Lata nauki Wilhelma Meistra

Wstęp tłumacza

Ogłoszenie przekładu Wilhelma Meistra pod koniec wieku XIX nie może się1 uważać za jakiś anachronizm nie tylko ze względu na tę ogólną zasadę, że dzieła wielkich mistrzów nigdy się nie starzeją, ale nadto jeszcze ze względu na znamienną okoliczność, iż najświeższe prądy w literaturze europejskiej lubią się właśnie na to dzieło Goethego powoływać jako na swego duchowego praojca.

Istotnie to, co za życia poety ogół i krytyka po większej części uważały za najmniej interesujące, najmniej szczęśliwie przeprowadzone, zarówno co do myśli, jak i co do wykonania artystycznego, mianowicie druga część romansu: Lata wędrówki, dzisiaj dla symbolistów przedstawiając się jako pełne głębi tajemniczej, budzi w nich zachwyt, poczytywana jest za genialne przeczucie obecnego stanu duszy, jej rojeń i pragnień, jej zamętów i jasnowidzeń. Taka postać, że wiele pomniejszych pominę, jak Makaria, ta żywa „armilarna sfera”2, odczuwająca najlżejsze drgnienia wszechświata i widząca wzrokiem duchowym to, czego najbieglejsi astronomowie przez teleskopy dostrzec nie mogą, imponować musi symboliście i „naukowemu” mistykowi, uprzedziła bowiem na długo najśmielsze jego pomysły, dzisiaj w tym kierunku objawiane.

Tajemniczość wątku, sama nawet niezwykłość stylizacji w Latach wędrówki zwróciły też na siebie baczniejszą obecnie niż kiedykolwiek uwagę i dają pochop3 do wysnuwania nowych, najdziwniejszych nieraz poglądów estetycznych.

Sądzę zatem, że uprzystępnienie dla czytającego ogółu naszego możności zapoznania się z utworem, który dziś jakby wskrzeszonym został do życia nowego, może być uważanym za pewnego rodzaju „aktualność” literacką i pobudzić jeżeli nie do studiów nad nim, to przynajmniej do pilnego odczytania, choćby tylko po to, ażeby się naocznie przeświadczyć, że pomysły i sposoby artystyczne, poczytywane za wynik prądów duchowych doby najświeższej, mogą rodowód swój posunąć znacznie dalej i złączyć z nazwiskiem, które niejednemu już pokoleniu jak gwiazda przewodnia świeciło, jak hasło było obwoływane. Z tego też powodu, lubo4 z początku zamierzałem poprzestać na przekładzie pierwszej tylko części Wilhelma Meistra, zdecydowałem się w końcu na podanie całości, o której tu kilka uwag pomieszczam, opierając się przeważnie na dwu dziełach niemieckich: Hermanna Hettnera Geschichte der deutschen Literatur im XVIII Jahrhundert i Hermanna Grimma Goethe, Vorlesungen gehalten an der kgl. Universität zu Berlin, 1877, 2 tomy.

I

Pierwszy pomysł Wilhelma Meistra przyszedł Goethemu jeszcze za najwcześniejszych lat pobytu w Weimarze, mianowicie w r. 1777, kiedy poeta był 26-letnim młodzieńcem; wykonanie nawet tego pomysłu, inne, niż je mamy obecnie, rozpoczęte w 1778, postąpiło dosyć daleko, gdyż doszło w 1785 do księgi szóstej (ale nie dzisiejszej). Bawiąc we Włoszech, nie spuszczał Goethe uwagi ze swego utworu; druk atoli5 pierwszej, przerobionej części rozpoczął się dopiero w r. 1794; ale że wśród narad z Schillerem6 co do tego romansu dużo upłynęło czasu, Lata nauki wyszły na widok publiczny w końcu r. 1796.

Lata nauki Wilhelma Meistra — powiada Herman Hettner — to odyseja wykształcenia, historia błąkania się wśród raf różnorodnych, ze szczęśliwym atoli do domu powrotem. W pierwszym wystąpieniu swoim Wilhelm zdradza pokrewieństwo z Werterem; nie jest on wprawdzie tak czułostkowy i tak kapryśnie fantastyczny jak Werter, w każdym atoli razie żyje tylko w krainie ideałów marzycielskich i niejasnych, nie mając w duszy swej żadnego hamulca do powstrzymania i ograniczenia tytanicznych swych pragnień. Myślą przewodnią utworu jest właśnie doprowadzenie Wilhelma do poznania i urzeczywistnienia w życiu równowagi duchowej, dającej spokój i zadowolenie. Toteż słusznym jest zdanie Schillera, że Lata nauki są dziejami wykształcenia człowieka, który ze sfery pustego i nieokreślonego ideału przechodzi do czynnego i określonego życia, nie tracąc wszakże mocy idealizowania.

Przypatrzmy się sposobom, jakich użył poeta, chcąc bohatera swego w ten sposób wykształcić.

Chłopcem będąc, Wilhelm najpiękniejsze swe godziny przepędzał w święcie własnej fantazji, obudzonej przedstawieniem marionetek, a w miarę przybywania lat idealistyczne, a raczej fantastyczne jego usposobienie coraz większej nabywało potęgi. Przestrogi i napomnienia nic nie pomogły: młodzieńcowi ciasno było wśród zajęć kupieckich, do których ojciec go przeznaczył, więc wybiegał fantazją i uczuciem do krain poetycznych i teatralnych, zakochał się w aktorce Mariannie i sądził, że przyszła dla niego chwila wybawienia. Upojenie jednak nie trwa długo; ochładza je aktor Melina, wystawiając żartkiemu7 młodzieńcowi w jaskrawych barwach całą nędzę wędrownego życia artystów, ochładza go domniemana niewierność kochanki, wskazując, jak to życie, zrzucające z siebie więzy moralności przyjętej, mieści w samym sobie mściwą Nemezę8.

Chcąc wykazać z całą możliwą dosadnością niedorzeczność fantastyki i wyrywania się z objęć rzeczywistości, poeta przeprowadza bohatera swego przez liczne szeregi przedstawicieli tego kierunku, maluje uroczo życie teatralne, zapoznaje go z zajmującymi lub silnie wzruszającymi postaciami Filiny i Mignony; potem przenosi go na dwór arystokratyczny i stawia go na scenie. Wilhelm doświadczeniem własnym ma się przekonać, że artysta sceniczny z trudnością stać się może artystą życiowym, że idealne na pozór formy życia na wielkim świecie są po większej części idealnością etykiety tylko i nie zawierają w sobie prawdy istotnej. Uznaje on w końcu, że na próżno by chciało się uniknąć ograniczeń, jakie stawia życie, że szczęście i godność ludzka nie polegają na zaprzeczeniu, ale na opanowaniu nieodpartej rzeczywistości.

Kiedy bohater przyszedł już do tego przekonania, Goethe, chcąc wyczerpnąć9 treść idei podjętej przez się, podaje Zwierzenia pięknej duszy, które z historią Wilhelma ścisłego, bezpośredniego nie mają związku. W zwierzeniach tych poeta, zużytkowując wspomnienia swoje o pannie von Klettenberg10 (1723–1774), przedstawił obraz kobiety, która podobnie jak Wilhelm, żyjąc w świecie nadmiernie rozbudzonej wyobraźni, zatonęła w samej sobie, oddała się pobożnemu marzycielstwu i religijnej fantastyce...

W ostatnich dwu księgach Lat nauki wstępujemy na grunt zupełnie inny. W zamku Lothara spotykamy kółko rodzinne, w którym jednoczą się wszystkie kierunki, jakie dotychczas przedstawiały się tylko w odosobnieniu. Członkami tej rodziny są potomkowie „pięknej duszy”; wyrośli i wychowali się oni pod serdecznym jej wpływem. Stryj posiada wielkie zbiory sztuki, a jego otoczenie żywo interesuje się artyzmem, do czego przyłącza się świadoma siebie swoboda życiowa, wyższym stanom właściwa. Te idealne dążenia nie poprzestają jednak na spokoju kontemplacyjnym; wszystkie, owszem11, osobistości12 do kółka tego należące, zarówno mężczyźni, jak kobiety, biorą udział w walce życiowej. Należą one do świata arystokratycznego, gdyż w czasach, kiedy Goethe pisał swój romans, ten tylko świat mógł wytworzyć wyższą sztukę życia i uprawiać ją swobodnie. Inaczej tu jest wszelako aniżeli na zamku hrabiego, który Goethe w trzeciej księdze przedstawił. Ludzie ci wykształcili się w ciągłym działaniu, nie zadowalają się więc pustym ceremoniałem, ale gorliwie się zajmują praktycznymi sprawami, walczą i szukają, w formie głośnych naówczas towarzystw tajnych, tego, co stanowi najwyższą potęgę życia i wykształcenia. Wilhelm widzi tu własnymi oczyma, czego tak długo poszukiwał na próżno. Coraz wyraźniej i coraz zupełniej zrywa ze swym czułostkowym usposobieniem, uznaje znaczenie, konieczność życia czynnego, wpływającego dzielnie na sprawy świata. W szczęśliwą godzinę nastręcza mu się syn jego Feliks, pamiątka miłości Marianny; staranie o przyszłość tego chłopczyka zmusza go do skupienia sił i zajęcia się życiem praktycznym, którym dawniej tak niemiłosiernie pogardzał.

Atoli czyżby czas obrócony na wykształcenie Wilhelma całkowicie był zmarnowany? Goethe zestawia swego bohatera z ograniczonym kupcem, który poza obręb sklepu nie wyjrzał, i pokazuje na oko ogromną między nimi różnicę. Ów hrabia z trzeciej księgi, co to uważał jedynie na zewnętrzność, bierze Wilhelma za prawdziwego lorda...

W tym nowym położeniu sądzi Wilhelm, że uzupełnienie swoje znajdzie w miłej, wesołej, ale zamkniętej na kluczyk gospodarski duszy Teresy; była to omyłka, jak i dawniejsze; zanadto już bowiem miał w sobie idealizmu, zanadto poezji i harmonii. Natalia, czynna praktycznie i idealna zarazem, stała się przez swą naiwnie szlachetną kobiecość tym, co Wilhelm zdobywać sobie musiał mozolnie walką długoletnią. Tym jest przynajmniej z istoty swojej, chociaż poeta nie przeprowadził jej w szczegółach w sposób plastyczny. W niej to znajduje wreszcie Wilhelm zadowolenie wewnętrzne i harmonijne uspokojenie. Natalia kocha go również i uznaje w nim równego sobie, widząc zarazem w jego osobistości zharmonizowanie pragnień swoich.

Na tym kończą się Lata nauki Wilhelma. Gonił on za sztuką aktorską, a zdobył sobie sztukę życia, szukał idealności pięknych pozorów, a znalazł idealność pięknej rzeczywistości. Zadaniem tego romansu nie jest beatyfikacja wyłączności arystokratycznej lub bezczynnego używania, jak utrzymywali niektórzy, lecz owszem, stanowcze wystąpienie przeciw romantyzmowi, poważne odstręczanie od wszelkiej bezcelowości i marzycielstwa, zaprzęgnięcie tytanicznych zapędów do wozu uorganizowanego społeczeństwa, wychowanie do pracy i działalności nie w znaczeniu niedołężnego umysłowo filisterstwa13, lecz w znaczeniu duchem uszlachetnionego trudu, w znaczeniu greckiej kalokagatii14.

Herman Grimm inaczej pojmuje zasadniczą ideę utworu i dlatego nie pochwala jego zakończenia, uskutecznionego za poradą Schillera. Według niego zadaniem Lat nauki było przedstawienie życia, jakim ono jest; właściwego zakończenia zatem być nie mogło; dzieło powinno się było urwać na jakimkolwiek punkcie, jak to bywa w pamiętnikach... Goethe — powiada Grimm — wprawia nas w stan ironicznego przewidywania skutku każdej nowej przygody Wilhelma; wiemy zawsze, że wyjdzie z niej bez istotnego zadowolenia, ale z całą skórą przynajmniej. Życie ludzkie przedstawia się tutaj jako nieprzerwana kolej uczt, na której nie ma albo apetytu, albo gości, oraz jako nieprzerwana kolej chwil najlepszego apetytu, w których zadowolić się musimy skórką chleba. Niebawem po ukazaniu się Wilhelma Meistra dwu młodych pisarzy wydało jego krytykę w formie romansu pt. Pokusy i przeszkody Karola, w którym przedstawili idiotycznego mieszczucha, prześladowanego ustawicznie przez los i wielce komicznego... Atoli prawdziwość treści Lat nauki na tym właśnie polega, że Wilhelm nigdy się nam nie wydaje śmiesznym. W ten sam sposób w Gil Blasie z Santillany Le Sage15 przeprowadził bohatera poprzez niezliczone, po większej części bezowocne awantury, nie czyniąc go przecież śmiesznym tam nawet, gdzie gra rolę najpocieszniejszą, gdyż każdy z czytelników musi sobie powiedzieć: i mnie by lepiej się nie udało.

Jakkolwiek zresztą pojmiemy zasadniczą ideę utworu, zastanawiającą jest rzeczą, że w Latach nauki nie ma najsłabszego nawet śladu wpływu życia publicznego, wpływu państwa i społeczeństwa. Bohater rozwija się w epoce, która się sama filozoficzną nazywała, a jednakże ani razu nie odczuwa potrzeby zajęcia się filozofią — tłumaczy się to usposobieniem Goethego, nielubiącym się zapuszczać w abstrakcje spekulacyjne. Pominięcie zaś żywiołu państwowego w romansie wykończonym podczas najgwałtowniejszych burz rewolucyjnych, objaśnić sobie należy tym, że Niemcy wieku XVIII, biorąc ogółem, posiadały wysoce wykształconą duszę, ale bardzo nędzne ciało, że wewnętrzny ich rozwój nie odpowiadał wcale zewnętrznemu, że obywatel niemiecki płacił wprawdzie cło, podatki, bo tak było z dawien dawna, ale nie rozmyślał wcale nad ustrojem państwa.

Lata nauki upływają na gruncie bezpośredniej teraźniejszości i rzeczywistości, a mimo to zawierają w sobie efekty pełne grozy dreszczem przejmującej, efekty oparte na cudownych, nadzwyczajnych zjawiskach, sięgających poza krańce pospolitego bytu ludzkiego. Takie przenikanie się dwu sprzecznych ze sobą żywiołów, jakkolwiek w dziejach poezji nierzadkie, nie wywołuje wszakże niemiłego rozdwojenia w dziele Goethego, gdyż poeta z prawdziwym mistrzostwem umiał się zatrzymać w granicach możliwości. Zrobił to naprzód za pośrednictwem Mignon i harfiarza, postaci tajemniczych, a jednak zupełnie ludzkich, a po wtóre przez wprowadzenie do romansu stowarzyszenia wychowawczego, które tajemnie kieruje postępkami Wilhelma. Jeśli przypomnimy sobie, jak sławnymi były w wieku XVIII związki wolnomularzy16 i illuminatów17, których działalności nadzwyczajne przypisywano skutki, to w przedstawieniu stowarzyszenia wychowawczego, którego tajemniczość pobudza i pociąga wyobraźnię, nie tylko nie ujrzymy nic niestosownego, lecz owszem, przyznamy, że prawda i żywość malowidła wieku zyskały przez to na sile i zupełności.

Z postaci nakreślonych w Wilhelmie Meistrze zasługuje przede wszystkim na uwagę sam bohater, a potem Filina i Mignon.

Wilhelm to nie istota energiczna, dzielna, twórcza, lecz bierna, lubiąca rozmyślać, łatwo poddająca się wpływom. Rzeczy dziejące się około niego i z nim są to właśnie potęgi czynne; on sam zaś przyjmuje tylko wrażenia i dozwala im działać na siebie. Zdolność atoli do rozwinięcia w sobie wszystkich sił całkowitej natury ludzkiej, czyli, jak się wyraża Goethe, zdolność „przeczuwania świata całego” (Vorempfindung der ganzen Welt) pracuje w nim nieustannie i zmusza go, by przeczucie to zamieniał na jasne poznanie i urzeczywistniał w życiu. Stąd to pochodzi szerokość i swoboda poglądów, powolne zdobywanie coraz to pełniejszego i wszechstronniejszego wyobrażenia o wszechświecie, połączone w jednej osobistości. Skłonność Wilhelma do refleksji — powiada Schiller — wśród najszybszego nawet pochodu akcji zmusza ciągle czytelnika do patrzenia naprzód i poza siebie i do rozmyślania nad wszystkimi zdarzeniami. Skupia on w sobie niejako znaczenie, treść wewnętrzną, ducha wszystkich otaczających rzeczy, przemienia niejasne poczucie na przejrzyste pojęcie, a rozwijając tym sposobem własny swój charakter, rozwija zarazem wybornie założenie całości. W nim przebywa czysty obraz człowieczeństwa, z którym porównywa on każde zjawisko zewnętrzne; a jak z jednej strony doświadczenie prostuje i określa jego chwiejne poglądy, tak z drugiej ów obraz idealny, owo poczucie wewnętrzne staje się dopełnieniem doświadczenia. Wilhelm jest w części znacznej samym Goethem.

Co do Filiny i Mignon nie wiemy wcale, z jakich wzorów rzeczywistych są wzięte.

Filina jest to realistycznie przedstawiona niespokojna, ruchliwa kokietka, której nikt oprzeć się nie może. Zimna z natury, kocha tylko pozornie, na moralność wcale nie zwraca uwagi, ale do żadnej silnej namiętności zdolną nie jest; toteż choć w najswobodniejszym zostaje do Wilhelma stosunku, chociaż daje mu tysiąc sposobności posunięcia się za daleko, pozostawia go zawsze chłodnym. Za radą Schillera zepsuł Goethe charakter ten jedną niewłaściwą trochę sceną, w której każe Filinie zakradać się do mieszkania bohatera romansu; jest to rys dodatkowy, będący w niezgodzie niejakiej z poprzednią charakterystyką Filiny.

Mignon, to dziecię zrodzone na południu, przez los poniewierane, marzące i namiętne, odmalował poeta tak rzewnie i tak porywająco, że jej zapomnieć niepodobna. Dziecię, siłą demoniczną do swego obrońcy przywiązane, czuje nagle, że dzieckiem być przestało. Jako dziecię jeszcze przemyka się nocą do Wilhelma, chce się jak pies u nóg pana swego położyć, wdziera się niezrozumiana do jego serca, a kiedy się oddaje nagle obudzonej namiętności, równocześnie istota jej podpada unicestwieniu; trawi się odtąd w sobie, a śmierć, opisana z przenikającą prawdą, przybywa wkrótce, by ją przenieść w kraj cieni. Kiedy Marianna, będąca bohaterką pierwotnego, nowelistycznego zarysu Wilhelma Meistra, usunęła się na stronę, Mignon stała się osobistością, dla której poświęcony został cały utwór. Jest to kreacja prawdziwej poezji romantycznej: zamknięta w sobie duchowość, znająca prawie samą tylko elementarną mowę gestów i śpiewu przy dźwięku muzyki; tęsknota niewysłowiona, boleść bezgraniczna, dziwaczność i zagadkowość — oto jej cechy najogólniejsze. Gdy jednakże poznamy jej przeszłość, gdy się w jej naturalne usposobienie uważniej wpatrzymy, to dziwaczność i zagadkowość znika, a zjawia się natomiast psychiczna konieczność.

Jedną ze stron wielce ganionych wśród ogółu czytelników Lat nauki jest to, że Goethe nazywał tu i przedstawiał rzeczy bez najmniejszego ubarwienia i bez żadnych muślinowych obsłonek. Już Schiller zauważył, że tego przedrwiwania ludzi nie darują czytelnicy poecie, gdyż wiedząc, że tak się istotnie dzieje na świecie, nie chcą, żeby to wypowiedziano jasno i bez ogródek. Dzisiaj naturalizm przyzwyczaił nas do mniej jeszcze osłoniętych obrazów, przy tym u Goethego uduchowienie góruje zawsze nad zmysłowością.

Jak w łańcuchu gór — wedle wyrażenia Grimma — na rozmaitych jego wysokościach może się rozwijać roślinność stref różnych, tak w Latach nauki odnajdujemy próby stylu ze wszystkich epok Goethego. Z początku opowiada poeta najżywszą frankfurcką jeszcze dykcją, przechodzi potem w prozę pierwszego weimarskiego dziesięciolecia, a kończy schematycznie nakreślonym, jakby dla pozbycia się jedynie dodanym finałem, który co do języka i kompozycji nie przedstawia ani linii, ani barw, lecz tylko zarys szkicowy. Rozpoczyna się romans jak ściśle zbita nowela, szybko ku rozwiązaniu zmierzająca, tkany jest następnie z coraz rzadszego materiału; poeta upuszcza coraz więcej nici, a nowe natomiast przybiera, poprzestaje wreszcie na zagadkowo niemal pośpiesznym sprawozdaniu, w którym wypadków jest dużo, ale uczucia, usposobienia, poglądy i charaktery osób nie przedstawiają się dostatecznie jasno i plastycznie.

