Szaleństwo Almayera

Tekst tego tłumaczenia odpowiada pierwszym wydaniom powieści. Fragmenty skreślone przez autora w zrewidowanym wydaniu, opublikowanym w roku 1916, umieszczono w nawiasach kwadratowych.

Redakcja Wolnych Lektur.

Przedmowa autora

Dowiedziałem się, że krytykując literaturę, która żeruje na nieznanych ludach i grasuje po dalekich krajach — pod cieniem palm, w jaskrawym, niczym nieosłoniętym blasku smaganych słońcem wybrzeży, między poczciwymi dzikusami i dalekimi od naturalnej prostoty pionierami naszych wspaniałych cnót, pani — uznana w świetle literackim — streściła swoją naganę dla tej literatury, mówiąc, że jej opowieści są „odcywilizowane”. A w tym zdaniu zostały ostatecznie potępione wyrokiem pełnym pogardliwej dezaprobaty nie tylko opowieści, ale — obawiam się — także nieznane ludy i dalekie kraje.

Sąd kobiety: intuicyjny, zręczny, wyrażony ze szczęśliwym wdziękiem — nieomylny. Sąd, który nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością. Ten krytyk i sędzia zarazem wydaje się myśleć, że w owych dalekich krajach wszelka radość jest krzykiem i tańcem wojennym, wszelkie wzruszenie wyraża się wyciem i okropnym szczerzeniem spiłowanych zębów, a wszystkie problemy znajdują rozwiązanie w lufie rewolweru lub na ostrzu włóczni. A przecież tak nie jest. Ale sędzia, który się myli, może przytaczać na swe usprawiedliwienie fakt, iż świadectwa z natury swej wprowadzają w błąd.

Obraz życia, zarówno tam, jak i tu, jest namalowany z tym samym starannym wypracowaniem szczegółów, zabarwiony tymi samymi kolorami. Tylko wobec okrutnie pogodnego nieba, w bezlitosnym blasku słońca oślepione oko nie dostrzega subtelnych szczegółów, widzi jedynie grube zarysy, podczas gdy barwy w niezmiennym świetle wydają się surowe i bez wyrazu. A jednak jest to ten sam obraz.

I jest więź między nami i tą tak odległą ludzkością. Mówię tu o mężczyznach i kobietach — nie o tych wdzięcznych i powabnych zjawiskach, które snują się wśród naszego błota i dymu — łagodnie prześwietlone odblaskiem wszystkich naszych cnót; posiadają wszelką możliwą subtelność, wrażliwość, mądrość — ale, będąc tylko zjawiskami, nie posiadają serca.

Współczują one (zapewne) z nieśmiertelnymi: z aniołami w górze lub diabłami w dole. Mnie wystarczy współczuć ze zwykłymi śmiertelnikami, niezależnie od tego, gdzie żyją, w domach czy w szałasach, na ulicach zasnutych mgłą czy w puszczach poza czarną linią posępnych mangrowców, które obrzeżają pustą samotność morza. Bo ich kraj — podobnie jak nasz — leży przed niezgłębionym wzrokiem Najwyższego. Ich serca — podobnie jak nasze — muszą znosić brzemię darów nieba: przekleństwo faktów i błogosławieństwo złudzeń, gorycz naszej mądrości i zwodniczą pociechę naszego szaleństwa.

1895

J. C.

Szaleństwo Almayera

Pamięci T. B.

Qui de-nous n’a eu sa terre promise,

son jour d’extase et sa fin en exil?

(Któż z nas nie miał swej ziemi obiecanej,

swego dnia zachwytu — i śmierci na wygnaniu? )

Amiel1

Rozdział pierwszy

Kaspar! Makan!2

Ten znajomy, ostry głos targnął Almayerem, budząc go z marzeń o wspaniałej przyszłości; wróciła przykra rzeczywistość. Głos był także przykry. Almayer słuchał go przez tyle lat i z każdym rokiem coraz mniej go znosił. Ale co tam: skończy się już wkrótce to wszystko.

Poruszył się niespokojnie, po chwili jednak przestał zważać na wołanie. Wsparty obu łokciami o balustradę werandy, wpatrzył się znów w wielką rzekę płynącą przed nim wartko i obojętnie. Lubił przyglądać się jej o zachodzie — może dlatego, że gorejące złoto sypało się wtedy na fale Pantai, zaś myśli Almayera błądziły często około złota. Nie udało mu się go dotąd zdobyć — tego złota, które posiedli inni, z pewnością nieuczciwie. Musi jednak zdobyć je dla siebie i Niny, wytężywszy wszystkie siły w rzetelnej pracy. Pogrążył się w marzeniach o bogactwie i potędze, przenosząc się myślą daleko od wybrzeża, gdzie mieszkał tyle lat; zapomniał o goryczy znoju i walki, olśniony wizją wielkiej, wspaniałej nagrody. Osiądzie w Europie razem z córką. Będą bogaci i szanowani. Nikt nie zwróci uwagi na mieszaną krew Niny wobec jej wielkiej piękności i niezmiernego bogactwa ojca. On sam odmłodnieje, patrząc na tryumfy córki, i zapomni o dwudziestu pięciu latach rozpaczliwej walki na tym wybrzeżu, gdzie czuł się jak w więzieniu. Wszystko to było niemal pod ręką. Niech tylko Dain powróci. Powinien wrócić prędko, w tym leży jego interes. Spóźnił się więcej niż o tydzień. Może zjawi się dziś w nocy?

Takie myśli snuły się po głowie Almayera. Patrzył na szeroką rzekę, stojąc na werandzie nowo zbudowanego domu, który zaczynał już butwieć; było to ostatnie z niepowodzeń jego życia. Tego wieczoru rzeka nie lśniła złotem: wezbrana od deszczów, toczyła złe, bure wody przed roztargnionym wzrokiem Almayera, unosząc mnóstwo drzewnego śmiecia, wielkie, martwe kłody i całe z korzeniami wyrwane drzewa z gałęźmi i listowiem, wśród którego wirowała woda, szumiąc złowrogo.

Jedno z tych porwanych drzew zawadziło o spadzisty brzeg tuż przy domu; Almayer zaczął je śledzić z leniwym zainteresowaniem, porzucając swoje marzenie. Drzewo obróciło się z wolna wśród huku spienionych fal i wyzwolone z zatoru, popłynęło znowu z prądem; przewalając się powoli z boku na bok wzniosło ku niebu długi, obnażony konar niby rękę wyciągniętą w niemym wołaniu o pomstę za brutalną przemoc rzeki. Almayer przejmował się coraz bardziej losem drzewa. Wychylił się, śledząc, czy pień wyminie niski przylądek — i cofnął się uspokojony. Teraz droga była swobodna aż hen ku morzu. Pozazdrościł losu tej martwej kłodzie, która szybko malała, aż znikła w gęstniejących ciemnościach. Wówczas jął3 rozmyślać, jak daleko drzewo popłynie, czy prąd uniesie je na północ, czy na południe. Prawdopodobnie na południe, ku Celebesowi4; może aż do Makassaru5?

Makassar. Podniecona wyobraźnia Almayera prześcignęła drzewo na jego urojonym szlaku; ogarnęły go wspomnienia sprzed jakich dwudziestu lat albo i więcej. Oto smukły młodzieniec o skromnym wyglądzie, w białym ubraniu, opuszcza holenderski parowiec i wysiada na bulwarze pełnym kurzu; to Almayer przybywa do Makassaru, aby zdobyć majątek w halach targowych starego Hudiga. Od tej epokowej chwili rozpoczął nowe życie. Ojciec Almayera, niższy urzędnik ogrodów botanicznych w Buitenzorgu6, był bez wątpienia uszczęśliwiony, że udało mu się umieścić syna w takiej solidnej firmie. Młody chłopak porzucił chętnie trujące wybrzeża Jawy i niedostatek w rodzinnym domku, gdzie ojciec zrzędził od rana do nocy na głupotę ogrodników krajowców, a matka opłakiwała w głębi fotelu utracone wspaniałości Amsterdamu i świetność swojej pozycji, jako córki tamtejszego handlarza cygar.

Almayer opuścił dom rodzinny z lekkim sercem i lżejszą jeszcze kieszenią; mówił dobrze po angielsku, był mocny w rachunkach — gotów był świat cały wyzwać do walki, nie wątpiąc, że go zdobędzie.

Dwadzieścia lat minęło od tej chwili. Wdychając parne gorąco borneańskiego7 wieczoru, przypomniał sobie z żalem wyniosłe, chłodne składy Hudiga, zawalone pakami ginu8 i bawełnianych tkanin; długie proste uliczki między szeregami pak; wielkie drzwi obracające się bez szelestu i przyćmione światło tak miłe dla oczu po jaskrawym blasku ulicznym. Wśród spiętrzonych towarów oddzielone były balustradą niewielkie przestrzenie, gdzie schludni urzędnicy chińscy o smutnych oczach i chłodnym obejściu pisali szybko, milcząc, w hałasie i rozgwarze. Robotnicy toczyli beczki lub przesuwali paki w takt śpiewnego pomruku kończącego się rozpaczliwym wrzaskiem. W dalszej części hali odgrodzono dużą przestrzeń dobrze oświetloną, naprzeciw wielkich drzwi; tu nad hałasem stłumionym przez oddalenie górował łagodny i bezustanny dźwięk srebrnych guldenów9. Rozważni Chińczycy liczyli je i układali w stosy pod nadzorem pana Vincka, kasjera, który był duchem opiekuńczym tego miejsca i prawą ręką władcy.

W tym jasnym zakątku pracował Almayer przy swoim stole, niedaleko małych zielonych drzwi, u których stał zawsze Malaj w czerwonym pasie i turbanie; ciągnął za zwisający sznurek, podnosząc i opuszczając rękę z dokładnością maszyny. Sznurek ten wprawiał w ruch punkah10 po drugiej stronie zielonych drzwi, gdzie mieściło się tak zwane prywatne biuro; królował tam stary Hudig — władca — udzielając hałaśliwych posłuchań. Niekiedy małe drzwi otwierały się gwałtownie, ukazując przez błękitnawą mgłę dymu tytoniowego długi stół, obstawiony butelkami przeróżnych kształtów i smukłymi dzbanami z wodą; w fotelach z rotanu11 leżeli hałaśliwie rozprawiający mężczyźni, a władca wychylał głowę przez drzwi i trzymając za klamkę, mruczał coś poufnie do Vincka; czasem rzucał grzmiący rozkaz na halę lub też zwietrzywszy nieznajomego i wahającego się gościa, witał go przyjaznym rykiem: „Moje uszanowanie kapitanowi! Skądże pan przybywa? Czy nie z Bali, co? Ma pan kuce? Potrzeba mi kuców, potrzeba mi wszystkiego, co tylko pan ma do zbycia! Ha! ha! ha! Niechże pan wejdzie!”. Wśród huraganu wykrzyków wciągał nieznajomego do biura, a drzwi się zamykały i zwykłe hałasy rozlegały się znowu: śpiew robotników, łoskot beczek, skrzypienie pośpiesznie piszących piór; nad wszystkim zaś górował melodyjny dźwięk dużych, srebrnych pieniędzy, płynących nieustannie przez żółte palce uważnych Chińczyków.

W Makassarze kipiało wówczas życie, kwitł handel. Był to punkt zborny dla wszystkich awanturników, którzy, zaopatrzywszy swoje szkunery12 na wybrzeżu australijskim, puszczali się w głąb Archipelagu Malajskiego w pogoni za pieniędzmi i przygodami. Ci śmiałkowie ważący się na wszystko nie stronili od potyczek z korsarzami grasującymi jeszcze wtedy na wielu wybrzeżach; mając węch do interesów, dorabiali się szybko majątku, a ogólnym ich rendez-vous13 była owa zatoka, gdzie zjeżdżali się dla transakcji handlowych i uciech. Kupcy holenderscy zwali tych ludzi angielskimi kramarzami wędrownymi. Niektórzy z nich byli to bezsprzecznie dżentelmeni, których ten rodzaj życia pociągał swoim urokiem, lecz większość stanowili zawodowi marynarze. Za króla ich uważano powszechnie Toma Lingarda, którego wszyscy Malaje — uczciwi czy nieuczciwi, spokojni rybacy czy też skończeni zbóje — nazywali Radża Laut — Królem Morza.

Almayer nie był i trzech dni w Makassarze, gdy posłyszał o nim; o jego zręcznych transakcjach handlowych, miłostkach i zaciekłych walkach z piratami plemienia Sulu. Powtórzono mu także romantyczną opowieść o jakimś dziecku — dziewczynce znalezionej przez zwycięskiego Lingarda na korsarskim statku, którym po długiej walce zawładnął, zmiótłszy załogę z pokładu. Ogólnie było wiadomo, że Lingard zaadoptował tę dziewczynkę; umieścił ją w jakimś klasztorze na Jawie i mówił o niej zawsze: „moja córka”. Złożył uroczystą przysięgę, że wyda ją za białego człowieka przed powrotem do kraju i zostawi jej cały majątek. „A kapitan Lingard jest bardzo bogaty — mawiał uroczyście pan Vinck, przechylając głowę na bok — bardzo bogaty, bogatszy od samego Hudiga!” Tu urywał na chwilę, aby słuchacze mogli ochłonąć po tak nieprawdopodobnej wieści, i dodawał szeptem wyjaśnienie: „Widzi pan, on odkrył rzekę”.

Otóż to — odkrył rzekę! Ten fakt właśnie wynosił Lingarda tak wysoko nad pospolity tłum morskich awanturników, którzy za dnia handlowali z Hudigiem, a noce spędzali na piciu szampana, szulerce, śpiewaniu krzykliwych piosnek i na umizgach do dziewcząt krwi mieszanej pod dachem obszernej werandy hotelu „Sunda”. Dostęp do owej rzeki znany był jedynie samemu Lingardowi. Wyruszając w drogę, zabierał doborowy ładunek bawełnianych tkanin, mosiężnych gongów, strzelb i prochu. „Błyskawica”, bryg14 jego, którym sam dowodził, znikała nieznacznie15 nocą z przystani, podczas gdy kamraci Lingarda odsypiali skutki nocnej orgii. Zostawiał ich pijanych pod stołem i wracał na pokład; sam zaś, nawet pijąc bez miary, nigdy przytomności nie tracił. Niejeden usiłował go wytropić i dostać się do tego kraju obfitości bogatego w gutaperkę16 i rotan, wosk i damarę17, perłowe konchy i ptasie gniazda, ale niewielka „Błyskawica” umiała prześcignąć każdy statek na tych wodach. Kilku śmiałków natknęło się na ukryte mielizny i rafy koralowe; tracąc całe mienie, ledwie z życiem ujść zdołali z okrutnych objęć tego morza, uśmiechającego się słonecznie. Zniechęciło to innych. Zielone wyspy o niewinnym wyglądzie, stróżujące u wejścia do ziemi obiecanej, przechowały swoją tajemnicę przez długie lata z bezlitosną pogodą natury podzwrotnikowej. A Lingard po dawnemu zjawiał się i znikał w ciągu swoich wycieczek jawnych czy ukrytych. Śmiałość jego ryzykownych wypraw i olbrzymie dochody opromieniały go bohaterstwem w oczach Almayera, który z najgłębszym podziwem zwykł był patrzeć, gdy wielki człowiek szedł przez halę, mrucząc mimochodem „dzień dobry” do Vincka albo witając władcę Hudiga gromkim wykrzykiem: „Jak się masz, stary korsarzu! Cóż, żyjesz jeszcze?”. Był to zwykły wstęp do transakcji handlowych za zielonymi drzwiami. Wieczorem, gdy cisza zaległa opustoszałą halę, Almayer porządkował papiery przed powrotem do domu w towarzystwie Vincka, u którego mieszkał. Przerywał wówczas często swoje zajęcie, przysłuchując się hałaśliwym i gorącym rozprawom w prywatnym biurze, skąd dochodził głęboki, monotonny pomruk władcy, przerywany gwałtownymi okrzykami Lingarda — dwóch brytanów walczących o kość pełną szpiku. Lecz w uszach Almayera brzmiało to jak tytaniczna zwada, jak walka bogów.

