudne! Młodości kwiecista!

DWORKA II

Jako brzoskwinia wonna, świeża i soczysta!

DWORKA III

Patrz, jak słodko nabrzmiałe, jak wymowne wargi!

DWORKA IV

Ach, zwierzyć im sam na sam z bliska serca skargi.

DWORKA V

Owszem wcale492 przystojny — za mało smukłości.

DWORKA VI

Zbywa mu na ogładzie, no i na zgrabności.

RYCERZ I

Pastuch, zgoła bez manier, bez gustu, bez wzięcia —

taki książę? — Dziękuję za takiego księcia!

RYCERZ II

Ba, półnagi — więc wabi, panie niepokoi,

lecz chciałbym go obaczyć od stóp do głów w zbroi.

DWORKA

Siada! Popatrzcie, siada z wdziękiem i swobodnie.

RYCERZ

Aśćce493 tam na kolanach byłoby wygodnie?!

INNA DWORKA

Jak wdzięcznie zgrabną głowę na ramieniu wspiera!

SZAMBELAN

Gest ten zdradza prostaka, lecz nie kawalera.

DWORKA

Was, panów, wszystko mierzi494 i wszystko przeraża.

SZAMBELAN

Któż bo widział tak siedzieć tu wobec cesarza.

DWORKA

Przecież on nas nie widzi, on ma taką rolę.

SZAMBELAN

U nas nawet w teatrze karcimy swawolę.

DWORKA

Bohater nasz zasypia; to senność mistyczna.

SZAMBELAN

Chrapnie zaraz — przecież to gra realistyczna.

MŁÓDKA

zachwycona

Ach! zawoniało, kwieciście, radośnie —

cóż za woń cudna! Serce w piersiach rośnie.

STARSZA DWORKA

Ach! rzeczywiście — ten zapach! To tchnienie!

Ach! wzruszające — to — on...

NAJSTARSZA DWORKA

... To ciała kwitnienie;

to młodość pachnie; — to członeczki świeże

tchną wonią tak uroczą w całej atmosferze.

Wyłania stę zjawa Heleny.

MEFISTOFELES

Ach, więc to ona! — Słusznie ją nazwano łanią;

kaducznie495 ładna — ale — nie mam gustu na nią.

ASTROLOG

Zamilknąć muszę! Na honor! Cóż w świecie

piękniejszego być może jak czar w tej kobiecie

kwitnący! — tak! — Helena to piękno, Helena to życie;

cudność tych lic i kształtów boskich opiewano

przez wieki! — Kto ją ujrzy, ten tonie w zachwycie

najszczęśliwszy, kto może zwać ją ukochaną.

FAUST

O, ziemskie oczy moje! Wam w dziale496 przypadło

patrzeć na to niebiańskie, czcigodne widziadło!

O, jakże świat był pusty, o, jakże zamarły

dopóki lęk i trwoga tych drzwi nie otwarły!

Oto teraz świat widzę jutrzniany, niebiański,

gdym na ziemię powrócił w tej szacie kapłańskiej.

Przez tę chwilę spojrzenia utonąłem w niebie —

nie odejdę już nigdy — Faust nie zdradzi ciebie.

Pomnę — w zwierciadle czarów zamglone widzenia —

one, a rzeczywistość! To był ach! cień cienia.

Pani piękna! Potęgę budzisz we mnie, męstwo —

tyś jest miłość! — tyś płomień, modlitwa, szaleństwo!

Moją jesteś i będziesz po sercu i woli.

MEFISTOFELES

z budki suflera

Upamiętaj się, Fauście! — Tego nie ma w roli.

DWORKA LECIWA

Rosła i bardzo kształtna, lecz głowa za mała.

DWORKA MŁODSZA

A stopa nazbyt duża, czy pani widziała?

DYPLOMATA

Zna się różne księżniczki na moim urzędzie,

lecz ona może z nimi w jednym stanąć rzędzie.

DWORZANIN

Zbliża się do śpiącego cicho i pochopnie.

DWORKA

W porównaniu z młodzieńcem brzydka jest okropnie.

POETA

Od jej piękności płonie mu na twarzy łuna.

DWORKA

Widziałam taki obraz: Endymion497 i Luna.

POETA

I ja widziałem. — Zda się, światłem go spowija —

pochyla się nad śpiącym; dech warg jego spija!

Pocałunek! — Ach, słodycz, nieznana, niebiańska!

SKROMNISIA

Tak na oczach nas wszystkich! To miłość pohańska!

FAUST

Ona go kocha! Gorze!

MEFISTOFELES

Cóż ci to przeszkadza,

niech sobie cienie robią to, co im dogadza.

DWORZANIN

Odchodzi! W każdym ruchu ściszona i śpiewna.

DWORKA

Obejrzała się jeszcze — byłam tego pewna!

DWORZANIN

Zbudził się; — snem cudownym zda mu się widzenie.

DWORKA

Dla niej to rzeczywistość — dla niego zdumienie.

DWORZANIN

Znowu idzie ku niemu z gracją i miłością.

DWORKA

Rozumiem! — Chce go uczyć; — pleść będzie ambaje498;

w tych wypadkach mężczyźni nie grzeszą mądrością,

każdy myśli, że pierwszy, każdemu się zdaje.

RYCERZ

Majestatyczna! Hołdy trza oddać powinne499.

DWORKA

Fe! kochanica! — To są obyczaje gminne!

PAŹ

Chętnie bym się z Parysem w tej chwili zamienił.

DWORZANIN

W słodkim niewodzie500 każdy by się szczęsnym mienił501.

DWORKA

Z rąk do rąk już przechodził ten klejnocik miły,

latka płoche502 czerwieniec503 mocno nadszczerbily.

DWORKA DRUGA

Dziesięć latek miała

do chłopca się rwała —

RYCERZ

Każdy się w swoim czasie swą cząstką radował,

ja bym się chętnie piękną resztą kontentował504.

UCZONY

Widzę ją najdokładniej —; niemniej sprawa mglista,

przyznam się — wątpię — czy jest rzeczywista;

teraźniejszość doraźna nie ma perspektywy,

jedynie sens pisanej historii jest żywy;

lecz tu się dokopuję niejakiej ostoi —

napisano: „zwodziła wszystkich starców Troi” —

Świetnie się zgadza! Zważcie, wszak nie jestem młody,

a czuję, jak mnie ciągnie, pcha do jej urody.

ASTROLOG

Oto się młodzian nagłe zmienił w bohatera —

patrzcie, jak miłość siłą i męstwem w nim wzbiera!

objął ją — tak bezbronną i miękką — on śmiały!

Unosi ją! Porywa!

FAUST

Stój! głupcze zuchwały!

Jak śmiesz! Poczynasz sobie nazbyt śmiele!

MEFISTOFELES

Przecież sam reżyserem jesteś w swoim dziele!

ASTROLOG

Już jedno tylko słowo! — Patrząc na te sceny,

nazwałbym widowisko: Porwaniem Heleny.

FAUST

Porwanie — ?! — Jestem tu i stoję,

klucz zloty w moim ręku!

Szedłem przez grozę, niepokoje,

w wiecznych, bezmiernych sfer pojęku;

stanąłem tu, gdzie rzeczywistość,

gdzie duch się może z duchem wadzić

i zdobyć wielką serc dwoistość!

Czyż na to miałbym ją sprowadzić

z olbrzymiej dali, ze stuleci,

by w czarów stracić ją obłędzie?!

Raz jeszcze władczy klucz zaświeci —

po dwakroć moją będzie!

O, MATKI —! Wy mój krzyk słyszycie,

wołaniem moim drży przestworze!

Kto u jej stóp raz złożył życie,

już jej utracić nie może!

ASTROLOG

Fauście! Co czynisz — Fauście! — Ku niej zmierza

przypada — chwyta — ona niknie w ręku!

A!! — na młodzieńca kluczem się zamierza —

dotknął go!! Biada!! — krzyk!... ginie w pojęku...

Wybuch; Faust pada.

Duchy znikają.

MEFISTOFELES

unosi Fausta

Ot, macie! — Gdy się diabeł z dudkami505 kamraci506,

i dudków nie pokrzepi, i sam przy nich straci.

Zamieszanie; mrok.

AKT DRUGI

PRACOWNIA FAUSTA

Mefistofeles, Famulus Nikodem, Bakalaureus, Chór robactwa. Ostro sklepiona, wąska komnata gotycka, bez zmiany, tak, jak ją znamy z części pierwszej.

MEFISTOFELES

wychodzi spoza kotary, w rozsunięciu jej widać Fausta leżącego na staroświeckim łożu

Więc leżże sobie, sowizdrzale507!

twa miłość jednak diablo śliska —

kto dla Heleny żyje w szale,

rozumu prędko nie odzyska.

penetruje po komnacie

Pokoik sobie ostał cały,

jakoś się bronił lat naporom,

coś jeno szyby zmatowiały

i pajęczyny w kątach sporo

i inkaust508 wysechł; — pyłu chmurą

pokrył się papier; — dziwny fakt,

bo nawet leży tutaj pióro,

którym Faust z diabłem spisał pakt.

Ba! jeszcze wilgne509 — ślady świeże

tej kropli krwi, co z żył wytoczył —

mieć taki sprzęcik! bardzo wierzę —

zbieracz by pod powałę skoczył.

Patrzcie, i futro zwisa z haka,

w którym, folgując mej swawoli,

wtajemniczałem w cech chłopaka;

do dziś się pewnie tym mozoli.

Chętka mnie bierze — cóż! mam czas —

w tym futrze sobie tu posiedzieć

i być docentem jeszcze raz

i jak to docent — wszystko wiedzieć;

uczony wszystko wie, rozumie,

— diabeł od dawna wątpić umie.

Zdejmuje futro; potrząsa nim, wzlatują chmary moli, chrząszczy i wszelakiego robactwa.

CHÓR ROBACTWA

Dzień dobry, tatuńciu,

jakże się nam masz?

latamy, brzęczymy,

zaglądamy w twarz.

Po jednemu skrzętnie

przynosił nas pan,

a teraz w tysiące

zawodzimy tan.

Zgryz w sercu uparty

trzyma się swych leż —

o, łatwiej wyiskać

pchłę z futra lub wesz.

MEFISTOFELES

To niespodzianka! Jak mnie radujecie!

Kto wiosną sieje, ten nażniwa w lecie.

Potrząsnę jeszcze — może mól wyleci —

O, jest! tu — jeden! tam drugi i trzeci!

Wzlatujcie! Wkoło! Niechże się mi roją —

Spieszcie się! lećcie! wkoło! w wszystkie strony!

Tam, gdzie te puzdra, sepeciki stoją,

tam, gdzie pergamin leży okopcony —

na poły w księgi i w tygle na poły

i w trupiej czaszki wlećcie oczodoły.

Tu raj wasz w pleśni; — gdzie pył i próchnienie,

rozrodzicie się dziatki — nieskończenie!

zarzuca na siebie futro

Okryjże, okryj barki panu swemu —

widzisz, mam pociąg dziś do panowania,

lecz nic nie znaczy rzec sobie samemu —

ludzi potrzeba, potrzeba uznania.

pociąga za dzwonek. Rozlega się giełczący, przeraźliwy dźwięk, drżą ściany, rozwierają się gwałtownie drzwi.

FAMULUS510

kroczy chwiejnie długim, ciemnym korytarzem

Cóż za dźwięki?! Cóż za drżenie!

mury jęczą, schody trzeszczą,

poprzez szklane szyb dzwonienie

błyski trupie się złowieszczą.

Tynk odpada, sypią ściany,

cienie się po kątach czają,

mocą siły niesłychanej

drzwi się same otwierają!

A tam? Zgroza! Tam w komnacie

straszna postać niewołana

we Faustowej stoi szacie!

Strach! Okropność! Drżą kolana —

Kędyż uciec? Groza wszędzie —

stać? czy iść? ach! — co to będzie!

MEFISTOFELES

Wejdź, przyjacielu! Zwiesz się Nikodemus?

FAMULUS

Wielmożny panie — tak zwę się!... Oremus511...

MEFISTOFELES

Ach! nie! Dajmy spokój —

FAMULUS

— pan mnie zna? to miło!

MEFISTOFELES

Znam; na studentowaniu czas się przetrawiło,

studentowanie wieczne! — a no — siwiejemy —

wszyscy się wciąż uczymy — w końcu nic nie wiemy,

czyż nie? Mędrzec buduje z kart wysoki domek —

całego nie zbuduje, a ino512 ułomek513,

choćby był i geniuszem; lecz wasz mistrz to szczera

wielkość, któż by też nie znał doktora Wagnera!

To dziś największa gwiazda w wiedzy firmamencie514,

on naukę pomnaża, on kształci pojęcie;

do jego się katedry pożądliwą zgrają

wszyscy, co wszystko wiedzieć chcą, hurmą zjeżdżają.

A on jako Piotr drugi dzwoni pękiem kluczy —

ziemię i samo niebo otwierać was uczy.

To nadzwyczajny człowiek! unosi, porywa —

Faust — w stosunku do niego — ani się umywa;

przeto też sławy Wagner i rozgłosu dożył,

on, który wszystko odkrył — powiem więcej: stworzył!

FAMULUS

Wybacz, wielmożny panie, lecz muszę sprostować,

nie zaprzeczyć — sprostować! — że te enuncjacje515

nie we wszystkim dokładną wykazują rację.

Mistrz Wagner umiał wiary, skromności dochować,

naprawdę umiał. — A Faust? — nie wiem, czemu

przypisać to zniknięcie — to rzecz niesłychana!

Mistrz Wagner czeka. — Oto wszystko po staremu

na swym miejscu zostało, czeka swego pana.

Mistrz Wagner Fausta kocha, czeka jak zbawienia.

A ja? — ja nigdy bym się, nigdy nie odważył

wejść tutaj, gdyby fakt ten dziwny się nie zdarzył —

owo trzęsienie ziemi — oddaj ducha Bogu!

nigdy bym się nie ważył był przekroczyć progu —

i pan by też tu nie wszedł —

MEFISTOFELES

— gdzież on teraz będzie?

Prowadź mnie do Wagnera, lub niech tu przybędzie.

FAMULUS

Ach! zakaz jego zbyt surowy —

ja, panie, ja się nie ośmielę;

zanurzył się powyżej głowy

w swym wymarzonym, wielkim dziele.

A, że mnie, panie, nie obwiniasz

— powiem — iż żyje w samotności,

brudny i czarny jak kominiarz

i żadnych nie przyjmuje gości;

on, delikatny jak panienka —

umorusany, wciąż w pośpiechu,

a owęglona jego ręka

wciąż przy ognisku, wciąż przy miechu.

Nos, uszy brudne, skrwione oczy,

wyniku zżera go tęsknota —

i tak ku sławie w dymie kroczy,

w poskrzypie kleszczy, w stuku młota.

MEFISTOFELES

Mnie wstępu nie zabroni, wie, że go pocieszę

i rezultat szczęśliwy jego prac przyśpieszę.

Famulus odchodzi.

MEFISTOFELES

siada z powagą w fotelu

Chętnie bym użył ciszy tej komnaty,

a już tam za mną ktoś, gdzieś czegoś szuka.

Ach! on! — poznaję — ów uczeń sprzed laty!

Ten bo nagada! — weredyczna516 sztuka.

BAKALAUREUS

wpada z korytarza jak wicher

Tu drzwi, tam bramy rozwarte,

więc wreszcie błyska nadzieja,

że te pleśni będą starte,

że jakaś nagła zawieja

przez piwniczne ciemnie świśnie

i w sto diabłów śmieciem ciśnie

i żywego żywym wróci

i rozwali to ukrycie,

w którym człek się trupio smuci

i zmiera — chory na życie!

Te mury, ściany spleśniałe

już się chylą do upadku;

w ucieczce znachodź dziś chwałę,

bo cię gruz zasypie, bratku.

Mnie z odwagi każdy chwali,

lecz kroku nie pójdę dalej.

Znam skądś wnętrze tej komnaty —

ach — to tutaj — młodzian skromny

przyszedłem kiedyś przed laty,

ze strachu ledwie przytomny,

gdzie ten starzec, szelma szczwana,

wtajemniczał mnie w wiedzy arkana.

Coś tam z książek połapali,

trochę szklili, trochę zgadli,

no i tak jak z nut kłamali —

sobie i mnie życie kradli;

ale mnie nie okłamali!

Patrzcie, ktoś się jeszcze biedzi,

a! pan majster jeszcze siedzi?

Zbliżam się i ku zdumieniu

widzę, jakby widmo ducha —

tak jak wtedy, w pleśni, w cieniu —

i jeszcze nie zdjął kożucha.

Wtedy — to nie była sztuka

bałamucić mnie młodego —

dziś wiatru w polu poszuka!

tuś, bratku! — Natrę na niego!

Staruszku! jeśliś żyw jeszcze

w tym ostrołukowym sklepie517,

jeśli życia czujesz dreszcze

w twym zakurzonym czerepie —

spójrz! — oto uczeń twój stoi,

słuchacz narracji godzinnej —

tyś ten sam, w tej samej zbroi,

alem ja już jest kto inny.

MEFISTOFELES

Witam, z radością witam — przeszłość w myślach wstaje,

ów dzień, kiedym wyczytał przyszłość z twojej twarzy;

z gąsienicy, kto się zna na tym, rozpoznaje,

w jakiej się motyl barwie wiosną wypoczwarzy.

Lubowałeś się włosów trefionych urodą,

koronkowym kołnierzem, obcisłym kubraczkiem,

lecz warkoczy nie lubisz — co? — i szwedzką modą

włosy przycinasz krótko — a! nie jesteś żaczkiem —

rezolutnie wyglądasz, snadź siłą górujesz

wśród uczniów — no i rzadko też w domu nocujesz?

BAKALAUREUS

Hola, staruszku! — Wprawdzie miejsce to jest dawne,

ale się czasy, panie, zmieniły dokładnie —

dwuznaczników zaniechaj, już nie są zabawne,

i żart twój mnie do smaku wcale nie przypadnie.

Młodzianka wierzącego zbijać jak się patrzy

z pantałyku — to łatwo, lecz dziś jest inaczej!

MEFISTOFELES

Wartoć tu prawdę mówić! — myślą żółtodzióby —

ot, stary, więc wyplata swe smalone duby;

sprawdzili518 się nauka — z skwapliwą ochotą

wołasz: jam wszystko odkrył! a mistrz był idiotą!

BAKALAUREUS

A może szelmą tylko?! — Bo któryż uczony

zechce uczniom po prostu dać swej wiedzy plony?

Każdy z was część ukryje, fragmencik oświeci,

tu z smutkiem, tam wesoło, jak zwykle — dla dzieci!

MEFISTOFELES

Nauka, wiedza, mądrość dużo czasu zjada,

przeto do nauczania rwie się kpów gromada,

a waść, widać, ze zmianą swojego odzienia

nabrałeś życiowego sporo doświadczenia.

BAKALAUREUS

Doświadczenie to słowo, co się raz-dwa spali,

mrzonka niegodna ducha, głupota uparta,

wszakże to wszystko, cośmy z wiedzy pochwytali,

to zakłamana pustka, nicość — diabła warta.

MEFISTOFELES

milczy chwilę

Tak i mnie się zdawało! Głupcem zawsze byłem,

lecz dopiero w tej chwili nicość swą odkryłem.

BAKALAUREUS

Bogu dzięki!! — Ta pewność może cię uleczy!

pierwszego starca widzę, co mówi do rzeczy.

MEFISTOFELES

Więc wszelkie me dążenie i wyprawa śmiała

po złote runo wiedzy to były igraszki?!

BAKALAUREUS

O tak! sam mi to przyznasz, że twa łysa pała

tyle warta, co te tam w kątach trupie czaszki.

MEFISTOFELES

dobrodusznie

Nie zdajesz sobie sprawy, żeś jest ordynarny.

BAKALAUREUS

Kto w słowach jest wytworny — kłamliwy i marny.

MEFISTOFELES

posuwa się u fotelu coraz bliżej rampy — do publiczności

Ten by mnie wnet ze skóry obłuskał co żywo,

lecz, mniemam, u was znajdę gościnność prawdziwą.

BAKALAUREUS

To niedorzeczność pusta, ciągle pisać w rejestr,

co kiedyś czymś tam było, lecz dziś niczym nie jest.

Życie jest w krwi czerwonej, płomiennej i świeżej,

a gdzież ta krew pulsuje? — tylko u młodzieży!

Młodość jeno zapałem tworzy to, co zdrowe,

I z życia życie woła wysokie i nowe;

tu jeno nurt przepływa dziarski i potężny —

mocny zawsze zwycięży, ginie niedołężny.

Podczas gdy my walczymy, cóż, starcy, robicie?

drzemiecie, rozważacie plany, plany śnicie,

z których nic się nie ziści; cóż cień zrodzi? — cienie!

Doprawdy starość, mróz-to, febra i źględzenie.

Kto trzydziestki już dożył i kto ją przekroczył —

po łbie tłuc go należy, by się prędzej stoczył.

MEFISTOFELES

Lepiej mówić sam diabeł nie może, nie zdole519.

BAKALAUREUS

Nie ma diabła! — Ja na to nigdy nie pozwolę!

MEFISTOFELES

cicho

Kochaneczku — już on ci kopytko podstawi.

BAKALAUREUS

Jedna młodość świat ten zbawi!

Nie było świata — jam go stworzył,

jam słońcu morskie drzwi otworzył

i dla mnie księżyc począł świecić,

dla mnie się rodzi noc i dzień —

ziemia się dla mnie pragnie kwiecić,

dla mnie jest światłość, dla mnie cień!

I na mój rozkaz z nocnych mroków

gwiazdy na niebie się ziskrzyły —

i jam cię, człeku, wydarł z oków,

jam ciebie natchnął, skrzepił w siły.

Wolność jest we mnie, w moim duchu —

i sam oświecam żwawy krok,

który mnie wiedzie w życiu, w ruchu —

świt mam przed sobą! — Za mną mrok!

wychodzi

MEFISTOFELES

Samochwale! Pyszałku! Leć w szale pustoty!

Jakżebyś, bratku, zsmętnial, gdybym rzekł najprościej:

że nie zmylisz mądrości takiej ni głupoty,

której już nie wymyślił ktoś w dawnej przeszłości;

więc ni zasługą to, ni winą.

Zresztą — czy krócej trwać, czy dłużej,

jakoś się przecie sczyści wino

niech jeno moszcz520 się w beczce burzy.

do publiczności, która nie klaszcze

Cóż? — Młodzi, widzę, jakoś słowy mymi gardzą?

a no — wyrozumiałym trzeba być na święcie;

zważcie, że diabeł jest już stary bardzo —

więc i wy się starzejcie — wtedy go pojmiecie.

LABORATORIUM ALCHEMICZNE

Mefistofeles, Wagner, Homunkulus. Komnata na modłę średniowieczną, pełna cudacznych, nieporadnych przyrządów.

WAGNER

przy ognisku

Dzwon kędyś bije, dzwon w ciemności,

sczerniałe mury drżą strwożone;

żyję w okropnej niepewności,

czekaniem spalam się i płonę;

lecz mroki, zda się, jasność płoszą —

w głębi naczynia — zarys biały —

Ściany się żarzą — o, rozkoszy! —

Wnętrze jak brylant skrzy wspaniały!

Ciemność błyskaniem wypłoszona!

Światło w tęczowym błyska zwidzie!

Zbliża się chwila wytęskniona!

Boże! — Drzwi skrzypią! — ktoś tu idzie —

MEFISTOFELES

wchodzi

To ja! Dzień dobry! Przyjaciel życzliwy.

WAGNER

trwożliwie

Witaj! Obyś tu przyszedł w godzinie szczęśliwej.

cicho

Na Boga! milcz! i oddech wstrzymaj, panie!

za chwilę coś wielkiego się tu stanie!

MEFISTOFELES

ciszej

No, cóż takiego?

WAGNER

jeszcze ciszej

Robię człowieka.

MEFISTOFELES

Człowieka? Z kim? ach, pewnie parkę miłą

zwabiłeś do tej nory — nie dojrzę z daleka.

WAGNER

Broń Boże! Przestarzałość! To się tak robiło!

Od dziś sposób płodzenia odmieni się cale521;

za chwilę sam obaczysz, że ja się nie chwalę.

Te miejsca delikatne, z których życie tryska,

owa przymilna siła, która z wnętrza parła,

pożądanie, chęć owa, tak nam ongi bliska,

owo branie, dawanie — to przeszłość zamarła!

Ostawmy ją zwierzętom!! Lecz człowiek przyszłości,

wielki — nie może powstać z cielesnej miłości.

ku ognisku zwrócony

Błyska! Spójrz, panie! Ach, jak to pociesza —

Ta pewność! Gdy się sto materii zmiesza,

— bo wszystko na mieszaniu, wiedz, polega —

gdy się ludzką materię sprawnie skomponuje,

zagotuje, zalutuje, wreszcie zesterylizuje —

dzieło jest już zrobione, jak waść tu dostrzega.

znowuż ku ognisku zwrócony

Staje się! — Spójrz — już wnętrze rozjaśnione!

Masa się rusza, a z tym przeświadczenie,

że wszelkie tajemnice, wszelkie mroki, cienie,

którymi się przyroda okrywa ostrożna,

rozumem spenetrować i dochodzić można —

co ona zorganizowała,

to wiedza skrystalizowała.

MEFISTOFELES

Kto długo żyje, ten doświadcza wiele,

dziw go nie zaciekawi, ani nowość złudzi;

w moim wędrownym — tym się param — dziele,

widziałem skrystalizowanych ludzi.

WAGNER

wpatruje się z uwagą w retortę

Powstaje, potężnieje!! Błyska urokiem zórz,

ach! jeszcze chwila — chwilka mała, a powiem: już!

Niejeden pomysł zda się szaleństwem z początku.

Przypadek? Zbyjmy śmiechem! Myśl się w wszystko wciela!

Myśl rozwagą poparta, kiedyś z swego wątku

wysnuje bez wątpienia nawet myśliciela.

z zachwytem — ku retorcie zwrócony

Szkło już pobrzęka pieśnią słodką,

mętnieje, zjaśnia się! — Spod wieczka

już widzę, widzę — postać wiotką

miłego, małego człowieczka.

Mówię ci, świecie! — świat mnie słucha —

życie już nie jest tajnią mglistą,

przychylcie jeno dźwiękom ucha,

dźwięk mową zabrzmi rzeczywistą.

HOMUNKULUS522

z wnętrza retorty do Wagnera

No cóż, ojczulku? nie żart!! Wpatruj się, wpatruj w kulę —

przybliż się, przybliż, do serca przyciśnij mnie czule;

Lecz nie tak mocno! — Szkło kruche skaleczy.

Poznaj właściwość wszechrzeczy —:

naturalnemu — mało jest wszechświata,

sztucznemu starczy taka szklana chata.

do Mefistofelesa

A i ty tutaj, francie?! — wujaszku, kochanie —

w porze dobrej przychodzisz, jak na zawołanie;

wiodły cię do nas szczęsne wiecznych gwiazd obroty.

Z chwilą, gdy się już stałem — rwę się do roboty

i do wszelkiego czynu — wszak działać już mogę?

Tyś mądry, więc mi wskażesz tę najkrótszą drogę.

WAGNER

Jedno słówko chcę wtrącić! — Z wstydem się przyznaję.

że, jak wół przed wrotami, przed problemem staję

— zapytany — kluczyłem zawsze, nie wiedziałem —:

dlaczego dusza przecież tak związana z ciałem,

tak mocno, jakby jedną stanowiły postać,

a przecież żyją w kłótni, chiałyby się rozstać

— więc jeśli — przecież —

MEFISTOFELES

— raczej zapytaj się pono,

dlaczego to mąż często źle żyje ze żoną?

nigdy dociec nie można, czyja w tym jest wina.

Tu pole czynów! czynów pragnie ta drobina.

HOMUNKULUS

Roboty! Roboty!

MEFISTOFELES

wskazuje na drzwi boczne

Tu będziesz miał jej w bród!

WAGNER

ciągle w retortę wgapiony

Prześliczny chłopczyk — istny cud!

Otwierają się drzwi boczne; Faust leży na łożu.

HOMUNKULUS

zdumiony

Przedziwnie! —

Retorta wyślizguje się z rąk Wagnera, unosi się nad Faustem; oświetla go.

— Śliczny pejzaż! — Czyste, szklane wody,

piękne panie zrzucają w krzach nadbrzeżnych szaty;

przesłodkie!! — idą w blasku rytmicznej urody.

Lecz ta jedna! — czar piękna jakże przebogaty!

Podobna wiecznie młodym urodziwym bogom;

na brzegu oto siada, wodę głaszcze nogą.

Jak marmurowa wnętrznym ogniem żywa kruża523

w chłodnym, przytulnym nurcie ciało swoje nurza.

Z nagła zamęt powietrzny skrzydeł wzdęty szumem

mierzwi gładkość lustrzaną; — opadają tłumem

łabędzie białe — jakaż wabi je przynęta —?

Z krzykiem trwożliwym na brzeg wbiegają dziewczęta;

jeno ona, królowa, tą skrzydlatą wieścią

nie trwoży się, nie lęka — z uciechą niewieścią

i z wyniosłym uśmiechem w łabędzia spoziera,

co szyją w piersi, skrzydłem w kolana się wpiera

z natarczywą słodyczą — dziobem warg dostaje —

Wtem zwichrza się powietrze, gęsta mgła powstaje

z łąk kwiecistych — i skrywa gromadkę spłoszoną

i jej słodką pieszczotę niewidną zasłoną.

MEFISTOFELES

Co też ty mówisz, gdzież ten łabędź i niewiasta?

mały jesteś, a pleciesz jak duży fantasta;

ja nic nie widzę —

HOMUNKULUS

— wierzę! Tyś z północy,

urodzony w pomroce i posępnej nocy,

pośród ponurych mnichów, milczących rycerzy,

więc jakże wzrok twój dojrzy czar młodości świeży?

Ojczyzna twa ponura i ty sam ponury.

rozgląda się

Omszone, obrzydliwe, zapleśniałe mury,

zakamarki złuczone, pułapy schylone!

Biedny! — jeśli się zbudzi — oczy przelęknione

spojrzą dokoła trwożnie — zamkną się na wieki.

Jemu się, widzisz, kraj śni słoneczny, daleki,

leśne źródła, łabędzie i nagie piękności —

— jakżeż mu się wzwyczaić w mroczne ponurości?

Ja z was najwygodniejszy, zaledwie to znoszę.

Trzeba go wynieść prędko!

MEFISTOFELES

Chytry wybieg — proszę!

HOMUNKULUS

Chcesz tęsknotę uleczyć, na smęt coś zaradzić —

musisz mężnych w potyczki, dziewki w tan prowadzić.

Oto rada: chcesz zleczyć tego mroków syna?

trza dlań stworzyć z snu jego poczęte zdarzenie;

dziś się noc klasycznego sabatu zaczyna —

tam właśnie pójść on musi! Tu wchłoną go cienie.

MEFISTOFELES

To banialuki! — Mnie kłamstwo nie wzruszy.

HOMUNKULUS

Wiem! wiem! Słonecznych pieśni nie słyszą twe uszy,

strachy znasz jeno pełne romantycznych bredni;

strój antyczny dla duchów bardziej odpowiedni.

MEFISTOFELES

Ku jakiej go prowadzić chcesz drodze czy miedzy?

mnie z kretesem obmierźli antyczni koledzy.

HOMUNKULUS

Zachód i północ, diable, to kraj twej pomroki —

my na wschód i południe skierujemy kroki.

Tam, gdzie po wielkiej, wolnej, słonecznej równinie

Penejos524 pośród wiklin i zagain płynie;

Tam, gdzie dolina wnika w wądoły i jary,

tam Farsalos525 się wznosi i nowy, i stary.

MEFISTOFELES

Tylko nie to! Te spory, tyranie, niewole,

to takie dla mnie nudne jak flaki z olejem;

skończyło się, zaczyna — i tak w wiecznym kole

znów dobrodziej spór wiedzie z innym dobrodziejem —

ten dorwie się do władzy, więc kieruje sterem —:

woła wolność!! i nie wie, że diabeł suflerem.

To się nazywa walka o prawo wolności! —

w rzeczy —! służalczość walczy przeciw służalczości.

HOMUNKULUS

A no — ludzkość tak krąży po opacznym torze,

każdy się, widzisz, broni, jak umie i może;

dziecięctwo swe i męskość musi zabezpieczyć.

Mniejsza! Tu chodzi o to, jak Fausta uleczyć!

Jeżeli sam potrafisz, proszę, daj mu leki —

w przeciwnym razie ja go nie puszczę z opieki.

MEFISTOFELES

Może by łysogórskiej spróbować rozpusty?

Grecja dla mnie zamknięta jest na cztery spusty.

Zresztą Grecja, cóż Grecja? — niewiele jest warta,

cała na zmysłów czarze i omamie wsparta,

wesołymi grzeszkami łudzi was i nęci —

a nasz grzech — jest ponury, powiadacie, smęci;

więc wobec tego cóż?

HOMUNKULUS

Wszakżeś nie bity w ciemię,

przecież to opisałem ci tesalską ziemię,

a czarownice tesalskie są sławne!

MEFISTOFELES

pożądliwie

Tesalskie czarownice?! — Te historie dawne,

o których wieści milczą, nęcą niepomiernie;

wylegiwać się z nimi noc po nocy wiernie,

byłoby żmudą, mniemam — lecz odwiedzić, wrócić!

HOMUNKULUS

Radzę płaszcz twój powietrzny na Fausta zarzucić;

polecimy — ja drogę oświecę —

WAGNER

trwożnie

— a ja?

HOMUNKULUS

— ech!

Tyś jest potrzebny tutaj, pilnuj swoich strzech!

Wydobądź pergaminy zmurszałe z ukrycia,

wedle przepisów badaj elementy życia,

zliczaj, a dodawania kładź przezornie znak,

na co uważaj pilnie, lecz pilniej — na jak!

Ja tymczasem z podróży wiecznie żywych dni

może wyłowię kędyś tę kropkę nad i —

— tak osiągniemy wielki, ostatni cel bytu,

otrzymamy nagrodę za żmudną robotę:

sławę i życie pełne bujnego rozkwitu,

złoto, szczęście i wiedzę, a może i cnotę!

Bądź zdrów, Wagnerze! —

WAGNER

zasmucony

— Bądź zdrów; te słowa złowieszcze

lękiem mnie napawają; — ujrzęż ciebie jeszcze?

MEFISTOFELES

Więc do Peneju!

Słowa twe kuszą!

raźno, bracie!

płonę żądzą!

do widzów

Bogiem a prawdą — w rezultacie —

kreacje nasze nami rządzą.

KLASYCZNA NOC SABATOWA

Faust, Mefistofeles, Homunkulus, Anaksagoras, Tales, Erychto, Penejos, Chiron, Manto, Seismos, Empuza, Oreas, Nereusz, Proteusz, Galatea, Forkiady: Dino, Pofredo, Empo; Gryfy, Arymaspy, Sfinksy, Syreny, Nimfy, Pigmejczycy, Starszyzna Pigmejczyków, Wódz naczelny Pigmejczyków, Imzowie, Tomciopaluchy, Żurawie Ibikusa, Lamie, Nereidy, Trytony, Telchinowie Rodyjscy, Psylle, Marsowie, Dorydy, Chór mrówek. Farsalskie Pola. Mrok.

ERYCHTO526

Bitwy farsalskiej527 rocznicę przybywam święcić okrutną,

ja, Erychto posępna, lecz nie w tej mierze obrzydła,

jak nieoględni poeci zwykli mnie smagać w utworach;

zalety nadmiernie wynoszą, wady nadmiernie spiętrzają.

Pole bitwy zarasta wielkimi grzybami namiotów —

tej nocy od nowa wskrzeszonej, od wieków w pamięci wciąż żywej.

I tak już na wieczność zostanie! Ludzie zazdrością zmęczeni

Swym bliźnim wydrzeć chcą władzę żelazem, krwią i pożogą —!

Trudno jest siebie znać dobrze, trudniej panować nad sobą,

lecz łatwo drugim przewodzić dumą i woli kaprysem.

Lecz na tych polach inaczej — tu gwałt się gwałtem odciskał,

a wzniosły wieniec wolności rozdarty leżał wśród trupów,

a głowę władcy otoczył wieniec posępnych wawrzynów.

Tu Magnus528 marzył o sławie i o wielkości rozkwicie —

tam Cezar w ciszy północnej łowił swych wrogów naszepty.

Biorą się z sobą za bary; lecz znamy już wynik tej bitwy.

Żarzą się watry529 w obozach — czerwony płomień zakwita,

ziemia krew pije, a oto — wołane cudem tej nocy —

powietrzem — podania helleńskie stadami lecą jak ptaki.

Przy każdym ogniu się grzeje ten zwid przeszłości dalekiej

a z niebios ponowek miesiąca srebrzystą poświatą się srebrzy,

po polach dalekich — czar znika! — Namioty toną w modrości.

Lecz cóż to za gwiazda nade mną — meteor niespodziewany,

rozbłyska koliście nad głową?! przeczuwam — widzę w nim życie;

więc idę, odchodzę, bo żywym zjawą nieszczęścia się staję,

więc idę, odchodzę, a oto kula świetlista opada —

Oddala się.

Z góry spływają Żeglarze powietrzni.

HOMUNKULUS

Niech nas płaszcza twego poły

ponad ogniem, wodą wiozą;

spójrz: pod nami te wądoły530

zioną ku nam wielką grozą.

MEFISTOFELES

Słowa twoje są prawdziwe,

patrzę w dół ku tej zgniliźnie —

duchy, skrzaty obrzydliwe —

czuję się jak w mej ojczyźnie.

HOMUNKULUS

Spójrz! — tam jakaś baba kroczy,

jak dragon531 rozstawia nogi.

MEFISTOFELES

Lęk ją snadź532 pogania srogi,

boi się nam spojrzeć w oczy.

HOMUNKULUS

Fausta złożyć naszą rzeczą,

jego brzegi te uleczą;

zaraz wskrześnie, wzrok rozjaśni —

on, co życia szuka w baśni.

FAUST

dotknąwszy ziemi

Heleno!

HOMUNKULUS

Któż tam wie, gdzie ona!

lecz tu zasięgniesz waść języka.

Myśl twoja głodna i stęskniona

z płomyka pomknie do płomyka,

a kto z Matkami się zadawał,

tego nie strwoży dziwów nawał.

MEFISTOFELES

I mnie się to i owo roi;

myślę, że będzie najdogodniej,

by każdy sam pośród tych ogni

szukał przygody własnej, swojej.

Światłem zjarzonym wśród łoskotu

dasz, mały, hasło do powrotu.

HOMUNKULUS

Tak błyśnie, tak zadźwięczy szkliwo.

Szkło dźwięczy i błyszczy silnie.

A teraz w czary! Naprzód! Żywo!

Oddalają się.

FAUST

sam

Gdzież jesteś?! Próżno pytam — daleka czy bliska?

czy ten brzeg cię kołysał? czy lustra tych fali

widziały ciebie? nie wiem! — lecz echem nazwiska

twego drży tu powietrze. Więc jestem w Tesalii!

Kochana Grecjo święta! — ledwom stąpił nogą

na twą ziemię, a w sercu radośnie i błogo;

jak Anteusz533 dotknięciem ziemi krzepię siły.

A terazże mnie prowadź, wytęskniona drogo,

w labirynt żywych ogni tajny i zawiły.

Błonia u źródeł penejskich.

MEFISTOFELES

myszkując

Z chwilą gdym vale534 rzekł wyszklonej kuli,

wszystko mi obce zda się i nieznane;

nikt tu nagości nie skrywa w koszuli:

Gryfy bezwstydne, Sfinksy nieodziane;

od tej sprośności aże cierpnie skóra —

tu z tyłu włosy, tam znów z przodu pióra...

Przyzwoitością i my nie grzeszymy,

lecz zbyt dosadne te greckie olbrzymy.

Tu ingerencji naszej trzeba niezawodnie,

uwspółcześnić starzyznę, przystroić ją modnie...

Wstrętna banda! Lecz wreszcie cóż mnie to obchodzi —

— gościem jestem — gościowi grzecznym być się godzi...

Witajcie, piękne panie, rozważne gryfony!

GRYF

chrapliwie

Gryfony? — Gryfy535! — Człeku w nazwach pomylony

— przekręcasz je — to mierzi! to zwyczaj prostaczy!

Gra, gryka, grymas ma „gry” — cóż źródłosłów znaczy?

etymologia536 często w bezdroża prowadzi.

MEFISTOFELES

Ale przypomnieć może nie zawadzi,

że w słowach: gryf, grabienie537 — jest niejakie bractwo.

GRYF

w dalszym ciągu

Tak! niby tak! no, owszem! — jest powinowactwo —

kto gryf złodziejski ma, ten łacno538 cudze bierze,

mienie, złoto, dziewczynki, dom i miękkie leże;

Fortuna chętnie złodziejaszkom służy,

więc kto grabieżcą jest, ten zysk ma duży.

MRÓWKI539

olbrzymiego wzrostu

Mowa o złocie! — to bolączka sroga!

zbieraliśmy je, nazbierali setnie,

moc Arymaspów zgrabiła je wroga,

my nic nie mamy — im wiedzie się świetnie!

GRYFY

Już my cię weźmiem do nich nie pomału!

ARYMASPY

Jeno nie dziś! w tej nocy szału!

Jutro zaświeci dno w kalecie540

tym razem się nam uda przecie.

MEFISTOFELES

usiadł pośród Sfinksów

Tutaj mi dobrze bardzo, Sfinksy, w waszym tłumie;

mógłbym pomiędzy wami żyć, bo was rozumiem.

SFINKS

Szeptem zwierzamy wam zagadki ducha,

ten ucieleśnia szept, kto szeptu słucha;

lecz powiedz, kto ty jesteś?

MEFISTOFELES

Ja? — Mam nazwisk wiele —

przecież wszystkich wyliczać tu się nie ośmielę!

są tu Anglicy? — oni z Bedekierem541 zawsze

zwiedzają wodospady, ruiny, najkrwawsze

pobojowiska sławne, w pamięci zgubione —

tutaj jest dla nich, tuszę, miejsce wymarzone;

dlatego o nich mówię, że oni już dawno

w komediach swych mi nazwę dawali zabawną —

Old iniquity542 — co się „stara złośliwość” tłumaczy.

SFINKS

Dlaczego?

MEFISTOFELES

Nie wiem! można było też inaczej.

SFINKS

Pewno! No, a na gwiazdach znasz się waść co nieco?

jakąż godzinę wieszczą, jakąż wróżbą świecą?

MEFISTOFELES

patrzy w niebo

Ponowek543 srebrem kosi gwiazd drżącą plejadę,

a mnie przy was spokojnie i bardzo szczęśliwie —

przytulam się i ciepło przy waszej lwiej grzywie —

a żądze wyższych wzlotów między bajki kładę;

powiedz jakąś zagadkę, logogryf544, szaradę545.

SFINKS

O sobie mów, a to już za zagadkę stanie546.

Próbuj siebie rozwiązać, przenikliwy panie —:

„Pobożnemu jak złemu zarówno przydatny547;

pierwszemu cel ascezy i zbożnego gniewu,

drugiemu do pokrycia zła i szaleństw zdatny —

jedno i drugie warte bożego wyśmiewu”.

GRYF I

chrapliwie

Precz z nim stąd!

GRYF II

bardziej chrapliwie

Niech się w te pędy oddala.

OBA

Nie tutaj miejsce dla tego brzydala!

MEFISTOFELES

brutalnie

Mniemasz — paznokcie gościa miększej są natury?

chętnie pójdą w paragon548 z twoimi pazury.

Spróbujcie! — proszę!

SFINKS549

łagodnie

Ostań z nami dłużej —

sam się wreszcie przekonasz, że ci tu nie płuży550.

Tam w twej ojczyźnie, w sławie czas schodzi ci mile,

tu czujesz się nieswojo, jeśli się nie mylę.

MEFISTOFELES

Do pasa jesteś przystojna aż miło,

lecz od pasa — zbyt groźna! przerażasz mnie siłą.

SFINKS

Fałszerzu! — karę weźmiesz srogą —

zdrowe są nasze łapy lwie —

tobie — obleśny kuternogo551,

pomiędzy mami będzie źle.

W dali śpiew Syren.

MEFISTOFELES

Cóż to tam śpiewa wśród gałęzi

wysokich topolowych drzew?

SFINKS

Ostrożnie! — ciebie też uwięzi552

ułudnych ptaków wabny śpiew.

SYRENY

Porzućcie pokraczne dziwy,

posępne, jałowe treny —

u nas sens życia prawdziwy

i z nami każdy szczęśliwy —

Syreny śpiewają, Syreny!

SFINKS

na tę samą melodię; przedrzeźniając

Zlećcie tu do nas, a blisko,

rodzie podstępny, ponury!

Wejdźcie tu jawno w kolisko

na hańbę i pośmiewisko —

rozprężcie sępie pazury.

SYRENY

Po cóż się parać553 zazdrością!

zgaście nieszczęsne zawiści!

Syreny lecą z radością

i obiecują swym gościom,

że śpiewem — tęsknota się ziści.

MEFISTOFELES

Ot — nowa nowość! Dźwięk za dźwiękiem

ugania się, uderza z brzękiem,

to z gardła, to ze strun się rodzi.

Oj dana! dana — wrzeszczy z gąszczy

i koło uszu się chrabąszczy,

ale do serca nie dochodzi.

SFINKS

Nie mów o sercu! — Pan dobrodziej

chwal raczej duży wór skórzany;

zaopatrzony trzos, wypchany —

dobrodziejowi to uchodzi.

FAUST

zbliża się

Rzecz dziwna, z każdą chwilą podziw we mnie rośnie,

patrzę na te postacie olbrzymie — radośnie;

bije już dla mnie, bije szczęśliwa godzina!

Cóż mi ten wzrok poważny z nagła przypomina?

ku Sfinksom zwrócony

Z wami rozmawiał Edyp554 u Tebańskich wrót —

do Syren

Was się bał Odys chytry na bezdrożach wód —

do Mrówek

Skarby zgromadził wielkie, hart, wysiłek wasz —

do Gryfów

A oto skarbów wierna i odważna straż!

Nowy duch wstąpił we mnie, czar mnie opromienia —

wielkie mitu postacie, o wielkie wspomnienia!

MEFISTOFELES

Dawniej do chwalb nie byłbyś skory,

dzisiaj je w sercu swym obraniasz

i chwalisz w czambuł555 wszystkie stwory,

bo za kochanką się uganiasz.

FAUST

do Sfinksów

Wy, sfinksy stróżujące u wiecznych otchłani —

powiedzcie, gdzie Helena? gdzie jest cudna pani?

SFINKSY

Ostatnie z nas poległy z Heraklesa ręki,

więc dziejów jej nie znamy, lecz służymy radą:

jedynie Chiron556 może skrócić twe udręki,

zawołaj nań! — Przetętni tutaj nocą bladą.

SYRENY

Do nas, do nas, chodź po radę!...

Odys, co się wiele włóczył,

od nas właśnie się nauczył

dziwnych opowieści —

więcże i ty nie gardź nami,

popłyniemy mórz falami —

śpiew nasz cię upieści.

SFINKS

Nie daj się zwieść namowom.

Miast krępować jak Odys ramiona,

zawierz naszym krzepkim, prostym słowom —

idź i szukaj zacnego Chirona,

on cię jeden objaśni, gdzie ona!

Faust odchodzi.

MEFISTOFELES

zgryźliwie

Cóż to za rechot wietrznych fal?

klaskanie skrzydeł, tam wysoko!

Zjawy nieznane lecą w dal,

ani ich Strzelca złowi oko.

SFINKS

Jak lutowa zawierucha

stymfalijskie lecą ptaki557;

mowa ich chrapliwa, głucha,

sępie dzioby, kacze nogi.

Napowietrzne pruje szlaki

ród potworny, twardy, srogi;

pokrewieństwa z nami szuka.

MEFISTOFELES

jakby strwożony

A tam cóż znów syczy, stuka?

SFINKS

Głowy lernejskiego węża558

błoniem snują się samopas,

odcięte ostrzem oręża,

błyskają ślepiami jak topaz.

Nie trwóż się! — puszą się srogo,

lecz nic już szkodzić nie mogą.

Lecz cóż to? — jakożeś inny,

w ruchach nieskładny i zwinny,

zerkasz wokoło oczami

— Odejdź! — nie krępuj się nami!

Ach — tam cię ciągnie, w to grono?!

To Lamie559 — krasne i chutne —

w krzach łyska prężne ich łono —

miłośnice bałamutne;

w koźlonogich satyrach kochają się bardzo,

więc i kopytem końskim, wierę, nie pogardzą.

MEFISTOFELES

Lecz zostaniecie tutaj? zobaczę się z wami?

SFINKSY

Tak! — Idź się bawić, poigrać z Lamiami!

Na strażach wiernych trwamy wieki, lat tysiące,

egipskich pustyń duchy mądre i milczące.

Nas się słońce i gwiazdy w swych wędrówkach radzą,

a zrównanie dnia z nocą pod naszą jest władzą;

u stóp wielkich piramid w postawie niezmiennej

śnimy, w spraw ludzkich chyżość topiąc wzrok kamienny.

NAD UJŚCIEM PENEJU

Penejos560 w gronie dopływów i Nimf.

PENEJOS

Grajcie, szumiące w wietrze trzciny,

jękiem załkajcie, wikliny;

cichym szmerem olcha drżąca

niechaj w struny topól trąca —

— na sen — na miękki sen —

Niebo z nagła się przychmurza,

drży —: powietrze? ziemia? burza?

kto mnie wola z wodnych den?