II

Pierwszą pobudkę do uzupełnienia Lat nauki Wilhelma Meistra dał Goethemu Schiller. W liście z 9 lipca 1796, wyraziwszy zdziwienie, że Wilhelm w wieku filozoficznym kończy wykształcenie bez pomocy filozofii, żądał, ażeby poeta jaśniej i dobitniej zaakcentował, że bohater wskutek swej dojrzałości estetycznej stał się już dostatecznym realistą, ażeby nie potrzebować filozofii. Goethe odpowiedział, że żądanie takie wymaga właściwie dalszego ciągu dzieła, do czego ma istotnie pomysł i ochotę; tymczasowo zaś pewne niedomówienia miały zapowiedzieć, że postacie z Lat nauki może w przyszłości ukażą się jeszcze na widowni.

Nie wiadomo, jak daleko plan ten rozsnuł się naówczas: omawiali go przyjaciele ustnie. Zrazu zamierzał zapewne poeta napisać tylko szereg opowiadań, mających na celu wykazanie obowiązku wyrzeczenia się, tj. obowiązku rozwagi i miary moralnej jako kamienia węgielnego w wykształceniu charakteru. Wilhelm, wędrując, miał brać udział kiedy niekiedy w tym zamęcie obyczajowym i dopomagać do jego rozjaśnienia i uspokojenia. Taki był początek owych nowel, pisanych w różnych czasach, a stanowiących główną część składową Lat wędrówki. Powoli wszakże myśl zasadnicza rozszerzała się i pogłębiała. Poeta nie poprzestaje już tylko na świecie wewnętrznym, lecz coraz baczniejszą zwraca uwagę na objawy życia czynnego, publicznego. Zwrot ten następuje dopiero po upadku Napoleona, po zaprowadzeniu pokoju. Wokoło ucisk nikczemnej polityki restauracyjnej18: był to pokój bez szczęścia, bez wolności, bez dobrobytu. Wśród wykształconych powstaje opozycja, wśród mas ludowych biedniejszych — straszliwie wzmagające się wychodźstwo. Przy tym huczy groźna walka nowych stosunków gospodarczych i społecznych, spór przemysłu i feudalizmu, starcie się maszyn z rękodziełami. Rozumiano uprawnienie i niezbędność nowego prądu, lecz nie umiano sobie zdać jasno sprawy z tego, czy powstające dopiero rzeczy lepsze będą od ginących. Goethe, lubo się od polityki bieżącej usuwał, zanadto bystry miał umysł, ażeby go to wszystko zajmować nie miało. Palącym zagadnieniom chwili przygląda się uważnie i nie lękając się najśmielszych nawet wywodów, szuka nowych podstaw przyszłego bytu państwowego i społecznego. Dnia 19 czerwca 1818 r. pisze do Voigta19, że się grzebie w całej masie pism i dzieł o stosunkach Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, że warto się zagłębić w ten świat wciąż rosnący. Te świeżo przypływające wrażenia i myśli tym łatwiej dawały się obrobić dla Lat wędrówki, iż w ostatniej księdze Lat nauki poruszono już gospodarcze nadzieje i utrapienia. Niepostrzeżenie około zamierzonego cyklu nowel oplótł się romans polityczny, który na zawsze pamiętnym będzie świadectwem, jak ten wielki poeta w wieku, kiedy inni zazwyczaj kostnieją lub też monotonnie się powtarzają, wciąż się kształcił, wciąż wzrastał.

Już pierwsze wydanie Lat wędrówki w r. 1821 ma tę podwójną postać, a bardziej jeszcze drugie i ostateczne, ogłoszone r. 1826–1828.

Pod względem artystycznym są tu niewątpliwie ślady starości. Wprawdzie niektóre nowele, mianowicie sielanka o cieśli Józefie i baśń o nowej Meluzynie należą do najlepszych czasów poety i odznaczają się wdziękiem i pięknością — ale całości brak wykończenia kompozycji. Są tu, jak wiemy z rozmów Eckermanna20, zebrane na chybił trafił zapasy rękopiśmienne; są dygresje wywołane naukowymi zajęciami i hipotezami poety, jak rozprawki o teoriach geologicznych, jak zalecanie anatomicznych wyrobów z drzewa, z podatnej sy21, jak pogląd na związek ścisły ludzi ze zjawiskami wszechświata, uosobiony w Makarii przede wszystkim, następnie w tej osobie, która czuciem rozpoznawała jakość metalów, ich rozgałęzienia pod ziemią itp. Co więcej, uciekał się Goethe nawet do tego środka, którym Jean Paul22 starał się zakryć brak talentu kompozycyjnego, podając się za sprawozdawcę i redaktora cudzych papierów. Motywowanie jest powierzchowne i luźne, rysunek charakterów nikły, właściwości osób nie rozwijają się przed naszymi oczyma w działaniu, lecz prawie wyłącznie w listach tylko i dziennikach. Narowy naprężonego „stylu radcy tajnego”, jakie w owoczesnych listach Goethego tak nieprzyjemnie nas uderzają, znajdują się i tutaj, nawet budowa zdań jest niedbała.

Co do treści, to ogarnia ona ważne zagadnienia dotyczące jednostek i społeczeństw.

W pierwszej księdze przedstawione zostały trzy główne punkty: złączenie idealizmu i poezji z czynem, z praktyczną działalnością („Święty Józef II”), ograniczenie wielostronności w wykształceniu i nawoływanie do oddawania się specjalnym zawodom (Jarno zostaje górnikiem, Wilhelm chirurgiem), wreszcie napomnienie dane klasie posiadającej, ażeby czynnie dla dobra innych występowała (Besitz und Gemeingut).

W księdze drugiej zwraca na siebie uwagę głównie nowy system wychowawczy. Wilhelm jak wszyscy ludzie, co wzrośli wśród dawnych warunków, dopiero po ciężkiej walce doszedł do ograniczenia swojej indywidualnej wybujałości na rzecz ogółu; dlaczegóżby walki tej nie oszczędzić następnemu pokoleniu? Feliks korzystać już będzie z nowego sposobu wychowania w „prowincji23 pedagogicznej”. Warto przypomnieć tu, co Goethe powiedział w rozmowie z Sulpicjuszem Boisserée24 sierpnia 1815 r. Skarżył się na zarozumiałość, wywołaną przez wychowawczy filantropinizm, skarżył się na upadek wszelkiego uszanowania. Cóż by się ze mną było stało — mówił — gdybym nie był wciąż zmuszany do uszanowania (Respect) wobec innych? Gdzież są takie religijne, moralne filozoficzne maksymy, które by same przez się zabezpieczyć mogły człowieka? Na tę zarozumiałość szuka więc poeta stosownego środka. Oczywiście, nie można wytępiać indywidualności, gdyż rozumnym jest to tylko, co dla każdego z nas jest stosownym; dlatego wychowawcy zważają tu bardzo pilnie na skłonności przyrodzone wychowańców, a chcąc to wyrazić zewnętrznie, unikają niwelujących mundurów. Z drugiej atoli strony indywidualność nie powinna się puszyć zarozumiale; powinna ulegać przykazaniu trzech „uszanowań” (Ehrfurcht), obejmujących zakres wszystkich możliwych stosunków ludzkich; mamy tu uszanowanie wobec tego, co jest nad nami, uszanowanie wobec tego, co jest pod nami, i uszanowanie wobec tego, co nam jest równym. Z tych trzech uszanowań wynika uszanowanie najwyższe, uszanowanie wobec siebie samego, a tamte znów z tego się rozwijają, tak że człowiek dosięga najwyższego szczytu, jakiego dosięgnąć jest zdolny, może uważać siebie za rzecz najlepszą, jaką wydał Bóg i natura, może przebywać na tej wyżynie i nie lękać się, żeby go zarozumiałość i sobkostwo ściągnęły znowu w pospolitość. Kto w sobie wyrobił nastrój ten uszanowania, może bezpiecznie oddać się jakiemuś zawodowi. W prowincji pedagogicznej kształcenie zmierza do tego, by utrzymać równowagę między idealnością a realizmem; idzie o to, żeby wytworzyć nie fantastów ani filistrów, lecz ludzi harmonijnych. Budownictwo, jako sztuka najbliżej spokrewniona z rzemiosłem, jest tu punktem środkowym. Dramat i teatr, jako sztuka samego pozoru, zostały wykluczone. Na odwrót rzemiosło starają się tu podnieść do godności sztuki wyzwolonej. Każdej pracy wyłącznie rękodzielniczej dodaje się dla przeciwwagi coś ze sztuki pięknej, przy każdej niemal pracy śpiew się rozlega.

Wreszcie w księdze trzeciej przedstawia Goethe nowy ustrój społeczny. Najwyższym prawem tego nowego ustroju ma być dokładne wykształcenie w jakim zawodzie fachowym. Większa część członków tego społeczeństwa składa się z rzemieślników; proletariat, reprezentowany przez olbrzymiego św. Krzysztofa, znajduje w nim także swe miejsce. Różnic stanowych nie ma tu wcale, w stowarzyszeniu tym wartość ma jedynie prawo i szlachectwo pracy. Stowarzyszenie nie przywiązuje się wyłącznie do żadnej miejscowości25: członkowie jego mogą zarówno przesiedlić się do Ameryki, jak zająć nieuprawne jeszcze przestrzenie Starego Świata lub zostać na dawnych siedliskach, byleby tylko jednakowymi środkami cel zamierzony urzeczywistniali. W gospodarstwie przemaga26 wielka posiadłość; ażeby wszakże każda jednostka mogła siły swoje rozwinąć i pracę zużytkować, komitet centralny wskazuje każdemu członkowi sposób postępowania. Wszystkim zaleca się jak największe baczenie na czas. Koła rodzinne mają czuwać nad ścisłą karnością i obyczajnością, a jeżeli władza ich nie wystarcza, to staje im ku pomocy zwierzchność, rodzaj policji, wydalającej nieposłusznych ze Związku, dopóki się nie nauczą porządku i uległości. Zwierzchność nie przesiaduje na jednym miejscu, owszem, na wzór dawnych cesarzów niemieckich w ciągłej znajduje się wędrówce, ażeby utrzymać jedność w rzeczach głównych, w podrzędnych zaś zostawić każdemu właściwą swobodę. Dopóki to będzie możliwym, unikać należy napływu ludzi do stolicy. Wojsk stałych w Związku nie ma; wszyscy obywatele mają być uzdolnieni do obrony.

Niewątpliwie w tych marzeniach o przyszłości ustroju społecznego dużo jest fantastyki, ale nie o to chodzi; dość że Goethe, który dawniej żył myślą w krainie ducha przeważnie, zajął się pod koniec życia zagadnieniami dotyczącymi losów społeczeństwa i państwa, wierząc, że projekty jego mogą przejść w rzeczywistość. Poznajemy w tym wychowańca wieku XVIII, zastosowującego idee humanitarne do kwestii politycznych.

*

Po raz to pierwszy ukazuje się przekład polski Wilhelma Meistra. Dotychczas, o ile mi wiadomo, drukowany był tylko mały z tego utworu wyjątek, dotyczący rozbioru Hamleta, a pomieszczony w jednym z dawnych czasopism poznańskich. Gdy inne powieści Goethego znalazły u nas tłumaczów: Cierpienia młodego Wertera w K. Brodzińskim, Powinowactwa z wyboru w p. Marii Unickiej, najważniejszy ten romans, skupiający w sobie, obok Fausta, wszystko, co w ciągu długiego swego życia przemyślał wielki poeta, pozostawiony został na boku; mało też kto czytał go u nas w oryginale, gdyż śladów jego wpływu znajdujemy w literaturze naszej bardzo niewiele.

Starałem się dokonać tłumaczenia sumiennie, tj. nie tylko oddać wiernie treść utworu, lecz także i styl jego, o ile to się naturalnie dało pogodzić z duchem języka ojczystego. Przetwarzać stylu na tok zupełnie inny nie chciałem, gdyż tym sposobem zaginęłaby jedna z najważniejszych cech oryginału. Czy mi się wszędzie udało pokonać trudności, niewątpliwie bardzo znaczne, to oczywiście pozostawić muszę uznaniu rozważnej krytyki. Śmiałbym tylko jedną tu dodać uwagę. Jeżeli ktoś znajdzie powtarzanie tych samych wyrazów blisko siebie lub zawiłość, dziwaczność w sposobie wyrażenia myśli, niech zbyt pochopnie usterków27 tych nie kładzie na karb tłumacza, niech zajrzy wprzódy do oryginału, niech pamięta o wspomnianym powyżej „stylu radcy tajnego” w Latach wędrówki — a wtedy dopiero niech formułuje swe zdanie. Znaczna liczba wierszy znajdujących się w Wilhelmie Meistrze, również po raz pierwszy pojawia się w tłumaczeniu polskim; prócz kilku, przy których wyraźnie zaznaczyłem tłumaczy, wszystkie inne sam przełożyłem, dbając szczególniej o to, ażeby w najdrobniejszych nawet szczegółach formy odtworzyć oryginał, gdyż w poezji Goethego kwestia formy ma pierwszorzędne znaczenie, wszystko w niej obmyślone jest rozważnie.

W końcu wyrazić tu winienem podziękowanie prof. Janowi Bystroniowi, który swoją fachową wiedzą dopomógł mi w przekładzie terminologii tkackiej, zapełniającej niektóre ustępy Dziennika Leonarda w Latach wędrówki Wilhelma Meistra.

17 grudnia 1892 r.

Piotr Chmielowski.

Lata nauki Wilhelma Meistra

Księga I

Rozdział pierwszy

Przedstawienie trwało bardzo długo. Leciwa Barbara przystępowała kilkakrotnie do okna, nasłuchując, czy powozy nie zaturkoczą. Na swą piękną panią Mariannę, która dzisiaj w małej sztuce, przebrana za młodego oficera, zachwycała publiczność, czekała z większą niż kiedykolwiek niecierpliwością, chociaż mogła jej podać tylko skromną wieczerzę. Tym razem miała ją zadziwić paczką, którą nadesłał pocztą Norberg, młody bogaty kupiec, by pokazać, że nawet w dali pamięta o swej ukochanej.

Barbara, jako stara sługa, powiernica, doradczyni, pośredniczka i gospodyni, miała prawo otwierania pieczęci, więc też i tego wieczoru tym mniej się mogła oprzeć ciekawości, ile że życzliwość hojnego kochanka więcej obchodziła ją niż samą Mariannę. Ku swej najwyższej radości znalazła w paczce ładną sztukę etaminy28 i najświeższe wstążki dla Marianny, dla siebie zaś sztukę perkaliku, chusty i rulonik pieniędzy. Z jaką przychylnością, z jaką wdzięcznością przywodziła sobie na pamięć nieobecnego Norberga! Jakże żywo postanowiła mówić o nim z najlepszej strony przed Marianną i przypomnieć jej, co mu zawdzięcza i czego on winien spodziewać się i oczekiwać po jej wierności.

Etamina, ożywiona barwą na wpół rozwiniętych wstążek, leżała na stoliku jak prezent na Boże Narodzenie; umieszczenie świec podnosiło blask daru, wszystko było w porządku, gdy stara posłyszała krok Marianny na schodach i pośpieszyła na jej spotkanie. Lecz z jakimże zdumieniem cofnęła się, kiedy niewieści oficerek, nie zważając na jej pieszczoty, przesunął się koło niej, z niezwykłym pośpiechem i wzruszeniem wszedł do pokoju, rzucił kapelusz i szablę na stół, niespokojnie przechadzał się tam i nazad i nie spojrzał nawet na uroczyście pozapalane świece.

— Co ci jest, kochanie? — zawołała stara zdziwiona. — Na miłość boską, córuchno, co zaszło? Patrz no na te podarki! Od kogóż pochodzić mogą, jeżeli nie od najczulszych twoich przyjaciół? Norberg przysyła ci sztukę muślinu na suknię nocną, a wkrótce sam przybędzie. Wydaje mi się gorętszy i hojniejszy niż dawniej.

Stara się obróciła i chciała pokazać podarki, którymi się przypominał i także jej pamięci, gdy Marianna, odwracając się od podarunków, zawołała namiętnie:

— Precz! Precz! Nie chcę dzisiaj słyszeć o tym wszystkim; słuchałam ciebie, chciałaś tego, niechże tak będzie! Jeśli Norberg powróci, będę znów jego, będę twoja, zrobisz ze mną, co zechcesz, ale aż do tego czasu chcę być swoja i choćbyś miała tysiąc języków, nie potrafisz mnie odwieść od mego postanowienia. Całe moje ja oddam temu, który mnie kocha i którego ja kocham. Nie rób min! Oddam się tej namiętności tak, jakby miała trwać wiecznie.

Starej nie brakowało zapasu upomnień i dowodów, ponieważ jednak w dalszej sprzeczce stawała się gwałtowna i przykra, Marianna poskoczyła do niej i uchwyciła ją za ramiona. Stara zaśmiała się na głos.

— Muszę się postarać — zawołała — żeby rychło znów wlazła w długie suknie, jeśli chcę być pewna swego życia. Dalejże, rozbieraj się! Spodziewam się, że dziewczyna przeprosi mnie za przykrość, jaką mi wyrządził popędliwy żołnierzyk; zrzucaj precz mundur i tak dalej, wszystko precz! To niewygodny strój, a dla ciebie niebezpieczny, jak sądzę. Epolety cię rozzuchwalają.

Stara chwyciła ją, Marianna wyrwała się.

— Nie tak prędko — zawołała — dziś czekam jeszcze na odwiedziny.

— To niedobrze — odparła stara. — Chyba nie na młodego, czułego, nieopierzonego syna kupca?

— Właśnie na niego — odrzekła Marianna.

— Zdaje się, jakoby wspaniałomyślność miała stać się twoją panującą namiętnością — zauważyła stara z przekąsem. — Z wielkim zapałem ujmujesz się za niepełnoletnimi, za biedakami. Musi to być zachwycające, gdy się jest czczoną jako bezinteresowna dawczyni.

— Kpij, ile ci się podoba. Kocham go! Kocham go! Z jakimże zachwytem po raz pierwszy wymawiam te słowa! To właśnie jest ta namiętność, którą tak często przedstawiałam, o której nie miałam żadnego pojęcia. Tak, rzucę mu się na szyję, obejmę go tak, jakbym chciała zatrzymać go na wieki. Okażę mu całą swą miłość, a jego miłością nasycać się będę w całej jej rozciągłości.

— Miarkuj się29 — rzekła stara spokojnie — miarkuj się! Muszę przerwać twoją radość jednym słówkiem. Norberg przybywał przybywa za dwa tygodnie! Oto jego list, który przyszedł razem z podarunkami.

— A gdyby nawet jutrzejsze słońce miało mnie pozbawić przyjaciela, to ukryję to przed samą sobą. Dwa tygodnie! Ach, to wieczność! W ciągu dwu tygodni ileż to może zajść wypadków, ile się rzeczy może zmienić!...

Wszedł Wilhelm. Z jaką żywością wybiegła mu naprzeciw! Z jakimże zachwytem objął czerwony mundur i przycisnął białą atłasową kamizelkę do swej piersi! Któż by ośmielił się to opisać, komuż przystałoby wypowiedzieć szczęśliwość dwojga kochanków! Stara odeszła, mrucząc, na stronę; my oddalamy się wraz z nią i zostawiamy szczęśliwych samym sobie.

Rozdział drugi

Gdy Wilhelm nazajutrz mówił dzień dobry swej matce, ta oznajmiła mu, że ojciec jest bardzo markotny i że przy pierwszej sposobności ma zabronić mu codziennego uczęszczania na widowiska.

— Chociaż i ja sama — ciągnęła dalej — lubię niekiedy chodzić do teatru, muszę temu przecież często złorzeczyć, gdyż przez twoją nieumiarkowaną namiętność do tej zabawy narusza się spokój w domu. Ojciec ciągle powtarza, że nie wie, po co to robisz. Jak można w ten sposób marnować czas?

— I ja już musiałem to od niego wysłuchać — odparł Wilhelm — i odpowiedziałem może zbyt porywczo, ale na miłość boską, matko, czyż nieużyteczne jest to wszystko, co nam nie przynosi bezpośrednio pieniędzy do worka, co nam nie zapewnia najrychlejszego posiadania? Czy w starym domu nie mieliśmy dosyć miejsca? Czy trzeba było koniecznie stawiać nowy? Czy ojciec nie obraca corocznie znacznej części swego zysku z handlu na upiększenie pokojów? Te jedwabne obicia, te angielskie meble czy nie są także nieużyteczne? Czy nie moglibyśmy zadowolić się gorszymi? Co do mnie przynajmniej, wyznaję, że te prążkowane ściany, te setki razy powtórzone kwiaty, figlasy, koszyczki i figurki sprawiają na mnie całkiem nieprzyjemne wrażenie. Wydają mi się one co najwyżej jak kurtyna w naszym teatrze. Ale przed nią siedząc, jakże odmiennych uczuć się doznaje! Choćby się nie wiem jak długo czekało, wie się przecie, że pójdzie w górę, a my ujrzymy najróżnorodniejsze przedmioty, które nas bawią, oświecają i podnoszą.