Mniej więcej w rok potem Lingard zapałał nagle dość niewytłumaczoną dla ludzi postronnych sympatią do Almayera, z którym stykał się często z powodu interesów. Wychwalał go pod niebiosa przed kamratami, gdy późno w nocy siedzieli przy kieliszku w hotelu „Sunda”, a pewnego pięknego poranku zelektryzował Vincka oświadczeniem, że musi „zabrać z sobą tego smyka. Będzie załatwiał za mnie wszystkie gryzmoły — coś w rodzaju sekretarza”. Hudig przystał na to. Przejęty młodzieńczą żądzą zmiany, Almayer zgodził się chętnie i spakowawszy swoje manatki, puścił się na pokładzie „Błyskawicy” w długą podróż. W czasie takiego objazdu stary żeglarz odwiedzał zwykle wszystkie wyspy Archipelagu. Mijały miesiące, a przyjaźń Lingarda zdawała się wzrastać. Przechadzał się często z Almayerem po pokładzie brygu, który sunął lekko pod spokojnym, wyiskrzonym niebem, pędzony łagodnie przez nikły powiew nocny, niosący od strony wysp silne aromaty. Stary żeglarz lubił wtedy otwierać serce przed zachwyconym słuchaczem. Mówił o swojej przeszłości, o niebezpieczeństwach, których uniknął, o wielkich dochodach płynących z jego transakcji handlowych, o nowych planach, które w przyszłości miały przynieść jeszcze większe zyski. Wspominał często swoją córkę, dziewczynkę znalezioną na statku korsarskim, i mówił o niej z dziwnym porywem ojcowskiej tkliwości. „Wyrosła pewnie na dużą dziewczynę, cztery lata prawie jej nie widziałem! No, Almayer, niech mnie diabli porwą, jeśli nie znajdziemy się tym razem w Surabai!”. Po takim oświadczeniu dawał zwykle nurka do swojej kabiny, mrucząc pod nosem: „Trzeba coś z tym zrobić... trzeba koniecznie!”. Zadziwił Almayera kilkakrotnie swoim zachowaniem: podchodził szybko do niego, chrząkał potężnie, jakby chcąc coś powiedzieć, a potem nagle zawracał na pięcie i opierał się, milcząc, o parapet; godzinami całymi śledził bez ruchu blask i iskrzenie się fosforyzujących fal wzdłuż statku. Ostatniej nocy, przed samym przybyciem do Surabai, jedna z takich prób zwierzeń udała się nareszcie. Odchrząknąwszy kilkakrotnie, Lingard przemówił, odsłaniając swój zamiar. Oto chciał ożenić Almayera ze swoją przybraną córką. „Tylko mi się nie stawiaj, dlatego żeś biały! — wybuchnął nagle, nie dając przyjść do słowa zdumionemu młodzieńcowi. — Ze mną to się na nic nie zda. Nikt nie zauważy, jaką twoja żona ma skórę — od czegóż dolary! Ja ci to mówię! I zapamiętaj sobie, będzie ich grubo więcej jeszcze, zanim umrę. Miliony, słyszysz, Kasprze? Miliony! A wszystko dla niej i dla ciebie, jeżeli zrobisz, co ci każę”.

Zaskoczony tą nieoczekiwaną propozycją, Almayer zawahał się i zamilkł na chwilę. Wyobraźnię miał bujną i ruchliwą; w mgnieniu oka ujrzał — niby w błysku olśniewającego światła — ogromne stosy błyszczących guldenów i uświadomił sobie wszelkie rozkosze płynące z bogactwa. Ogólne uznanie, błogość bezczynnej egzystencji, do której czuł się wprost stworzony, własne okręty, domy handlowe, towary (stary Lingard nie będzie przecież żył wiecznie) — a wreszcie korona wszystkich marzeń: w dalszej przyszłości — niby czarodziejski pałac z bajki — wielki dom w Amsterdamie, tym ziemskim raju jego snów. Wyniesiony na mocarza przez pieniądze starego Lingarda, spędzi tam koniec życia w niewypowiedzianej wspaniałości. Co do odwrotnej strony medalu — związania się na całe życie z malajską dziewczyną — tym spadkiem po korsarskim statku — miał tylko niejasną świadomość wstydu, że on, człowiek biały... No ale czteroletnie wychowanie w klasztorze coś przecież znaczy! A potem — noże ją los jakoś uprzątnie. Szczęście sprzyjało mu zawsze, a pieniądz to potęga! Trzeba przejść przez to. A może?... Mignęła mu niejasna myśl, aby ją gdziekolwiek zamknąć, usunąć poza ramy jego wspaniałej przyszłości. Z malajską dziewczyną łatwo sobie poradzi — klasztor nie klasztor, ślub nie ślub — ostatecznie to niewolnica według jego wschodnich pojęć.

Podniósł głowę i spojrzał w oczy żeglarzowi, który czekał, rozdrażniony i niespokojny:

— Ja, naturalnie, wszystko, czego pan sobie życzy, kapitanie Lingard...

— Nazywaj mnie ojcem, mój chłopcze, tak jak ona! — rozczulił się stary awanturnik. — Do diabła, myślałem, że chcesz odmówić! Widzisz, Kasprze, to by się i tak na nic nie przydało, bo ja zawsze dopnę swego. Ale ty nie jesteś głupi!

Pamiętał dobrze tę chwilę: spojrzenie, wyraz twarzy Lingarda, jego słowa, wrażenie, jakiego doznał, a nawet wszystko, co ich otaczało. Pamiętał wąski, pochyły pokład brygu, śpiące cicho wybrzeże i gładką, czarną powierzchnię morza, na której wschodzący księżyc kładł wielką sztabę złota. Pamiętał także uczucie szalonego uniesienia na myśl o cisnących mu się do rąk bogactwach. Nie był głupi ani wtedy, ani dzisiaj. Los zawziął się na niego; przepadły bogactwa, ale została jeszcze nadzieja.

Nocne powietrze przejęło go dreszczem; uświadomił sobie nagle głęboką ciemność, która po zniknięciu słońca zawisła nad rzeką, chłonąc zarysy przeciwległego brzegu. Tylko stos suchych gałęzi zapalony przed ostrokołem otaczającym podwórzec radży oświetlał raz po raz chropawe pnie najbliższych drzew i rzucał na wodę plamę gorącej czerwieni aż po sam środek rzeki, gdzie w nieprzeniknionym mroku mknęły śpiesznie ku morzu kłody unoszone wartkim prądem. Jak przez mgłę przypomniał się Almayerowi głos żony nawołujący go kilkakrotnie — pewno na obiad. Ale człowiek, który rozpamiętywa bankructwo swojej przeszłości w brzasku wskrzeszonych nadziei, nie może być głodny na zawołanie tylko dlatego, że ryż czeka na stole. Czas jednak do domu — późno już.

Skierował się ku drabinie, stąpając ostrożnie po luźnych deskach. Spłoszona krokami jaszczurka pisnęła żałośnie i pomknęła przez wysoką trawę porastającą brzegi. Almayer zszedł powoli z drabiny; musiał skupić całą uwagę, aby nie potknąć się na nierównym gruncie, i to go zupełnie otrzeźwiło. Kamienie, zgniłe deski, niedopiłowane belki leżały tu stosami w najwyższym nieładzie. Zwrócił się w stronę tak zwanego „starego domu”, gdzie było jego mieszkanie, i w tej chwili właśnie usłyszał w ciemnościach daleki plusk wioseł. Przystanął na ścieżce, zdumiony, że ktoś płynie wezbraną rzeką o tak późnej godzinie. Teraz słyszał już wyraźnie uderzenia wioseł, a nawet kilka słów zamienionych śpiesznie przyciszonym głosem i ciężki oddech ludzi walczących z prądem tuż przy brzegu, gdzie się zatrzymał. Za ciemno było jednak, aby mógł rozróżnić cośkolwiek pod zwisającymi krzakami.

— Pewno Arabowie — mruknął, starając się przeniknąć gęste ciemności. — Co oni tu robią tak późno? To muszą być sprawki tego przeklętego Abdulli, oby sczezł marnie!

Łódka była już bardzo blisko.

Oh, ja!18 Kto tam? — krzyknął Almayer.

Szmer głosów przycichł, lecz wiosła pracowały równie gwałtownie jak przedtem. Wtem zatrząsł się krzak tuż przed Almayerem i łoskot wioseł rzuconych na dno łodzi rozdarł cichość nocy. Wioślarz uchwycił się zwisających gałęzi, lecz mimo to Almayer zaledwie mógł rozeznać ciemny zarys głowy i ramion wystający nad brzegiem.

— Czy to ty, Abdullo? — spytał niepewnie.

Poważny głos odpowiedział:

— Tuan19 Almayer mówi do przyjaciela. Nie ma tu żadnego Araba.

Almayerowi serce targnęło się w piersi.

— Dain! — krzyknął. — Nareszcie! Nareszcie! Wyczekiwałem cię co dnia i co nocy! Straciłem już prawie nadzieję!

— Nic nie mogłoby wstrzymać mnie od powrotu — odparł tamten niemal gwałtownie. — Nawet śmierć — szepnął do siebie.

— Tak mówi przyjaciel, prawdziwy przyjaciel! — zawołał serdecznie Almayer. — Ale popłynęliście za daleko. Każ przybić do przystani, niech twoi ludzie ugotują sobie ryżu w kampungu20, a my przez ten czas porozmawiamy.

Nie było odpowiedzi na to zapytanie.

— Cóż to znaczy? — spytał niespokojnie Almayer. — Mam nadzieję, że brygowi nic się nie stało?

— Bryg znajduje się tam, gdzie żaden orang Belanda21 nie może go dosięgnąć — rzekł Dain ponuro, lecz Almayer, uniesiony radością, nie zauważył jego tonu.

— To dobrze. Ale gdzież wszyscy twoi ludzie? Dwóch tylko masz z sobą.

— Posłuchaj mnie, tuanie Almayer — rzekł Dain. — Jutrzejsze słońce ujrzy mnie w twoim domu i będziemy wtedy rozmawiali, ale teraz muszę jechać do radży22.

— Do radży? Dlaczego? Czegóż chcesz od Lakamby?

— Tuanie, pomówimy jutro jak przyjaciele. Muszę widzieć Lakambę jeszcze dziś w nocy.

— Dainie, ty nie opuścisz mnie teraz, kiedy wszystko już gotowe! — zawołał Almayer błagalnym tonem.

— Czyż nie powróciłem? Ale muszę się widzieć z Lakambą, dla mojego i twojego dobra.

Ciemny zarys głowy znikł nagle znad brzegu. Krzew, uwolniony z rąk wioślarza, odgiął się wstecz z szelestem, opryskując deszczem błotnistych kropel Almayera, który pochylił się naprzód, aby dojrzeć cośkolwiek.

Po chwili łódź znalazła się w smudze światła padającego na rzekę od wielkiego ogniska na przeciwległym brzegu. Można było teraz rozróżnić sylwetki dwóch ludzi pochylonych nad wiosłami; trzeci zaś, wymachujący wiosłem u steru, wyglądał w olbrzymim, płaskim kapeluszu jak grzyb fantastycznej wielkości.

Almayer śledził łódź, póki nie znikła za smugą światła. Wkrótce gwar wielu głosów dosięgnął go przez rzekę. Widział, jak wyciągano z ogniska płonące głownie23, które oświetliły na chwilę wrota w ostrokole i tłoczących się łudzi. Po chwili weszli widocznie do środka, gdyż pochodnie znikły, a rozproszony ogień świecił przyćmionym i dorywczym blaskiem.

Ruszył wielkimi krokami ku domowi, pełen nieokreślonej troski. Niemożliwe, aby Dain knuł coś przeciw niemu; to przypuszczenie było bez sensu. I Dainowi, i Lakambie zanadto zależało na pomyślnym przeprowadzeniu planu obmyślonego przez Almayera. Wprawdzie Malajom zbytnio wierzyć nie można, ale przecież i oni mają jakiś zdrowy rozsądek i zrozumienie własnego interesu. Wszystko będzie dobrze, musi być dobrze. Doszedłszy do tego wniosku, znalazł się u stóp schodów prowadzących na werandę. Z nisko położonego miejsca, gdzie stał, mógł widzieć oba ramiona rzeki. Główna odnoga Pantai gubiła się w ciemnościach, gdyż ogień pod ostrokołem radży już wygasł, natomiast w górę ku Sembirowi można było rozróżnić długi szereg chat malajskich skupionych przy brzegu; gdzieniegdzie migotało przyćmione światełko przez bambusową ścianę lub też paliły się dymiące pochodnie na pomostach nad wodą. Jeszcze dalej, tam gdzie wyspa przechodziła w płaską skałę, piętrzyła się nad chatami ciemna masa budynków; ożywiały ją liczne światła o białym, silnym blasku pochodzącym widocznie od lamp naftowych. Była to posiadłość Abdulli ben Selima, najbogatszego kupca w Sembirze. Wśród wolnej przestrzeni stał jego dom, zbudowany trwale na skalistym podłożu i otoczony składami towarów. Dla Almayera był to widok nienawistny. Wyciągnął ściśniętą pięść ku budynkom, które z wyżyn swego dobrobytu zdawały się spoglądać ku niemu zimno i wyzywająco, naigrawając się z jego upadku.

Zaczął wstępować powoli na schody swojego domu.

W pośrodku werandy stał okrągły stół, a na nim lampa bez klosza rzucała jaskrawy blask na trzy ściany. Czwarta strona werandy, otwarta, wychodziła na rzekę. Między grubo ociosanymi słupami podtrzymującymi wysoki spadzisty dach wisiały podarte zasłony z rotanu. Sufitu nie było wcale; ostre światło lampy przechodziło u góry w łagodny półcień, a jeszcze wyżej krokwie ginęły w zupełnym mroku. Środkową ścianę przecinała czerwona firanka zasłaniająca wyjście na korytarz, który łączył się drzwiami z pokojem kobiet i prowadził dalej do szopy kuchennej i podwórza. W jednej z bocznych ścian były drzwi z na wpół zatartym napisem: „Biuro: Lingard i Sp.”; pokryte warstwą kurzu wyglądały, jakby ich przez wiele lat nikt nie otwierał. Pod przeciwległą ścianą stał bujający fotel z giętego drzewa, zaś naokoło stołu i dalej, rozrzucone po werandzie, błąkały się cztery drewniane fotele, niby wstydząc się marnego otoczenia. Stos mat leżał w kącie; nad nimi wisiał ukośnie stary hamak. W drugim rogu spał na podłodze Malaj zwinięty w kłębek, z głową obwiązaną szmatą z czerwonego perkalu24. Był to jeden z domowych niewolników Almayera, jego „własnych ludzi”, jak ich nazywał. Liczne i świetne grono ciem pląsało zapamiętale naokoło lampy w takt skocznej przygrywki moskitów unoszących się rojami. Pod strzechą z palmowych liści jaszczurki biegały po belkach, nawołując się łagodnie. Małpka, uwiązana na łańcuchu u jednego ze słupów podpierających werandę, wyjrzała zza okapu, gdzie była jej nocna kryjówka; strojąc przyjazne miny do Almayera, zawisła na pręcie bambusowym sterczącym ze strzechy i strząsnęła obfity deszcz kurzu i okruchów zeschłych liści, które osiadły na odrapanym stole. Jakieś zwiędłe rośliny leżały na nierównej podłodze pokrytej zeschłym błotem. Zaniedbanie i niechlujstwo wyzierały z każdego kąta. [Wielkie, czerwone plamy na podłodze i ścianach świadczyły o częstym żuciu betelu25.] Od rzeki szedł lekki powiew i kołysał łagodnie postrzępione zasłony, niosąc z przeciwległych lasów nikły, mdły zapach jakby przekwitłych kwiatów.

Podłoga werandy zaskrzypiała głośno pod ciężkimi krokami Almayera. Śpiący w kącie Malaj poruszył się niespokojnie, mrucząc jakieś niewyraźne słowa. Coś zaszeleściło za firanką zakrywającą drzwi i łagodny głos spytał po malajsku: „Czy to ty, ojcze?”