FAUST

przystaje na brzegu

Głos słyszę, głos żywy słyszę,

spoza splątanych gałęzi;

trzcina się sennie kołysze,

czar wielki kusi mnie, więzi —

wsłuchany w szemrzącą ciszę,

rozróżniam szczebioty i słowa:

to trzcin z odbiciem rozmowa.

NIMFY

do Fausta

Złóż swoje znużenie

w wód chłody, w wód cienie,

w przygasłe zielenie —

tu spokój oplecie cię wiotki;

wodnistym przelewem,

szumieniem i śpiewem

sen modry ci damy, sen słodki.

FAUST

Czuwam, a przemoc niezgadła,

czarowne snuje widziadła —;

I kędy zwrócę swe oczy,

cudność się we mnie wpromienia

Z tych prześwietlonych pomroczy.

Sen to? czy jawa? wspomnienia?

Jak wtedy!:... przeszklone wody

w chłodzie nadbrzeżnych zieleni,

lśnią psalmem słodkiej pogody,

w tym chórze mżących promieni.

Z rozpadlin, ze wzgórzy i skał

wodospad kaskadą się toczy,

a zdrowych dziewiczych ciał

piękno uwodzi me oczy.

W rzeźwej, przeźroczej topieli

biodra i piersi nurzają —

w rozweselonej kąpieli

dłoniami w wodę pluskają

i tak się stroją perłami

pod światłem księżyca bladem,

że każdej lśni nad włosami

srebrny, ruchliwy diadem.

Już dziewic gwiaździsty wian

rąk lilie splata i łączy —

i płynie w srebrzysty tan

wśród fal, wśród cieni i pnączy.

Przecudna baśń księżycowa! —

Lecz gdzież w tej czarów godzinie

ona — mych marzeń królowa?

z którejże fali wypłynie?

Lecą widziane łabędzie

majestatyczne i czyste,

jak w zapomnianej kolędzie

snują się — wiją — bieliste.

Lecz jeden z radości wezbranej

wymija szereg półsenny —

ku jakiejś wyspie nieznanej

płynie zuchwały, promienny —

— to tam — to tam — kędy ona

w ciszy uroczysk561 panuje! —

— tam — kędy kwietna zasłona

namiot nad łożem jej snuje!

Popłynął — a reszta dziew

pilnuje w chyżym oblocie,

by każda w przycieniu drzew

o własnej myślała cnocie.

NIMFY

Słuchajcie siostry! — Do brzegu

ucho przyłóżcie — cyt! cyt!

tętent się niesie, rytm biegu,

dreszcz błoni i żwiru zgrzyt! —

Jakiegoż niesie nam posła

noc duchem żywa, wyniosła?

FAUST

Słyszę! brzmi, tętni głos ziemi

i serca mego dzwon słyszę —

dźwięk kopyt twardych! — Przed niemi

wiew wichru zamąca ciszę.

Szczęsna godzina! już ku mnie

jeździec marzony się zbliża,

pierś jego niesie się szumnie,

głowa się w pędzie naniża

— koń biały — grzywa świetlana

— męstwo w źrenicach mu płonie —

to on! to postać z snów znana!

Bieg wstrzymaj! Stań! Stań! — Chironie!

CHIRON

Kto jesteś? Czego chcesz?

FAUST

Mówić chcę z tobą!

CHIRON

Biegu nie wstrzymam.

FAUST

Zabierz mnie z sobą.

CHIRON

Siadaj! — Ktoś zacz i dokąd? — Jestem na usługi;

pragniesz, bym cię przez rzekę przeniósł na brzeg drugi?

FAUST

wsiada

Gdzie zechcesz, Mistrzu wielki — podzięka ma wieczna!

nauczycielu sławy —! tobie brać waleczna

bohaterów zawdzięcza zaszczyty i sławę!

Ty złotą argonautów562 wyśniłeś wyprawę

i większą niźli oni miałeś ducha dzielność

wwiodłeś ich w wieczną gwiezdnej pieśni nieśmiertelność.

CHIRON

Wszystko złudzenie! — Nawet Pallas sowiooka563

chociaż mentorka boska, rozumna, głęboka —

nic nie zdziała — bo uczeń swe tęsknoty ziszcza

na własnej jeno drodze i — pomimo mistrza!

FAUST

Przyjmij mój uścisk, Mistrzu, i serdeczną miłość —

ty, co znając roślinę znasz i jej korzenie —

lekarzu dusz, wzniesiony nad życia zawiłość —

leczysz i ciał udrękę, i ducha cierpienie!

CHIRON

Szedłem-ci ja z pomocą, tam gdzie bohatera

rannego sen już morzył śmiertelnością cichy;

dziś zaniechałem, niech się kunszt nie poniewiera,

dziś — konowały564 leczą, babiny i mnichy.

FAUST

Wielkiś prawdziwie, pochwał nic lubisz, pokorny,

pragniesz być równy innym — cichy, niepozorny.

CHIRON

Obawiam się, że chwalba drży w tych słów pojęciu,

jakobyś schlebiał tłumom zarówno jak księciu.

FAUST

Lecz przyznaj —: z największymi żyłeś wzgodzie bratniej,

orężem i fortelem ratowałeś z matni

tych, co z nagła stanęli u przegranej progu,

ty mężny jak i oni, lecz mędrszy, półbogu!

Proszę, powiedz, Chironie, jeśli cię nie trudzi,

kogo rad byś okrzyknąć największym wśród ludzi.

CHIRON

Wśród argonautów grona każdy dawał szczerze

moc, którą rozporządzał — wszyscy w równej mierze.

Dioskurowie565 pięknem i szałem młodości

zwyciężali. Roztropni, pełni junaczości

Boreadowie566 byli. Mądry, w radzie sprawny,

panował mężny Jazon, pieszczoch kobiet sławny.

Orfeusz wątły, cichy, poeta wspaniały,

Linceusz567 bystry, żeglarz odważny i śmiały; —

społem568 jeno ocenić można się w potrzebie —

czyń i działaj! — koledzy już poznają ciebie.

FAUST

A Herakles? ów mąż wielkiej cnoty?

CHIRON

Zamilcz! zamilcz i nie budź tęsknoty;

obcy mi Febus569, Hermes570 i Ares571 wspaniały,

ale męża nad męże oczy me widziały;

król w każdym calu, młodzian znamienity,

w posłuszeństwie wyrosły wśród cnych niewiast świty572

o, już drugiego ziemia nie wyda nam w darze,

ani się w wiekach zrodzą tej cnocie rówieśni,

nie utrwalą go w spiżu najtężsi rzeźbiarze,

ani go piewcy wskrzeszą w równej jemu pieśni!

FAUST

Chociaż się zamysł twórczy skupia i natęża,

ręce tę pracę ducha zniweczą lub zmniejszą —;

otoś mi skreślił postać największego męża,

wyczaruj teraz słowem z kobiet najpiękniejszą!

CHIRON

Cóż tam niewieścia piękność! ... Złuda i martwota;

czczę jeno to, w czym życie i radość jest złota —;

piękność ułudą sobków! — Jeden wdzięk na świecie

zwycięża; — Helena...

FAUST

... kto!?

CHIRON

— niosłem ją na grzbiecie.

FAUST

Jakobym zbudził się ze snu,

więc ona tu siedziała? tu?!

CHIRON

I ręką mi głaskała grzywę,

jak ty —

FAUST

— jak ja: zwidzenia żywe!

O, szczęsna ziemia! Szczęsny ląd!

ona tęsknotą, mym marzeniem!

przyszedłem tutaj za jej cieniem —

— dokąd ją niosłeś? gdzie? i skąd?

CHIRON

Opowiem; — było to w tych czasach,

gdy bracia ją z zbójeckich rąk

odbili; alić w wielkich lasach

zbóje ich otoczyli w krąg

powtórnie; no cóż było robić?

teraz do ucieczki się sposobić —

więc uciekamy, bracia, ja

i ona; wtedy na mym grzbiecie

niosłem to urodziwe dziecię;

nad bagnem nas dognała mgła,

już w nas omdlewać począł duch,

bracia brodzili, to płynęli,

jam się zapadał po sam brzuch —

z trzęsawisk ledwośmy wybrnęli.

A ona, dziewczę hoże, żywe —

zskoczyla i przemokłą grzywę

poczęła głaskać z przymilnością,

dziękować za przebyty lęk —

tak jakoś mądrze i z godnością —

przedziwny był w niej wtedy wdzięk!

FAUST

Miała lat dziesięć...

CHIRON

... Ach, filologowie,

tobie i sobie przewrócili w głowie!

Mitologiczna dama to rzecz osobliwa;

poeci sobie radzą dość dowolnie z niemi:

nigdy się nie starzeje, zawsze urodziwa

i na świat patrzy tęsknie oczami sowiemi;

wcześnie uprowadzana, wiecznie miłowana —

poetów nie krępuje czas — to rzecz zbyt znana.

FAUST

Wszak ci i ona czasem niezwiązana!

Achilles spotkał ją, jak wieści niosą,

choć zda się niemożliwe! Radość niesłychana —

kochać i miłość wzbudzać wbrew czasom i losom.

Dlaczegóż ja bym nie miał przywołać z oddali

ją, jedyną i równą w majestacie bogom!

Niechaj więc spłynie ku mnie na odnownej fali

tą powrotną, nieznaną, ugwieżdżoną drogą!

Widziałeś ją przed wieki573, jam ją widział ongi —

uroczą, wiecznie piękną jak białe posągi!

odtąd serce i myśli żyją w wichrze, w burzy,

mamli574 jej nie posiadać — wolę nie żyć dłużej.

CHIRON

Jesteś pełny ekstazy, przybyszu nieznany,

u nas stan twego ducha zwie się obłąkany.

Lecz szczęśliwie się składa, bo oto rokrocznie,

gdy się wielka klasyczna noc sabatu pocznie,

zwykłem czas krótki spędzać u Eskulapowej575

córki, Manto576, co ojca błaga na rok nowy,

aby raczył swą łaską medyków nie mijać,

by i leczyć umieli, nie tylko zabijać —

rozsądna; — ją najbardziej lubię z Sybilli cechu577;

więc pobieżajmy do niej w należnym pośpiechu,

ona natychmiast pojmie niedomóg człowieczy,

ma zioła przerozmaite, raz — dwa cię uleczy.

FAUST

Nie chcę być uleczony! potęga wre we mnie —

radzisz mi gluchość ciszy? Chironie — daremnie!

CHIRON

Nie gardź zdrowiem, bo spłoniesz od wnętrznej pożogi;

— A oto zeskocz teraz — tutaj cel twej drogi!

FAUST

Wiozłeś mnie przez bezdroża, przez czarny manowiec,

wody grające żwirem — gdzież ja jestem, powiedz?

CHIRON

Tutaj się Grecja z Rzymem chwytała za bary —

oto nurty Peneju, oto Olimp stary —;

państwo duże — kruszy się i w piach rozsypuje —

król ucieka — na gruzach motłoch triumfuje.

Spójrz — świątynia ostała na przeszłości czacie578,

milcząca, wieczna, srebrna w miesięcznej poświacie.

MANTO

nawiedzona

Kopyt końskich tętenty

budzą, budzą chram579 święty,

Półbóg księżycem kroczy —

CHIRON

Rozewrzej znużone oczy!

MANTO

budzi się

Witaj u świętych przedproży!

CHIRON

Jak widzę, wiecznie żyje dom boży!

MANTO

Co roku słuch mój krok twój słyszy —

CHIRON

Żyjesz w spokoju, niemej ciszy —;

mnie bezruch mierzi580, jam nie głaz.

MANTO

Ja trwam, a mnie okrąża czas;

lecz ten — kto zacz? —

CHIRON

Jego noc gwiezdna,

jak przypływ wyrzuciła z bezdna —;

Heleny szuka oszalały —

rękę wyciąga po nią śmiały,

lecz nie wie, jak, lecz nie wie, gdzie;

lek mu wyszukaj w świętym śnie,

w nocy obłędnej, żądzą głuchej —

i ulecz jątrzącą ranę.

MANTO

Chironie! kocham wszystkie duchy

niemożliwością opętane.

Już w oddali słychać tętent cwałującego Chirona.

Wejdź do świątyni mężu śmiały;

to przejście wprost do Persefony581,

co śni w otchłani ociemniałej,

wiosenny łan, łan ukwiecony.

Tędy szedł Orfej z pieśnią wdałą582

darz Bóg! W otchłanie! Naprzód! Śmiało!

Zstępują w podziemia.

NAD ŹRÓDŁAMI PENEJU

SYRENY

W Peneju płynnej zieleni

kołysać się z fali na falę,

rozgwarem pluszczących pieni

zagłuszać niewodne żale —!

Czymże jest życie bez wody —

płyńmy z podhali i wzgórz —

w blaskach srebrzystej urody

do złotych egejskich mórz.

Trzęsienie ziemi.

Fala wraca, drży i pieni

z pluskiem skacze nurt z łożyska,

z dna najgłębszych nor i cieni

rzeka żwirem na brzeg ciska.

Uciekajmy — wszystkie siostry —

grzmią podziemia — wicher ostry!

Uciekajmy! Na wesele

w sennych jezior ciche tonie,

kędy łuska fal się ściele

po kwiecistych brzegów błonie!

Tam w poświacie księżycowej

rosa lśni jak diamenty —

Naprzód! Naprzód! Na dzień nowy —

tutaj straszy huk przeklęty,

tutaj gniewy lżą złowrogie —

naprzód w życie płynne, błogie!

SEISMOS583

w głąbiach dudniąc i pohukując

Jeszcze raz ramiona sprężę

z podziemi głuchego zmierzcha —

barki wzniosę i zwyciężę!

Seismos idzie — wszystko pierzcha!

SFINKSY

Jakież wstrętne, głuche drżenie!

Burza w głębi ziemi dysze,

drżą wód tonie, grzmią kamienie,

glob się tam i sam kołysze!

Niebo łuną się oblekło,

przestwór przemawia niemy!

Choćby wychynęło piekło —

my stąd nigdzie nie pójdziemy!

Góra z ziemi rośnie łoża!

Ach, to on, ten siwiec stary,

co swoimi wyniósł bary

wyspę Delos z głębi morza,

jako pewny schron dla dziewy584.

Pręży ręce, grzbiet prostuje,

w oczach czają się złe gniewy,

ziemię rwie i darnie pruje,

piachy, żwiry, gruzy, glinę

wznosi! — Kopiec w górę rośnie!

Jakże całą nam dolinę

zaprzepaścił przeżałośnie;

dźwiga olbrzym zwał kamieni,

— kariatyda585 niezniżona —

wynurza się z mroków, z cieni —

po pas wyrósł z ziemi łona!

Dalej wyjść się nie poważy —

Sfinksy leżą tu na straży.

SEISMOS

Wszystko to jeno moje czyny,

temu zaprzeczyć nikt nie może;

mym dziełem góry i doliny

i każdy szczyt, co niebo porze.

Jakżeż by świat wyglądał marnie

bez wbitych w błękit nieba turni,

z których wzrok jasną dal ogarnie,

kędy się żyje mocniej, górniej.

Ongi w praczasach z tytanami

Pelionem, Ossą586 jak piłkami

rzucałem dziarsko i wytrwale

w rozkwicie sił, w młodzieńczym szale.

Aż wreszcie zdarzonego czasu,

jak czapę obie znaczne góry

włożyłem na sam szczyt Parnasu587;

odtąd dwurożem bodzie chmury.

Apolla przebyt któż wysłowi!

Muzy z nim mają modry schron;

i pośród gromów Jowiszowi

wzniosłem wyniosły tron.

A oto teraz w nowym szczycie

moc moja pręży się i cudni —

mieszkańcy nowi! Nowe życie!

Niech wasza radość ląd zaludni!

SFINKSY

Dziw nad dziwy, nie do wiary!

jakby dawny świat, prastary —

oto w naszych oczach kłębi.

Bór podszyty drogi grodzi,

skały z hukiem rosną w głuszy,

lecz cóż Sfinksy to obchodzi —

nas nikt z miejsca nie poruszy.

GRYFY

Złote żyły, złota gleba,

z szczelin jarzą się błyskoty;

strzeżcie skarbów, zbierać trzeba,

mrówki — nuże do roboty!

CHÓR MRÓWEK

Ląd ten podniosły siły ponure;

nuże! nóżkami wznośmy się w górę!

Trzeba nam wszystkie szczeliny zbadać,

każdą drobinę warto posiadać.

Zwijajmy, prężmy postać swą giętką,

po wszystkich kątach myszkujmy prędko.

Chmary i roje! — Niech wre robota,

niechajcie góry; — szukajcie złota!

GRYFY

Zbierajcie w kupę złote odłamki,

my nasze łapy położym na nie —

najlepsze zamki, rygle i klamki;

nam skarb wasz dajcie na przechowanie.

PIGMEJCZYCY

Weszliśmy na nowy ląd,

sami nie wiemy jak;

nie pytajcie się nas, skąd

przyszliśmy; no i tak!

Radość Bóg nam w serca wlał,

każdy z nas zawsze rad —

mała rysa pośród skał —

już tam jest mały skrzat.

Skrzat z skrzatową, w to nam graj

— dzieci są — parka cna —

kto wie, czy sam widział raj,

aby tak praca szła.

Ląd ten piękny chwali lud —

wczesny czas — istny cud!

Czy to zachód, czy to wschód,

ziemia nam rodzi w bród.

TOMCIOPALUCHY

Ziemia, co z nocy okrycia

wydała tych małych zuchów,

najmniejszych też woła do życia:

lud krasnych Tomciopaluchów.

STARSZYZNA PIGMEJCZYKÓW

Precz z pogawędką,

tu trza harować,

zwinnie i prędko

miejsca zajmować.

Kuźnie budować,

niech każdy bieży,

rynsztunki kować

trza dla żołnierzy.

Mrówki gromadą —

ej — do roboty!

Niechaj nam kładą

kruszce pod młoty.

A wy, Paluchy,

naplujcie w łapy,

idźcie w bór głuchy,

przynoście szczapy.

Niech się nie leni

nikt w tym kolisku,

trzeba płomieni

dużych w ognisku!

WÓDZ NACZELNY

Łuki i strzały

gotować zbroje,

już przyleciały

żurawi roje.588

Raźno i skoro

idźcie do boju,

tam, gdzie jezioro

śpi w fal ukoju.

Razem! Zwycięstwo!

Na wroga! Ura!

hełmy za męstwo

ozdobim w pióra.

IMZOWIE589 I TOMCIOPALUCHY

Któż nas zratuje!

cały świat głuchy!

Skrzat dla nas kuje

twarde łańcuchy.

Gdzież nasza wina?

praca nas morzy,

przyjdzie godzina,

będzie sąd boży.

ŻURAW IBIKUSA590

Wrzawa nagła, jęk, wołanie,

trzepocących skrzydeł trwogi,

rozgwar, szczęk, zarwane łkanie,

walka, bitwa, bój wre srogi!

Oto skrzaty rozmach biorą:

pod strzałami ptaki giną,

krwią rumieni się jezioro,

zmiera klangor591 nad doliną.

Padły! Padły już żurawie

pod pigmejów wrażą zbroją592,

a zwycięzcy w pustej sławie

piór zdobyczą hełmy stroją.

Podły, karli pomiot skrzaci!

hej, wyraju593 ptasi, z nami!

Skrzatom sojusz nasz odpłaci,

co dziś chełpią się kitami!

Zemsta! Zemsta! Ku pomocy

zwołujemy rzeszę bratnią,

będziem walczyć, ile mocy

po serdeczną krew ostatnią!

Z klangorem krążą koliście.

MEFISTOFELES

na równinie

Nie ma to wśród czarownic jak północna jędza,

tu mnie w obczyźnie wszystko w kozi róg zapędza.

Łysa Góra, wyrosła wśród skalnego złomu,

to ojczyzna! — Tam jestem jak u siebie w domu.

Łysa? cóż z tego! — niech się na kamieniu rodzą,

choć łyse, ale chutne! — — nie drwią i nie zwodzą;

zresztą łysa czy babia, a niechby i świnna,

byleby nie obmierzła jak te — byle inna!

Tu ciebie nikt nie słucha, cudactwo oniemia,

idziesz — a nuż przed tobą rozewrze się ziemia?

nie ma żadnej pewności; ot — szedłem wądołem,

aż tu góra wyrasta lesistym wierzchołem,

góra wprawdzie nieduża, obły pagór raczej,

lecz już Sfinksów nie widzę, już wszystko inaczej.

Tu nigdy nie wiadomo gdzie głębie, gdzie brody,

na każdym kroku nowe czyhają przygody.

Tak i teraz — znów nozdrza łechce ten wiaterek

wiejący stamtąd, kędy tańczy chór frajerek —

Kuszą mnie! muszę podejść! — wreszcie któż zabrania?

kto przywykł, nie oduczy się już łasowania.

LAMIE

otaczają i pociągają ku sobie Mefistofelesa

Prędzej! a dalej! — prędko, prędziutko —

troszkę podrażnić — wstrzymać się — krótko,

paplać, chichotać, a potem zmamić,

starego wygę oszklić, scyganić!

Hej! kuternożka! — kuśtyk — kuśtyka,

nóżką pociąga — lećmy! — pomyka!

MEFISTOFELES

przystanął

To los! — tak się uganiać za hałastrą śmiałą,

co chyba za Adama sprzedawała ciało.

Cóż, żem sam stary? — idą! — idę! — dalej? — — dalej?

Dobre przysłowie! w starym piecu diabeł pali.

Wiem dokładnie, że kłamstwem karesy, zaloty,

że się sznurują, gęby szminkują huncfoty,

że nie mają ni jednej zdrowej części ciała,

że pod ręką pierś, biodra, jak huba spróchniała;

wszystko to wiem, a jednak utopiony w czarze,

tańczę — niech jeno która zagra na gitarze!

LAMIE

zatrzymują się

Hola! stańmy! — coś zwleka, zatrzymał się, stoi,

ośmielmy go kapinkę — może się i boi.

MEFISTOFELES

idzie

Dalejże! — smęcę, że aż milo,

to mnie tak antyk usposobił;

toć gdyby czarownic nie było,

cóżby, do diabła, diabeł robił!

LAMIE

przymilnie

Krążmy wkoło kaduka przymilnie, a zwiewno,

do którejś z nas go serce pociągnie na pewno.

MEFISTOFELES

O ile w mętnym świetle mogę trochę zoczyć,

piękne jesteście, trudno mi się na was boczyć.

EMPUZA594

wpadając

I na mnie też się nie bocz, stoję tu na przodzie,

pozwólcie mi wziąć udział w waszym korowodzie.

LAMIE

Nie, nie chcemy, oślica! — oczy twe kaprawe;

ilekroć z nami igra, psuje nam zabawę.

EMPUZA

do Mefistofelesa

Pozdrawia cię Empuza — z oślej główki słynie —

a że masz końską nóżkę — mówię ci: kuzynie!

MEFISTOFELES

Przyczyniasz mnie, obcemu, wiele wzruszeń rzewnych,

widzę, że to od Łysej po Grecję mam krewnych.

EMPUZA

Decyduję się prędko, żądzą zmiany pałam;

na twoją cześć głowinę oślą dziś przywdziałam.

MEFISTOFELES

Parantela595 w tym kraju fawor widać znaczny,

lecz z osłem być krewniakiem — los jakiś opaczny.

LAMIE

Ostaw to szkaradzieństwo! — Co piękne i miłe,

pod jej dotykiem w brzydkie zmienia się i zgniłe.

MEFISTOFELES

I te krewniaczki zgrabne też coś podejrzane,

kto wie, jaką dotknięcie w nich wywoła zmianę.

LAMIE

Spróbuj! Wybór masz duży; miłość to loteria —

wyciągasz los: — noc czarna lub świetlna feeria.

Patrzcie no lubieżnika! sznuchta596, co wziąć w łoże,

jak pedogryczny597 zrzęda, co kochać nie może.

Lecz idzie coraz bliżej, snadź już ma ochotę,

baczność! — pora, by poznał ciał naszych istotę.

MEFISTOFELES

Ta piękna! — Jak sarenka mizdrzy się598, umyka...

obejmuje ją

Ha! Kroćset diabłów! — wychudła jak tyka...

chwyta inną

A ta? — ależ to ryło obrzydliwe!

LAMIE

Wybredniś! — może brzydkie, lecz chutliwe.

MEFISTOFELES

Ta strzelioczka599 wcale hoża...

— brr — co? — toć w ręce mam węgorza!

Tę smukłą pokocham hołyszkę...

A! — kij mam w ręku, suchą szyszkę?!

Co robić?!... a no do tej! — tłusta —

przyznam się, miewam wschodnie gusta —

brzuch wzdęty, kłęby, kupa sadła...

Ta mi specjalnie w oko wpadła;

na wściekłą rujkę coś zakrawa...

Pękła mi w ręku! Tfu! — purchawa!

LAMIE

A teraz rozbiegnijmy się, unośmy w górę

błyskawicznie — zarzućmy gęstą, czarną chmurę

na tego piekielnika! — Lotem, lotem, gacki600!

Na sucho jeszcze wyszedł z opresji wariackiej.

MEFISTOFELES

otrząsa się

Mądry Polak po szkodzie, lecz jam nie mądrzejszy;

od północnego absurd południa nie mniejszy;

tu i tam takie same obmierzłe upiory,

wylęgłe z mroków głuchych, z wyobraźni chorej.

Dla ludu są postrachem, dla poetów wstrętem,

porubstwem601 są i zmysłów zmamieniem przeklętem!

Czegom ja się dotykał? zgroza! — Daj to katu,

zmarnować tyle czasu — i bez rezultatu...

Zabłąkał się pośród skał.

Gdzież jestem? zagubiony? mrokiem opętany?

na próżno szukam ścieżki z nagła zgruchotanej,

odłamkami kamieni zasutej602 i piachem;

co nieco od tych dziwactw zalatuje strachem

Gdzież moje Sfinksy? w jakiej szukać stronie?!

— w noc jedną góra rośnie, inna w wodach tonie!

Piękną by pracę nasze czarownice miały,

gdyby tak Łysą Górę tam a sam suwały!

OREADA603

ze skały

Do mnie chodź! Ta skała moja

przedwiekowa, samorodna.

Pozdrów ją, bo to ostoja,

siostra gór wieczystych godna!

Wieki mrą, historia mija,

ja trwam; słuszna we mnie buta —

to, co obok się rozwija,

zdmuchnie lada krzyk koguta!

Już nieraz na ląd nowy patrzały me oczy —

zanim raz drugi spojrzę — ląd tonie w pomroczy.

MEFISTOFELES

Cześć tobie, stojącej na czacie,

cześć tobie, wieńcu dębowy!

W srebrnej księżyca poświacie,

cichną ponure parowy. —

Lecz oto leszczyn poszycie

rozbłyska magicznym blaskiem,

rozwianym niesamowicie

jak światło przed szklanym obrazkiem.

To on na hali obrusie,

toczy się szklany i miękki;

witaj mi, Homunkulusie,

dokądże zmierzasz, maleńki?

HOMUNKULUS

To tu, to tam się chybocę

z tą myślą: — jakby się stać?!

lecz to, co widzę w pomroce,

ach! — tego nie chcę znać.

Ach, gdybym dojrzał w ciemności

dla czynów mych wdzięczne tło,

ach, w wielkiej niecierpliwości

stłukłbym więżące mnie szkło.

Dwóch filozofów604 spotkałem

— tak w zaufaniu ci powiem —

ich rozmów właśnie słuchałem —

może się od nich coś dowiem;

wciąż mówią: natura! natura!

snadź znają bytu istotę —

oni wyjaśnią mi, która

droga mą ziści tęsknotę.

MEFISTOFELES

Radzę ci: sam poszukaj drogi,

bo tam, gdzie duchy harce wiodą,

tam już filozof wkracza w progi —

i czy to z smętkiem, czy z pogodą,

tuzin upiorów nowych wiedzie —

dodając biedę dawnej biedzie.

Wszystko przechwałki! Ty, mój drogi,

jeśli nie zbłądzisz, nie zmądrzejesz!

Więc chcesz się stać — sam szukaj drogi,

w przeciwnym razie mgłą przewiejesz.

HOMUNKULUS

Mądrej głowie dość na słowie.

MEFISTOFELES

W drogę! Wracając, acan mi opowie.

Odchodzi.

ANAKSAGROS

do Talesa

Upiory myśl twą obsiadły jak kleszcze,

a chciałbym cię przekonać! — Cóż ci mam rzec jeszcze?

TALES

Fala wiatrem marszczona wraz z wiatrem ucieka,

lecz od raf niebezpiecznych trzyma się z daleka.

ANAKSAGORAS

Ta skała wszak powstała z ognistych skier kroci.

TALES

Wszystko, co jeno żyje, powstało z wilgoci.

HOMUNKULUS

zjawia się wśród nich

Pozwólcie mi posłuchać, może myśl rozjaśnię,

bo to ja powstać pragnę i — zamierzam właśnie.

ANAKSAGORAS

Zdołałżebyś Talesie tak przemóc naturę

i w jedną noc wystawić tak ogromną górę?

TALES

Nic w naturze nie znaczy złudny przelot godzin,

wszystko tu musi dojrzeć do swoich narodzin,

wszystko przyjmuje postać przewidzianą z góry —

prawo rozwoju pierwszym jest prawem natury.

ANAKSAGORAS

Lecz ten przykład o innym prawie nas poucza!

Oto ogień tu powstał, grom, pożoga, tucza —

wtedy płomienne siły wyrzuciły z głębin

tę górę rozszumiałą lasem brzóz i dębin.

TALES

Cóż z tego, cóż ten przykład? cóż ten dowód znaczy?

stało się! było w planie! — nie mogło inaczej!

Dysputa płona605! szkoda czasu i atłasu,

jeno tłum się ogłusza rozgwarem hałasu.

ANAKSAGORAS

A już się wszczęły w górze ruchy,

każda szczelina zamieszkała;

mrówki, Pigmeje i Paluchy

i cała ta czereda mała.

do Homunkulusa

Lecz ty nie pragniesz wielkości,

pustelnicza twoja kula —

jeżeli pańskie masz skłonności,

obdarzę ciebie władzą króla.

HOMUNKULUS

A ty, Talesie, co radzisz? — mów!

TALES

Cóż — nie chcę radzić, szkoda słów;

z małymi — małe wszelkie czyny,

z wielkimi nawet małość rośnie;

czy słyszysz, jak tam zza olszyny

wrzawa mknie ku nam — wciąż — rozgłośnie?!

Oto żurawi naród wstaje

z srebrem zalanych mętnych pól,

leci na Pigmejczyków zgraje —

widzisz — z karłami padłby król.

Ostrzą pazury, ostrzą dzioby —

idzie, już idzie, zemsty pora,

idzie godzina zła i zguby,

wnet się już zwichrzy toń jeziora.

Odwet za napad i za zdrady!

oto wędrowne lecą ptaki,

a karli naród, trwożny, blady.

skupia ostatnie orszaki.

Cóż łuk, cóż dzida, szyszak, tarcza —

przeciw wściekłości nie wystarcza!

Swawolnie w pióra chciał się stroić

lud karli, by swą klęskę zdwoić!

Tomciopaluchy uciekają,

kryją się mrówki w piachu, w glinie —

wojsko już jest bezładną zgrają,

w rozsypce pada! krwawi! ginie!

ANAKSAGORAS

po pauzie — uroczyście

Jeślim dotychczas wchodził w podziemne pustosze,

teraz oto ku górze czucia moje wznoszę...

W wiecznej ty i promiennej, srebrnej chadzasz zbroi,

w trzy nazwiska zaklęta i w postaci trojej!

Do ciebie o, Hekato! Luno i Diano606

ręce wznoszę! — O mocy, co siłą nieznaną

piersi nasze rozszerzasz, myślom głębie dawasz

i światła magicznego słodyczą napawasz

stęsknione serca — oto wołam ciebie z nocy

ukaż się Pani Srebrna w nieodgadłej mocy.

Pauza.

Czyliż modlitwie mojej dany jest znak zgody?

na nice607 odwrócony porządek przyrody?

Oto z przepastnych nieba łon

okrągły bóstwa spływa tron

przerażający! — wzmaga trwogę!

W zgrzywionych ogniach mknie jak lew

i zlewa roziskrzoną krew,

rozżagwia ziemi, mórz pożogę!

A więc to prawda, prawda, że z drogi zsrebrzałej

tesalskie czarownice księżyc tu wołały

na ziemię? — że cię, Luno, przyciągały blisko

w czarów i strasznej zguby upiorne kolisko?...

Mroczy się tarcza — błyskawice — gromy!

Walą się na mnie srebrnych gór ogromy!

Pioruny, wichry —! — mroczny grób!

Czołgam się do twych, Pani, wysrebrzonych stóp.

Poda na twarz.

TALES

Co też on wygaduje, co widzi, co słyszy!?

świat cały pogrążony w nieruchomej ciszy;

istny obłęd zrodzony w szalonej godzinie,

a Luna sobie cicho po swym torze płynie.

HOMUNKULUS

Spójrz no, Talesie — znowu gwałt!

oto się zmienia okolica,

góra, co miała obły kształt,

teraz się iskrzy jak iglica.

Zatrząsł się z nagła cały świat,

kamień z księżyca wielki spadł —

przyjaciół, wrogów w jednym łonie

pojednał już we wspólnym zgonie.

Lecz sztukom takim cześć i chwała,

to przecież wielka, twórcza moc,

żeby się góra tak zmieniała,

dwakroć przez jedną noc!

TALES

Drobiazg! — to było tylko pomyślane.

Więc niechże sobie ginie to bractwo niezgrane.

Lecz dobrze, żeś rozważnie królem nie chciał zostać.

A teraz na brzeg morza trzeba nam się dostać,

do gościnnych wybrzeży, gdzie w szczerej radości

czeka się i przyjmuje czarodziejskich gości.

Oddalają się.

MEFISTOFELES

gramoli się po przeciwnej stronie skały

Przez jakieś poplątane korzeni niewody,

przez urwiska i skalne, niebotyczne schody

gramolę się w zadyszce, pot mi rosi czoło!

U nas inaczej; lasy tam wonieją smołą,

a nawet, bywa, siarką; o, luby zapachu!

A tu w Grecji? — bezwonność, no i sporo strachu.

Tak się tym klasycyzmem wciąż nadmiernie chwalą,

ciekaw jestem, czym oni w swoim piekle palą?!

DRIADA608

Możeś i mądry, gościu, między krajanami609,

lecz z twym obyciem nieco gorzej między nami.

Po cóż myśl swą wysyłasz ku ojczystym zrębom

miast cześć oddać należną naszym świętym dębom?

MEFISTOFELES

Marzy się o tym chętnie, co się opuściło;

ojczyzna jak raj ciągnie z nieodpartą siłą.

Lecz powiedz mi, Driado, co to tam na zboczu

za postacie koczują — trzy w gęstym pomroczu?

DRIADA

To trzy siostry Forkiady610 przycupłe do ziemi,

jeślić się włos nie zjeża, to pogadaj z niemi.

MEFISTOFELES

Owszem, pogadać mogę; — chociaż mnie zdumienie

— — mnie zdumienie ogarnia! — Patrzę na te cienie,

nic podobnego nigdy w życiu nie widziałem,

jako żywo alrauny611 wydają się ciałem...

Patrząc na te ohydy, rodzą się pociechy,

że piękne, ba! nadobne — najstraszliwsze grzechy.

Brzydota ich tak wielka, obłąkana, wściekła —

u nas — nie pozwolono by im wejść do piekła

ani na próg! — a u was takie są szkarady?!

O! przereklamowane jest piękno Hellady!...

Dojrzały mnie! To gorzej! Piszczą, gwiżdżą, skrzeczą —

z wampirami dyskusja niełatwą jest rzeczą.

FORKIADA

Podaj mi oko, siostro, niech no się zapyta,

pod czyimi stopami żwir na drodze zgrzyta.

MEFISTOFELES

Dostojne! — Proszę kornie, wybaczcie mą śmiałość

i swym błogosławieństwem obdarzcie mą małość.

Przychodzę — tułacz, który wszelkie zwiedza światy,

lecz jeśli się nie mylę — wasz powinowaty,

krewny, żeby tak rzec! — Badając różne strony,

u stóp egipskich bogów też biłem pokłony,

znam siostry wasze Parki — tak jest! znam je także,

widziałem je onegdaj czy wczoraj; — a jakże...

Lecz wam podobnych bogiń nie znam, jako życie!

— milczę, milczę — cóż słowa — gdy tonę w zachwycie.

FORKIADY

Rozumnie ten wędrowiec i do rzeczy prawi.

MEFISTOFELES

Czemuż was w natchnień szale poeta nie sławi?!

Mówcie, jak to się stało, żem-ci ani razu

nie widział waszej rzeźby, pomnika, obrazu?

Dłuto, które was twórczo do życia powoła,

jakiejś tam marnej Wenus rzeźbić już nie zdoła.

FORKIADY

Żyjemy w samotności pod nocy namiotem,

nigdy z nas żadna nawet nie myślała o tem.

MEFISTOFELES

Bodaj to! — tak daleko za światem żyjecie,

że was tu nikt nie widzi i nawet nie szuka,

powinnyście żyć gdzie indziej, na szerokim świecie,

gdzie przepych, gdzie nadobność, gdzie rozkwita sztuka,

gdzie co dzień, zwykłym trybem, taka rzecz się zdarza.

że z zjawą piękna dzieło sztuki wraz się sparza,

gdzie —

FORKIADY

Zamilcz i nie budź pokus, cóż nam to pomoże,

choćbyś dwakroć powtarzał — my zamknięte w domu,

któremu noc na imię — żyjemy w przestworze,

same sobie nieznane, nie znane nikomu.

MEFISTOFELES

Ach! jeśli tak mówicie, to w tymże sposobie

można postać swą drugiej przekazać osobie.

We trzy ząb macie jeden, jedno macie oko,

więc może mitologii nie zranię głęboko,

jeśli zaproponuję, byście trzy postacie

we dwie złączyły — wszakże istotę swą znacie —

a tę trzecią na krótko mnie wypożyczyły.

JEDNA Z FORKIAD

Czyżbyście się, o siostry, na rzecz tę zgodziły?

DRUGA FORKIADA

Spróbować można —

TRZECIA FORKIADA

— ale bez oka i zęba!

MEFISTOFELES

Szkoda! to już nie będzie taka sama gęba;

to oczko i ten ząbek to istota sprawy!

JEDNA Z FORKIAD

To drobiazg! Spróbuj jeno, a nabierzesz wprawy.

Zamknij no jedno oko — tak! — wargę wznieś w górę.

by jeden ząb odsłonić; — sprytną masz naturę,

w lot pojąłeś — i jednej z nami już urody

jesteś — podobny do nas jak dwie krople wody.

MEFISTOFELES

Nazbyt mnie psujecie!

FORKIADY

Niech będzie!

MEFISTOFELES

już jako Forkiada

Więc niech będzie —

oto staję w zrównanym z wami, siostry, rzędzie!

Ujrzysz mnie, tajemniczy i zawiły święcie,

jako Chaosu wielce ulubione dziecię!

FORKIADY

O, tak! Chaosu córyśmy niesamowite.

MEFISTOFELES

Byle mnie też nie brano za Hermafrodytę612!

FORKIADY

Zgoła się inna trójka z dawnej trójki zlepia!

mamy społem dwa zęby i dwa społem ślepia.

MEFISTOFELES

Ze wstydu trzeba mi się chyba w gąszczu zaszyć,

lecz wpierw skoczę do piekła kolegów przestraszyć.

Wychodzi.

ZATOKI MORZA EGEJSKIEGO

Księżyc w zenicie nieruchomy.

SYRENY

leżą na głazach, śpiewają i grają na fletniach

Ciebie wróżki z nieb otchłani

zaklęciami w mrokach nocy

wołały ku skalnej grani!

Bądź nam, Pani, ku pomocy;

i przesrebrzonej cichej dali

spłyń na bezmiar żywych mórz,

prześwietlone cuda twórz;

po ruchliwej, skrzącej fali

stąpaj cicho, lekko, zwiewno —

przejścia twego srebrny ślad

będzie się zadumą kładł

w sercach naszych, o, królewno!

Snuj z promiennych gwiazd przędziwa

pieśni ponadziemskich stref;

zawtóruje ci nasz śpiew,

Srebrna Pani Miłościwa!

NEREIDY I TRYTONY613

Pieśń śpiewajcie w nocy głuszy,

pieśń, co morski bezmiar wzruszy;

z głębin płyniemy, z daleka,

z szalejących burz ojczyzny —

mkniemy ku wam na mielizny,

bo nas wasza pieśń urzeka.

Tak weselnie ustrojeni,

w koralowych szat purpury,

w kałakuckich614 pereł sznury,

w kolie zorzanych promieni,

w głębin delie615 szmaragdowe —

wieńcem meduz wieńcząc głowę,

płyniemy w pogłosach burz

do was — czarodziejki mórz.

SYRENY

Ludu burzy! — wiemy, wiemy,

w głębiach rybny naród niemy

żyje głucho, beztroskliwie;

wy świąteczni i weselni

bądźcie śmiali, żywi, dzielni

w przesrebrzonym nocy dziwie.

NEREIDY I TRYTONY

Nie lękajcie się — my sami

radziliśmy z głębinami,

jak nam działać w tej godzinie;

obaczycie nas w zatoce,

że w nas szumne, dumne moce,

że w nas krew, nie woda płynie.

Odpływają.

SYRENY

Drużyna hoża i świeża

na samotrackie wybrzeża

z szczęśliwym wiatrem odpływa;

w państwo tajemnych Kabirów

dążą wśród kręgów i wirów.

Na jakież płyną tam dziwa?

Czy pomagają, czy szkodzą

te bóstwa, co same się rodzą,

co same z siebie powstają

i same siebie nie znają.

Trwaj, Luno, nieruchomo w srebrzystej pustoszy,

niechaj noc trwa najdłużej, dzień niech nas nie płoszy!

TALES

na brzegu do Homunkulusa

Do Nereusza616, ciebie, starego prowadzę,

z nim rozmówić się i zasięgnąć wieści — radzę!

Wprawdzie strasznie uparty, zrzędliwy dobrodziej

i nikt mu jako żywo w niczym nie dogodzi,

— a najbardziej go ludzie mierżą, irytują —

lecz że zna przyszłość, więc go wszyscy respektują,

wszyscy czczą — choć się w jamie odludek zasklepił —

boć niejednemu pomógł, niejednego skrzepił.

HOMUNKULUS

Więc próbujmy! — Zapukam i powitam pięknie,

przecież to nie zaszkodzi — szkło z tego nie pęknie.

NEREUSZ

Któż to tam w mą jaskinię bezczelnie zaziera —

czy to ludzie? śmiertelni? Żółć gniewem mi wzbiera!

Twory marne, dorównać boskiej chcą osobie,

a przeklęci dorównać zdolą ledwie sobie.

Dawno mogłem odpocząć, bo i wiek mnie trudzi,

alić zawszem pomagać chciał najlepszym z łudzi.

Nadaremno — przekora stoi na zawadzie —

wszyscy zawsze działali źle, wbrew mojej radzie.

TALES

Wszyscy się jednak, starcze, liczą z twą osobą,

jesteś mędrcem! — z tej racji stajemy przed tobą:

półczłowieka istotę skupia płomyk blady,

udziel jej, zatroskanej, starcze morski, rady.

NEREUSZ

Rady?! — O, nie zadaję się już z ludzką tłuszczą,

jednym uchem słuchają, a drugim wypuszczą.

Ileż to razy czyn ich mści! się jak najsrożej,

lecz to ich nie nauczy, błądzą coraz gorzej!

Jakżeż to przestrzegałem Parysa, ladaco,

że mu się jego żądze niewczesne617 odpłacą;

na helleńskim wybrzeżu stał w zachodniej zorzy

płonący — i mówiłem z ducha — wieszczek boży:

o strasznych, krwawych mękach zarwanego zgonu,

o zgliszczach i pożarze świętego Ilionu,

O tym, że ducha swego w wstydzie sponiewiera,

wklęty na całą wieczność w heksametr Homera —

I cóż? — jemu się wróżba starca zda zabawą —

pustka i nieoględność pomściły się krwawo;

lat dziesięć mija ledwo, z gór orły się zerwą

i topią krzywe szpony w Priamidów ścierwo.

A Odys? — jemum wieścił o Achajów zwadzie

i o Circe618 podstępnej, o Cyklopów zdradzie

i o innych przygodach, a on w odpowiedzi

robi swoje — w tułactwie sroma się i biedzi,

aż wreszcie, jak z wyraju umęczone ptaki,

wraca do wytęsknionych wybrzeży Itaki.

TALES

W mądrych słowach twych gorycz płonie jako głownie,

lecz dobroć nakazuje próbować ponownie —

łut619 wdzięczności podany w odpowiednej chwili

cetnary620 niewdzięczności przeważy, przesili;

i myśmy tutaj przyszli z bardzo ważną rzeczą,

ten stworek pragnie stać się istotą człowieczą.

NEREUSZ

Dziś nic nie powiem! — Dziś dla mnie dzień święty!

Ożyją niebywale mórz żywe odmęty

na ojcowe wołanie; — na srebrne posiady

wychyną morskie Gracje, córki me, Driady.

Ani Olimp wysoki, ani ziemia cała

piękniejszych istot nie ma i nie będzie miała.

Cudne, wiotkie postacie nurzają się w tonie,

i podrzutem fal skaczą na neptuńskie konie,

lekkością uskrzydlone, uniesione w tanie,

zdają się zwiewnie ślizgać po świetlistej pianie;

a na ich czele śliczna, prześwietlona kruża,

Galatea621 jak Wenus z piany się wynurza;

jej to na Pafos622 boski hołd składają w dani,

odkąd wyspą wzgardziła Cypru piękna Pani.

I tak strojna perliście w konchowe opale

dziedziczka boskich włości kwieciścieje w chwale.

Odejdźcie! — Niechże godzin radości ojcowskiej

nie spsowają zgryzoty, złości ani troski.

Idźcie do Proteusza623! — co mnie do tych baśni —

jak stać się, jak odmienić — odmieniec objaśni.

Oddala się to stroną morza.

TALES

Stracony czas! zmartwionyś — widzę po twej minie —

choć spotkamy odmieńca, to się nam wywinie,

a jeżeli przystanie, sens słów tak przetrąci,

że zmilkniemy, a w głowie do reszty się zmąci.

Lecz, że to chcesz koniecznie dochrapać się wiedzy,

nie pomińmy tej jeszcze, choć niepewnej miedzy.

Oddalają się.

SYRENY

na szczytach skał

Cóż tam przez morskie manowce,

pod wiatru cichym powiewem

leci jak białe żaglowce

z klaskaniem, śmiechem i śpiewem?

To one mierzwią mórz tonie,

kwiat oceanów i cud —

boginie perlistych wód!

Spieszmy je witać w pokłonie!

NEREIDY I TRYTONY

Ramiona nasze obarcza

olbrzymia żółwia tarcza.

W orszaku morskich dziew,

oto najstarszych bogów

do waszych niesiemy progów;

przywita ich wasz śpiew!

SYRENY

Postać mała, siła wdała,

Stróże prastarych przybytków —:

opieka, ratunek rozbitków.

NEREIDY I TRYTONY

Przynosimy Kabirów624

na wesołe święto,

staną pośrodku wirów

ciszą niepojętą.

SYRENY

My widzimy z daleka,

gdy grom wbudza trwogę,

ich wszechmocna opieka

ratuje załogę.

NEREIDY I TRYTONY

Trójmoc niesiem szczęśliwie,

czwarta przyjść nie chciała,

właśnie ta, co prawdziwie

za nich wszystkich działa.

SYRENY

Bóg, co boga drugiego

w pośmiew jawny daje —

choć klęczysz u stóp jego,

nieszczęściem się staje.

NEREIDY I TRYTONY

Kabirów tajemniczych siedmioraka postać!

SYRENY

Gdzież, powiedzcie, z siódemki — troje mogło ostać?

NEREIDY I TRYTONY

Pytanie wasze złowieszcze,

i my się o to pytamy —

ponoć jest ósmy jeszcze,

lecz tego zupełnie nie znamy.

Władza ich jest i działa,

lecz w mgle ich istność cała.

O, Bóstwa wielkie! — O, nieporównani!

z mocą trwacie przed przemian ostatecznych tronem,

wieczną tęsknotą smagani i gnani

za niepojętym, za nieogarnionem!

SYRENY

Czy w dzień, czy w nocy w pokornej wierze

do bóstw nieznanych wznosim pacierze.

NEREIDY I TRYTONY

Jakże cześć nasza zakwita bogato,

że my to święto ogłaszamy światom!

SYRENY

O, jakżeż bohaterstwa bladą świecą łuną,

— nawet one wyprawy po złociste runo —

wobec naszych zdobyczy z mórz otchłannych wirów,

skąd niesiemy w triumfie mitycznych Kabirów.

CHÓR

Z otchłani mórz, z otchłani najgroźniejszych wirów

sobie i mam przynieśli mitycznych Kabirów.

Nereidy i Trytony odpływają.

HOMUNKULUS

Bezkształt tych bóstw jest dla mnie jako pusty czerep625,

— nad tym się mądrzy głowią — po to schodzą w Ereb!

TALES

Oto, co ma specjalny wdzięk i urok w świecie:

rdza dopiero dodaje wartości monecie.

PROTEUSZ

niewidoczny

Mędrkujecie, niech was trzysta!

ja, co jestem kolorysta,

mówię i powtarzam zawsze:

im dziwniejsze, tym ciekawsze!