— Tylko rób to z umiarkowaniem — rzekła matka — ojciec także chce się bawić wieczorami; a przy tym mniema, że cię to rozprasza i na mnie się w końcu krupi, gdy się on rozdrażni. Jakże często musiałam sobie wyrzucać tę przeklętą zabawkę z marionetkami, którą ci przed dwunastu laty dałam na gwiazdkę, a która najpierw rozbudziła w tobie zamiłowanie do widowisk!

— Nie łaj, mamo, marionetek, nie żałuj swojej miłości i troski! Były to pierwsze uprzyjemnione chwile, jakich zażyłem w nowym pustym domu; moment ten widzę jeszcze dotąd przed sobą, wiem, jak mi się zrobiło dziwnie, gdy po przyjęciu zwykłych podarków gwiazdkowych kazano nam usiąść przede drzwiami, które prowadziły do drugiego pokoju. Otwarły się, ale nie do biegania tam i sam jak dawniej; wejście było wypełnione niespodziewaną zabawą. Wznosiły się tam drzwi zakryte tajemniczą kurtyną. Z początku staliśmy wszyscy z dala, a gdy wzrosła w nas ciekawość, by zobaczyć, co też to lśniącego i chrzęszczącego ukrywać się mogło za na pół przejrzystą firanką, wskazano każdemu krzesełko i zalecono cierpliwie czekać. Siedzieliśmy tedy wszyscy i było cicho; piszczałka dała sygnał; kurtyna zwinęła się do góry i ukazała mocno czerwono namalowany widok na świątynię. Zjawił się arcykapłan Samuel z Jonatanem30, a ich kolejno zmieniające się, dziwne głosy wydały mi się wielce czcigodne. Wkrótce potem wszedł na scenę Saul, w wielkim kłopocie z powodu impertynencji ciężkozbrojnego wojownika, który wyzwał króla i jego świtę. Jakże błogo było mi potem, gdy karłowaty syn Jessego wyskoczył z kijem pasterskim, torbą i procą, wołając: „Najpotężniejszy królu i panie! Niech nikogo nie opuszcza odwaga z tego powodu. Jeżeli wasza królewska mość raczy mi pozwolić, to wyjdę i wstąpię w bój z przemożnym olbrzymem”. Akt pierwszy się skończył, a widzowie bardzo byli żądni zobaczyć, co też się będzie dziać dalej; każdy pragnął, by muzyka rychło ustała. Nareszcie kurtyna znowu wzniosła się do góry. Dawid obiecywał rzucić ciało potwora ptakom pod niebiosami i zwierzętom na ziemi. Filistyn szydził, mocno tupał obiema nogami, w końcu upadł jak kloc i dał całej sprawie wspaniałe rozwiązanie. Gdy potem dziewice wyśpiewywały: „Saul zabił tysiąc, a Dawid dziesięć tysięcy!”31, głowę olbrzyma niesiono przed małym zwycięzcą, a on otrzymał piękną królewnę za żonę; przy całej wszelako radości przykro mi było, że ten szczęśliwy książę był tak karłowato zbudowany. Nie zaniedbano bowiem, stosownie do wyobrażenia o wielkim Goliacie i małym Dawidzie, uczynić ich obu bardzo charakterystycznymi. Proszę mamy, gdzie się też podziały te lalki? Obiecałem je pokazać jednemu z przyjaciół, którego wielce ubawiłem, opowiadając mu niedawno o tej dziecięcej zabawie.

— Nie dziwi mnie, że tak żywo pamiętasz te rzeczy, gdyż brałeś w nich największy właśnie udział. Wiem, jakeś mi zwędził tę książeczkę i całej sztuki nauczyłeś się na pamięć. Spostrzegłam to dopiero wówczas, gdy pewnego wieczoru zrobiłeś sobie Goliata i Dawida z wosku, przemawiałeś w imieniu ich obu, wreszcie zadałeś cios olbrzymowi, a jego niekształtny łeb, przymocowany na wielkiej szpilce z woskowym zakończeniem, przylepiłeś do ręki małego Dawida. Takiej doznałam w macierzyńskim sercu radości z powodu twej dobrej pamięci i patetycznej mowy, żem zaraz postanowiła oddać ci tę całą drewnianą trupę. Nie pomyślałam wtedy, że mi to miało sprowadzić niejedną przykrą godzinę.

— Nie żałuj tego, matko — odparł Wilhelm — gdyż te zabawki sprowadziły nam też niejedną przyjemną godzinę.

Mówiąc to, wyprosił sobie klucze, poszedł śpiesznie, odnalazł lalki i na chwilę przeniósł się w czasy, kiedy mu się one jeszcze wydawały ożywione, kiedy wedle swego wyobrażenia żywością swego głosu, poruszeniem rąk budził w nich życie. Wziął je z sobą do swego pokoju i starannie schował.

Rozdział trzeci

Jeżeli pierwsza miłość, jak to powszechnie utrzymują, jest rzeczą najpiękniejszą, jakiej serce prędzej czy później doznać może, to winniśmy bohatera naszego nazwać trzykroć szczęśliwym, ponieważ los mu pozwolił używać rozkoszy tych chwil jedynych w całym ich obszarze. Niewielu tylko ludzi doznaje tak szczególnej łaski, gdyż większa część wskutek wcześniejszych swoich uczuć przechodzi przez twardą szkołę, w której po krótkotrwałej i lichej przyjemności, zmuszona jest wyrzec się najlepszych swych pragnień i nauczyć się obchodzić się na zawsze bez tego, co się przedstawiało jako najwyższa szczęśliwość.

Na skrzydłach wyobraźni uniosła się żądza Wilhelma ku uroczej dziewczynie; po krótkiej znajomości pozyskał sobie jej skłonność, znalazł się w posiadaniu osoby, którą tak bardzo kochał, a nawet czcił; ukazała mu się bowiem naprzód w przychylnym świetle przedstawienia teatralnego, a jego namiętność do sceny spoiła się z pierwszą miłością do istoty niewieściej. Młodość pozwalała mu napawać się licznymi przyjemnościami, które podnosiła i podtrzymywała pełna życia poezja. I stan jego ukochanej nadał jej zachowaniu się taki nastrój, który wysoce wzmagał jego uczucia; obawa, aby jej ukochany nie odkrył przed czasem innych jej stosunków, roztaczała nad nią nader miły pozór trwogi i wstydliwości; jej namiętność ku niemu była żywa; nawet sam jej niepokój zdawał się powiększać jej czułość; w jego objęciach była najukochańszym stworzeniem.

Kiedy obudził się z pierwszego oszołomienia radością i rozważył swoje życie i stosunki, wszystko wydało mu się nowe, obowiązki świętsze, zamiłowania żywsze, wiadomości wyraźniejsze, talenty potężniejsze, przedsięwzięcia bardziej stanowcze. Było mu zatem łatwiej tak się urządzić, by uniknąć zarzutów ojca, uspokoić matkę i bez przeszkody poić się miłością Marianny. W ciągu dnia starannie załatwiał interesy, wyrzekał się zazwyczaj teatru, wieczorem przy stole był rozmowny, a kiedy wszyscy poszli do łóżka, owinąwszy się w płaszcz, przemykał się po cichu do ogrodu i pełen Lindorów i Leandrów32 w sercu, śpieszył niepowstrzymanie do swej kochanki.

— Co pan przynosisz? — zapytała Marianna, kiedy pewnego wieczora wyjął zawiniątko, na które stara bardzo uważnie spoglądała w nadziei miłych podarków.

— Nie zgadnie pani — odrzekł Wilhelm.

Jakże zdziwiła się Marianna, jak się obruszyła Barbara, gdy po rozwiązaniu serwety ukazała się pomieszana kupa lalek na piędź33 długich. Marianna śmiała się głośno, kiedy Wilhelm usiłował rozplątać pozadzierzgane druty i pokazać każdą figurkę oddzielnie. Stara z niechęcią usunęła się na bok.

Wystarczy drobnostka, by zabawić dwoje kochanków, toteż przyjaciele nasi bawili się tego wieczora jak najlepiej. Małą trupę wymusztrowano, każdą figurkę dokładnie oglądano i obśmiano. Król Saul w czarnym aksamitnym surducie ze złotą koroną wcale nie spodobał się Mariannie; wydał się jej, jak powiadała, za sztywny i pedantyczny. Tym lepiej przypadł jej do gustu Jonatan, jego gładki podbródek, jego żółta-czerwona suknia i turban. Potrafiła go też bardzo zręcznie rozruszać na drucie w jedną i drugą stronę, każąc mu oddawać ukłony i wypowiadać oświadczenia miłosne. Przeciwnie, na proroka Samuela nie chciała zwrócić najmniejszej uwagi, chociaż Wilhelm wychwalał przed nią jego napierśnik i opowiadał, iż lśniąca kitajka34 jego sukni została wzięta ze starego ubrania babuni. Dawid był dla niej za mały, a Goliat za wielki; obstawała za swym Jonatanem. Umiała go zrobić tak grzecznym, a w końcu przenieść swe pieszczoty z lalki na naszego przyjaciela, że i tym razem maleńka igraszka była wstępem do szczęśliwych godzin.

Ze słodkich i czułych marzeń obudził ich hałas powstały na ulicy. Marianna zawołała staruszkę, która wedle swego zwyczaju była jeszcze pilnie zajęta dopasowywaniem zmiennych materiałów garderoby teatralnej do użytku następnej sztuki. Objaśniła ona, że wtedy właśnie jakieś towarzystwo wesołych kamratów, chwiejąc się, wychodziło z pobliskiej piwnicy włoskiej, gdzie przy świeżych ostrygach, dopiero co dostarczonych, nie szczędziło szampana.

— Szkoda — rzecze Marianna — że nam to wcześniej na myśl nie przyszło; moglibyśmy byli się nieco uraczyć.

— To jeszcze czas — odpowiedział Wilhelm, dając starej luidora35. — Przynieście, czego chcemy, to i sami użyjecie.

Stara uwinęła się i niebawem stał przed kochankami zgrabnie zastawiony stół z dobrze ułożoną wieczerzą. Stara musiała zasiąść przy nim, jedzono, pito i puszczono cugle wesołości.

W takich razach nie brak nigdy zabawy. Marianna wzięła znowu swego Jonatana do ręki, a stara potrafiła wysnuć rozmowę z ulubionego wątku Wilhelma.

— Jużeś nam pan raz opowiadał — rzekła — o pierwszym przedstawieniu jasełek w wigilię Bożego Narodzenia; przyjemnie było słuchać. Przerwano panu, kiedy miał wystąpić balet. Teraz znamy już wspaniały personel, który dokonywał tych wielkich czynów.

— Prawda — rzecze Marianna — opowiedz nam dalej, jak ci się to podobało.

— Piękne to uczucie, kochana Marianno — odparł Wilhelm — kiedy sobie przypominamy dawne czasy i dawne nieszkodliwe błędy, zwłaszcza gdy dzieje się to w chwili, w której dosięgliśmy szczęśliwie wyżyny, skąd możemy się obejrzeć i popatrzyć na przebytą drogę. To tak przyjemnie wspominać sobie z zadowoleniem o pewnych przeszkodach, któreśmy często z przykrością poczytywali za nie do pokonania, i porównywać to, czym jesteśmy teraz po rozwinięciu, z tym, czym byliśmy wówczas przed rozwinięciem. Ja jednak czuję się niewymownie szczęśliwy teraz, gdy z tobą w tej chwili mówię o przeszłości, ponieważ równocześnie spoglądam naprzód w ten uroczy kraj, jaki możemy przebyć wspólnie ręka w rękę.

— Jakże to było z baletem? — przerwała mu stara. — Lękam się, że nie wszystko tak poszło, jak należy.

— I owszem — odparł Wilhelm — bardzo dobrze! Z tych cudacznych skoków Murzynów i Murzynek, pasterzy i pasterek, karłów i karlic, pozostało mi na całe życie niewyraźne wspomnienie. Potem kurtyna zapadła, drzwi się zamknęły, a całe drobne towarzystwo pośpieszyło do łóżka, jakby upojone i zataczające się; ja wszakże pamiętam doskonale, że nie mogłem zasnąć, że chciałem jeszcze coś opowiadać, że jeszcze zadawałem dużo pytań i że niechętnie pozwoliłem odejść niańce, która układała nas do snu. Nazajutrz rano czarodziejska scena zniknęła, niestety, mistyczna zasłona została usunięta, tamtymi drzwiami znowu chodzono swobodnie z jednej izby do drugiej, a tyle przygód nie zostawiło po sobie ani śladu. Moi bracia i siostry biegali ze swymi zabawkami w tę i z powrotem, ja jeden snułem się z kąta w kąt, wydawało mi się rzeczą niemożliwą, aby miały być zwykłe tylko podwoje tam, gdzie jeszcze wczoraj było tyle czarodziejstwa. Ach, kto poszukuje utraconej miłości, nie może być nieszczęśliwszy, niż ja się sam sobie wówczas wydawałem.

Promieniejące radością spojrzenie, jakie rzucił na Mariannę, przekonało ją, że nie lękał się, aby kiedykolwiek miał się znaleźć w takim położeniu.

Rozdział czwarty

— Odtąd jedynym moim życzeniem było — mówił Wilhelm dalej — zobaczyć drugie przedstawienie tej sztuki. Uczepiłem się matki, a ona starała się w stosownej chwili namówić ojca, ale jej usiłowania były daremne. Ojciec utrzymywał, że tylko rzadko doznawana przyjemność może mieć wartość dla ludzi, że dzieci i starzy nie umieliby docenić dobra, które by ich spotykało codziennie.

Toteż musielibyśmy jeszcze długo czekać, może aż do drugiej wigilii, gdyby sam twórca i tajemny dyrektor widowiska nie był uczuł ochoty powtórzenia przedstawienia i wprowadzenia ponadto w scenie dodatkowej zupełnie świeżo sporządzonego śmieszka.

Pewien młodzian z artylerii, obdarzony wielu talentami, zręczny mianowicie w pracach mechanicznych, który w czasie budowy domu oddał ojcu wiele istotnych usług i został przez niego hojnie obsypany podarunkami, pragnął się okazać wdzięczny naszej małej rodzinie w święta Bożego Narodzenia i ofiarował domowi swego dobrodzieja ów własnoręcznie sporządzony teatrzyk, który niegdyś w wolnych chwilach złożył, wyrzeźbił i pomalował. To on z pomocą służącego kierował lalkami i zmienionym głosem wypowiadał różne role. Nie było mu trudno namówić ojca, który z grzeczności zezwolił przyjacielowi na to, czego dzieciom odmówił z przekonania. Dosyć, że teatr znowu ustawiono, zaproszono dzieci kilku sąsiadów i powtórzono sztukę.

Jeżeli za pierwszym razem doznałem radości niespodzianki i zdziwienia, to za drugim przeważała rozkosz uważniejszego patrzenia i badania. Odkrycie, jak to się dzieje, było teraz moją troską. Że lalki nie mówiły same, powiedziałem sobie już za pierwszym razem; że się same przez się nie poruszały, domyślałem się również, ale dlaczego to wszystko było aż tak ładne i wyglądało tak, jak gdyby one same mówiły i się ruszały? I gdzie być mogły ukryte światła i ludzie? Te zagadki niepokoiły mnie tym bardziej, im bardziej pragnąłem być równocześnie wśród oczarowanych i czarujących, być równocześnie ukrytym sprawcą gry i napawać się jako widz radością złudzenia.

Sztuka miała się ku końcowi; robiono przygotowania do sceny dodatkowej; widzowie powstali i rozmawiali z sobą. Przecisnąłem się bliżej do drzwi i po stukaniu wewnątrz poznałem, że zajmowano się uprzątaniem. Podniosłem dolny kobierzec i patrzałem poprzez rusztowanie. Matka spostrzegła to i wyciągnęła mnie stamtąd; dojrzałem wszelako tyle, że przyjaciół i wrogów, Saula i Goliata, i jak się cała reszta nazywała, złożono do jednej skrzynki, i tym sposobem moja połowicznie nasycona ciekawość otrzymała świeżą pożywkę. Przy tym z największym zdumieniem dostrzegłem, że w tej świątyni porucznik był bardzo zajęty. Już mnie potem nie mógł zabawić śmieszek, chociaż bardzo głośno stukał obcasami. Zatopiłem się w głębokim rozmyślaniu i byłem po owym odkryciu spokojniejszy, a zarazem bardziej niespokojny niż dawniej. Kiedy się dowiadywałem czegoś, wydawało mi się, że nie wiem nic zgoła; i miałem słuszność, brakło mi bowiem związku jednego z drugim, a na tym zasadza się właściwie wszystko.

Rozdział piąty

— Dzieci — mówił dalej Wilhelm — w dostatnich i dobrze urządzonych domach doznają takiego uczucia, jakiego doznawać mogą, dajmy na to, szczury i myszy; zwracają one uwagę na wszystkie szpary i dziury, gdzie mogłyby się dobrać do zakazanych łakoci; nasycają się nimi z tą kryjomą rozkoszną obawą, która stanowi wielką część szczęścia dziecięcego.

Z całego mego rodzeństwa ja najwięcej zwracałem uwagi na to, gdzie tkwił jakiś klucz. Im większą była cześć, jaką w mym sercu miałem dla drzwi zamkniętych, koło których całe tygodnie i miesiące musiałem przechodzić i w które czasami tylko zapuszczałem ukradkowy wzrok, kiedy matka otwierała świątynię, aby coś z niej wynieść, tym skorszy byłem do skorzystania z chwili, jaką mi nastręczało niekiedy niedbalstwo klucznic.

Spomiędzy wszystkich drzwi, jak łatwo zgadnąć, najwięcej pociągały ku sobie moje zmysły drzwi spiżarni. Niewiele rozkosznych przyjemności życia dorównało temu uczuciu, kiedy czasami matka zawołała mnie, by jej pomóc coś wynieść, a ja wówczas zdobywałem kilka suszonych śliwek dzięki albo jej dobroci, albo swojej przebiegłości. Nagromadzone jedne na drugie, skarby pochłaniały moją wyobraźnię swą pełnią, a nawet ten dziwny zapach, jaki wydawały różnorodne korzenie, oddziaływał na mnie tak pobudzająco, że ilekroć byłem w pobliżu, nie omieszkałem nigdy poić się przynajmniej egzotyczną atmosferą. Otóż osobliwy klucz od tych drzwi pewnej niedzieli rano pozostał w zamku, ponieważ matka została oderwana nagłym dzwonieniem, gdy cały dom spoczywał w świątecznej ciszy. Zaledwie to spostrzegłem, zaraz po cichu przesunąłem się kilkakroć w tę i z powrotem pod ścianą, w końcu spokojnie i zręcznie przystanąłem, otworzyłem drzwi i uczułem się za jednym posunięciem w pobliżu tej wielkiej, długo pożądanej szczęśliwości. Objąłem skrzynie, wory, pudla, puszki, szklanki szybkim niepewnym spojrzeniem, co mam wybrać i wziąć; rzuciłem się nareszcie ku ulubionym suszonym śliwkom, zaopatrzyłem się w kilka suszonych jabłek i wziąłem z zadowoleniem smażoną skórkę pomarańczową; z tym łupem chciałem się już wymknąć tą samą drogą, kiedy mi wpadły w oko dwie stojące obok skrzynki, a w jednej z nich wystające poprzez niedomknięte wieko druty, zakończone u góry haczykami. Z pełnym sercem przeczuć rzuciłem się do nich i z jakimże nadziemskim uczuciem odkryłem, że znajdował się tam spakowany razem mój świat bohaterów i radości! Chciałem podnieść rzeczy leżące na wierzchu, obejrzeć je, te ze spodu zaś wyciągnąć, ale w krótkim czasie pomieszałem lekkie druciki, popadłem wskutek tego w niepokój i trwogę, zwłaszcza że kucharka w sąsiedniej kuchni zrobiła jakieś poruszenie, tak że wszystko, jak mogłem, upchnąłem, przymknąłem skrzynkę i pochwyciłem tylko ręcznie spisaną książeczkę, leżącą na wierzchu, a przedstawiającą komedię Dawida i Goliata, i z tą zdobyczą szybko po schodach schroniłem się na strych.

Od tej chwili wszystkie samotne, tajemnie spędzane godziny obróciłem na to, żeby po wielekroć odczytać moją sztukę, wyuczyć się jej na pamięć i w wyobrażać sobie, jakby to było wspaniale, gdybym moimi palcami mógł także i postacie ożywić. Wskutek tego w swoich myślach sam zostałem Dawidem i Goliatem. We wszystkich kątach strychu, stajen, ogrodu, wśród najróżnorodniejszych okoliczności studiowałem tę sztukę, brałem wszystkie role i uczyłem się ich na pamięć, tylko że po większej części zwykłem wcielać się w rolę głównego bohatera, a innym osobom, jak straży przybocznej, pozwalałem występować tylko w pamięci. Toteż pełne dzielności mowy Dawida, którymi wyzywał zuchwałego olbrzyma Goliata, dniem i nocą spoczywały mi w duszy; częstokroć wypowiadałem je półgłosem; nikt na to nie zwracał uwagi prócz ojca, który czasami posłyszał takie mruczenie i chlubił się wobec samego siebie dobrą pamięcią chłopca, który przysłuchując się tak niedługo, mógł tak dużo zapamiętać.