— To ja, Nino. Głodny jestem. Czy wszyscy już śpią w tym domu? — rzekł wesoło Almayer i z westchnieniem ulgi osunął się na fotel stojący najbliżej stołu.

Nina Almayer ukazała się w przejściu zasłoniętym firanką, a za nią weszła stara kobieta malajska i zakrzątnęła się koło stołu: ustawiła półmisek z ryżem i rybami, dzban z wodą i pół butelki jałowcówki. Umieściwszy troskliwie przed swym panem pękniętą szklankę i łyżkę cynową, oddaliła się bez szelestu. Nina stała oparta o brzeg stołu, z ręką opuszczoną bezwolnie wzdłuż ciała. Wyraz niecierpliwego oczekiwania malował się na jej twarzy, zwróconej ku ciemnościom, skroś26 których jej marzące oczy zdawały się dostrzegać jakiś czarowny obraz. Wzrostu wysokiego jak na dziewczynę krwi mieszanej, miała regularny profil ojca, jednak zmieniony i bardziej zdecydowany dzięki kwadratowemu zarysowi podbródka odziedziczonego po przodkach matki, korsarzach z plemienia Sulu. Stanowczy łuk ust i błysk białych zębów między rozchylonymi wargami nadawały pewien odcień dzikości niecierpliwemu wyrazowi jej twarzy. A jednak prześliczne, ciemne jej oczy jaśniały tkliwą słodyczą właściwą kobietom malajskim, lecz ożywioną promieniem wyższej inteligencji. Oczy te spoglądały poważnie, szeroko rozwarte i nieruchome, jakby zapatrzone w coś niewidzialnego dla wszystkich innych oczu, gdy stała tak, cała w bieli, prosta i gibka, nieświadoma swojego czaru. Nad niskim, szerokim jej czołem lśnił przepych czarnych włosów, które w ciężkich splotach spływały na barki, potęgując jeszcze oliwkową bladość cery w czarnym jak węgiel obramowaniu.

Almayer zabrał się chciwie do ryżu, ale już po paru łykach przerwał jedzenie i z łyżką w ręku spojrzał ciekawie na córkę.

— Czy słyszałaś, jak przejeżdżała tędy łódź z pół godziny temu? — zapytał.

Dziewczyna szybko rzuciła na niego wzrokiem i odwróciła się od stołu, stając tyłem do światła.

— Nie — odpowiedziała powoli.

— Łódź przejeżdżała. Nareszcie! To był Dain. Pojechał teraz do Lakamby; sam mi to powiedział. Mówiłem z nim, ale nie chciał przyjść dzisiaj. Będzie tu dopiero jutro rano.

Połknął znów łyżkę ryżu i mówił dalej:

— Jestem dziś prawie szczęśliwy, Nino! Widzę nareszcie kres długiej drogi, która wyprowadzi nas z tego nędznego bagna. Wydostaniemy się stąd prędko, moja droga dziewczynko, a wtedy...

Podniósł się i utkwił wzrok w przestrzeni, jakby wpatrzony w czarującą jakąś wizję.

— A wtedy — mówił dalej — będziemy szczęśliwi oboje, i ty, i ja. Będziemy żyli daleko stąd w bogactwie i szacunku. Zapomnimy o tym, co było, o wszystkich walkach, o całej tej nędzy!

Zbliżył się do córki i pieszczotliwie pogładził ją p włosach.

— Źle jest, gdy trzeba pokładać wiarę w Malaju, ale muszę przyznać, że ten Dain to dżentelmen, prawdziwy dżentelmen — powtórzył.

— Czy prosiłeś go, żeby tu przyszedł? — zapytała Nina, nie patrząc na ojca.

— Naturalnie! Wyjedziemy pojutrze — rzekł radośnie. — Nie trzeba tracić ani chwili. No cóż, szczęśliwa jesteś, moja ty malutka?

Dorównywała prawie wzrostem ojcu, ale lubił przypominać sobie czasy jej dzieciństwa, kiedy byli dla siebie wszystkim.

— Jestem szczęśliwa — odrzekła bardzo cicho.

— Naturalnie — ciągnął żywo Almayer — nie możesz sobie nawet wyobrazić, co cię czeka! Ja sam nie byłem w Europie, ale nasłuchałem się tylu opowiadań mojej matki! Wydaje mi się, że znam wszystko doskonale. Będziemy tam żyli jak... jak... no po prostu wspaniale. Zobaczysz!

I znów stał, milcząc, obok córki, wpatrzony w tę czarującą wizję. Po chwili wyciągnął zaciśniętą pięść w kierunku śpiącej osady.

— No, mój przyjacielu Abdullo — zawołał — zobaczymy na koniec po tylu latach, czyje będzie na wierzchu!

Popatrzył w górę rzeki i zauważył spokojnie:

— Znów będzie burza. A niech tam! Żaden piorun mnie dziś nie zbudzi. Jestem pewien! Dobranoc, moja malutka — szepnął, całując ją czule w policzek. — Jakoś nie wyglądasz mi na bardzo szczęśliwą, ale jutro pokażesz weselszą twarzyczkę, co?

Nina słuchała ojca z twarzą nieporuszoną, patrząc spod przymkniętych powiek w ciemność, która stała się teraz jeszcze głębsza. Ciężka chmura spełzła ze wzgórz, gasząc gwiazdy, i stopiła niebo, las i rzekę w jedną masę prawie że dotykalnej czerni. Lekki powiew od rzeki zamarł, lecz oddalony bełkot grzmotu i blade błyskawice ostrzegały o zbliżającej się burzy.

Z westchnieniem odwróciła się Nina ku stołowi.

Almayer leżał już w hamaku, na wpół uśpiony.

— Zabierz lampę — mruknął zaspanym głosem. — Pełno tu moskitów. Idź spać, córuchno.

Lecz Nina, zgasiwszy lampę, zwróciła się znów ku balustradzie i objęła ramieniem drewniany słup, patrząc z natężeniem ku rzece. Stała nieruchomo wśród przygniatającej ciszy nocy podzwrotnikowej, a każda błyskawica ukazywała jej oczom górny bieg Pantai. Las po obu stronach rzeki giął się pod wściekłym podmuchem nadciągającej burzy, schłostane wichrem fale pokryła biała piana, a czarne chmury o dziwacznie poszarpanych kształtach wlokły się nisko nad rozkołysanymi drzewami. Wokół Niny wszystko było jeszcze ciszą i spokojem, lecz z oddali dochodziło już wycie wichru, plusk ulewnego deszczu i szum dręczonej rzeki. Burza zbliżała się coraz bardziej wśród rozgłośnych grzmotów i przeciągłych, jaskrawych błyskawic, po których nastawały krótkie chwile przerażającego mroku. Gdy dosięgła niskiego przylądka między dwoma ramionami Pantai, dom zatrząsł się od wichury, rozległ się chlupot deszczu bijącego o dach z liści palmowych, a grom przemówił jednym, ciągłym rykiem. Nieustanne błyskawice ukazywały odmęty rozkołysanych fal, rozpędzone kłody i wielkie drzewa gnące się przed brutalną i bezlitosną siłą.

Nieczuły na szalejący nocą muson27 i ulewę, ojciec Niny spał spokojnie, nie pomnąc28 jednako swoich klęsk i nadziei, przyjaciół i wrogów; a córka stała bez ruchu, za każdym błyskiem piorunu niecierpliwie ogarniając szeroką rzekę badawczym, niespokojnym spojrzeniem.

Rozdział drugi

Kiedy Almayer zgodził się zaślubić malajską dziewczyną, ulegając nagłemu żądaniu Lingarda, tragiczne jej dzieje nie były znane nikomu. Nie wiedziano, że zajmująca młoda Malajka, tak niedawno ochrzczona, walczyła rozpaczliwie na pokładzie wraz z innymi korsarzami owego dnia, gdy straciwszy wszystkich swoich bliskich, zyskała białego ojca. Tylko ciężka rana w nodze przeszkodziła jej rzucić się w morze za przykładem kilku korsarzy pozostałych przy życiu. Stary Lingard znalazł ją na przednim pokładzie pod stosem martwych i konających i kazał przenieść na „Błyskawicę”, a statek malajski podpalono, puszczając go na los fal.

Młoda Malajka była przytomna. Wśród wielkiego spokoju i ciszy, która zapadła po zamęcie bitwy w ten wieczór podzwrotnikowy, chłonęła wzrokiem statek malajski oddalający się w ciemność wśród huku płomieni i kłębów dymu; zabierał wszystko, co miała najdroższego, do czego lgnęła w swój dziki sposób. Nie czuła troskliwych rąk opatrujących jej ranę; wpatrywała się, milcząc, w stos śmiertelny tych mężnych ludzi, tych uwielbianych wojowników, którym tak dzielnie pomagała w walce z groźnym Radżą Laut.

Lekki powiew nocny pędził bryg łagodnie ku południowi. Wielka łuna malała coraz bardziej, aż zabłysła na horyzoncie niby zachodząca gwiazda i znikła. Ciężki baldachim dymu odbijał jeszcze przez krótki czas jaskrawy blask ukrytych płomieni, lecz i on rozwiał się niebawem.

Młoda Malajka zrozumiała, że wraz z tym zagasłym blaskiem przepadło i dawne jej życie. Odtąd czeka ją niewola w dalekich krajach, między obcymi, w otoczeniu nieznanym, a może nawet i strasznym. [Mając już lat czternaście, zdawała sobie jasno sprawę z położenia; przyszła do wniosku jedynie możliwego dla malajskiej dziewczyny dojrzałej wcześnie w żarze tropikalnego słońca i świadomej swych wdzięków, które wzbudzały głośny zachwyt wśród młodych dzielnych wojowników załogi jej ojca.] Przejmował ją strach przed nieznanym; zresztą29 zniosła swój los spokojnie, w sposób właściwy malajskiej rasie, a nawet uważała wszystko za zupełnie naturalne: czyż nie była córką wojownika zdobytą w boju? Czy nie należała z prawa do zwycięskiego radży? Nawet widoczna łaskawość groźnego starca pochodziła w jej przekonaniu z podziwu dla branki; połechtana jej próżność łagodziła męczarnie rozpaczy po tej okropnej klęsce. Gdyby była znała wysoki mur, ciche ogrody i milczące mniszki klasztoru w Semarangu30, dokąd przeznaczenie miało ją zaprowadzić, szukałaby może śmierci w porywie przerażenia i wstrętu do takiej niewoli. Ale w wyobraźni jawił się przed nią zwykły tryb życia malajskiej dziewczyny: kolejne następstwo ciężkiej pracy i płomiennej miłości, intryg, złotych ozdób, harowania przy gospodarstwie i wielkiego, choć tajemnego wpływu, który jest jednym z niewielu przywilejów półdzikiej kobiety. Tymczasem stary wilk morski postąpił jak zwykle według bezwiednych porywów serca. Ujął w szorstkie ręce los młodej Malajki i pokierował nim w dziwny i straszny dla niej sposób. Zniosła z uległością zamknięcie w klasztorze i naukę, i nową wiarę, kryjąc nienawiść i pogardę dla tego obcego życia. Języka nauczyła się prędko, ale nie rozumiała nowej wiary, którą wpajały w nią zacne siostry; z religii przyswoiła sobie szybko tylko to, co w niej było z zabobonu. Nazywała Lingarda ojcem, wdzięcząc się do niego pieszczotliwie podczas wszystkich jego wizyt, krótkich a hałaśliwych; zdawała sobie jasno sprawę, że jest to wielka i niebezpieczna potęga, którą należy ugłaskać. Czyż nie był teraz jej władcą? I w ciągu tych długich czterech lat żywiła nadzieję, że znalazłszy łaskę w jego oczach, zostanie ostatecznie jego żoną, doradczynią i przewodniczką.

Król Morza rozproszył te marzenia o przyszłości, wypowiadając swoje fiat31, które olśniło Almayera nadzieją wielkiej przyszłości. Młoda Malajka, ubrana z nienawistnym sobie europejskim wykwintem, znalazła się przed ołtarzem [wśród grona zaciekawionych widzów z batawijskiego towarzystwa], obok niej zaś stanął nieznany jej młody człowiek o skwaszonej minie. Almayer bowiem był niespokojny, przejęty niesmakiem i wielce skłonny do ucieczki. Roztropny strach przed przybranym ojcem i wzgląd na własny dobrobyt powstrzymały go od skandalu; ale zaprzysięgając wierność, snuł już plany, jakby się pozbyć prędzej czy później tej ładnej malajskiej dziewczyny. Jednak Malajka zapamiętała na tyle klasztorną naukę, aby zrozumieć, że zgodnie z prawami białych ludzi miała zostać towarzyszką Almayera, a nie jego niewolnicą, i przyrzekła sobie odpowiednio do tego postępować.

„Błyskawica”, załadowana materiałem na budowę nowego domu, opuściła przystań w Batawii32, zabierając nowożeńców na nieznane Borneo; na jej pokładzie nie było jednak miłości i szczęścia, choć opowiadał tak stary Eingard, chełpiąc się młodą parą wobec przygodnych przyjaciół po werandach różnych hoteli. Stary żeglarz natomiast czuł się idealnie szczęśliwy. Wypełnił na koniec swój obowiązek względem dziewczyny. „Wiecie przecież, przeze mnie została sierotą”, kończył uroczyście gawędy o interesach, rozprawiając jak zwykle w przypadkowym towarzystwie łazęgów z wybrzeża. Wykrzyki uznania na wpół pijanych słuchaczy napełniały prostą jego duszę rozkoszą i dumą. „Ja potrafię przeprowadzić wszystko, co tylko zechcę” było także ulubionym jego powiedzeniem; stosując się do tej zasady, przyśpieszał gorączkowo budowę domu i składów nad rzeką Pantai. Dom przeznaczony był dla młodej pary, a składy dla wielkiego handlu, który miał się rozwinąć pod kierownictwem Almayera. Natomiast on, Lingard, będzie mógł oddać się całkowicie pewnemu tajemniczemu przedsięwzięciu. Mówiło się o nim tylko półsłówkami, lecz wiedziano, że chodzi o złoto i diamenty w głębi wyspy. Almayer gorączkował się również. Gdyby był wiedział, co go czeka, nie śledziłby z takim upragnieniem i nadzieją ostatniej łódki z wyprawy Lingarda, znikającej na zakręcie w górze rzeki. Gdy obejrzał się wokoło i ogarnął wzrokiem ładny domek, wielkie składy budowane porządnie przez całą armię chińskich cieśli i nowy pomost, u którego skupiały się łodzie handlowe, porwało go nagle uniesienie na myśl, że cały świat do niego należy.

Ale świat trzeba było wpierw zdobyć, a zdobycie to nie było tak łatwe, jak mu się zdawało. Bardzo prędko dano mu do zrozumienia, że nie jest wcale pożądany w tym zakątku świata, gdzie umieścił go Lingard i własna jego słaba wola, w tym gnieździe intryg nieprzebierających w środkach i zaciekłego współzawodnictwa w handlu. Arabowie odkryli niebawem wjazd do rzeki i założyli osadę w Sembirze, a gdziekolwiek handlowali, chcieli być panami u siebie i nie tolerowali żadnej konkurencji. Pierwsza wyprawa Lingarda nie powiodła się; wyruszył po raz drugi, wydając na tajemnicze podróże wszystkie zyski osiągnięte z jawnie prowadzonego handlu. Almayer pasował33 się z trudnościami swojego położenia, pozbawiony przyjaciół i wszelkiej pomocy; jedynym jego opiekunem — przez wzgląd na Lingarda — był stary radża, poprzednik Lakamby. Sam Lakamba mieszkał wtedy jako człowiek prywatny w środku ryżowej polanki położonej siedem mil niżej nad rzeką i używał całego swojego wpływu, aby pomagać nieprzyjaciołom białego człowieka; knuł spiski przeciw staremu radży i Almayerowi, kombinując przy tym z niezawodzącą nigdy pewnością, która świadczyła jasno o wtajemniczeniu w najskrytsze ich sprawy. Na pozór usposobiony był przyjaźnie. Okazałą postać Malaja widywano często na werandzie Almayera; zielony jego turban i kaftan złotem szyty jaśniały w pierwszym rzędzie tłumu spokojnych i godnych Malajów, którzy przychodzili pozdrowić Lingarda wracającego z głębi wyspy. Pokłony Lakamby były najniższe, a uściski ręki należały do najserdeczniejszych, gdy witał starego kupca, lecz małe jego oczka umiały zawsze dostrzec, jaka jest sytuacja w danej chwili. Opuszczając dom Almayera z przelotnym uśmiechem zadowolenia, udawał się na długie narady do przyjaciela swojego i wspólnika — szefa handlowej stacji arabskiej — Saida Abdulli, który był człowiekiem bardzo możnym i cieszył się potężnym wpływem na wyspach okolicznych.