TALES

Gdzie jesteś Proteuszu? —

PROTEUSZ

sposobem brzuchomówczym, raz blisko, raz daleko

— Tu i tam —

TALES

Stary figlarzu! — bywaj! — znam cię, znam,

lecz mnie nie zwiodą twoje gry —

na prawo głos twój — w lewo ty!

PROTEUSZ

niby to z dala

Bądź zdrów!

TALES

cicho do Homunkulusa

Zaświeć no mocno! Już jest blisko!

Ciekawy jest okropnie,

a więc w świetlane kolisko

nos zechce wsadzić pochopnie.

HOMUNKULUS

Juz świecę! starczy? — coś w retorcie jękło,

boję się, by rozgrzane szkło z nagła nie pękło.

PROTEUSZ

w postaci olbrzymiego żółwia

Cóż to za światło przymglone i złote?

TALES

zakrywa Homunkulusa

Możesz się przyjrzeć, jeśli masz ochotę,

Lecz mniemam, waćpan, nic na tym nie straci,

jeśli się nam pokaże w człowieczej postaci,

a już jeśli chcesz ujrzeć to, co świeci za mną —

przybierz kształt mniej potworny, postawę mniej kłamną.

PROTEUSZ

jako człowiek

Nie ma co mówić, umiesz z mańki zażyć.

TALES

A tyś odmieńcem ostał! — przestańmy się swarzyć.

odkrywa Homunkulusa

PROTEUSZ

zdumiony

Karzełek i świetliczek — dziw! — w osobie jednej?!

TALES

Prosi ciebie o radę, widzisz, bardzo biedny —

sam mi to opowiadał, nieco chaotycznie —:

urodzony jest, jakby to rzec — połowicznie,

a teraz chciałby się stać! Nie brak mu wartości,

pojętny — myślom jego znacznej przytomności

odmówić nie podobna; więc z tego oszklenia

pragnie się wyrwać — tęskni do ucieleśnienia.

PROTEUSZ

do Homunkulusa

Dziewicorództwa626 problem rozwiązałeś —

zanim się miałeś stać, ty już się stałeś!

TALES

cicho

Również mam podejrzenie, powiem ci to skryto,

coś mi się zdaje, że on jest hermafrodytą.

PROTEUSZ

Ach, to drobiazg! to przecie nic a nic nie szkodzi,

może sobie płeć wybrać, nim się w ciele zrodzi.

Lecz szkoda każdej chwili! — Tu cię nic nie zmieni,

trzeba rozpocząć próby na morskiej przestrzeni.

Trza zacząć od małego, pożerać drobiny,

potem większe istoty — i — tak z czynów w czyny

piąć się, jak po drabinie, od zdarzeń do zdarzeń,

aż dojrzejesz do coraz wyższych przeobrażeń.

HOMUNKULUS

Tu wiatr cudne powietrze śle przez morskie tonie;

tak dziwnie zielenieje! ach! przesłodkie wonie!

PROTEUSZ

Wierzę, o, bardzo wierzę, milutka chłopczyno,

tam na morzu powietrze wonieje jak wino!

tam dopiero jest miło, lekko, co się zowie —

tu włóczą się opary; — na morze! po zdrowie!

Widzisz ten orszak piękny przed znaczną osobą?

jak się z morza podnosi, jak wabi pląsami —

zbliża się; — chodźcie ze mną!

TALES

Ja już idę z tobą —

HOMUNKULUS

Dziwy! Dziwy prawdziwe! W drogę! Idę z wami!

Telchinowie627 rodyjscy na morskich koniach i smokach: z trójzębem Neptuna w ręku.

CHÓR

Wykuliśmy trójkąt Neptuna, kowale,

trójzębem przycisza bóg wiry i fale.

Gdy burza szumiąca rozmawia z Neptunem,

bóg morza jest hukiem — bóg burzy piorunem;

gdy górą w błyskaniach grom wali za gromem,

mórz głębia oddźwięka bezmiernym ogromem,

a co się w pośrodek niebacznie nawinie,

na pył jest zmiażdżone jak ziarno we młynie;

w paździerze je strzaska przemożny szał tuczy,

a fala zmierzwiona po skałach wywłóczy;

tak oto w podzięce, dziś Neptun nam w ręce,

to berło dał swoje, na radość, ukoje.

SYRENY

W tej godzinie wysrebrzonej,

o, heliosowy628 orszaku,

bądź nam szczęśnie pozdrowiony

w Luny przeświętym znaku.

TELCHINOWIE

O, Pani Srebrzysta! — Rozbłyska poświata

jak uśmiech siostrzany posłany do brata;

ku wyspie rodyjskiej nachylasz w śnie ducha,

skąd pean629 słoneczny jak jutrznia wybucha.

Gdy dzień się otrząśnie z pełznących w mgle cieni,

oświeca nas słońce uśmiechem promieni

i patrzy na góry, na miasta, na wody,

rumiane, rozśmiane przepychem urody.

Mgła nocna się snuje po łąkach, po lesie —

już świt ją rozświeci, a powiew rozniesie,

a Helios się spręży, podźwignie i wstanie

młodzieńczy bohater w złocistym rydwanie.

Telchiny pierwotni władnący od wieka,

zaklęli moc Boga w kształt godny człowieka630.

PROTEUSZ

Niechże śpiewają, niech się chwalą,

że wklęli słońce w spiż czy w głaz —

słońce z nich szydzi — minie czas —

a w pył posągi się rozwalą;

ono, co tworzy, skupia, spaja,

czymże dlań pusta głusza cisz?

czymże dlań bezruch, zimny spiż?

czymże dlań chwalców dumnych zgraja?

Stoją bogowie w rzeźbie, niemi,

co mówię! — toć się stało przecie!

jedno trzęsienie marne ziemi —

posągi zwali, zmiażdży, zmiecie.

Życie spojone z ziemską grudą

jest zawsze bólem, troską, żmudą;

życiu jedynie fala sprzyja,

co lśni, i w wieczność się przewija.

Tam, w tę wieczystych wód urodę,

ja jako delfin cię zawiodę.

zmienia się w delfina

Wiele cię czeka w życiu prób; —

na grzbiet mi siadaj, panie młody

pójdziemy drogą żywej wody —

tam z oceanem zawrzesz ślub.

TALES

Stoisz, Homunkulusie, u dni twoich wątku,

radzę: zacznij istnienie swoje od początku.

Działaj szybko i sprawnie; zadanie twe wdzięczne;

na rozkaz życia formy przybierzesz tysięczne,

aż się czasy wypełnią — przyszłość to daleka —

wdziejesz na siebie szatę ostatnią: człowieka.

Homunkulus siada na Delfina-Proteusza

PROTEUSZ

Więc naprzód — do wodnistych leż.

Zażyjesz, bezcielesny zuchu,

do woli pędu, wiru, ruchu,

urośniesz wzdłuż i wszerz.

Lecz miejże mi pohamowanie,

po szczeblach bytu właź powoli,

bo kto się raz człowiekiem stanie,

ten się już z kresem swym zespoli.

TALES

Lecz i tutaj światełko jaśniejsze migoce:

miło człowiekiem wielkim być w swojej epoce.

PROTEUSZ

do Talesa

Niby jak ty nie przymierzając!

Na to ma czas nasz szklany chwat;

między duchami się szwendając,

znam cię od kilku setek lat.

SYRENY

na skałach

Chmurki złocą nieba głębie,

kryją księżyc — wiotkie, miękkie;

to nie chmury, to gołębie!

białoskrzydłe, bieluteńkie.

Lecą ciszą niepojętą,

z Pafos631 lecą do nas w gości!

Kończy się już nasze święto

w pełni szczęścia i radości!

NEREUSZ

przy Talesie

Jakiś nocnych dróg włóczęga

rzekłby, patrząc na zjawisko,

że to chmura, co gwiazd sięga,

że podchodzi do nich blisko —

lecz my, duchy, wiemy pewnie,

tą mądrością nieczłowieczą,

że to córce mej, królewnie,

co pod nocy tej jest pieczą,

krąg gołębi towarzyszy

i tak mieni się bieliście

w rozsrebrzonej nocnej ciszy

na mej córki święte przyjście.

TALES

I ja mniemam, że najlepiej,

aby cisza sobą żyła —

mędrca to pragnienie krzepi,

aby świętość świętą była.

PSYLLE I MARSY632

na morskich bykach, jałówkach633 i trykach634

Na Cyprze w podziemnej jaskini

tajemnej, nikomu nie znanej,

stoi wóz święty bogini,

bogini naszej kochanej.

Ani go fala zaleje,

ani trzęsienie nie wzruszy,

bo on — to nasze nadzieje,

on duszą naszej jest duszy.

I jeno przez noce samotne,

przez sennej fali zsrebrzenia,

wieziemy w szlaki powrotne

królową — na serc pokrzepienia!

Idziemy, mórz pracownicy,

ani nas księżyc nie płoszy,

ani skwir635 krwawej orlicy

rozdrgany w ponurej pustoszy.

Przez cienie i światła, i mroki,

przez czasy, trwania i zmiany,

przez szlaki wód, czy posoki636

idzie nasz orszak zwołany;

przez miasta, wsie i grodziska

do wyznaczonych granic

na świętych bóstw uroczyska637

idzie — nie zważa na nic!

Przez wieki, co w pustkę się toczą

niesiemy boginię uroczą.

SYRENY

Płyną w tanecznych fal pląsie

wokoło wozu królewnej638

i przewijają się, gną się

w rytm melodyjny i śpiewny.

Do nas! Do nas, do nas, zwidy,

prężne, urocze i zwiewne —

Driady i Nereidy.

Tu do nas — przynieście królewnę!

Zawtórzymy wraz trofeom —

mórz zielonych szczęsne swatki,

przybywajcie z Galateą,

wizerunkiem boskiej matki!

Galateo! — Cześć ci! — Cześć ci!

O, łącząca czar boskości

i czar ludzki —: wdzięk niewieści —

w nieśmiertelny hymn miłości!

DORYDY

przepływają chórem przed Nereuszem; wszystkie na delfinach

W przepych srebrzystych, mieniących wianków

ustrój, o, Luno, orszak uroczy,

bo oto miłych słodkich kochanków

przyprowadzamy przed ojca oczy.

do Nereusza

Oto młodzieńcy, których z topieli

rączyny nasze szczęśnie wyrwały —

złożyłyśmy ich na mchu pościeli,

piersi ich nasze z martwych ogrzały.

Wśród pieszczot naszych wzrosły junaki,

wdzięczą się grzecznie, całują pilnie —

płyniemy z nimi przez morskie szlaki —

o spójrz na swadźby639, ojcze, przychylnie!

NEREUSZ

Zdwojoną korzyść losy przynoszą:

współczucie serca łączą z rozkoszą.

DORYDY

Słowa twoje najłaskawsze,

sprzyjające, miłujące —

pozwól kochać ich na zawsze

paść nimi piersi drżące.

NEREUSZ

Niechże was zdobycz wdzięczna raduje,

młodzieńcy w mężów dostojnych wzrosną;

lecz was nie zdarzę łaską radosną —

ponad mą wolą Dzeus640 króluje.

Jak kołysanie chybotnej fali

chwiejna jest miłość, zmienne jest życie,

a gdy się skłonność do cna wypali,

same kochanków swych porzucicie.

DORYDY

Płoną nam serca, wichrzą się szały,

rozkosz się dwoi smętem rozstania —

zażywać z wami miłości trwałej

wola nam bogów wiecznych zabrania.

MŁODZIEŃCY

Lubością nas karmicie,

włodarzy kruchych lodzi —

przesłodkie nasze życie,

nie może nam być słodziej.

Galatea zbliża się na rydwanie z konchy.

NEREUSZ

Tyżes to, córo moja?! — Śliczna krasawica641!

GALATES

Ojcze mój, szczęściem wielkim płoną moje lica —

Więżą mnie twoje oczy! — Wstrzymajcie Delfiny!

NEREUSZ

Mijają mnie! — Z przystani na morskie głębiny

orszak zmierza z pośpiechem, srebro fal roztrąca,

nie wstrzyma go ojcowska tęsknota gorąca!

Zabierzcie umie ze sobą! — To jedno spojrzenie

ma cały rok wypełnić?! — O, słodkie wspomnienie.

TALES

Radość zakwita we mnie, radość przewspaniała,

— krzyczeć pragnę i wołać: — chwała! chwała! chwała!

Co jeno wielkie pięknem prawdziwej urody,

rodzi się i powstaje z prawieczystej wody

i w wodzie byt ma wszystko! — Święty oceanie,

w tobie jest łaska życia i bytu władanie!

Gdybyś ty chmur nie zsyłał,

gdybyś rzek nie rozwijał,

gdybyś deszczów nie spijał,

gdybyś lądów nie mijał —

czymże by były góry, doliny i światy?

ty w nie tchniesz wiecznie nowe życia aromaty!

ECHO: CHÓR ORSZAKÓW

Ty chronisz skrzętnie wszelki żywioł od zatraty.

NEREUSZ

Oto w dali koliskiem rozchwianym się toczą

lecz już oczu kochanych nie zbliżą mym oczom.

Jak łańcuch łyszcząc się statecznie

i uroczyście, i świątecznie

płynie orszaku barwny wąż —

z rozchybotanych fal zawici

konchowy rydwan Galatei

widzę — dostrzegam — wciąż.

Poprzez tańczących fal igrzyska642

jak złota gwiazda z mórz wybłyska

— to tam — to tu —

Lecz chociaż w wieczność już zapadnie —

ojciec go dojrzy — wciąż — dokładnie —

oczami snu.

HOMUNKULUS

W tej rozperlonej wilgoci

świecę, a wszystko się złoci

urokiem tęczowych barw...

PROTEUSZ

W tej życiodajnej wilgoci

twe światło się pieśnią rozzłoci,

graniem eolskich harf643.

NEREUSZ

Już płyną jak widma do modrych mórz ciemnic

w uroku nieznanych, znaglonych tajemnic.

W krąg konchy jak świetlak644 u róży kielicha

coś świeci, rozbłyska, to w mżeniu nacicha.

Blask tętni jak serce strwożone — rozgłośnie

— już płomień dygoce pieściwie, miłośnie...

TALES

To właśnie Homunkulus; Proteusz go wiedzie...

Niestworek roztęskniony ugania na przedzie —

niepokoi mnie pojęk w światła szklanym tonie —

heroizm szalony strzaska się przy tronie —

— już rozbłyska płomieniem — skrzy słodyczą pieszczeń,

błękitnieje i blednie — rozlewa się w przestrzeń!

SYRENY

Cud nagły! Ogniowy! — Cud fale odmienia,

pluszczące rytmicznie wśród światła i cienia;

rozświetla się przestwór, modrzeje pogodnie,

a ciała się żarzą jak białe pochodnie;

roztapia się przestrzeń w jasności płomiennej —

to Eros! — to Eros! — Bóg życia promienny!

Pochwalone bądź morze rozpieśnione falą!

Pochwalone płomienie, co świecą i palą!

Pochwalone wód głębie żyjące w przestworzu!

Pochwalone przygody na lądzie i morzu!

WSZYSTKIE CHÓRY

Pochwalony bezkresie błękitny, daleki!

Pochwalone przepaście i skalne wierchoły!

Pochwalone bądź życie promienne na wieki!

O, pochwalone bądźcie wy, cztery żywioły!

AKT TRZECI

PRZED PAŁACEM MENELAUSA645 W SPARCIE

Helena, Pantalis, Forkiada-Mefistofeles, Chór niewolnic trojańskich

HELENA

w orszaku chóru

Powracam do ojczyzny lżona, podziwiana

— nazbyt długą podróżą znużona; — pijana

kołysaniem fal morskich; — z frygijskich646 wybrzeży

na grzywach wodnej toni statek lotny bieży

siłą wiatru, opieką Posejdona647 gnany —

aż tu po te rodzinne, dobrze znane ściany.

Król Menelaus powrotem moim się raduje

i w gronie bohaterów walecznych ucztuje.

Przywitaj mnie miłośnie, ukochany dworze,

oto córa Tyndara648 wstąpiła w przedproże

domu, który jej ojciec wracając z podróży

wybudował wspaniale wśród cienistych wzgórzy.

Otom ci z Klitemnestrą649, Polluksem, Kastorem

w dzieciństwie na majdanie igrała przed dworem,

który dla zacnych gości na ścieżaj otwarty

był duszą i ozdobą dworzyszcz całej Sparty.

Witajcie mi przyjaźnie, wy spiżowe wrota;

patrzę na was, a w sercu wzbiera mi tęsknota

za tym czasem odległym, gdy z grona cnych dziewic

tędy wiódł mnie w łożnicę Menelaus królewic.

Otwórzcież mi się znowu! Stoję u podwoi

wierna mężowi służka, jak żonie przystoi.

Przepuśćcie mnie! Niech ze mną szczęście wejdzie samo,

przeszłość jak sen złowrogi zostanie za bramą.

Odkąd w święto Cytery650 opuściłam progi,

odkąd mnie porwał zbójca podstępny i srogi,

aż po czasy niedawne — ileż się podziało!

Ileż dni niepojętych i przygód przewiało,

z których ludzie skwapliwie wyłuskując błędy,

z rąk do rąk przerzucają obmierzłe legendy;

dla nich to jest zabawą, ba! plotką niewieścią —

gorze tym, którzy legend są nieszczęsną treścią.

CHÓR

Nie przeklinajże doli swej niesłychanej,

bezmiar szczęsnego losu tobie jest dany!

Sławy i piękna w świecie największa cena

nosi wszak twoje imię — zwie się: Helena.

Bohater czynem wdałym651, sławą się puszy —

twoja piękność go zmoże, zmiażdży i skruszy.

HELENA

Więc z mężem-ci przybyłam, z rycerskim narodem,

przez Menelausa właśnie wysłana tu przodem.

Lecz jaki zamysł w głębi myśli swoich chowa?

wracam jako małżonka? czy jako królowa?

czyli652 jako ofiara za cierpienia księcia,

za niefortunne greckich ludów przedsięwzięcia?

Jak łup wracam? — nie wiem! — czy jako niewolna?

O! droga losów moich i sławy mozolna!

Bogowie kierowali życiem mym opacznie —

i oto stojącej tutaj — tak w sercu rozpacznie,

łkam w niepewności wielkiej; — podczas całej drogi

rzadko spojrzał, a nie rzekł nic małżonek srogi!

Jednym słowem łagodnym nie zwrócił się do mnie,

w milczeniu podstępliwym zacięty niezłomnie.

Gdy skrzydlate okręty zhamowały biegi

i dziobami twardymi wspięły się na brzegi,

witając tak ojczyznę sobą i swym cieniem,

wyrzekł te słowa jakby za bogów natchnieniem:

oto tutaj staniemy; zwołam rycerzyków

i uczynię na brzegu walny przegląd szyków;

a ty jedź dalej; przywdziej strój podróżny, lekki,

kieruj się dolinami uprawnymi — rzekł —

aż rumak twój kwieciste łąk kobierce minie

i podjedzie ku sławnej ojczystej dolinie,

którą Lacedemończyk poprzez wieki liczne

lemieszem zmienił w łany żytnie i pszeniczne.

A tam już stoi dwór nasz; zlustrujesz służebne,

jejmość — oraz poczynisz porządki potrzebne

na nasz przyjazd; więc mówię, uczyńże to skoro653;

służby doma pod on czas ostawilem sporo

pod wodzą starej, mądrej, oddanej szafarki654;

każesz sobie pokazać kolie, wazy, czarki

i całe złote mienie, co w skarbczyku leży,

rozstawione po półkach, skrzyniach, jak należy —

jak je ojciec twój zebrał — pomnożone mnogo

zasobkiem czasu miru — i tym, który wrogom

odebrałem — zwycięzca! — Służba wierna, chętna,

na powrót z wojny pana i pani pamiętna,

pieczołowicie dbała — od szatnych do prządek

o rolę, stajnie, skarbczyk i domu porządek.

CHÓR

Rozraduj serce swoje skarbów mnogością!

Spojrzy na ciebie złoto z dumną hardością,

spojrzą na cię iskrzące kolie, korony —

— twe źrenice, czy wzrok ich — któż jest zdumiony?

Któż zwycięży? Perły i złota zbroja,

kamienie drogie, puchary — czy piękność twoja?

HELENA

A tedy z ust władyki dalszy rozkaz padnie:

gdy już dom i obejście zlustrujesz dokładnie,

wejdź w sprzętów liturgicznych świątynne alkierze,

wybierz trójnóg, naczynia potrzebne ofierze

uroczystej, więc kotlik z przypłaskim obrębem;

najczystszą wodę z źródeł szemrzących pod dębem

świętym każ nalać w dzbany; niechże służba żywo

przyładzi655 smolne szczapy i suche łuczywo;

nóż ofiarny każ zaostrzyć i wszystko poza tym,

co uznasz za potrzebne; jejmość znasz się na tym.

Tak oto rzekł Menelaus. Nie wymienił wcale,

jakie zwierzę zarzezać chce ku bogów chwale;

to dziwne! — Cóż poradzi serce me kobiece,

ostawiam wszystko bogom, ich mądrej opiece;

oni zamysł swój pełnią w odpowiednim czasie,

bez względu, czy to ludziom dobrym, czy złym zda się,

Śmiertelni los znieść muszą; zdarza się, że mierzy

ofiarny topór w zwierzę, co we więzach leży,

aż oto obraz bóstwa błyśnie przed oczyma

i podniesiony topór w powietrzu zatrzyma.

CHÓR

Co stać się musi, tego nie zmienisz,

zyskasz, jeśli się męstwem spłomienisz.

Naprzód! Jak bogi chcą, tak się stanie!

Dobry i zły los nas niespodzianie

nawiedza zawsze; — otośmy w Troi

u strasznych śmierci stali podwoi,

a już po wszystkim, jakoby po śnie —

tutaj stoimy z tobą radośnie.

Słońce nas grzeje promieńmi swemi,

o, najpiękniejsza pani na ziemi!

HELENA

Niechaj się losy pełnią! Mnie trudno coś orzec;

spełniam rozkaz — wstępuję na królewski dworzec,

w uciechach zapomniany, w latach zagubiony,

a oto żywy sercu w chwili wytęsknionej.

Już mnie znużone stopy po schodach nie niosą

jak w młodości, gdy po nich uganiałam boso.

Wchodzi w sień dworu.

CHÓR

Porzućcie, siostry, smutki i troski,

pomóżcie pani, swej pani boskiej

szczęścia udźwignąć brzemię! — Powraca!

Jakże w wspomnieniach czas się ukraca!

wczoraj stąd wyszła, dziś w ojców progi

kieruje kroki z dalekiej drogi.

Chwała! cześć bogom, którzy z manowca,

w ojczyznę wiodą szczęśnie wędrowca.

Wolny w poczuciu radosnych skrzydeł

mija pustynie strzyg i straszydeł;

niewolnik w pleśni więziennej kona,

próżno ku słońcu pręży ramiona.

Bóg ją, daleką, w dobroci swojej

wyrwał z pożogi płonącej Troi

i w dworzec stary dziś w szacie nowej,

Helenę przywiódł w jej dom ojcowy.

Po czasach uciech i przeciwności

w zielonych latach sercem zagości.

PANTALIS

chórowi przewodząca

Zaprzestańcie już śpiewów, radosny wstrzymajcie krok,

oto tam ku wierzejom skierujcie zlękniony wzrok.

Siostry! Siostry, popatrzcie! Królowa wraca bez tchu!

w sieniach podzwania jej krok! Królowa wraca tu!

O! Dlaczego, królowo? — Dopieroś weszła na próg,

czyliż cię nie przywitał radosny okrzyk twych sług?

Jakaż groza cię zmogła? W łuk ściągasz królewską brew,

walka w twym sercu płonie, lecz lica rumieni gniew.

HELENA

wraca wzburzona, drzwi ostawia otwarte

Drżeć w trwodze córze Dzeusa wcale nie przystoi,

nie z błahej też przyczyny staję u podwoi;

przerażenie wylęgłe z łona nocy czarnej,

ten bezmiar chmur w pioruny i grozę ciężarny,

stuoki, sturamienny — gdy się w serce wpiera

zatrzęsie najmężniejszą piersią bohatera.

I oto mi przed oczy zjawa nagła, bliska

rzuciła się purpurą w świetlicy z ogniska —

— broni mi wejścia, progi wytęsknione kala —

przeto jako wzgardzony gość — tu staję — z dala!

Światła! — To nie są, wierzcie, zwidzenia niewieście;

nie ścigajcie mnie moce, czymkolwiek jesteście!

Jakąż ofiarą z domu straszydło wyświęcę?

wszak dom winien być czysty jak sny niemowlęce.

PANTALIS

Przed służkami wiernymi, wypowiedz, o Pani —

— one cię czczą, kochają! — Co serce twe rani?

HELENA

Com widziała? — To ujrzeć trza na własne oczy,

jeśli wpierw noc straszydła nie schłonie w pomroczy.

Ach! na samo wspomnienie strach przechodzi mrowiem,

pytacie, chcecie wiedzieć? — Słuchajcie, opowiem:

pamiętna obowiązku szłam radośnie w sienie;

wraz struchlałam, tak głuche stało w nich milczenie;

krok mój podzwaniał tępo w płyt kamiennej głuszy;

pusto; nigdzie nikogo; ani żywej duszy,

ni służebnych, co zwykle w szczebiotnej radości

wybiegały przywitać podróżnych lub gości.

Idę dalej, w świetlicę krok kieruję śmiele —

i tam to, przy ognisku gasnącym w popiele,

ujrzałam wiedźmę starą zakutaną w chusty,

przykucniętą w naśnieniu, melankolii pustej.

Zdziwiona, że bez ruchu siedzi ta nędzarka,

mówię: wstań! Pewno, myślę, to owa szafarka,

o której mąż mi prawił; — lecz ona bez ruchu

trwa, rozkazaniom moim nie dając posłuchu.

Po chwili, władnym ruchem wzniesionej prawicy,

wypędza mnie niejako z domu i świetlicy.

Odwracam się i w gniewie zmierzam, gdzie wspaniałe

małżeńskie łoże piętrzy swe posłanie białe —

tam bowiem do sypialni skarbczyk nasz przytyka;

wtedy widmo, ta zmora wychudła jak tyka,

zrywa się z pawimentu656, zabiega mi drogę,

ślepiem razi mnie krwawym! — iść dalej nie mogę,

chwieję się, blednę z nagła, to znów z nagła płonę,

a oczy me i duch mój zmącone, spłoszone.

Lecz na cóż puste słowa. Możesz słowo sprostać

wyobraźni i w dźwięku zakląć straszną postać?

Spójrzcie! Oto tu idzie! — Światła się nie boi!

Lecz wystraszy ją pobrzęk pana mego zbroi.

Tutaj, w świetle my górą! Feba657 władza święta,

brzydotę strąci w otchłań, zabije lub spęta.

W odrzwiach, na progu staje Forkiada.

CHÓR

Doznałam wiele, choć głowę słoni

dziewczyński warkocz wokoło skroni!

Patrzałam w oczy otwarte zgonu,

w zwaliska trupów, w rozpacz Ilionu658.

Przez zachmurzone walki skowyty,

przez wrzawę boju — niesamowity

krzyk ów słyszałam od niebios progów,

jak grom walący, krzyk wiecznych bogów —

tak się zaplotły słowa echowe

w pogłosy waśni głuche, spiżowe —

wzdłuż murów.

Ach! Stały jeszcze kamieńce Troi,

ale w płomieniach, wśród iskier roi;

szły tak od domu ognie do domu

pośród przerażeń krwawych pogromu,

jak błyskawica, jak grom, jak burza,

co się z północy nagle wynurza.

Wtedy ujrzałam przez zgliszcza, dymy,

wyrosłe z ognia straszne olbrzymy.

Pośród skier burzy i krwi zalewu

kroczyli groźnie bogowie gniewu —

i szły te widma przerażające

przez ciemnych ulic mroki płonące.

Byłyż to zjawy, trwogi, majaki,

czy przeznaczenia widome znaki?

Nie wiem, nic nie wiem! — Lecz oto kroczy

widmo okropne w widzące oczy;

Stoi przed nami z mroków udręką —

blisko, że mogę dotknąć jej ręką!

Stoi przed nami w słońca powodzi,

a strach nam drogę ku niemu grodzi.

Zdasz mi się jedną z córek Forkisa659,

twarz twa okropna, szata obwisa

na chudym ciele; toś ty, wywłoko,

co ząb masz jeden i jedno oko?!

Tyś tu przybyła z nocnych rozstai

siostro sióstr strasznych, okropnych Grai660?

Ty-że strasząca okiem kamiennym

stajesz przed pięknem na świetle dziennym?

Chodź! — Twa brzydota dnia nie zohydzi,

słońce brzydoty nie zna, nie widzi;

ono, co świętość dnia wypromienia,

nie widzi nigdy swojego cienia.

Lecz nas śmiertelnych los patrzeć zmusza;

bolą źrenice; wzdryga się dusza;

bolą nas oczy piękna łaknące

z patrzenia w zjawy przerażające.

Oto nam gniewem serce już pała;

usłysz przekleństwa! Usłysz, zuchwała!

Ty jesteś złością, tyś jest nieszczęście,

dosięgną ciebie słów naszych pięście;

przeklęta! Odejdź z domu i z progów

ludzi stworzonych na obraz bogów.

FORKIADA

Stara, dobra przypowieść, o której snadź wiecie:

by wstyd był przy piękności, tego nie ma w świecie.

Idą drogą doczesną przez ciąg wieków wiela,

nienawiść je nurtuje, nieprzyjaźń rozdziela;

gdziekolwiek się spotkają, na jaką by drogę

weszli — jedno drugiemu już podstawia nogę,

a potem każde pędem w swoją zmierza stronę:

wstydliwość zasromana, piękno niezmożone;

obie w końcu noc wchłonie pusta, niepojęta,

o ile je wpierw starość zgarbiona nie spęta.

Bezczelne swawolnice, zgubione w zabawie,

przybłędy rozgdakane, niczym te żurawie,

co zwartym kluczem lecą w żałosnym klangorze

jak chmura po znaczonym, przyrodzonym torze;

krzykiem, wrzaskiem cichego wędrowca zmuszają

do spojrzenia ku onym żurawim wyrajom —

cóż? — wędrowiec ostaje, one mkną w żałobie;

tak to i z nami będzie: ja sobie, wy sobie.

Bo i któż wy jesteście, co te kolumnady

budzicie szałem dzikim, chutne661 jak Menady662?

co na domu szafarkę, która was wyświeca,

wyjecie i szczekacie, jak psy do księżyca?

Znam was dobrze, na wylot, sprośne córki wojny,

pożóg i pobojowisk miocie niespokojny;

łasy na chłopskie plemię, w krwie słodyczy lubej

rycerzy i kochanków przywodzisz do zguby.

Żyjąca z cudzej pracy, bezwstydna gromada!

Jesteście jako szarańcz, co na zboża pada.

Złodziejki, wszetecznice, dziewki, ladacznice,

zdobycz przefrymarczona663, marne niewolnice!

HELENA

Kto w służki wobec pani obelgami miota,

nierządowi niebacznie wraz otwiera wrota;

chwalić jako i karać prawem gospodyni

i ona winna baczyć, co i jak kto czyni.

Rada jestem z obsługi tej gromadki mojej;

od chwili, gdy upadły mężne mury Troi,

przez cały czas nużącej, obłędnej podróży,

orszak spisał się dobrze i wiernie mi służy;

każdy zwykł dbać o siebie, gdy się fale wełnią,

one myślały o mnie; więc i tu wypełnią,

sądzę, swe powinności; kto zacz, nikt nie pyta

służby, a jeno baczy, czy w pracy obyta.

Przeto zamilcz i nie szydź z nich! Jeżeliś mienia

pańskiego dopatrzyła ty wedle sumienia,

należy się dank664 tobie — lecz oto w dom stary

wchodzi pani, więc odstąp, byś nie wzięła kary.

FORKIADA

Małżonce pana domu, co przez szereg długi

lat władała, przystoi karcić swoje sługi;

ty oto wracasz, pani, uznana królowo,

by rządy poniechane wziąć w ręce na nowo;

panuj więc, ujmij mocno lejce dziś zwiotczałe,

weź w posiadanie skarby, dom, bogactwo całe.

Broń mnie, starą szafarkę, przed tych dziew gromadą,

co przy tobie — łabędziu, jest jak gęsi stado.

PANTALIS

Jakżeż brzydką przy pięknie staje się brzydota!

FORKIADA

Przy mądrości w dwójnasób głupią jest głupota.

Tu poszczególne Chóru osoby występują pojedynczo.

PIERWSZA Z CHÓRU

Mów o ojcu Erebie665, o matce twej, Nocy.

FORKIADA

Przywołaj siostrę swoją, Scyllę666 ku pomocy.

DRUGA Z CHÓRU

Na twym drzewie rodowym roją się potwory.

FORKIADA

W piekle krewniaków twoich zastęp wcale spory.

TRZECIA Z CHÓRU

Dla ciebie w piekle wszyscy za młodzi, potworo.

FORKIADA

Tejrezjasza667 zawołaj w łoże swe, a skoro.

CZWARTA Z CHÓRU

Mamka Oriona668 była twoją praprawnuczką.

FORKIADA

Ciebie Harpie669 swym kałem karmiły, maluczką.

PIĄTA Z CHÓRU

A cóż ty jadasz, wiedźmo wychudła i blada?

FORKIADA

Nie chłepcę krwi na pewno! Ty to czynisz rada.

SZÓSTA Z CHÓRU

Ty żywisz się trupami, trupowi podobna.

FORKIADA

Wampirze! W ostre kielce gęba twa zasobna.

PANTALIS

Twoją zapcham, gdy powiem, czym była twa matka.

FORKIADA

Wyjaw, czym sama jesteś! Choć to nie zagadka.

HELENA

Nie z gniewem, lecz z żałością patrzę na was, smutnie,

o, służbo wszczynająca nierozważną kłótnię.

Cóż szkodliwszego może spotkać gospodarza,

jak swary, które służba potajemnie stwarza?

Wtedy jego rozkazy zamierają w echu,

miast żwawym czynem wrócić we wdzięcznym pośpiechu.

Na próżno gromy ciska; grom powraca gromem

i wieści wielką burzę wiszącą nad domem.

To nie wszystko! Słowami niebacznie wołacie

z otchłani niepoznanych straszliwe postacie,

które krążą koło mnie — przeraźliwą zgrają

sprzed ojcowego domu w piekło mnie wciągają.

Czy to wspomnienie? Obłęd? Czy w tej ponurości

żyłam kiedy? Czy żyję? Będę żyć w przyszłości

w tych mrokach potępienia — kędy tak grobowo?

Drżyjcie?! Więc ty mów, stara, jedno powiedz słowo.

FORKIADA

Komu przez długie lata los się zmiennie waży,

temu snem zda się szczęście, kiedy się przydarzy.

Lecz ty właśnie nad miarę, nad zwykłe możności

spotykałaś pragnienia chutne i miłości.

Jeszcześ z latek dziewczyńskich znacznie nie wyrosła,

już się ku tobie miłość Tezeusza670 niosła

buńczuczna, w huraganie, z wieńcem róż u głowy!

Mąż silny jak Herakles, piękny, posągowy.

HELENA

Dziesięcioletnią sarenkę rzucił w otchłanie niedoli,

w Afidzie, mieście attyckim, wcześniej zażyłam niewoli.

FORKIADA

Ale cię Kastor i Polluks wyrwali z ciężkiej obierzy671,

dziewosłębili672 o ciebie sławni na świat bohaterzy.

HELENA

Lecz w sercu moim nad wszystkich skłonnością cichą przesila,

postać zacnego Patrokla673, współtowarzysza Achilla.

FORKIADA

Lecz wola ojca cię daje Menelausowi za żonę,

w którym zarówno żaglowiec, jak dom ma walną obronę.

HELENA

Oddał mu ojciec swą córkę i oddał w władanie włości

i przyszła na świat Hermiona z naszej małżeńskiej miłości.

FORKIADA

Lecz na wojenkę mąż poszedł zdobywać dziedzictwo, na Kretę —

do domu gość wszedł nadobny, zastał samotną kobietę.

HELENA

Nie przypominaj mi, stara, samotnych lat półwdowieństwa,

straszliwe z niego powstały klęski i straszne przekleństwa.

FORKIADA

I mnie wyprawa kreteńska zabrała wolność i dolę,

straciłam dom i rodzinę, w długą popadłam niewolę.

HELENA

Aliści zyskałaś sobie przez szereg lat zaufanie,

oddanoć dworzec wspaniały i skarb, i włości w władanie.

FORKIADA

Tyś je swawolnie niechała — wabiło trojańskie miasto,

tam zapragnęłaś miłości, nienasycona niewiasto.

HELENA

Jedynie klęski znalazłam, losy przeciwne, żałosne

i wniwecz się obróciły wszystkie radoście miłosne.

FORKIADA

Lecz ponoć w dwojej postaci — jakąż to siłą nieznaną? —

byłaś w Egipcie i Troi674 — i tu, i tam cię widziano.

HELENA

O, nie powiększaj strachami rozterki i nie budź dziwa,

bo w niepewności wciąż żyję, gdzie, która jestem prawdziwa.

FORKIADA

A potem, wieści tak mówią, w krainie wieczystych cieni

byliście, ty i Achilles, miłośnie z sobą złączeni,

że za małżonkę cię pojął — on, co cię kochał za życia.

HELENA

To były śluby widmowe, wykwitłe z mroków ukrycia;

to sen był tylko, sen tylko, i w baśniach jako sen słynie

... i teraz snem jestem, już gasnę... ja jestem cieniem jedynie.

Słania się na ręce Chóru.

CHÓR

Zamilcz! o zamilcz, psie jednooki;

rzucisz na panią straszne uroki!

Kłem jednym błyskasz i grozisz, jędzo,

słowa twe panią z życia przepędzą.

Zło dobroczynne zwiastuje burze,

jest jak wilk srogi w jagnięcej skórze,

na kogo parol zagnie675 — zamiera!

wolej676 nam spotkać w puszczy Cerbera677.

Serce spłoszone, umysł strwożony,

gdzie? kiedy? jaki? i z której strony

uderzy piorun w chmurze ukryty

mowy obleśnej, niesamowitej?!

Zamiast przyjaźni, cichej opieki

słów, co jak fale letejskiej rzeki678

darzą ukojem i zapomnieniem —

ty ukrytego gniewu zognieniem

złą przeszłość wskrzeszasz! Złości zawieją

jej teraźniejszość smagasz, zasmucasz —

kir679 osmętnienia na przyszłość rzucasz,

co rozkwitała bladą nadzieją.

Więc — zamilcz! — Oto znika od nowa,

ledwo powstała, nasza królowa!

Trwaj, najpiękniejsza między pięknemi,

jaką wyśniło słońce na ziemi!...

FORKIADA

Spoza wiotkiej chmur zasłony błyszczy złote słońce dnia,

jakże wzrusza i zachwyca! Cała przestrzeń mży i drga;

cały świat opromieniony — spójrz, jak pięknie tu, a tam!

Przezywacie mnie brzydotą, lecz rozumiem piękno, znam.

HELENA

Wracam z pustki, strwożona, budzę się z omdlenia,

ciszy pragnę; osłabłam, stłumiony mój głos —

wszak dla nikogo nie ma wstydu, pohańbienia,

że się zlęknie, opatrzy i pozna swój los.

FORKIADA

Stajesz znowu w swej wielkości, w pięknie wyrzeczonych słów,

wzrok twój jasny rozkazuje; co rozkażesz? — powiedz! mów!

HELENA

Oby waśnią zamącony, czyn wasz opieszałość zmazał;

śpieszcie! Spełnić trza ofiary tak, jak pan mój, król, rozkazał.

FORKIADA

Wszystko w domu przyładzone680, znajdziesz trójnóg, topór, czarę,

świętą wodę i kadzidło; — co przeznaczasz na ofiarę?

HELENA

Tego król mi nie powiedział —

FORKIADA

— a więc ukrył straszne słowa.

HELENA

Czemuś rzekła: straszne słowa?

FORKIADA

— bo ofiarą ty! Królowa!

HELENA

Ja? —

FORKIADA

— i one! —

CHÓR

— my nieszczęsne!

FORKIADA

Spadnie topór na twój kark!

HELENA

Przeczuwałam los żałosny!

FORKIADA

Przeznaczenie! Szkoda skarg!

CHÓR

Z nami, z nami, cóż się stanie?!

FORKIADA

A! Krzyczycie w wielkim strachu!

Jej szlachetna śmierć! — Wy? — spójrzcie! Tam, gdzie krokwi występ z dachu,

zadyndacie w porządeczku w tej huśtawie niewesołej,

jak schwytane w sidła włosie w jałowcowych krzach681 kwiczoły682.

Helena i Chór stoją zdumione i przerażone w ugrupowaniu wyrazistym.

FORKIADA

Jak posągowe widmo stanęłaś, gromado!

Śmiertelne lęki cieniem na głowach się kładą:

dzień jutrzejszy już nie wasz! Wierę — nikt nie zmieni,

z ludzi widmom podobnych — słonecznych promieni

ochotnie na mrok nocy —; — na to nie ma rady,

nie umkniesz się i próżne ze śmiercią układy!

Śmiertelni wiedzą o tym i złorzeczą nędzy!

Tak! Zgubione jesteście! Trza kończyć co prędzej!

klaszcze w dłonie U drzwi zjawiają się postacie karle. W miarę dalszej mowy Forkiady — Mefistofelesa spełniają zwinnie, co należy.

Do mnie, pokurcze! Nocy zasmęcone śmiecie!

przytoczcie się — tu szkodzić do woli możecie.

Nuże — przynieście ołtarz zdobny w złote rogi,

dzbany napełńcie wodą — czymże-bo się zmyje

krew, którą trup bezgłowy wyrzyga przez szyję?

Tu wzorzysty kobierzec niech na piachu leży,

ofierze tak królewskiej godność się należy;

zwłoki się nim okryje, gdy odpadnie głowa,

i z należnym dostojnej szacunkiem pochowa.

PANTALIS

Królowa stoi niema, w sobie zamyślona,

dziewczęta więdną w trwodze jak trawa skoszona,

Lecz mnie, najstarszej z chóru, z słusznością bezsprzeczną

trza zamienić słów kilka z osobą odwieczną.

Zdasz się nam sprzyjać, mądra jesteś, doświadczona,

zapomnij gęgań dziewek — rzesza rozpuszczona,

jak bicz dziadowski — zmiera! Zważ serca poczciwość,

powiedz, znasz-li ratunku jakową możliwość? —

FORKIADA

Wszystko zależy od królowej! w jednej chwili,

jeżeli zechce, i wasz, i swój los przesili.

Zdecydować się trzeba wyraźnie i szparko —

CHÓR

O, najmądrzejsza Sybillo, o, najdostojniejsza Parko,

zamknij złociste nożyce i obwieść nam dzień zbawienie;

już w całym ciele czujemy te rozhojdania i drżenia,

całą okropność wisielczą! My, niewolnice i branki!

Do tańca tylko stworzone! My, pieszczotliwe kochanki!

HELENA

Tchórzą! Ja cierpię jeno! Nie ma we mnie trwogi,

lecz posłucham cię chętnie; znasz ratunku drogi?

powiedz! Może twa mądrość i wzrok przenikliwy

dla mnie i dla nich znajdzie ewentus683 szczęśliwy.

CHÓR

Mów! O, powiedz! powiedz prędko! Ból i żałość nas przenika —

jak uniknąć, jak się bronić, czym przepłoszyć widmo stryka,

co się wokół szyi węźli, ciasnym naszyjnikiem ściska!

Dusimy się, ratuj, Reo684! Bez pomocy twej śmierć bliska.

FORKIADA

Macież cierpliwość cicho wysłuchać powieści?

będzie długa i pełna treści.

CHÓR

W słuchaniu życie nasze! niech nam duch twój wieści.

FORKIADA

Kto dba o dom swój, skarbów domowych pilnuje,

stare mury naprawia i nowe buduje,

kto dach utrwala na czas wiosennych powodzi,

temu się całe życie szczęśliwie powodzi;

lecz kto świętego proga wydeptane stopnie

w bezszacunku zuchwałym przekracza pochopnie

i w świat rusza — niebaczny! — wracając w swe strony

zastaje dom zmieniony, ile685 nie zburzony.

HELENA

Przysłowia mi powtarzasz, sens ich dobrze znany;

mów, co masz mówić, starej nie rozdrapuj rany.

FORKIADA

To historia, nie wyrzut! Racz posłuchać, pani:

Menelaus od przystani jedzie do przystani,

w wiecznym korsarstwie łupi wyspy i wybrzeża,

zdobycz do domu zwozi i skarbcowi zwierza,

gdzie niszczeje na kupie; — potem Ilion burzył

przez lat dziesięć — ile na powrót czasu zużył,

nie wiem; — a tu tymczasem dom pusty niszczeje,

a któż pyta, co z domem, co z państwem się dzieje?

HELENA

Swarzeniem wiecznym, widać, myśli masz spsowane,

nie znają tylko klątwy i naganę.

FORKIADA

Tak długo północ Sparty stała bez opieki,

ów kraj wzgórzy i dolin, piękny i daleki,

aż po grzbiety Tajgetu686 — skąd wypływa strumień

Eurotas687 i tu do nas wśród zbłyszczeń i szumień

płynie przez oczerety688 i zrasza nam ziemię —

i kołysze łabędzie; — tam buńczuczne plemię

wylęgłe gdzieś spod Cymbrów689 północnej krainy,

zajęło leśne wzgórza i plenne doliny,

zbudowało grodzisko dla walk i obrony

i w głąb kraju zapuszcza zaborcze zagony.

HELENA

I mogą tak napadać? i znikąd protestu?

FORKIADA

Osiedlili się przecież od lat wzwyż dwudziestu.

HELENA

Mająż wodza? czyli też są rabusiów zgrają?

FORKIADA

To nie zbójcy! I wodza odważnego mają!

Nie narzekam na niego, trudno mu złorzeczyć,

był tutaj z swą watahą, mógł wszystko zniweczyć,

dom ograbić, haraczu zażądać rokrocznie —

lecz nie! Podarki przyjął i odszedł niezwłocznie.

HELENA

Jakiż jest? jak wygląda?

FORKIADA

Niczego! Niezgorzej!

Chłop na schwał zbudowany, odważny i hoży —

gdzież tam Grekom do niego! Rozumny mężczyzna!

Zwie się ich pohańcami, ale każdy przyzna,

kto ich choć trochę pozna, że Grekowie butni

bardziej byli pod Troją, zacieklej okrutni.

Wielkoduszność władyki wzbudza zaufanie,

a to grodzisko jego piękne niesłychanie!

to nie wasze kamienne, niezdarne okopy,

które ojcowie wasi jak istne cyklopy690

pobudowali, kamień piętrząc na kamieniu;

tam wszystko lśni w kunsztownym, zacnym obramieniu,

a wszystko według reguł do piona i wagi —

zewnątrz budowa cudna i pełna powagi

w jasnym słonecznym blasku lustrzy691 się i płoni

tak gładko, że myśl sama zślizguje się po niej;

wewnątrz podworce zacne, pełne dziwnych czarów,

otaczają budynki szlachetnych rozmiarów:

tu słupy i kolumny, wykusze692, podłużne

galerie i altany, tam rzeźby przeróżne,

herby —

CHÓR

— co to są herby?

FORKIADA

Pamiętacie męża,

który zwal się Ajaksem693? — na tarczy miał węża;

również i ci pod Teby idący w siedmioro694

na paiże695 rozmaite odznaczenia biorą,

jako to: księżyc, gwiazdy wśród nocnego cienia,

miecze, pochodnie, lutnie, bóstw wyobrażenia —

wszystko, co dziwi bliźnich, straszy i przeraża.

Podobnie, w jasnych barwach lud ten wyobraża

znaki odziedziczone i wklina je w mury,

więc lwy, orły ogromne, dzioby i pazury,

turze rogi, skrzydliska pawie, łodzie, róże,

lub runy w barwach czarnych, modrych i w purpurze:

wszystko to tarcz przy tarczy wisi w salach w górze —

a sale jak świat wielki obszerne i duże;

miejsca też tam na pląsy!

CHÓR

A są tam tancerze?

FORKIADA

Chłopcy jak malowanie! złotowłose, świeże;

aże pachną młodością; chyba jeden Parys

tak woniał, gdy się do królowej zbliżał —

HELENA

Zarys

swej mowy łamiesz; zakończ opowieść, słów szkoda!

FORKIADA

Ty ją zakończ jednym powiedzeniem: tak! zgoda! —

a natychmiast w grodzisko zaprowadzę ciebie.

CHÓR

Wypowiedz słowo zgody! Ratuj nas i siebie.

HELENA

Jakoż? Lęk mam mieć w sobie? Czyliż wy wierzycie,

że małżonek, Menelaus dybie na me życie?

FORKIADA

Zapomniała-żeś, jaka Deifoba, brata

poległego Parysa, spotkała zapłata696,

co sobie rościł prawo do pięknej bratowej,

a nawet, jak wieść niesie, zyskał względy wdowy?

Menelaj nos mu obciął, uszy — bez obsłonki

powiem — zbezcześcił męża, obciął wszystkie członki.

HELENA

Istotnie tak postąpił; bronił czci niewieściej.

FORKIADA

Z tychże samych powodów dziś ciebie zbezcześci.

Niepodzielne jest piękno: czyim jest udziałem,

ten woli, miast je dzielić, zgładzić pchnięciem śmiałem.

Hejnały trąb w oddali. Wzdrygnął się Chór.