Potem stawałem się coraz odważniejszy i pewnego wieczoru wyrecytowałem przed matką większą część sztuki, przygotowawszy sobie jako aktorów kilka niezdarnych figurek woskowych. Matka się spostrzegła, zaczęła mnie wypytywać, a ja się przyznałem.

Szczęśliwym trafem odkrycie to przypadło na chwilę, kiedy porucznik sam wyraził życzenie zapoznania mnie z tymi tajemnicami. Matka zawiadomiła go zaraz o niespodzianym talencie swego syna, a on potrafił doprowadzić do tego, że mu oddano parę pokoi na najwyższym piętrze, które zazwyczaj stały puste; w jednym z nich mieli znów siedzieć widzowie, w drugim znajdować się aktorzy, a w miejscu otwartych drzwi byłoby proscenium. Ojciec pozwolił przyjacielowi to wszystko urządzać, sam zaś zdawał się tylko patrzeć przez palce, zgodnie z zasadą, żeby nie pozwalać dzieciom zauważyć, jak się je kocha, gdyż zanadto by sobie pozwalały; sądził, że przy ich zabawach należy mieć minę poważną i psuć je im niekiedy, ażeby ich zadowolenie nie robiło ich nadętymi i zuchwałymi.

Rozdział szósty

Porucznik tedy otworzył teatr i przysposobił, co było potrzeba. Zauważyłem, że w ciągu tygodnia wchodził kilkakrotnie do domu o niezwyczajnej porze i domyśliłem się jego zamiarów. Moja namiętność wzrosła niepomiernie, ponieważ dobrze rozumiałem, że przed sobotą nie mogę wziąć żadnego udziału w tym, co było przygotowywane. Na koniec nadszedł upragniony dzień. Wieczorem o piątej przyszedł mój przewodnik i wziął mnie ze sobą na górę. Drżąc z radości, wszedłem tam i ujrzałem lalki zawieszone po obu bokach rusztowania, w tym porządku, w jakim miały występować; rozpatrzyłem je starannie, wstąpiłem na podest, który mnie wzniósł ponad teatr, tak że bujałem ponad małym światkiem. Nie bez głębokiego wzruszenia patrzałem poprzez deski, gdyż opanowało mnie wspomnienie, jaki wspaniały widok przedstawia całość z zewnątrz, oraz wrażenie, w jakie to tajemnice zostałem wprowadzony. Zrobiliśmy próbę, poszło dobrze.

Na drugi dzień, na który zaproszone było towarzystwo dziecięce, graliśmy wybornie, tylko że ja w zapale akcji upuściłem Jonatana i byłem zmuszony sięgać po niego ręką i podnosić go; przypadek ten mocno zaszkodził złudzeniu, spowodował wielki wybuch śmiechu i niewypowiedzianie mnie zmartwił. Zdawało się, że niezgrabność ta była wielce na rękę memu ojcu, który naturalnie nie dał znać po sobie wielkiego zadowolenia ze zdolności synka, a po skończonej sztuce zaraz się uczepił omyłek i powiedział, że byłoby wszystko doskonałe, gdyby to i owo nie spaliło na panewce.

Serdecznie mnie to trapiło, posmutniałem na ten wieczór, ale już nazajutrz całe zmartwienie przespałem i byłem szczęśliwy myślą, że oprócz owego nieszczęsnego wypadku dobrze zagrałem. Do tego przyłączyła się pochwała widzów, którzy powszechnie utrzymywali, że chociaż porucznik co do zmiany grubego i cienkiego głosu bardzo dużo zrobił, to przecież perorował po większej części w sposób zanadto afektowany i sztywny, gdy tymczasem nowy początkujący wypowiadał swego Dawida i Jonatana wybornie; szczególnie matka chwaliła dzielność i szczerość wyrazu, z jakim rzuciłem wyzwanie Goliatowi i stawałem przed królem jako skromny zwycięzca.

Ku największej mojej radości teatr pozostał otwarty, a że nadeszła wiosna i można było wytrwać bez ognia, w godzinach wolnych i przeznaczonych na zabawę przebywałem na poddaszu i przesuwałem rześko lalki wedle potrzeby gry. Często zapraszałem tam rodzeństwo i towarzyszy, ale nawet gdy nie chcieli przyjść, zostawałem sam na górze. Wyobraźnia moja rozpływała się nad małym światkiem, który niebawem przybrał inną postać.

Zaledwie kilka razy wystawiłem pierwszą sztukę, do której teatr i aktorzy byli zrobieni i przystosowani, po czym już mi nie sprawiała żadnej przyjemności. Natomiast spomiędzy książek dziadka dostały mi się w ręce sztuki niemieckie oraz różne włosko-niemieckie opery, w które się mocno zagłębiłem i za każdym razem naprzód porachowałem osoby, a potem zaraz, bez dalszego zastanowienia, ciągnąłem do wystawienia sztuki. Wówczas król Saul w swoim czarnym aksamitnym ubraniu musiał grać rolę Chaumigrema, Katona i Dariusza36, przy czym zauważyć trzeba, że sztuki te nigdy nie były przedstawiane w całości, tylko zazwyczaj ich piąte akty, gdzie szło o jakieś śmiertelne ciosy.

Było też rzeczą naturalną, że opera, ze swymi różnorodnymi zmianami i przygodami, pociągała mnie bardziej niż wszystko inne. Znalazłem tam burze na morzu, bogów schodzących w obłokach, a co mnie szczególniej uszczęśliwiało, błyskawice i pioruny. Pomagałem sobie tekturą, farbami i papierem, umiałem nawet wybornie robić noc, błyskawice były straszliwe, tylko grzmoty mi się nie udawały, ale to przecie niewiele znaczyło. W operach nadto zdarzała się częściej sposobność wyprowadzenia na scenę mego Dawida i Goliata, co w regularnym dramacie zgoła nie uchodziło. Z każdym dniem czułem więcej przywiązania do tego szczupłego obrębu, w którym tyle użyłem przyjemności, i wyznaję, że zapach, jaki wyniosły ze sobą lalki ze spiżarni, niemało się do tego przyczynił.

Dekoracje mojego teatru były też teraz prawie kompletne, gdyż wielce mi wtedy się przydała zręczność, jaką od dzieciństwa okazywałem w obchodzeniu się z cyrklem, w wyrzynaniu tektury i podmalowywaniu obrazków. Tym przykrzej mi było, gdy zespół zbyt często przeszkadzał mi w wystawieniu wielkich utworów.

Moje siostry swoim ubieraniem i rozbieraniem lalek obudziły we mnie myśl sprawienia moim bohaterom kostiumów na zmianę. Zdjęliśmy im szmatki z ciał, poskładaliśmy je razem, jak było można, zaoszczędziliśmy trochę pieniędzy, kupiliśmy się nową wstążkę i błyskotki, wyżebraliśmy kilka kawałków kitajki i powoli utworzyliśmy garderobę teatralną, w której nie zapomnieliśmy zwłaszcza o krynolinach dla dam.

Trupa była teraz istotnie zaopatrzona w kostiumy na największą nawet sztukę i można było przypuszczać, że teraz dopiero następować będzie jedno przedstawienie po drugim, ale zdarzyło mi się to, co się nieraz dzieciom zdarzać zwykło: snują szerokie plany, robią wielkie przygotowania, a nawet niejakie próby, i naraz o wszystkim zapominają. O tę wadę muszę siebie oskarżyć i ja. Największa przyjemność spoczywała dla mnie w inwencji i w zajęciu wyobraźni. Ta czy inna sztuka interesowała mnie dla jakiejś sceny i zaraz przygotowywałem do niej nowe kostiumy. Wobec takich zmian pierwotne kawałki odzieży moich bohaterów były w ciągłym nieładzie i zapodziewały się, tak że już nawet pierwszej wielkiej sztuki nie można było wystawić. Zdałem się na swoją fantazję, próbowałem ciągle i przygotowywałem, budowałem tysiące zamków na lodzie i nie dostrzegłem, żem zburzył podstawę małej budowli.

Podczas tego opowiadania Marianna użyła całej swej życzliwości dla Wilhelma, by ukryć swą senność. Chociaż rzecz sama wydawała się tak zabawna z jednej strony, była ona przecież dla niej zbyt prosta, a robione przy tym uwagi zbyt poważne. Kładła czule swą nogę na nodze ukochanego i dawała mu widome znaki swej uwagi i uznania. Piła z jego kieliszka i Wilhelm był przekonany, że ani jedno słowo z jego dziejów nie upadło na ziemię.

Po krótkiej przerwie zawołał:

— Na ciebie kolej, Marianno, opowiedzieć mi swoje pierwsze młodociane radości. Dotąd ciągle jeszcze byliśmy zanadto zajęci teraźniejszością, byśmy się mogli troszczyć nawzajem o nasz dawniejszy sposób życia. Powiedz mi, w jakich okolicznościach się wychowałaś, jakie były pierwsze żywsze wrażenia, które sobie przypominasz?

Pytania te byłyby wprawiły Mariannę w wielki kłopot, gdyby stara natychmiast nie przyszła jej z pomocą.

— Czyż pan sądzisz — rzekła roztropna kobieta — że na to, co nas spotkało w młodości, zwracamy taką uwagę, iżbyśmy miały do opowiadania tak przyjemne zdarzenia, a nawet gdybyśmy je mogły opowiedzieć, potrafiły tej rzeczy nadać taki powab?

— Jakby tego było potrzeba! — zawołał Wilhelm. — Kocham to czułe, dobre, miłe stworzenie tak silnie, że mi żal każdej chwili mego życia, którą spędziłem bez niej. Pozwól mi przynajmniej w wyobraźni wziąć udział w twoim przeszłym życiu! Opowiedz mi wszystko i ja ci wszystko opowiem. Łudźmy się, jak tylko można, i starajmy się odzyskać ten czas utracony dla naszej miłości.

— Jeżeli tak gorąco pan na to nastajesz — odrzekła stara — możemy pana zadowolić. Ale opowiedz nam pan pierwej, jak zamiłowanie pańskie do widowisk z wolna wzrastało, jak się pan kształciłeś, jak pan tak szczęśliwe zrobiłeś postępy, że teraz możesz uchodzić za dobrego aktora? Nie brakło pewnie panu przy tym wesołych zdarzeń. Nie warto się już obecnie kłaść do snu; mam jeszcze jedną butelkę w zapasie, a kto wie, czy rychło znowu będziemy mogli siedzieć razem tak spokojni i tak zadowoleni?

Marianna powiodła po starej smutnym wzrokiem, którego Wilhelm nie spostrzegł, i prowadził dalej swoje opowiadanie.

Rozdział siódmy

— Ponieważ moje towarzystwo zaczynało się zwiększać, rozrywki młodości mąciły samotną spokojną rozkosz. Byłem na przemian to myśliwym, to żołnierzem, to jeźdźcem, jak wymagała potrzeba naszych zabaw; miałem jednakże i w tym pewną wyższość nad innymi, że potrafiłem zgrabnie obrabiać potrzebne im narzędzia. I tak: miecze pochodziły zazwyczaj z mojej fabryki; zdobiłem i złociłem sanki, a jakiś tajemny popęd nie pozwolił mi spocząć, póki naszego wojska nie przetworzyłem w stylu starożytnym. Porobiło się hełmy upiększone papierowymi kitami, przygotowało się tarcze, a nawet pancerze, a przy tych robotach służący, krawcy i szwaczki, złamali niejedną igłę.

Jedną część moich młodych towarzyszy widziałem już dobrze uzbrojoną, inni powoli, choć w mniejszej mierze byli również ustrojeni; i powstało wcale wspaniałe wojsko. Maszerowaliśmy po podwórzach i ogrodach, biliśmy się dzielnie na tarcze i głowy; zdarzało się nieraz nieporozumienie, ale się niebawem załagadzało.

I ta zabawa, która innym dzieciom wielce się podobała, po kilku powtórzeniach już mnie wcale nie zadowalała. Widok tylu uzbrojonych postaci musiał z konieczności podrażnić we mnie wyobrażenia rycerskie, które wypełniały mi głowę od czasu, gdym wpadł na czytanie starych romansów.

Jerozolima wyzwolona37, której tłumaczenie przez Koppena wpadło mi w ręce, nadała wreszcie pewien określony kierunek moim błąkającym się myślom. Nie mogłem wprawdzie przeczytać poematu w całości, ale były ustępy, których się wyuczyłem na pamięć, których obrazy ciągle mi się nawijały. Szczególniej pociągała mnie Klorynda całym swoim zachowaniem się. Połączenie męskości z kobiecością, spokojna pełnia jej życia zrobiły większe wrażenie na umyśle, który się zaczynał rozwijać niż afektowane uroki Armidy, chociaż wcale nie pogardzałem jej ogrodem.

Ale kiedy wieczorem, przechadzając się po ganku ciągnącym się u szczytu domu, rozglądałem się po okolicy i kiedy od nachylonego ku poziomowi słońca rozpościerał się drżący blask na widnokręgu, występowały gwiazdy, noc wynurzała się ze wszystkich zakątków i głębin i wśród uroczystej ciszy przebijał się dźwięczny śpiew świerszczy, wypowiadałem setki razy dla siebie samego dzieje smutnego pojedynku między Tankredem i Kloryndą.

Jakkolwiek byłem oczywiście po stronie chrześcijan, sprzyjałem przecież całym sercem pogańskiej bohaterce, kiedy podjęła się zapalić wielką wieżę oblegających. A cóż dopiero, gdy Tankred spotyka w nocy mniemanego rycerza, wśród mrocznej osłony rozpoczyna spór i gdy z sobą potężnie walczą! Nigdy nie mogłem wymówić słów:

Życia Kloryndy nić już, już się zwija

I śmierci godzina niechybnej wybija!

bez łez, które mi obficie z oczu płynęły, kiedy nieszczęsny kochanek zatapia miecz w jej łono, upadającej hełm zdejmuje, poznaje ją i drżąc, przynosi wodę do chrztu.

A jakże mi się serce ściskało, gdy w zaczarowanym lesie miecz Tankreda uderza w drzewo, krew po tym ciosie wypływa i głos mu w uszach dźwięczy, że i tutaj zranił Kloryndę, że mu los wypadł taki, iż to, co kocha, wszędzie bezwiednie rani.

Historia ta opanowała moją wyobraźnię tak dalece, że to, co wyczytałem z poematu, urosło mi w duszy w niejasną całość, którą się tak zająłem, iż zamyśliłem ją w jaki bądź sposób wystawić. Chciałem grać Tankreda i Rynalda i znalazłem ku temu dwie zbroje, całkiem gotowe, które dawniej wyrobiłem. Jedna, z ciemnoszarego papieru z łuskami, miała zdobić poważnego Tankreda, drugą, z papieru srebrnego i złotego miał nosić świetny Rynald. Wiedziony żywym wyobrażeniem, opowiedziałem wszystko moim towarzyszom, którzy byli tym niezmiernie zachwyceni i tylko nie mogli dobrze pojąć, że wszystko to miało być wykonane i to wykonane właśnie przez nich.

Wątpliwościom tym zaradziłem bardzo łatwo. Zaraz rozporządziłem dwoma pokojami w sąsiednim domu kolegi, nie spodziewając się, że stara ciotka nigdy by ich nie użyczyła; tak samo było z teatrem, o czym nie miałem także dokładnego wyobrażenia, prócz tego, że potrzeba go umieścić na belkach, ustawić kulisy z porozrzucanych parawanów, a na tło wziąć wielką chustkę. Ale skąd miały się wziąć materiały i narzędzia, o tym nie pomyślałem.

Co do lasu, znaleźliśmy dobry sposób: poprosiliśmy ładnie starego sługę jednego z domów znajomych, który został wtedy gajowym, żeby nam dostarczył brzózek i choinek, które też rzeczywiście zostały przyniesione, prędzej, niżeli mogliśmy się spodziewać. Ale wówczas byliśmy w wielkim kłopocie, jak zrealizować sztukę, zanim drzewka uschną. Trudna rada! Brakowało miejsca, teatru, zasłon. Parawany były jedyną rzeczą, jaką posiadaliśmy.

W tym kłopocie zwróciliśmy się znowu do porucznika, któremu szeroko opisaliśmy, jak to będzie wspaniale. Chociaż nie bardzo nas rozumiał, był przecież uczynny; wszystkie stoły, jakie się dało znaleźć w domu i sąsiedztwie, poznosił do małej izdebki, na nich postawił parawany, z zielonych firanek utworzył widok tła, zaraz też rozstawił drzewa.

Tymczasem zapadł wieczór; zapalono świece, służące i dzieci siedziały na swych miejscach, sztuka miała się rozpocząć; całe grono bohaterów było ubrane w kostiumy; wtedy dopiero każdy spostrzegł, że nie wie, co ma mówić. Wśród zapału inwencji, zajęty całkowicie swoim przedmiotem, zapomniałem, że przecież każdy powinien wiedzieć, co i gdzie ma mówić; a wśród żywego zajęcia przygotowaniami innym także nie przyszło to na myśl; sądzili, że z łatwością pokażą się jako bohaterowie, że łatwo tak działać i mówić, jak te osoby, w których świat ich wprowadziłem. Stali wszyscy zdziwieni, pytali się jeden drugiego, co będzie naprzód, a ja, który jako Tankred znajdować się musiałem według swej myśli, na przodzie, zacząłem, sam występując, deklamować wiersze z poematu. Ponieważ jednak ten ustęp wkrótce przechodził w formę opowiadającą, a ja w swojej własnej mowie w końcu przedstawiałem się jako osoba trzecia, zaś Gotfryd, o którym rzecz była, wyjść nie chciał, więc i ja zmuszony byłem wśród wielkiego śmiechu widzów cofnąć się także; niepowodzenie to głęboko mnie w duszy zabolało. Nie poszczęściła się sprawa; widzowie siedzieli i pragnęli coś widzieć. Byliśmy w kostiumach; zebrałem myśli i postanowiłem zagrać po prostu Dawida i Goliata. Niektórzy moi towarzysze wystawiali niegdyś wraz ze mną jasełka, wszyscy często je widywali; podzielono się rolami, każdy obiecał dołożyć wszystkich sił, a jeden mały pocieszny chłopak wymalował sobie czarną brodę, ażeby w razie jakiejś przerwy, wypełnić ją jakąś krotochwilą38; na projekt ten, jako przeciwny powadze sztuki, zgodziłem się bardzo niechętnie. I przysiągłem sobie, że jak tylko się wywikłam z tego kłopotu, nigdy się nie odważę na wystawienie jakiejkolwiek sztuki, chyba że z największą rozwagą.

Rozdział ósmy

Marianna, zmożona snem, oparła się o ukochanego, który silnie przycisnął ją do siebie i prowadził dalej opowiadanie, gdy stara powoli spijała resztę wina.

— Kłopot — rzekł on — w jakim się znalazłem wraz ze swymi przyjaciółmi, gdyśmy przedsięwzięli grać nieistniejącą sztukę, poszedł niebawem w zapomnienie. Mojej żądzy przedstawiania na scenie każdego romansu, jaki czytałem, każdej historii, jakiej mnie uczono, nie mogła się oprzeć treść nawet najmniej podatna. Byłem głęboko przeświadczony, że wszystko, co bawiło w opowiadaniu, musiałoby wywrzeć daleko większe wrażenie, gdyby zostało przedstawione; wszystko powinno było dziać się przed moimi oczyma, wszystko odbywać się na scenie. Kiedy w szkole wykładano nam historią powszechną, zaznaczałem sobie starannie, gdzie ktoś w szczególny sposób został przebity lub zatruty, a wyobraźnia moja pomijała ekspozycję i zawikłanie, podążając do zajmującego piątego aktu. Toteż istotnie zacząłem kilka sztuk pisać od końca, lecz do początku nie doszedłem w żadnej.

Równocześnie przeczytałem, już to z własnego popędu, już skłoniony przez dobrych przyjaciół, którzy nabrali smaku w przedstawianiu sztuk, całą kupę utworów teatralnych, jak je przypadek przekazał w moje ręce. Byłem w tych szczęśliwych latach, kiedy nam się jeszcze wszystko podoba, kiedy w wielości i różnorodności znajdujemy zadowolenie. Lecz niestety, sąd mój był stronniczy w jeszcze inny sposób. Te sztuki podobały mi się szczególniej, w których spodziewałem się znaleźć powodzenie; a mało było takich, których bym nie odczytywał w tym przyjemnym złudzeniu; żywa zaś wyobraźnia moja sprawiająca, że mogłem się wmyśleć we wszystkie role, zwodniczo zawiodła mnie ku mniemaniu, że mógłbym też wszystkie zagrać; przy podziale zatem wybierałem sobie zazwyczaj takie, które nie były dla mnie stosowne, a prócz tego, jeśli tylko dało się to zrobić, brałem kilka ról naraz.