W osadzie wiedziano wtedy powszechnie, że odwiedziny Lakamby w domu Almayera nie ograniczały się do tych oficjalnych wizyt. W noce księżycowe zapóźnieni rybacy z Sembiru widywali często czółenko wymykające się z wąskiej zatoki za domem białego człowieka; samotny wioślarz płynął ostrożnie w dół rzeki, trzymając się głębokiego cienia wzdłuż brzegu. Zdarzenia te, z których sumiennie zdawano sprawę, roztrząsane były do późnej nocy wokół ognisk wieczornych z cynizmem określeń zwykłym u Malajów [arystokratycznego pochodzenia i ze złośliwym zadowoleniem z domowych nieszczęść orang Belanda — znienawidzonego Holendra]. Almayer walczył wciąż rozpaczliwie, lecz chwiejność jego zamiarów pozbawiła go wszelkiej możliwości powodzenia wobec ludzi tak bezwzględnych i zdecydowanych na wszystko jak przeciwnicy jego — Arabowie. Handel zamierał stopniowo w obszernych składach; budynki zaczęły miejscami butwieć. Bankier starego marynarza, Hudig z Makassaru, zbankrutował; wskutek tego przepadł cały kapitał, którym można było rozporządzać. Dochody z ubiegłych lat pochłonęła odkrywcza mania Lingarda. Stary żeglarz przebywał wtedy w głębi wyspy — może już nie żył — a w każdym razie nie dawał znaku o sobie. Almayer pozostał sam wśród tych wrogich okoliczności; jedyną jego osłodą było towarzystwo sześcioletniej córeczki, która urodziła się w dwa lata po ślubie. Żona Almayera zaczęła go wkrótce traktować z dziką pogardą zaznaczającą się ponurym milczeniem, urozmaicanym przy sposobności potokiem wściekłych obelg. Czuł, że ta kobieta go nie znosi. Widział nieraz zawistne jej oczy śledzące dziecko i jego z wyrazem prawie wrogim: zazdrosna była o dziewczynkę, która okazywała ojcu więcej przywiązania. Almayer nie czuł się bezpieczny z tą kobietą pod jednym dachem. Zdarzało się nieraz, że w szale bezmyślnej nienawiści do wszystkich oznak cywilizacji paliła meble i zdzierała firanki, podczas gdy Almayer, przerażony tymi wybuchami dzikości, rozmyślał w milczeniu, jaką drogą mógłby się jej najłatwiej pozbyć. Wszelkie możliwe sposoby przewinęły mu się przez głowę, snuł nawet plan morderstwa, chwiejny i niejasny, jednak na czyn się nie odważył, oczekując lada dzień powrotu Lingarda z wieścią o jakimś niesłychanym powodzeniu. Król Morza rzeczywiście powrócił, lecz postarzały i chory — cień dawnego Lingarda — z płomieniem gorączki w zapadłych oczach; z licznej wyprawy prawie on jeden ocalał. Ale powiodło mu się nareszcie! Nieprzebrane skarby były w jego ręku: potrzebował tylko więcej pieniędzy — trochę więcej jeszcze — aby urzeczywistnić marzenie o bajecznej fortunie. A Hudig tymczasem zbankrutował! Almayer zgarnął wszystko, co tylko mógł, lecz stary żeglarz potrzebował więcej jeszcze. Jeśli Almayer nie będzie mógł mu dopomóc, pojedzie do Singapuru, a nawet do Europy, lecz przede wszystkim do Singapuru i weźmie z sobą małą Ninę. Dziecko musi otrzymać przyzwoite wychowanie. W Singapurze mieszkają dobrzy przyjaciele Lingarda, którzy zajmą się małą i dopilnują jej wykształcenia. Wszystko pójdzie dobrze i dziewczynka — na którą stary żeglarz zdawał się przenosić swoją dawną miłość do jej matki — będzie najbogatszą kobietą na Wschodzie, a nawet na całym świecie. Tak wykrzykiwał stary Lingard; obdarty, rozczochrany, uniesiony zapałem, wymachiwał cygarem, chodząc po werandzie ciężkim krokiem, przyzwyczajonym do mierzenia pokładu; Almayer zaś siedział skulony na stosie mat i myślał z trwogą o rozstaniu z jedyną istotą, którą kochał. Może większym jeszcze przerażeniem przejmowała go myśl o nieuniknionym przejściu z żoną, dziką tygrysicą, której miał wydrzeć młode. „Otruje mnie”, myślał nieborak, znając dobrze ten łatwy i ostateczny sposób rozwiązywania wszelkich zagadnień życia Malajów: społecznych, politycznych czy też rodzinnych. Ku wielkiemu zdumieniu Almayera żona jego przyjęła tę wiadomość bardzo spokojnie, spojrzała tylko ukradkiem na męża i na Lingarda, nie mówiąc ani słowa. To jednak nie przeszkodziło jej nazajutrz skoczyć do rzeki i płynąć za łódką, w której Lingard uwoził niańkę z płaczącym dzieckiem. Almayer musiał ścigać żonę w myśliwskim czółnie i wyciągać ją z wody za włosy wśród wrzasków i przekleństw, od których zdawało się, że niebo pęknie. Ale po dwu dniach, spędzonych na zawodzeniu, wróciła do poprzedniego trybu życia i żując betel34, siedziała cały dzień wśród swoich kobiet pogrążona w tępym lenistwie. Od tego czasu zaczęła się szybko starzeć, budząc się z odrętwienia po to jedynie, aby rzucić mężowi jadowitą uwagę czy obelżywy wykrzyknik, gdy się wypadkiem znalazł w jej obecności. Almayer zbudował dla żony szałas w podwórzu nad rzeką, gdzie żyła w zupełnym odosobnieniu. Wizyty Lakamby ustały z chwilą, gdy stary władca Sembiru rozstał się z tym światem wskutek odnośnego dekretu Opatrzności, popartego drobną leczniczą manipulacją. Lakamba objął po nim rządy, do czego przyczynili się u władz holenderskich życzliwi mu Arabowie. Said Abdulla był pierwszą osobą i najpotężniejszym kupcem na całą Pantai. Zrujnowany i bezsilny ALmayer, uwikłany w gęstej sieci ich knowań, zawdzięczał życie tylko przypuszczeniu, że posiada cenną tajemnicę Lingarda. A Lingard przepadł. Napisał raz z Singapuru, donosząc, że dziecko ma się dobrze i pozostaje pod opieką niejakiej pani Vinck, a on sam jedzie do Europy, aby zebrać pieniądze na wielkie swoje przedsięwzięcie. „Wracam niezadługo. Nie będzie z tym żadnych trudności — pisał — ludzie rzucą się do mnie tłumnie z pieniędzmi”. Widocznie stało się inaczej; przyszedł od niego jeszcze jeden list, gdzie donosił, że jest chory, że krewni jego pomarli — i nic więcej. Nastąpiło zupełne milczenie. Europa najwidoczniej połknęła Radża Laut; na próżno spoglądał Almayer na zachód, wypatrując promienia światła w mroku zawiedzionych nadziei. Mijały lata; z rzadka przychodziły listy od pani Vinck, potem od samej dziewczynki; była to jedyna rzecz, która czyniła życie znośnym wśród tryumfującego barbarzyństwa. Almayer żył teraz samotnie, nie odwiedzając nawet swoich dłużników; wiedział, że płacić nie myślą, pewni opieki Lakamby. Wierny Sumatrańczyk Ali gotował mu ryż i kawę, gdyż Almayer nie ufał nikomu, a najmniej ze wszystkich własnej żonie. Zabijał czas, błąkając się smutnie po zarośniętych ścieżkach naokoło domu; obchodził także rozwalające się hale towarowe, gdzie kilka mosiężnych strzelb pokrytych grynszpanem35 i parę rozbitych pak z butwiejącymi perkalami przypominało mu dawne, dobre czasy. W halach przepełnionych towarem kipiało wtedy życie, a on stał na wybrzeżu obok swej córeczki i doglądał krzątających się ludzi. Teraz zaś łódki z wyżej położonych okolic omijały zmurszały pomost Lingarda i Sp., skupiając się w nowej przystani należącej do Abdulli. I to wcale nie z miłości do potężnego Araba; po prostu nikt nie miał odwagi prowadzić handlu z człowiekiem, którego gwiazda zgasła. Taki kupiec nie mógłby się spodziewać litości ani od Arabów, ani od radży; nie dostałby na kredyt ryżu w czasie przednówka, Almayer zaś nie byłby mu w stanie pomóc, bo czasem ledwie sam mógł się wyżywić. Pogrążony w osamotnieniu i rozpaczy, zazdrościł często swemu bliskiemu sąsiadowi, Chińczykowi Dżim Eng; widywał go nieraz rozciągniętego na stosie chłodnych mat, z drewnianą poduszką pod głową i fajką z opium36 w bezsilnych palcach. Almayer nie szukał jednak ukojenia w opium — może było to za kosztowne — może duma człowieka białego ratowała go od upadku — a najprawdopodobniej strzegła go myśl o córeczce w odległych Straits Settlements37. Miewał o niej częstsze wiadomości, odkąd Abdulla kupił parowiec kursujący mniej więcej co trzy miesiące między Singapurem a osadą nad Pantai. Czuł się teraz bliżej córki. Tęsknił za jej widokiem i projektował podróż do Singapuru, lecz wyjazd swój z roku na rok odkładał, oczekując ciągle jakiegoś pomyślnego zwrotu w swoim losie. Nie chciał powitać córki z pustymi rękoma, bez słów nadziei na ustach. Nie mógł skazywać jej na dziki tryb życia, jaki sam prowadził — a zarazem bał się jej trochę. Co też sobie o nim pomyśli? Zaczął liczyć lata. To już dojrzała kobieta wychowana w zachodniej cywilizacji, młoda i pełna nadziei; a on czuł się stary, zwątpiały i bardzo podobny do tych dzikich wokół siebie. Zadawał sobie pytanie, jaka będzie jej przyszłość. Nie mógł na to odpowiedzieć i nie śmiał myśleć o tym. A jednak tęsknił za córką. Latami ciągnęło się jego wahanie.

Niespodziane zjawienie się Niny w Sembirze położyło kres tej niepewności. Przyjechała na parowcu pod opieką kapitana. Almayer powitał ją ze zdumieniem niepozbawionym podziwu. W ciągu tych lat dziesięciu wyrosła z dziecka na kobietę, czarnowłosą, o cerze oliwkowej, wysmukłą i piękną. W wielkich, smutnych jej oczach o lękliwym wyrazie właściwym Malajkom przebijał odcień zadumy, dziedzictwo po przodkach europejskich. Almayer myślał z przerażeniem o spotkaniu żony z córką. Co sobie pomyśli to poważne dziewczę w sukni europejskiej o matce żującej betel, siedzącej w kucki w ciemnym szałasie, nieporządnej, półnagiej i ponurej? Obawiał się także wybuchu wściekłości ze strony tej jędzy; dotychczas umiał ją utrzymywać w jakim takim spokoju, ratując resztki swych potrzaskanych mebli. I stał teraz przed zamkniętymi drzwiami szałasu w oślepiającym blasku słońca, przysłuchując się szmerowi głosów — zaciekawiony tym, co się wewnątrz dzieje. Wszystkie dziewczęta służebne zostały wyrzucone za drzwi na samym początku rozmowy i stały zbite w gromadkę przy ogrodzeniu, z twarzami na wpół zasłoniętymi, szczebiocząc z ciekawością i snując domysły.

Almayer zapamiętał się zupełnie, usiłując pochwycić choć jakieś luźne słowo przez bambusową ścianę; dopiero kapitan parowca, na którym przyjechała Nina, bojąc się słonecznego udaru dla niego, wziął go pod rękę i zaprowadził na werandę. Stał już tam kufer Niny, przyniesiony przez ludzi z parowca. Almayer usadowił kapitana Forda przed pełną szklanką, poczęstował go cygarem i zapytał zaraz o przyczynę niespodziewanego przyjazdu córki. Ale Ford niewiele miał do powiedzenia poza gwałtownie i niejasno formułowanymi ogólnikami o głupocie kobiet w ogóle, a pani Vinck w szczególności.

— Wiesz, Kasprze — rzekł na zakończenie do podnieconego Almayera — diabelnie głupio mieć w domu Metyskę38. Wszędzie się trafiają idioci. Był tam ten młodzik z banku i ciągle jeździł do willi Vincków, i rano, i wieczorem. Stara myślała, że to chodzi o jej Emmę. Jak tylko wymiarkowała39, co mu właściwie pachnie — dopiero się wrzask podniósł, no, mówię ci. Ani chwili dłużej nie chciała mieć Niny u siebie. Dowiedziałem się o tej historii i wziąłem dziewczynę do nas. Moja żona jest niezłą sobie kobieciną i — słowo daję — bylibyśmy ją zatrzymali przez wzgląd na ciebie, tylko że sama nie chciała zostać. No, no! Nie unoś się, Kasprze. Siedź spokojnie, cóż na to możesz poradzić? Tak będzie lepiej — niech zostanie z wami. Nie była tam wcale szczęśliwa. Te dwie dziewczyny Vincków są mało co lepsze od tresowanych małp. Pogardzały nią. Trudno, nie możesz zmienić jej skóry. I po co kląć? Nic ci to nie pomoże. To dobra dziewczyna pomimo wszystko, ale nie chciała nic mojej żonie powiedzieć. Chcesz, to jej się sam zapytaj, ale na twoim miejscu zostawiłbym ją w spokoju. O zapłatę za przyjazd niech cię głowa nie boli, mój stary, pewno jesteś kuso40 z pieniędzmi. — Tu kapitan rzucił cygaro i poszedł, aby „napędzić tych tam na statku”, jak się wyraził.