Jak ten głos trąb mosiężnych, co w uszy się wwierca

i jelita tarmosi — tak kąsze u serca

męża zczajona zazdrość; pamięta stokrotnie,

zdradzony, że co stracił, stracił bezpowrotnie.

CHÓR

Trąby grają rozgłośnie, już dzwonią rynsztunki.

FORKIADA

Witaj, panie! Szafarka zda tobie rachunki.

CHÓR

Lecz my?!

FORKIADA

Już widzę przed nią straszną śmierci drogę

i was widzę na belce; pomóc nic nie mogę.

Pauza.

HELENA

Więc dobrze! Postanawiam; oddalić chcę kaźnię;

demonem jesteś strasznym, widzę to wyraźnie

i lękam się, że z tobą dobro w złe się zmieni;

lecz teraz chodźmy: prowadź do grodu podcieni.

Resztę myśli ukryję! Spowiedź przed narodem

to nie jest rzecz królewska! Chodźmy! Ty idź przodem!

CHÓR

Z jakąż radością mkną nasze kroki!

Za nami pomrok śmierci głęboki,

przed nami mury, nasza ostoja,

niechaj nas bronią, jak ongi Troja;

dotąd by stała nad ludów zwadą,

gdyby ją podłą nie wzięto zdradą.

mgła napływa; tonie w niej plan dalszy najpierw, potem bliższy

Lecz cóż to siostry? cóż to się dzieje?

Dzień nagle gaśnie, zmierzcha, ciemnieje!

Z brzegów Eurotu, z fal świętych głębi

mgła się wyłania, snuje i kłębi;

już oczerety nikną, maleją,

białe łabędzie już nie bieleją,

co się tak niosły szumnie, radośnie —

— znika dnia piękno — — ach! przeżałośnie!

Lecz jeszcze słychać, słychać, jak gędzi697

pieśnią śmiertelną kierdel łabędzi;

czyliż, o grozo, i nam nie wieści

zamiast ratunku — zguby, boleści? —

nam — co się szyją chlubimy białą,

jej — co łabędzi córą jest, chwałą!

Wszystko się w białej mgławicy kryje,

nic już nie widzą oczy niczyje.

Cóż to się dzieje? — wiatr nami chwieje,

wiatr nas unosi, zgasły nadzieje.

Czy to po mlecznej, ślepej równinie

Hermes przed nami w mgle sinej płynie?

Czy to z daleka, czyli to z bliska

w ćmie698 kaduceus699 złoty wybłyska? —

władczo wskazuje drogę, prowadzi,

a my płyniemy radzi, nieradzi —

do nieznanego, groźnego kresu,

do przepełnionych pustyń Hadesu700?

Z nagła się widok jawi ponury,

ciemne, sczerniałe, posępne mury —

Kędyż prowadzi ta kuta brama?

czy to podwórzec? przepastna jama?

Ku strasznej, siostry, płyniemy doli,

do niezaznanej nigdy niewoli.

PODWORZEC ZAMKOWY

Faust, Mefistofeles-Forkiada, Linceusz-Strażnik. Helena, Pantalis Chórowi przewodnicząca. Chór niewolnic trojańskich. Wokoło fantastyczne budowle średniowieczne.

PANTALIS

O, głupie i nieoględne, rozumy iście niewieście,

od każdej chwili zależne, wiatrem podszyte jesteście.

W szczęściuli701, czy też w nieszczęściu postępujecie opacznie,

gdy jedna zacznie „tak” mówić, to druga zaraz „nie” zacznie.

Tak jedna drugiej zaprzecza, pieni się, swarzy i złości,

jednakie jeno w boleści, jednakie tylko w radości,

Teraz zamilczcie! Czekajcie, co postanowi władczyni,

w sercu sumuje i waży — więc stańmy posłuszne przy niej.

HELENA

Wróżbitko, gdzież ty jesteś? Twojego imienia

nie znam; wyjdź z tych krużganków, z mrocznego sklepienia.

Czyliż poszła, przezorna, zamku tego pana

prosić, by mi gościna zacna była dana?

Jeśli tak — dzięki tobie! Wiedź mnie doń! Dość znoju

i dość tułactwa — łaknę ciszy i spokoju.

PANTALIS

Próżno królowa nasza spoziera dokoła,

zniknęła ta szkarada; któż ją znaleźć zdoła?

Może we mgle przepadła, co nas nagła, biała,

jakimś dziwnym sposobem w to miejsce przywiała?

A może właśnie po tym labiryncie błądzi

krużganków zagmatwanych, którym kaprys rządzi —

i szuka księcia, by mu hołd złożyć należny.

Lecz spójrz! Tam w górze pogwar, ruch jakiś rozbieżny

w galeriach, oknach! — Służba krzątaniem ogłasza,

że nas zamek łaskawie w gościnę zaprasza.

CHÓR

O, jakże sercu memu naraz świetliście!

Orszak pięknych młodzieńców zszedł uroczyście

z wyżniego piętra; idzie ku nam w pochodzie

kształtny, zgrabny — o! w niezwyczajnej urodzie.

Na czyj rozkaz młodzieńców chór ku nam kroczy?

na co patrzeć mam? na co? — gubią się oczy!

Czy na kształty urocze, czy na krok skory,

na czoło bieliste, złote kędziory?

czy na liczka rumiane, skraszone ruchem,

jak soczyste brzoskwinie omglone puchem?

O, jakże chęć bierze ugryźć — nie można!

smak popiołu mam w ustach! będę ostrożna.

Lecz najpiękniejsi niosą już oto

stopnie, tron cudny, zasłonę złotą,

namiot, a białe wysmukłe ręce

wiążą girlandy, wieszają wieńce

ponad królową. — O, pani miła

jużeś nam, piękna, na tron wstąpiła

— nadobnym ruchem przez nich proszona;

bielą się cudnie twoje ramiona!

My jej też orszak utwórzmy chyży,

stańmy na stopniach, wyżej, to niżej.

Błogosławiona trzykroć gościna,

co nam nad głową wieńce rozpina.

Pantonomicznie dzieje się to wszystko, co w słowach Chóru. Skoro chłopcy i giermkowie długim korowodem zeszli schodami w dół — zjawia się na krużganku w dworskim, rycerskim odzieniu średniowiecznego kroju — Faust. Z godnością, powoli zstępuje ze schodów.

PANTALIS

bacznie go mając na oku

Jeżeli temu mężowi bogi pozwolą żyć dłużej,

niźli zazwyczaj to czynią — wyczucie moje mu wróży,

zważywszy wzięcie702 królewskie i słodycz jego istoty —

los najpiękniejszy, spełnienie każdej najmniejszej tęsknoty.

I czy to w bitwie rycerskiej wśród szczęku białych oręży,

czy w bialogłowskich utarczkach — tu i tam zawsze zwycięży.

Czemużby nie miał, wspaniały, raźno do swego dojść celu,

moc jego mężów przewyższa, a znałam dostojnych wielu.

Z powagą dworską, w skupieniu i z pochyloną w czci głową

w dól schodzi zgrabnie, powoli — o! podnieś oczy, królowo!

FAUST

zbliża się do tronu, obok niego człowiek w pętach

Zamiast hołd wdzięczny nieść w dani

tej chwili niezapomnianej,

wiodę do kolan twych, pani,

człowieka skutego w kajdany.

A jaki popełnił czyn —

opowiem; wpierw klęknij przy tronie,

słów szukaj ku swojej obronie

i wyspowiadaj się z win.

Wzrok ma tak bystry jak sokół,

więc go stawiłem na wieży,

by dawał baczenie wokół,

jak trzeba i jak należy;

czy to na ziemi, czy niebie

fakt jaki — wszerz i wzdłuż,

od zamku do modrych wzgórz,

w każdej okazji, potrzebie,

czy to, że trzoda skądś bieży,

czy to o zjawie703 rycerzy —

zdawać miał pilny rachunek,

ostrowidz, ten strażnik mój,

bym wiedział, czy biec na ratunek,

czy szyki sprawować na bój.

Dziś opieszałość nie lada!

Przybywasz, królowo, do wrót,

a on mi nic nie powiada!

Milczący zastajesz gród!

Wszak bym słał wici704 przez włość,

otrąbił na cztery strony,

że w święty dzień — wytęskniony

zawitał w progi me gość.

Strasznie zawinił! — I ninie705

u twoich przeświętych stóp

klęczy! — Rozstrzygaj o winie —

w twych rękach żywot i grób.

HELENA

Zaszczyt nie lada; szczęśliwą się mienię

twą łaskawością; mam sprawować sąd?

Czyli706 mnie, panie, wieść chcesz w pokuszenie?

Lecz wpierw wysłucham; — jakiż był twój błąd?

STRAŻNIK LINCEUSZ707

Cóż istnienie? Cóż mi grób?

Życie szczęsne! Zgon szczęśliwy!

U przeświętych klęczę stóp

pani cudnej, miłościwej.

Dziś rano w blasku zórz

słońca szukam w barw powodzi —

aż tu nagle spoza wzgórz

na południu słońce wschodzi!

Więc w tę stronę ślę mój wzrok,

a tu góry, lasy płyną!

Ziemię, niebo chłonie mrok —

widzę tylko ją! Jedyną!

I na próżno w bezmiar lśnień

oczy moje wpijam rysie —

nie wiem, czy to noc, czy dzień,

czy to jawa, czy sen śni się.

Gwiazd zawieja! Tęcze! Skry!

Blaski się na wieże tłoczą —

mgły się wiją — nikną mgły —

cud się boski jawi oczom!

A modlitwa moich rąk

idzie ku jasności onej;

wszędzie jasność! Słońce w krąg!

I tak stoję — oślepiony.

Przeto mój strażniczy róg

zamilkł w tej świetlistej porze —

zjawił mi się piękna Bóg!

Cóż mnie złego spotkać może?!

HELENA

Jakże mi karać twoje przewiny?

Z mojej-ci one, z mojej przyczyny!

O, ja nieszczęsna! — Kędy się zjawię,

błądzą mężowie w złości, w niesławie;

bo takie we mnie zgubne wyroki,

iż mężnych pchają w pomrok głęboki.

Tak idą za mną od urodzenia

rabunki, zbrodnie i uwodzenia;

po wszystkie lata na wszystkie strony —

bohaterowie, bogi, demony

muszą się swarzyć. Z mego kochania

jeno zło snują i zamieszania.

I tak się wszystkich przekleństwem staję

i jeno nędzę nędzy przydaję.

Oczarowany, stałeś bezwładnie —

włos ci, strażniku, z głowy nie spadnie.

FAUST

Ze zdumieniem, królowo, patrzę i niegniewnie

na rannego i ciebie, co trafiasz tak pewnie.

Widzę łuk, który wysłał tak niechybne groty,

z których jednym ten trafion! A strzał tych przeloty

migają — we mnie mierzą! W uskrzydlonym gwarze

łecą ponad basztami, poprzez krenelaże708.

I czymże teraz jestem? Bunt rzuciłaś w sługi,

już i mury niepewne, zluźniłaś kolczugi.

Obawiam się, że wojsko, by uniknąć klęski —

niezwyciężonej pani podda się — zwycięskiej!

Cóż uczynię? — Już chyba przed twą królewskością

złożę to, co niebacznie zwałem był własnością —

i siebie! U twych kolan hołd złożę potędze

twej i wierność potwierdzę w wieczystej przysiędze.

LINCEUSZ

wraca ze skrzynią, za nim niosą słudzy skrzyń sporo

Znów mnie, królowo, do stóp twych żenie709,

do ócz, co słońcem się złocą!

Bogacz o jedno żebrze spojrzenie,

nędzny, lecz możny twą mocą.

Czymże dziś jestem? Czym wczoraj byłem?

Na cóż me oczy sokole?

Spojrzałem na cię, wzrok mój straciłem

i sprawność czynu, i wolę.

Przyszliśmy z wschodu, w walnej potrzebie

prąc ku zachodnim wyrajom;

naród nasz liczny jak gwiazdy w niebie,

pierwsi ostatnich nie znają.

Padł pierwszy szereg, już wstawał wtóry,

trzeci na pomoc wraz bieży;

wzmożeni sobą lecim jak chmury,

któż padłych liczy żołnierzy!

Jak burza mkniemy błyskaniem krwawem,

grodem i borem, i łanem,

gdzie dziś mój jeno rozkaz był prawem,

jutro kto inny jest panem.

Zagon szeroki! Zwycięskie szlaki!

Czas krótki na pohulanki!

Ten wołów stada, tamten rumaki,

ów najpiękniejsze kradł branki.

Lecz ja wśród znojnych rycerskich biegów,

najrzadsze zbierałem wiano;

te wszystkie łupy moich kolegów,

to dla mnie omłot i siano.

Chytry na skarbów lśniące pożytki,

jak sowa szukałem wśród cieni —

w lot odkrywałem skrzynie i skrytki

i tajemnice kieszeni.

Rychło w bród miałem drogich kamieni,

klejnotów cennych, złotości:

a oto szmaragd zacnej zieleni,

godny twej, pani, piękności.

O, niechaj wzrok twój cudny nie stroni

od tych szlachetnych łez morza;

wierzaj, rubinu czerwień przysłoni

różana lic twoich zorza.

Oto pokłosie bitw srogich wielu,

pokłosie bardzo szczęśliwe —

u stóp twych leży, a więc u celu —

tu jego miejsce właściwe.

Niosę ci ciężkie, okute skrzynie,

w skarbcu ostało ich sporo;

pozwól mi uczcić w tobie władczynię —

niech skarby ręce twe biorą.

Zaledwieś, pani, na tron wstąpiła,

chyli się w hołdzie i korzy

Rozum, bogactwo, męstwo i siła —

przed zjawą władzy twej bożej.

Przeto dziś skarby strzeżone w dumie,

stają się twoją własnością.

Jakżem je cenił! — Dzisiaj rozumiem,

że były tylko marnością.

Wszystko, co zwałem skarbem i mieniem

poszło jak plewy na nice;

wskrzesić ich wartość zdolą spojrzeniem

twoje przeczyste źrenice.

FAUST

Odsuń co rychlej łupy, plon potrzeby hardej,

ostaną bez nagrody, dobrze, że bez wzgardy.

Już to wszystko jej własność, ta grodu wspaniałość,

po cóż więc dawać szczegół, gdy już jej jest całość.

Idź, strażniku — zbierz, ułóż wielkie nasze skarby

i niewidzialny przepych ustrój w kształt i farby

urocze! — Spraw, by stropy jak niebios sklepienie

zbłękitniały pogodnie, z martwych zbudź olśnienie,

a poprzez korytarze, sale, wieczerniki,

pod stopy jej rzuć wonne kobierców kwietniki;

niechaj krok jej nie dotknie posadzek ni progów,

oczy jej paś przepychem godnym wiecznych bogów.

LINCEUSZ

Sługa musi, pan każe —

siły nie poradzą —

drobiazg! Wszakżeśmy w jej czarze!

wszystko pod jej władzą!

Wojsko hart swój mężny traci,

stępiały brzeszczoty —

ba! — przed zjawą jej postaci

gaśnie promień słońca złoty!

Przed bezcennym jej obliczem

wszystko pustką jest i niczem.

Wychodzi.

HELENA

do Fausta

Pragnę z tobą pomówić, wszak ten tron na dwoje,

miejsce czeka na władcę — zapewnia mi moje!

FAUST

Wpierw pozwól, pani cudna, klęknąć i twe ręce

łaskawe ucałować w hołdzie i podzięce.

Przyjm mnie jako współwładcę niezmierzonych włości,

który ci służyć pragnie wiernie i w miłości —

razem: czciciel i sługa, i strażnik szczęśliwy.

HELENA

Na wielkie dziwy patrzę, słyszę jeno dziwy!

Pełna zdumienia pytać chciałabym tak wiele,

lecz o jedno zagadnąć jeno się ośmielę:

czemu ta mowa twoja melodią uroczą

poi mnie tak radośnie? — dźwięki słów się toczą

jak złotodźwięczne kręgi — nim zadrży rozgłośnie,

już drugi mknie pierwszemu na sukurs710 miłośnie.

FAUST

Jeśli ci dźwięk mej mowy przemawia do duszy,

jakżeż cię śpiew dopiero zachwyci i wzruszy!

A więc pocznijmy zaraz — wszak w myśli wymianie

śpiew zrodzi się najłatwiej i pośród nas wstanie.

HELENA

Więc powiedz, jak mi składać tak urocze słowa?

FAUST

Najpiękniejsza jest serca nieuczona mowa;

gdy się i oczu tęsknota poprzez myśli snuje

patrzysz wkoło i pytasz —

HELENA

— kto z tobą współczuje.

FAUST

Czymże wtedy dla ducha mijanie i czas?

Jedynie teraźniejszość —

HELENA

— uszczęśliwia nas.

FAUST

Tak, to jest skarb nad skarby, wian wieńczący skroń

ale któż go uwije, miła —

HELENA

— moja dłoń.

CHÓR

Czyliż poczytać można za błędy

te pani naszej dla pana względy?

Wszakże wyznajcie — wszystkie w niewoli

żyjem od czasu złowieszczej doli,

gdyśmy z Ilionu, nieszczęsne płaczki

ruszyły w odmęt groźnej tułaczki.

Branki na męską chuć zawsze zdane

mogąż wybierać? — Są wybierane!

Cóż, znawczyniami są; — a sposobność

nastręcza już-to zacną dorodność

młodych i złotowłosych pasterzy,

indziej Faun sprośny zęby swe szczerzy —

tym, tamtym branka równo rozdziela;

przelewne ciało pod nich podściela.

Lecz oto spójrzcie! Mocno wtuleni

siedzą miłośnie w siebie wpatrzeni;

tak ramię w ramię, noga do nogi,

ręka ku ręce szuka swej drogi.

Tak się nad tronem społem kołyszą

i nic nie widzą, i nic nie słyszą!

W obliczu ludu, aż nazbyt śmiele —

do cna wtopieni w miłosnym dziele.

HELENA

Jakobym-ci daleko, a przecież tak blisko!

Dziewosłębią711 me słowa upojnym uściskom.

FAUST

Serce bije, drżę cały, słowo mrze wśród pieszczeń!

To śnienie niepojęte! Znika czas i przestrzeń.

HELENA

Wszakżem-ci już nie żyła! Otom odrodzona!

Wierna nieznajomemu i w niego wpleciona.

FAUST

Niechaj dociekać przyczyn myśli się nie silą

obowiązkiem dziś byt nasz — chociażby był chwilą.

FORKIADA

wchodzi gwałtownie

Ach! miłostek pierwsze zgłoski

to nauka bardzo lekka;

łacno712 czulić się bez troski —

czas nie czeka — czas ucieka!

Nie słyszycie? — Dudnią grzmoty!

Granie surm i walk łoskoty!

Zguba wasza niedaleka!

Zbrójcie się! Do walki srogiej

już Menelaus w nasze progi

idzie — za nim tłum — jak rzeka!

Tu pośród zgrai niewieściej

wróg cię schwyci i zbezcześci —

na złeć wyjdzie dziew opieka!

Stryk dla trzódki gotów marnej,

dla niej zładzon stos ofiarny,

pień i ostry topór czeka!

FAUST

Bezczelne przeszkadzanie! wstrętni! nierozważni!

Nawet w niebezpieczeństwach bezmyślność mnie drażni

Najpiękniejszego szpeci zła wiadomość posła —

ciebie, najszkaradniejsza, wieść nieszczęsna niosła,

jak zawsze! Lecz tym razem nie uda się sztuka,

niech sobie mowa twoja wiatru w polu szuka!

Nie ma niebezpieczeństwa za tymi murami,

a gdyby nawet było — ja gardzę groźbami!

Sygnały, eksplozje na basztach, hejnały trąb i surm, muzyka wojenna, gromki przemarsz wojsk.

FAUST

Wraz się wysypią dzielni z bram,

w rycerskim staną kole,

ten jeno godzien względów dam,

kto je obronić zdole713.

do wodzów, którzy spośród hufców wychodzą i w kole stają, Faust tak przemawia

Oto północy młode lwy,

tu wschodu kwiat-potęga —

w ślepiach ich gniewu płoną skry

moc ich po laury sięga!

Zakuta w stal błyskaniem lśni

brać mężna i zwycięska,

idą, a zda się w chmurach grzmi:

„sława!!” — a wrogom: „klęska!”

W Pylos wysiedliśmy na brzeg

— nie żyje Nestor714 stary —

państw drobnych związek u stóp legł

zdobywców pełnych wiary!

Teraz mi chybko715 sprzed tych bram

przepędźcie Menelaja

na morze! Niech korsarzy tam

i on, i jego zgraja!

Królowej Sparty złóżcie ślub,

zwycięskich serc orędzie —

kraj wolny rzućcie jej do stóp,

a państwo waszym będzie!

Rycerze! Piersi waszych wał

Koryntu zbawi włoście,

a u achajskich starych skał

las dzid, mur tarczy wzroście.

A wy w Messenie716 dzierżcie straż!

Wy idźcie do Elidy717!

Rycerski obowiązek wasz

to wielkość Argolidy718.

Tedy wrócicie w domu schron

w obronie powołani —

i sławą skwitnie Sparty tron,

ojczyzna waszej pani!

Wszyscy i każdy suty łup

ożeni z wieczną sławą —

zyszczecie w zgodzie u jej stóp

świetlany mir i prawo.

Zstępuje z tronu. Wodzowie otaczają go zwartym kręgiem, wysłuchują rozkazów i rozporządzeń.

CHÓR

Ten, co piękną niewiastę pragnie posiadać,

niechaj w mieczu nadzieję umie pokładać.

Umizgami719 ją zdobył — skarb przedostojny —

nic zażyje go w ciszy, nijak bez wojny;

chytrzy zdrajcy ją zmamią; obleśni zbóje

zechcą ją uwieść, wykraść; niechaj pilnuje.

Księcia naszego chwalę, wysoko cenię,

możni bacznie na jego patrzą skinienie;

mądrze i mężnie czyni! — Przeto słuchają —

tym jego dzięki skarbią i korzyść mają; —

tak więc i wilk jest syty, i owca cała,

dla obu sława rośnie, zakwita chwała.

Któż mu ją wydrze ninie720, władcy możnemu?

już to jemu należna i tylko jemu!

Dwakroć cześć mu! Z nią razem wyrwał nas z toni,

wewnątrz nas murem, zewnątrz wojskami broni.

FAUST

Dary rozdane rycerzom —

każdemu udzielne księstwo;

pójdą i światy przemierzą —

pawężą721 naszą ich męstwo.

Bronić cię będą, kraino722,

wyspo-niewyspo w fal więzi —

spięta pasmem z gór rodziną

Europy ostatnia gałęzi.

Kraju! O, niechże z twej dani

wszystkim lśni słońce i chwała!

Otoś zwrócony mej pani,

co na cię ongi spojrzała,

gdy wśród szelestu szuwaru

zrodzona w chwili przeźroczej,

urzekła potęgą czaru

rodzeństwa i matki oczy.

Do stóp twych łany pól żyzne

kłonią się, bory i gaje —

niechaj twe serce ojczyznę

nad wszystkie ukocha kraje.

A gdy się góry na wierchach zrumienią

w zimnym zalewie skośnych słońca strzał —

zaledwie skała omszy się zielenią,

kozica skubie swój chudobny dział723.

Źródło wytryska, żwawy bieg strumieni —

już się zielenią hale724 i manowce —

na stu pagórkach falistej przestrzeni

pasą się w dzwonków rozdzwonieniu owce.

Rozważnie, wolno idą trzody w rzędzie,

nad przepaściami przez zbooza urwiste —

schron przyładzony dla wszystkich i wszędzie:

w sto grot się sklepią ściany gór skaliste.

Pan je tam strzeże; nimfy wód ochocze

rzeźwiący chłodem zamieszkują parów —

drzewa z tęsknotą w błękitne przeźrocze

prężą ramiona rozchwianych konarów.

Puszcze prastare! Głuche dębów bory

stoją jak hufy z dumą i protestem!

Sokiem słodzistym spęczniałe jawory

łagodnie szumią na wietrze szelestem.

W leśnych podcieniach, w zielonej pomroce

rodzą wymiona białe, ciepłe mleko;

zasobne łęgi podają owoce,

a dziuple grają złotych pszczół pasieką.

Błogość tu mieszka w urodzie weselnej,

uśmiech na wargach, uśmiech w oczach lśni —

nikt tu nie cierpi, nikt nie jest śmiertelny,

w zdrowiu radosne lud przeżywa dni.

Urocze chłopię dojrzewa świetlanie,

już się ojcowski w nim słoneczni cud;

w podziwie sercu nadajesz pytanie:

czyli to ludzie, czyli bogów ród?

Ponoć Apollo725, jak klechda726 powiada,

pośród pasterzy żył pięknych jak on!

bo gdzie przyroda nieskalanie włada —

wszechświat ma zgodny, harmonijny ton!

usiadł obok Heleny

Więc społem nas krajobraz ten zachwyca,

ostaw za sobą, miła, przeszłość wszelką;

praojca bogów miałaś za rodzica,

złotego wieku cna obywatelko.

Nie dla cię murów cień i baszt strzelistych!

Jeszcze młodzieńczy cudów świat otwarty —

i tam nasz przebyt, wśród łanów kwiecistych,

w wonnej Arkadii przy granicach Sparty.

Tobie znaczono w rajskim mieszkać czarze,

przetoś podana ku wielkiej radości!

Trony się mienią w kwietne wirydarze727!

O, szczęście arkadyjskie! O kraju wolności!

Tu następuje zupełna zmiana scenerii.

ARKADIA

Faust, Mefistofeles, Forkiada, Helena, Euforion Pantalis, Chór, Dziewczyna. Rozległe uroczysko leśne ujęte w strome ściany skał. Liczne groty, altany zasłonięte bluszczem i winem. Faust i Helena niewidoczni, Chór, rozdzielony na grupy.

FORKIADA

Jakże już długo śpią dziewczynki w cieniu!

Nie wiem, czyli728 dojrzały w sennym przywidzeniu

to, co wyraźnie me oczy widziały?! — a no

trzeba je zbudzić! Ejże! Zdziwią się, gdy wstaną!

Brodacze! Zbudź się i ty, gromado zaspana!

Cuda niewiarygodne! Spójrzcie, co za zmiana!

Hej! Wstawać! Przetrzeć oczy! Włosy gładźcie prędko!

cóż ślepia tak bałuszysz? — Idę z pogawędką —

CHÓR

Mów nam, mów nam! Opowiadaj, jakie dziwa? jakie czary?

Chcielibyśmy coś zasłyszeć, coś takiego nie do wiary!

bo nas nuda żre okrutna — wciąż spozierać po skał szczycie —

FORKIADA

Ledwoście otwarły oczy, dzieci, a już się nudzicie?

A tam w grotach i altanach, i jaskiniach, w wiecznej wiośnie —

ślubne łoża i komnaty, gdzie z królową pan miłośnie

pieści się w spokoju, w ciszy —

CHÓR

— jak to? tutaj?

FORKIADA

W samotności!

Tylko mnie ze służby całej przywołali, bo ufności

byłam godna; w kornej czci stałam na boku; aż w momencie

pewnym poszłam zioła zbierać na czary i na zaklęcie;

miłość żąda samotności.

CHÓR

Mówisz, jakby w tych grotach całe światy właśnie

były: lądy i łąki, stawy, rzeki! — Baśnie!

FORKIADA

Oczywiście, niewierni! W tej bezbrzeżnej dali

podwórze przy podwórzu i sala przy sali.

Raz szłam cichcem galerią pośród kolumn cieni,

aż tu pogłosy śmiechu zadzwonią w przestrzeni —

patrzę: — aż ci to chłopczyk miły, cale729 gładki730

z ojcowych kolan skacze na kolana matki.

Uściski, przymilania przekornej miłości,

przeplatają się z śmiechem prawdziwej radości.

Nagus, geniusz731 bez skrzydeł, Faun732 bez zwierzęcości,

skacze po pawimencie733 w wiewiórczej zwinności,

podłoga go odrzuca, podbija — a mały

po drugim, trzecim skoku już sięga powały.

Matka zstrachana woła: „drogą dookolną

wkoło komnaty biegaj, lecz latać nie wolno!”

Ojciec roztropny mówi: „ziemia, jak odskocznia,

skok twój w loty zamienia i wraz podobłocznia;

dotknijże stopą ziemi jak Anteusz734 drugi,

poczujesz w krew płynące przemożne sił strugi”.

A nasz chłopaczek skacze, jak piłka pomyka

po skałach, turniach — ledwo stopą skał dotyka.

Aż w jakiejś rozpadlinie znika niezgłębionej,

my wszyscy w krzyk! A echo powtarza: zgubiony!

Matka płacze, a ojciec, choć zgnębiony srodze,

pociesza ją — ja stoję bezradna i w trwodze.

Aż tu nowe zjawisko! Przecudne! Świetliste!

Wraca odziany w szaty jak łąka kwieciste!

Ręce, piersi we wstęgach! Opleciony cały

szarfami! W rękach lutnia! Słowem — Febus735 mały.

Dziw wielki! Tak tam stoi na wyżnim kamieniu!

Rodzice się całują w szczęsnym uniesieniu,

a wkoło głowy chłopca promienie się złocą —

czy to diadem? czy światło ducha skwitłe mocą?

A już-ci w każdym ruchu wielki dźwięk się ziszcza,

gest każdy wieści piękno — piękna tego mistrza,

który nie stwarza pieśni, bo cały jest pieśnią!

Lecz wnet się cuda oczom waszym ucieleśnią.

CHÓR

Nie maż736 poezji wieszczej na Krecie?

Czemuż więc cudem zjawisko zwiecie?

Czyliż ci rytmem złotym nie dzwoni

pieśń starych podań Hellady, Jonii?

Wszystko, co dzisiaj dzieje się, stwarza —

przebrzmiałym echem wielkość powtarza.

Jakoż nam równać treść twej powieści

z wzniosłym nad prawdę kłamstwem, co wieści

o sprytnym synu Mai uroczej737,

o czynach jego w dziejów pomroczy.

Ledwo się zrodził zgrabny i hoży738,

już niańki, mamki — każda go łoży

na lniane płótna — rączki i nóżki

krępują, wiążą w pulchne pieluszki —

klaszcze i śpiewa stróżek gromada,

z każdego ruchu dziecięcia rada.

Hożo i zgrabnie lepak739 swe członki

gibkie wyciągnął z lnianej osłonki,

chytrze wyłazi na przekór chustom —

frunął. — Kołyskę ostawił pustą;

jak motyl, który z poczwarki swojej

wyjdzie, skrzydełka suszy i stroi,

prostuje — wzlata w przestwór słoneczny,

lekkoduch zwinny, latawiec wieczny.

Tak i syn Mai od dni początku

był wichrzycielem ładu, porządku;

patron złodziei, frantów740 i łgarzy —

swawoli, psoci, gdzie się przydarzy.

Prędko mórz władcy trójząb wykradnie,

Ares741 bez miecza stoi bezradnie,

Febus742 bez łuku i bez kołczana,

Hefajst743 bez obcęg; — dziecina szczwana

na kradzież gromów Dzeusa się waży,

ale się cofa, bo ogień parzy.

W wyścig z Erosem skrzydlatym bieży

podstawia nogę — już Eros leży!

Cypryjskiej pani podczas pieszczoty

wykrada sprytnie pas szczerozłoty.

Z głębi wydzwania się urocza melodia arf744, wszyscy podają się ku niej wzruszeni. Odtąd akompaniament pełnobrzmiącej muzyki towarzyszy dalszej akcji.

FORKIADA

Miłe dźwięki, każdy przyzna;

z czaru klechd745 umkniecie wcześnie,

Wasze bogi to starzyzna,

co minęło — już nie wskrześnie.

Nikt ich już nie potrzebuje,

żądza nasza wiecznie żywa:

ta pieśń serca oczaruje,

która z serca wprost wypływa.

Skrywa się poza skałami.

CHÓR

Jeśli ty, o, przeraźliwa,

skłaniasz słuch ku dźwięków mowie —

nas ogarnia niemoc tkliwa,

z każdym tonem wraca zdrowie.

Czemu blask słońca? — Niechaj gaśnie!

Dusze nasze jutrznią dnieją,

wszystkie ziemi zgasłe baśnie

w sercach naszych kwieciścieją.

Helena, Faust i Euforion.

EUFORION746

w znanej nam z opisu szacie

Pieśni wygrywam dziecięce,

a wam się dziecięctwo śni;

bierzcie mnie za ręce

jak za najrańszych dni.

HELENA

Miłość człowiecza dwa serca sprzęga

i uszczęśliwia dwoje,

bożych zachwytów żywa potęga

słoneczni się we troje.

FAUST

Serca ku sobie dążą,

w tym się treść bytu znaczy;

jedne ogniwa nas wiążą,

mogłożby być inaczej?

CHÓR

Świetlisty, taneczny krąg

szczęsnej parze błogosławi —

dar dziecięcych, małych rąk.

Któż to pojmie! Któż wysławi?!

EUFORION

Pląsy wołają,

tańce czekają —

wichry mnie niosą!

kędy w błękicie,

modrzy się życie —

tam ku niebiosom!

FAUST

Serce się boi,

byś w żądzy swojej

nie upadł w locie!

O, dziecię lube,

wpędzisz nas w zgubę

zmrzemy w tęsknocie!

EUFORION

Ziemia mnie nuży!

Nie stać mi dłużej!

Już nie ustoję!

Puśćcie me ręce,

szaty i wieńce

moje są! moje!

HELENA

Nie jesteś przecie

sam jeden na świecie!

Pieśń twa przestrasza!

W smutku przekwita

z trudem zdobyta

troistość nasza.

CHÓR

O, szczęsny związku! Lękam się, trwożę

Żądza podniebna zetrze go, zmoże!

HELENA I FAUST

Cud miłowania

niech ci zabrania —

powstrzymaj loty!

Nuć pieśni sielskie —

tym rodzicielskie

ukój zgryzoty.

EUFORION

Dla was jedynie, rodzice drodzy,

moje tęsknoty trzymam na wodzy.

przewija się poskroś chóru, do tańca zniewala

Wichru powiewem

dziew zmierzwię łan

— do wtóru z śpiewem

zawiedźmy tan.

HELENA

Tańcom sposobne

splataj nadobne

tęczami przędzy.

FAUST

Oby się, miły,

tańce skończyły —

oby najprędzej!

Euforion i Chór poczynają korowód taneczny. Wtórują śpiewem.

CHÓR

Ruch twych ramion nadobny, rąk twych oploty!

kędzierzawej glowiny miękki włos zloty!

Gdy twoja stopa powiewna nie muska ziemi,

gdy cię gonimy krok w krok pląsami swemi —

osiągnęłeś cel wdzięczny, dziecię kochane,

już wszystkie serca nasze tobie oddane.

Pauza.

EUFORION

O, sarnionogi chórze płochliwy!

Do mnie! Na nowe wołam cię dziwy!

Wyście zwierzyną, a jam myśliwy!

CHÓR

Chcesz nas ułowić? — O, żądzy płona! —

Toćże z nas każda ciebie spragniona,

na twojej szyi splecie ramiona!

EUFORION

Przez las, dąbrowy — niech się pląs snuje!

łup bez mozołu mnie nie smakuje —

to, co zdobyte, jeno raduje!

HELENA I FAUST

O, lekkomyślne, młodzieńcze szały!

Któż je poskromi! — Słyszycie granie?

Poprzez doliny, dąbrowy, skały

huczy głos rogu! Wrzawa! Wołanie!

CHÓR

wraca grupkami; szybko

Wzgardził nami! Jedną ściga!

Pognał w gęsty las!

Wraca — wraca — kogoś dźwiga —

ach! — najdzikszą z nas.

EUFORION

wnosi młodą dziewczynę

Rwiesz się z rąk? — czyliż cię straszę?

Zwyciężyłem i miłuję!

Pragnę ciebie, trwożne ptaszę,

piersi twoje wycałuję —

lśnienie ócz, ust słodkie zdroje

po sile i woli — moje!

DZIEWCZYNA

Puść mnie! Puść mnie! W moim ciele

siły się płomienne złocą!

Wolę twoją w proch spopielę —

nie mnie, nie mnie brać przemocą!

Myślisz — że jestem w udręce —

myślisz — że silne twe ramię —

0! za słabe twoje ręce,

ciało twoje, wolę — złamię!

rozgorzała płomieniem zanika w górze płonąca

Wzlatuj za mną pod obłoki!

Zatępuj za inną do pieczary!

Szlak wysoki — szlak głęboki —

leć za marą! Szukaj mary!

EUFORION

strąca z siebie ostatek płomieni

Skały za mną i pode mną,

w koło gęste, zwarte krze747

oczy moje się nie zdrzemną,

młodość we mnie kipi, wrze!

Wichry grają na mych włosach!

Szumi, huczy przypływ fali!

Płoną stepy na niebiosach!

Dalej, dalej, dalej, dalej!!

Pnie się po skałach coraz wyżej.

HELENA, FAUST I CHÓR

Z turni748 na turnię skacze jak kozica.

Groza serce przejmuje! O! zasłońmy lica!

EUFORION

Coraz wyżej, wyżej dążę!

Wzrok ogarnąć musi światy;

ziemię z niebem pieśnią zwiążę!

Jakże kraj tu przebogaty:

kraj Pelopsa749 — wyspy — morza —

woda, ląd — jedne przestworza!

CHÓR

Wróć do nas, w miasta i sioła,

gdzie żyjemy w szczęsnym śnieniu;

cisza, spokój dookoła

w przyrodzie i w naszym sumieniu!

Damy tobie winne grona,

wonne jabłka pozłociste —

wróć — wołają cię ramiona —

wróć nam chłopię, wróć świetliste!

EUFORION

Ciągle śnicie o pokoju;

śnijcie tę glorię przygasłą.

Wojna! Wojna w wiecznym znoju

i zwycięstwo — moje hasło!

CHÓR

Kto w czasie pokoju tęskni za wojną,

dzień ma beznadziejny, noc nieukojną.

EUFORION

Kto się w wolnym kraju rodzi,

wolnym, chociaż w klęskach tonie,

kto wolności tej przewodzi,

w kim odwagi ogień płonie,

kto pośród smętnych chorałów

jasną nadzieją króluje

i krwi swej nie pożałuje,

i nie zapiera się szałów —

ten walczącym błogosławi orężom,

a ci, którzy z nim pójdą — zwyciężą!

CHÓR

Spójrzcie! Spójrzcie! Jego droga coraz górniejsza —

postać jego nie maleje, nic się nie zmniejsza!

Jak w złocistym pancerzu, cały w skrach woli,

w spiżu błyskach i stali, w skrach, w aureoli.

EUFORION

Nie marne mury, nie wały!

Świadomość woli wystarcza!

Zamek strzelisty, wytrwały —

to pierś mężna —: mur i tarcza!

Stań w potrzebie750 w polu szczerem

u granic wolności, u mety —

dziecię — stań się bohaterem —

amazonkami751 — kobiety!

CHÓR

Poezjo święta — napowietrzna twoja jazda!

Z dali, z bezbrzeżnej dali — błyszczysz jako gwiazda!

Promień twej łaski w nas mierzy — a w serca ciszy

każdy twą pieśń skrzydlatą, radosną słyszy.

EUFORION

Zjawiłem się nie dziecięciem,

lecz młodzieńcem w zbroi złotej —

wolności, zwycięstwa orlęciem

uskrzydlonym ogniami tęsknoty.

Lot mój, wielka ducha sprawa,

lot, który się nie naniży,

a w błyskańcach coraz wyżej

mknie, gdzie słońce: sława!

Sława!!

HELENA I FAUST

Ledwo, synu, wszedłeś w życie

już się radość w smutek mieni;

w tęsknocie stanąłeś na szczycie

w obliczu zawrotnej przestrzeni.

A my z tobą patrzymy

z zapartym w piersiach tchem —

o, już my nic nie znaczymy!

Nasz związek był tylko snem!

EUFORION

Burze mierzwią mórz głębiny —

grzmią, a grzmotom góry wtór!

I idzie dudniący chór

ku granicy mglistosinej,

kędy752 huf się w hufy wpiera,

kędy gwałty gwałt odpiera,

kędy bój,

kędy znój,

kędy w oczyn śmierć zaziera.

HELENA, FAUST I CHÓR

Przerażenie! Serce kona!

Czyliż tobie śmierć znaczona?!

EUFORION

Z dali patrzeć mam? w spokoju?

Nie! — Mnie odmęt trosk i znoju!

HELENA, FAUST I CHÓR

Szaleństwo! — Klęską — przestworze!

Gorze ci! Gorze!

EUFORION

Uwolniony z ziemskich sideł,

w kołysaniu bożych skrzydeł

w przestrzeń, w światło, w wolność lecę!

Rzuca się w przestrzeń. Unoszą go szaty na chwilę. Głowa świetliścieje. Za nim smuga światla.

CHÓR

Zagłada!

Światło ostawia nam w darze!

O! Biada!

Ikarze! Ikarze753!

Piękne chłopię runęło do nóg rodzicielskich; w zabitym dopatrują się wszyscy rysów znajomych, lecz powłoka cielesna niebawem znika, aureola wznosi się jak kometa ku niebu. Ostaje jeno: odzienie, płaszcz i lira.

HELENA I FAUST

Po dniach szczęścia — boleść droga —

o! żałości!

GŁOS EUFORIONA

z głębi

Nie ostawiaj, matko droga,

syna w mroku, samotności!

Pauza.

CHÓR

chorał żałobny754

O nie mów, nie mów, żeś jest samotny,

choć odgrodzony niewidną mgłą;

choć lot twój górny, lot bezpowrotny —

uczucia nasze ku tobie lgną.

Jakoż nam wytrwać w tej żalu siępie755?

Z zazdrością tobie rzucamy zew,

w dni świetlistości i w dni posępie

moc twoja wielka, wzniosły twój śpiew.

Do szczęścia jeno byłeś stworzony,

syn zacnych ojców — twoim był świat!

Zbyt wcześnie lotny, snem zagubiony,

złamałeś wątły młodości kwiat.

Ziemia otwarta! Wzrok bystry, jasny!

Najlepszych kobiet miłość i żar!

Śpiew nieuczony, serdeczny, własny,

jednania uczuć wrodzony dar.

Duch tobie szeptał: „w swobodzie butnej

ponad praw złudę wzlatuj i leć!” —

z tobą skłócony i bałamutny

wpadłeś, bezwolny, w niewodną sieć.

Chciałeś ludzkości całe ogromy

przeniknąć w dumie, w nadmiarze sił —

leciałeś w błękit, słońca łakomy,

jak Ikar padłeś w przyziemny ił.

Któż byt ogarnie w żądzy zwycięskiej?

pytanie puste; losy z nas drwią!

Na próżno ludzkość w strasznych dniach klęski

w proch kornie pada i ścieka krwią.

Lecz niech serc waszych ból nie oniemia,

zbyjcie żałości! Kwieci się glob!

Niezwyciężona, wciąż młoda ziemia,

podaje sercom pszeniczny snop.

Długa pauza. Muzyka milknie.

HELENA

do Fausta

Słusznie mówi przysłowie i mądrze bezsprzecznie,

że ani szczęście, oni piękno nie trwa wiecznie.

Zerwane więzy życia i więzy miłości!

Jedno i drugie żegnam — a ciebie w żałości

raz ostatni oplotą znużone ramiona!

Niechaj wraz z synem matkę przyjmie Persefona756.

Obejmuje Fausta, cielesność jej znika, szata jeno i zasłona zostają w jego rąku.

FORKIADA

do Fausta

Dzierż757 mocno Fauście! Chociaż zniknęło jej ciało,

jest jej odzienie; trzymaj mocno, co zostało!

Już demony gromadą nadleciały nocną —

wydrzeć pragną ci szatę! Trzymajże ją mocno.

Zapadła się bogini! Na wieki stracona!

Lecz boską jest jej szata i boską zasłona;

umiejże mądrze zażyć bezcennego daru,

wznieś się z jego pomocą do skał tych wiszaru,

wznieś się nad pospolitość zrzędną i skrzeczącą —

w eter czysty się unieś świetlisty i lekki —

dopóki nie poczujesz, że się zmysły mącą...

Spotkamy się gdzie indziej! W krainie dalekiej...

Szaty Heleny zmieniają się w obłoki. Otaczają Fausta, unoszą go i odpływają z nim.

FORKIADA

podnosi ubranie Euforiona, płaszcz i lirę, wkracza na proscenium, unosi tę śmiertelną puściznę758 i mówi

Puścizna szczęśliwie ostała —

i płaszcz, i lira, i szata —

dusza jak płomień zetlała —

niewielka szkoda dla świata!

Wystarczy! Zdołam poswarzyć

poetów i zawiść w nich wzbudzić;

nie mój dział — talentem ich darzyć,

lecz mogę tą szatą łudzić.

Siada przy kolumnie na proscenium.

PANTALIS

Nuże dziewczęta! Nareszcie prysły mamidła!

Podarte wiedźmy tesalskiej upiorne sidła!

Cisza po szorstkiej niestrojnych brzmień zawierusze,

która słuch nasz raniła — co gorsza — duszę!

A teraz do Hadesu759! Panią naszą stopy

tam właśnie w mroki niosły; chodźmyż więc w jej tropy.

Wiernych służebnic orszak towarzyszy pani;

w nieodgadłej znajdziemy królową otchłani.

CHÓR

Królowom dobrze jest wszędzie

nawet w hadesowej ciszy;

dostojna w jednym rzędzie

z Persefoną towarzyszy.

Lecz my zdane na przedpole,

na asfodelowej760 łące,

jak nieruchome topole,

lub jak wierzby będziemy płaczące

stały nad wód czarną topielą;

a jeśli się wargi ośmielą

słowo wyrzec — to słowo to właśnie,

jak pisk nietoperzy lękliwy,

jak poszum jesiennej iwy761

zaszeleści żałośnie i zgaśnie.

PANTALIS

Kto nazwiska nie zyskał w mozole,

kto nie łaknie tego, co szlachetne —

niech się rychło rozpłynie w żywiole!

Bezimienne, żegnajcie, bezświetne!

Ja tam idę, gdzie królowa moja;

wierną jestem, kochającą sługą;

dziś zasługa to nasza ostoja,

lecz największą jest wierność zasługą.

Odchodzi.

CHÓR

Światłości wrócone słonecznej

u osobowości kresu —

dzień będziem miały bezpieczny;

nie wrócimy do Hadesu.

Stoimy u przyrody nieśmiertelnej bramy,

przyroda żąda nas, a my jej pożądamy.

CHÓRU CZĘŚĆ PIERWSZA

My pośród harf konarowych w poszepty, w szelest, w rozdrżenie

zaklęte — pląsem wieczystym cicho żywotne strumienie

z korzeni wabimy w gałęzie — aż drzewo w liście i kwiaty

strojne jak drużka krakowska — swe barwy i aromaty

w owoc zamienia; już owoc dojrzewa! Rumiane gody

nęcą natychmiast radosny lud, nęcą ochotne trzody;

zewsząd zbiegają się chętni, łasi na owocobrania;

jak przed bóstwem gromada się schyla i w pas się nam kłania.

CHÓRU CZĘŚĆ DRUGA

My, w tle przestworzy zbłękitnionych, u turni ściany gładkiej,

cichym wiewem kołysane — mgieł i świateł czujne swatki

— gór słuchamy! — Czy dźwięk fletni, czyli762 orłów gniewna zwada,

czy krzyk Pana763 przeraźliwy — głos nasz echem odpowiada.

Gdy bór szumi — my szumimy! Grzmi — odkrzykujemy grzmotem

i walimy w wierchów ściany dziesięćkrotnie burzy młotem.

CHÓRU CZĘŚĆ TRZECIA

My, siostry zwinne i płoche — płyńmy w rzek lśniące przeźrocza!

wabią nas dale błękitne i olśnione gór zbocza.

Coraz warciej, coraz głębiej, w meandrycznym pląsie wody

syćmy sobą łąki, niwy i osiedla, i ogrody;

a topole nadwiślańskie niechaj nad brzegami rosną,

niechaj znaczą szlak, niech patrzą w żwawych nurtów grę radosną!

CHÓRU CZĘŚĆ CZWARTA

Dążcie wedle waszej woli, siostry nasze, latawice —

my krążymy zwiewnym pląsem, kędy w słońcu lśnią winnice.

Tam z dnia na dzień serca cieszy żmudna praca, trud winiarza,

co w pilności miłującej z niepewności wiarę stwarza;

kopie, miali, wiąże, prości, tnie, przycina wciąż, bez końca.

Modli się do wszystkich bogów — najmocniej do boga słońca.

A ladaco Bachus764 gnuśny mało wzrusza się trudami

sługi swego; — leży w cieniu, pogziwając się z faunami,

w wiecznym półśnie i zawianiu; bo już jego dba drużyna,

by w piwnicach w zacnym chłodku nie zabrakło w dzbanach wina.

Lecz bogowie nie próżnują: Helios765 sam się żwawo zwija,

winne grona wietrzy, rosi, złotym żarem opowija;

kędy winiarz skrzętnie baczył, plon stokrotny daje praca —

nich się wszczyna na dojrzeniu, każdy krzew się gnie i zzłaca.

Skrzypią kosze, dzwonią wiadra — lud się krząta, śpieszy, ładzi766,

zbiera grona, w znojnym trudzie znosi do ogromnej kadzi;

tam jagody ciepłe, wonne, naciepane w beczek mroczy

bezlitośnie zgniata, spienia i na miazgę mięsi, tłoczy.

Aż tu zewsząd brzmi muzyka, kotły, fletnie i cymbały —

już z misteriów się wyłania Dyoniza767 krąg wspaniały.