Dzieci umieją w grze zrobić wszystko ze wszystkiego; kij staje się strzelbą, kawałek drewna szpadą, każde zawiniątko lalką a każdy kąt chatą. W tym duchu rozwinął się nasz prywatny teatr. Przy zupełnym braku wiedzy o własnych możliwościach podejmowaliśmy się wszystkiego, nie spostrzegaliśmy wcale qui pro quo39 i byliśmy przekonani, że każdy powinien był uznawać nas za tych, za których się podajemy. Niestety, wszystko szło trybem tak pospolitym, że mi nie zostaje do opowiedzenia choćby jakieś zastanawiające głupstwo. Naprzód odegraliśmy te nieliczne sztuki, w których występują sami mężczyźni; potem przebieraliśmy kilku z naszej gromadki, a w końcu wciągnęliśmy do gry nasze siostry. W niektórych domach uważano to za pożyteczne zajęcie i spraszano towarzystwo na widowiska. Nasz porucznik artylerii nie opuścił nas i tutaj. Pokazał nam, jak mamy wchodzić i wychodzić, jak deklamować i gestykulować, ale za swoje trudy niewiele zbierał podziękowań, gdyż sądziliśmy, że już się lepiej od niego znamy na sprawach teatralnych.

Niebawem zabraliśmy się do tragedii, słyszeliśmy bowiem nie raz i sami mniemaliśmy, że łatwiej napisać i przedstawić tragedię niż być doskonałym w komedii. Jakoż przy pierwszej próbie tragicznej poczuliśmy się w swoim żywiole; staraliśmy się zbliżyć do wyżyn stanu, do znakomitości charakterów za pośrednictwem sztywności i afektacji i niemało sobie po tym obiecywaliśmy; całkiem szczęśliwi jednak40 byliśmy dopiero wówczas, gdyśmy mogli dobrze się wyszaleć, tupać nogami i rzucać się na ziemię z wściekłości i rozpaczy.

Chłopcy i dziewczęta niedługo byli razem w tych zabawach; gdy natura zaczęła się budzić, a towarzystwo dzielić na rozmaite małe kółka miłosne, to zazwyczaj odgrywano komedię w komedii. Szczęśliwe pary ściskały sobie ręce jak najczulej za parawanami teatru, rozpływały się w błogości, kiedy się sobie ukazywały nawzajem we wstążkach i w stroju, w świetle prawdziwie idealnym, przeciwnie zaś nieszczęśliwi współzawodnicy: trawili się zazdrością i radzi, że mogą zaszkodzić, urządzali wszelkiego rodzaju klęski.

Przedstawienia te, chociaż podejmowane bez rozsądku i przeprowadzane bez kierunku, nie były jednak dla nas bez pożytku. Ćwiczyliśmy pamięć i ciało i osiągnęliśmy większą zręczność w mówieniu i zachowaniu się, niż było by ją można zdobyć bez tego w tak wczesnych latach. Ale dla mnie czas ów stanowił szczególną epokę; duch mój całkowicie zwrócił się ku teatrowi i nie znajdowałem większego szczęścia nad czytanie, pisanie i granie sztuk teatralnych.

Moi nauczyciele prowadzili naukę dalej; poświęcono mnie zawodowi handlowemu i posadzono za kantorem naszego sąsiada; ale właśnie w tym czasie mój duch tym szybciej oddalał się od wszystkiego, co poczytywać musiałem za niskie zajęcie. Chciałem poświęcić cały swój wysiłek scenie, na niej znaleźć zadowolenie i szczęście.

Pamiętam jeszcze jeden poemacik, który pewnie znajduje się wśród moich papierów, a w którym muza poezji tragicznej i druga postać niewieścia, uosabiająca handel, sprzeczają się bardzo zacięcie o moją godną osobę. Inwencja jest pospolita i nie przypominam sobie, czy wiersze coś warte, ale powinniście to poznać dla obawy, wstrętu, miłości i namiętności, jakie tam panują. Jak trwożnie odmalowałem starą matkę rodziny z kądzielą41 za pasem, z kluczami u boku, okularami na nosie, zawsze pilną, zawsze niespokojną, kłótliwą i przejętą gospodarstwem, małostkową i uciążliwą! Jak opisałem kłopotliwy stan tego, kto musiał się zginać pod jej rózgą i odrabiać swą niewolniczą pracę dzienną w pocie swego czoła!

Jakże inaczej występowała druga postać! Jakim zjawiskiem stała się ona dla zasmuconego serca! Wspaniałych kształtów, w istocie i zachowaniu się swoim przedstawiała się jako córa wolności. Poczucie własnej wartości nadawało jej godność bez dumy; suknie jej były całkiem stosowne, okrywały każdy członek, nie uciskając go, a obfite zgięcia materii powtarzały, jakby tysiąckrotne echo, urocze poruszenia bogini. Co za kontrast! A na którą stronę skłaniało się moje serce, łatwo możesz zgadnąć. I niczego nie zapomniałem, aby muzę moją uczynić wydatną. Korony i miecze, łańcuchy i maski, jak je mi poprzednicy moi przekazali, zostały jej i tutaj przydane. Spór był gwałtowny, mowy obu osób należycie z sobą były sprzeczne, ponieważ w czternastym roku życia zwykło się pospolicie czarne i białe malować bardzo blisko siebie. Staruszka prawiła, jak przystoi osobie trzymającej igłę, a druga jak ktoś, kto rozporządza państwami. Ostrzegające pogróżki starej zostały wyśmiane; odwracałem się już z niechęcią od obiecywanych mi bogactw; wydziedziczony i nagi oddałem się muzie, która zarzuciła na mnie swą złotą zasłonę i zakryła mą nagość.

— Czyż mogłem pomyśleć, o moja droga! — zawołał, przytulając Mariannę — że zupełnie inne, milsze bóstwo zejdzie, umocni mnie w moim przedsięwzięciu i towarzyszyć mi będzie na mojej drodze; 0 ileż piękniejszego zwrotu nabrałby mój poemat, jakże zajmujące stałoby się jego zakończenie! Ale w twoich objęciach znajduję przecież nie poemat, tylko prawdę i życie; używajmy świadomie słodkiego szczęścia!

Wskutek uścisku jego ramienia, wskutek żywości podniesionego głosu Marianna obudziła się i pieszczotami skryła swoje zmieszanie; z ostatniej bowiem części jego opowiadania nie słyszała ani słowa; a życzyć sobie wypada, ażeby nasz bohater mógł w przyszłości znaleźć uważniejszych słuchaczy dla swych ulubionych dziejów.

Rozdział dziewiąty

Tak oto Wilhelm spędzał noce w upojeniu poufałej miłości, dnie zaś w oczekiwaniu nowych błogich godzin. Już w owym czasie, gdy pragnienie i nadzieja pociągały go do Marianny, czuł się jakby na nowo ożywiony; czuł, że zaczyna się stawać innym człowiekiem; teraz był z nią zjednoczony; zaspokajanie jego życzeń stało się czarującym przyzwyczajeniem. Jego serce usiłowało uszlachetnić przedmiot swojej namiętności, jego duch dążył do wyniesienia ukochanego dziewczęcia na własny poziom. Podczas najkrótszej nawet nieobecności obejmowało go jej wspomnienie. Jeżeli dawniej była dla niego niezbędna, teraz była nieodzowna do życia, gdyż był do niej przywiązany wszystkimi więzami człowieczeństwa. Jego czysta dusza czuła, że ona jest połową, więcej niż połową jego samego. Był wdzięczny i oddany bez granic.

I Marianna mogła się czas jakiś łudzić; dzieliła z nim poczucie jego żywego szczęścia. Ach! Gdyby tylko po jej sercu nie suwała się niekiedy zimna ręka wyrzutu! Nawet na piersi Wilhelma, nawet pod skrzydłami jego miłości nie była z tej strony bezpieczna. A kiedy znów zostawała sama i z obłoków, w które ją unosiła jego namiętność, spadała w rozważanie swego stanu, wówczas była godna litości. Bo lekkomyślność przychodziła jej w pomoc, dopóki żyła w przyziemnym rozproszeniu, oszukiwała się co do swych stosunków, a raczej ich nie znała; wtedy przygody, na jakie była wystawiona, ukazywały się jej tylko pojedynczo: przyjemność i nuda następowały po sobie, upokorzenie wynagradzała próżność, a niedostatek częstokroć chwilowa obfitość; mogła potrzebę i przyzwyczajenie przytaczać jako prawo i usprawiedliwienie, toteż ze wszystkich nieprzyjemnych wrażeń mogła się otrząsać z godziny na godzinę, z dnia na dzień. Ale teraz biedna dziewczyna czuła się chwilami przeniesiona w lepszy świat, spojrzała, niby z góry na dół, ze światła i radości na próżnię i nikczemność swego życia, zrozumiała, jak nędznym stworzeniem jest kobieta, która wraz z pożądaniem nie przejmuje zarazem miłością i czcią, i nie dostrzegała najmniejszej poprawy ani zewnętrznie, ani wewnętrznie. Nie miała niczego, co mogłoby ją wzmocnić. Kiedy spojrzała w siebie i poszukiwała, w jej umyśle było pusto, a serce nie miało żadnej podpory. Im stan ten był smutniejszy, tym silniej lgnęła jej skłonność ku ukochanemu; namiętność wzrastała z każdym dniem, w miarę tego jak z każdym dniem zbliżało się niebezpieczeństwo utracenia go.

Natomiast Wilhelm bujał szczęśliwy w wyższych krainach, dla niego także otworzył się nowy świat, ale bogaty we wspaniałe widoki. Zaledwie ustąpił nadmiar pierwszej radości, a już stało się dla jego duszy jasne to, co dotychczas niewyraźnie go nurtowało. „Ona jest twoja! Ona ci się oddała! Ona, to ukochane, poszukiwane, uwielbiane stworzenie, oddała ci się bez zastrzeżeń; ale powierzyła się nie jakiemuś niewdzięcznikowi”. Gdzie stał lub chodził, mówił sam do siebie; serce jego było ustawicznie przepełnione i podpowiadał sobie w pełni wspaniałych wyrazów najwznioślejsze myśli i nastroje. Zdawało mu się, że rozumiał widomą wskazówkę losu, który za pośrednictwem Marianny podawał mu rękę, by mógł się wyrwać z obrębu ciasnego, ciężko wlokącego się mieszczańskiego życia, skąd już tak dawno pragnął się wydobyć. Opuścić dom ojca, opuścić swoich wydawało mu się rzeczą łatwą. Był młody i świeży w świecie, a odwaga, by się puścić na jego rozległe przestwory po szczęście i zaspokojenie, wzmogła się przez miłość. Jego powołanie do teatru było teraz dla niego jasne; wysoki cel, jaki widział przed sobą postawiony, zdawał mu się bliższy, gdy dążył ku niemu pod rękę z Marianną, i w zadowolonej z siebie skromności widział w sobie wybornego aktora, twórcę przyszłego teatru narodowego, ku któremu, jak słyszał, zewsząd wzdychano. Wszystko, co dotąd drzemało w najskrytszych zakątkach jego duszy, teraz się obudziło. Barwami miłości namalował z różnorodnych pojęć obraz na mglistym tle, którego postacie zlewały się, co prawda, ze sobą, ale za to całość wywierała tym bardziej czarujące wrażenie.

Rozdział dziesiąty

Teraz siedział w domu, grzebał się w papierach i przygotowywał się do odjazdu. Co pachniało jego dotychczasowym zawodem, odkładał na bok; w swojej wędrówce po świecie chciał być wolny od wszelkiego nieprzyjemnego wspomnienia. Tylko dzieła smaku, poetów i krytyków, jako znanych przyjaciół, postawił wśród wybrańców, a że dotąd bardzo mało korzystał z sędziów sztuki, wznowiła się w nim żądza oświecenia się, kiedy przeglądał swoje książki i zobaczył, iż pisma teoretyczne były po większej części jeszcze nieprzecięte. Będąc najmocniej przekonany o koniecznej potrzebie takich dzieł, ponabywał ich wiele, ale przy najlepszych chęciach nie mógł się w żadne wczytać choćby tylko do połowy.

Na odwrót, tym gorliwiej trzymał się przykładów i sam czynił próby we wszystkich rodzajach, jakie mu były znane.

Wszedł Werner i widząc swego przyjaciela zajętego znanymi zeszytami, zawołał:

— Znowu nad tymi papierami? Założyłbym się, że nie masz zamiaru dokończyć żądnego z nich! Wciąż je przeglądasz, a zawsze rozpoczynasz coś nowego.

— Wykańczać nie jest rzeczą ucznia; dosyć, gdy się ćwiczy.

— Ale przecież winien obrobić, jak może najlepiej.

— A jednak można by rzucić pytanie: czy właśnie nie wypadałoby powziąć dobrej nadziei o młodzieńcu, który szybko spostrzega, kiedy przedsięwziął coś niestosownego, nie ciągnie dalej pracy i nie chce ani trudu, ani czasu marnować nad czymś, co nigdy nie może mieć wartości.

— Wiem, wiem, nigdy niczego nie zrobiłeś do końca. Zawsze się zmęczyłeś, zanim doszedłeś do połowy. Kiedy byłeś jeszcze dyrektorem naszych jasełek, ileż to razy robiliśmy nowe kostiumy dla każdego towarzystwa, ile nowych dekoracji się wycinało! To ta, to tamta tragedia miała być wystawiona, dawałeś zaś co najwyżej piąty akt, gdzie się wszystko bezładnie mieszało, a ludzie się zabijali.

— Jeśli chcesz mówić o tamtych czasach, to któż był winowajcą, żeśmy zrywali z naszych lalek kostiumy, dopasowane do nich i mocno przyszyte, i zadawali sobie trud, żeby sporządzić obszerną, a niepotrzebną garderobę? Czyż to nie ty miałeś zawsze do sprzedania jakiś nowy kawałek wstążki, czyż nie ty rozogniałeś i wyzyskiwałeś moje zamiłowanie?

Werner zaśmiał się i zawołał:

— Do dziś dnia z przyjemnością przypominam sobie, że ciągnąłem korzyści z waszych wypraw teatralnych jak liweranci42 z wojny. Kiedyście się przygotowywali do wyzwolenia Jerozolimy, odniosłem także ładny zysk, jak niegdyś Wenecjanie w podobnym wypadku. Nic rozumniejszego nie widzę na świecie, jak ciągnąć korzyść z cudzych niedorzeczności.

— Nie wiem, czy nie byłoby szlachetniejszą rozrywką leczyć ludzi z ich niedorzeczności.

— O ile ich znam, byłoby to próżnym usiłowaniem. Już i to niemała rzecz, gdy jeden człowiek ma się stać roztropny i bogaty, a staje się taki po większej części kosztem innych.

— Wpadł mi właśnie w ręce Młodzieniec na rozstajnych drogach43 — odrzekł Wilhelm, wyciągając jakiś zeszyt spomiędzy papierów. — To przecież ukończyłem, jakiekolwiek zresztą jest samo w sobie.

— Daj temu spokój, rzuć w ogień! — odparł Werner. — Sam pomysł bynajmniej nie jest wart pochwały; już dawniej dosyć gniewała mnie ta kompozycja i ściągnęła na ciebie niechęć ojca. Mogą to być bardzo zgrabne wiersze, ale wyobrażenia są z gruntu fałszywe. Przypominam sobie jeszcze twój upostaciowany handel, twoją wymuszoną, politowania godną Sybillę44. Musiałeś pewnie pochwycić ten obrazek w jakimś nędznym kramiku. O handlu nie miałeś wówczas pojęcia; nie wiem doprawdy, czyj duch mógłby być szerszy i powinien by być szerszy niż duch prawdziwego handlowca. Jakiegoż widoku dostarcza nam porządek, z jakim prowadzimy nasze interesy. Pozwala on nam w każdej chwili obejrzeć całość, chociaż nie potrzebujemy dać się uwikłać w szczegóły. Jakież korzyści zapewnia kupcowi podwójna księgowość! To jeden z najpiękniejszych wynalazków ducha ludzkiego i każdy dobry gospodarz powinien by zaprowadzić ją w swoich sprawach.

— Daruj mi — rzekł Wilhelm z uśmiechem — zaczynasz od formy, jakby ona była samą rzeczą; zazwyczaj jednak przy waszym dodawaniu i bilansowaniu zapominacie o istotnym sensie życia.

— Niestety, nie widzisz, mój przyjacielu, jak forma i rzecz stanowią tu jedno, jak jedna bez drugiej ostać się nie może. Porządek i jasność powiększają przyjemność oszczędzania i zarabiania. Człowiek źle prowadzący gospodarstwo czuje się bardzo dobrze w ciemności; nie chciałby rachować pozycji, które ciążą mu długiem. Przeciwnie, nic nie może być przyjemniejszego dla dobrego gospodarza, jak co dzień obliczać sumę swego rosnącego szczęścia. Nawet niepowodzenie, chociaż go mocno dotyka, nie jednak go przeraża, gdyż wie natychmiast, jakie osiągnięte korzyści może położyć na drugą szalę. Jestem przeświadczony, mój kochany przyjacielu, że gdybyś raz mógł nabrać prawdziwego smaku w naszych zajęciach, przekonałbyś się, że niektóre zdolności umysłu mogą i przy nich swobodnie się rozwijać.

— Być może podróż, którą mam przed sobą, naprowadzi mnie na inne myśli.

— O, z pewnością! Wierz mi, brak ci tylko widoku wielkiej działalności, ażebyś się na zawsze zrobił nasz; a kiedy powrócisz, chętnie się przyłączysz do tych, którzy wszystkimi sposobami spedycji i spekulacji potrafią ściągnąć ku sobie część pieniędzy i dobrobytu, jakie stanowią konieczny krwiobieg świata. Rzuć okiem na przyrodzone i sztuczne wytwory wszystkich części świata, zważ, jak one z kolei stały się nieodzowną potrzebą. Jaka to miła, pomysłowa troska, by znać wszystko, co w danej chwili bywa poszukiwane, a czego brakuje, co trudno dostępne, by każdemu, czego żąda, łatwo i prędko dostarczyć, przezornie robić zapasy i nasycać się zyskiem każdego momentu tej wielkiej cyrkulacji. Według mnie sprawiać to może wielką radość każdemu, kto ma głowę.

Wilhelm nie zdawał się zniechęcony, a Werner ciągnął dalej:

— Zwiedź tylko parę wielkich miast handlowych, parę portów, a z pewnością dasz się porwać. Kiedy zobaczysz, jak wielu ludzi jest zajętych, kiedy zobaczysz, skąd to i owo pochodzi, dokąd idzie, wówczas na pewno chętnie zobaczyłbyś, jak to idzie przez twoje ręce. Najdrobniejszy towar ujrzysz w związku z całym handlem i właśnie dlatego niczego nie będziesz uważał za drobiazg, że wszystko powiększa cyrkulację, która może cię wyżywić.

Werner, który wykształcił swój trafny rozsądek w towarzystwie Wilhelma, przywykł myśleć i o swoim zajęciu, o swoich interesach z pewną podniosłością duchową i zawsze sądził, że czyni to z większym prawem niż jego rozumny zresztą i ceniony przyjaciel, który przykładał tak wielką wartość i wagę całej swej duszy do rzeczy, jak mu się zdawało, najnierealniejszych w świecie. Nieraz myślał, że niepodobna, aby ten fałszywy entuzjazm nie mógł zostać przezwyciężony, a tak dobry człowiek sprowadzony na prawdziwą drogę.

W tej nadziei mówił dalej:

— Ziemię opanowali wielcy tego świata; żyją oni w blasku i zbytku. Najmniejsza nawet przestrzeń naszej części ziemi została już zajęta w posiadanie, a każde posiadanie utrwalone, urzędy i inne zawody państwowe mało przynoszą; gdzież jest teraz jeszcze sprawiedliwszy zarobek, stosowniejsza zdobycz nad handel? Jeżeli książęta tego świata wzięli w swoją moc rzeki, drogi, przystanie i ciągną gruby zysk z tego, co tamtędy przechodzi, to czyż nie powinniśmy pochwycić z radością sposobności i przez naszą działalność pobierać także cło od tych przedmiotów, które już to potrzeba, już to swawola uczyniła niezbędnymi dla ludzi? I mogę cię zapewnić, że gdybyś tylko chciał do tego użyć swej poetyckiej wyobraźni, mógłbyś śmiało przeciwstawić moją boginię, jako niepokonalną, zwyciężczynię twojej. Nosi ona co prawda chętniej różdżkę oliwną niż miecz, sztyletu i kajdan nie zna wcale, ale rozdaje także swoim ulubieńcom korony, które, mówiąc bez pogardy dla drugiej bogini, błyszczą od prawdziwego, wydobytego z kopalni, złota i od pereł, które za pośrednictwem swoich zawsze czynnych sług wydobywa z głębi morza.