Almayer na próżno oczekiwał, że dowie się o przyczynie powrotu córki z jej własnych ust. Ani pierwszego dnia, ani też później nie wspomniała nigdy o swoim życiu w Singapurze. Bał się pytać, onieśmielony niewzruszonym spokojem jej twarzy, poważnym wyrazem oczu skierowanych w dal poza niego na wielkie, ciche lasy, spoczywające w majestatycznym śnie przy wtórze szerokiej rzeki. Pogodził się ze skrytością córki, uszczęśliwiony jej przywiązaniem i opieką, jaką go otaczała. Stosunek Niny do ojca nie był jednak równy. Przychodziły na nią niekiedy, jak to nazywał, „złe dni”; odwiedzała wtedy matkę, przesiadując godzinami w szałasie nad rzeką. Wychodziła stamtąd równie niezbadana jak i przedtem, lecz w spojrzeniu jej przebijała pogarda, a wszelkie przemowy Almayera zbywała krótką odpowiedzią. Przyzwyczaił się nawet i do tego; zachowywał się cicho w takie dni, nie okazując wielkiej trwogi, jaką w nim budził wpływ żony na córkę. Skądinąd Nina przystosowała się z zadziwiającą łatwością do warunków na wpół dzikiego, nędznego życia. Znosiła bez niechęci ani też widocznego wstrętu zaniedbanie, nieład, biedę panującą w domu, brak umeblowania i uprzykrzonej potrawy z ryżu. Mieszkała z Almayerem w butwiejącym domku, zbudowanym niegdyś przez Lingarda dla młodej pary. Malaje rozprawiali z ożywieniem o przybyciu Niny. Zdarzały się na początku tłumne najścia Malajek z dziećmi, domagających się natarczywie od młodej mem putih41, aby udzieliła im obat42 na wszystkie choroby. Z nadejściem wieczornego chłodu poważni Arabowie w długich, białych koszulach i żółtych kaftanach bez rękawów kroczyli z wolna zapyloną ścieżką wzdłuż rzeki ku wrotom Almayera. Zaszczycając niewiernego uroczystymi odwiedzinami pod pierwszym lepszym pozorem jakiegoś interesu, myśleli tylko o tym, aby zerknąć na jego córkę — w sposób zresztą wysoce przyzwoity. Nawet Lakamba ukazał się spoza swego częstokołu, olśniewając widzów orszakiem łodzi wojennych pod czerwonymi parasolami. Wylądował na zmurszałym pomoście firmy Lingard i Sp. i oświadczył, że przybywa, aby zakupić parę miedzianych strzelb na podarunek dla swego przyjaciela, wodza sembirskich Dajaków. Almayer, podejrzliwy, lecz uprzejmy, zajął się osobiście odgrzebywaniem starych strzelb w składach, a radża zasiadł w fotelu na werandzie, otoczony orszakiem przejętym czcią dla władcy, i czekał na próżno na pojawienie się Niny. Był to jeden z jej „złych dni”; pozostała w szałasie matki, śledząc z daleka uroczyste ceregiele. Radża oddalił się, zawiedziony, lecz pełen dworności. Almayer zaś począł wkrótce zbierać owoce polepszonych stosunków z władcą w postaci odzyskania niektórych długów; zwrócili je wśród mnogich usprawiedliwień i wielu niskich pokłonów dłużnicy, których do tej pory uważał za beznadziejnie niewypłacalnych. Wobec tych pomyślniejszych okoliczności Almayer nabrał otuchy. Może jeszcze nie wszystko było stracone? Arabowie i Malaje przekonali się na koniec, że i on coś znaczy. I snując rozległe plany według swego zwyczaju, pogrążał się w marzeniach o wielkiej fortunie dla siebie i Niny. Dla niej przede wszystkim! Pod wpływem tych ożywczych podniet poprosił kapitana Forda o napisanie do Anglii, do przyjaciół, z zapytaniem o Lingarda. Czy żyje czy też umarł? A jeśli nie żyje, czy nie zostawił jakichś papierów, dokumentów czy też wskazówek co do wielkiej swojej wyprawy? Almayer znalazł tymczasem wśród rupieci, w jednym z pustych pokojów, notatnik należący niegdyś do starego awanturnika. Wczytywał się w zawiłe pismo kartek i zamyślał się często nad nimi. Zaszły także i inne wypadki budzące go z odrętwienia. Założenie British Borneo Company43 wstrząsnęło całą wyspą, ożywiając nawet ślimaczy nurt sembirskiego życia. Oczekiwano wielkich zmian, mówiono o aneksji; Arabowie byli coraz grzeczniejsi. Almayer rozpoczął budowę nowego domu na użytek przyszłych inżynierów, ajentów lub osadników nowej spółki. Włożył w to z ufnym sercem wszystko, co posiadał, aż do ostatniego guldena. Jedna tylko okoliczność psuła mu szczęście: oto żona jego porzuciła swoją kryjówkę, wnosząc w zacisze małego domku zielony kaftan, obcisłe sarongi44, ostry głos i wygląd czarownicy. A córka przyjęła z zadziwiającą równowagą to dzikie wtargnięcie w poufność ich codziennego życia. Nie podobało się to Almayerowi, ale nie ośmielił się nic powiedzieć.

Rozdział trzeci

Władza postanowień zapadłych w Londynie sięga daleko. W gmachu przysłoniętym mgłą, siedzibie Borneo Company, powzięto decyzję, która zgasiła w oczach Almayera świetny blask tropikalnego słońca, pojąc go żółcią jeszcze jednego zawodu. Anglia wyrzekła się pretensji do tej części zachodniego wybrzeża i zostawiła rzekę Pantai pod nominalną władzą Holandii. W Sembirze wybuchła radość i podniecenie. Niewolników usunięto pośpiesznie w głąb lasu i dżungli, a w osiedlu radży powiały chorągwie z wysokich żerdzi w oczekiwaniu na odwiedziny łodzi holenderskiego okrętu wojennego.

Fregata45 stanęła na kotwicy poniżej ujścia rzeki, łodzie zaś popłynęły w górę, holowane przez parową szalupę, snując się ostrożnie krętym wężem wśród mrowia czółen przepełnionych Malajami w barwnych strojach. Dowodzący oficer wysłuchał z powagą lojalnej przemowy Lakamby, odwzajemnił salaamy46 Abdulli i zapewnił tych dostojników w wyszukanym języku malajskim, że wielki radża hen w Batawii żywi przyjaźń i jak najlepsze chęci względem władcy i mieszkańców wzorowego państwa Sembiru.

Almayer śledził z werandy poprzez rzekę ten uroczysty ceremoniał. Słyszał huk armatek na cześć nowej flagi ofiarowanej Lakambie i głęboki pogwar47 tłumu falującego wzdłuż ostrokołu. Dym wystrzałów unosił się w białych obłokach na zielonym tle lasu i Almayer porównał mimo woli swoje zwodne nadzieje do niknącej szybko mgły. Nie czuł bynajmniej patriotycznego uniesienia wobec tych wypadków, musiał jednak zdobyć się na uprzejmość, gdy oficerowie marynarki należący do komisji przeprawili się przez rzekę po urzędowym ceremoniale, aby złożyć wizytę białemu samotnikowi, o którym słyszeli. Pragnęli też niewątpliwie zerknąć na jego córkę; pod tym względem jednak spotkało ich rozczarowanie, bo Nina nie chciała się ukazać. Dżin i cygara, które postawił przed gośćmi gościnny Almayer, snadź48 łatwo ich pocieszyły. Porozkładali się wygodnie na kulawych fotelach w cieniu werandy; szeroka rzeka zdawała się wrzeć w żarze i oślepiającym blasku słońca, a goście przepełniali małą willę niezwykłym gwarem europejskich języków. Żartowali i śmiali się do rozpuku z tłustego Lakamby, którego obsypywali dopiero co tylu pochlebstwami. Młodsi spośród oficerów w przystępie nagłej życzliwości dla gospodarza wyciągnęli go na zwierzenia. Podniecony widokiem europejskich twarzy, dźwiękiem mowy europejskiej, Almayer otworzył serce wobec pełnych współczucia nieznajomych, nie zdając sobie sprawy, jak dalece opowiadanie o jego rozlicznych nieszczęściach bawi tych przyszłych admirałów. Pili jego zdrowie, życząc mu mnóstwa diamentów i całej góry złota, oświadczyli nawet, że zazdroszczą wielkich przeznaczeń oczekujących go jeszcze. Ośmielony tak wielką życzliwością, siwowłosy i naiwny marzyciel zaprosił gości, aby obejrzeli nowy jego dom. Poszli tam w rozproszonej gromadzie przez wysoką trawę, a tymczasem przygotowywano już łódki do powrotu w dół rzeki o wieczornym chłodzie. Zwiedzili wielkie pokoje, z których ziało pustką i zaniedbaniem; przez okienne otwory wpadał letni powiew, wirując wśród zeschłych liści i kurzu. Almayer w białej kurtce i kwiecistym sarongu stał w gronie błyszczących mundurów i stukał mocno nogą w podłogę, aby pokazać wytrzymałość szczelnie dopasowanych tafli; rozwodził się przy tym nad pięknem i dogodnością budynku. Oficerowie słuchali go, potakując, zdumieni zadziwiającą prostodusznością i ślepą wiarą w przyszłość tego człowieka, aż wreszcie podniecony Almayer wyraził żal, iż przybycie Anglików nie doszło do skutku, „umieją oni bowiem podnieść dobrobyt bogatego kraju”. W odpowiedzi na to szczere wyznanie holenderscy marynarze wybuchnęli śmiechem i ruszyli ku łodziom. Stąpając ostrożnie po zbutwiałych belkach pomostu, Lingard Almayer zbliżył się do przewodniczącego komisji i napomknął nieśmiało o obronie należnej poddanym holenderskim przed chytrymi Arabami. Na to morski dyplomata odpowiedział znacząco, że Arabowie lepszymi są poddanymi od Holendrów, którzy prowadzą z Malajami zakazany handel prochem. Bogu ducha winny Almayer poznał tu od razu gładki język Abdulli i uroczystą wymowę Lakamby, ale nim zdążył wyrazić protest pełen oburzenia, parowa szalupa i szereg łodzi ruszyły szybko w dół rzeki, zostawiając go z otwartymi ustami na pomoście, w zdumieniu i gniewie. Trzydzieści mil rzeką dzieli Sembir od wysepek rozsianych jak klejnoty przy ujściu Pantai, gdzie fregata czekała na powrót małej flotylli. Księżyc wzeszedł, zanim łodzie przebyły połowę tej drogi. Czarny las, śpiący spokojnie pod zimnym światłem miesiąca49, ocknął się, zbudzony salwami śmiechu oficerów wspominających żałosne zwierzenia Almayera. Z łodzi do łodzi krążyły na jego temat żarty zaprawne marynarskim dowcipem, nieobecność jego córki omawiano ze srogim50 niezadowoleniem, a na wpół ukończony dom, zbudowany na przyjęcie Anglików, został jednogłośnie nazwany owej wesołej nocy „Szaleństwem Almayera”.

Po tych odwiedzinach życie w Sembirze toczyło się długi czas zwykłym, monotonnym trybem. Ranne promienie słońca oświetlały dzień w dzień jednaki obraz pracowitej krzątaniny. Gdy Nina szła ścieżką stanowiącą główną ulicę osady, miała przed oczami zawsze ten sam widok: mężczyźni wylegiwali się na wysokich tarasach z ocienionej strony chat, kobiety zajęte były skrzętnie łuskaniem ryżu, a nagie brunatne dzieci biegały po cienistych, wąskich ścieżkach wiodących z polanki do polanki. Dżim Eng przechadzał się przed swym domkiem; witał Ninę przyjaznym skinieniem głowy i wspinał się z powrotem po kładce, spiesząc do ukochanej fajki z opium. Starsze dzieci, ośmielone długą znajomością, gromadziły się naokoło Niny i błyskały śnieżnymi zębami, oczekując na deszcz szklanych paciorków; ciemne paluszki ciągnęły na wszystkie strony fałdy jej białej sukni. Nina witała dzieciarnię spokojnym uśmiechem i miała zawsze kilka przyjaznych słów dla syjamskiego51 dziewczątka, niewolnicy należącej do Bulangiego. Liczne żony tego pracowitego rolnika słynęły z gwałtowności; chodziły słuchy — niepozbawione zresztą podstawy — że sprzeczki w chacie Malaja kończą się zwykle gromadnym natarciem wszystkich jego żon na syjamską niewolnicę. Ale dziewczątko nie skarżyło się nigdy; może przez ostrożność, może wskutek dziwnej, biernej rezygnacji, właściwej półdzikim kobietom. Od wczesnego rana widać ją było krążącą wśród chat, wzdłuż rzeki lub na pomostach; na głowie kołysała zręcznie tacę z pieczywem, które roznosiła na sprzedaż. Podczas największego upału szukała zwykle schronienia w kampungu Almayera i, zachęcona przez Ninę, przysiadała na piętach w zacienionym kącie werandy, trzymając tacę przed sobą. Widok mem putih rozjaśniał jej twarz uśmiechem, ale płoszyło ją nadejście pani Almayer, a nawet sam dźwięk jej ostrego głosu.

Z tym syjamskim dziewczątkiem Nina rozmawiała często, lecz inni mieszkańcy Sembiru nie słyszeli prawie nigdy jej głosu. Przywykli do białej, cichej postaci snującej się wśród nich jak niepojęta istota z wyższego świata. A jednak życie Niny dalekie było od spokoju mimo zewnętrznej równowagi i pozornego oderwania od otaczających ją ludzi i rzeczy, gdyż pani Almayer roztaczała zanadto ożywioną działalność, aby jej domownicy mogli żyć szczęśliwie, a choćby tylko bezpiecznie. Powróciła do swoich stosunków z Lakambą, wprawdzie nie osobiście — ile że godność tego mocarza nie pozwalała mu oddalać się poza obręb częstokołu — lecz obcowała z władcą za pośrednictwem jego premiera, który był zarazem nadzorcą portu, finansowym doradcą i ogólnym totumfackim52. Ów dostojnik, pochodzący z plemienia Sulu, posiadał niewątpliwie zalety męża stanu, aczkolwiek pozbawiony był do cna wdzięków osobistych. Wyrażając się ściślej — budził wprost odrazę; jedno tylko miał oko i twarz dziobatą, a nos i usta szkaradnie zeszpecone przez ospę. Ta mało zachęcająca osobistość wałęsała się często po ogrodzie Almayera w nieurzędowym kostiumie złożonym ze szmaty różowego perkalu owiniętej wkoło bioder. Siedząc w kucki przy rozrzuconym ognisku, chytry pośrednik wiódł długie rozhowory53 z żoną Almayera; narady owe toczyły się w języku sulu, w bezpośredniej bliskości wielkiego żelaznego kotła, gdzie kobiety gotowały codzienną porcję ryżu pod nadzorem pani domu. W następstwie tych rozmów burzliwe sceny wybuchały u domowego ogniska Almayera, toteż nietrudno było domyślić się ich treści.

Od niejakiego czasu Almayer urządzał wycieczki w górę rzeki. Znikał nagle na kilka dni w małej łódce z dwoma wioślarzami i wiernym Alim u steru. Wszelkie jego kroki bacznie były śledzone przez Abdullę i Lakambę, gdyż człowieka, przed którym zwierzał się ongi sam Radża Laut, uważano za posiadacza cennych tajemnic. Mieszkańcy wybrzeży Borneo wierzą święcie, że w głębi wyspy znajdują się olbrzymie pokłady złota i kopalnie diamentów bajecznej wartości. Wymysłom tym sprzyja trudność przedostawania się w głąb wyspy; dotyczy to szczególniej północno-wschodniego wybrzeża, gdzie Malaje i nadbrzeżne plemiona Dajaków, zwanych Łowcami Głów, prowadzą wiekuistą wojnę. Prawda i to, że nieco złota przedostaje się na wybrzeże za pośrednictwem owych Dajaków, którzy odwiedzają osady malajskie podczas krótkich okresów zawieszenia broni, zdarzających się wśród bezładnych walk. Na tej wątłej podstawie piętrzą się najdziksze i najbardziej przesądne domysły.

Almayer, jako człowiek biały — tak jak i poprzednio Lingard — był w nieco lepszych stosunkach z plemionami żyjącymi w górze rzeki. Lecz nawet i jego wyprawy nie były pozbawione pewnego niebezpieczeństwa, a Lakamba wyglądał z niecierpliwością jego powrotu. Za każdym razem czekało jednak radżę rozczarowanie. Na próżno zausznik jego Babalaczi prowadził z żoną Almayera długie narady przy kotle z ryżem. Biały człowiek był nieprzenikniony — niedostępny dla namów, przymileń, zniewag, dla słodkich słów i krzykliwych obelg, dla rozpaczliwych błagań i morderczych pogróżek. Pani Almayer grała na strunach wszystkich namiętności, pragnąc za wszelką cenę skłonić męża do przymierza z Lakambą. Stawała w błagalnej postawie przed Almayerem i piskliwym głosem wyliczała korzyści ścisłego przymierza z człowiekiem tak dobrym i postępującym tak rzetelnie. Brudna suknia sięgająca pod pachy obciskała jej chudą pierś, a kosmyki rzadkich, siwych włosów spadały w nieładzie na kościste, wydatne policzki.