Idzie orszak kozłonogów, kozionóżek chybotliwy,

a pośrodku — zatkaj uszy! — kłapoucha ryk chrapliwy:

I już wszystko pomierzwione! Wstyd do kąta! W koło drepce

nóg i kopyt, racic rzesza; — każdy cmoka, siorbie, chłepce;

pcha się zgraja, ręce pręży, bełkotliwie woła: wina!

Czasem się ktoś opamięta — alić rychło tumult wszczyna

i na umór pije dalej, aż się zwali z nóg pijany!

Na moszcz768 miejsce! Na moszcz miejsce! Trza wypróżnić stare dzbany!

Zasłona spada.

Na proscenium Forkiada prostuje się, olbrzymieje, zstępuje z koturnów, zdejmuje maskę i zasłoną, poznajemy Mefistofelesa, jeśli potrzeba, z całą gotowością wypowie objaśniający epilog.

AKT CZWARTY

WIERCHY

Faust, Mefistofeles, Trzej Harnasie769: Powicher, Łapcap, Krzepkodzierż, Zębate, zastygłe turnie, nadpływa chmura, przybija do brzegów turni, zatrzymuje się przed występem skalnym, rozdziela się.

FAUST

zstępuje z chmury

Z łodzi-chmury płynącej przez szklane przestworza,

ponad dni przelot szybki, nad lądy i morza —

wstępuję na wiszary770 strzeliste, promienne!

Samotność u stóp moich! Przepaście bezdenne!

Obłok znika powoli, rozwichrza się, kłębi —

na wschód zmierza, pod słońce, ku zmodrzonej głębi.

Patrzą zdumione oczy po nieba równinie,

kędy zmienna, stukształtna chmura w dale płynie;

ta sama, a wciąż inna; — o, nie mylą oczy!

Oto się przeistacza w promiennej przeźroczy

w olbrzymią postać hożej niewiasty zbudzonej —

czyli to zjawa Ledy771, Heleny, Junony?

Majestatyczne piękno duszę moją pieści!

Lecz już znika widzenie, ginie kształt niewieści,

rozprasza się — w lodowców wsiąka srebrzystości;

z nagła budzi myśl wielką zagasłej przeszłości!

Wokoło mej postaci jasna mgła się snuje,

pieści i skronie głaszcze, rzeźwi i raduje;

unosi się, drży chwilę, już pręży — ku górze —

splata w czarowny obraz na czystym lazurze.

O! dawno nie zaznane młodości wspomnienia!

Serce się blaskiem skarbów waszych opromienia,

jutrznia na miłość wraca, słyszę skrzydeł drżenie —

owo pierwsze spotkanie, pierzchliwe spojrzenie,

co ponad lat zasobkiem, nad popiołem zgliszczy

pięknem duchowej mocy jako gwiazda błyszczy.

Płyniesz, urocza zjawo, w przestwór słońcem złoty

i unosisz najlepszą część mojej istoty.

Wkracza but siedmiomilowy, za nim drugi. Zjawia się Mefistofeles, buty oddalają się poipiesznie.

MEFISTOFELES

To się nazywa jazda! W cwał!

Lecz cóż ty tutaj robisz

pośród urwistych nagich skał!

Do czegóż się sposobisz?

Właściwie widok gór tych jest mi dobrze znany —

podobnie zbudowane dno piekła i ściany.

FAUST

Zawsze baśniami sypiesz jak z rękawa —

twa ulubiona, błazeńska zabawa.

MEFISTOFELES

poważnie

Gdy ongiś Bóg (— właściwie znam przyczyny —)

w głębie nas strącił z powietrznych przestrzeni

do środka ziemi, w skalne rozpadliny,

w stos wielkich ogni, żaru i płomieni —

choć nam tam było jasno niezawodnie,

to jednak w równej mierze — niewygodnie.

I wnet też diabłów natłoczona tłuszcza

kaszle i smarka, parska i popuszcza —;

całe piekło pęcznieje jak gazowa bania,

smród przeokropny — nie do wytrzymania!

Zważ! gdy tak diabły gęsto poczną kadzić,

toćże gaz piekło może wnet rozsadzić.

I rzeczywiście! — Ziemia drży i stęka,

skorupa się wydyma, wypręża i pęka!

I tak się, widzisz, przysłowie sprawdziło:

w wierchy wyrasta to, co dnem wpierw było.

Zresztą już z nauk dobrze znasz tę śpiewkę,

co to opończą lubi zwać podszewkę.

Wygrana przy nas! Zmogliśmy otchłanie —

w przestworach odtąd nasze panowanie.

Tajemnica to jawna, choć dobrze ukryta;

jej objawienie ludziom nieprędko zaświta.

FAUST

Góry są dla mnie nieme i wyniosłe,

nie pytam, skąd, dlaczego? — Tak; kiedy przyroda

wytężyła swe siły z niej samej wyrosłe,

wraz772 się w niej dokonała jej ziemska uroda;

roześmiały się szczyty, przepaście rozwarły,

skały ku skałom, góry ku górom się wparły,

pagórki zalesioną, szumiącą rodziną

schylają się łagodnie ku cichym dolinom;

wszystko rośnie i skwita w tej uciesze wiecznej,

niepewne twej teorii hucznej, niedorzecznej.

MEFISTOFELES

Tak się mówi, tak to się tłumaczy,

lecz kto obecny był — mówi inaczej.

A ja tam byłem, kiedy w głębi wrzało,

gdy lawa ogniem krwawiła Tatr czoła,

gdy młot Molocha773 skuwał skałę z skałą,

a rumowiskiem gór miotał dokoła.

Wszak obce głazy zalegają pole

po dziś dzień! — Któż to wytłumaczyć zdole?

filozof? — nie potrafi! — obejrzy, wymierzy —

no, skała, oczywiście! niechże sobie leży!

Doprawdy, wiedza w błędnym drepce kole!

Jedynie lud, ten wierny, gminny lud,

wierzy nieustępliwie, wierzy niewzruszenie;

od dawna trafił w sedno i wie, co to cud —

i przeto diabeł u nich znaczy coś, jest w cenie.

O kulach wiary idzie jaki-siaki

przez czarcie mosty na wyżne diablaki.

FAUST

Bardzo pouczające! Rad słyszę wywody

szatańskie o przyczynach i celach przyrody.

MEFISTOFELES

To mnie mało obchodzi; szkoda słów i sporu!

To, że diabeł był przy tym, to mój punkt honoru.

My jesteśmy stworzeni, aby zdziałać wiele,

gwałt, bezrozum, zamieszki — oto nasze cele.

Lecz chcę ciebie zapytać słowami prostymi:

nic ci się nie podoba na tej naszej ziemi.

Spójrz! Stąd, gdzie wzrok nasz z góry jak orzeł polata,

widać sławę, bogactwo i królestwo świata;

spójrz i powiedz niesyty, niezaspokojony,

nie żywisz żadnej żądzy w sobie utajonej?

FAUST

Wielkiego czynu pragnę! Jakiego? — Zgadnij sam!

MEFISTOFELES

Odgadnę twe pragnienie i dobrą radę dam.

Tobie by osiąść trza w stolicy,

w ośrodku ruchu, gmatwaniny;

ciasność zaułków, szum ulicy,

stragany, rynki, krzątaniny;

tutaj cebula i kapusta,

ówdzie masarnie, szperki774, łój,

moc szynek, świńska połać tłusta —

no, jednym słowem; smród i znój.

Indziej bulwary i ogrody,

wytworność, elegancja, mody,

a dalej już — za miejską bramą,

przedmieścia z wielką panoramą!

Ejże! Z łoskotem i tupotem

dudnią powozy tam, z powrotem —

w mijaniu, potrącaniu, ścisku

roi się ludek jak w mrowisku.

Ty jedziesz wierzchem lub w karecie,

a zawsze w co najgłębszy kłąb!

Karmazyn775 jedzie! Patrzaj świecie.

w tysiącznym rozdziawieniu gąb!

FAUST

Nie! Tego nie chcę! Zważ wyniki:

cieszymy się, naród się mnoży,

no i odżywia się niezgorzej

i na naukę nawet łoży —

cóż w rezultacie?: buntowszczyki776!

MEFISTOFELES

Potem byś zamek zbudował wspaniały

w miejscu uroczym i pełnym pogody;

las, wzgórze, łąki wraz by się zmieniały

na twe rozkazy w cudowne ogrody;

w prawo i w lewo ściana zielenieje,

wpodłuż się wężą drogi i aleje;

rabaty w słońcu, świątynie dumania,

które dąb stary lub lipa osłania;

wodotryski, kaskady, fontanny strzeliste,

chłodne groty, ruiny sztuczne, uroczyste;

wszystko niby poważne — aliści w istocie

syczy, pieni się, szemrze w figlarnej pustocie.

Potem, by dam uroczych zacne uczcić wdzięki —

wygodne i zaciszne stawić trza chateńki,

w których najmiłościwszych udzielasz posłuchań

poufnych, wśród miłostek i pieszczot, i gruchań.

Mówię: „dla dam” — nie lapsus777! — bo widzisz, mój drogi,

piękno rozumiem zawsze tylko w liczbie mnogiej.

FAUST

Marną, choć modną sprawę waść zachwala;

Faust nie przedzierżgnie się w Sardanapala778!

MEFISTOFELES

Czegóż więc pragniesz, mężu zagadkowy?

Czegoś, co pełne odważnej wielkości?!

Bliskoś snadź779 krążył sfery księżycowej,

przeto śnią ci się księżycowe włości.

FAUST

Na wielkie czyny sterczą przecie

naszego globu widnokręgi,

by dziełem wzbudzić podziw w świecie,

dość mam odwagi i potęgi.

MEFISTOFELES

Więc sławy pragniesz? — o to chodzi!

Znać! — śród heroin żył dobrodziej!

FAUST

Władzę zdobędę i posiędę włości!

Czyn jest z potęgi, a sława z próżności.

MEFISTOFELES

Pochopnie mówisz! — Usłużni poeci

imię twe wsławią na wiele stuleci —

tak głupstwo twoje dalsze głupstwa wznieci.

FAUST

Spraw tych nie pojmiesz! Cóż twoja istota

wstrętna, obleśna i zła pojąć może —

ku czemu zmierza człowiecza tęsknota,

jaka w człowieku żądza czynów gorze?!

MEFISTOFELES

A niechże będzie wedle woli twojej!

Jakaż to mrzonka ciebie niepokoi?

FAUST

Ujrzałem oceanu odmęty wzburzone,

piętrzyły się wysoko, ponuro zwieżone —

cofały się i rozpęd biorąc z głębi leża

runęły na piaszczyste podole wybrzeża.

Patrzałem z gniewem. — Było to jak rozpasanie,

co ducha wolność, jego praw poszanowanie

łowi w sieć namiętności i krew w żyłach burzy,

zamieszaniem uczucia rozstraja i nuży.

Myślałem: to przypadek! — Lecz fale z łoskotem

przelewając się w morze wróciły z powrotem;

dopięły celu! Z dumą zakończyły wojnę,

by po czasie znów napaść na brzegi spokojne.

MEFISTOFELES

do widzów

Jeśli do powiedzenia nie masz mi nic więcej —

to stare dzieje! Znam je od lat stu tysięcy.

FAUST

w dalszym ciągu, gwałtownie

Morze czai się, cofa, z stu stron się odradza;

niepłodne, stokroć gorszą niepłodność sprowadza;

wzbiera, rośnie, grzmi, dudni; powodzią zgnilizny

zalewa szmat pustyni obmierzłej, bezżyznej.

Nabrzmiałe siłą fale rzygają z czeluści!

Wracają! — Było pusto, teraz jeszcze puściej!

Wysiłek bezcelowy; żywioł niespętany!

poczułem w sercu rozpacz i strach mi nie znany,

a duch mi nakazywał wskrzesić w sobie męstwo,

wziąć się z morzem za bary i odnieść zwycięstwo!

I tak też chcę uczynić! Wszak siła powodzi

każde wzgórze omija, lękliwie obchodzi;

choćby się rozszalała zalewu podnietą,

małe wagórze zakłada protest! mówi: veto780!

Wielkie głębie wołają — i wraca w posłuchu.

Tedy takie powziąłem ważne plany w duchu: —

oby dożyć pociechy, by ląd ten odrodzić,

butne morze od brzegu na zawsze odgrodzić;

na rozhukaną bestię nałożyć kaganiec,

pchnąć ją w głąb, poza brzegi, poza trwały szaniec.

Punkt po punkcie plan cały rozważnie i śmiele,

ułożyłem; pomocy żądam twej w tym dziele.

Werbel bębnów. Pobudka wojenna w dali poza widzami od strony prawej.

MEFISTOFELES

To sprawa łatwa! — Słyszysz? pobudka781 niestrojna.

FAUST

Mądrego mierzi782 to! Więc znowu wojna?!

MEFISTOFELES

Wojna czy pokój — w tym rozum człowieczy,

by korzyść umieć ciągnąć z każdej rzeczy;

spryt w oka mgnieniu korzyść sobie stwarza,

a więc do czynu, Fauście, sposobność się zdarza.

FAUST

Jakieś krętactwo nowe w myślach twych się rodzi;

dość już mam tego! Powiedz jasno, o co chodzi?

MEFISTOFELES

Powiem! W mej co dopiero odbytej podróży

spostrzegłem, że nasz cesarz w trosce żyje dużej.

Znasz cesarza! Otóż to! Od onejże chwili,

gdyśmy go szychem783 bogactw ułudnych bawili,

zdało mu się, że ziemię z krasą i urodą

może kupić; — cóż? nie dziw! Na tron wstąpił młodo,

więc fałszywie wnioskuje, sądzić raczy mylnie,

że może być, przypuszcza i pragnie usilnie,

wierzy, że wtedy życie w pełnym zalśni czarze,

gdy władza z używaniem w zgodnej pójdzie parze.

FAUST

Myli się oczywiście; komu dana władza,

w panowaniu swe szczęście winien mieć jedynie;

wola dumna mu myśli i czucia rozsadza,

lecz przed nikim swych skrytych planów nie rozwinie;

najzaufańszym tylko rozkaz szeptem daje —

rozkaz już wypełniony! Świat przed cudem staje!

Moc jego zawsze szczytem samotnym być winna,

a droga używania jest wspólna i gminna.

MEFISTOFELES

Lecz w każdym razie cesarz używał! Jak jeszcze!

Tymczasem w kraju wzrosły zamieszki złowieszcze;

tak i siak, w lewo, w prawo, wszystko się kłębiło,

uciekało przed sobą, swarzyło się, biło;

zamek przeciw zamkowi, przeciw grodom grody,

cechy784 z szlachtą o lepsze szły z sobą zawody —

i biskup z kapitułą785 z gminą w walce srogiej;

jak kraj długi, szeroki, same tylko wrogi.

W kościołach krew się lała, a przed grodzkim murem,

jakie się mordy działy, nie opiszesz piórem.

W ludziach wzrasta odwaga; żyć znaczy się bronić!

Tak oto sprawy stoją; cóż, szkoda słów trwonić.

FAUST

Sprawy stoją, chwieją się, padają, znów wstają,

aż runą w siebie zbitą, pokłębioną zgrają.

MEFISTOFELES

Nikt się zbytnio nie kwapił786 do spraw tych uleczeń,

każdy w pożarze rewolt swą chciał upiec pieczeń.

Najmniejszy się nadymał! Zaczęło być głupio —

więc się co najznaczniejsi zrzeszają i kupią

i społem uradzają, że przyczyną złego

jest cesarz niedołężny! — Wybierać nowego!

Niech spokój zaprowadzi, zło zwaśnione leczy,

niech broni swych poddanych, własność zabezpieczy,

niech nowy zasiew wzrośnie na wczorajszej niwie,

niechaj włada rząd nowy składnie, sprawiedliwie.

FAUST

Czuć w tym księżą robotę.

MEFISTOFELES

Juścić że rozruchy

prowadzące do ładu bezpieczyły brzuchy;

księża udział przyrzekli znaczny, oczywiście,

i pobłogosławili rokosz787 uroczyście,

a nasz cesarz, co przez nas tyle miał radości,

w ostatniej walce siebie ratuje i włości.

FAUST

Żal mi go szczerze! Dobry był i nie ladaco.

MEFISTOFELES

Chodź! Sprawdzimy! Niech żywi nadziei nie tracą,

Wyzwólmy go z opresji i wielkich frasunków788;

jeden ratunek tyle wart co sto ratunków.

Kto wie, jak kości padną? — Gdy się zło przewali,

ze zmianą szczęsną losu odzyska wasali.

Zstępują na niższy szczyt, skąd widać pozycje wojsk u dolinie. Odgłos bębnów i muzyki wojennej wzmaga się.

MEFISTOFELES

Pozycja, widzę, dobra; byle jeno męstwo.

Spieszmy z sukursem789, Fauście, przeważym zwycięstwo.

FAUST

Czegóż się tutaj spodziewać mam?

Czarcie mamidła! Złuda! Kłam!

MEFISTOFELES

Fortelów790 dla wygranej rzecz godziwa zażyć,

racz to w związku z swym celem dokładnie rozważyć;

gdy przy naszej pomocy cesarz tron odzyska,

ty w lennie791 odeń weźmiesz pomorskie piaszczyska.

FAUST

Tyle już dokazałeś, więc liczę na ciebie;

odnieś i dziś zwycięstwo walne792 w tej potrzebie793.

MEFISTOFELES

Nie! Ty zwyciężysz i ty weźmiesz sławę,

w twych rękach widzieć pragnę hetmańską buławę.

FAUST

Nie mnie, Mefiście, stawać pod buńczukiem794,

jestem w rzemiośle rycerskiem nieukiem.

MEFISTOFELES

Nad tym niechaj sztab się głowi,

hetman będzie od parady;

lecz ludzie muszą przyjść nowi,

przetom powołał do rady

pierwotnych mieszkańców gór,

chłop w chłopa walny jak tur.

FAUST

Cóż to, powiedz, za postacie zbrojne?

zwerbowałeś zbójników na wojnę?

MEFISTOFELES

Nie zbójnicy z jasełek ni szopki,

ale butne i wdałe795 parobki.

Wchodzi trzech Harnasiów796.

MEFISTOFELES

Idą już moje chłopaki,

niejednakie, różnolatki,

różne zbroje i szyszaki;

z nimi szlak do zwycięstw gładki.

do widzów

Dziś w żołnierza każde dziecię

bawi, stroi się z radością;

więc choć to alegorie — przecie

przypadną do gustu waszmościom.

POWICHER

młodzik, lekkozbrojny u pstrych szatach

Gdy mi kto koso797 spojrzy w oczy,

zaraz mu pięścią mordę skuję,

aż się psiajucha krwią zabroczy,

rad, jeśli kości porachuje.

ŁAPCAP

w wieku średnim, zbrojny porządnie, w bogatych szatach

Diabła są warte burdy głupie

i czasu szkoda mówić o tym;

ja tam, gdzie mogę, tęgo łupię,

a wszystko inne przyjdzie potem.

KRZEPKODZIERŻ

obstarny798, zbrojny walnie, bez odzienia

Tak robić też się nie opłaci;

łacno się wielkie mienie straci,

gdy się nie żyje w statku, w mierze;

dobrze jest brać, lecz trzymać lepiej;

jeno gdy cię rozwaga krzepi,

nikt ci ni grosza nie odbierze.

Wszyscy razem zstępują w dół.

NA STOKU GÓR

Faust, Mefistofeles, Cesarz, Hetman, Posłowie Heroldowie, Trabanci, Powicher, Łapcap, Krzepkodzierz, Markietanka799 Doworka. Z głębi odgłos bębnów i muzyki wojennej. Ustawiają namiot cesarski.

HETMAN

Pomysł był dobry, mniemam, doskonały,

że w tej dolinie obraliśmy leże,

choć nieco ciasne dla wojsk armii całej;

zwycięstwo przy nas! Bezwzględnie w to wierzę.

CESARZ

Niewczesna800 wszelka byłaby dziś sprzeczka;

trapi mnie odwrót, bądź co bądź — ucieczka.

HETMAN

Sądzę, każdy strategik801 uzyskałby sławę

z pozycji, w jakiej stoi nasze skrzydło prawe;

spójrz, najjaśniejszy panie, niezbyt strome wzgórze,

lecz i niezbyt dostępne; dla nas szanse duże,

dla wroga jak najgorsze! Na pagórków tamie

konnica przeciwnika w pół szarży się złamie.

CESARZ

Wybór miejsca pochwalam; obaczym, o ile

odwaga zmieni przesmyk ten na Termopile802.

HETMAN

Tu na halach i łąkach obaczysz swych wiernych,

idących towarzyszy do boju, pancernych.

Poprzez modrość mgły rannej błyskają kopije,

wspaniały szyk wojenny snuje się i wije!

Odwaga kipi w piersiach! Postawa ich sroga,

wierę, natarcie gromkie z nóg powali wroga.

CESARZ

Dawno już nie widziałem tak mężnej postawy!

Męstwo podwaja pułki, prowadzi do sławy!

HETMAN

O lewym skrzydle raport będzie zwięzły —:

wojsko zajęło dróg skalistych węzły;

ukryte w rozpadlinach pobok miedz i perci803

jest zwiastunem niechybnym nieprzyjaciół śmierci.

CESARZ

Więc idą sprzysiężeni fałszywi krewniacy,

stryjowie i wujowie, bracia leda jacy;

z dnia na dzień bezczelniejsi, coraz bardziej butni,

cześć tronowi, moc władzy rabowali w kłótni,

a potem powaśnieni kraj sponiewierali,

aż już w jawnym rokoszu przeciw mnie powstali.

Tłum raz na tamtą stronę, raz na tę przechodzi,

aż wreszcie runął nurtem wezbranej powodzi.

HETMAN

Wraca posłaniec wierny wysłany na zwiady,

spiesznie z gór schodzi, z gniazda wrogiej zdrady.

POSEŁ PIERWSZY

Dosyć nam się poszczęściło

w tym niebezpiecznym dziele;

podstępem szliśmy, to siłą —

lecz dobrych wieści niewiele.

Wielu ci hołdowniczą

stwierdza swą wierność przysięgą —

wierni, lecz bardzo się liczą

z wzburzeniem i ludu potęgą.

CESARZ

Dla samosobków korzyść znaczy i zapłata;

samolub czcią, wdzięcznością, wiernością pomiata.

Niebaczni! Czas się pełni! Kres ma wszelka zdrada,

spłoniecie wspólnym ogniem w pożodze sąsiada.

HETMAN

Drugi wysłannik wraca powoli, nieśmiele;

znużony, widać, mocno — drży na całym ciele.

POSEŁ DRUGI

Najpierw ujrzeliśmy, panie,

zamieszania i bezprawia,

aż tu nagle, niespodzianie —

samozwaniec się pojawia.

Nazbiegało się też wiary

na ten hejnał zakłamany —

pod samozwańcze sztandary

tłumy walą jak barany.

CESARZ

Ten uzurpator w samą porę się nadarza,

czuję swe posłannictwo i godność cesarza.

Jako żołnierz przywdziałem rynsztunek rycerski,

teraz pragnę, by zalśnił w glorii bohaterskiej!

Wśród festów804 dworskich, zabaw feerii bajecznej,

czułem głód niebezpieczeństw, walk niedosyt wieczny;

gonitwa do pierścienia wam zręcznym wystarcza,

mnie lśnił się miecz ognisty i płomienna tarcza.

Gdyby nie wasze rady, gry pacyfistyczne,

byłbym was wiódł w zwycięstwa wspaniałe i liczne.

Raz jeden wolnej woli słyszałem wołania,

gdym się ujrzał w królestwie ogni i błyskania;

waliły we mnie groźne roziskrzone głownie

— tak, to było mamidło805! Wielkie niewymownie!

Sławy! Sławy! Zwycięstwa szum skrzydeł polata —

dziś trza mi powetować806 zmarnowane lata!

Tu następuje odprawa heroldów z wypowiedzeniem bitwy uzurpatorowi. Wchodzi Faust z zapuszczoną do połowy przyłbicą, z nim Harnasie w znanych nam strojach.

FAUST

Nie wołani stajemy, panie, przy twym tronie,

hart, przezorność niesiemy ku twojej obronie.

Wiesz o tym, że górale są wtajemniczeni

w hieroglify przyrody i w mowę kamieni.

Duchy, co opuściły już dawno równiny,

pokochały, jak nigdy, wyniosłe wyżyny;

tam, kędy ich bezdroży wielka cichość broni

pracują w metalicznej zacnych gazów woni;

budują, dzielą, łączą — na tym trawią życie,

jedynym pożądaniem ich: nowe odkrycie.

Palce ich delikatne; w ducha majestacie

kształtują przeźroczyste, natchnione postacie;

potem w krysztale, w głębi wiecznego milczenia

widzą rozmaite ziemi dzieje i zdarzenia.

CESARZ

Słyszałem; wiarę budzą we mnie twoje słowa,

lecz ku czemu, rycerzu, zmierza twoja mowa?

FAUST

Sabińczyk, nekromanta807 z Norcji808, wzór wierności,

zaznał, jak, panie, pomnisz, wielu przeciwności.

Los straszliwy! Na męki ogniowe skazany,

wszedł na stos! Żarem iskier syczących owiany

już gorzał pośród bierwion, szczap płomiennych smołą,

wałem żywego ognia spiętrzonych wokoło.

Ani Bóg, ani szatan, złe, ni dobre duchy

zratować go nie mogły! — Tyś strzaskał łańcuchy!

To było w Rzymie. Żyw jest!! Odtąd wdzięczność jego

nie gaśnie; myśli wierne kroków twoich strzegą.

Nie pamięta o sobie od onej godziny —

dla ciebie jeno gwiazdy bada i głębiny;

on, Sabińczyk, nam kazał nieść tobie pomoce,

wiernie stać przy twym boku. — Wielkie są gór moce;

tu natura swobodna w potędze swej działa

w czym tylko czary widzi tępa popów pała.

CESARZ

W dnie radosne, gdy mamy pełno gości wkoło,

co przychodzą weseli, by użyć wesoło,

cieszy nas każdy przybysz, co w gwary i szumy

wchodzi i rozpycha się, i powiększa tłumy.

Lecz ponad wszystko szczerą witany podzięką

ten, co przychodzi do nas z wyciągniętą ręką

i pomoc ofiaruje o rannej godzinie

dnia wielce niepewnego — czym będzie? jak minie?

Dziś właśnie nadszedł taki dzień; niech w dłoni waszej

nie błyska gniewem brzeszczot ostrzonych pałaszy,

uczcijcie chwilę ważną, w której tłum się kłóci,

czy ze mną pójdzie, czy broń przeciwko mnie zwróci.

Człowiek jest zawsze sam! Kto tron swój i koronę

chce zabezpieczyć — w sobie jeno ma obronę.

Niechajże samozwaniec, co przeciw nam staje,

władcę kraju, cesarza szalbierczo udaje

i wojsku marszałkuje, lennikami władnie —

przeze mnie pokonany z mojej ręki padnie!

FAUST

Cokolwiek by rzeczono — aby sprawy ważnej

dokonać — trzeba, abyś, panie, był rozważny.

Czyliż hełmu nie zdobi piór szata wpaniała?

on jest męstwa obrazem, jak głowa dla ciała;

i cóż członki809 bez głowy? cóż sobie poradzą?

z nią żyją, z nią zmierają, pod jej żyją władzą.

Głowa ranna — one zranione też mdleją,

a gdy głowa zdrowieje, i członki zdrowieją;

już się też ramię kwapi810 ku mężnej obronie,

podnosi tarczę, chroni przed razami skronie;

już też i miecz posłuszny na woli rozkazy,

zadaje nieuchronne i paruje razy,

dzieląc szczęście z członkami, pełna mocy noga,

depce kark pokonany nieszczęsnego wroga.

CESARZ

Gniew mój pustych na wroga nie rzuca pogróżek;

uczynię dla stóp moich z dumnych łbów podnóżek!

HEROLDOWIE

wracają

Ani sławy, ni uznania

nie zaznaliśmy! — Zuchwali —

nasze śmiałe, krewkie słowa

salwą śmiechu przywitali:

„Diabli wzięli już cesarza

wraz z jego świtą niesławną —

jeno echo baśń powtarza:

był cesarz? — był, ale dawno!”

FAUST

Pragnienie najmężniejszych spełnia się! — W obronie

majestatu stajemy wiernie po twej stronie.

Wróg idzie! Twoje wojska oczekują znaku!

Moment sprzyja! Każ trąbić hejnał do ataku!

CESARZ

Prym811 w tej sprawie ma hetman! Żołnierz zawołany!

do Hetmana

W twoim ręku komenda! Rozwiń wielkie plany!

HETMAN

Żołnierze! Prawe skrzydło wyruszy do boju!

Wróg lewym następuje! Nim zajmie szczyt w znoju —

żołnierze! śmiałą szarżą z młodym ducha męstwem

natrzecie nań i walkę zwieńczycie zwycięstwem!

FAUST

Pozwól, hetmanie, aby ten bohater młody,

co rwie się niecierpliwie w zwycięskie zawody —

stanął w twoich szeregach: właśnie skrzydło prawe

w bój rusza, niechaj idzie i pozyska sławę.

Wskazuje na stojącego po prawicy.

POWICHER

wystąpił

Kto mi tam ino812 spojrzy w oozy,

jak go nie lunę w mordę ręką —

ani nie piśnie, krwią się zbroczy,

ze zharataną padnie szczęką.

A kto się grzbietem do mnie zwróci

przez łeb uwalę, szyję, krzyże —

już się ta nigdy nie ocuci,

ani się z ran tych nie wyliże.

Tak środkiem pójdę czyniąc rum813,

a za mną wojska twego tłum —!

Wróg się powali w zawierusze,

we własnej, psiamać, skona jusze814.

Wychodzi.

HETMAN

Kolumna wojsk środkowa niech cicho wyrusza

i spotkanego wroga do ucieczki zmusza.

Spójrzcie na prawo! Bój wre niesłychany,

natarcie pomieszało nieprzyjaciół plany.

FAUST

wskazuje na pośrodku stojącego

Niechaj ten rączy zbyt długo nie czeka —

porwie za sobą wojska jak wzburzona rzeka!

ŁAPCAP

występuje

Niech prócz zwycięstwa wojska z tym się liczą,

że trza się sutą obłowić zdobyczą;

niech nie przepomną815 pośród bitwy tańca,

że celem głównym dla nas: namiot samozwańca.

Nie będzie on się długo rozpierał i śmiele —

żołnierze! Hura! Za mną! Ja kroczę na czele!

MARKIETANKA DOWORKA

mizdrzy816 się do niego

Chociaż nie jestem tobie żona,

alem ci sercem poślubiona;

ach! baba strasznie jest łapczywa —

w sadzie owoce chybko zrywa!

Nic ją nie wstrzyma, nie wystrasza —

w zwycięstwo! Wolność! Dobra nasza!

Wychodzą oboje.

HETMAN

Na lewą flankę817 wróg prawą naciera —

tak, jak mówiłem; wszystkie siły wpiera.

Pozycja nasza świetna — atak bezowocny;

przesmyk zajęli nasi, są w przewadze mocnej.

FAUST

wskazuje na stojącego po lewicy

Pozwól, panie, w bój ruszyć tej postaci męskiej —

wzmocni mocnych i moment przyspieszy zwycięski.

KRZEPKODZIERŻ

występuje

O lewe skrzydło nie ma strachu, panie,

tam, gdzie ja jestem, pewne posiadanie;

wiekiem swym i zaletą właśnie tą się szczycę,

że sam diabeł nie wydrze, co raz w garść pochwycę.

Wychodzi.

MEFISTOFELES

schodzi z góry

Spójrzcie jak w całej przestrzeni,

w każdym manowcu, szczelinie,

zbroja srebrzyście się mieni!

Gdy huf się podźwignie, rozwinie

swe szyki bojowe wśród gór —

z hełmów, karacen818 powstanie

zwycięski za nami mur.

cicho do wtajemniczonych słuchaczy

Skąd przyszli? — ach! po cóż pytanie!

Tam w arsenałach tak stali

przy ścianach w niejednej sali,

zbrojno i pieszo, i konno,

i śnili swą chwałę pozgonną,

jakoby nigdy nie zmarli —

tak się w swych zbrojach rozparli —;

mara zakuta przy marze:

rycerze, królowie, cesarze.

Jak cień za nimi się wlecze

wyśnione ich snem średniowiecze.

I cóż? — Ożywiam, inaczę

te puste domki ślimacze

i żenię diabłów z żelazem —

lecz efekt będzie tym razem!

głośno

Słyszycie, jak się z sobą wadzą strachy?

Chrzęszczą, szczekocą potrącane blachy!

Łopocą strzępy chorągwi gorliwie

na wietrze rześkim, gniewnie, niecierpliwie.

Zważcie, lud stary i siarczyście zbrojny

rwie się na boje nowe i na wojny!

Z gór przeraźliwe dźwięki puzonów. W szeregach nieprzyjacielskich wyraźne zamieszanie.

FAUST

Cały widnokrąg w mroku tonie,

a tu i tam rozbłyska, płonie

czerwonych ogni wrogi rój;

w pomroce krwawe błyszczą miecze;

las, skały, ziemia i powietrze —

już całe niebo rusza w bój!

MEFISTOFELES

Na prawej flance mocno! świetnie!

Słusznieś młodzieńca tego chwalił;

harnaś Powicher kropi setnie,

jakby w boisko819 cepem walił.

CESARZ

Zrazu widziałem jedno ramię,

teraz rąk tuzin wroga łamie;

jakaś tam siła rządzi zła.

FAUST

W skwarnej Sycylii ileż razy

jawią się złudne w mgle obrazy,

rozchwiane w pełnym świetle dnia;

wzniesione ku niebieskiej błoni,

skąpane w egzotycznej woni —

dziwne, drgające kryślą tła:

urocze miasta, lasy, wody

i kołyszące się ogrody

maluje w słońcu zwiewna mgła.

CESARZ

Lecz dziw! Lecz dziw! po naszej stronie

las włóczni światłem gromnic płonie —

palą się ostrza naszych dzid —

i sarabandą820 opętańczą

na kopiach żywe ognie tańczą!

Czy to mamidło, senny zwid?

FAUST

Są to, o panie, dawne ślady

przeszłości zagubionej, bladej,

gdy Dioskurów blask821 się tlił;

płomień, na który przysięgali

żeglarze przy wzburzonej fali —

ostatek tu dobywa sił.

CESARZ

Lecz czyjeż to sprawiły czary,

że nam przyroda swoje dary,

swój najcenniejszy zsyła dział?

MEFISTOFELES

Czyjeżby? — Sabińskiego mistrza!

On pomoc swą przyjazną ziszcza

i gromi wroga w ogniu strzał.

Wzburzony wrogów nawałnością,

ratować przyszedł cię z wdzięcznością —

choćby sam marnie zginąć miał.

CESARZ

Tak mnie tam wtedy wiedli z pompą i w splendorze;

zapragnąłem spróbować — co też władza może —

niewiele myśląc — bez krzyku, patosu —

wyrwałem starca z płonącego stosu.

Klerowi nie w smak był mój czyn; chciałem, zrobiłem;

łaski jego z powrotem nigdy nie zdobyłem.

Pamięć krzepkiego czynu starość mą umila,

miałażby wydać owoc owa dawna chwila?

FAUST

Z lichwą822 wraca się czyn z serca poczęty.

Lecz spójrz! — Nad tobą w chmurze słońcem uśmiechniętej

dostrzegam znak przedziwny, obraz wróżby rzadkiej —

uważaj! — może rozwiązanie poda nam zagadki.

CESARZ

Orzeł strwożony leci, zatacza kolisko,

za nim gryf rozjuszony! Naciera nań blisko.

FAUST

Wierzę, że wróżba zagadkę wyjaśni,

Gryf jest zwierzęciem urodzonym w baśni,

czyż może taka nierealna postać

we walce orłu prawdziwemu sprostać?

CESARZ

O już się zwarli pośród chmur!

Srożą się dzioby, prężą szpony

do uderzenia i obrony —

walczą w zawiei krwawych piór.

FAUST

Gryf słania się jakby przed zgonem,

zmierzwiony, skrzydła zmięte składa

i z podwiniętym lwim ogonem

pobity w skalne złomy pada.

CESARZ

Zdumiony, pragnę dopatrzyć się treści,

oby się stało tak, jak wróżba wieści!

MEFISTOFELES

ku prawej stronie

Ależ nasi kropią żwawo,

— to się zowie krzepka rzesza;

wróg już całą flanką prawą

cofa się i szyki miesza —

w swoje skrzydło lewe wpiera.

W miejsce słabe nasi duchem823

lecą! — burza wre i wzbiera!

Walą po łbach jak obuchem!

W błyskawicowym rozpędzie

jak dwie rozjuszone fale

runęły wojska rząd w rzędzie —

co za wściekłość! Co za męstwo!

Bitwa rozgrana wspaniale!

Po naszej stronie zwycięstwo!

CESARZ

ku stronie lewej do Fausta

Spójrz! Po lewej coraz gorzej,

wojska nasze jakby w matni

w dół zstępują; coś ich trwoży —

z turni zeszli już ostatniej;

zaprzestali walki — w dali

nagłe wrogów głośne krzyki,

pewnie wąwóz sforsowali!

Oto marnych sztuk wyniki!

Na to grzeszne czarnoksięstwo,

aby odniósł wróg zwycięstwo?!

Pauza.

MEFISTOFELES

Już lecą moje kruki czarne,

przeczuwam wieści z boju marne,

obawiam się, że z nami źle.

CESARZ

Cóż ptaki te zjawione nagle?

Kierują ku nam krucze żagle,

któż je z kurzawy bitwy śle?

MEFISTOFELES

do kruków

Usiądźcie blisko mego ucha;

nie zginie, kto was wiernie słucha —

dziś wasza rada przyda się.

FAUST

do Cesarza

Gołębie znasz, cesarska mości,

co to i z najdalszych nawet włości

wracają, gdzie ojczysty próg.

Dobra z nich poczta w czas pokoju,

wytrwałe i nie szczędzą znoju —

lecz w czasie wojny lepszy kruk.

MEFISTOFELES

Jak przeczuwałem — złe posłanie,

w cesarskiej armii zamieszanie,

lęk ją przy skałach zmógł.

Wierchy zdobyte, los się zmienia...

To byłby orzech do zgryzienia,

gdyby i przesmyk zajął wróg.

CESARZ

Okpiliście mnie w rezultacie,

cesarza we więcierzu824 macie —

grozą przejmuje wasza sieć.

MEFISTOFELES

Jeszcze zwycięstwo możem mieć!

Głowa do góry! Sursum corda!825

Przy końcu walki dzierż się korda826.

Poselska moja czeka brać;

rozkaż! bym też mógł rozkaz dać!

HETMAN

nadszedł w czasie tych słów

Gdyś wszedł w stosunki bliskie z tymi szalbierzami827,

miałem kiepskie przeczucie; wszakże to, co mami,

trwałym szczęściem nie darzy; w ciągłej trosce żyłem;

co teraz? Nie wiem! Radźcie; ja swoje zrobiłem.

Niechaj ci dalej wiodą swe dzieło nieprawe!

ja w twoje ręce składam hetmańską buławę.

CESARZ

Zachowaj ją na lepsze, sposobne godziny,

może się szczęście jeszcze raz pokuma z nami;

mierzi mnie wstrętna zjawa tej groźnej widminy

i te jego konszachty poufne z krukami.

do Mefistofelesa

Nie mogę tobie buławy dać,

godniejszy ją posiędzie.

Rozkazuj teraz, ratuj, radź!

Co może być, niech będzie.

Wchodzi z Hetmanem do namiotu.

MEFISTOFELES

Niechże go strzeże marne godło!

Nam by się z tym niedobrze wiodło,

dostrzegłem na nim krzyża znak.

FAUST

Co teraz robić?

MEFISTOFELES

Już zrobione! —

Pomoże nam ten kruczy ptak.

Dalejże, czarne kmotry! Bierzcież nas w obronę!

Dalejże nad jezioro! Na służbę i czyny —

proście o złudność nurtów faliste Undyny828;

znanym niewieścim kunsztem sprawnie im się uda

rozdzielić od istoty pozorów przyczyny,

tak, iż każdy by przysiągł, że to fakt, nie złuda.

Pauza.

FAUST

Do pięknych panien nasze kruki

dobrały się przez pochlebstw sztuki;

oto już słyszę szmer strumienia —

ze suchych grani, z skał urwiska,

żywotne, lśniące źródło tryska!

Zwycięstwo w klęskę się przemienia.

MEFISTOFELES

Tego nam trzeba było! Zmiana w oka mgnieniu!

U śmiałych taterników dusza na ramieniu.

FAUST

Strumień się zmienia w sto strumieni;

z rozpadlin lśni się, iskrzy, mieni —

zdwojonym pędem wsparł się łukiem,

spieniony z szumem, grzmotem, hukiem,

już stawem zlustrzył się w kotlinie

i mknie w kaskadach ku dolinie.

Wrogów szeregi jak wiór, śmiecie,

wzburzona fala zmyje, zmiecie;

w skały nawrotem strumień kuje —

aż mnie samego lęk przejmuje.

MEFISTOFELES

Mnie wzroku złuda wód nie mroczy,

lecz łacno829 ludzkie okpić oczy;

czarowne bawi mnie zdarzenie.

W dół pędzą zbitą, trwożną zgrają

i zdaje im się, że pływają —

lęk przed stonięciem tak ich żenie,

a przecież sucho, twardo wszędzie;

teraz już z nimi krucho będzie.

Kruki wracają.

Przed wielkim mistrzem chwała was nie minie;

Alić same mistrzostwo swe okażcie w czynie:

lećcie raźno do kuźni, gdzie górskie podciepki830

w zawiei iskier żywot wiodą krzepki,

gdzie ciągłe kucia, tupoty i stuki.

Z mańki ich zażyć831 trza, pleść banialuki832,

aż was lud karli tym ogniem obdarzy,

co to płonie i pryska, iskrzy się i żarzy.

Tego nam trzeba. Wprawdzie błyskawice lśniące

na widnokręgu, nocą gwiazdy spadające,

to w lipcu rzecz zwyczajna; ale w krzach i w lesie

wynaglone błyskania zuchwałe i biesie,

ale gwiazda, co syczy na mokradłach mrąca —

to sprawa diablo rzadka i niepokojąca.

To musicie uzyskać; bez zwlekań, od razu;

próbujcie najpierw prośby, a potem rozkazu.

Kruki odlatują. Dzieje się wedle słów Mefistofelesa.

Na wrogów już całunem gęste padły mroki;

po omacku się snują, lęk spętał ich kroki;

błędne ognie ich mamią; — błysk oślepiający!

Wspaniale! Byle nieco muzyki trwożącej.

FAUST

Rynsztunek, oniemiały w muzealnym grobie,

ożył na świeżym wietrze i stężył się w sobie;

chrzęści, rzęzi, charkocze, podzwania jak żywy;

dźwięk przedziwny, cudaczny, straszliwie fałszywy.

MEFISTOFELES

Świetnie! Już na nic prośby, groźby —

drży ziemia od rycerskiej kośby,

jak to za dawnych, dobrych lat;

ożyła świetna zbroic krasa,

tamci do lasa, ci do sasa —

na swego brata dybie brat.

Klątwą dziedzictwa powołani,

zażarci i nieprzejednani,

antagoniści walczą wieczni!

Doprawdy, niech cię piorun trzaśnie,

nienawiść stronnictw, partii waśnie —

w zgubę prowadzą najskuteczniej.

Wre walka! Huk się w turnie niesie,

harmider wstrętny, wycia biesie833,

okropna jatka, rzeź sobacza!

Więc dokonana już zagłada;

wrzawa nacicha i opada —

po skałach się w doliny stacza.

Orkiestra rozbrzmiewa nieustającą wrzawą bojową, w miarę rozwoju akcji zmienia się w dziarski, triumfalny marsz.

W NAMIOCIE SAMOZWAŃCA

Cesarz, Hetman Koronny, Podkomorzy, Stolnik, Strukczaszy, Prymas-Kanclerz Koronny, Łapcap, Doworka, Trabanci834. Tron; przepych. Harnaś Łapcap i Markietanka Doworka

DOWORKA

Pierwsi jesteśmy z całej rzeszy!

ŁAPCAP

Pierwszy przychodzi, kto się śpieszy.

DOWORKA

Tutaj się można w skarbach pławić!

Od czego zacząć? Co zostawić?

ŁAPCAP

Ten cały namiot — złota kadź!

Aż oczy bolą; co tu brać?

DOWORKA

Rozpocznę od kilimu tego,

siennik mam, wiecie, do niczego.

ŁAPCAP

Ach! Cóż za damasceńska stal835,

tego nie zabrać — byłby żal!

DOWORKA

Płaszcz ten czerwony w złote pasy!

toż to marzenie! co za czasy!

ŁAPCAP

zabiera zbroję

Najlepsza w ręku taka szabla,

z nią furda836 strachy, przemoc diabla!

Zgarniają ręce twe zażarte,

a wszystko funta kłaków warte.

Rzuć to i czyń, co ja tu czynię,

korzystną zajmij się robotą,

zabierz na plecy, babo, skrzynię,

w niej żołd żołnierski, samo złoto.

DOWORKA

Piekielny ciężar! Szkoda zwady,

z miejsca nie ruszę, nie dam rady.

ŁAPCAP

Grzbiet masz rozległy! Schyl się! Jeszcze!

Ja ci to dźwignę i umieszczę.

DOWORKA

Gwałtu! Już po mnie! Co za męka!

Ciężar mnie złamie, krzyż mi pęka!

Skrzynia spada i rozwiera się.

ŁAPCAP

Masz! Rozsypało się, psiajucha;

prędko — pozbieraj do fartucha!

DOWORKA

przyklęka

Pomóż! by prędzej szło zbieranie —

i tak nam dosyć się dostanie.

ŁAPCAP

No — dosyć będzie! — Trza dać nura!

DOWORKA

wstaje

Sto diabłów! W tym fartuchu dziura!

Gdzie stąpisz, sypią się dukaty,

trwonisz niebacznie plon bogaty.

TRABANCI CESARSCY

A wy tu po co w tym namiocie?

Grzebiecie się w cesarskim złocie?

ŁAPCAP

Kto pierwszy szedł, gdzie walka sroga —

słusznie łup syty sobie bierze;

a to jest przecież namiot wroga,

a myśmy także żołnierze.

TRABANCI

Zły się obyczaj stąd wytwarza:

żołnierz i złodziej w jednym rzędzie;

kto pragnie w służbie być cesarza,

niechaj wojakiem prawym będzie.

ŁAPCAP

Tę prawość waszą dobrze znam:

to kontrybucja! Gadaj zdrów; —

wszystko do kupy wielki kłam —

brać! to najmilsze z waszych słów!

do Doworki

Co masz, to dzierż837! Już po obławie —

Chodź! Patrzą na nas niełaskawie.

Wychodzą.

TRABANT PIERWSZY

Czemużeś tak bezczynnie stał?

ja bym był draba w mordę prał!

TRABANT DRUGI

Doprawdy nie wiem; z sił opadłem;

wydali mi się złym widziadłem.

TRABANT TRZECI

A mnie się w oczach zamroczyło,

wszystko się jakby mgłą okryło.

TRABANT CZWARTY

Jakby nas dziwny spętał czar —

strach się podstępnie zewsząd skrada;

przez cały dzień obłędny skwar —

ten stoi — tamten nagle pada

— wleczemy się, a walka trwa;

znów nowy atak! Krzyk: do broni!!

Wróg pada! W oczach krwawa mgła,

a w uszach dźwięczy, brzęczy, dzwoni!

Wreszcieśmy doszli tu — jak w śnie —

lecz jakim cudem, któż to wie?!

Wchodzą Cesarz i Dostojnicy. Trabanci oddalają się.

CESARZ

Więc stało się! Zwycięstwo! Wróg nasz rozgromiony,

rozsypał się w popłochu w cztery świata strony.

Skarby, kobierce, bezład poniechanych zbroi,

zdrajca umknął sromotnie, a tron pustką stoi.

Pośród trabantów wiernych i wypróbowanych,

oczekuję łaskawie hołdu mych poddanych.

Zewsząd radosne wieści: władza ma uznana,

powstańcy pokonani we mnie widzą pana!

Chociaż się czarnoksięstwo wdało w naszą sprawę,

zwyciężyliśmy sami i zyskali sławę.

Przecież często przypadek walczącym pomaga:

grad kamienny, deszcz krwawy nieprzyjaciół smaga,

z przepaści czasem rozbrzmi głos straszny i srogi —

dla nas hejnał otuchy, wrogom chorał trwogi.

Pokonany upada; hańba go przeżyje;

zwycięzca z łaską bożą wian tryumfu wije.

Nie potrzeba rozkazów! W tej dziejów niedzieli

Veni creator838 wzlata z milionów gardzieli.

Chwila to osobliwa; chcę przeto i muszę

— co tak rzadko czyniłem — w własną spojrzeć duszę:

młodość wartości życia poznać się nie sili,

lata dopiero uczą cenić wagę chwili.

Postanawiam dziś przeto, dostojnicy, z wami

dzielić się panowaniem, władzą i włościami.

do pierwszego

Książę kochany! Stałeś na armii mej czele,

w chwili ważnej działałeś rozważnie i śmiele;

bądź hetmanem koronnym! Oby z tego miecza

spłynął wieczysty pokój i dostatnia piecza839.

HETMAN KORONNY

Gdy wierne wojska, które rokosz uśmierzyły,

wzmocnią grody graniczne i władzy twej siły —

zezwól, abyśmy w zamku rycerskich komnatach

ucztę zacną sprawili przy setnych wiwatach;

wtedy ja, miecz ten dzierżąc, przy twym majestacie

stał będę, wierny strażnik, na twej chwały czacie840.