Wyskok ten gniewał trochę Wilhelma, ale ukrył swoją drażliwość, gdyż przypomniał sobie, że i Werner zwykł był słuchać spokojnie jego apostrof. Zresztą był o tyle sprawiedliwy, żeby nie mieć za złe, kiedy każdy myślał jak najlepiej o swoim zajęciu; tylko trzeba było pozostawić niezganionym i jego zajęcie, któremu się namiętnie poświęcił.

— A dla ciebie — zawołał Werner — co bierzesz tak serdeczny udział w sprawach ludzkich, dla ciebie, cóż to będzie za widowisko, gdy zobaczysz, że szczęście towarzyszące odważnemu przedsięwzięciu w twoich oczach ludzi przeniknie! Cóż jest bardziej uroczego niż widok okrętu, który powraca ze szczęśliwej wyprawy i rychło przywozi bogaty połów. Nie tylko krewny, nie tylko znajomy lub współuczestnik, ale każdy obcy widz doznaje wzruszenia, gdy widzi radość, z jaką zamknięty na statku podróżny wyskakuje na ląd, zanim jeszcze dotknęła go łódka, jak znowu czuje się wolny i może oddać wiernej ziemi to, co wyrwał zmiennemu morzu. Nie w samych liczbach, mój przyjacielu, przedstawia nam się zysk; szczęście jest bóstwem żyjących ludzi, a żeby jego łaskę odczuć naprawdę, trzeba żyć i widzieć ludzi, którzy pracują bardzo żywotnie i używają bardzo rozumnie.

Rozdział jedenasty

Czas już, żebyśmy lepiej poznali także ojców dwu naszych przyjaciół: byli oni odmiennego sposobu myślenia, ale zgadzali się w tym przeświadczeniu, że uważali handel za najszlachetniejszy zawód i że obaj byli nadzwyczaj baczni na każdą korzyść, jaką mogła im przynieść dana transakcja.

Stary Meister zaraz po śmierci swego ojca bogaty zbiór obrazów, rysunków, miedziorytów i starożytności zmienił na pieniądze, dom gruntownie przebudował i umeblował według najnowszego smaku, a całą resztę majątku puścił w ruch na wszelki możliwy sposób. Znaczną część jego oddał na handel staremu Wernerowi, który słynął jako obrotny handlowiec i którego spekulacjom sprzyjało zazwyczaj szczęście. Niczego jednak stary Meister nie pragnął tak bardzo, jak tego, żeby synowi swojemu dać przymioty, jakich sam nie posiadał, i żeby dzieciom pozostawić bogactwa, do posiadania których przywiązywał największą wagę. Uczuwał on wprawdzie szczególniejszą skłonność do wystawności, do tego, co wpada w oczy, ale co zarazem powinno było mieć wewnętrzną wartość i trwałość. W jego domu wszystko musiało być trwałe i masywne, zapas obfity, srebrne naczynia ciężkie, zastawa stołowa kosztowna; natomiast goście byli rzadcy, gdyż każdy obiad stawał się ucztą, co zarówno z powodu kosztów, jak z powodu niedogodności nieczęsto się mogło powtarzać. Tryb życia domowego szedł spokojnym i jednostajnym krokiem, a wszystko, co się w nim poruszało i odnawiało, było właśnie tym, co nikomu nie dawało rozkoszy.

Wprost przeciwne życie prowadził Werner w ciemnym i ponurym domu. Gdy skończył swoje zajęcia w ciasnym gabinecie przy przedwiecznym pulpicie, pragnął dobrze zjeść, a jeszcze lepiej wypić; a dobrego nie mógł używać sam jeden; obok rodziny musiał zawsze przy stole widzieć swoich przyjaciół, wszystkich obcych, którzy mieli stosunki z jego domem; krzesła jego były stare jak świat, ale codziennie zapraszał kogoś, by na nich siedział. Dobre potrawy ściągały na siebie uwagę gości i nikt nie spostrzegał, że były podawane w pospolitych naczyniach. Jego piwnica nie mieściła wiele wina, ale wypite było zazwyczaj zastępowane lepszym.

Tak żyli dwaj ojcowie, często się schodząc, naradzając się względem wspólnych interesów, a dziś właśnie postanowili posłać Wilhelma w interesach handlowych.

— Niech się rozejrzy po świecie — rzekł stary Meister — a zarazem niech się zajmie naszymi sprawami w obcych stronach; nie można wyświadczyć większego dobrodziejstwa młodzieńcowi, jak kiedy go się zawczasu wtajemnicza w jego życiowe przeznaczenie. Pański syn wrócił ze swej wyprawy tak szczęśliwie, interesy swoje umiał tak dobrze załatwić, że jestem bardzo ciekaw, jak się mój popisze; lękam się, żeby nie wydał na frycowe45 więcej od pańskiego.

Stary Meister, który bardzo dużo rozumiał o swym synu i jego zdolnościach, powiedział te słowa w nadziei, że przyjaciel będzie mu zaprzeczał i roztrząsał wyborne przymioty młodzieńca. Omylił się co do tego; stary Werner, który w sprawach praktycznych nie dowierzał nikomu, póki go nie wypróbował, odparł spokojnie:

— Trzeba wszystkiego próbować; możemy go posłać w tę samą podróż, damy mu przepis, według którego ma się kierować; są różne długi do podjęcia, stare znajomości do odnowienia, nowe do zrobienia. Może też popchnąć spekulację, o której niedawno z panem rozmawiałem, gdyż bez zebrania na miejscu dokładnych wiadomości, mało co można w niej dokonać.

— Niech się przygotuje — odrzekł stary Meister — a jak można najrychlej, niech rusza. Skąd weźmiemy mu konia, który by się nadał do tej wyprawy?

— Nie będziemy daleko szukali. Jeden handlarz w H***, który jest nam winien jeszcze trochę, ale zresztą to dobry człowiek, ofiarował mi konia zamiast gotówki; mój syn go zna, ma to być zwierzę bardzo odpowiednie.

— Może sam po niego się udać; jeśli pojedzie pocztą, to pojutrze wcześnie będzie z powrotem; przygotuje mu się tymczasem worek podróżny i listy i tym sposobem z początkiem przyszłego tygodnia może wyruszyć.

Zawołano Wilhelma i oznajmiono mu o postanowieniu. Któż mógł być bardziej zadowolony od niego, gdy ujrzał w swym ręku środki do swego przedsięwzięcia, gdy bez jego przyczynienia się sposobność została mu przygotowana! Tak wielka była jego namiętność, tak czyste jego przekonanie, że działa z całą prawością, by usunąć się spod ucisku dotychczasowego życia i pójść nową, szlachetniejszą drogą, iż jego sumienie bynajmniej się nie zaniepokoiło, nie powstała w nim żadna troska, owszem, oszukaństwo to uważał raczej za święte. Był pewny, że potem rodzice i krewni będą go chwalić za ten krok i błogosławić; w tym zbiegu okoliczności uznał skinienie kierującego losu.

Jak długi wydawał mu się czas aż do nocy, aż do godziny, w której miał znowu zobaczyć swoją ukochaną. Siedział w swoim pokoju i obmyślał plan swojej podróży, jak to wytrawny złodziej albo czarownik w więzieniu wyciąga niekiedy nogi z kajdan mocno skutych, chcąc mieć w sobie przeświadczenie, że ocalenie jego jest możliwe, a nawet bliższe, niż sądzą krótkowzroczni stróże.

Na koniec wybiła godzina nocna; wyszedł z domu, otrząsnął się z wszelkiego ucisku i sunął po cichych ulicach. Na wielkim placu podniósł ręce ku niebu, czuł wszystko poza i pod sobą; uwolnił się od wszystkiego. Wyobrażał sobie, jak będzie w objęciach kochanki, potem wraz z nią na oślepiającej scenie teatralnej; upajał się pełnią nadziei i tylko niekiedy nawoływanie nocnego stróża przypominało mu, że jeszcze błądzi po tej ziemi.

Ukochana wyszła na schody, by go przywitać, jak piękna, jak miła! Przyjęła go w nowym białym negliżu; zdawało mu się, że nigdy jeszcze nie widział jej tak pięknej! Tak poświęciła podarunek nieobecnego kochanka w objęciach obecnego i z prawdziwą namiętnością wyszafowała całe bogactwo pieszczot, jakie jej dała natura i jakich nauczyła ją sztuka, na swego ukochanego; czyż trzebaż pytać, czy się czuł szczęśliwy, czy doznawał błogości?

Odkrył jej, co zaszło, i dał jej poznać w ogólnych zarysach swój plan, swoje życzenia; że chce się postarać o utrzymanie, że po nią wtedy przyjedzie, że spodziewa się, iż nie odmówi mu ręki. Jednak biedna dziewczyna milczała, ukryła łzy i przyciskała do piersi przyjaciela, który chociaż zamilknięcie wytłumaczył sobie jak najlepiej, pragnąłby przecież odpowiedzi, zwłaszcza że w końcu jak najskromniej, jak najprzyjaźniej zapytał ją, czy powinien już uważać się za ojca. Ale i na to odpowiedziała tylko westchnieniem, pocałunkiem.

Rozdział dwunasty

Nazajutrz Marianna obudziła się jedynie ku nowemu zasmuceniu; uczuła się bardzo osamotniona, nie chciała widzieć dnia, pozostała w łóżku i płakała. Stara usiadła przy niej, starała się jej wyperswadować, pocieszyć, ale nie udało się jej tak rychło uleczyć zranionego serca. Przy tym zbliżała się chwila, którą biedne dziewczę wyobrażało sobie jako ostatnią w swym życiu. Ukochany oddalał się, niedogodny kochanek zagrażał swym przybyciem, a największe nieszczęście było w pogotowiu, jeżeliby się obaj spotkali, co było bardzo możliwe.

— Uspokój się, moja duszko — zawołała stara — nie wypłakuj mi swoich pięknych oczu! Czyż to tak wielka niedola posiadać dwu kochanków? A jeśli nawet tylko jednemu możesz ofiarować swą czułość, to bądź przynajmniej wdzięczna drugiemu, który ze względu na sposób, w jaki dba o ciebie, może się niewątpliwie nazwać twoim przyjacielem.

— Przeczuwał mój ukochany — odrzekła na to ze łzami Marianna — że nas czeka rozłączenie; sen mu odkrył, co się staramy ukryć przed nim tak troskliwie. Spał tak spokojnie przy moim boku. Naraz słyszę, jak wydaje trwożne, niezrozumiałe dźwięki. Strach mnie zdejmuje, budzę go! Ach z jakąż miłością, jak czule, jak ogniście mnie uściskał! „O Marianno — zawołał — z jakże strasznego stanu mnie wyrwałaś! Jak ci podziękować, żeś mnie z tego piekła wyswobodziła? Śniło mi się — mówił dalej — że oddalony od ciebie, znajduję się w jakiejś nieznanej okolicy, ale obraz twój unosił się przede mną; widziałem cię na pięknym pagórku, słońce oświetlało całą przestrzeń; jakże zachwycająco mi się przedstawiłaś! Ale po niedługim czasie ujrzałem twój obraz coraz bardziej obsuwający się w dół; wyciągnąłem ramiona ku tobie, nie dosięgły z powodu oddalenia. Obraz twój opadał ciągle i zbliżył się do wielkiego jeziora, rozciągającego się szeroko u stóp pagórka, raczej do bagna niż do jeziora. Naraz jakiś mężczyzna podał ci rękę; zdawało się, że chce cię wydobyć, ale uprowadzał cię na bok, pociągając ku sobie. Nie mogąc cię dosięgnąć, krzyknąłem; miałem nadzieję, że cię ostrzegę. Gdym chciał iść, zdawało mi się, że ziemia mnie przytrzymuje; gdym mógł iść, nie pozwalała mi woda, a nawet mój krzyk oniemiał w ściśniętej piersi”. Tak opowiadał biedak, przychodząc do siebie z przerażenia na moim łonie i szczęśliwym się głosząc, iż sen straszliwy widział usunięty przez najmilszą rzeczywistość.

Stara, o ile tylko mogła, usiłowała swoją prozą zwabić poezję swojej przyjaciółki do dziedziny życia powszedniego i posługiwała się w tej mierze dobrym środkiem, jaki zazwyczaj udaje się ptasznikom, gdy za pomocą piszczałki starają się naśladować dźwięki tych, których pragną widzieć rychło i często w swojej sieci. Chwaliła Wilhelma, wysławiała jego postać, jego oczy, jego miłość. Biedna dziewczyna przysłuchiwała się jej chętnie, wstała, kazała się ubrać i wydawała się spokojniejsza.

— Moje dziecko, moja duszko — ciągnęła dalej stara słodko — nie chcę cię zasmucać ani obrażać, nie myślę ci odbierać twego szczęścia. Czyż możesz nie rozumieć mego zamiaru i czyś zapomniała, że ja zawsze bardziej dbałam o ciebie niż o siebie? Powiedz mi tylko, czego chcesz; zobaczymy, jak to wykonać.

— Czego ja mogę chcieć? — odparła Marianna — jestem nędzna, nędzna na całe życie; kocham tego, który mnie kocha, widzę, że muszę się z nim rozstać i nie wiem, jak będę mogła to przeżyć. Norberg przybywa, a jemu zawdzięczamy całe swe istnienie, bez niego nie możemy się obejść. Wilhelm jest wielce spętany; niczego nie może dla mnie uczynić.

— Tak, niestety, należy on do liczby tych kochanków, którzy przynoszą tylko swoje serce, a ci właśnie miewają największe pretensje.

— Nie szydź! Nieszczęśliwy zamyśla opuścić dom, pójść do teatru, ofiarować mi swą rękę.

— Pustych rąk mamy już cztery.

— Nie mam wyboru — mówiła dalej Marianna — ty rozstrzygaj! Pchnij mnie w jedną lub drugą stronę, tylko pamiętaj jedno jeszcze: prawdopodobnie noszę w łonie zakład, który miał czas przywiązać do siebie jeszcze ściślej; pomyśl o tym i rozstrzygnij, kogo mam opuścić, a za kim pójść?

Po niejakiej chwili milczenia stara zawołała:

— Że też to młodzież zawsze się chwieje między ostatecznościami! Dla mnie nie ma nic naturalniejszego jak zjednoczyć wszystko, co nam przynosi zadowolenie i korzyść. Kochasz jednego, niech płaci drugi; idzie tylko o to, ażebyśmy mieli dość sprytu, by trzymać ich obu oddzielnie.

— Rób, co chcesz; o niczym myśleć nie mogę, ale pójdę za tobą.

— Mamy tę dogodność, że możemy się zasłaniać kaprysem dyrektora, który jest dumny z obyczajów swej trupy. Obaj kochankowie są już przyzwyczajeni brać się do rzeczy potajemnie i ostrożnie. Co do godziny i sposobności ja już będę o to dbać; tylko musisz już grać taką rolę, jaką ci przepiszę. Kto wie, jaka okoliczność nam pomoże. Żeby tylko Norberg przybył teraz, gdy Wilhelm oddalony! Któż ci broni w objęciach jednego myśleć o drugim? Życzę ci szczęścia dla syna; powinien mieć bogatego ojca.

Marianna tylko na krótko uspokoiła się tymi wizjami. Nie mogła swego stanu harmonijnie pogodzić ze swym uczuciem, ze swym przekonaniem; pragnęła zapomnieć o tych bolesnych stosunkach, a tysiące drobnych okoliczności przypominało je co chwila.

Rozdział trzynasty

Wilhelm tymczasem odbył swą niedaleką podróż, a ponieważ nie zastał swego przyjaciela handlowego w domu, oddał list polecający nieobecnego małżonce. Ale żona mogła dać niewiele objaśnień na jego pytania; była ogromnie wzburzona, a cały dom w wielkim zamieszaniu.

Niebawem wszelako zwierzyła mu się (nie można było zresztą tego ukryć), że jej pasierbica uciekła z aktorem, z człowiekiem, który niedawno temu oddzielił się od małej trupy, osiadł w tej miejscowości i dawał lekcje francuskiego. Ojciec, nie posiadając się z bólu i zmartwienia, poleciał do urzędu, aby kazać gonić zbiegłych. Ganiła córkę surowo, zohydzała kochanka, tak że na obojgu nie pozostało nic godnego pochwały, wielomównie skarżyła się na wstyd, jaki przez to spadł na rodzinę, i wprowadziła Wilhelma w niemałe zmieszanie, który poczuł, że już teraz on sam i jego tajemne przedsięwzięcie zostały zganione i ukarane jakby proroczym duchem przez tę Sybillę. Ale musiał wziąć jeszcze silniejszy i głębszy udział w cierpieniach ojca, który wróciwszy z urzędu, w cichym smutku i półsłówkami opowiedział żonie o swej wyprawie i nie mógł ukryć roztargnienia i skłopotania, gdy zajrzawszy do listu, kazał Wilhelmowi przyprowadzić konia.

Wilhelm zamierzał natychmiast wsiąść na koń i oddalić się z domu, w którym wśród danych okoliczności w żaden sposób nie mogło być dobrze; ale poczciwy człowiek nie chciał puścić od siebie syna domu, któremu tyle był winien, nie ugościwszy go i nie zatrzymawszy choć na jedną noc pod swoim dachem.

Przyjaciel nasz połknął smutną wieczerzę, przetrwał niespokojną noc i wczesnym rankiem czym prędzej pośpieszył rozstać się z ludźmi, którzy nie wiedząc o tym, udręczyli go najdotkliwiej swymi opowiadaniami i orzeczeniami.

Jechał z wolna drogą, zatopiony w myślach, gdy wtem ujrzał nadchodzącą przez pole pewną liczbę uzbrojonych ludzi, których po długich, szerokich mundurach, po wielkich wyłogach, nieforemnych kapeluszach i lichych strzelbach, po niedbałym chodzie i wygodnym trzymaniu się poznał natychmiast jako oddział milicji krajowej. Pod starym dębem zatrzymali się, poskładali swoje fuzje i rozłożyli się wygodnie obozem na murawie, by wypalić fajki. Wilhelm zabawił się przy nich i wszedł w rozmowę z młodzieńcem, który nadjechał konno. Niestety, musiał raz jeszcze wysłuchać historii dwojga zbiegłych, znanej mu aż nadto dobrze, i to z takimi uwagami, które ani dla młodej pary, ani rodziców nie były zbyt przyjazne. Dowiedział się zarazem, że przyszli tu po to, by naprawdę schwytać młodych ludzi, którzy zostali dopędzeni i zatrzymani w sąsiednim miasteczku. Po niejakim czasie ujrzał z dala przybywający wóz, otoczony raczej śmiesznie niż straszliwie przez straż miejską. Niezgrabny pisarz miejski jechał naprzód i na granicy wymieniał grzeczności z aktuariuszem46 drugiej strony (tym młodzieńcem, z którym Wilhelm rozmawiał), z wielką sumiennością i cudacznymi minami, jak to chyba robi duch i czarodziej, jeden z wewnątrz, drugi z zewnątrz koła, przy niebezpiecznych operacjach nocnych.

Tymczasem uwaga widzów zwrócona była na chłopski wóz, spoglądano nie bez współczucia na biednych zbłąkanych, którzy siedzieli obok siebie na dwu wiązkach słomy, patrzyli na siebie czule i zdawali się zaledwie spostrzegać otaczających. Przypadkowo musiano wieźć ich od ostatniej wsi dalej w tak niestosowny sposób, gdyż zepsuł się stary powóz, którym transportowano kobietę. Wyprosiła sobie przy tej sposobności towarzystwo swego przyjaciela, któremu, w przekonaniu, że złapano go na kryminalnym występku, do tej pory kazano w kajdanach iść obok. Kajdany zapewne niemało się przyczyniły do uczynienia bardziej interesującym widoku tej czułej grupy, zwłaszcza że młodzieniec nadawał jej ruch z wielką przyzwoitością, całując raz po raz ręce swej ukochanej:

— Jesteśmy bardzo nieszczęśliwi! — zawołała do otaczających — ale nie tak winni, jak się może wydawać. Tak nagradzają okrutni ludzie wierną miłość, a rodzice, zaniedbujący całkowicie szczęście swych dzieci, wyrywają je natarczywie z objęć radości, która opanowała ich po długich, posępnych dniach!

Gdy otaczający w różny sposób dawali poznać swoje współczucie, sądy ukończyły swe ceremonie; wóz potoczył się dalej, a Wilhelm, który w losie zakochanych brał wielki udział, wyprzedził go ścieżką, by się poznajomić z amtmanem47, zanim nadejdzie orszak. Zaledwie jednak stanął przy budynku urzędu, gdzie wszystko było w ruchu i gotowe na przyjęcie zbiegów, gdy dogonił go aktuariusz i szczegółowym opowiadaniem, jak się co stało, a zwłaszcza obszerną pochwałą swego konia, którego dopiero wczoraj wymienił u Żyda, przeszkodził wszelkiej innej rozmowie.