— Dlaczego nie pójdziesz do radży? — skrzeczała. — Dlaczego wracasz do tamtych Dajaków w wielkim lesie? Powinno się ich wymordować. Ty ich zabić nie możesz, o nie! Ale wojownicy naszego radży są mężni. Powiedz radży, gdzie jest skarb białego starca! Nasz radża jest dobry. On jest naszym prawdziwym dziadkiem. [Datuk besar!54] On zabije tych nędznych Dajaków, a ty dostaniesz połowę skarbu. O Kasprze, powiedz, gdzie jest skarb! Powiedz mi! Powiedz, co jest napisane w surat55 starego człowieka, które czytasz tak często w nocy!

Almayer siedział zgarbiony, uginając się pod naporem burzy domowej. Każdą przerwę w wymowie żony podkreślał gniewnym mruknięciem: „Nie ma żadnego skarbu! Odejdź, kobieto!”. Widok jego cierpliwie pochylonych pleców doprowadzał ją do wściekłości. Stawała przed nim twarzą w twarz, przed stołem, i wymyślała mu jednym ciągiem; trzymała suknię lewą ręką, a drugą o krogulczych palcach wyciągała ku niemu, podkreślając gestami dotkliwe przycinki. Najjadowitsze przekleństwa sypały się na głowę człowieka, który niegodzien jest przymierza z dzielnymi malajskimi wodzami. Kończyło się to zwykle powolnym dźwignięciem się Almayera. Odchodził w milczeniu, z twarzą ściągniętą bólem, trzymając swoją długą fajkę. Zszedłszy ze schodów, zanurzał się w wysokiej trawie rosnącej po drodze do samotni nowego domu; wstręt i lęk przed tą wcieloną furią przyprawiały go o fizyczne wprost osłabienie, tak że z wysiłkiem powłóczył nogami. Żona postępowała za nim aż do schodów, zasypując go wśród odwrotu gradem bezładnych obelg. Każda z tych scen kończyła się przeszywającym krzykiem, który biegł za nim daleko: „Ty wiesz, Kasprze, jestem twoją żoną! Twoją prawdziwą, chrześcijańską żoną według waszych własnych belanda56 praw!”. Wiedziała bowiem, że to stanowi największą gorycz, największy żal w życiu tego człowieka.

Nina była niewzruszonym świadkiem tych wszystkich zajść. Mogło się wydawać, że jest głucha, niema i nieczuła, bo nie zdradzała się nigdy ze swoim zdaniem. Gdy ojciec szukał schronienia w wielkich zakurzonych pokojach „Szaleństwa Almayera”, a matka, wyczerpana krasomówczym napadem, przysiadała ociężale na piętach, oparta plecami o nogę od stołu, Nina podchodziła do niej ciekawością. Uniósłszy suknię, aby nie splamić jej sokiem z betelu, którym podłoga była spryskana, wlepiała oczy w matkę niby w głąb wulkanu uciszonego po niszczącym wybuchu. Myśli pani Almayer zwracały się po tych burzliwych zajściach ku wspomnieniom z dzieciństwa; dawała im wyraz, mrucząc coś w rodzaju monotonnego rapsodu57, który mimo pewnej bezładności wyrażał na ogół chwałę sułtana Sulu, niezmierną jego wspaniałość, potęgę i wielkie męstwo tudzież strach, który porażał serca białych na widok jego zwinnych, pirackich korabi. Rozważania o potędze swego dziadka mieszała pani Almayer ze strzępami późniejszych wspomnień; główną rolę odgrywał w nich wielki bój z brygiem Białego Diabła i życie klasztorne w Semarangu. Poruszywszy wspomnienia z klasztoru, milkła nagle; wyciągała mosiężny krzyżyk, który wisiał zawsze na jej szyi, i wpatrywała się w niego z przesądną grozą. Ten kawałeczek metalu był dla niej cennym talizmanem o tajemniczej mocy; niejasny jakiś związek łączył go ze złymi dżinami58. Wierzyła przy tym święcie, że w razie zguby owego talizmanu grożą jej straszne tortury, wymyślone specjalnie na jej intencję przez zacną matkę przełożoną. Pojęcia te stanowiły jedyną wiedzę teologiczną pani Almayer na burzliwą drogę żywota. Matka Niny miała przynajmniej jakiś namacalny przedmiot, którego czepiały się jej przesądne wyobrażenia, lecz Nina, wychowana pod protestanckim skrzydłem wzorowej pani Vinck, nie posiadała nawet mosiężnego krzyżyka na wspomnienie dawnej nauki. Przysłuchiwała się opowieściom o dzikiej chwale, srogich bojach i barbarzyńskim ucztowaniu, o przygodach walecznych, choć krwawych, gdzie mężowie z rasy jej matki jaśnieli wysoko ponad orang Belanda, i stopniowo ogarniał ją nieprzeparty jakiś czar. Patrzyła w zdumieniu, jak skąpy płaszcz moralności cywilizowanego świata, narzucony na jej młodą duszę przez ludzi dobrej woli, osuwa się, pozostawiając ją drżącą i bezsilną na krawędzi głębokiej i nieznanej otchłani. Co najdziwniejsze, nie czuła się tym przerażona w okresach, gdy przeważał wpływ niesamowitej istoty o wyglądzie wiedźmy, którą nazywała matką. Pobyt wśród ludzi cywilizowanych wymazał prawie zupełnie z jej pamięci wspomnienia wczesnego dzieciństwa z okresu, nim Lingard niejako „uprowadził ją” z Berau59. Poznała w Singapurze zasady chrześcijańskiej religii, nauczyła się form towarzyskich; miała także sposobność przyjrzeć się dokładnie biegowi cywilizowanego życia. Ale nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności opiekunowie Niny nie zdawali sobie sprawy z jej natury, a wychowanie zakończyło się poniżającą sceną — wybuchem pogardy ze strony białych dla jej krwi mieszanej. [Nie oszczędzono jej ani jednej kropli goryczy. Pamiętała dokładnie, że gniew pani Vinck dotknął tylko przelotnie młodego człowieka z banku. skrupiając się na niewinnej istocie, która była przyczyną jego postępowania. Zdawała sobie jasno sprawę, jaki był istotny powód świętego oburzenia pani Vinck: oto rzecz cała wydarzyła się w tym niepokalanym gnieździe, dokąd powróciły właśnie z Europy panny Vinck, dwie śnieżnobiałe gołębice, chroniąc się pod skrzydła macierzyńskie w oczekiwaniu na mężów bez skazy, przez los im wyznaczonych. Od cnotliwego postanowienia nie powstrzymał pani Vinck nawet wzgląd na pieniądze, zbierane tak mozolnie przez Almayera, który wysyłał je punktualnie na koszty utrzymania Niny. Wyprawiono ją do domu, a właściwie mówiąc, sama zapragnęła jechać mimo lęku przed grożącą jej zmianą życia.] Odtąd przebyła całe trzy lata na wybrzeżu Pantai, między dziką matką i ojcem, który błądził wśród potrzasków zapatrzony w obłoki — słaby, chwiejny i nieszczęśliwy. Żyła w nędznych warunkach, pozbawiona wszelkich wygód. Oddychała atmosferą plugawych knowań w celach zysku, patrzyła na wstrętne intrygi i zbrodnie wywołane chciwością i żądzą, a wszystko to — z dodatkiem kłótni rodzinnych — stanowiło wyłączną treść trzech lat jej życia. Rozpacz i wstręt nie zabiły jej w pierwszych zaraz tygodniach, jak się spodziewała, ciesząc się prawie tą nadzieją Przeciwnie, po upływie sześciu miesięcy wydało się jej, że nie znała nigdy innego życia. Pozwolono jej nieopatrznie zapoznać się z cywilizacją, a potem strącono ją w beznadziejne trzęsawisko barbarzyństwa, gdzie kłębiły się gwałtowne, nieposkromione namiętności. Toteż młody jej umysł stracił wszelką zdolność sądu. Wydało się Ninie, że między ludźmi dzikimi a cywilizowanymi nie ma zasadniczych różnic. Czy zajmują się handlem w murowanych gmachach, czy też na błotnistym wybrzeżu rzeki; czy sięgają po wielki zysk, czy też po mały; czy oddają się zalotom w cieniu wielkich drzew, czy też w cieniu katedry na promenadzie w Singapurze; czy knują różne machinacje pod opieką prawa i zgodnie z zasadami chrześcijaństwa, czy też zaspokajają swe pragnienia z dziką chytrością i nieposkromionym okrucieństwem natur równie nietkniętych kulturą jak ich olbrzymie i mroczne lasy — Nina widziała wszędzie te same jeno60 przejawy miłości i nienawiści albo brudnej żądzy zysku. I tu, i tam jednaki pościg za niepewnym dolarem we wszelkich jego postaciach, różnorodnych i znikomych. Ale gdy minęło kilka lat, dzika i bezwzględna otwartość w dążeniu do celu, właściwa malajskim rodakom Niny, wydała się bliższą stanowczej jej naturze niż gładka obłuda, uprzejme zmyślenie i cnotliwe pozory, przybierane przez białych ludzi, z którymi miała nieszczęście się zetknąć. To było ostatecznie jej środowisko i miało nim pozostać. Pod wrażeniem tych myśli ulegała coraz bardziej wpływom matki. Usiłując w swej nieświadomości odkryć jakieś piękno w dzikości malajskiego życia, wsłuchiwała się chciwie w opowieści starej kobiety o wygasłej chwale radżów, jej przodków; stopniowo czuła coraz większą obojętność i wzgardę dla białej rasy, której przedstawicielem był człowiek tak słaby i pozbawiony tradycji jak jej ojciec.

Obecność dziewczęcia w Sembirze nie zmniejszyła wcale trudności położenia Almayera, choć przycichła sensacja wzniecona jej przybyciem, a Lakamba swych odwiedzin nie ponowił. Jakoś w rok po odjeździe holenderskiej komisji brataniec Abdulli, Said Reszyd, powrócił z pielgrzymki do Mekki, zaszczycony zielonym kaftanem oraz świetnym tytułem hadżiego61. Z pokładu parowca, który go przywiózł, wykwitły snopy rakiet, w osiedlu Abdulli całą noc rozlegało się bicie w bębny, a uczta powitalna przeciągnęła się aż do wczesnych godzin ranka. Reszyd był ulubionym synowcem i spadkobiercą Abdulli. Kochający ten stryj, spotkawszy raz Almayera na wybrzeżu, przystanął grzecznie dla wymiany uprzejmości i oświadczył uroczyście, że pragnie z nim porozmawiać. Almayer przeczuł coś niedobrego i lękał się zasadzki — ale naturalnie przyjął zapowiedź odwiedzin z oznakami wielkiego rozradowania. Jakoż następnego wieczoru, zaraz po zachodzie słońca, zjawił się Abdulla w towarzystwie kilku siwobrodych Arabów i swego synowca. Młodzieniec ten, o wyglądzie skończonego łajdaka i rozpustnika, udawał najwyższą obojętność na wszystko, co się dzieje. Ludzie z pochodniami ustawili się u podnóża schodów; goście zasiedli na kulawych krzesłach, a Reszyd stanął osobno w cieniu, oglądając pilnie swoje rasowe, małe ręce. Almayer, zdumiony uroczystą postawą swoich gości, przysiadł na rogu stołu z charakterystycznym brakiem godności; Arabowie w lot zauważyli to i w spojrzeniach ich odmalowała się surowa nagana. Ale oto przemówił Abdulla, spoglądając mimo62 Almayera na czerwoną firankę, której lekkie drżenie zdradzało obecność kobiet po drugiej stronie. Przede wszystkim złożył Almayerowi grzeczne życzenia z okazji długich lat, które przeżyli, mieszkając obok siebie w sąsiedzkiej życzliwości, i wyraził pragnienie, aby Allah użyczył mnogich lat życia miłemu sąsiadowi, radując jego obecnością oczy przyjaciół. Dalej napomknął grzecznie o uznaniu okazanym Almayerowi przez holenderską commissie i wywiódł stąd pochlebny wniosek o wielkim jego znaczeniu wśród własnego narodu. On sam — Abdulla — cieszy się niemałym uznaniem wśród wszystkich Arabów, a synowiec jego Reszyd będzie dziedzicem jego stanowiska i wielkich bogactw. Reszyd otrzymał teraz godność hadżiego. Jest właścicielem kilku kobiet malajskich, ciągnął dalej Abdulla, ale czas już, by wybrał sobie ulubioną żonę, pierwszą z czterech dozwolonych przez Proroka. I przemawiając dalej z wyszukaną grzecznością, wyłożył oniemiałemu Almayerowi, że w razie jego zgody na związek córki z prawowiernym i zacnym mężem, jakim jest Reszyd, będzie ona panią wszystkich wspaniałości w jego domu i pierwszą żoną najpotężniejszego na wyspach Araba, z chwilą gdy on — Abdulla — zostanie powołany przez Allaha do rajskiej szczęśliwości.

— Ty wiesz, tuanie — rzekł w końcu — tamte kobiety będą jej niewolnicami, a dom Reszyda jest wielki. Wisi tam wielkie zwierciadło w ramie świecącej jak złoto. Reszyd przywiózł z Bombaju63 wielkie sofy i kosztowne dywany, i meble europejskie. Czegóż więcej może pragnąć dziewczyna?

Osłupiały Almayer patrzył z przerażeniem na Araba, ten zaś odprawił świtę skinieniem ręki i przeszedł do bardziej poufnego tonu. Zakończył wreszcie wykazem materialnych korzyści takiego związku i propozycją wypłacenia Almayerowi trzech tysięcy dolarów, mających stanowić dowód jego szczerej przyjaźni, a zarazem cenę dziewczyny.

Biedny Almayer bliski był ataku szału. Gorejąc pragnieniem porwania Abdulli za gardło, musiał jednak pomyśleć o swym położeniu bez wyjścia wśród ludzi żyjących bezprawiem i zrozumiał konieczność załagodzenia spraw w sposób dyplomatyczny. Zapanowawszy nad sobą, przemówił grzecznie i chłodno; zaznaczył, że dziewczyna jest jeszcze bardzo młoda i że miłuje ją jak źrenicę oka. Tuanj Reszyd, będąc prawowiernym i hadżim, nie chciałby mieć zapewne niewiernej żony w haremie. Sceptyczny uśmiech Abdulli wywołany tą uwagą zamknął usta Almayerowi. Za mało dowierzał sobie, aby ciągnąć dalej; nie śmiał wręcz odmówić ani też uciec się do jakiegoś wybiegu. Abdulla zrozumiał, co znaczy to milczenie, i powstał z miejsca, żegnając Almayera salaamem pełnym powagi. Wyraził życzenie „tysiąca lat życia” swemu przyjacielowi Almayerowi, po czym zszedł wolno ze schodów, podtrzymywany z należytą troskliwością przez Reszyda. Niewolnicy wstrząsnęli pochodniami, deszcz iskier opadł w rzekę i orszak jął się z wolna oddalać. Wzburzony Almayer odetchnął z wielką ulgą i osunął się na krzesło. Śledził. migotanie światełek, aż zgasły między drzewami, a odgłos stąpań i szmer głosów ustąpiły zupełnej ciszy. Almayer nie ruszył się, aż wreszcie zaszeleściła zasłona i Nina weszła na werandę. Rzuciła się w bujający fotel, gdzie spędzała dzień w dzień długie godziny. Oparta o poręcz, kołysała się z lekka, przymknąwszy oczy; promienie włosów kryły jej twarz przed światłem zakopconej lampy. Almayer spojrzał na nią ukradkiem, lecz rysy jej były nieporuszone jak zwykle. Zwróciła głowę w stronę ojca i zapytała po angielsku ku wielkiemu jego zdumieniu:

— Czy to Abdulla był tutaj?

— Tak — odrzekł Almayer — w tej chwili poszedł.

— I czego on chciał, ojcze?

— Chciał kupić ciebie dla Reszyda — odparł brutalnie Almayer w nagłym przypływie gniewu i spojrzał badawczo na dziewczynę, jakby się spodziewał jakiegoś przejawu jej uczuć. Lecz Nina trwała w pozornym spokoju, patrząc wciąż sennie w czarną noc na dworze.