CESARZ

do drugiego

Ty, który z męstwem łączysz takt i miarkowanie841,

bądź wielkim podkomorzym842! — Niełatwe zadanie;

przewodzić będziesz dworskim, co to bałamutni843

do usług mniej są skorzy, a bardziej do kłótni.

Ty w splendorze godności bądź odtąd przykładem,

jak panu i dworowi służyć grzecznym ładem.

WIELKI PODKOMORZY

Wielkie zamysły pańskie wypełniać — zdrój łaski!

Dobrym pomóc, nie szkodzić złym, godzić niesnaski,

otwartość bez chytrości, niekłamana pogoda —

za wszystko twe spojrzenie — najwyższa nagroda!

Jeślibym mógł o uczcie marzyć nazbyt śmiało —

pragnąłbym podać tobie miednicę wspaniałą

i potrzymać pierścienie — abyś chłodną wodą

rzeźwić mógł ręce; — wzrok twój będzie mi osłodą.

CESARZ

Myśleć nie chcę o uczcie! Zbyt poważna chwila;

lecz niechaj! Radość krzepi, przed czynem posila.

do trzeciego

Ty bądź wielkim stolnikiem844! Twoje panowanie:

zarząd dóbr, białozory845, psiarnie, polowanie.

Mniemam, z spichrzy i spiżarń wyrugujesz braki

i wedle pory roku nagodzisz846 przysmaki.

WIELKI STOLNIK

Post dla mnie obowiązkiem, póki mego pana

nie nasyci potrawa nadobnie podana;

kucharze i włodarze będą się starali

o zamorskie korzenie i wczesność nowalii.

Znam gust twój, więc skieruję zarządzenia pilne

nie na zmyślne potrawy, lecz proste i silne.

CESARZ

do czwartego

Że to jednak do uczty stała chęć was bierze,

bądź mi wielkim strukczaszym847, młody bohaterze.

Więc gospodaruj pilnie, niech nasza piwnica

najlepszymi winami godnie się zaleca.

Lecz zważ, że cześnik848 trzeźwość w estymie849 mieć musi,

niechże cię więc sposobność niewczesna850 nie skusi.

WIELKI STRUKCZASZY

Wasza cesarska mości! Nim się człek spostrzeże,

młodość, byle jej ufać, prym851 przed mężem bierze.

Więc i ja starań znacznych dołożę sowicie,

abyś miał najpiękniejsze, urocze nakrycie;

kredens twój złotem, srebrem, kryształem przystroję,

a ulubiony puchar złożę w ręce twoje:

puchar z szkła weneckiego, mający tę cnotę,

że zdwaja i moc wina, i picia ochotę,

a chroni przed upiciem; — choć ufać nie można —

zbawienniej chroni twoja pomierność852 ostrożna.

CESARZ

Każde w tej ważnej chwili powiedziane zdanie,

niechajże znajdzie u was pełne zaufanie.

Słowa cesarskie nie dym, nie mgła jego dary;

wiem, że chcecie, i słusznie, potwierdzenia wiary:

dokumentu z pieczęcią. — W zdarzonej godzinie

nadchodzi mąż, co z kunsztu prawniczego słynie.

Wchodzi Prymas-Kanclerz Koronny

CESARZ

Kiedy szczytowy kamień zepnie już sklepienie,

budowa trwać na wieki będzie niewzruszenie.

Czterech kniaziów tu widzisz; w rozmowie łaskawej,

domu i dworu ważne omówiłem sprawy.

Lecz gdy chodzi o rządy i ład w państwie całem —

dzielę je między pięciu was, których wybrałem.

Splendor wam się należy i znamię pańskości,

przeto zwiększę granice waszych posiadłości

dziedzictwem tych, co rokosz przeciw mnie podnieśli.

Wam, wiernym, łaska moja szmat ziemi wykreśli,

równocześnie i prawo będzie wam nadane

rozrostu dóbr przez kupno, zajazd lub zamianę.

Więc dalej postanawiam, byście władzy swojej

zażywali bez przeszkód, jak kniaziom przystoi.

Jako sędziowie wielcy ferujcie wyroki,

bez odwołań niech będzie wyrok wasz wysoki.

Podatki, dziesięciny853, dzierżawy i myta,

żupy854, mennice — wasza własność prawowita.

Tak oto wdzięczność zacna, co w sercu mym płonie,

stawia was, bliscy moi, przy cesarskim tronie.

PRYMAS

Dank855 ci, panie, składamy w należnej powadze.

Wzmacniając nasze siły, wzmacniasz swoją władzę.

CESARZ

Was pięciu wznoszę w godność wielką i robotę.

Panuję jeszcze, żyję i żyć mam ochotę.

Lecz wielkich przodków moich poważna gromada

napomina, o końcu niespodzianym gada.

Przyjdzie mi świat porzucić, w duchów stanąć rzędzie,

tedy wybrać następcę waszym czynem będzie.

Elektowi tron dacie; niech panuje śmiele

i zakończy zamieszki w pokojowym dziele.

KANCLERZ KORONNY

Z uczuciami dumnymi i wraz856 pokornemi

korzą się tobie wielcy książęta tej ziemi.

Dopóki w piersiach wierna kołace się dusza,

jesteśmy ciałem, którym wola twa porusza.

CESARZ

A więc umowa stoi między nami święta;

dokumentem potwierdźmy te pacta conventa857.

Zażywajcie dóbr waszych i samodzielności;

jeden warunek kładę: niepodzielność włości.

Jakkolwiek rozszerzycie wasz okręg lenniczy,

najstarszy syn niech całą posiadłość dziedziczy.

KANCLERZ KORONNY

Statut piszę z treści twych słów na pergaminie,

niech na wieki twym szczęściem i naszym zasłynie.

Skryba zdobnie przepisze, a pobok pieczęci

twój podpis prawomocnie dokument uświęci.

CESARZ

Posłuchanie skończone! Co dzień przyniósł w dani,

rozważcie to samotnie, w duchu zasłuchani.

Świeccy dostojnicy wychodzą.

PRYMAS

zostaje, mówi patetycznie

Kanclerz wyszedł, lecz prymas nie pójdzie tą drogą;

zostaje, aby, panie, służyć ci przestrogą!

Ojcowskie serce moje lęk kąsze żałosny!

CESARZ

Jakież troski cię gnębią w chwili tak radosnej?

PRYMAS

Zmaga mnie boleść gorzka, strach o duszę trwoży —

sojusz z czartem zawiera pomazaniec boży!

Wprawdzie tron odzyskałeś, ale w sposób kręty

i Bogu na pohybel858, i Stolicy świętej!

wzniesie papież nad państwem karzącą prawicę,

przeklnie cię i rozkaże przełamać gromnicę. —

A ów dzień koronacji? czyż zapomnieć może,

że w pierwszym błysku łaski cesarskiej korony,

cały świat chrześcijański został pohańbiony?

Uderz się w piersi! I daj zadośćuczynienie,

spraw, by wraży szmat ziemi zyskał uświęcenie:

tam, gdzieś zajął obozem całą wzgórzy stronę,

gdzie złe duchy się zbiegły na zgubną obronę,

gdzieś posłuch dał skwapliwy czeredzie kłamliwej —

stwórz kalwaryjskich dróżek odpust świątobliwy;

postaw klasztor, a przy nim fundację posażną:

wzgórz poszytych borami przestrzeń daj poważną,

zielone, bujne łąki, lśniące, rybne stawy,

strumyków sporą ilość, co w szumie siklawy859

spadają na dolinę, gdzie srebrzystą wstęgą

zalecają się łanom, pastwiskom i łęgom860

dodajże w szczodrej łasce jeszcze tę dolinę,

a tedy pełen skruchy zmażesz swoją winę.

CESARZ

Zbłądziłem ciężko! Każdej imam861 się ofiary;

wykreśl one granice wedle własnej miary.

PRYMAS

Niechaj te miejsca, grzechem skażone, rozgorzą

poczętą w skrusze kornej, świętą służbą bożą.

Już widzę wzrokiem ducha zwarte bloki muru

i jutrzenkę grającą na piszczałach chóru.

Kościół rośnie, zakwita złotym kwiatem krzyża,

łaska jego przez nawy wiernym się naniża;

płyną w bramy pielgrzymki w modlitwie skruszonej,

z gór i dolin wołają rozśpiewane dzwony —

ze wszystkich wież wołają tym podniebnym biciem:

grzeszniku! nowym ciebie obdarzymy życiem!

Oby dzień poświęcenia wielki, uroczysty

spromienił się splendorem twej zbożnej asysty.

CESARZ

Niechże nabożne dzieło milionowej rzeszy

mówi o chwale Boga, a mnie niech rozgrzeszy,

Rzekłem! Skrzepiony w duchu i pełen radości.

PRYMAS

Szczęsny ewentus862 sprawy żąda formalności.

CESARZ

Spisz więc akt erekcyjny863 z prawami nadania

i jak najrychlej przynieś go do podpisania.

PRYMAS

już się był pożegnał, jednak wraca jeszcze

Dziełu zapewnić rozwój trzeba przez daniny,

przez wieczyste pogłówne864, czynsze, dziesięciny;

chcąc godziwie utrzymać przyklasztorne wzgórze

i gospodarkę całą — to koszta są duże.

By klasztor stanął szybko na takiej pustoszy —

sięgnij do swej szkatuły i nie żałuj groszy.

Zważ, że z dala sprowadzać trzeba materiały,

drzewo, wapno i łupek — to koszt też niemały.

Podwody865 dadzą chłopi, gdy się im powtórzy,

że kościół błogosławi temu, kto mu służy.

Wychodzi.

CESARZ

Ciężkie są me przewiny; Grzechy wielką zmorą;

Te szalbiercze praktyki kosztują mnie sporo.

PRYMAS

jeszcze raz powraca, z czcią najgłębszą

Wybacz, panie! — Szalbierza, co z złych kunsztów słynie,

obdarzyłeś pomorzem866; klątwa go nie minie!

Słusznie przeto w twej skrusze kościół ma nadzieję,

że i z tych dóbr mu przyznasz cła i przywileje.

CESARZ

opryskliwie

Jeszcze morze przez piaski lądów tych przecieka.

PRYMAS

Kto cierpliwość i prawo ma — ten się doczeka.

Wierzę, że przywilejów zaszczyt nam przypadnie!

Wychodzi.

CESARZ

sam

W ten sposób całe państwo mógłbym rozdać snadnie.

AKT PIĄTY

POMORZE

Wędrowiec, Filemon, Baucyda867.

WĘDROWIEC

O, lipy stare, mroczne,

witam was po raz drugi —

pod wami dziś odpocznę

po wędrówce długiej.

Tak — ta sama zagroda,

która mnie przytuliła,

gdy mórz wzburzona woda

na brzeg mnie wyrzuciła.

Co też z gospodarzami?

żyje pobożna para?

już wtedy przed latami

przygarbiona, stara —

Zacni ludzie! w tęsknocie

do was idę; witajcie!

szczęśliwego w swej cnocie

zmierzchu zażywajcie.

BAUCYDA

staruszka zgrzybiała

Cicho, przechodniu sercu miły,

cicho! — śpi zacny mój małżonek;

sen długi krzepi starca siły

na pracowity, krótki dzionek.

WĘDROWIEC

Tyżeś to, matko, sercu miła?

korzę się tobie w dzięce zbożnej.

Tyś mnie do życia przywróciła,

ty i małżonek twój pobożny.

Wasze to serca cud sprawiły.

ożyłem w waszych serc obronie.

Wchodzi Filemon.

Tyżeś Filemon sercu miły,

coś morskie przemógł868 dla mnie tonie?

Waszego ognia płomień pilny,

waszego dzwonka srebrne bicie,

z toni wyrwały mnie mogilnej

i wam zawdzięczam życie.

Nad bezgraniczne idę morze,

piach ucałować, złożyć modły;

o, niezbadane drogi boże,

które mnie w cichy dom wasz wwiodły.

Zmierza ku brzegowi.

FILEMON

do Baucydy

W ogródku naszym pod lipami

posiłek przyładź869 jak należy;

on się zatrwoży widziadłami

i oczom nie uwierzy.

do Wędrowca, przy nim stanąwszy

Pomnisz tu morską toń wzburzoną?

— fala za falą się przelewa —

a oto ogród założono,

grzędy i kwiaty, krzewy, drzewa.

Starcem już byłem, słabe ciało

mogłożby sprostać pracy takiej? —

w miarę jak sił mych ubywało,

morze zmieniało szlaki.

Przyszli mędrkowie, śmiała czeladź870

kopali rowy, tamy, jazy871

zdołali morze z piachów przelać,

posłuszne na ich rozkazy.

Dziś lasy tu zieleniejące —

łąki, ogrody, wsie, spowiły —

Lecz już zachodzi, synu, słońce,

chodź na posiłek, gościu miły.

Tam w zorzy żagle się czerwienią,

— dołem spływają nocne mroki —

jak ptaki umykają cieniom,

do gniazd mkną — tam, gdzie port głęboki.

I tak cofnięty, zagubiony,

modry pas morza w mgle się mieni —

jak okiem sięgnąć w obie strony

krąg zaludnionej przestrzeni.

Podeszli do stołu pod lipami, zasiedli we troje do wieczerzy.

BAUCYDA

Dlaczego milczysz, gościu miły?

nietknięte mleko i razowiec.

FILEMON

Te zmiany tak go zadziwiły!

Ty lubisz mówić, opowiedz —

BAUCYDA

Dziwy się, wielkie dziwy, działy;

do dziś mnie straszą lęki —

bo to i ten wypadek cały

z szatańskiej był poręki872.

FILEMON

Że brzeg darował i mieliznę

cesarza winić niepodobna873;

herold ogłosił darowiznę

wszem wszystkim, każdemu z osobna.

Tu niedaleko mej zagrody

pierwsze na tamy bito pale;

namioty, domki! — wnet ogrody

i pałac z piachów wzrósł wspaniale.

BAUCYDA

W dzień się tłum łudzi krząta z wrzawą,

niewiele pociech z ich mordęgi —

aż w nocy ognie błysły krwawo,

nazajutrz wał się piętrzy tęgi.

Ofiary — straszne, któż policzy?!

nocami krzyki, wycia szału!

morzem w dal płynie błysk zwodniczy!

rano już wody lśnią kanału.

Bezbożnik! Boga nie ma w duszy!

pożąda naszej ojcowizny;

potęgą władzy swej się puszy

i chce nas zaprząc do pańszczyzny.

FILEMON

Przecież zalecał nam zamianę

na folwark zacny i — obszerny —

BAUCYDA

Te wodne lądy zakłamane!

Trwajmy na straży domu wiernej!

FILEMON

Ostatni promień słońca kona,

więc na modlitwy iść nam trzeba,

oddzwonić ave, wznieść ramiona,

z ufnością skarbić łaski nieba.

PAŁAC

Faust, Mefistofeles, Trzej Harnasie, Strażnik Linceusz. Rozległy wirydarz, wielki, równy kanał.

STRAŻNIK LINCEUSZ

przez tubę

Słońce zapada; karawele874

chyżo sterują do wybrzeża —

łódź spora płynie na ich czele,

przez kanał ku nam zmierza.

Chorągiewkami wiatr kolebie,

Rośnie w przystani masztów las;

pieśń marynarzy wielbi ciebie —

twojego szczęścia nadszedł czas.

Dzwonek podzivania od wybrzeża.

FAUST

starzec stuletni przechadza się w zamyśleniu, wzdrygnął się

Znów to dzwonienie! Jak zdradliwa strzała

rani mnie dzwonu głos. Przede mną chwała

pańskości mojej, a za mną zgryźliwie

szydzi włość875 mała ze mnie urągliwie

i zda się mówić: „nie wszystko jest twoje!”;

tak samo brzęczą zazdrośników roje;

ta nędzna chata w lipach, kapliczkach spróchniała —

nie moje! — a ilekroć myśl ku nim wzleciała,

obcym cieniem zmrożona uciekła przed nimi;

Precz z oczu! Ziemia płonie pod stopami mymi!

STRAŻNIK

z wieży; jak poprzednio

Łódź się na dalach kładzie,

i wieczornym wiatrem płynie!

piętrzą się na pokładzie

tłumoki, wory, skrzynie.

Zbliża się wspaniała łódź przepełniona barwnym, egzotycznym ładunkiem.

Mefistofeles z trzema Harnasiami.

CHÓR

Już lądujemy

o znaczonej godzinie,

witajże nam, witaj

miły gospodynie.

Wysiadają, ładunek znoszą na ląd.

MEFISTOFELES

Dobrześmy się dziś spisali!

Jazda z okrętami dwoma —

mniemam pan nas dziś pochwali —

bo wracamy z dwudziestoma.

Wielki czyn i czyn mozolny —

spójrzcie na tych pak spiętrzenie!

Morze wolne i duch wolny —

nie ma czasu na myślenie!

Decydować trza znienacka

— byle okręt złowić, zoczyć —

gdy już trzymasz — mina chwacka!

czwarty łatwo już przytroczyć;

gładziej jeszcze z piątą nawą;

kto ma siłę, ten ma prawo;

„co” rzecz pierwsza, „jak” ostatnia;

chyba wiem, co marynarstwo:

nierozdzielna trójca bratnia

to: wojna, handel i korsarstwo.

HARNASIE

razem

Ani dziękuje, ani nie wita,

jakby to było sprawą zwyczajną!

ani nie wita, ani dziękuje,

jak gdybyśmy mu przywieźli łajno.

Mina zgryźliwa: królewskie dary

widać go mierżą; to nie do wiary!

MEFISTOFELES

Żadnych już nagród wam nie sposobię,

każdy część swoją wszak zabrał sobie.

HARNASIE

Chciałbyś nas byle głupstwem zbyć —

we wszystkim równość musi być.

MEFISTOFELES

Najpierw, rzecz ważna,

byście w sali

te skarby w rząd

poustawiali,

gdy się w ten przepych

dobrze wpatrzy,

traktować zacznie

nas inaczej;

kutwą876 się mniemam

nie okaże —

hulanki! wiwat!

cni żeglarze!

A krasne ptaszki jutro tu przybędą,

sam się już zajmę jadłem ich i grzędą.

Wynoszą ładunek.

MEFISTOFELES

do Fausta

Ponurym spoglądasz okiem,

czoło twe sępią złe myśli —

miast szczęściem odetchnąć głębokiem,

że morze w oddali się kryśli,

żeś wyrwał otchłani ląd,

że tutaj pałac twój stoi,

że morze flotami się roi,

że światem kierujesz stąd —

stąd, gdzie niedawno rów mały

i niepozorny się wił —

dziś kanał wielki, wspaniały

wielbi potęgę twych sił!

Myśl, co pod czaszką twą gorze,

zdobyła ziemię i morze!

Tu, Fauście —

FAUST

— Przeklęte tu!

nim właśnie jestem znękany —

i w piersiach moich brak tchu!

Tobie, coś wielce jest szczwany,

powiem, że serce mi pęka,

że żyć nie mogę tak dalej,

że mnie zeżera ta męka!

Mówię, a wstyd mnie pali!

Ci starzy ustąpić muszą

i lipy muszą być moje —

te drzewa radość mą głuszą —

i gniewu wpierw nie ukoję,

dopóki nie wstąpię na wzgórze,

co jedno jedyne nie moje —

tam wzrok wszechwładny zanurzę,

gdzie morze nieba już sięga

i poznam, czy moja potęga

stanęła na ducha szczycie,

czy wypełniłem me życie,

czy jeszcze wyrwę z nicości

nowe czyny dla ludzkości.

Tak tu żyję w ogniu męki,

nędzarz z bogacza nazwiskiem —

zapach lip i dzwonów dźwięki

wiecznym są urągowiskiem,

wieczną mową grobu, pleśni,

pogrzebowych, głuchych pieśni.

Pozbyć się za wszelką cenę

tej zmory, co wolę pęta!

Kiedyż i jak ją wyżenę877?

kiedyż dzwonów pieśń przeklęta

sczeźnie! — znowu grają dzwony!

zginę w tym graniu — szalony!

MEFISTOFELES

Naturalnie! — Te udręki

muszą twoje życie zbrudzić —

trudno przeczyć — dzwonów dźwięki

na śmierć potrafią zanudzić.

Bim-bam — buczą jak najęte;

najpogodniejszy dzień zachmurzą —

pierwszej kąpiółce twej, przeklęte,

i pogrzebowi twemu wtórzą.

Tak śnicie marny życia kłam

pomiędzy — bim — pomiędzy — bam. —

FAUST

Ciągła utarczka z opornością

korzyści stawia tamę dużej,

i z wielką stwierdzam dziś przykrością,

że sprawiedliwość mnie już nuży.

MEFISTOFELES

Jest przecież jedna stanu racja!

jaka? — a no: kolonizacja!

FAUST

A więc wywłaszczcie ich! Tak się zakończy spór —

od dawna na nich czeka dobrze ci znany dwór.

MEFISTOFELES

Raz-dwa ich przeniesiemy, zanim się spostrzegą,

aż-ci już będą w progach przybytku nowego;

najpierw ich lęk ogarnie, może rozpacz głucha,

lecz żal gwałtu przeminie, a wieś udobrucha.

Gwiżdże przeraźliwie. Wchodzą Harnasie.

MEFISTOFELES

Chodźcie! Spełnimy rozkaz pana!

a jutro uczta niesłychana.

HARNASIE

Cierpki był, aż nas przeszło mrowie;

uczta się patrzy, co się zowie.

Wychodzą.

MEFISTOFELES

do widzów

Znowuż ta sama, znana już robota:

Achab pożąda winnicy Nabota878.

PÓŹNA NOC

Faust, Strażnik Linceusz, Mefistofeles, Harnasie.

STRAŻNIK LINCEUSZ

na warcie, śpiewa

Hej! oczy widzące, wy oczy sokołe,

strażnicze, bezsenne powieki!

Na wieży, na czatach w dal patrzę — a w dole

I w górze kraj wielki, daleki.

I księżyc, i gwiazdy, i lasy, i łany,

rzek wstęgi, srebrzystość ich fali —

urodę wieczystą wzrok chłonie pijany —

sam siebie pokochał w tej dali.

Niejedno widziały szczęśliwe źrenice,

choć różnie w tym życiu bywało:

świat piękny i piękne strażnika stanice —

pieśń jego jest życia pochwałą!

Tu kończy się śpiew strażnika, chwila ciszy.

Cóż za straszliwa zjawa z mroków się wyłania

i rozrość się radości wysokiej zabrania?!

Z najgęstszej nocy, skrytej pośród lip konarów,

rośnie łuna! Snop iskier! Płomienie pożarów!

To chata przygarbiona, mchem porosła płonie!

Któż pobieży z pomocą ku szybkiej obronie?

Zacni starzy! Tak dbali i strzegli ogniska,

aż tu z nagła nieszczęście czyha na nich z bliska.

Krwawa pożoga! Dobytek się pali!

Oby się oni chociaż z ognia zratowali!

Straszne piekło szaleje! Zajęły się drzewa —

płoną suche gałęzie — gęsta skier ulewa!

Wielkim słupem wyrasta rozchwiane ziskrzenie!

Błysk! — To lipa zetlona runęła w płomienie!

Czemuż ja tak dokładnie wszystko widzieć zdolę —

po raz pierwszy przeklinam źrenice sokole.

Na kaplicę zżagwione gałęzie spadają —

dach, ściany jak pochodnia w jasnym ogniu stają!

Płomienie liżą korę — chytre — posuwiste —

od stóp po czuby gorzą lipy płomieniste.

— Dom, kaplica już gasną w kurzawie ogniowej!

Lipy pod niebo rosną! Zgon lip purpurowy!

Długa przerwa, śpiew.

Radowały się me oczy,

czymże radość, czymże trwanie;

zguba poprzez mroki kroczy

nad wyognione otchłanie.

FAUST

wchodzi na taras, w stronę pomorzą patrzący

Na blankach879 pieśń żałosna jęczy;

dźwięk pusty, głuchy, nierychliwy;

żali się strażnik. — I mnie dręczy

mój rozkaz niecierpliwy.

Niechajże lipy pożar zżerze,

niech padną w płomieni czerwoność —

na miejscu ich postawię wieżę,

by patrzeć w nieskończoność!

Staruszkom zapewniłem mienie,

dom piękny i wygodny;

winni być wdzięczni nieskończenie

i w ciszy sobie żyć pogodnej.

MEFISTOFELES I HARNASIE

z dołu

Biegniemy — aż nam tchu brak! — Panie,

podziało się niespodziewanie!

Pukamy raz, pukamy drugi —

nikt nie otwiera przez czas długi;

trzęsiemy drzwiami — znów pukamy —

szast-prast wypadły zgnite bramy.

My w krzyk i groźby! — czeladź głucha

ani to patrzy, ani słucha.

Tak chwilę trwamy w wielkiej ciszy!

— Kto nie chce słyszeć, ten nie słyszy.

Więc złość nas bierze! Do obucha!

Słabiutcy wyzionęli ducha

ze strachu; nie kwilili wiele —

ledwo się duch tam trzymał w ciele.

Jakiś się obcy nam nawinął,

brał się do bitki — także zginął.

Nieszczęście chce, że węgle z pieca

w tym rozgardiaszu rozsypano;

wraz się w siennikach pożar wznieca

i z siłą wręcz niespodziewaną,

zagarnął chatę wraz z lipami:

nagrobny stos z trzema trupami.

FAUST

Źli słudzy, głusi, wyrodni!

Zamiany chciałem, nie zbrodni;

przeklinam wasze szaleństwo —

czynom i wam — przekleństwo!

CHÓR

Stara piosnka, dobrze znana:

słuchaj, sługo, swego pana!

Jemu zgarniasz, dlań się czubisz:

mienie tracisz, siebie gubisz!

Wychodzą.

FAUST

na tarasie

Gwiazdy błyskają przez dymu rozchwieje;

pożar dogasa, ogień mży i tleje;

wiatr chłodny powiał — dreszczem mnie przejmuje —

swąd spalenizny od zgliszczy się snuje.

Rozkaz pochopny, pochopne spełnienie! —

W mrokach się włóczą przyczajone cienie...

PÓŁNOC

Faust, Cztery wiedźmy: Brak, Wina, Troska, Nędza. Zjawiają się cztery zjawy niewieście.

PIERWSZA

Ja jestem Brak.

DRUGA

Ja jestem Wina.

TRZECIA

Ja jestem Troska.

CZWARTA

Ja jestem Nędza.

RAZEM

Podwoje zamknięte, niegościnny próg;

tu bogacz zamieszkał, nie ma dla nas dróg.

BRAK

Przewiałabym cieniem —

WINA

— Tu byłabym niczem.

NĘDZA

A na mnie by spojrzał z wzgardliwym obliczem.

TROSKA

Wam, siostry, nie wolno — ja sama tam wpłynę,

bo troska się wśliźnie przez każdą szczelinę.

Troska znika.

BRAK

W pomroki się, siostry, oddalcie stąd czarne.

WINA

Ja z tobą; do ciebie się, siostro, przygarnę.

NĘDZA

A z wami w zespole popłynie w ślad nędza.

RAZEM

Przygasły już gwiazdy, wiatr chmury napędza;

z oddali, z oddali, z bezkształtnej pomroczy

cień czwarty się zbliża — — śmierć kroczy!

FAUST

w pałacu

Trzy odeszły, a cztery postacie widziałem;

mówiły z sobą; treści słów nie zrozumiałem;

jedno z nich brzmiało: „nędza” — a wraz drugie słowo

„śmierć” zawołało ponuro, grobowo;

załopotała echem noc upiorna, głucha.

Więc jeszcze nie wywiodłem ku wolności ducha?!

Gdybym potrafił mosty poza sobą spalić,

wyzbyć się czarnoksięstwa, zaklęcia oddalić,

i przed naturą stanąć w mocy niezawodnej —

ten trud byłby zwycięski i człowieka godny.

Byłem człowiekiem, zanim ducha w mroki wpiąłem,

nim bluźnierstwem świat cały i siebie przekląłem.

A teraz na powietrzu tyle siły wrogiej,

że nikt nie wie, jak umknąć i jak jej zejść z drogi.

Dzień się mądrze uśmiecha i radośnie świeci,

noc nas łowi w majaków przeraźliwe sieci;

z łąk kwiecistych wracamy, z słonecznego rana,

nagle wrona zakracze; co kracze? — „przegrana”.

Tysiące zabobonów myśl naszą oblega:

„na psa urok”, „zły omen”, „uważaj” — przestrzega.

Tak spłoszeni, strwożeni — jesteśmy wciąż sami.

Drzwi skrzypią, nikt nie wchodzi skrzypiącymi drzwiami.

strwożony

Kto tu?

TROSKA

Ja!

FAUST

Ktoś ty?

TROSKA

Jestem; tutaj stoję.

FAUST

Precz stąd!

TROSKA

Zostanę; tutaj miejsce moje.

FAUST

zrazu gniewny, łagodnieje, do siebie

Nie chcę zaklęć! Czarami się dziś nie ukoję.

TROSKA

Choć mnie nie słyszy, nikt, bezdźwięcznej,

powiada o mnie głos wewnętrzny;

postać się moja wciąż przeradza:

złowieszcza moja władza.

Idę przez miasta, wody, niwy,

wierny towarzysz, przeraźliwy;

każdy mnie znajdzie, nikt nie szuka,

— schlebia — przeklina — ofuka —

Czyż nigdy, Fauście, nie zaznałeś troski?

FAUST

Przez świat przebiegłem jak wichr samowładnie;

rozkosz, użycie w przelocie chwytałem —

co niedomiarem, niechajże przepadnie;

co umykało, tego nie szukałem!

Żądzą li880 żyłem i tylko spełnieniem

i znowu żądzą! — Tak mocy pragnieniem

porwałem życie na wielkość i władzę;

dzisiaj idę w mądrości, dziś idę w rozwadze.

Już dostatecznie krąg ziemi poznałem,

w zaświaty mierzyć — próżnym ducha szałem!

Głupiec, kto szuka tęsknymi oczami

sobie podobnych ponad obłokami!

Niech stoi twardo, niech patrzy pojętnie;

Dzielnemu ziemia odpowiada chętnie.

Po cóż te wzloty ku wieczności szczytne?!

Poznanie jego winno być uchwytne.

Niech tak pomiernie dni przeżywa swoje;

ani go strachy zmogą, ani niepokoje;

w dążeniu naprzód znajdzie szczyt i skłony —

on — nigdy niczym nie zaspokojony!

TROSKA

Kogo los w moje sidła wżenie881,

utonie w mroków powodzi

i w wieczne pójdzie zatracenie,

gdzie dzień nie wschodzi, nie zachodzi.

Na zewnątrz zmysłów tęgie siły,

a wewnątrz mrok wszechwładny —

choćby w krąg skarby się piętrzyły,

nie zdoła ich posiąść, bezradny.

W szczęściu, nieszczęściu mrze z udręki,

i w spichrzu z głodu ginie;

życia radości, życia męki

jutrzejszej zdaje godzinie.

Tak teraźniejszość przyszłością spowija,

aż życie w pustce strwonione — przemija.

FAUST

Zaprzestań! Nie dojdziesz do ładu ze mną!

Próżno tą gadaniną wołasz.

Wyjdź stąd! Litanią swoją ciemną

i najmędrszego otumanić zdołasz.

TROSKA

w dalszym ciągu

Iść? Wracać? — A znikąd obrony —

co czynić? — W myśli trwa bezładnej;

na środku drogi, jak zwiedziony,

półkroki stawia, nieporadny.

Wszystko się wkoło gnie i troi,

na bezpowrotne wszedł rozstaje;

siebie i bliźnich niepokoi,

aż w tej rozterce tchu nie staje.

Ani umiera, ani żyje,

ani to rozpacz, ni poddanie —

aż ci bezwola go spowije

i pchnie w bolesne poniechanie.

Strach i ucieczka, pęd wolności,

półsen i jawa w ciągłej biedzie —

tak trwa na miejscu, w niepewności,

która go prosto w piekło wiedzie.

FAUST

To wy, nieszczęsne strachy, w zło wiedziecie ludzi,

wasz omam po tysiąckroć rodzaj ludzki trudzi.

Dni obojętnych zamieniacie trwanie

w męki, okowy twarde, wstrętne zamieszanie.

Trudno się schronić, wiem, przed demonami,

nierozerwalne więzy wiążą nas z duchami;

ale twoje podstępy mnie, trosko, nie wadzą,

nie uznaję cię! Pomiatam twą władzą!

TROSKA

A więc ją poznaj, Fauście! — Oto

z złorzeczeniami opuszczam cię!

Wzrok ludzki zawsze jest ślepotą,

więc że i ty żyj wreszcie w ćmie882!

Tchnęła na niego, znika.

FAUST

oślepły

Noc, zda się, coraz gęstszym mrokiem zionie,

a w wnętrzu moim żywe światło płonie;

co zamierzyłem, dokonam w tej chwili,

rozkazem władnym wielki czyn się zsili.

Wstawajcie słudzy! Chłop w chłopa, a zgrają!

Niech się szczęśliwie plany dokonają.

Chwyćcie narzędzia, rydle i łopaty!

Strzec mi porządku! Za pilność w tym czynie

rychła nagroda was, dzielni, nie minie;

by wielkich dzieł dokonać, czegóż trzeba więcej? —

wystarczy jeden duch wśród rąk tysięcy.

DZIEDZINIEC PAŁACOWY

Faust, Mefistofeles, Lemury883, Pochodnie.

MEFISTOFELES

jako kierownik robotom przewodzi

Do mnie! Do mnie! Z ciemności,

lemury, cudaczne stwory,

ze ścięgien, żył i kości

podzierzgane potwory.

LEMURY

chórem

Stajemy na zawołanie,

w chętce wielce skorej,

ponoć każdy z nas dostanie

spłacheć884 ziemi spory.

Leży miernicze narzędzie,

są ostrzone pale;

ale co to z tego będzie

nie pomnimy wcale.

MEFISTOFELES

To waszej już powierzam radzie;

kunsztów przemyślnych nie trza zgoła!

Najdłuższy niech się wpodłuż kładzie,

a wy dół kopcie dookoła.

Jak dawne każą obowiązki,

niech rydle jamę dłubią, łupią!

Z pałacu w ten domeczek wąski —

tak się to wszystko kończy głupio...

LEMURY

z krotochwilną885 gestykulacją, kopią

Za młodu żyło się, kochało886,

wesołość, śpiewki, pełny dzban;

samo się życie do mnie śmiało,

drygały nogi — dalej w tan!

Aż starość — nie ma już sposobu —

„no tańczże bratku! ” — ze mnie drwi;

potknąłem się na grobu progu,

po cóż otwarte stały drzwi?!

FAUST

wychodzi z pałacu, śłepiec: o drzwi się trzyma

Jakaż rozkosz! Łopata o kilof podzwania;

dla mnie wre wielka praca; ziemia się wyłania,

pogodzona ze sobą — wypiętrza się wałem —

za nią cofnięte morze gniewnym grzmi chorałem.

MEFISTOFELES

nie dochodzą słowa jego do Fausta

To wszystko dla nas, panie bracie,

ziemia, przystanie, rowy, tamy;

piekielny wodnik trwa na czacie887

na oścież rozwiera888 bramy.

Zguba zewsząd czyha na człowieka,

żywioł wszelki z nami się sprzymierza;

wszystko pleśnią i mchem się obleka —

wszystko do zniszczenia zmierza!

FAUST

Zarządco!

MEFISTOFELES

Jestem!

FAUST

Baczyć pilnie!

Zwerbować robotników dużo,

pracować trwale i wysilnie,

podniecać, gdy się nazbyt znużą:

groźbą i prośbą, karą, płacą;

niech jednej chwili mi nie tracą!

Codziennie raport waść mi złoży,

jak się rów wyznaczony tworzy.

MEFISTOFELES

półgębkiem

O ile sądzić mogę z prób,

nie o rów idzie, lecz o grób.

FAUST

Bagna wielkie, rozlane u gór leśnej ściany,

zatruwają wyziewem kraj morzu wyrwany;

błotnista, zgniła ziemia z trudem osuszona —

oto zdobycz ostatnia! Oto dzieł korona!

Otworzą się przestrzenie dla milionów ludzi,

niepewność ich tym bardziej do czynów pobudzi;

— zielone, żyzne łany; osiedla i trzody

obejmą w posiadanie okraj ziemi młodej;

pod gór ochroną, u stóp zielonego zbocza

wyrośnie młoda ludzkość dziarska i robocza.

Pośród — tam raj prawdziwy! Od gór po wybrzeża,

O które groźne morze na próżno uderza;

jeśli na brzeg do szturmu ruszą huczne tonie,

wszyscy zrzeszą się zgodnie ku wspólnej obronie.

Do takich czynów wola ma się zrywa!

Oto ostatni, wielki kres mądrości:

jeno ten godzien życia i wolności,

kto je codziennie zdobywa!

Tu wiek swój młody, męski i sędziwy

przeżyją w walce i harcie mozolnym.

Pragnę zobaczyć trud rzeszy ruchliwej!

Na wolnej ziemi mieszkać z ludem wolnym!

Wtedy mógłbym rzec: trwaj chwilo,

o chwilo, jesteś piękną!

Czyny dni moich czas przesilą,

u wrót wieczności klękną.

W przeczuciu szczęścia, w radosnym zachwycie,

stanęłem oto już na życia szczycie!

Zachwiał się, pada na ręce Lemurów, składają go na ziemi.

MEFISTOFELES

Niesyty szczęścia, rozkoszy niesyty,

w ciągłej zmienności wplątany kolisko,

ostatni moment pusty, pospolity,

pragnął zatrzymać w rękach — biedaczysko!

Było, wadził się ze mną, coraz oporniejszy,

już leży u stóp moich! — czas nadeń silniejszy.

Zegar przystanął —

CHÓR

— ciszą północną przewiało.

Wskazówka spada —

MEFISTOFELES

— spada! Już się dokonało.

CHÓR

Minęło.

MEFISTOFELES

Co „minęło”? — Myśl głupia, prostacza;

wszak mijanie a nicość — to samo oznacza!

Na cóż tworzenie wieczne, na cóż uganianie,

jeśli stworzone pada w nicości otchłanie?!

„Przeminęło!” — doprawdy powiedzieć trza śmiało:

co minęło — właściwie nigdy nie istniało,

jeno tą złudą bytu kręciło się w kole!

Już ja wieczystą pustkę w zamian tego wolę.

ZŁOŻENIE DO GROBU

Mefistofeles, Lemury, Roty niebieskie, Chór aniołów.

LEMUR

solo

Coś ten dom niedbale zbudowany,

leniwa snadź łopata.

LEMURY

chórem

Tobie, gościu, w szatce konopianej

wystarczy taka chata.

LEMUR

solo

Coś to tę komnatkę — marne sługi!

przyładzić889 nie umieli.

LEMURY

chórem

Robiłeś, braciszku, ciągłe długi —

masz wielu wierzycieli.

MEFISTOFELES

Leży ciało; gdy dusza umknąć się ośmieli,

pokażę jej cyrograf prędko — krwią pisany.

Niestety, tyle dzisiaj poznano forteli,

by diabłu duszę wyrwać! Świat jest strasznie szczwany!

Na stary sposób ani rusz — nie wolno!

Na nowy też nie dojdę do dobrych wyników;

Dawniej sam byłbym pracę wykonał mozolną,

lecz dzisiaj uciec muszę się do pomocników.

We wszystkim źle się wiedzie nam bezsprzecznie,

na nic prawa; obyczaj stary jest wspomnieniem,

więc też budować na nim nie można bezpiecznie.

Dawniej wylatywała z ostatnim westchnieniem

dusza — więc czatowałem — chytrze przyczajony —

łaps! — i już ją jak myszkę pochwyciłem w szpony.

Dziś inaczej! Broni się i w ponurym mroku

ohydnego mieszkania trwa, w kiepskim zewłoku,

aż rozkładem zwaśnione żywioły się skłócą

i duszę wreszcie na łeb, na szyję wyrzucą.

Tak mijają godziny i dni pośród biedy,

wciąż mnie dręczy pytanie: jak? i gdzie? i kiedy?

stara śmierć siły stradała rychliwe,

bo nawet czyli890? jest już dziś bardzo wątpliwe.

Ileż bo razy trupem wzrok mój się napawał;

gdzież tam! To złuda! Trup zadrżał i wstawał!

wykonuje fantastyczne, nietoperze gesty zaklinania

Do mnie! A prędko! Bierzcie za pas nogi:

do mnie kręcone, do mnie proste rogi!

Diabły wytrawne, piekła weterani,

piekielną paszczę przywleczcie z otchłani!

A ma dość paszczęk piekielny władyka,

którymi stany i godności łyka;

lecz, mniemam, trza na przyszłość postępować śmiele,

na cóż te segregacje, puste ceregiele!

Po lewej stronie rozdziawia się potworna piekielna paszcza.

Ostre kły sieką; z gardła wrzącej głębi,

płomień wybucha żagwią rozwścieczoną,

ukrop wrze krwawy, para w krąg się kłębi,

bramy piekielne wiecznym ogniem płoną.

Płomienny przypływ lawą skrzącą wzbiera,

przeklęci płyną z nadzieją w pożodze,

lecz straszna szczęka miażdży ich i ściera —

grzeszni od nowa cofają się w trwodze.

Po zakamarkach nowości bez lików,

straszne tortury w tej piekielnej kaźni!

Dobrze czynicie! siejcie strach w grzeszników,

co piekło zowią kłamstwem wyobraźni.

do diabłów tłuściochów z krótkimi, prostymi rogami

Baczność, brzuchacze! pomiocie łakomy!

nażarty siarką bańdzioch891 wasz się świeci;

kark wyprężajcie wilczy, nieruchomy,

czy się tu z nagła ogienek nie wznieci —:

a to duszyczka właśnie, psyche uskrzydlona!

wyrwijcie skrzydła, niech robakiem będzie!

Tedy mą cechą diablą naznaczona,

pojedzie w piekło w płomienistym pędzie.

Baczcie na odwłok, draby, z uwagą łakomą;

czy tam przebywa, akuratnie nie wiadomo.

Lecz pono w pępku, mówią, rada miewa łoże,

uwaga! bo wam tędy łacno umknąć może.

do diabłów chudeuszów z długimi, krętymi nogami

A wy, skrzydlate biesy, olbrzymi narodzie,

zapełnijcie powietrze, czekajcie w odwodzie!

Ostrzcie pazury kocie, czuwajcie na czacie,

gdy tylko zatrzepoce — cap! — i już ją macie.

Na pewno ją już mierzi mieszkanie ponure,

a zresztą geniusz zawsze pragnie wzlecieć w górę.

Gloria niebiańska rozświetla się od strony prawej.

ROTY892 NIEBIESKIE

Spłyńcie aniołowie,

niebańscy posłowie,

duchy bożej rodziny —

ukojenie nieście,

popioły wskrzeście,

odpuśćcie winy —

wszystkim w przelocie

siejcie łask krocie

wielkiej nowiny!

MEFISTOFELES

Nagłego światła obmierzłe wytryski!

Chór rzępolący ohydnie fałszuje;

to te chłopięco-dziewczyńskie popiski,

w których dewotów zgraja się lubuje.

Wy wiecie o tym, że w przeklętej chwili

sprzysięgliśmy się na zgubę ludzkości;

wszelkie paskudztwo, jakieśmy odkryli,

to właśnie pokarm waszej pobożności.

Idą świętoszki, litaniami dzwonią!

Niejedną duszę capli nam sprzed nosa;

dziś nas zwalczają naszą własną bronią;

zakapturzonych diabłów pełne są niebiosa.

Przegrać — wstyd wielki! Na wszelkie sposoby

baczcie, pilnujcie na czacie grobowej.

CHÓR ANIOŁÓW

sieją róże

Balsamy wonne,

róże obronne,

życiem darzące,

rozkwitające —

ziemię umajcie!

Skrzydłami liści,

czarem okiści893

w lot rozkwitajcie!

Wiosna wychynie z waszej zieleni,

pokój zmarłemu z waszej czerwieni.

MEFISTOFELES

do szatanów

Ejże! Strach podły diabli honor plami!

Stójcie! Niech sypią! — Stać mężnym szeregiem!

Anioły myślą, że tymi kwiatami

ognistych diabłów zasypią jak śniegiem;

w oddechu waszym skurczy się, stopnieje

zamieć kwiatowa — jeno dąć jak z miecha!

Już deszcz różany w gorącu bieleje!

Dość! Dość! Za mocno! — Marna z was pociecha!

Zawrzyjcie pyski! Za silne te żary!

Że też w niczym rachować nie umiecie miary!

Róże się rozżagwiły, w zmożonej czerwieni

krążą wkoło zawieją trujących płomieni.

Wytrwać! Dzierżcie się ostro! Kupą czyńcie wstręty! —

Cóż — siły gasną! — Tchórzą przerażeni! —

Na próżno! — Płoszy diabłów ten ogień przeklęty.

CHÓR ANIOŁÓW

Błogosławione kwiecie!

Płomienie radosne!

Miłość siejecie,

rozśmianą wiosnę —

w serca tęskniące.

Słowa prawdziwe

w modrościach jaśniejące!

Zastępy wieczyście szczęśliwe

wzlatują w słońce.

MEFISTOFELES

Wstyd! Wstyd! Przekleństwo, głupia zgrajo!

Na łbach rogatych diabły stają,

kozły machają — zestrachane! —

i rzycią894 mierzą w otchłań piekła!

Oby was smoła na wiór spiekła!

Ja przedsię tu zostanę!

walczy ze spadającymi różami

Precz błędniki ode mnie! — Choć bystro płoniecie —

cóż? — chwytam was, jak nawóz w ręku próchniejecie!

Precz! Przepadnij! Umykaj paskudny ogarku!

Dotknął mnie — jakby siarkę poczułem na karku.

CHÓR ANIOŁÓW

Co nie wasze — niechajcie —

na nic tu jasna władza,

z odwagą odrzucajcie,

co sercom waszym przeszkadza.

Lecz na głos możny, siły walne895 gromadźcie,

miłość i miłujących w niebo prowadźcie!

MEFISTOFELES

Płonie mi serce, wątroba i głowa

ponadszatańskim żywiołem!

Nad żary piekieł ta przemoc ogniowa

większa — i teraz dopiero pojąłem

owe męki kochanków, rąk załamywania,

gdy nawet wzgarda wymóc nie może rozstania.

Więc jestem zakochany?! — Czymże pociągacie

mnie — wy, z którymi żyję w odwiecznym rozbracie!

Zawsze patrzyłem na was zły, nieprzejednany,

a oto czuję w piersiach czar mocy nieznanej!

Rozkoszni, piękni, młodzi — trudno temu przeczyć —

chciałbym, coś mnie wstrzymuje, nie mogę złorzeczyć!

Któż dudkiem896 jutro będzie? — już sam z siebie szydzę,

jeśli ja wystrychnięty zostanę na dudka? —

Ta gromada chłopczyńska, której nienawidzę,

taka powabna strasznie, nadobna, milutka!

Dzieciaki lube! Radość we mnie wzbiera:

wszakże jesteście także z rodu Lucyfera?

Takie śliczne! Pozwólcie, że was pocałuję;

w samą porę przyszłyście; tak się swojsko czuję,

jakbym was znał od dawna — tak sobie lecicie,

a ja jak kot się prężę lubieżnie i skrycie;

coraz wabniejszym zdacie się olśnieniem,

o, zbliżcie się, uraczcie mnie jednym spojrzeniem!

ANIOŁOWIE

Już idziemy! — Dlaczego umyka twa postać?

Zbliżamy się — zaczekaj, jeśli zdolisz zostać.

Aniołowie zstępują, zajmują całą przestrzeń.

MEFISTOFELES

zepchnięty na proscenium

Potępionymi zwiecie nas duchami,

a wy jesteście, wy! czarownikami,

bo uwodzicie i baby, i chłopów.

Cóż za przygoda! Stoję wśród ukropów,

płomieniem bucha rozżarzone ciało!

Więc to jest miłość? — Cóż to się podziało?

Fruwacie wkoło, ziemią stopa wasza gardzi;

pragnę, by ruchy wasze były świeckie bardziej;

z powagą wam do twarzy, pięknie, ani słowa,

lecz uśmiechnięty buziak, ach! to rozkosz nowa!

Doprawdy, do cna spłonę w wieczystym zachwycie,

kiedy na mnie miłośnie, zalotnie spojrzycie,

tak jak to zakochani: buzia w ciup, a oczy

rzęsami przysłonięte niecą żar uroczy.

Twój, dryblasku kochany, powab mnie zwycięża,

jeno po co ten smutek? po co mina księża?

Okraś spojrzenie swoje szczyptą lubieżności!

A wy noście się śmiało! Za mało nagości!

ta koszula fałdzista zbyt dewocją trąci —

odwracają się! — Kształty okrągłe, prześliczne!

Uroki niezrównane! Aż się w głowie mąci!

Psiejuszki miłe! Strasznie apetyczne!

CHÓR ANIOŁÓW

Stań się światłością, płomieniu miłujący!

W prawdzie skąp potępionych uzdrawiającej.

Niech szczęście zło przemoże897! — Wami bezpieczny

duch odnajdzie zbawienie w wspólności wiecznej.

MEFISTOFELES

opamiętał się

Cóż to się ze mną dzieje?! — Jak Hiob898 pokryty

cały jestem wrzodami — i grozą przybity.

A jednak tryumfuję! — gdy myśl swą przemierzam,

sobie i pochodzeniu ufam i zawierzam;

o, zacna krwi diabelska, przecież jesteś górą!