Już wysadzono nieszczęśliwą parę przy ogrodzie, połączonym małą furtką z domem urzędowym, i wprowadzono ją w milczeniu. Aktuariusz przyjął od Wilhelma szczerą pochwałę za to delikatne postępowanie, chociaż on właściwie chciał przez to podrażnić się ze zgromadzoną przed urzędem ludnością i pozbawić ją miłego widowiska upokorzonej współobywatelki. Urzędnik, który nie był szczególnym miłośnikiem takich nadzwyczajnych wypadków, gdyż popełniał przy tym taką czy inną omyłkę i za najlepszą wolę zwykle wynagradzany bywał szorstką wymówką od rządu książęcego, ciężkimi krokami poszedł do izby sądowej, dokąd towarzyszyli mu aktuariusz, Wilhelm i kilku poważnych obywateli.

Wprowadzono naprzód kobietę, która weszła skromnie, spokojnie i z pewnością siebie. Sposób, w jaki była ubrana i jak się w ogóle zachowywała, pokazywał, że to dziewczyna, która zna swoją wartość. Niepytana, zaczęła sama nie bez zręczności mówić o swoim położeniu.

Aktuariusz nakazał jej milczenie i trzymał pióro nad złożoną kartką. Amtman zrobił minę, spojrzał na niego, odchrząknął i zapytał biedne dziecko, jak się nazywa i ile ma lat.

— Proszę pana — odrzekła — dziwne to dla mnie, że pan pytasz o moje nazwisko i mój wiek, kiedy pan wiesz bardzo dobrze, jak się nazywam i że tyle mam lat, co pański najstarszy syn. Co pan chcesz wiedzieć ode mnie i co wiedzieć powinieneś, powiem chętnie bez ogródek. Od czasu drugiego ożenienia się mego ojca nie najlepiej dzieje mi się w domu. Mogłabym była zrobić piękne partie, gdyby macocha, bojąc się wyprawy, nie potrafiła ich udaremnić. Otóż poznałam młodego Melinę, musiałam go pokochać, a że przewidywaliśmy przeszkody, jakie by stanęły na drodze naszemu połączeniu, zdecydowaliśmy się szukać wspólnie na szerokim świecie szczęścia, którego, jak się zdawało, w domu znaleźć byśmy nie mogli. Nic ze sobą nie wzięłam prócz tego, co było moje własne; nie uciekliśmy jak złodzieje i rozbójnicy, a mój ukochany nie zasługuje na to, by go wleczono w kajdanach i łańcuchach. Książę jest sprawiedliwy, nie pochwali tej surowości. Jeżeli ma dosięgnąć nas kara, to nie w ten sposób.

Stary urzędnik popadał wskutek tej sprawy w podwójne i potrójne zakłopotanie. Najmiłościwsze wymówki brzęczały mu już wokół głowy, a płynna mowa dziewczyny całkiem mu popsuła plan protokołu. Zło stało się jeszcze większe, gdy przy nakazanych przez ustawę powtórnych pytaniach nie chciała się zapuszczać dalej, tylko powoływała się stale na to, co już powiedziała.

— Nie jestem występna — rzekła. — Przywieziono mnie tutaj ohydnie na wiązkach słomy; jest wyższa sprawiedliwość, która nam cześć przywróci.

Aktuariusz tymczasem zapisywał ciągle jej słowa i szepnął amtmanowi, żeby szedł dalej, a formalny protokół można będzie ułożyć później.

Stary nabrał znowu odwagi i suchymi słowami i w tradycyjnie oschłych formach zaczął się wywiadywać o słodkie tajemnice miłości.

Wilhelmowi krew rzuciła się do twarzy, a policzki zgrabnej grzesznicy również ożywiły się uroczą barwą wstydliwości. Zamilkła i zatrzymała się, aż wreszcie samo zakłopotanie zdało się zwiększać jej odwagę.

— Bądź pan pewien — zawołała — że miałabym dosyć siły wyznać prawdę, nawet gdybym musiała mówić przeciwko sobie samej; mam teraz zwlekać i jąkać się, gdy przynosi mi zaszczyt? Tak jest, od chwili, gdy byłam pewna jego skłonności i wierności, uważałam go za małżonka; chętnie zezwoliłam mu na wszystko, czego wymaga miłość i czego przekonane serce odmówić nie może. Zrób pan teraz ze mną, co pan zechcesz. Jeżeli na chwilę zawahałam się z wyznaniem, przyczyną tego była obawa, żeby moje zeznanie nie miało złych następstw dla mego ukochanego.

Słuchając jej zeznania, Wilhelm powziął wysokie wyobrażenie o sposobie myślenia dziewczyny, gdy tymczasem sędziowie uznali ją za bezczelną dziewkę, a obecni obywatele dziękowali Bogu, że takie wypadki w ich rodzinach albo się nie zdarzyły albo nie wyszły na jaw.

Wilhelm w tej chwili przeniósł w myślach swoją Mariannę przed krzesło sędziowskie, włożył jej w usta jeszcze piękniejsze słowa, uczynił jej szczerość jeszcze serdeczniejszą, a jej wyznanie jeszcze szlachetniejszym. Opanowało go gwałtowne pragnienie dopomożenia kochankom. Nie ukrywał go i po cichu prosił wahającego się amtmana, żeby położył koniec tej sprawie, bo wszystko jest już możliwie jasne i nie wymaga dalszego badania.

Pomogło to tyle, że kazano dziewczynie ustąpić, a po zdjęciu mu kajdan przed drzwiami wprowadzić młodzieńca. Ten, zdawało się, więcej się zastanawiał nad swym losem. Jego odpowiedzi były stateczniejsze, a chociaż z jednej strony okazał mniej bohaterskiej otwartości, to z drugiej strony odznaczał się konkretnością i uporządkowaniem swoich twierdzeń.

Gdy się skończyło i to przesłuchanie, które się we wszystkim zgadzało z poprzednim, tylko że dla oszczędzenia wstydu dziewczęciu uporczywie zaprzeczał temu, co już sama wyznała, kazano się jej stawić powtórnie. A powstała wówczas między obojgiem scena całkowicie zjednała im serce naszego przyjaciela.

Co się zazwyczaj zdarza tylko w romansach i komediach, to ujrzał na własne oczy tu, w tej niemiłej izbie sądowej — walkę dwu wspaniałomyślności, siłę miłości w nieszczęściu.

— Jestże to więc prawdą — mówił sam do siebie — że skromna czułość, kryjąca się przed okiem słońca i ludzi i śmiejąca rozkoszować się tylko w odosobnionej samotności, w głębokiej tajemnicy, jeżeli wrogim przypadkiem wydobyta zostanie na jaw, to wówczas okazuje się mężniejsza, silniejsza, dzielniejsza niż inne szumne i przechwalające się namiętności?

Na jego pociechę cała sprawa zakończyła się dosyć prędko. Wzięto ich oboje do znośnego miejsca odosobnienia; a gdyby to było możliwe, toby Wilhelm jeszcze tego wieczora był odwiózł pannę do jej rodziców. Postanowił bowiem sobie mocno stać się tu pośrednikiem i ułatwić kochankom szczęśliwe i przyzwoite połączenie.

Prosił amtmana o pozwolenie pomówienia z Meliną na osobności, co mu też bez trudu udzielono.

Rozdział czternasty

Rozmowa dwu nowych znajomych stała się bardzo rychło poufną i ożywioną. Gdy bowiem Wilhelm dał poznać przybitemu młodzieńcowi swój stosunek do rodziców panny, gdy się ofiarował na pośrednika i sam żywił najlepsze nadzieje, smutny i troskami przygnieciony umysł uwięzionego rozweselił się, czuł się już oswobodzony, pogodzony ze swymi teściami, a rozmowa przeszła na przyszły zarobek i utrzymanie.

— Z tym przecie nie będziesz pan miał kłopotu — rzekł Wilhelm — gdyż wydajesz mi się obustronnie przeznaczony od natury na to, by w stanie, któryś pan sobie wybrał, znaleźć szczęście. Miła postać, dźwięczny głos, uczuciowe serce! Czyż aktorzy mogą być lepiej wyposażeni? Jeżeli zdołam usłużyć panu moimi poleceniami, sprawi mi to wielką radość.

— Dziękuję panu z serca — odparł Melina — ale chyba nie mógłbym zrobić z nich użytku, gdyż nie myślę, jeśli tylko będzie można, wracać do teatru.

— To źle pan robisz — rzekł Wilhelm po niejakim przestanku, w czasie którego ochłonął ze zdziwienia, sądził bowiem, że aktor, gdy tylko wyjdzie na wolność wraz z kochanką, zaraz podąży do teatru. Wydawało mu się to tak naturalne i konieczne jak to, że żaba szuka wody. Nie wątpił o tym ani na chwilę i ku swemu zdziwieniu usłyszał coś wprost przeciwnego.

— Tak jest — odrzekł rozmówca — postanowiłem sobie nie wracać do teatru, a raczej przyjąć jakąś służbę w mieście, jakakolwiek by była, jeżeli tylko potrafię ją dostać.

— To dziwaczne postanowienie, którego nie mogę pochwalić, gdyż nigdy nie jest dobrą rzeczą bez szczególnego powodu zmieniać sposób życia, jakiego się już chwyciliśmy; a prócz tego nie znam stanu, który by dostarczał tylu przyjemności, tyle powabnych widoków, co stan aktorski.

— Widać z tego, żeś w nim pan nie był — odparł tamten.

Na to odrzekł Wilhelm:

— Proszę pana, jak rzadki jest człowiek zadowolony z położenia, w którym się znajduje! Życzy sobie ciągle być na miejscu swego bliźniego, z którego tenże również wyrwać by się pragnął.

— W każdym razie — odparł Melina — pozostaje różnica między złym a gorszym; doświadczenie, a nie niecierpliwość każe mi tak działać. Czyż jest w świecie jakiś kawałek chleba nędzniejszy i trudniejszy do zdobycia? Prawie można powiedzieć, że jest to to samo, co żebrać pod drzwiami. Ileż trzeba wycierpieć zawiści współtowarzyszy, stronniczości dyrektora, zmiennego usposobienia widzów? Doprawdy, należy mieć skórę jak niedźwiedź, którego w towarzystwie małp i psów oprowadzają na łańcuchu i okładają kijami, by tańcował przy dźwięku kobzy przed dziećmi i motłochem.

Wilhelm miał w myśli różne uwagi, których jednak nie chciał wprost wypowiedzieć poczciwemu człowiekowi. Z daleka więc tylko krążył około niego w rozmowie. Tym szczerzej i obszerniej wywnętrzał się tamten.

— Trzebaż na to nędzy — mówił on — żeby dyrektor padał do nóg każdemu rajcy miejskiemu, byle tylko otrzymać pozwolenie puszczenia w obieg w pewnym miejscu kilku groszy więcej przez cztery tygodnie podczas jarmarku. Częstokroć litowałem się nad naszym dyrektorem, który był zresztą dobrym człowiekiem, chociaż mi kiedy indziej bywał powodem do niezadowolenia. Dobry aktor podwyższa mu cenę, od złych nie może się odczepić; a kiedy zechce do pewnego stopnia zrównać dochód z rozchodem, publiczność już się znudziła, teatr stoi pustkami i trzeba ze stratą i zmartwieniem grać, byle tylko nie zginąć. Nie, łaskawy panie! Ponieważ pan chcesz, jak powiadasz, zająć się nami, to proszę pana, mów pan z rodzicami mojej ukochanej jak najpoważniej! Niech mi się o coś tutaj wystarają, niech mi dadzą jakiś mały urząd pisarza czy poborcy, a będę się uważał za szczęśliwego.

Zamieniwszy jeszcze kilka słów, Wilhelm odrzekł, przyrzekając, że nazajutrz jak najwcześniej uda się do rodziców i zobaczy, co będzie mógł zrobić.

Zaledwie sam został, musiał sobie ulżyć, wykrzykując:

— Nieszczęśliwy Melino, nie w twoim stanie, ale w tobie leży zło, którego nie możesz opanować! Jakiż człowiek w świecie, który by bez wewnętrznego powołania chwycił się rzemiosła, sztuki lub innego sposobu życia, nie musiałby uważać tak jak ty położenia swego za nieznośne? Kto się urodził z talentem do jakiegoś działania, ten znajduje w nim najpiękniejsze istnienie! Nie ma na ziemi nic bez uciążliwości! Tylko wewnętrzny popęd, ochota, miłość pomagają nam w przezwyciężaniu przeszkód, w torowaniu dróg i wydobywają nas z ciasnego kółka, w którym inni nędznie się kołaczą. Dla ciebie deski są tylko deskami, a role tym, czym dla ucznia zadane lekcje. Na widzów patrzysz tak, jak oni sami patrzą na siebie w dni robocze. Dla ciebie tedy wszystko jedno byłoby zapewne, czy siedzieć za biurkiem nad liniowanymi księgami, czy pobierać podatki i resztę wydawać. Ty nie czujesz jednolitej, w sobie zgodnej całości, którą duch tylko może odnaleźć, pojąć i przedstawić; ty nie czujesz, że w ludziach tli się lepsza iskra, która nie dostając pożywienia, nie będąc rozdmuchiwana, bywa przykrywana popiołem codziennych potrzeb i obojętności, a jednak jakże późno, a prawie nigdy nie zduszona. Ty nie czujesz siły w swej duszy, by ją rozognić, a w swym sercu bogactwa, aby rozbudzonej dać pożywienie. Głód cię popycha, niedogodności są ci wstrętne, a tajemnicą jest dla ciebie, że w każdym stanie czekają cię wrogowie, których pokonać można wesołością tylko i pogodą umysłu. Dobrze robisz, wzdychając do owych granic pospolitej posady, bo jakżebyś spełnił to, co wymaga ducha i dzielności! Daj żołnierzowi, mężowi stanu, duchownemu twój sposób myślenia, a z równą słusznością będzie się mógł użalać na nędzę swego stanowiska. A czyż nie było ludzi, tak dalece pozbawionych wszelkiego poczucia życia, że cały byt i istotę śmiertelnych ogłosili niczym, istnieniem pełnym zmartwień, równającym się kurzowi na drodze? Gdyby w twojej duszy ruszały się żywotnie postacie działających ludzi, gdyby pierś twoją ogrzewał ogień współczucia, gdyby w całej postawie twojej odbijało się usposobienie pochodzące z głębi, gdyby dźwięki twej krtani, słowa twych ust miłe były do słuchania, gdybyś był zadowolony sam z siebie, byłbyś sobie z pewnością miejsce wyszukał i sposobność, by móc czuć siebie w innych.

Wśród takich słów i myśli przyjaciel nasz rozebrał się i położył do łóżka z uczuciem najgłębszego zadowolenia. W jego duszy rozwinął się cały romans, co by to on zrobił nazajutrz na miejscu niegodnego, przyjemne fantazje przeprowadziły go łagodnie do państwa snu i oddały go tam swym braciom, sennym marzeniom, którzy go przyjęli otwartymi rękoma i otoczyli spoczywającą głowę naszego przyjaciela obrazami niebios.

Znów się obudził wczesnym rankiem i rozmyślał nad czekającymi go układami. Powrócił do domu opuszczonych rodziców, gdzie przyjęto go ze zdziwieniem. Skromnie przedstawił swoje przełożenie i niebawem znalazł i więcej, i mniej trudności, niż przypuszczał. Stało się; a chociaż nadzwyczaj surowi i twardzi ludzie pospolicie występują gwałtownie przeciw temu, co minęło i zmienić się nie może, i tym sposobem tylko powiększają zło, to przecież na umysł większości to, co się stało, działa z nieprzemożoną siłą, a to, co się wydawało niemożliwe, zajmuje miejsce obok powszedniości, natychmiast, jak tylko się stanie. Wkrótce tedy ułożono, że pan Melina ma zaślubić córkę, ale ona z powodu swego postępowania nie może dostać posagu i ma obiecać, że zostawi jeszcze testament ciotki na kilka lat w ręku ojca, dostając za to mały procent. Drugi punkt, dotyczący urzędu w mieście, napotkał już większe trudności. Nie chciano mieć przed oczyma niegodnego dziecka, nie chciano, żeby związek tułającego się człeka z tak poważaną rodziną, która spokrewniona była nawet z superintendentem, nie był przedmiotem ustawicznych przekąsów wskutek jego obecności; nie spodziewano się również, aby kolegia książęce powierzyły mu jakąś posadę. Oboje rodzice byli temu jednakowo przeciwni, a Wilhelm, przemawiający za tym bardzo gorąco, ponieważ nie życzył powrotu do teatru człowiekowi, którego lekceważył, i będąc przekonanym, że nie wart takiego szczęścia, wszystkimi swymi argumentami nic nie mógł wskórać. Gdyby znał był tajne sprężyny, to nie zadawałby sobie nawet trudu przekonywania rodziców. Ojciec bowiem, który chętnie by zatrzymał córkę przy sobie, nienawidził młodzieńca, gdyż jego żona sama na niego miała ochotę, a ona nie mogła znieść obok siebie szczęśliwszej rywalki w swej pasierbicy.

Tak to po kilku dniach wbrew swej woli Melina musiał odjechać, by znaleźć miejsce w jakiejś trupie wraz ze swą młodą narzeczoną, która okazywała większą od niego chęć, by obejrzeć świat i dać się światu oglądać.

Rozdział piętnasty

Szczęśliwa młodość! Szczęśliwe czasy pierwszej potrzeby miłości! Człowiek jest wówczas jak dziecko, które całymi godzinami bawi się echem, samo ponosząc koszta mówienia i bardzo zadowolone z rozmowy, kiedy niewidzialny współrozmówca powtarza tylko ostatnie zgłoski wygłaszanych wyrazów.

Taki był Wilhelm w pierwszych, a zwłaszcza w późniejszych czasach swej namiętności do Marianny, gdy przeniósł na nią całe bogactwo swego uczucia i uważał się przy tym za żebraka, żyjącego z jej jałmużny. A jak wydaje nam się okolica bardziej urocza, owszem, jedynie urocza wtedy, gdy jest oświetlona przez słońce, tak w jego oczach wszystko było piękniejsze i wspanialsze, co ją otaczało, czego ona dotykała.

Ileż razy stał w teatrze za kulisami, na co sobie wyprosił przywilej od dyrektora! Znikało wprawdzie wówczas czarodziejstwo perspektywy, ale za to zaczynały działać potężniejsze czary miłości. Całymi godzinami mógł stać przy brudnym aparacie oświetlającym, wciągać zaduch lamp łojowych, wyglądać ku ukochanej, a kiedy weszła na powrót i mile nań spojrzała, zatapiać się w błogości i czuć się przeniesionym w rajski stan tuż obok szkieletu belek i łat. Wypchane baranki, wodospady z kitajki, tekturowe krzaki róży i jednoboczne chaty wzbudzały w nim przyjemne wyobrażenie prastarego świata pasterskiego. Nawet tancerki, brzydkie z bliska, nie zawsze mu były wstrętne, ponieważ stały na tej samej desce co jego wielce ukochana. Tak to jest pewne, że miłość, która musi ożywiać dopiero altanki z róż, gaiki mirtowe i blask księżyca, może nadać pozór ożywionej przyrody nawet wiórom i skrawkom papieru. Jest ona tak silną przyprawą, że nawet mdłą i wstrętną polewkę czyni smaczną.

Takiej przyprawy potrzeba było zaiste, aby uczynić znośnym, a potem nawet przyjemnym ów stan, w jakim zazwyczaj zastawał jej pokój, a niekiedy i ją samą.

Dla wychowanego w wytwornym domu mieszczańskim porządek i czystość były żywiołem, którym oddychał, a że odziedziczył po ojcu jego zamiłowanie do wystawności, umiał w latach chłopięcych wspaniale urządzić swój pokój, który uważał za swe małe królestwo. Firanki przy łóżku układały się w wielkich fałdach i przymocowane były wisiorami, jak zwykło się wyobrażać trony, wystarał się o kobierzec na środek pokoju i o piękniejszy stół; swoje książki i narzędzia kładł i stawiał prawie mechanicznie tak, że jakiś malarz holenderski mógłby wziąć stamtąd dobre grupy do obrazu życia codziennego. Białą czapeczkę układał sobie jak turban, a rękawy szlafroka kazał krótko przyciąć na wzór stroju wschodniego. Za powód dawał to, że długie i szerokie rękawy przeszkadzały mu w pisaniu. Jeżeli wieczorem był sam i nie potrzebował się obawiać, żeby mu przeszkodzono, nosił zazwyczaj jedwabną szarfę, a niekiedy podobno za pas wkładał sztylet, który wziął ze starej zbrojowni, i tak przydzielonych mu ról tragicznych uczył się na pamięć i robił z nimi próby, co więcej, w tej samej myśli odmawiał, klęcząc na kobiercu, swój pacierz.