Nastąpiło krótkie milczenie.

— Bądź ostrożna, Nino, gdy jeździsz sama łódką po zatokach — dodał Almayer, wstając z krzesła. — To popędliwy łotr, ten Reszyd, i Bóg wie, co mogłoby mu strzelić do głowy. Czy mnie słyszysz?

Nina stała już przy wejściu, ująwszy firankę zawieszoną w drzwiach. Zwróciła się ku ojcu, odrzucając w tył nagłym ruchem ciężkie swoje warkocze.

— Myślisz, że by się odważył? — spytała szybko i odwróciwszy się znów ku drzwiom, dodała ciszej: — Nie, nie odważyłby się. Wszyscy Arabowie to tchórze.

Almayer popatrzył na nią ze zdziwieniem. Nie położył się spać w hamaku. Jął chodzić z roztargnieniem po werandzie, przystając w zamyśleniu u balustrady. Lampa wypaliła się i zgasła. Pierwsza smuga świtu zajaśniała nad lasami; wilgotne powietrze przejęło go dreszczem.

— Nic nie rozumiem — mruknął, układając się ociężale do snu. — Do licha z tymi babami! Słowo daję, wyglądało mi na to, że dziewczyna chce być porwana!

Poczuł, że nieokreślony jakiś lęk wkrada mu się do serca, i dreszcz wstrząsnął nim znowu.

Rozdział czwarty

Tegoż roku z nastaniem zachodniego musonu niepokojące wieści przedostały się do Sembiru. Kapitan Ford przyszedł któregoś dnia do Almayera na wieczorną pogawędkę i przyniósł ostatnie numery dziennika „Straits Times” z wiadomością o wojnie w Atjeh64 i nieudanej holenderskiej wyprawie. W górę rzeki płynęły nieliczne handlowe czółna; właściciele ich, Malaje z plemienia Nakhoda, wstępowali po drodze do Lakamby, aby pogawędzić z mocarzem o niepewnym stanie rzeczy. Kiwano poważnie głowami nad zdzierstwem Holendrów, ich surowością — jednym słowem — tyranią. Handel prochem doszczętnie już wytępili. W Cieśninach Makassarskich rewidują starannie każdy podejrzany statek handlowy! Nawet lojalna dusza Lakamby pogrążyła się w niezadowoleniu, gdyż cofnięto udzielone mu pozwolenie na kupno prochu. Krążownik „Princess Amelia” skonfiskował sto pięćdziesiąt beczek owego towaru, gdy po ryzykownej podróży cenny ładunek dobijał do ujścia Pantai. Tych przykrych wieści udzielił Lakambie Reszyd, który po swym matrymonialnym zawodzie puścił się w długą podróż wśród wysp w celach handlowych. Wiózł zapas prochu dla swego przyjaciela i został przyłapany właśnie w chwili, gdy winszował sobie przebiegłości, dzięki której zmylił czujność władz. Gniew Reszyda skrupił się głównie na Almayerze; młody Arab podejrzewał, że to biały doniósł władzom holenderskim o niszczącej wojnie między Arabami sprzymierzonymi z radżą a plemionami Dajaków znad górnego biegu rzeki.

Ku zdumieniu Reszyda radża przyjął jego skargi bardzo zimno i nie zawrzał chęcią pomsty na białym człowieku. Lakamba wiedział doskonale, że Almayer daleki jest od mieszania się do spraw politycznych. Stosunek władcy do tego prześladowanego osobnika uległ przy tym zasadniczemu przełomowi: nastąpiło pojednanie za pośrednictwem nowego przyjaciela Almayera, Daina Maruli.

Almayer miał teraz przyjaciela. Wkrótce po wyruszeniu Reszyda w podróż Nina wracała wieczorem z samotnej wycieczki łódką, niesiona powolnym prądem. W jednej z zatoczek posłyszała plusk, niby ciężkich lin opadłych w wodę; jednocześnie doszedł jej uszu przeciągły śpiew, jakim malajscy żeglarze uprzyjemniają sobie zwykle holowanie. Przez gęste gałęzie krzewów kryjących ujście zatoki ujrzała wyniosłe maszty europejskiego żaglowca górujące nad wierzchołkami palm nipah; holowano go właśnie ku środkowi rzeki. Słońce już zaszło. Podczas krótkich chwil zmierzchu Nina spostrzegła, że bryg, wspomagany prądem i wieczornym powiewem, kieruje się ku Sembirowi, rozwinąwszy przedni żagiel. Wycofała łódkę z głównego koryta rzeki do jednej z licznych cieśninek oplątujących zadrzewione wysepki i płynęła żwawo w kierunku Sembiru, zanurzając wiosła w czarną, senną wodę. Łódka otarła się o wodne palmy i minęła wybrzeże, gdzie stateczne aligatory spoglądały na wioślarkę leniwym i obojętnym wzrokiem. Nim ciemność zapadła, Nina wypłynęła na szersze wody w miejscu, gdzie zlewały się oba ramiona rzeki. Bryg stał już tu na kotwicy ze zwiniętymi żaglami, na pokładzie nie było żywej duszy. Chcąc dostać się do domu stojącego na niskim przylądku w widłach rzecznych, Nina musiała przepłynąć na drugi brzeg tuż obok żaglowca. Światełka błyszczące już w nadbrzeżnych i nawodnych chatach odbijały się w spokojnym nurcie górnego biegu obu ramion Pantai. Przez szeroko rozlaną dal rzeki niósł się gwar jakichś głosów, płacz dziecka i dudnienie drewnianego bębna, a z dalekich ciemności nadpłynęły nawoływania powracających rybaków. Nina wstrzymała łódkę, zaniepokojona niezwykłym widokiem europejskiego statku, ale przyszło jej zaraz na myśl, że mrok jest dość gęsty, aby mogła przedostać się niepostrzeżenie. Ukląkłszy na dnie czółna, jęła szybko wiosłować; podana naprzód, czujna na podejrzane szelesty, sterowała ku pomostowi Lingarda i Sp., a za przewodnika służyło jej jaskrawe światło lampy padające na bielone ściany werandy w domu Almayera. Pomost skryty był w ciemnościach pod zwisłymi krzakami; zanim zdołała go dostrzec, rozległ się głuchy łomot, jak gdyby wielka łódź uderzyła o zbutwiałe pale. Szept przyciszonej rozmowy doszedł do uszu Niny; zbliżywszy się jeszcze bardziej, dojrzała niewyraźne zarysy łodzi, której biała barwa i wielkie rozmiary zdradzały przynależność do brygu. Zatrzymała w mig czółno i szybkim ruchem wiosła odsadziła się daleko od pomostu, sterując ku małej rzeczułce przepływającej obok podwórza. Wysiadła przy błotnistym ujściu rzeczułki i szła ku domowi po wydeptanej trawie. Z lewej strony, skroś lasku bananów, koło którego przechodziła, przesiewał się czerwony blask kuchennego ogniska; śmiech kobiecy dochodził stamtąd w wieczornej ciszy. Nina odgadła, że matki nie ma w pobliżu, gdyż śmiech i obecność pani Almayer nie godziły się z sobą. „Matka jest pewnie w domu”, pomyślała i wbiegła lekko po uginającej się pochyłej kładce, która wiodła do tylnych drzwi i wąskiego korytarza dzielącego dom na dwie części. W głębokim mroku przy drzwiach stał wierny Ali.

— Kto to przyszedł? — spytała Nina.

— Przybył wielki mąż malajski — odszepnął gorączkowo Ali. — Bardzo bogaty mąż. Tam stoi sześciu ludzi z włóczniami. Prawdziwy wojownik! rozumiesz, mem65 Nina? Jego suknia jest bardzo wspaniała. Widziałem jego suknię. Tak się świeci! Co za klejnoty! Nie idź tam, mem Nina. Tuan powiedział: nie wolno, ale stara mem poszła. Tuan będzie zły. Miłosierny Allahu! Jakie ten mąż ma klejnoty!

Nina prześlizgnęła się obok wyciągniętej ręki niewolnika i weszła do korytarza. Na drugim jego końcu w purpurowym żarze przesianym przez zasłonę dostrzegła małą, ciemną postać skuloną przy ścianie; to pani Almayer pasła oczy i uszy tym, co się działo na werandzie. Nina zbliżyła się, aby skorzystać także z rzadkiej sposobności zobaczenia i usłyszenia czegoś nowego, lecz natknęła się na wyciągniętą rękę matki, która przyciszonym głosem nakazała jej milczenie.

— Czy widziałaś ich? — odezwał się zdyszany szept Niny.

Pani Almayer zwróciła twarz ku dziewczęciu; zapadłe jej oczy mieniły się dziwnym blaskiem w czerwonym półcieniu firanki.

— Widziałam go — odrzekła prawie niedosłyszalnie, ściskając w kościstych palcach rękę córki. — Wielki radża przybył do Sembiru. Syn Niebios! — mruczała do siebie stara kobieta. — Odejdź, dziewczyno!

Stały obie tuż przy zasłonie. Nina usiłowała znaleźć się jak najbliżej szpary, lecz pani Almayer broniła swej pozycji z gniewnym uporem. Po drugiej stronie zasłony nastała przerwa w rozmowie. Słychać było [oddechy kilku ludzi,] pobrzęk jakichś ozdób i dźwięk metalowych pochew lub miedzianych naczyń do sirih66, podawanych z rąk do rąk. Pani Almayer i Nina mocowały się w milczeniu. Nagle ktoś poruszył się na werandzie i na zasłonę padł cień od barczystej postaci Almayera. Kobiety przerwały walkę i zastygły w ciszy.

Almayer powstał z krzesła; chciał odpowiedzieć gościowi i obrócił się tyłem do korytarza, nie wiedząc, co się dzieje po drugiej stronie firanki. W głosie jego przebijał żal i pewne zniecierpliwienie.

— Zwróciłeś się nie tam, gdzie trzeba, tuanie Marula, jeżeli chcesz prowadzić handel. Byłem niegdyś kupcem, ale teraz już nie jestem. Nie wierz, choćby ci w Sembirze mówili co innego. Żadnego towaru nie znajdziesz w moim domu; nie mam nic na sprzedaż i sam niczego nie potrzebuję. Udaj się do radży, o tam, gdzie ogniska palą się na brzegu; za dnia widać jego domy po drugiej stronie rzeki. On ci da pomoc i będzie handlował z tobą. Albo jeszcze lepiej, zwróć się do Arabów — ciągnął gorzko Almayer, wyciągając rękę ku Sembirowi. — Abdulla to jest człowiek, jakiego ci potrzeba. Nie ma rzeczy, której by nie kupił, i nie ma rzeczy, której by nie sprzedał. Wierzaj mi, ja go znam dobrze.

Chwilę czekał na odpowiedź, po czym dodał:

— Wszystko to jest prawdą i nic więcej nie mam do powiedzenia.

Nina, odepchnięta przez matkę, usłyszała w odpowiedzi miękki, spokojny głos o równym brzmieniu, właściwym wysoko urodzonym Malajom:

— Któż by wątpił o słowach białego tuana? Ale mężczyzna szuka przyjaciół tam, gdzie serce mu każe. Czyż to nie jest także prawda? Przyszedłem o późnej godzinie, bo mam do powiedzenia coś, czego rad wysłuchasz, tuanie. Jutro udam się do sułtana; każdy handlarz pragnie przyjaźni wielkich mężów. Wrócę tutaj, aby rzec poważne słowa, jeśli taką jest twoja wola. Nie pójdę do Arabów. Ich łgarstwa są bardzo wielkie. I czymże oni są? Czelakka!

Głos Almayera zabrzmiał teraz nieco uprzejmiej:

— Jak sobie życzysz, tuanie. Mogę wysłuchać cię jutro o każdej porze, jeśli masz mi coś do powiedzenia. Ale po rozmowie z Lakambą nie zechcesz tu wracać, inczi67 Dainie. Zobaczysz. Tylko pamiętaj: ja z Lakambą nie chcę mieć do czynienia. Możesz mu to powiedzieć. Właściwie — co masz do mnie za interes?

— Teraz już znam cię, tuanie! Porozumiemy się jutro. Mówię trochę po angielsku, więc będziemy mogli swobodnie rozmawiać, nikt nas nie zrozumie. A przy tym...

Urwał nagle, pytając ze zdziwieniem:

— Co to za hałas, tuanie?

Almayer także słyszał wzrastający hałas i szarpaninę z tamtej strony firanki. Ciekawość Niny brała widać górę nad przesadnymi pojęciami pani Almayer o kwestiach tyczących się przyzwoitości. Słychać było wyraźnie ciężkie oddechy, a firanka wstrząsała się chwilami. Walka była głównie fizyczna, choć pani Almayer nie szczędziła także gniewnych napomnień, odznaczających się jak zwykle brakiem wszelkiego logicznego związku oraz nieprzebraną obfitością przekleństw.

— Ty bezwstydna kobieto! Czy jesteś niewolnicą? — wrzeszczała rozgniewana matrona68. — Zasłoń twarz, nędzny podrzutku! Ty biała żmijo, nie puszczę ciebie!

Na twarzy Almayera odbiło się zakłopotanie i zarazem wątpliwość, czy byłoby wskazanym pośredniczyć między matką a córką. Spojrzał na swego malajskiego gościa, który z ubawioną miną oczekiwał w milczeniu na koniec zajścia.

— To nic, to tylko kobiety — odezwał się Almayer i machnął pogardliwie ręką.

W odpowiedzi na to wyjaśnienie Malaj skłonił poważnie głowę, a twarz jego przybrała wyraz pogodnej obojętności, zgodnie z wymaganiami etykiety. Walka za firanką ucichła i widocznie młodsza wola postawiła na swoim, gdyż rozległ się klekot sandałów pani Almayer i cichnąc, zamarł w oddali.

Pan domu uspokoił się; chciał podjąć przerwaną rozmowę, lecz uderzyła go nagła zmiana w wyrazie twarzy gościa. Odwrócił się i ujrzał Ninę stojącą we drzwiach.

Po odwrocie pani Almayer z pola bitwy Nina uniosła zdobytą firankę z wykrzykiem: „To tylko kupiec!” i stanęła w progu w pełnym świetle na ciemnym tle korytarza. Zwichrzone jej włosy świadczyły o niedawnej walce, usta były rozchylone, a gniewny blask nie wygasł jeszcze we wspaniałych, świetlistych oczach. Ogarnęła spojrzeniem grupę biało odzianych wojowników, stojących nieruchomo z włóczniami w ciemnym, oddalonym kącie werandy, i wzrok jej utkwił z ciekawością w przywódcy okazałego orszaku. Dain Marula stał naprzeciwko niej, nieco z boku. Uderzony pięknością niespodzianego zjawiska, zgiął się w niskim pokłonie, z dłońmi złożonymi nad głową, na znak hołdu świadczonego zwyczajem malajskim tylko wielkim tej ziemi. Jaskrawe światło lampy mieniło się w złotych haftach zdobiących czarny, jedwabny kaftan Malaja; snop iskier tryskał z drogocennej rękojeści krisa69 zatkniętego za szeroki pas, który ujmował w biodrach gęste fałdy czerwonego sarongu. Wspaniałe kamienie, zdobiące ciemne palce rąk Daina, jarzyły się tęczowo. Wyprostował się szybko po niskim pokłonie i wsparł rękę ruchem pełnym wdzięku i swobody na rękojeści ciężkiego miecza o krótkiej pochwie, zdobnej jaskrawo barwionymi frędzlami z końskiego włosienia.