Czarodziejstwa miłości wyłażą ci skórą!

Przeklęty płomień już się wypalił, nie piecze;

przeklinam w żywy kamień, w czambuł wam złorzeczę!

CHÓR ANIOŁÓW

Płomienie święte! Kogo wy otoczycie,

ten szczęsne z wybranymi poczyna życie.

Razem, razem się wznośmy w chwale, w podziwie!

W atmosferze przeczystej niechaj duch żywie!

W locie unoszą nieśmiertelność Fausta.

MEFISTOFELES

spoziera wkoło

Gdzież te młodziki? — Już w górze kołują!

Chytrzy! Podeszli mnie w chwili ospałej —

z łupem ku niebu prosto ulatują!

Szczwani! Tak długo koło grobu łasowali,

aż mi skarb wielki, jedyny, wspaniały,

aż mi tę duszę, zastaw mój, porwali!

Przed kimże się użalę w tej posępnej głuszy,

choć sobie słuszne prawo roszczę do tej duszy?

Tak mi zmydlono oczy — na me stare lata!

Bardzo szkaradnie los mną przeciwny pomiata!

Lecz zasłużyłem! Ostatni kiep ze mnie!

Tyle zachodu i wszystko daremnie!

Oto na dudka szczwany diabeł wystrychnięty,

przez żądze ordynarne miłostki namiętnej.

A jeśli dziś płochości szalonej, dziecinnej

zawdzięczam wielką klęskę w tej całej robocie —

to przyznać muszę szczerze, że sam jestem winny,

bo się oplątać dałem przy końcu głupocie.

ROZPADLINY GÓRSKIE

Mater Gloriosa899, Pater Ecstaticus900, Pater Profundus901, Pater Seraphicus902, Doctor Marianus903, Magna Peccatrix904, Mulier Samaritana905, Maria Aegyptiaca906, Pokutnica zwana na ziemi Małgorzatą, Chór chłopiąt zbawionych. Chór aniołów młodszych, Chór aniołów doskonalszych, Chór pokutnic, Chorus Mysticus907.

Las, skały, pustkowie — na tarasach skalnych święci pustelnicy.

CHÓR I ECHO

Lasy kłonią się w poszumie,

korzeniami pospinały

wrosłe w siebie głazy, skały;

pnie za pniami idą w tłumie,

fala w falę bije, dzwoni —

nas głęboka grota chroni.

Lwy milczące po ustroni

snują się przez ścieżek skręty,

straż przyjazna ze czcią broni

przybytku miłości świętej.

PATER EXTATICUS

unosi się na powietrzu

Płomieniu rozkoszy wiecznej!

Więzy płonącej miłości!

Boleści męki serdecznej!

Pragnienie ujrzenia boskości!

Strzały przeszyjcie mnie,

włócznie przebodźcie mnie,

maczugi zdruzgoczcie mnie,

pioruny rozgromcie mnie!

Niech się znikomość rozpryśnie

w przelotnej chwilowości,

a jako gwiazda rozbłyśnie

ziarno wieczystej miłości.

PATER PROFUNDUS

w sferze głębokiej

Jak dno przepaści, które w głębi

u nóg mych głuchym snem się mroczy,

jak rozpęd rzek, co wre i kłębi,

nim wodospadem z grani skoczy,

jak wiąz, co przemógł wichrów waśnie,

i wierch swój dźwiga do przestworzy —

taką wszechmocna miłość właśnie,

co wszystko splata, wszystko tworzy.

Wkoło mnie świsty i poświsty

poszumnych borów i parości908,

przez które w aureoli mglistej

wodospad szklaną drogę mości

i żyzność niesie niżnym krajom;

te błyskawice błyskające,

które powietrze oczyszczają,

opary niszczą trujące —

wróżby miłości to najświętsze,

wieszczące tworczość wiecznej mocy!

Niechże rozpalą moje wnętrze,

gdzie duch zmylony, w mroźnej nocy

usycha w ciasnym zmysłów worze,

kona w więziennej poniewierce.

Ukój me myśli, Wielki Boże!

Oświeć łaknące serce!

PATER SERAPHICUS

w sferze środkowej

Jodeł rozwiane warkocze

zorza jutrzniana czesze!

Przez niebios modre przeźrocze

młodzianków zlatują rzesze.

CHÓR CHŁOPIĄT ZBAWIONYCH

Powiedz nam, ojcze nasz dobrotliwy,

Cośmy za jedni? Gdzie lotów szlaki?

Byt nasz łagodny, byt nasz szczęśliwy,

wszystkim po równo jednaki.

PATER SERAPHICUS

Chłopięta północą zrodzone,

rozkwitłe w ducha połowie,

rodzicom przerychło stracone,

anielscy braciszkowie.

Wy wiecie, żem pełen miłości,

przeto się do mnie zbliżacie;

szczęśliwi, bo zawiłości

dróg ziemskich, chłopięta, nie znacie.

Oczy me — wasze pokoje!

Czucia wam oścież otworzę!

Wasze jest ciało moje!

Ujrzyjcie dzieła Boże!

wciela ich w siebie

Oto są drzewa, oto są skały,

oto wód lśniących wieczysta praca,

oto wodospad szumny, wspaniały,

drogę górzystą na przełaj skraca.

CHŁOPIĘTA ZBAWIONE

przez usta Ojca Seraficznego

Świat stąd potężny, świat urokliwy,

lecz za ponury, o! nazbyt srogi!

Serce zamiera z grozy i trwogi,

pozwól nam odejść, o, dobrotliwy!

PATER SERAPHICUS

Płyńcie ku jasnej urodzie,

wzrastajcie w zwyżonym torze,

kędy w przeczystej pogodzie,

obecność Boga was wzmoże909.

Wzniesieni w sferę słoneczną,

znajdziecie ducha skrzepienie:

w szczęśliwość wiodące wieczną

miłości objawienie.

CHÓR CHŁOPIĄT ZBAWIONYCH

a krążą już wokół najdalszych szczytów

Podajcie, podajcie ręce,

na pląs słoneczny, radosny;

w uczuć najświętszych podzięce

hymn zaśpiewajmy miłosny.

Wzmocnionych w wiedzy Bożej,

niechaj nas ufność otoczy —

komu hołd serce złoży,

tego obaczą oczy.

ANIOŁOWIE

w wyższej unoszą się atmosferze, z duszą Fausta

Wyzuty ze złych obierzy910, szlachetny duch wśród ludzi,

„zbawion być może, kto się dążeniem wieczystym trudzi”.

A jeśli miłość ma go w swej pieczy płynąca z góry,

witać go będą słowem serdecznym anielskie chóry.

CHÓR ANIOŁÓW MŁODSZYCH

O, miłujące służki święte!

Te róże z waszych rąk wyrosłe,

pomogły siły zmóc przeklęte,

zakończyć dzieło wzniosłe!

Skarb wielki, dusza zratowana!

Sypiemy — źli uchodzą zgrają,

trafiamy — diabły uciekają —

skruszona moc szatana!

Zamiast piekielnej, zwykłej kary,

miłosną gniemy złych udręką;

nawet szatański mistrz ów stary

na wskroś rażony męką!

Zwycięstwo!!

CHÓR ANIOŁÓW DOSKONALSZYCH

Z wielkim ducha udręczeniem

dźwigamy brzemię ziemskości,

choć się przepali płomieniem,

nie zyszcze911 bielistości.

Gdy wielka ducha potęga

zwaśnione żywioły

skupi, posprzęga —

nie rozdzielą tej spójni Boże anioły.

Zjednanej dwoistości

święty zespole —

jedynie moc wiecznej miłości

rozróżnić ciebie zdole912!

CHÓR ANIOŁÓW MŁODSZYCH

We mgle srebrzystej

ku nam pospiesza

orszak przeczysty:

duszyczek rzesza.

Z obłocznych wianków,

kręgi świetlnemi,

świętych młodzianków

już zbytych ziemi —

orszak radosny

mknie w woni kwiatów

z tej nowej wiosny

wzwyżonych światów!

Niechaj tej duszy

pierwsze ocknienie

z nimi wyruszy

w wieczne zbawienie!

CHŁOPIĘTA ZBAWIONE

Z radością ją przyjmujemy!

Ożyje w łasce zbawienia,

a my wraz z nią osiągniemy

anielskie uświęcenia.

Zluźnijcie ziemskie spowicia,

które ją omotały!

Jakże ci piękny, wspaniały

przeczuciem świętego życia!

DOCTOR MARIANUS

w sferze najwyższej i najczystszej

Wzrok sięga za ziemi granice,

duch mój wiecznością natchniony.

Zbawione pokutnice

w niebiańskie lecą strony.

A w świętych niewiast chorale —

to Ona! — W blasku i w chwale!

W gwieździstym wieńcu jej głowa,

to Ona! — Niebios Królowa!

w zachwycie

Pod baldachimem błękitu,

zwróć ku mnie świetlane lice —!

Zwól913, Pani, bym spłonął z zachwytu

i pojął Twe tajemnice.

Zwól — niech tęsknotą człowieczą

serce zamierające —

błogosławieństwem uleczą

Twe dłonie miłujące.

Na Twe rozkazy, Władczyni,

rycerze, idziemy do boju;

lecz wielka cisza się czyni

na jedno Twe słowo pokoju.

Dziewico, bez zmazy poczęta,

o, Matko miłująca,

Królowo niepojęta

przy Bogu królująca!

Wkoło się snuje

jak mgła wieczorna,

bladych pokutnic

procesja korna.

U stóp Jej świętych

w skrusze klękają,

szaty całują,

łaski wołają.

Na wszystkich czekasz cierpliwie,

z miłością wiecznie ofiarną,

przeto grzesznicy skwapliwie914

z ufnością ku Tobie się garną.

Cielesną trawiony żądzą,

któż sam okowy jej skruszy?

Ludzie w słabości swej błądzą,

ratunku wołają dla duszy.

Upadek na każdym kroku,

jakoż obronim się sami?

zbyt dużo pokus dla wzroku

i lada woń omami.

Otwiera się niebo, zjawia się Mater Gloriosa.

CHÓR POKUTNIC

Królująca w wieczności,

zdrowaś Maryjo!

Łaski pełna, miłości

prośbą nie gardź niczyją.

W Tobie nasza obrona,

Maryjo Bogiem sławiona.

MAGNA PECCATRIX

Przez miłość a przez łzy moje

na nogi Syna wylane,

jako balsamiczne zdroje

— łzy wyszydzone, wyśmiane —;

przez alabastry przeźrocze,

z których się wonie sączyły,

przez miękkie moje warkocze,

co święte stopy suszyły —

MULIER SAMARITANA

przez studnię, co ongi trzody

poiła Abrahamowe,

przez wiadro, co darem ochłody

skrzepiło usta Synowe,

przez źródło wielkie i czyste,

co w swej urodzie bogatej

opływa świetlane, wieczyste

w krąg wszystkie światy —

MARIA AEGYPTIACA

przez to miejsce święte, zbawcze,

kędy Pan nasz w grobie leży,

przez to ramię ostrzegawcze,

co wstrzymało mnie u dźwierzy915,

przez czterdziestoletnie trwanie

w pokucie sobie zadanej,

przez to szczęsne pożegnanie —

przez ten list w piasku pisany —

RAZEM

jako nie skąpisz miłości,

największe krzepisz grzesznice

i wiedziesz do wieczności

skruszone pokutnice —

tak oto wybacz tej duszy,

która raz jeden zbłądziła,

co w życia zgubionej głuszy

nie wiedziała, że grzeszyła!

UNA POENITENTIUM916

no ziemi zwana Małgorzatą w przytuleniu kornym

O, Promienista!

Matko przeczysta!

Ku memu szczęściu

wzrok Twój się zwraca!

Umiłowany,

już nie stroskany

do mnie z dni dawnych powraca.

CHŁOPIĘTA ZBAWIONE

zbliżają się lotem kolistym

Przerasta nas mocą bezmierną

w nowego życia rozkwicie,

opiekę naszą wierną

wynagrodzi sowicie.

Nas w najrychliwszym przedświcie

z ziemskiej zwołano miedzy,

on poznał do głębi życie,

on nam udzieli wiedzy.

POKUTNICA

na ziemi zwana Małgorzatą

Już w duchów przystanął zachwycie,

wszedł w przebyt niepojęty!

Zaledwie przeczuł nowe życie,

rozgorzał w glorii rzeszy świętej.

Spójrz! — Zrzuca więzy swej ziemskości

i odzież starą zmienia —

już w eterycznej świetlistości

jutrznianą młodość wypromienia.

Zwól, niech go wiedza ma pokrzepia,

jeszcze go nowy dzień oślepia.

MATER GLORIOSA

Pójdź! — Niech w wyżynach duch twój krąży!

Jeśli przeczuje cię — podąży.

DOCTOR MARIANUS

krzyżem leży; rozmodlony

Zwróćcie oczy ku zbawieniu

w rozmodlonej skrusze,

w bogobojnym dziękczynieniu

rozpłomieńcie dusze.

Chwalcie korną serca mową,

myślą i czynami —

Pannę, Matkę i Królową!

O, módl się za nami!

CHORUS MYSTICUS

Przemijające — odblaskiem pełni;

niedosiężone — tutaj się spełni;

niewysłowione — tutaj się głosi;

wieczna kobiecość zbawia i wznosi.

POŻEGNANIE917

Tak więc tragiczne kończę widowisko,

nie bez rosnącej we mnie lękliwości;

za mną zawrotne ludzkich burz kolisko,

już nie dosięże mnie przemoc ciemności.

Któż rad odtwarza uczuć bojowisko,

gdy go już droga wiedzie do jasności?

Niech więc barbarzyństw rubaszności zgasną

wraz z czarnoksięską drogą nazbyt ciasną.

Niechaj i wreszcie z dobrymi cieniami

zły duch przepadnie w zapomnieniu głuchem,

z którym się chętnie młodość żeni snami,

co mi w zaraniu wrogiem był i druhem.

Żegnajmy wszystko, co już poza nami —

i na wschód słońca mocnym lećmy duchem.

Wszelkim wyprawom niech Muzy przewodzą,

miłość i przyjaźń niech nam życie słodzą.

Z wami po jednym zawsze idę torze,

o, przyjaciele, w wspólności bogatej;

społem czujemy, że braterstwo może

z małego kręgu liczne stworzyć światy.

My nie pytamy się w upartym sporze,

przecz918 ten niechętny, a ów lodowaty —

czcimy radośnie z myślą równie chrobrą919

antyczność jak i każde nowe dobro.

Szczęśliw, kto sztukę, wolność w sobie czuje! —

każdej go wiosny wabi łąk uroda;

kto niezwadzony losem się raduje,

temu trop ducha własnego świat poda.

Żadna przeciwność nóg mu nie skrępuje,

wciąż naprzód dąży — bo tak chce przyroda.

Z góry pogłosem dzikie drżą wiszary920

to ducha czasu butne grzmią fanfary.

Przypisy:

1. skrzepić — wzmocnić. [przypis edytorski]

2. zmóc (daw.) — pokonać. [przypis edytorski]

3. bławat — rodzaj tkaniny jedwabnej. [przypis edytorski]

4. czyli — czy z partykułą pytajną -li. [przypis edytorski]

5. asan (daw.) — waćpan. [przypis edytorski]

6. nażenąć (daw.) — nagnać, tu: nagromadzić. [przypis edytorski]

7. miast — dziś popr.: zamiast. [przypis edytorski]

8. szczwany (daw.) — chytry. [przypis edytorski]

9. matactwo — oszustwo. [przypis edytorski]

10. suty (daw.) — obfity. [przypis edytorski]

11. reduta (daw.) — bal maskowy. [przypis edytorski]

12. pustota (daw.) — lekkomyślność, skłonność do żartów. [przypis edytorski]

13. tuzy (daw.) — as w kartach. [przypis edytorski]

14. niesfrymarczony — nie przehandlowany. [przypis edytorski]

15. niewód — rodzaj sieci rybackiej. [przypis edytorski]

16. war (daw.) — wrzątek. [przypis edytorski]

17. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

18. Mefistofeles (z hebr.) — popularne w literaturze imię diabła. [przypis edytorski]

19. podobien — dziś popr.: podobny. [przypis edytorski]

20. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

21. pełne niesnaski — kłótliwe, prowokujące spór. [przypis edytorski]

22. nierad (daw.) — niechętnie. [przypis edytorski]

23. zamieszka — tu: zamieszanie. [przypis edytorski]

24. parol (daw.) — słowo honoru. [przypis edytorski]

25. proch ze stóp moich lizał jak mój kum: padalec — por. Rdz III, 14: „I rzekł Pan Bóg do węża:... na piersiach twoich czołgać się będziesz, a ziemię jeść będziesz po wszystkie dni żywota twego”. [przypis edytorski]

26. sowizdrzał — tu: błazen, żartowniś. [przypis edytorski]

27. sobaczy — psi. [przypis edytorski]

28. Nostradamus — właśc. Michel de Nótredame (1503–1566), fr. lekarz i astrolog, autor rymowanych przepowiedni Les vrayes centuries et prophethies (1555). [przypis edytorski]

29. makrokosmos (gr.) — wszechświat (termin „mikrokosmos”, dosł. mały świat, odnosił się do człowieka. [przypis edytorski]

30. pełnić — tu: napełniać. [przypis edytorski]

31. famulus (daw.) — zaufany sługa. [przypis edytorski]

32. robdeszan (z fr.) — szlafrok. [przypis edytorski]

33. pono (daw.) — podobno. [przypis edytorski]

34. swada — łatwość wypowiadania się. [przypis edytorski]

35. ożóg (daw.) — drewniany kij służący za pogrzebacz. [przypis edytorski]

36. krotochwila (daw.) — żart. [przypis edytorski]

37. pragmatyczny — praktyczny, przydatny w praktyce. [przypis edytorski]

38. zbycie — pozbycie się. [przypis edytorski]

39. cherubin — anioł znajdujący się wysoko w hierarchii chórów anielskich. [przypis edytorski]

40. obmierzły — wzbudzający obrzydzenie. [przypis edytorski]

41. giezło — rodzaj luźnej koszuli kobiecej. [przypis edytorski]

42. rubież — granica. [przypis edytorski]

43. puzdro — skrzynka z przegródkami do przewożenia przedmiotów w podróży. [przypis edytorski]

44. sztych — tu błędnie: obraz wyryty w krysztale. [przypis edytorski]

45. mirra — tropikalna żywica o silnym zapachu. [przypis edytorski]

46. nard — aromatyczny olejek roślinny. [przypis edytorski]

47. wiano — posag. [przypis edytorski]

48. skoro (daw.) — szybko. [przypis edytorski]

49. upłaz — stok górski porośnięty trawą. [przypis edytorski]

50. wisus (daw.) — urwis. [przypis edytorski]

51. pomnieć — pamiętać. [przypis edytorski]

52. gładki (daw.) — piękny. [przypis edytorski]

53. parać się — zajmować się. [przypis edytorski]

54. snadnie (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]

55. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

56. blanki — zwieńczenie muru obronnego, za którym mogą się kryć obrońcy. [przypis edytorski]

57. suteryna a. suterena (z fr.) — kondygnacja mieszkalna poniżej parteru. [przypis edytorski]

58. szumny (daw.) — (o stroju) bogaty i efektowny. [przypis edytorski]

59. jubka (daw.) — rodzaj kaftana. [przypis edytorski]

60. wara (daw.) — precz. [przypis edytorski]

61. społem (daw.) — razem. [przypis edytorski]

62. kruża (poet.) — czara. [przypis edytorski]

63. wylany — dziś popr.: wylewny. [przypis edytorski]

64. wraz (daw.) — tu: zaraz. [przypis edytorski]

65. lwy i lilije — terminy alchemiczne; czerwony lew miał oznaczać tlenek rtęci, a lilia kwas solny. [przypis edytorski]

66. królewna rumiana — w alchemii mianem „młodej królowej” określano tzw. „dziewiczą ziemię”, z której powstawać miały wszystkie minerały. [przypis edytorski]

67. retorta — naczynie laboratoryjne. [przypis edytorski]

68. liczyć — tu prawdop.: rozliczać się. [przypis edytorski]

69. turnia — szczyt górski. [przypis edytorski]

70. klangor — głos wydawany przez lecące ptactwo. [przypis edytorski]

71. wyraj — miejsce, gdzie ptaki odlatują na zimę. [przypis edytorski]

72. znachodzić — dziś popr.: znajdować. [przypis edytorski]

73. krom (daw.) — prócz. [przypis edytorski]

74. zoczyć (daw.) — dostrzec. [przypis edytorski]

75. wcale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]

76. scholar (z łac.) — uczeń. [przypis edytorski]

77. rozłogi — rozległe tereny. [przypis edytorski]

78. Na początku było Słowo! — początek Ewangelii wg św. Jana. [przypis edytorski]

79. Klucz Salomona — łac. Clavicula Salomonis — księga magiczna przypisywana biblijnemu królowi Salomonowi, który w średniowieczu uważany był za czarownika. [przypis edytorski]

80. powała — sufit. [przypis edytorski]

81. element — żywioł. [przypis edytorski]

82. salamandra — duch żywiołu ognia. [przypis edytorski]

83. sylf — duch żywiołu powietrza. [przypis edytorski]

84. undyna — duch żywiołu wody (z łac. unda, tj. fala). [przypis edytorski]

85. kobold — duch żywiołu ziemi. [przypis edytorski]

86. incubus (łac.) — inkub, zły duch obcujący cieleśnie z kobietami podczas ich snu (tu utożsamiony z koboldem). [przypis edytorski]

87. szczeć — sierść, szczecina. [przypis edytorski]

88. atencja — szacunek. [przypis edytorski]

89. snadnie (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]

90. zmóc (daw.) — pokonać. [przypis edytorski]

91. czyli — czy z partykułą pytajną -li. [przypis edytorski]

92. pentagram — znak pięcioramiennej gwiazdy rysowanej jednym pociągnięciem, jako symbol Jezusa uznawany za obronę przed złymi duchami. [przypis edytorski]

93. strzyga — zmiennokształtny upiór żywiący się ludzką krwią. [przypis edytorski]

94. źrałość — dziś popr.: dojrzałość. [przypis edytorski]

95. kruża (poet.) — czara. [przypis edytorski]

96. łęg — podmokła łąka. [przypis edytorski]

97. szczwany (daw.) — chytry. [przypis edytorski]

98. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]

99. skaptować — zyskać czyjąś przychylność. [przypis edytorski]

100. bramiony — bramowany, obszyty lamówką po brzegach. [przypis edytorski]

101. li (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

102. miano (daw.) — imię, nazwa. [przypis edytorski]

103. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

104. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]

105. koturn — obuwie o podwyższonej podeszwie, stosowane w starożytnym teatrze do podwyższania aktorów. [przypis edytorski]

106. li-moje — tylko moje. [przypis edytorski]

107. śledziennik (daw.) — człowiek wiecznie niezadowolony a. hipochondryk. [przypis edytorski]

108. i groch o ścianę rzucać, i bez mydła golić (daw.) — przysłowia oznaczające bezsensowną a. nieskuteczną pracę. [przypis edytorski]

109. zetleć — tu: spłonąć. [przypis edytorski]

110. srom — wstyd. [przypis edytorski]

111. wraz (daw.) — zaraz. [przypis edytorski]

112. przystać (daw.) — zgodzić się. [przypis edytorski]

113. skrewić — zawieść. [przypis edytorski]

114. łacno (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]

115. kryślić — dziś popr.: kreślić. [przypis edytorski]

116. dufność — zaufanie, pewność, zwł. nadmierne. [przypis edytorski]

117. kaptować — pozyskiwać na sprzymierzeńca. [przypis edytorski]

118. gędzić (daw.) — grać na instrumencie. [przypis edytorski]

119. upominek — tu: pamiątka. [przypis edytorski]

120. Będziecie jako bogowie, wiedząc dobre i złe — por. Rdz III 5; łac. Eritis sicut deus, scientes bonum et malum. [przypis edytorski]

121. płochość (daw.) — niestałość. [przypis edytorski]

122. fraszka (z wł.) — drobiazg. [przypis edytorski]

123. Piwnica Auerbacha — winiarnia w Lipsku, istniejąca do dziś. [przypis edytorski]

124. dowcip (daw.) — rozum. [przypis edytorski]

125. krewić (pot.) — zawodzić, nie spełniać czyichś bądź swoich oczekiwań. [przypis edytorski]

126. stanca (z wł.) — strofa. [przypis edytorski]

127. dźwierka (daw.) — drzwiczki. [przypis edytorski]

128. walny — tu: obfity. [przypis edytorski]

129. faska (daw.) — beczułka, w której przechowywano produkty spożywcze. [przypis edytorski]

130. na kredę — na kredyt. [przypis edytorski]

131. koso (daw.) — krzywo. [przypis edytorski]

132. więcierz — sieć do połowu ryb. [przypis edytorski]

133. kuternoga — kulawy. [przypis edytorski]

134. popręg — pas przytrzymujący siodło. [przypis edytorski]

135. choroba francuskia — syfilis. [przypis edytorski]

136. tokaj — słodkie białe wino wegierskie. [przypis edytorski]

137. dalipan — wykrzyknienie potwierdzające prawdziwość słów (dosł.: niech Bóg da). [przypis edytorski]

138. mamidło — złudzenie. [przypis edytorski]

139. dunąć (daw.) — uciec. [przypis edytorski]

140. ingrediencja — składnik. [przypis edytorski]

141. arkana (z łac.) — tajemnice, wiedza tajemna. [przypis edytorski]

142. dyszkur — dyskurs, rozmowa. [przypis edytorski]

143. socjeta — towarzystwo. [przypis edytorski]

144. donżuaneria — tu: osoby zalecające się i przymilające. [przypis edytorski]

145. czerep — tu: skorupa. [przypis edytorski]

146. czyli — czy z partykułą pytajną -li. [przypis edytorski]

147. uroczysko — dzikie i trudno dostępne miejsce, zwykle bagno. [przypis edytorski]

148. skryto — dziś popr.: skrycie. [przypis edytorski]

149. z mańki zażyć (daw.) — oszukać (dosł.: zadać cios bronią białą używając lewej ręki). [przypis edytorski]

150. dostały — taki, który stał odpowiednio długo (zwykle o alkoholu, który z czasem nabiera smaku). [przypis edytorski]

151. foliał — książka w dużym formacie. [przypis edytorski]

152. dzierżyć (daw.) — trzymać. [przypis edytorski]

153. sybilla — tu ogólnie: prorokini. [przypis edytorski]

154. obierz (daw.) — pułapka, zwł. zastawiana na zwierzęta podczas polowania. [przypis edytorski]

155. żenąć (daw.) — gnać. [przypis edytorski]

156. Helena (mit. gr.) — najpiękniejsza kobieta na ziemi, żona Menelaosa, króla Sparty, porwana przez Parysa, którego wspomagała Afrodyta, wdzięczna za werdykt uznający ją za najpiękniejszą boginię; stało się to przyczyną wojny trojańskiej. [przypis edytorski]

157. dań — danina. [przypis edytorski]

158. nadobny (daw.) — piękny. [przypis edytorski]

159. przystojnie (daw.) — tak, jak wypada. [przypis edytorski]

160. jagoda — policzek. [przypis edytorski]

161. podwika (daw.) — kobieta. [przypis edytorski]

162. wyga (daw., pot.) — osoba doświadczona. [przypis edytorski]

163. mentor — nauczyciel. [przypis edytorski]

164. war — wrzątek. [przypis edytorski]

165. Dekameron — zbiór stu nowel obyczajowych Giovanniego Boccaccia (1313–1375), arcydzieło literatury włoskiej. [przypis edytorski]

166. wcale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]

167. wzięcie (daw.) — postać i sposób poruszania się. [przypis edytorski]

168. gładkość (daw.) — piękno. [przypis edytorski]

169. pienie (daw.) — pieśń, śpiew. [przypis edytorski]

170. wcale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]

171. zbałamucić (daw.) — uwieść. [przypis edytorski]

172. Thule — legendarna wyspa na Atlantyku Płn., uważana za najdalej wysuniętą na północ i za wyspę szczęśliwości. [przypis edytorski]

173. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

174. kędy (daw.) — gdzie. [przypis edytorski]

175. wysznuchtać (gw.) — wywąchać. [przypis edytorski]

176. żołądek strusi — żołądek, którego nic nie pobudzi do wymiotów. [przypis edytorski]

177. dudek (daw.) — głupiec. [przypis edytorski]

178. w czepkuś rodzona — dziecko urodzone z kawałkiem błony owodniowej na głowie wg popularnego przesądu czekało szczęśliwe życie. [przypis edytorski]

179. snadnie (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]

180. obcesowy — zbyt bezpośredni i dlatego nietaktowny. [przypis edytorski]

181. wzięcie (daw.) — postać i sposób poruszania się. [przypis edytorski]

182. obierz (daw.) — pułapka, zwł. zastawiana na zwierzęta podczas polowania. [przypis edytorski]

183. kabza (daw.) — woreczek na pieniądze. [przypis edytorski]

184. mirtowy wianek — tradycyjny element stroju panny młodej. [przypis edytorski]

185. możesz — czy może. [przypis edytorski]

186. sceptr (daw.) — berło, symbol władzy. [przypis edytorski]

187. barłóg — nędzne legowisko. [przypis edytorski]

188. w udziele — dziś popr. forma Msc.lp: w udziale. [przypis edytorski]

189. śniady — opalony, o ciemniejszej skórze. [przypis edytorski]

190. rad (daw.) — zadowolony. [przypis edytorski]

191. niewiedny — taki, który nie wie. [przypis edytorski]

192. atencja — szacunek. [przypis edytorski]

193. krasa (daw.) — piękno, uroda. [przypis edytorski]

194. wirydarz (daw.) — zadrzewiony, zacieniony ogród. [przypis edytorski]

195. kuplerka (daw.) — stręczycielka. [przypis edytorski]

196. sofista (pot.) — filozof uczący fałszywej a skutecznej argumentacji bądź osoba stosująca ją. [przypis edytorski]

197. wojaż (z fr.) — podróż. [przypis edytorski]

198. nadobny (daw.) — piękny. [przypis edytorski]

199. szalbierstwo (daw.) — oszustwo. [przypis edytorski]

200. żmuda — wysiłek. [przypis edytorski]

201. adiu (z fr. adieu) — do widzenia (dosł.: z Bogiem). [przypis edytorski]

202. kierz (daw.) — krzak. [przypis edytorski]

203. dojrzenie — tu: dolność widzenia. [przypis edytorski]

204. źrałość — dojrzałość. [przypis edytorski]

205. wraz (daw.) — jednocześnie. [przypis edytorski]

206. jak — dziś popr.: niż. [przypis edytorski]

207. tenor — tu: ton. [przypis edytorski]

208. globowy — tu: ziemski. [przypis edytorski]

209. gacek — gatunek małego nietoperza. [przypis edytorski]

210. lelek — szary ptak europejski, który zimuje w Afryce. [przypis edytorski]

211. imać (daw.) — chwytać. [przypis edytorski]

212. zoczyć (daw.) — zobaczyć, dostrzec. [przypis edytorski]

213. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

214. rajfur (daw.) — stręczyciel. [przypis edytorski]

215. szczeznąć (daw.) — zginąć. [przypis edytorski]

216. kaduk (daw.) — diabeł. [przypis edytorski]

217. frant (daw.) — spryciarz, zwykle obdarzony też poczuciem humoru. [przypis edytorski]

218. zdolić — dziś popr.: zdołać. [przypis edytorski]

219. turkawka — ptak podobny do gołębia, przen.: dziewczyna. [przypis edytorski]

220. fizjonomistka — osoba odczytująca charakter osoby z jej twarzy. [przypis edytorski]

221. po harapie (daw.) — po wszystkim (określenie myśliwskie, od okrzyku kończącego polowanie). [przypis edytorski]

222. swędrać się — dziś popr.: szwędać się. [przypis edytorski]

223. ino (gw.) — tylko. [przypis edytorski]

224. wieniec — symbol dziewictwa. [przypis edytorski]

225. przyzba — wał ziemny wokół podmurówki wiejskiej chaty. [przypis edytorski]

226. szwarny a. śwarny (gw.) — ładny. [przypis edytorski]

227. w okolu — w okolicy. [przypis edytorski]

228. snadnie (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]

229. w niebiesiech — dziś popr. forma Msc.lm: w niebiosach. [przypis edytorski]

230. miesiąc (daw.) — księżyc. [przypis edytorski]

231. śpiewa — dalej następuje wolny przekład piosenki Ofelii (Hamlet, akt IV, sc. 5). [przypis edytorski]

232. gach (daw., gw.) — kochanek. [przypis edytorski]

233. czereda — tłum. [przypis edytorski]

234. ambaras — kłopotkiwa sytuacja. [przypis edytorski]

235. obierz (daw.) — pułapka, zwł. zastawiana na zwierzęta podczas polowania. [przypis edytorski]

236. ćma (daw.) — ciemność. [przypis edytorski]

237. furda (daw.) — błahostka. [przypis edytorski]

238. basta — koniec. [przypis edytorski]

239. mizdrzyć się — wdzięczyć się w nieprzyjemny sposób. [przypis edytorski]

240. rajfurka (daw.) — stręczycielka. [przypis edytorski]

241. sprościć — wyprostować. [przypis edytorski]

242. egzekwie — nabożeństwo przy trumnie zmarłego. [przypis edytorski]

243. Dies irae, Dies illa Solvet saeclum in favilla (łac.) — dzień gniewu, dzień ten, spowijający stulecie w żar. Słowa z łacińskiego hymnu Tomasza Celano (zm. 1255), śpiewanego w czasie mszy żałobnej. [przypis edytorski]

244. Iudex ergo, cum sedebit quidquid latet adparebit nil inultum remanebit. (łac.) — Gdy zaś zasiądzie sędzia, cokolwiek było skryte, stanie się jawnym, i nic nie zostanie bez pomsty. [przypis edytorski]

245. Quid sum miser tunc dicturus? Quem patronum rogaturus? Cum vix iustus sit securus. (łac.) — co ja nieszczęśliwy mogę teraz powiedzieć, jakiego patrona prosić, gdy nawet sprawiedliwy jest ledwie bezpieczny? [przypis edytorski]

246. Sabat — scena w oryginale nosi tytuł „Noc Walpurgi”, od imienia świętej, przeoryszy klasztoru w Heidenheim we Frankonii (zm. 779), mającej chronić przed czarami; przed jej świętem (1 maja) wg wierzeń ludowych w górach Harcu, na szczycie Brocken odbywał się sabat czarownic. Zegadłowicz w przekładzie przeniósł akcję na polską Łysą Górę. [przypis edytorski]

247. stylisko — drąg stanowiący uchwyt do narzędzia. [przypis edytorski]

248. sękacz — tu: sękaty kij. [przypis edytorski]

249. asan (daw.) — waćpan. [przypis edytorski]

250. kierz (reg.) — krzak. [przypis edytorski]

251. łoza — zarośla wierzbowe. [przypis edytorski]

252. połoz (daw. a. reg.) — płaz. [przypis edytorski]

253. wykrot — dziura po wyrwanych korzeniach drzewa. [przypis edytorski]

254. — drobnoziarnista skała osadowa. [przypis edytorski]

255. upłaz — stok górski porośnięty trawą. [przypis edytorski]

256. świetlak — dziś popr.: świetlik. [przypis edytorski]

257. Mamon (bibl.) — pogański bożek złota. [przypis edytorski]

258. mierzwa (daw.) — nawóz, obornik. [przypis edytorski]

259. chutliwy — pożądliwy. [przypis edytorski]

260. rżysko — pole po skoszonym zbożu. [przypis edytorski]

261. Baubo — przydomek Hekate, gr. bogini nocy i czarów; także mitologiczna bezwstydna czarownica. [przypis edytorski]

262. porze (daw.) — pruje (jak wodę), przecina. [przypis edytorski]

263. Kamieniec — w oryginale: Ilsenstein (ściana góry Brocken). [przypis edytorski]

264. kiep (daw.) — głupiec. [przypis edytorski]

265. wraz (daw.) — naraz, jednocześnie. [przypis edytorski]

266. czyli — czy z partykułą pytajną -li. [przypis edytorski]

267. incognito — zatajając tożsamość. [przypis edytorski]

268. podwiązki nie dostałem — aluzja do brytyjskiego Orderu Podwiązki. [przypis edytorski]

269. obstarny (gw.) — podstarzały. [przypis edytorski]

270. dzierżyć (daw.) — trzymać. [przypis edytorski]

271. prym (daw.) — pierwszeństwo. [przypis edytorski]

272. parweniusz — dorobkiewicz, nieudolnie naśladujący zachowanie elit. [przypis edytorski]

273. perzyna — zgliszcza. [przypis edytorski]

274. nie dostać (daw.) — nie wystarczać, brakować. [przypis edytorski]

275. wilgny — dziś popr.: wilgotny. [przypis edytorski]

276. Lilith — w legendach żydowskich pierwsza żona Adama, demon a. upiór groźny dla kobiet w ciąży. [przypis edytorski]

277. ............................ — miejsce wykropkowane w oryginale. [przypis edytorski]

278. Proktofantazy — z gr.: ten, który fantazjuje przez odbytnicę. Goethe wykpiwa tu berlińskiego literata Fryderyka Nicolai, autora parodii Wertera, podkreślającego nierealność świata duchów i swego osobistego przeciwnika. [przypis edytorski]

279. zmiarkować (daw.) — zorientować się. [przypis edytorski]

280. dorada — tu: rada. [przypis edytorski]

281. jucha — krew. [przypis edytorski]

282. Meduza (mit. gr.) — najmłodsza i najstraszniejsza z trzech Gorgon, zabijająca spojrzeniem. [przypis edytorski]

283. wyświecać się — tu: wyświetlać się. [przypis edytorski]

284. zdolić — dziś popr.: zdołać. [przypis edytorski]

285. Perseusz (mit. gr.) — syn Zeusa i Danae, założyciel Myken, po śmierci przeniesiony na niebo jako gwiazdozbiór; obciął głowę Meduzie. [przypis edytorski]

286. servibilis (łac.) — usłużny. [przypis edytorski]

287. liga — tu: sojusz. [przypis edytorski]

288. intermezzo (wł.) — wstawka o charakterze komicznym. [przypis edytorski]

289. Tytania, Oberon, Puk — postaci ze Snu nocy letniej Szekspira; Ariel — postać z Burzy Szekspira. [przypis edytorski]

290. łoza — zarośla wierzbowe. [przypis edytorski]

291. tutti (wł.) — wszyscy. [przypis edytorski]

292. kobza — ludowy instrument muzyczny, przypominający dudy. [przypis edytorski]

293. Parka (mit. rzym.) — jedna z trzech bogiń przędących i przecinających nić ludzkiego losu; w mit. gr. ich odpowiednikami były Mojry, córki Zeusa i Temidy. [przypis edytorski]

294. reduta (daw.) — bal maskowy. [przypis edytorski]

295. wynaglony — tu: zorganizowany w pośpiechu. [przypis edytorski]

296. ortodoks — tradycjonalista, zwł. w sprawach religijnych. [przypis edytorski]

297. szczwany — chytry. [przypis edytorski]

298. ksenia a. xenia — złośliwe epigramaty w formie dystychu, zwykle wyśmiewające osoby. [przypis edytorski]

299. weredyk (z łac.) — osoba mówiąca prawdę prosto w oczy, nawet gdy jest nieprzyjemna. [przypis edytorski]

300. żywie — dziś popr.: żyje. [przypis edytorski]

301. Orfeusz (mit. gr.) — muzyk, poeta i pieśniarz, który śpiewem swoim poskramiał dzikie zwierzęta i ożywiał martwe przedmioty. [przypis edytorski]

302. dudek (daw., pot.) — głupiec. [przypis edytorski]

303. tęgość — tu: ciężar. [przypis edytorski]

304. pianissimo (wł.) — najciszej. [przypis edytorski]

305. blekot — roślina trująca. [przypis edytorski]

306. dowcip (daw.) — rozum. [przypis edytorski]

307. wywieść — wyprowadzić. [przypis edytorski]

308. dwoić — tu: podwajać. [przypis edytorski]

309. powinny (daw.) — należny. [przypis edytorski]

310. czyli — czy z partykułą pytajną -li. [przypis edytorski]

311. harfa eolska — instrument, którego struny poruszane są przez wiatr. [przypis edytorski]

312. wraz (daw.) — razem, równocześnie. [przypis edytorski]

313. społem — razem. [przypis edytorski]

314. wądół — dolina o podmokłym dnie. [przypis edytorski]

315. iwa — odmiana wierzby. [przypis edytorski]

316. kruża (poet.) — czara. [przypis edytorski]

317. rozwierać — tu: otwierać. [przypis edytorski]

318. brona (daw.) — brama. [przypis edytorski]

319. turnia — szczyt górski. [przypis edytorski]

320. ćma (daw.) — ciemność. [przypis edytorski]

321. roraty — wczesna poranna msza odprawiana w okresie Adwentu. [przypis edytorski]

322. upłaz — stok górski porośnięty trawą. [przypis edytorski]

323. niż — tu: nizina. [przypis edytorski]

324. rozżagwić — rozpalić. [przypis edytorski]

325. niewód — rodzaj sieci rybackiej. [przypis edytorski]

326. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

327. kwapić się (daw) — spieszyć się. [przypis edytorski]

328. kto dobrowolnym chce być banitą? — Mefisto stawia tu zagadkę, której rozwiązaniem jest słowo „błazen”. [przypis edytorski]

329. kryptogram — tu: zagadka. [przypis edytorski]

330. utrefić — ufryzować. [przypis edytorski]

331. raptus puellae (łac.) — porwanie dziewicy. [przypis edytorski]

332. fugare (łac.) — uciekać. [przypis edytorski]

333. jurgieltnik — żołnierz najemny. [przypis edytorski]

334. salwować (daw.) — ratować. [przypis edytorski]

335. inwidia — z łac. invidia: zawiść. [przypis edytorski]

336. sawant — tu: mądry. [przypis edytorski]

337. homo novus (łac.) — dorobkiewicz (dosł.: człowiek nowy). [przypis edytorski]

338. pantarka — perliczka. [przypis edytorski]

339. deputat — wynagrodzenie w naturze. [przypis edytorski]

340. dziesięcina — podatek w naturze, 1/10 plonów oddawana na rzecz kościoła. [przypis edytorski]

341. łoni (daw. a. czes.) — ubiegły. [przypis edytorski]

342. piernat — materac wypełniony pierzem. [przypis edytorski]

343. kiep (daw.) — głupiec. [przypis edytorski]

344. sowizdrzał — sprzyciarz i żartowniś; Till Eulenspiegel, postać z XVI-wiecznej literatury ludowej. [przypis edytorski]

345. prym (daw.) — pierwszeństwo. [przypis edytorski]

346. kacerz (daw.) — heretyk. [przypis edytorski]

347. raptus (daw.) — człowiek gwałtowny. [przypis edytorski]

348. mente captus (łac.) — szalony. [przypis edytorski]

349. rozterk (daw.) — spór, konflikt. [przypis edytorski]

350. siły — dziś popr. forma N.lm: siłami. [przypis edytorski]

351. oracja — przemowa. [przypis edytorski]

352. koloryzować (daw.) — kłamać, zwł. upiększając rzeczywistość. [przypis edytorski]

353. rozłóg (daw.) — rozległa przestrzeń. [przypis edytorski]

354. Słońce to szczere, lite złoto etc. — nazwy planet, zgodnie z tradycją alchemiczną, oznaczają tu metale; Słońce to złoto, Księżyc — srebro, Merkury — rtęć, Wenus — miedź, Mars — żelazo, Jowisz — cyna, Saturn — ołów. [przypis edytorski]

355. luna (z łac.) — księżyc. [przypis edytorski]

356. kołpaczek lisi — tzw. lisia czapa, obwódka wokół księżyca świecącego we mgle lub w wilgotnym powietrzu. [przypis edytorski]

357. koniuktura — właśc.: koniunkcja, pozorne zbliżenie się do siebie dwóch planet widocznych na niebie. [przypis edytorski]

358. wirydarz (daw., z łac.) — ozdobny, ocieniony ogród. [przypis edytorski]

359. płony — jałowy. [przypis edytorski]

360. scjencja — z łac.: scientia, tj. nauka, wiedza. [przypis edytorski]

361. kusy (daw.) — krótki. [przypis edytorski]

362. mandragora — roślina śródziemnomorska, której korzeń, przypominający postać ludzką, uznawano za cudowny talizman. [przypis edytorski]

363. kuraż (z fr.) — odwaga. [przypis edytorski]

364. walny — tu: wielki. [przypis edytorski]

365. ryngraf — medalion z Matką Bożą. [przypis edytorski]

366. żeleźniak — żelazny garnek a. kociołek. [przypis edytorski]

367. saletra — związek azotu, stosowany m.in. w nawozach i do produkcji prochu strzelniczego. [przypis edytorski]

368. czerwieniec — czerwony złoty, dawna złota moneta obiegowa. [przypis edytorski]

369. kolia — naszyjnik w ozdobnej oprawie. [przypis edytorski]

370. likwor — napitek. [przypis edytorski]

371. osędziały — sędziwy (dosł.: osiwiały). [przypis edytorski]

372. memento (z łac.) — przypomnienie; tu mowa o formule „z prochu powstałeś, w proch się obrócisz”. [przypis edytorski]

373. mięsopust — karnawał bądź jego ostatnie trzy dni. [przypis edytorski]

374. Pluton (mit. rz.) — bóg śmierci i świata podziemnego; tu połączony z Plutosem, gr. bogiem bogactwa. [przypis edytorski]

375. Zoilotersytes (neol.) — Tersytes to kłótliwy i brzydki uczestnik wojny trojańskiej, a Zoilos to retor gr. z III w. p.n.e., zjadliwy krytyk Homera, a przenoście: złośliwy i niesprawiedliwy krytyk. [przypis edytorski]

376. Poliszynel — postać z fr. teatru lalkowego, zdradzająca sekrety, zwł. te od dawna znane. [przypis edytorski]

377. rybałtowy — charakterystyczny dla rybałta, śrdw. śpiewaka i komedianta. [przypis edytorski]

378. gościniec (daw.) — prezent przywieziony z podróży. [przypis edytorski]

379. rad (daw.) — zadowolony. [przypis edytorski]

380. mycka — rodzaj okrągłej miękkiej czapki. [przypis edytorski]

381. kupić się — gromadzić się, zbierać grupkami. [przypis edytorski]

382. kosa (daw.) — warkocz. [przypis edytorski]

383. utrefiony (daw.) — ufryzowany. [przypis edytorski]

384. krotochwilny — żartobliwy. [przypis edytorski]

385. poswarka — sprzeczka. [przypis edytorski]

386. zajrzeć (daw.) — zazdrościć. [przypis edytorski]

387. rękojmia — gwarancja. [przypis edytorski]

388. niepłony — nie jałowy. [przypis edytorski]

389. nietota (daw.) — widłak. [przypis edytorski]

390. równianka — wianek. [przypis edytorski]

391. teorban — instrument muz. podobny do lutni, lecz o niższym brzmieniu. [przypis edytorski]

392. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

393. patoka — płynny miód. [przypis edytorski]

394. alkierzyk (daw.) — sypialnia. [przypis edytorski]

395. intermezzo (wł.) — wstawka o charakterze komicznym. [przypis edytorski]

396. hoży — piękny, tryskający zdrowiem. [przypis edytorski]

397. rum (z niem.) — miejsce, przestrzeń. [przypis edytorski]

398. z mąki marymonckiej (daw., żart.) — elegancik; na warszawskim Marymoncie pracowały dawniej młyny (Zegadłowicz, jak w innych miejscach, spolszcza tu realia tekstu Goethego). [przypis edytorski]

399. Poliszynel — postać z fr. teatru lalkowego, zdradzająca sekrety, zwł. te od dawna znane. [przypis edytorski]

400. robdeszan (z fr.) — szlafrok. [przypis edytorski]

401. gamratka (daw.) — kobieta lekkich obyczajów. [przypis edytorski]

402. fest — tu: święto. [przypis edytorski]

403. hoc (daw.) — wykrzyknienie towarzyszące tańcom. [przypis edytorski]

404. socjeta (z fr.) — towarzystwo. [przypis edytorski]

405. na kredę — na kredyt. [przypis edytorski]

406. są zajęci interesującą rozmową z nowo wylęgłym upiorem — kpina z romantycznego zainteresowania dla zjawisk nadprzyrodzonych. [przypis edytorski]

407. snadnie (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]

408. puzdro — skrzynka z przegródkami do przewożenia przedmiotów w podróży. [przypis edytorski]

409. gehenna (daw.) — piekło. [przypis edytorski]

410. parać się — trudnić się, zajmować się. [przypis edytorski]

411. zgoła (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]

412. postura — sylwetka. [przypis edytorski]

413. dzierżyć (daw.) — trzymać. [przypis edytorski]

414. buta — duma, pycha. [przypis edytorski]

415. pobok — dziś popr.: obok, z boku. [przypis edytorski]

416. dań (daw.) — danina, dar. [przypis edytorski]

417. Wiktoria — bogini zwycięstwa. [przypis edytorski]

418. wywłoka — kobieta ciesząca się złą reputacją. [przypis edytorski]

419. huncwot (daw., pot.) — szelma, łobuz. [przypis edytorski]

420. żywie — dziś popr. forma 3.os.lm. cz. ter.: żyje. [przypis edytorski]

421. kaduczy (daw.) — diabli. [przypis edytorski]

422. efeb (staroż.) — piękny młodzieniec. [przypis edytorski]

423. zjawa — tu: pojawienie się. [przypis edytorski]