Jakże wychwalał w dawniejszych czasach szczęście aktora, którego widział w posiadaniu tylu majestatycznych ubiorów, zbroi i broni i w ciągłym wprawianiu się w szlachetną postawę, którego duch zdawał się przedstawiać zwierciadło najwspanialszych i najwytworniejszych rzeczy, jakie świat wytworzył w stosunkach, sposobach myślenia i namiętnościach. Podobnie wyobrażał sobie Wilhelm życie domowe aktora jako szereg podniosłych czynności i zajęć, których ostatecznym kresem było wystąpienie w teatrze; tak jak srebro, które długo było obracane w oczyszczającym ogniu, w końcu piękne co do koloru ukazuje się oczom robotnika i daje mu zarazem do poznania, że metal uwolniony już został od wszelkich obcych przymieszek.

Jakże się tedy zdziwił z początku, gdy znalazł się u swej ukochanej i spoza otaczającej go mgły szczęścia spojrzał na stoły, krzesła i podłogę. Szczątki chwilowego, lekkiego i fałszywego stroju leżały pomieszane z sobą w dzikim nieporządku jak błyszcząca powłoka oskrobanej ryby. Narzędzia higieny ludzkiej, jak grzebienie, mydło, ręczniki i pomada wraz ze śladami swego przeznaczenia, również nie były pochowane. Nuty, teksty i trzewiki, bielizna i włoskie kwiaty, pudełka, szpilki do włosów, pojemniki ze szminkami i wstęgi, książki i słomiane kapelusze — nic nie gardziło towarzystwem drugiego, wszystko było zjednoczone przez wspólny żywioł, puder i kurz. Ponieważ jednak Wilhelm w obecności kochanki mało zwracał uwagę na co innego, a raczej ponieważ wszystko, co do niej należało, co jej dotyczyło, musiało mu stać się drogie, w końcu dostrzegł w tym zagmatwanym gospodarstwie powab, jakiego nigdy nie odczuł w swoim wytwornym okazałym porządku. Doznawał takiego wrażenia, kiedy tu zdjął jej sznurówkę, by podejść do pianina, ówdzie położył na łóżko jej suknie, aby móc usiąść, kiedy ona sama z niezakłopotaną szczerością nie starała się ukryć przed nim niejednej rzeczy naturalnej, którą się kiedy indziej przed obcym chowa dla przyzwoitości, doświadczał, powiadam, takiego wrażenia, jakby z każdą chwilą coraz bardziej się do niej zbliżał, jakby niewidzialne więzy umacniały wspólnotę między nimi.

Nie tak łatwo mógł pogodzić ze swymi pojęciami postępowanie innych aktorów, których zastawał u niej czasami przy swych pierwszych odwiedzinach. Ruchliwi w próżnowaniu zdawali się najmniej myśleć o swoim powołaniu i celu; nigdy nie słyszał, żeby rozmawiali o poetyckiej wartości sztuki i wydawali sąd o niej, słuszny czy niesłuszny; zawsze tylko pytano: „Co da ta sztuka? Czy będzie przyciągać? Jak długo będzie grana? Jak często może być wystawiana?” Tego rodzaju były wszystkie inne pytania i uwagi. Potem zazwyczaj narzekano na dyrektora, że daje gażę za skąpą, a zwłaszcza że jest niesprawiedliwy względem tego lub owego, potem na publiczność, że rzadko słusznie szafuje swoją pochwałą, że teatr niemiecki co dzień się poprawia, że aktor za swoje zasługi będzie coraz bardziej szanowany, a nigdy dostatecznie szanowany być nie może. Następnie mówiono wiele o kawiarniach i winiarniach ogródkowych, co się tam wydarzyło, ile który towarzysz ma długów i musi dać sobie potrącać, o dysproporcji gaży tygodniowej, o intrygach partii przeciwników; przy czym przecie na koniec znowu rozpatrywano wielką i zasłużoną uwagę publiczności i nie zapominano o wpływie teatru na wykształcenie narodu i świata.

Wszystkie te sprawy, które Wilhelmowi już dawniej zamąciły niejedną godzinę, obecnie przypomniały mu się znowu, kiedy koń powoli niósł go ku domowi, a on zastanawiał się nad różnymi wypadkami, jakie go spotkały. Widział własnymi oczyma poruszenie, jakie wywołała wśród dobrej rodziny mieszczańskiej, ba, w całym miasteczku, ucieczka dziewczęcia; widział sceny na gościńcu i w urzędzie, sposób myślenia Meliny i resztę zdarzeń, co wprawiło jego żywy, mknący naprzód umysł w rodzaj jakiegoś kłopotliwego niepokoju, którego nie mogąc znosić, dał koniowi poczuć ostrogi i pośpieszył do miasta.

Lecz i na tej drodze leciał naprzeciw nowym nieprzyjemnościom. Werner, przyjaciel jego i przypuszczalny szwagier, czekał na niego, aby rozpocząć z nim poważną, znaczącą, a niespodzianą rozmowę.

Werner był jednym z doświadczonych, sprawdzonych w życiu ludzi, których zazwyczaj nazywają ludźmi zimnymi, ponieważ w różnych okazjach nie wybuchają ani prędko, ani w sposób widoczny, toteż przestawanie jego z Wilhelmem było nieustającą niezgodą, przez co jednak ich miłość tym silniej tylko się zadzierzgała, pomimo bowiem odmiennego sposobu myślenia lubił jeden drugiego. Werner miał to sobie za niejaką zasługę, że wyśmienitemu, chociaż przy sposobności lubiącemu bujać duchowi Wilhelma niekiedy zdawał się nakładać cugle i wędzidło, a Wilhelm doznawał nieraz wspaniałego triumfu, kiedy w gorącym uniesieniu porwał wraz z sobą swego rozważnego przyjaciela. Tak ćwiczył się jeden na drugim; przywykli byli widywać się codziennie i można by powiedzieć, że pragnienie spotkania się, rozmawiania ze sobą zwiększało się wraz z niemożnością stania się zrozumiałymi dla siebie. W gruncie rzeczy jednak, będąc obaj dobrymi ludźmi, szli jeden obok drugiego, wspólnie ku jednemu celowi, i nigdy nie mogli pojąć, dlaczego jeden drugiego nie potrafił doprowadzić do swego sposobu patrzenia na rzeczy.

Werner zauważył od niejakiego czasu, że odwiedziny Wilhelma stawały się rzadsze, że w ulubionych zagadnieniach zbywał go krótko i z roztargnieniem, że się już nie zagłębiał w żywe wytwarzanie niezwykłych wyobrażeń, po którym najpewniej poznać umysł swobodny, znajdujący spokój i zadowolenie w obecności przyjaciela. Ścisły i rozważny Werner z początku szukał powodu we własnym zachowaniu się, aż plotki miejskie naprowadziły go na właściwy ślad, a niektóre nieostrożności Wilhelma dały mu prawie pewność. Zabrał się za sprawdzenie i niebawem odkrył, że Wilhelm przed niejakim czasem publicznie odwiedzał pewną aktorkę, rozmawiał z nią w teatrze i odwiózł ją do domu; byłby niepocieszony, gdyby były znane mu także nocne schadzki, słyszał bowiem, że Marianna jest dziewczyną zwodniczą, która przyjaciela prawdopodobnie kosztuje dużo pieniędzy, a obok tego każe się utrzymywać najniegodniejszemu kochankowi.

Gdy swoje podejrzenie umocnił, ile możliwe, do pewności, postanowił przypuścić atak na Wilhelma i poczynił już wszystkie przygotowania, gdy ten właśnie wrócił ze swej podróży przygnębiony i rozstrojony.

Werner tego samego jeszcze wieczora wyłożył mu wszystko, co wiedział, zrazu spokojnie, potem z natarczywą powagą rozumnie myślącej przyjaźni, nie pozostawił w cieniu ani jednego rysu i dał zakosztować przyjacielowi wszystkich tych goryczy, którymi z cnotliwą radością szkodników zwykli tak hojnie obdzielać kochanków ludzie spokojni. Ale jak łatwo się domyśleć, wskórał niewiele. Wilhelm odparł z wewnętrznym wzruszeniem, ale z wielką pewnością:

— Nie znasz dziewczęcia! Pozory nie świadczą może na jej korzyść, ale jestem równie pewny jej wierności i cnoty jak swojej miłości.

Werner trwał przy swym oskarżeniu i powoływał się na dowody i świadków. Wilhelm wzgardził nimi i rozstał się z przyjacielem skłopotany i wstrząśnięty, jak ktoś, komu niezręczny dentysta pochwycił bolący a silnie wrośnięty ząb i na próżno z nim się mocował.

Wilhelmowi było nadzwyczaj przykro, że piękny obraz Marianny najpierw przez przywidzenia podróży, a potem przez niechęć Wernera ujrzał zmącony w swej duszy i niemal zohydzony. Chwycił się najpewniejszego środka, by mu przywrócić całkowitą jasność i piękność, i w nocy pośpieszył do niej zwykłą drogą. Przyjęła go z żywą radością, gdyż przybywając do miasta, jechał w pobliżu jej domu, spodziewała się go więc tej nocy; a łatwo sobie wyobrazić, że niebawem z jego serca pierzchły wszystkie wątpliwości. Co więcej, jej czułość wywołała w nim całkowite zaufanie; opowiedział jej, jak bardzo grzeszyła względem niej publiczność i jego przyjaciel.

Te i owe żywe słowa rozmowy naprowadziły ich na pierwsze czasy ich znajomości, których wspomnienie pozostaje zawsze jedną z najpiękniejszych przyjemności dwojga kochających się. Pierwsze kroki, wiodące nas do labiryntu miłości, są tak miłe, pierwsze widoki tak urocze, że aż nadto chętnie przywołujemy je sobie na pamięć. Każdy stara się utrzymać pierwszeństwo przed drugim, że pokochał wcześniej, z większym zaparciem się siebie, i każdy pragnie w tym sporze raczej być pokonanym niż pokonywać.

Wilhelm powtórzył Mariannie, co już tak często słyszała, że rychło oderwała jego uwagę od przedstawienia, a zwróciła na siebie samą, że jej postać, gra, głos oczarowały go, jak w końcu chodził tylko na takie sztuki, w których grała, jak wreszcie wśliznął się do teatru i często niepostrzeżony stał obok niej; potem mówił z zachwytem o tym szczęśliwym wieczorze, na którym znalazł sposobność okazania jej grzeczności i nawiązania rozmowy.

Marianna, przeciwnie, przeczyła, jakoby go tak długo nie zauważała, utrzymując, że spostrzegła go już na przechadzce i na dowód opisała mu ubiór, który w tym dniu miał na sobie, twierdząc, że już wtedy podobał się jej przed wszystkimi innymi i że pragnęła się z nim zaznajomić.

Jakże chętnie Wilhelm wierzył temu wszystkiemu! Jak chętnie dał sobie wmówić, że gdy się do niej zbliżył, przyciągnięta została ku niemu jakimś niepokonanym ruchem, że umyślnie wchodziła między kulisy obok niego, aby mu bliżej się przypatrzyć i zawrzeć z nim znajomość, i że wreszcie ponieważ jego wstrzemięźliwość i nieśmiałość były nieprzezwyciężone, sama mu dała sposobność i zmusiła go niejako przynieść jej szklankę lemoniady.

Wśród tego pełnego miłości sporu, który przeprowadzili przez wszystkie drobne okoliczności swego krótkiego romansu, godziny minęły im bardzo szybko, a Wilhelm opuścił kochankę całkiem uspokojony, z silnym postanowieniem, że bez zwłoki wprowadzi w czyn swoje przedsięwzięcie.

Rozdział szesnasty

Co było mu potrzebne do odjazdu, przygotowali ojciec i matka; tylko małe drobnostki, brakujące jeszcze do całkowitego wyekwipowania, opóźniły o kilka dni jego rozstanie się z domem. Wilhelm wykorzystał ten czas, by napisać do Marianny list, w którym pragnął na koniec omówić sprawę, o której ona dotychczas zawsze unikała z nim rozmowy. List brzmiał, jak następuje:

Pod miłą zasłoną nocy, która mnie kiedy indziej skrywała w Twoich objęciach, siedzę i myślę o Tobie, i piszę do Ciebie, i o czym tylko dumam i co robię, wszystko to z Twojej przyczyny. O Marianno! Ze mną, najszczęśliwszym wśród mężczyzn, jest jak z narzeczonym, który w przeczuciu nowego świata, jaki się w nim i przez niego ma rozwinąć, stoi na świątecznych kobiercach i podczas obrzędu religijnego przenosi się pożądliwą myślą przed tajemnicze firanki, spoza których uśmiecha mu się słodycz miłości.

Przemogłem się, by Cię nie widzieć przez dni kilka; było to łatwe, bo żywię nadzieję powetowania tej straty, gdy wiecznie będę z Tobą, gdy zostanę całkowicie Twój! Czyż mam powtarzać, czego pragnę? A przecież to potrzebne, gdyż wydaje mi się, że mnie dotychczas nie zrozumiałaś.

Ileż to razy cichymi tonami wierności, która, pragnąc wszystko posiadać, mało się odważa mówić, badałem, czy w Twym sercu jest życzenie wiecznego połączenia! Rozumiałaś mnie pewnie, ponieważ i w Twoim sercu takie samo pragnienie musi kiełkować; pojmowałaś mnie w każdym pocałunku, w tulącym się spoczynku owych szczęśliwych wieczorów. Wtedy poznałem Twoją skromność i jakże się zwiększyła miłość moja! Gdzie inna zachowywałaby się zręcznie, by nadmiernym blaskiem słonecznym przyśpieszyć dojrzałość postanowienia kochanka, by wywabić oświadczenie i umocnić obietnicę, tam właśnie Ty się cofasz, przymykasz wpółotwartą pierś swego ukochanego i starasz się ukryć swe zezwolenie pod udaną obojętnością; ale ja Cię rozumiem! Jakimże musiałbym być nikczemnikiem, gdybym w tych oznakach nie chciał poznać czystej, bezinteresownej, tylko o przyjaciela dbałej miłości! Ufaj mi i bądź spokojna! Należymy do siebie, a żadne z nas dwojga nie opuszcza i nie traci niczego, jeżeli żyjemy dla siebie nawzajem.

Przyjmij moją rękę uroczyście, jeszcze i tę zbyteczną zresztą oznakę! Doznaliśmy wszystkich rozkoszy życia, ale w stałej myśli trwania są nowe błogości. Nie pytaj, jak. Nie troszcz się o to! Los troszczy się o miłość, i to tym pewniej, gdy miłość poprzestaje na małym.

Serce moje już dawno opuściło dom moich rodziców, jest ono przy Tobie, jak umysł mój unosi się nad sceną. O moja ukochana, czy któremuś człowiekowi było dane ziścić życzenia swoje tak jak mnie? Sen nie chwyta się moich oczu, a miłość i szczęście Twoje jak wieczna jutrzenka wschodzi i zachodzi przede mną.

Zaledwie się mogę wstrzymać, by nie poskoczyć, pobiec do Ciebie, wymusić Twoje zezwolenie i choćby jutro rano podążyć w świat daleki ku memu celowi. Nie! Trzeba się przezwyciężyć! Nie chcę nierozważnie czynić głupich, zuchwałych kroków, utworzyłem sobie plan i wykonam go spokojnie.

Znam się z dyrektorem Serlo; wprost do niego skieruję swą podróż; przed rokiem nieraz życzył swoim ludziom trochę mojej żywości i zamiłowania do teatru, z pewnością chętnie mnie przyjmie; w waszej bowiem trupie z więcej niż jednego powodu nie chciałbym występować, zresztą Serlo gra daleko tak stąd, że od razu skryć mogę swój postępek. Znajdę tam natychmiast znośne utrzymanie, rozejrzę się wśród publiczności, poznam towarzystwo aktorskie i zabiorę Cię.

Marianno, widzisz, do czego jestem zdolny, aby Cię posiadać na pewno, bo nie widzieć Cię tak długo, zostawić Cię na szerokim świecie – nie potrafię nawet sobie tego wyobrazić z całą żywością. Lecz gdy następnie pomyślę o Twojej miłości, która mnie przed wszystkim ubezpiecza, gdy nie pogardzisz moją prośbą, zanim się rozstaniemy, i podasz mi rękę swoją wobec księdza, odjadę spokojny. Między nami to tylko formalność, ale formalność tak piękna: błogosławieństwo nieba dodane do błogosławieństwa ziemi. W sąsiedztwie, w dobrach szlacheckich, odbywa się to łatwo i w tajemnicy.

Na początek mam dosyć pieniędzy: podzielimy się, wystarczy dla nas obojga; zanim się to zje, niebo dopomoże.

Tak, najdroższa, nie jest mi wcale straszno. Co się rozpoczyna z taką radością, musi mieć szczęśliwy koniec. Nigdy nie wątpiłem, że jeśli ktoś chce na serio, to może znaleźć powodzenie w świecie, a ja czuję dosyć odwagi, by zdobyć należyte utrzymanie dla dwojga, nawet dla więcej. Świat jest niewdzięczny, powiada wielu; nie przekonałem się jeszcze, iż jest niewdzięczny, jeżeli się coś umie zrobić dla niego w sposób właściwy. Cała dusza mi płonie na myśl, że raz wreszcie wystąpię i wypowiem ludziom do serca to, co już od tak dawna pragną usłyszeć. Nie przeczę, mnie, com tak zapalony do wspaniałości teatru, tysiąckrotnie strach w duszy zdejmował, gdym widział, jak najlichsi wyobrażali sobie, iż potrafią powiedzieć do serca wielkie, wyborne słowo! Dźwięk wymuszony przez fistułę48 brzmi daleko lepiej i czyściej; rzecz to nie do zniesienia, jak ci jegomoście grzeszą w swej grubej nieudolności.

Teatr miał nieraz spór z kazalnicą; nie powinny one moim zdaniem wadzić się z sobą. Jakże bardzo należałoby sobie życzyć, żeby w obu miejscach tylko szlachetni ludzie wysławiali Boga i naturę! To nie marzenie senne, moja najdroższa! Jak przy sercu Twoim mogłem uczuć, że jesteś pełna miłości, tak chwytam również myśl świetną i powiadam — nie chcę tego twierdzić, ale chcę mieć nadzieję, że kiedyś ukażemy się ludziom jako para dobrych duchów, by otworzyć ich serca, ich rozruszać umysły i zgotować im niebiańskie rozkosze, tak jak mnie na Twoim łonie dane były radości, które muszą być nazwane niebiańskimi, gdyż w chwilach owych czuliśmy się wyrwani z siebie samych i wyniesieni ponad niebo.

Nie mogę skończyć — powiedziałem już za wiele — gdyż ruchu koła, które się w sercu moim obraca, żadne słowa wyrazić nie potrafią.

Bądź co bądź, przyjmij ten list, moja droga! Odczytałem go znowu i sądzę, że powinienem zacząć od początku, ale przecież zawiera on wszystko, co potrzebujesz wiedzieć, co będzie dla ciebie przygotowaniem, jeżeli niebawem wrócę na Twoje łono z wesołością słodkiego kochania. Wydaję się sam sobie jak więzień, który nasłuchując w zamknięciu, odpiłowuje swe kajdany. Mówię dobranoc rodzicom moim, śpiącym bezpiecznie! Bądź zdrowa, ukochana! Bądź zdrowa! Na ten raz kończę, oczy mi dwakroć czy trzykroć opadły, już bardzo późno w nocy.

Rozdział siedemnasty

Jeszcze się dzień nie skończył, a Wilhelm już pragnął pójść do Marianny ze swym listem pięknie złożonym w kieszeni i zaledwie zapadł zmierzch, podążył wbrew swemu przyzwyczajeniu do jej mieszkania. Plan jego był taki: umówić się na noc, opuścić ukochaną na krótki czas, przed odejściem wcisnąć jej w rękę list, a po powrocie głęboką nocą otrzymać albo siłą pieszczot wymusić jej odpowiedź, jej przyzwolenie. Wpadł w jej objęcia i zaledwie mógł dojść do siebie na jej łonie. Żywość jego uczuć nie pozwalała mu z początku dojrzeć, że kochanka nie odpowiada mu serdecznie jak dawniej; nie mogła ona jednak na długo ukryć swego trwożnego stanu; wymawiała się chorobą, niedyspozycją, skarżyła się na ból głowy, nie chciała przystać na propozycję, iż powróci jeszcze dziś w nocy. Nie przeczuwał niczego złego, nie nastawał na nią dłużej, czuł jednak, że to nie była stosowna pora, by wręczyć jej list. Zatrzymał go przy sobie, a ponieważ różne jej gesty i słowa zmuszały w grzeczny sposób do odejścia, pochwycił w upojeniu niezadowolonej miłości jedną z jej chusteczek na szyję, włożył ją do kieszeni i wbrew woli opuścił jej usta i jej drzwi. Przemknął się do domu, ale i tu nie mógł długo pozostać, przebrał się i znów szukał świeżego powietrza.