424. Pluton (mit. rz.) — bóg śmierci i świata podziemnego; tu połączony z Plutosem, gr. bogiem bogactwa. [przypis edytorski]

425. nie dostawać (daw.) — brakować. [przypis edytorski]

426. szczutek (daw.) — pstryczek. [przypis edytorski]

427. pawiment — podłoga, posadzka, zwł. ozdobiona mozaiką. [przypis edytorski]

428. zmiarkować (daw.) — zorientować się. [przypis edytorski]

429. mamidło — złudzenie. [przypis edytorski]

430. kto wola (daw.) — kto chce. [przypis edytorski]

431. weksel — dokument zobowiązujący do zapłaty określonej kwoty w wyznaczonym terminie. [przypis edytorski]

432. gach (daw., gw.) — kochanek. [przypis edytorski]

433. rum (z niem.) — miejsce, przestrzeń. [przypis edytorski]

434. patoka — płynny miód. [przypis edytorski]

435. czerwieniec — czerwony złoty, dawna złota moneta obiegowa. [przypis edytorski]

436. obierz (daw.) — pułapka, zwł. zastawiana na zwierzęta podczas polowania. [przypis edytorski]

437. niewidny — niewidzialny. [przypis edytorski]

438. feta — święto. [przypis edytorski]

439. kostera (daw.) — gracz w kości, hazardzista. [przypis edytorski]

440. turnia — szczyt górski. [przypis edytorski]

441. Pan (mit. gr.) — bóg pasterzy. [przypis edytorski]

442. faun (mit. gr.) — bożek leśny, symbol lubieżności. [przypis edytorski]

443. perć — stroma ścieżka w górach. [przypis edytorski]

444. frymarczyć (daw.) — kupczyć. [przypis edytorski]

445. smrek (reg.) — świerk. [przypis edytorski]

446. kierdel (reg.) — stado. [przypis edytorski]

447. raptularz (daw.) — księga do prowadzenia notatek. [przypis edytorski]

448. zmóc (daw.) — pokonać. [przypis edytorski]

449. siępa — deszczowa pogoda (por. siąpić). [przypis edytorski]

450. pluta (daw.) — szaruga, dżdżysta pogoda. [przypis edytorski]

451. salamandra — tu: duch żywiołu ognia. [przypis edytorski]

452. element (daw.) — żywioł. [przypis edytorski]

453. Arion — legendarny śpiewak gr. z wyspy Lesbos, oczarowujący swą muzyką nawet stworzenia morskie. [przypis edytorski]

454. kędy (daw.) — gdzie. [przypis edytorski]

455. nereida (mit. gr.) — nimfa morska, córka Nereusa. [przypis edytorski]

456. Tetyda (mit. gr.) — nimfa morska, córka Nerosa (Nereida), żona Peleusa, matka Achillesa. [przypis edytorski]

457. Peleus — władca Ftyi, mąż nimfy morskiej Tetydy, ojciec Achillesa. [przypis edytorski]

458. Olimp — góra w Grecji, w mitologii uznawana za siedzibę bogów. [przypis edytorski]

459. Szecherezada — główna bohaterka Baśni z tysiąca i jednej nocy, opowiadająca swemu mężowi baśnie. [przypis edytorski]

460. jurgielt (daw.) — wynagodzenie wojskowych, zwł. wyższych stopniem. [przypis edytorski]

461. wiecha — wieniec wieszany nad karczmą oznaczający, że podaje się w niej miód. [przypis edytorski]

462. tenor — tu: ton, sens. [przypis edytorski]

463. in medias res (łac.) — od środka, bez zbędnych wstępów. [przypis edytorski]

464. fortel — podstęp. [przypis edytorski]

465. szczwany — sprytny. [przypis edytorski]

466. bankowa ceduła — banknot. [przypis edytorski]

467. sepet — skrzynka zaopatrzona w szufladki. [przypis edytorski]

468. brewiarz — książka zawierająca modlitwy i czytania dla duchownych na każdy dzień tygodnia. [przypis edytorski]

469. kaleta (daw.) — skórzany woreczek na pieniądze. [przypis edytorski]

470. mir (daw.) — pokój. [przypis edytorski]

471. dank (daw.) — podziękowanie. [przypis edytorski]

472. kustosz — tu: strażnik, opiekun. [przypis edytorski]

473. vinum hungaricum (łac.) — wino węgierskie. [przypis edytorski]

474. obol — drobna moneta w staroż. Grecji. [przypis edytorski]

475. kufa (daw.) — drewniana beczka. [przypis edytorski]

476. Parys (mit. gr.) — syn trojańskiego króla Priama; porwał Helenę, żonę Menelaosa, co stało się przyczyną wojny trojańskiej. [przypis edytorski]

477. obsuć (daw.) — obsypać. [przypis edytorski]

478. dziwożona — słowiańska boginka. [przypis edytorski]

479. heroina — bohaterka, zwł. romansu. [przypis edytorski]

480. neofita — osoba, która świeżo przyjęła religię. [przypis edytorski]

481. Similia przez similia trzeba zabezpieczyć (z łac. similis, tj. podobny) — podobne leczy się podobnym, zasada homeopatii. [przypis edytorski]

482. asan (daw., pot.) — waszmość pan. [przypis edytorski]

483. frasować się (daw.) — martwić się. [przypis edytorski]

484. setnie (daw.) — bardzo. [przypis edytorski]

485. zydel (daw.) — drewniany stołek. [przypis edytorski]

486. drążkowy (starop.) — kasztelan mniej znacznego grodu, na sejmie zasiadający na ławie, nie na krześle. [przypis edytorski]

487. zbyć (daw.) — stracić. [przypis edytorski]

488. proscenium — część sceny przed kurtyną. [przypis edytorski]

489. Atlas (mit. gr.) — jeden z tytanów, skazany na dźwiganie na barkach sklepienia niebios. [przypis edytorski]

490. wraz (daw.) — zaraz. [przypis edytorski]

491. tryglif — płytka z dwoma pionowymi rowkami, zdobiąca fryz dorycki, pierwotnie stanowiąca zakończenie belki stropowej. [przypis edytorski]

492. wcale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]

493. aśćka (daw., pot.) — waćpani. [przypis edytorski]

494. mierzić (daw.) — brzydzić. [przypis edytorski]

495. kaducznie (daw.) — diabelnie. [przypis edytorski]

496. dział — tu: udział. [przypis edytorski]

497. Endymion (mit. gr.) — kochanek Artemidy, bogini łowów, pogrążony w wiecznym śnie i wiecznie młody. [przypis edytorski]

498. ambaje (daw.) — bzdury. [przypis edytorski]

499. powinny (daw.) — należny. [przypis edytorski]

500. niewód — rodzaj sieci rybackiej. [przypis edytorski]

501. mienić się (daw.) — nazywać się. [przypis edytorski]

502. płochy (daw.) — niestały w uczuciach. [przypis edytorski]

503. czerwieniec — czerwony złoty, dawna złota moneta obiegowa. [przypis edytorski]

504. kontentować się — zadowalać się. [przypis edytorski]

505. dudek (daw., pot.) — głupiec. [przypis edytorski]

506. kamracić się (daw.) — przyjaźnić się, mieć kogoś za towarzysza. [przypis edytorski]

507. sowizdrzał — sprzyciarz i żartowniś; Till Eulenspiegel, postać z XVI-wiecznej literatury ludowej. [przypis edytorski]

508. inkaust (daw.) — atrament. [przypis edytorski]

509. wilgny — dziś popr.: wilgotny. [przypis edytorski]

510. famulus (daw.) — zaufany sługa. [przypis edytorski]

511. oremus (łac.) — módlmy się. [przypis edytorski]

512. ino (reg.) — tylko. [przypis edytorski]

513. ułomek — kawałek. [przypis edytorski]

514. firmament (daw.) — sklepienie niebieskie a. stefa gwiazd stałych w dawnej astronomii. [przypis edytorski]

515. enuncjacja — deklaracja. [przypis edytorski]

516. weredyczny — mówiący prawdę prosto w oczy, bez względu na konsekwencje. [przypis edytorski]

517. sklep (daw.) — sklepione pomieszczenie, piwnica. [przypis edytorski]

518. sprawdzili — czasownik z partykułą pytajną -li. [przypis edytorski]

519. zdolić — dziś popr.: zdołać. [przypis edytorski]

520. moszcz — sok wytłoczony z winogron. [przypis edytorski]

521. cale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]

522. Homunkulus (z łac. ) — sztucznie stworzony, niewielki człowieczek. [przypis edytorski]

523. kruża (poet.) — czara. [przypis edytorski]

524. Penejos — główna rzeka Tesalii, krainy w płn.-wsch. Grecji. [przypis edytorski]

525. Farsalos — miejscowość w Tesalii, gdzie 9 sierpnia 48 p.n.e. Cezar pokonał siły Pompejusza. [przypis edytorski]

526. Erychto — tesalska czarownica, która według rzymskiego poety Lukana (39–65 n.e.), autora poematu Pharsalia, została sprowadzona do namiotu Pompejusza, by przepowiedzieć losy bitwy. [przypis edytorski]

527. bitwa pod Farsalos — stoczona 9 sierpnia 48 p.n.e., w której Cezar pokonał Pompejusza. [przypis edytorski]

528. Magnus (łac.) — wielki; przydomek Pompejusza. [przypis edytorski]

529. watra (reg.) — ognisko. [przypis edytorski]

530. wądół — podmokła dolina. [przypis edytorski]

531. dragon (daw.) — żołnierz lekkiej jazdy. [przypis edytorski]

532. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]

533. Anteusz (mit. gr.) — olbrzym pokonany przez Heraklesa; zyskiwał siły dotykając ziemi, więc Herakles musiał go w czasie walki trzymać w powietrzu. [przypis edytorski]

534. vale (łac.) — żegnaj. [przypis edytorski]

535. gryf — bajeczna skrzydlata istota o głowie orła i ciele lwa, często przedstawiana jako strażnik skarbów. [przypis edytorski]

536. etymologia — nauka o pochodzeniu słów. [przypis edytorski]

537. grabienie — w oryginale było greifen, tj. porywać. [przypis edytorski]

538. łacno (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]

539. mrówki — o wielkich mrówkach gromadzących złoto i o Arymaspach walczących o nie z gryfami wspomina Herodot. [przypis edytorski]

540. kaleta (daw.) — skórzany woreczek na pieniądze. [przypis edytorski]

541. Bedekier (z ang. Baedecker) — przewodnik. [przypis edytorski]

542. old iniquity (ang.) — stara niegodziwość; pod tą nazwą występował zły duch w daw. ang. moralitetach i misteriach. [przypis edytorski]

543. ponowek — księżyc w nowiu. [przypis edytorski]

544. logogryf — zagadka, w której trzeba zgadnąć zaszyfrowane wyrazy. [przypis edytorski]

545. szarada — rodzaj rymowanej zagadki słownej. [przypis edytorski]

546. stanie (daw.) — wystarczy. [przypis edytorski]

547. Pobożnemu jak złemu zarówno przydatny etc. — rozwiązanie zagadki brzmi „diabeł”. [przypis edytorski]

548. paragon — tu: porównanie. [przypis edytorski]

549. sfinks (mit. gr.) — skrzydlaty potwór o głowie kobiety i tułowiu lwa, zadający zagadki i pożerający tych, co nie umieli na nie odpowiedzieć. [przypis edytorski]

550. płużyć (daw.) — sprzyjać. [przypis edytorski]

551. kuternoga (daw.) — kulawy. [przypis edytorski]

552. ciebie też uwięzi — aluzja do wydarzeń z Odysei Homera, gdzie główny bohater uniknął czaru syren, zatykając załodze uszy woskiem, a samemu przywiązując się do masztu, by słyszeć ich śpiew. [przypis edytorski]

553. parać (daw.) — zajmować. [przypis edytorski]

554. Edyp (mit. gr.) — król Teb, jako niemowlę pozostawiony przez rodziców na śmierć za sprawą przepowiedni; przeżył jednak i wyrokiem przeznaczenia zabił ojca i nieświadom co czyni, poślubił własną matkę. [przypis edytorski]

555. w czambuł — wszystkich bez wyjątku. [przypis edytorski]

556. Chiron (mit. gr.) — znany z mądrości centaur (tj. pół człowiek a pół koń), wychowawca wielu spośród mitologicznych bohaterów. [przypis edytorski]

557. stymfalijskie ptaki (mit. gr.) — drapieżne ptaki, żyjące nad jeziorem Stymfalos w Arkadii; wystrzelane z łuku przez Heraklesa. [przypis edytorski]

558. lernejski wąż — Hydra, potwór pokonany przez Heraklesa. [przypis edytorski]

559. Lamia (mit. gr.) — potwór pod postacią pięknej kobiety, porywający i zjadający dzieci i młodych mężczyzn. [przypis edytorski]

560. Penejos — tu: bóstwo rzeczne. [przypis edytorski]

561. uroczysko — miejsce odludne i trudno dostępne. [przypis edytorski]

562. argonauci (mit. gr.) — bohaterowie, którzy pod przewodnictwem Jazona wyprawili się do Kolchidy po złote runo, m.in. Herakles, Tezeusz, Orfeusz, Kastor i Polluks. [przypis edytorski]

563. Pallas sowiooka (mit. gr.) — przydomek Ateny, bogini mądrości; w Odysei występuje ona pod postacią Mentora, opiekuna Telemacha, syna Odyseusza. [przypis edytorski]

564. konował — kiepski lekarz. [przypis edytorski]

565. Dioskurowie — Kastor i Polluks, bracia Heleny. [przypis edytorski]

566. Boreadowie (mit. gr.) — synowie Boreasza, boga wiatru. [przypis edytorski]

567. Linceusz — jeden z uczestników wyprawy argonautów, cechujący się bystrym wzrokiem; imię pochodzi od łac. lynx, tj, ryś. [przypis edytorski]

568. społem (daw.) — razem. [przypis edytorski]

569. Febus (mit. gr.) — przydomek Apolla, boga słońca. [przypis edytorski]

570. Hermes (mit. gr.) — bór handlu, kupców i złodziei. [przypis edytorski]

571. Ares (mit. gr.) — bóg wojny i bitewnego szału. [przypis edytorski]

572. w posłuszeństwie wyrosły wśród cnych niewiast świty — wg mitu Herakles zniewieściał na służbie u królowej lidyjskiej Omfalii i prządł przy kołowrotku. [przypis edytorski]

573. przed wieki — dziś popr. forma N.lm: przed wiekami. [przypis edytorski]

574. mamli — czasownik z partykułą pytajną -li. [przypis edytorski]

575. Eskulap (gr. Asklepios) — bóg sztuki lekarskiej. [przypis edytorski]

576. Manto (mit. gr.) — zwykle uznawana jest za córkę tebańskiego wróża Tejrezjasza. [przypis edytorski]

577. z Sybilli cechu — sens: spośród wróżbitek. [przypis edytorski]

578. czata — tu: straż. [przypis edytorski]

579. chram (daw.) — świątynia. [przypis edytorski]

580. mierzić (daw.) — brzydzić. [przypis edytorski]

581. Persefona (mit. gr.) — córka Zeusa i Demeter, porwana przez Hadesa i uczyniona jego żoną; wraz z nim władczyni podziemia. [przypis edytorski]

582. wdały (daw.) — piękny. [przypis edytorski]

583. Seismos — przydomek boga Posejdona; tu personifikacja trzęsienia ziemi. [przypis edytorski]

584. wyspę Delos [...] jako pewny schron dla dziewy — wg mitu Leto (Latona) z pomocą Posejdona uciekła przed swą nieprzyjaciółką Herą na wyspę Delos, gdzie urodziła Apolla i Artemidę. [przypis edytorski]

585. kariatyda — rzeźbiona postać ludzka podtrzymująca sklepienie. [przypis edytorski]

586. Pelion i Ossa — góry w Grecji. greckie; wg mitu Tytani w czasie buntu przeciw bogom olimpijskim zrzucili Ossę na Pelion, aby zdobyć niebo. [przypis edytorski]

587. Parnas — góra w Grecji, w mitologii uznawana za siedzibę Muz. [przypis edytorski]

588. już przyleciały żurawi roje — wg mit. gr. Pigmeje toczyli wojny z żurawiami. [przypis edytorski]

589. Imzowie — tu: mrówki. [przypis edytorski]

590. Żuraw Ibikusa — aluzja do ballady Schillera Die Kraniche des Ibikus. Ibikus, grecki poeta, został zamordowany przez zbójców; zbrodnię tę odkryły żurawie, stając się narzędziem zemsty. [przypis edytorski]

591. klangor — głos lecących ptaków. [przypis edytorski]

592. zbroja — tu: broń. [przypis edytorski]

593. wyraj (daw.) — odlot ptaków na zimę do cieplejszyh krajów. [przypis edytorski]

594. Empuza (mit. gr.) — jedna z Lamii o oślej nodze bądź głowie. [przypis edytorski]

595. parantela — pokrewieństwo. [przypis edytorski]

596. sznuchtać (reg.) — wąchać. [przypis edytorski]

597. pedogryczny — chorujący na podagrę, tj. pogrubienie stawu palca u nogi i bóle stawów. [przypis edytorski]

598. mizdrzyć się — przymilać się, zwł. w nieprzyjemny sposób. [przypis edytorski]

599. strzelioczka (z ros.) — strzałka, przen. smukła dziewczyna. [przypis edytorski]

600. gacek — gatunek małego nietoperza. [przypis edytorski]

601. porubstwo (daw.) — rozwiązłość. [przypis edytorski]

602. zasuć (daw.) — zasypać. [przypis edytorski]

603. oreada (mit. gr.) — nimfa górska. [przypis edytorski]

604. dwóch filozofów — mowa o Talesie z Miletu i Anaksagorasie. Tales z Miletu (ur. ok. 546 p.n.e.) — jeden z siedmiu mędrców starożytności, joński filozof przyrody, twórca teorii, że wszechświat powstał z prawody, po której pływa ziemia. Teorię o dominującej roli wody w powstaniu ziemi podjęli później tzw. „neptuniści”, z którymi zgadzał się i Goethe. Anaksagoras (ok. 500 p.n.e.–ok. 428 p.n.e.) — filozof ateński, przyjaciel i nauczyciel Peryklesa, głosił m.in. naukę o nieskończonej podzielności materii. Goethe czyni go przedstawicielem tzw. „wulkanistów”, wg których dominującą rolę w kształtowaniu powierzchni Ziemi odegrały siły wulkaniczne. [przypis edytorski]

605. płony (daw.) — jałowy. [przypis edytorski]

606. do ciebie o, Hekato! Luno i Diano — ta sama bogini miała władać jako Luna niebem, jako Diana ziemią i jako Hekate światem podziemnym. [przypis edytorski]

607. na nice (daw.) — na opak. [przypis edytorski]

608. driada (mit. gr.) — boginka lasów i drzew. [przypis edytorski]

609. krajan — człowiek pochodzący z tego samego miejsca. [przypis edytorski]

610. Forkiady (mit. gr.) — mitologiczne staruchy, siostry Gorgon, usosobienie brzydoty; wg mitu dysponowały jednym okiem i jednym zębem, które w miarę potrzeby wymieniały miedzy sobą. [przypis edytorski]

611. alrauna (z niem.) — korzeń mandragory. [przypis edytorski]

612. hermafrodyta — istota dwupłciowa; w mit gr. syn Hermesa i Afrodyty; na prośbę wzgardzonej nimfy Salmakis złączony z nią w jedno ciało. [przypis edytorski]

613. tryton (mit. gr.) — bóstwo morskie, w połowie ryba, a w połowie człowiek; sługa Posejdona. [przypis edytorski]

614. kałakucki — indyjski, pochodzący z Indii (od nazwy Kalkuty). [przypis edytorski]

615. delia (daw.) — wierzchni ubiór męski. [przypis edytorski]

616. Nereus (mit. gr.)— jeden z bogów morza, mąż oceanidy Doris, ojciec kilkudziesięciu Nereid i Doryd. [przypis edytorski]

617. niewczesny — dziejący się nie w porę, w nieodpowiednim momencie. [przypis edytorski]

618. Circe (mit. gr.) — bohaterka Odysei Homera, czarodziejka, która towarzyszy Odyseusza zmieniła w świnie; córka boga Heliosa i nimfy Perseidy. [przypis edytorski]

619. łut (daw.) — niewielka jednostka masy, tu przen.: nieco, odrobina. [przypis edytorski]

620. cetnar (daw.) — jednostka masy, równa 100 kg. [przypis edytorski]

621. Galatea — nimfa morska, córka Nereusa, prześladowana miłością cyklopa Polifema; najpiękniejsza wśród bogiń po Afrodycie. [przypis edytorski]

622. Pafos — miasto na płd.-zach. wybrzeżu Cypru, miejsce kultu Afrodyty i Galatei. [przypis edytorski]

623. Proteusz (mit. gr.) — syn Posejdona, bóstwo morskie świadome przyszłości i posiadające zdolność zmiany kształtu. [przypis edytorski]

624. Kabirowie — tajemnicze bóstwa fenickie, czczone i przez Greków; za czasów Goethego badacze mitologii nie byli w stanie ustalić ich liczby. [przypis edytorski]

625. czerep — tu: gliniana skorupa. [przypis edytorski]

626. dziewicorództwo — właśc. dzieworództwo a. partenogeneza, rozwój zarodka z niezapłodnionego jaja. [przypis edytorski]

627. Telchinowie — właśc. bóstwa morskie, później kowale i rzeźbiarze z wyspy Rodos. [przypis edytorski]

628. heliosowy (mit. gr.) — związany z Heliosem, bogiem słońca. [przypis edytorski]

629. pean — tu: pieśń pochwalna. [przypis edytorski]

630. zaklęli moc Boga w kształt godny człowieka — mowa o kolosie rodyjskim, jednym z siedmiu cudów świata. [przypis edytorski]

631. Pafos — miasto na płd.-zach. wybrzeżu Cypru, miejsce kultu Afrodyty i Galatei. [przypis edytorski]

632. Psylle i Marsy — poskromiciele węży; Goethe czyni ich strażnikami wozu Afrodyty-Galatei. [przypis edytorski]

633. jałówka — młoda krowa niemająca potomstwa. [przypis edytorski]

634. tryk — baran. [przypis edytorski]

635. skwir — odgłos ptasi. [przypis edytorski]

636. posoka — krew. [przypis edytorski]

637. uroczysko — miejsce odludne i trudno dostępne. [przypis edytorski]

638. królewnej — dziś popr. forma D.lp: królewny. [przypis edytorski]

639. swadźba — swatanie, tu raczej: zaloty. [przypis edytorski]

640. Dzeus a. częściej Zeus — najważniejszy spośród bogów olimpijskich; bóg nieba i ziemi, władał piorunami. [przypis edytorski]

641. krasawica — piękność. [przypis edytorski]

642. igrzysko — tu: zabawa. [przypis edytorski]

643. harfa eolska — instrument strunowy poruszany przez wiatr. [przypis edytorski]

644. świetlak — dziś: świetlik. [przypis edytorski]

645. Menelaos — król Sparty; porwanie przez Parysa jego żony, Heleny, stanowiło przyczynę wojny trojańskiej. [przypis edytorski]

646. Frygia — kraj w zachodniej części Azji Mniejszej, gdzie miała znajdować się Troja. [przypis edytorski]

647. Posejdon (mit. gr.) — bóg morza, żeglarzy, trzęsień ziemi, brat Zeusa; przedstawiany z trójzębem. [przypis edytorski]

648. córa Tyndara — Helena była właściwie córką Zeusa i Ledy, której mężem był Tyndar. [przypis edytorski]

649. Klitemnestra a. Klitajmnestra — córka Tyndara i Ledy, żona i zabójczyni Agamemnona, za którą zbrodnię poniosła śmierć a ręki swego syna Orestesa. [przypis edytorski]

650. Cytera — wyspa na północ od Krety oraz przydomek Afrodyty. Helena została porwana przez Parysa w czasie składania ofiary Cyterze. [przypis edytorski]

651. wdały (daw.) — piękny. [przypis edytorski]

652. czyli — czy z partykułą pytajną -li. [przypis edytorski]

653. skoro (daw.) — szybko. [przypis edytorski]

654. szafarka — służąca dysponująca majątkiem. [przypis edytorski]

655. przyładzić — tu: przygotować. [przypis edytorski]

656. pawiment — podłoga, posadzka, zwł. ozdobiona mozaiką. [przypis edytorski]

657. Feb (mit. gr.) — przydomek Apolla, boga słońca. [przypis edytorski]

658. Ilion — Troja. [przypis edytorski]

659. Forkis (mit. gr.) — bóstwo morskie, syn Gai i Pontosa. [przypis edytorski]

660. Graje (mit. gr.) — inne określenie Forkiad. [przypis edytorski]

661. chutny (daw.) — pożądliwy. [przypis edytorski]

662. Menady — kobiety z orszaku boga Dionizosa, zachowujące się w sposób dziki i wyzywający. [przypis edytorski]

663. przefrymarczony — przehandlowany. [przypis edytorski]

664. dank (daw.) — podziękowanie. [przypis edytorski]

665. Ereb (mit. gr.) — bóg ciemności bądź najmroczniejsza część krainy zmarłych. [przypis edytorski]

666. Scylla — potwór morski z Odysei Homera. [przypis edytorski]

667. Tejrezjasz (mit. gr.) — ślepy wróżbita obdarzony długim życiem, którego część przeżył jako kobieta. [przypis edytorski]

668. Orion (mit. gr.) — myśliwy z Beocji, po śmierci przeniesiony na nieboskłon i ścigający Plejady; określenie: „mamka Oriona” oznacza bardzo starą kobietę. [przypis edytorski]

669. Harpie (mit. gr.) — demony w formie ptaków z kobiecymi głowami. [przypis edytorski]

670. Tezeusz (mit. gr.) — bohater ateński, zabójca Minotaura, który uprowadził dziesięcioletnią Helenę do Afidy pod Atenami. [przypis edytorski]

671. obierz (daw.) — pułapka, zwł. zastawiana na zwierzęta podczas polowania. [przypis edytorski]

672. dziewosłębić (daw.) — wysyłać swatów. [przypis edytorski]

673. Patrokles — bohater Iliady Homera, wojownik grecki, najlepszy przyjaciel Achillesa, zginął z ręki Hektora podczas ataku na Troję. [przypis edytorski]

674. byłaś w Egipcie i Troi — wg niektórych poetów greckich, np. w tragedii Eurypidesa Helena, Hermes uniósł rzeczywistą Helenę do Egiptu, Parys zaś porwał tylko jej cień. [przypis edytorski]

675. zagiąć parol (daw.) — upatrzyć sobie kogoś. [przypis edytorski]

676. wolej (daw.) — lepiej. [przypis edytorski]

677. Cerber (mit. gr.) — trzygłowy pies, pilnujący bram piekła. [przypis edytorski]

678. letejska rzeka (mit. gr.) — Leta, rzeka w Hadesie (krainie umarłych), łyk jej wody przynosił zapomnienie o życiu ziemskim. [przypis edytorski]

679. kir — czarny materiał, symbol żałoby. [przypis edytorski]

680. przyładzić (daw.) — przygotować. [przypis edytorski]

681. kierz (daw. a. reg.) — krzak. [przypis edytorski]

682. kwiczoł — leśny ptak łowny. [przypis edytorski]

683. ewentus (z łac.) — zdarzenie. [przypis edytorski]

684. Rea (mit. gr.) — siostra i żona Kronosa, pramatka bóstw olimpijskich. [przypis edytorski]

685. ile (daw.) — tu: jeśli. [przypis edytorski]

686. Tajget — najwyższe pasmo górskie na Półwyspie Peloponeskim. [przypis edytorski]

687. Eurotas — główna rzeka Sparty. [przypis edytorski]

688. oczerety — zarośla nadbrzeżne. [przypis edytorski]

689. Cymbrowie — plemię germańskie; Goethe nawiązuje do najazdu wojsk Alaryka (ok. 370–410), króla Gotów, na Spartę. Faust przejmuje tu niejako rolę gockiego władcy. [przypis edytorski]

690. cyklop (mit. gr.) — jednooki olbrzym, budujący sobie domy z nieobrobionych głazów. [przypis edytorski]

691. lustrzyć się (daw.) — błyszczeć. [przypis edytorski]

692. wykusz — element budynku wystający ze ściany i zawierający pomieszczenie. [przypis edytorski]

693. Ajaks — jeden z bohaterów Iliady Homera. [przypis edytorski]

694. ci pod Teby idący w siedmioro — wg mitu siedmiu bohaterów, z polecenia Polinika wyruszyło przeciw Tebom, żeby pozbawić tronu Teoklesa, brata Polinika. [przypis edytorski]

695. paiża — rodzaj metalowej tarczy. [przypis edytorski]

696. jaka Deifoba, brata poległego Parysa, spotkała zapłata — wg mitu Deifobos po śmierci swego brata Parysa przywłaszczył sobie Helenę, za co został okaleczony przez Menelausa. [przypis edytorski]

697. gędzić (daw.) — muzykować. [przypis edytorski]

698. ćma (daw.) — ciemność. [przypis edytorski]

699. kaduceusz (mit. gr.) — laska herolda, atrybut Hermesa, posłańca bogów. [przypis edytorski]

700. Hades (mit. gr.) — bóg śmierci, władca zaświatów, także: nazwa samych zaświatów. [przypis edytorski]

701. szczęściuli — „szczęściu” z partykułą -li. [przypis edytorski]

702. wzięcie (daw.) — sylwetka i sposób poruszania się. [przypis edytorski]

703. zjawa — tu: pojawienie się. [przypis edytorski]

704. wici — wezwanie na wojnę rozsyłane w formie gałązek (witek). [przypis edytorski]

705. ninie (daw.) — teraz. [przypis edytorski]

706. czyli — czy z partykułą pytajną -li. [przypis edytorski]

707. Linceusz — jeden z uczestników wyprawy argonautów, cechujący się bystrym wzrokiem; imię pochodzi od łac. lynx, tj, ryś. [przypis edytorski]

708. krenelaż (z fr.) — blanki, zębate zwieńczenie murów obronnych, stanowiące osłonę dla obrońców. [przypis edytorski]

709. żenąć (daw.) — gnać. [przypis edytorski]

710. sukurs (daw.) — wsparcie. [przypis edytorski]

711. dziewosłębić — swatać. [przypis edytorski]

712. łacno (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]

713. zdolić — dziś popr.: zdołać. [przypis edytorski]

714. Nestor — król Pylos, najstarszy uczestnik wojny trojańskiej, symbol wieku i związanego z nim doświadczenia. [przypis edytorski]

715. chybko (daw.) — szybko. [przypis edytorski]

716. Messenia — poł.-zach. część Peloponezu. [przypis edytorski]

717. Elida — zach. część Peloponezu. [przypis edytorski]

718. Argolida — płn.-wsch. część Peloponezu. [przypis edytorski]

719. umizgi (daw.) — zaloty. [przypis edytorski]

720. ninie (daw.) — teraz. [przypis edytorski]

721. pawęż (daw.) — tarcza. [przypis edytorski]

722. bronić cię będą, kraino — mowa o Peloponezie. [przypis edytorski]

723. swój chudobny dział — sens: to, co się jej należy. [przypis edytorski]

724. hala — górska łąka. [przypis edytorski]

725. Apollo (mit. gr.) — przewodnik dziewięciu muz, bóg sztuki, wróżbiarstwa i gwałtownej śmierci. [przypis edytorski]

726. klechda — podanie ludowe. [przypis edytorski]

727. wirydarz (daw., z łac.) — ozdobny, zacieniony ogród. [przypis edytorski]

728. czyli — czy z partykuła pytajną -li. [przypis edytorski]

729. cale — (daw.) całkiem. [przypis edytorski]

730. gładki (daw.) — piękny. [przypis edytorski]

731. geniusz — tu: duch opiekuńczy. [przypis edytorski]

732. faun (mit. gr.) — bożek leśny, symbol lubieżności. [przypis edytorski]

733. pawiment — podłoga, posadzka, zwł. ozdobiona mozaiką. [przypis edytorski]

734. Anteusz (mit. gr.) — olbrzym pokonany przez Heraklesa; zyskiwał siły dotykając ziemi, więc Herakles musiał go w czasie walki trzymać w powietrzu. [przypis edytorski]

735. Febus — przydomek Apollina, przewodnika dziewięciu muz, boga sztuki, wróżbiarstwa i gwałtownej śmierci. [przypis edytorski]

736. maż — czasownik „ma” z partykułą pytajną -ż. [przypis edytorski]

737. sprytny syn Mai uroczej (mit. gr.) — Hermes, patron kupców i złodziei, posłaniec bogów. [przypis edytorski]

738. hoży — piękny i zdrowy. [przypis edytorski]

739. lepak (daw.) — jednak. [przypis edytorski]

740. frant (daw.) — spryciarz. [przypis edytorski]

741. Ares (mit. gr.) — bóg wojny. [przypis edytorski]

742. Febus — przydomek Apollina, przewodnika dziewięciu muz, boga sztuki, wróżbiarstwa i gwałtownej śmierci. [przypis edytorski]

743. Hefajstos — syn Zeusa i Hery, bóg kowali, złotników i ognia. Przedstawiany jako kulawy, gdyż Zeus zrzucił go z Olimpu, gdy Hefajstos wstawił się za Herą. [przypis edytorski]

744. arfa — dziś popr.: harfa. [przypis edytorski]

745. klechda — podanie ludowe. [przypis edytorski]

746. Euforion (mit. gr.) — syn Achillesa i Heleny, uosobienie poezji; w Fauście jego los to alegoryczne przedstawienie życia Byrona. [przypis edytorski]

747. kierz (reg.) — krzak. [przypis edytorski]

748. turnia — szczyt górski. [przypis edytorski]

749. Pelops (mit. gr.) — syn Tantala, zabity przez ojca, lecz przywrócony do życia przez bogów; od jego imienia miała pochodzić nazwa Peloponezu. [przypis edytorski]

750. potrzeba — daw. także: bitwa. [przypis edytorski]

751. Amazonki (mit. gr.) — plemię wojowniczych kobiet. [przypis edytorski]

752. kędy (daw.) — gdzie. [przypis edytorski]

753. Ikar (mit. gr.) — syn Dedala, otrzymał od niego skrzydła spojone woskiem, na których uniósł się tak wysoko, że wosk stopił się w słońcu, a Ikar runął w morze. [przypis edytorski]

754. chorał żałobny — stanowi on pieśń żałobną na śmierć Byrona. [przypis edytorski]

755. siępa — deszczowa pogoda (por. siąpić). [przypis edytorski]

756. Persefona (mit. gr.) — żona Hadesa, bogini świata podziemnego. [przypis edytorski]

757. dzierżyć (daw.) — trzymać. [przypis edytorski]

758. puścizna — dziedzictwo pozostałe po zmarłym. [przypis edytorski]

759. Hades (mit. gr.) — bóg świata podziemnego bądź nazwana od jego imienia kraina umarłych. [przypis edytorski]

760. asfodel — śródziemnomorska roślina ozdobna; także kwiat świata podziemi poświęcony bogini Persefonie. [przypis edytorski]

761. iwa — gatunek wierzby. [przypis edytorski]

762. czyli — czy z partykułą pytajną -li. [przypis edytorski]

763. Pan (mit. gr.) — bóg pasterzy. [przypis edytorski]

764. Bachus (mit. rzym.) — bóg wina, odpowiednik gr. Dionizosa. [przypis edytorski]

765. Helios (mit. gr.) — bóg słońca. [przypis edytorski]

766. Skrzypią kosze, dzwonią wiadra — lud się krząta, śpieszy, ładzi itd. — fragment wykorzystany w powieści Emila Zegadłowicza Motory jako utwór jej głównego bohatera. [przypis edytorski]

767. Dyoniz (mit. gr.) — właśc. Dionizos (rzym. Bachus) syn Zeusa i Semele, bóg wina i życiodajnych sił przyrody; ocalony przez ojca przed zemstą zdradzonej Hery, wychowany przez nimfy i satyrów. [przypis edytorski]

768. moszcz — niesfermentowany sok z winogron. [przypis edytorski]

769. harnaś — przywódca zbójników. [przypis edytorski]

770. wiszar — zbocze a. skała porośnięte gęstą roślinnością. [przypis edytorski]

771. Leda (mit. gr.) — córka Testiosa, króla Etolii, żona Tyndara, króla Sparty. Ze związku miłosnego z Zeusem, który chcąc ją uwieść, przybrał postać łabędzia, zrodziła się piękna Helena, małżonka Menelaosa, oraz dwaj synowie, Kastor i Polluks. [przypis edytorski]

772. wraz (daw.) — zaraz. [przypis edytorski]

773. Moloch (bibl.) — pogański bóg bogactwa. [przypis edytorski]

774. szperka — słonina. [przypis edytorski]

775. karmazyn (daw.) — szlachcic wysokiego rodu. [przypis edytorski]

776. buntowszczyk — rusycyzm; popr.: buntownik. [przypis edytorski]

777. lapsus (z łac.) — błąd, pomyłka. [przypis edytorski]

778. Sardanapal a. Asurbanipal — król asyryjski (panujący w latach 669-631 p.n.e.), w legendach przedstawiany jako zniewieściały rozpustnik. [przypis redakcyjny]

779. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]

780. veto (łac.) — nie pozwalam. [przypis edytorski]

781. pobudka — tu: sygnał wojskowej trąbki. [przypis edytorski]

782. mierzić — brzydzić. [przypis edytorski]

783. szych — nitka owinięta metalowym drucikiem, używana w hafcie, często do pozorowania użycia szlachetnego kruszcu; przen. fałszywa świetność a. bogactwo. [przypis edytorski]

784. cech (daw.) — instytucja zrzeszająca rzemieślników z jednej branży. [przypis edytorski]

785. kapituła — rada duchownych. [przypis edytorski]

786. kwapić się (daw.) — spieszyć się. [przypis edytorski]

787. rokosz — bunt. [przypis edytorski]

788. frasunek — zmartwienie. [przypis edytorski]

789. sukurs (daw.) — wsparcie. [przypis edytorski]

790. fortel — podstęp. [przypis edytorski]

791. lenno — dobra nadane wasalowi przez seniora. [przypis edytorski]

792. walny — tu: decydujący. [przypis edytorski]

793. potrzeba (daw.) — bitwa. [przypis edytorski]

794. buńczuk — znak wojskowy i symbol władzy tureckiej w formie ogona końskiego, zatkniętego na długim kiju. [przypis edytorski]

795. wdały (daw.) — piękny. [przypis edytorski]

796. Harnasie — w oryginale występują tu trzej mocarze Dawida; por. II Sam 23, 8. [przypis edytorski]

797. koso (daw.) — krzywo. [przypis edytorski]

798. obstarny (reg.) — podstarzały. [przypis edytorski]

799. markietanka — handlarka i/lub prostytutka towarzysząca wojsku. [przypis edytorski]

800. niewczesny (daw.) — nie w porę. [przypis edytorski]

801. strategik — dziś popr.: strateg. [przypis edytorski]

802. Termopile — wąwóz stanowiący przejście z Tesalii do Hellady, gdzie król Sparty Leonidas bronił się przed Persami w 480 p.n.e. [przypis edytorski]

803. perć — stroma ścieżka w górach. [przypis edytorski]

804. fest — święto. [przypis edytorski]

805. mamidło — złudzenie. [przypis edytorski]

806. powetować — wynagrodzić sobie, zrekompensować. [przypis edytorski]

807. nekromanta — mag wywołujący duchy zmarłych, by mu służyły. [przypis edytorski]

808. Norcja — miasto w środkowych Włoszech, w Górach Sabińskich. [przypis edytorski]

809. członki — kończyny. [przypis edytorski]

810. kwapić się (daw.) — spieszyć się. [przypis edytorski]

811. prym (daw.) — pierwszeństwo. [przypis edytorski]

812. ino (reg.) — tylko. [przypis edytorski]

813. rum (z niem.) — miejsce, przestrzeń. [przypis edytorski]

814. jucha — krew. [przypis edytorski]

815. przepomnieć — dziś popr.: zapomnieć. [przypis edytorski]

816. mizdrzyć się — zalecać się, zwł. w nieprzyjemny sposób. [przypis edytorski]

817. flanka — skrzydło. [przypis edytorski]

818. karacena — zbroja z łusek naszytych na grubą tkaninę a skórę. [przypis edytorski]

819. boisko (reg.) — środkowa część stodoły, gdzie młócono zboże. [przypis edytorski]

820. sarabanda — taniec hiszpański charakteryzujący się szybkim tempem. [przypis edytorski]

821. Dioskurów blask — staroż. nazwa ogni św. Elma, tj. wyładowań elektrycznych na olinowaniu statku; przeciwnie niż później, uważano je za dobrą wróżbę. [przypis edytorski]

822. lichwa — tu: procent. [przypis edytorski]

823. duchem — szybko, co tchu. [przypis edytorski]

824. więcierz — sieć rybacka. [przypis edytorski]

825. Sursum corda! (łac.) — w górę serca. [przypis edytorski]

826. kord — rodzaj krótkiego miecza. [przypis edytorski]

827. szalbierz — oszust. [przypis edytorski]

828. undyna — duch żywiołu wody (z łac. unda, tj. fala). [przypis edytorski]

829. łacno (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]

830. podciepek (reg.) — karzeł. [przypis edytorski]

831. z mańki zażyć — pokonać podstępem (od ciosu szablą zadanego niespodziewanie lewą ręką). [przypis edytorski]

832. banialuki — bzdury. [przypis edytorski]

833. biesi — diabli. [przypis edytorski]

834. trabant (daw.) — żołnierz straży przybocznej. [przypis edytorski]

835. damasceńska stal — wielokrotnie przekuwana stal wysokiej jakości, stosowana dawniej do wyrobu broni. [przypis edytorski]

836. furda (daw.) — błahostka. [przypis edytorski]

837. dzierżyć (daw.) — trzymać. [przypis edytorski]

838. Veni creator spiritus (łac.) — Przyjdź duchu-stwórco (pierwsze słowa podniosłego hymnu do Ducha św.). [przypis edytorski]

839. piecza (daw.) — opieka. [przypis edytorski]

840. czata — tu: straż. [przypis edytorski]

841. miarkowanie — umiarkowanie. [przypis edytorski]

842. podkomorzy — urzędnik zarządzający dworem. [przypis edytorski]

843. bałamutny — wprowadzający w błąd. [przypis edytorski]

844. stolnik — urzędnik dworski opiekujący się kuchnią. [przypis edytorski]

845. białozór — gatunek ptaka drapieżnego. [przypis edytorski]

846. nagodzić (daw.) — przygotować. [przypis edytorski]

847. strukczaszy — dworzanin usługujący władcy przy stole. [przypis edytorski]

848. cześnik — urzędnik dworski usługujący władcy przy stole. [przypis edytorski]

849. estyma — szacunek, poważanie. [przypis edytorski]

850. niewczesny (daw.) — nie w porę. [przypis edytorski]

851. prym (daw.) — pierwszeństwo. [przypis edytorski]

852. pomierność — umiarkowanie. [przypis edytorski]

853. dziesięcina — podatek w naturze, dziesiąta część plonów, oddawana Kościołowi. [przypis edytorski]

854. żupa (daw.) — kopalnia soli. [przypis edytorski]

855. dank (daw.) — podziękowanie. [przypis edytorski]

856. wraz (daw.) — naraz, jednocześnie. [przypis edytorski]

857. pacta conventa (łac.) — w dawnej Polsce umowa zawierana między królem elekcyjnym a wybierającą go szlachtą. [przypis edytorski]

858. na pohybel (z ukr.) — na zgubę. [przypis edytorski]

859. siklawa — wodospad w górach. [przypis edytorski]

860. łęg — podmokła łąka. [przypis edytorski]

861. imać (daw.) — chwytać. [przypis edytorski]

862. ewentus (z łac.) — wynik. [przypis edytorski]

863. akt erekcyjny — dokument ustanawiający fundację kościoła bądź instytucji. [przypis edytorski]

864. pogłówne — podatek o stałej wysokości płacony od osoby („od głowy”). [przypis edytorski]

865. podwoda — obowiązkowy transport zapewniany przez chłopów. [przypis edytorski]

866. pomorze — tu ogólnie: teren nadmorski. [przypis edytorski]

867. Filemon, Baucyda (mit. rzym.) — para staruszków, którzy ugościli Jowisza i Merkurego, nie poznając w nich bogów; w nagrodę bogowie ocalili ich dom podczas wielkiej powodzi, spełnili też prośbę staruszków, którzy pragnęli równocześnie umrzeć, i zamienili ich w drzewa; z legendy tej Goethe wziął tylko imiona. [przypis edytorski]

868. przemóc (daw.) — pokonać. [przypis edytorski]

869. przyładzić (daw.) — przygotować. [przypis edytorski]

870. czeladź (daw.) — służba. [przypis edytorski]

871. jaz — niewielka zapora rzeczna. [przypis edytorski]

872. poręka (daw.) — poręczenie, gwarancja. [przypis edytorski]

873. niepodobna (daw.) — nieprawdopodobne, niemożliwe. [przypis edytorski]

874. karawela — rodzaj statku żaglowego. [przypis edytorski]

875. włość — majątek, posiadłość, własność. [przypis edytorski]

876. kutwa — skąpiec. [przypis edytorski]

877. wyżenąć (daw.) — wygnać. [przypis edytorski]

878. Achab pożąda winnicy Nabota — wg I Ks. Królewskiej król Achab chciał kupić winnicę Nabota lub zamienić ją na lepszą; gdy jednak Nabot nie zgodził się na propozycję, królowa Jezabel rozkazała go ukamienować. [przypis edytorski]

879. blanki — zwieńczenie muru obronnego, stanowiące osłonę dla strzelców. [przypis edytorski]

880. li (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

881. wżenąć (daw.) — zagnać. [przypis edytorski]

882. ćma (daw.) — ciemność. [przypis edytorski]

883. lemury (mit. rzym.) — duchy zmarłych, przedstawiane na nagrobkach jako wychudzone upiory. [przypis edytorski]

884. spłacheć — kawałek. [przypis edytorski]

885. krotochwilny (daw.) — żartobliwy. [przypis edytorski]

886. Za młodu żyło się, kochało etc. — przeróbka pieśni grabarzy z Hamleta (akt V, sc. 1). [przypis edytorski]

887. czata — tu: straż. [przypis edytorski]

888. rozwierać (daw.) — otwierać. [przypis edytorski]

889. przyładzić (daw.) — przygotować. [przypis edytorski]

890. czyli — czy z partykułą pytajną -li. [przypis edytorski]

891. bańdzioch (pot.) — brzuch. [przypis edytorski]

892. rota — oddział. [przypis edytorski]

893. okiść — przymarznięty śnieg okrywający gałąź. [przypis edytorski]

894. rzyć — tyłek. [przypis edytorski]

895. walny — ważny, decydujący. [przypis edytorski]

896. dudek (daw., pot.) — głupiec. [przypis edytorski]

897. przemóc (daw.) — pokonać. [przypis edytorski]

898. Hiob (bibl.) — bohater Księgi Hioba, którego Bóg doświadczył nieszczęściami, chcąc wypróbować jego wiarę. [przypis edytorski]

899. Mater Gloriosa (łac.) — matka pełna chwały, tu określenie Maryi. [przypis edytorski]

900. pater extaticus (łac. ) — dosłownie: ojciec ekstatyczny (od słowa ekstaza, tj. zachwycenie); tytuł ten i następne oznaczają różne, coraz wyższe stopnie mistycznej pobożności; powtarzają też tytuły Ojców Kościoła. [przypis edytorski]

901. Pater profundus (łac.) — „ojciec głęboki” (w wierze); tytuł św. Bernarda z Clairveaux. [przypis edytorski]

902. pater seraphicus (łac.) — ojciec seraficzny, tj. podobny serafinom, aniołom z jednego z wyższych chórów; tytuł św. Franciszka z Asyżu. [przypis edytorski]

903. Doctor Marianus (łac.) — uczony teolog szczególnie poświęcający się kultowi Marii. [przypis edytorski]

904. Magna Peccatrix (łac.) — wielka grzesznica, tu: Maria Magdalena. [przypis edytorski]

905. Mulier Samaritana (łac.) — kobieta z Samarii, postać z Ewangelii, która podała Chrystusowi wodę ze studni. [przypis edytorski]

906. Maria Aegyptiaca — Maria Egipcjanka, wg legend chrześcijańskich pokutowała 48 lat w pustyni Jordanu. [przypis edytorski]

907. chorus mysticus (łac.) — chór mistyczny. [przypis edytorski]

908. parość — parów. [przypis edytorski]

909. wzmóc — tu: wzmocnić. [przypis edytorski]

910. obierz (daw.) — pułapka, zwł. zastawiana na zwierzęta podczas polowania. [przypis edytorski]

911. zyszcze — dziś popr. forma 3.os.lp: zyska. [przypis edytorski]

912. zdole — dziś popr. forma 3.os.lp: zdoła. [przypis edytorski]

913. zwolić (daw.) — pozwolić. [przypis edytorski]

914. skwapliwie (daw.) — chętnie. [przypis edytorski]

915. dźwierze (daw.) — drzwi, wrota. [przypis edytorski]

916. una poenitentium (łac.) — jedna z pokutnic. [przypis edytorski]

917. Pożegnanie — wiersz napisany ok. 1800 r. i ogłoszony w dodatkach do Fausta. [przypis edytorski]

918. przecz (daw.) — dlaczego. [przypis edytorski]

919. chrobry (daw.) — dzielny, odważny. [przypis edytorski]

920. wiszar — zbocze a. skała porośnięte gęstą roślinnością. [przypis edytorski]