Nina, stojąc we drzwiach, patrzyła na gibką postać Malaja; był średniego wzrostu, lecz szerokie jego barki zdradzały wielką siłę. Spod zwojów niebieskiego turbana o strzępiastych końcach, spuszczonych malowniczo na lewe ramię, wyglądała twarz kipiąca zuchwałą radością życia, a jednak niepozbawiona wyrazu pewnej godności. Kwadratowe szczęki, czerwone, wydatne wargi, ruchome nozdrza i wyniosły ruch głowy zdradzały istotę na wpół dziką, nieokiełznaną, a może i okrutną, zacierały wrażenie aksamitnej, prawie kobiecej łagodności spojrzenia tak znamiennego dla malajskiej rasy. Ochłonąwszy nieco ze zdumienia, Nina ujrzała oczy Malaja wbite w nią z tak nieposkromionym wyrazem zachwytu i pożądania, że ogarnął ją nieznany dotąd poryw wstydu; rozkoszny niepokój przeniknął na wskroś całą jej istotę. Strwożona niezwykłością tych wrażeń, zatrzymała się w progu i instynktownie zakryła twarz firanką, lecz oko, część policzka i zbłąkany promień włosów pozostały niezasłonięte. Przykuwał ją nieodparcie widok tego wspaniałego, nieulękłego męża; jakże niepodobny był do kupców widywanych dotychczas na tej samej werandzie!

Dain Marula, olśniony nieoczekiwanym zjawiskiem, zapomniał o zmieszanym Almayerze, o brygu, o świcie zagapionej w niemym podziwie, o celu swych odwiedzin; zapomniał o całym świecie, ogarnięty przemożnym pragnieniem, aby rozkoszować się jak najdłużej cudnym zjawiskiem, spotkanym tak niespodzianie w miejscu tak — według niego — nieodpowiednim.

— To moja córka — rzekł zakłopotany Almayer. — Nic nie szkodzi. Białe kobiety mają inne zwyczaje, pewno wiesz o tym, tuanie, ponieważ wiele podróżowałeś. No, ale już późno. Jutro skończymy naszą rozmowę.

Dain zgiął się w niskim pokłonie. Ostatni raz jeszcze rzucił wzrokiem na Ninę, usiłując śmiało wyrazić w tym spojrzeniu nieprzeparty swój zachwyt. W następnej chwili podał Almayerowi rękę z uprzejmością i powagą, a na jego twarzy malowała się kamienna obojętność, jak gdyby nic go nie obchodziła obecność jakiejkolwiek kobiety. Ludzie Daina oddalili się długim sznurem; ruszył wnet za nimi, a śladem jego postępował krępy Sumatrańczyk o dzikim wyglądzie, przedstawiony uprzednio jako dowódca brygu.

Nina podeszła do balustrady. Światło księżyca przewijało się po stalowych ostrzach włóczni wojowników zmierzających gęsiego do przystani; mosiężne obręcze na ich nogach pobrzękiwały rytmicznie. Po chwili łódź odbiła od brzegu i ukazała się w pełnym świetle miesiąca, majacząc niby ciemna, bezkształtna masa w lekkiej mgle wiszącej nad rzeką. Wydało się Ninie, że widzi u rufy wdzięczną postać męską na tle rozpostartego żagla, lecz po chwili wszystkie kontury zamazały się i rozpłynęły w zwojach białych oparów otulających środek rzeki.

Almayer zbliżył się do córki. Wsparł się obu rękami o poręcz i spoglądał markotnie na stos śmieci [i potłuczonych butelek u stóp werandy].

— Co znaczył ten hałas przed chwilą? — sarknął70 gniewnie, nie podnosząc oczu. — Niech was doprawdy! Czego chciała twoja matka? A ty dlaczego się pokazałaś?

— Matka nie chciała mnie puścić — odpowiedziała Nina. — Gniewa się na mnie i mówi, że ten człowiek, który dopiero co odszedł, to wielki radża. Myślę teraz, że ona ma rację.

— Zdaje mi się, że wy, kobiety, macie wszystkie bzika — warknął Almayer. — Cóż to cię może obchodzić? Albo ją, albo kogokolwiek? Ten człowiek chce zbierać po wyspach strzykwy71 i ptasie gniazda — oto, co mi powiedział ten wasz radża! Przyjdzie tu jutro. Życzę sobie, abyście się trzymały z daleka od domu i pozwoliły mi zająć się spokojnie interesami.

Na drugi dzień Dain Marula zjawił się znowu i miał długą rozmowę z Almayerem. Nawiązali przyjazny i zażyły stosunek, który zwracał ogólną uwagę, póki ludność Sembiru nie przywykła do widoku gęstych ognisk zapalonych w kampungu białego, gdzie ludzie Maruli grzali się nocną porą w czas północno-wschodniego musonu. Pan ich wiódł tymczasem długie narady z tuanem putih72, jak nazywano Almayera. Nowy kupiec wzbudził w Sembirze ogólne zaciekawienie. Czy widział się z sułtanem? Co mu sułtan powiedział? Czy ofiarował sułtanowi jakie dary? Co będzie sprzedawał, a co będzie kupował? Mieszkańcy bambusowych chat znad rzeki zajmowali się gorliwie tymi zagadnieniami. Nawet w bardziej okazałych siedzibach: w domu Abdulli, w posiadłościach najbogatszych kupców: Arabów, Chińczyków i Bułgisów — podniecenie umysłów było wielkie i długotrwałe. Proste słowa, w jakich młody kupiec opowiadał chętnie swoje dzieje, nie znajdowały posłuchu u podejrzliwych. mieszkańców Sembiru. A jednak miały wszelkie pozory prawdy. Mówił, że jest kupcem i że ma na sprzedaż ładunek ryżu. Nie będzie kupował gutaperki ani wosku. Swej licznej załogi użyje do zbierania strzykw na koralowych rafach poniżej ujścia rzeki; zamierza także poszukiwać ptasich gniazd na lądzie. Te dwa rodzaje towaru gotów jest nabyć, o ile by były na sprzedaż. Dalej mówił, że pochodzi z Bali i jest braminem73. Ten ostatni fakt można było stwierdzić, bo młody kupiec nie przyjmował żadnego pożywienia podczas swych częstych odwiedzin w domach Lakamby i Almayera. Do Lakamby udawał się zwykle nocą na długotrwałe posłuchania. Babalaczi, który uczestniczył zawsze w tych spotkaniach mocarza z kupcem, umiał pozbyć się natrętów usiłujących dowiedzieć się treści tak długich i częstych rozmów. Gdy poważny Abdulla zadawał mu od niechcenia wielce dworne zapytania, Babalaczi przybierał pozory zupełnego prostaczka, a umiał przy tym nadać swemu jedynemu oku wyraz całkowitej bezmyślności.

— Jestem tylko niewolnikiem swojego pana — szeptał wahająco, po czym, niby decydując się nagle na jakieś niebaczne zwierzenie — zawiadamiał o kupnie ryżu dokonanym przez Lakambę i powtarzał kilkakrotnie uroczystym i tajemniczym tonem: — Sto wielkich worków kupił sułtan! Sto worków, tuanie!

Abdulla, przeświadczony, że chodzi tu o wiele ważniejsze sprawy, przyjmował jednak informację z wszelkimi oznakami zdziwienia oraz szacunku i rozchodzili się każdy w swoją stronę. Arab przeklinał w duchu nędznego psa, a Babalaczi wędrował dalej drożyną pełną kurzu i kiwał się, wytknąwszy naprzód brodę porosłą rzadkimi siwymi włosami — podobny do ciekawego kozła, który puścił się na jakąś zakazaną wyprawę. Dwoje bacznych oczu śledziło jego poruszenia. Dżim Eng, dostrzegłszy w oddali Babalacziego, otrząsał się z odrętwienia zwykłego u nałogowych palaczy opium; chwiejnym krokiem wychodził aż na środek ścieżki i oczekiwał nadejścia znakomitego męża, aby go do siebie zaprosić. Lecz dyskrecja Babalacziego umiała odeprzeć nawet atak przyjacielskiej serdeczności popartej tęgim74 ginem, dolewanym hojnie ręką gościnnego Chińczyka. Dżim Eng musiał w końcu uznać się za pokonanego; pozostawał sam na sam z pustą butelką, równie mądry jak i przedtem, i spoglądał smętnie za oddalającą się postacią sembirskiego statysty75, którego zawiła i kręta droga wiodła jak zwykle do kampungu Almayera.

Od chwili gdy za pośrednictwem Daina nastąpiło pojednanie między jego białym przyjacielem a Lakambą, jednooki dyplomata stał się znów częstym gościem w domu Holendra. Można go było spotkać tam o każdej porze ku wielkiej odrazie Almayera; wałęsał się z roztargnioną miną po werandzie, siedział przycupnięty gdzieś w korytarzu lub też wyglądał znienacka zza węgła, a zawsze był gotów wdać się w poufną pogawędkę z panią Almayer. Stosunek jego do pana domu cechowała wielka płochliwość; snadź podejrzewał, że uczucia, rozpierające na jego widok serce białego, mogłyby znaleźć niepożądane ujście w nagłym kopnięciu. Ulubionym jego schroniskiem była kuchenna szopa, gdzie stał się codziennym gościem. Przysiadał na piętach obok krzątających się kobiet i trwał tak godziny całe z głową wspartą o kolana, oplecione chudymi ramionami; samotne jego oko błądziło niespokojnie i na wszystkie strony, uzupełniając ten żywy wizerunek czujnej brzydoty. Almayer chciał nieraz poskarżyć się Lakambie na natręctwo jego premiera, lecz Dain odradził mu to.

— Nie możemy zamienić dwóch słów, aby ten nie słyszał! — narzekał Almayer.

— A więc przyjdź, tuanie, na pokład brygu, tam porozmawiamy swobodnie — odparł Dain ze spokojnym uśmiechem. — To nic nie szkodzi, że się ten człowiek tu wałęsa; Lakamba myśli, że wie o wszystkim. A może sułtan podejrzewa mnie o chęć ucieczki? Pozwól, tuanie, niech jednooki krokodyl wygrzewa się w twoim kampungu.

Almayer przyzwolił, ale niechętnie. Mrucząc niewyraźne groźby, spoglądał z ukosa na wiekowego statystę, który przesiadywał ze spokojnym uporem przy rodzinnym kotle z ryżem.

Rozdział piąty

Rozgorączkowani mieszkańcy Sembiru ochłonęli stopniowo. Przyzwyczajono się z czasem do widoku ludzi krążących między domem Almayera a statkiem, który stał na kotwicy u przeciwległego brzegu. Niezwykły pośpiech, z jakim czeladź Almayera zabrała się do naprawienia starych czółen, nie wadził już kobietom sembirskim w należytym wykonywaniu czynności gospodarczych. Nawet zawiedziony Dżim Eng przestał dręczyć swój mętny umysł handlowymi zagadkami; za pośrednictwem fajki z opium pogrążał się w stan błogiej niepamięci i zostawiał w spokoju Babalacziego, który mijał jego chatę, niezapraszany więcej i nie zwracając pozornie niczyjej uwagi.

Owego skwarnego popołudnia sembirski statysta, nie zatrzymany przez żaden przyjacielski wywiad, wyciągnął swoje czółenko spod krzaków, gdzie chował je zwykle podczas odwiedzin w domu Almayera. Opustoszała rzeka skrzyła się w prostopadłych promieniach słońca. Babalaczi wiosłował powoli i od niechcenia, skurczony na dnie łódki pod swym olbrzymim kapeluszem, kryjąc się przed palącym żarem odbitym od wodnej tafli. Nie spieszyło mu się wcale. Pan jego, Lakamba, spoczywa jeszcze z pewnością o tej godzinie. Babalaczi zdąży przybyć przed jego obudzeniem i powita go ważnymi nowinami. Czy władca okaże niezadowolenie? Czy stuknie z gniewem hebanową laską o podłogę i przerazi swego sługę gwałtownymi słowami bez związku? Czy też przysiądzie na piętach z dobrotliwym uśmiechem, pocierając rękami o brzuch ruchem sobie właściwym, i splunie obficie w miedziane naczynie, przy czym mruknie coś pochlebnie, a przytwierdzająco? Takie myśli zaprzątały Babalacziego, gdy manewrował zręcznie wiosłem, płynąc w kierunku kampungu, którego częstokół wyglądał zza gęstego listowia na wprost domku Almayera.

Babalaczi miał istotnie zdać sprawę z ważnych rzeczy. Nareszcie coś pewnego na potwierdzenie wszystkich podejrzeń. Od niejakiego czasu zwróciła jego uwagę skryta poufałość przebijająca w stosunku Daina do córki Almayera. Dostrzegł tajne spojrzenia, podsłuchał, jak zamieniali krótkie, palące słowa. Lakamba słuchał tych doniesień ze spokojem i widocznym niedowierzaniem. Ale teraz Babalaczi przekona go: zdobył nareszcie niezbity dowód. Tegoż ranka, gdy o świcie łowił ryby w zatoce niedaleko chaty Bulangiego, minęło go długie czółno Niny; siedziała w rufie, pochylona nad Dainem, wyciągniętym na dnie łodzi, z głową opartą o jej kolana. Widział ich dokładnie. Puścił się w ślad za nimi, ale zaczęli wkrótce wiosłować i znikli mu z oczu. Chwilę później zobaczył w drobnej łódeczce syjamską niewolnicę Bulangiego płynącą w kierunku osady ze swymi plackami na sprzedaż. Ona także musiała ich dostrzec o szarym świcie. Babalaczi uśmiechnął się do siebie złośliwie na wspomnienie zmienionej twarzy dziewczęcia, badawczego jej spojrzenia i głosu, który drżał, gdy odpowiadała na zapytania. Dain Marula nie był snadź obojętny tej małej Taminie. To doskonałe! Babalaczi parsknął głośnym śmiechem, lecz nagle spoważniał i dziwnym zbiegiem myśli jął zgadywać, za jaką cenę Bulangi byłby skłonny do odstąpienia dziewczyny. Pokiwał smutnie głową, wspominając, że Bulangi jest człowiekiem twardym; przed kilku tygodniami mało mu było stu dolarów za Taminę! Tu spostrzegł się, że podczas jego rozmyślań prąd uniósł łódkę za daleko. Otrząsnął się z przygnębienia wywołanego przeświadczeniem o chciwości Bulangiego i kilku uderzeniami wiosła skierował czółenko do przystani w siedzibie radży.

Tegoż popołudnia Almayer chodził wzdłuż brzegu, jak to było ostatnio jego zwyczajem, czuwając nad ludźmi zajętymi przy naprawie łodzi. Powziął nareszcie ostateczną decyzję. Kierując się wskazówkami z notatnika Lingarda, postanowił wyruszyć na poszukiwanie owych bogatych pokładów złota. Gdy je odnajdzie, dość mu będzie sięgnąć ręką, aby stać się panem nieprzebranych bogactw i przeżyć na jawie sen młodych lat. Zapatrzony w olśniewające rezultaty swoich planów, przypuścił do tajemnicy Daina Marulę, aby uzyskać potrzebną pomoc, i pogodził się z Lakambą. Poświęcił swoją dumę, honor i posłuszeństwo wobec prawa, wchodząc w spółkę ze wstrętnym sobie człowiekiem. Wiedział jednak, że wobec olbrzymiego ryzyka przedsięwzięcia koniecznym jest współudział Lakamby, który zobowiązał się pomóc mu, zastrzegając sobie udział w zyskach. Wielkie niebezpieczeństwa groziły wyprawie, lecz Marula był odważny; ludzie jego zdawali się dorównywać męstwem swojemu wodzowi, a wobec poparcia Lakamby powodzenie było zapewnione.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni pochłonęły Almayera przygotowania do wyprawy; chodził wśród swych robotników i niewolników, pogrążony jak gdyby we śnie, choć przytomny; praktyczne szczegóły tyczące się wyekwipowania łodzi mieszały mu się z wyrazistymi obrazami niesłychanych bogactw, które przysłaniały mu nędzę codziennego życia; palące słońce, błotniste i cuchnące brzegi rzeki znikły wobec przepysznych wizji wspaniałej egzystencji oczekującej na niego i na Ninę. Nie widywał prawie Niny przez te ostatnie dni, choć ukochana córka zawsze była obecna w jego myślach. Nie zwracał prawie uwagi na Daina, którego ciągła obecność w domu wydawała mu się zupełnie naturalną teraz, gdy łączyły ich wspólne sprawy. Spotkawszy młodego wodza, witał go z roztargnieniem i mijał, unikając na pozór jego towarzystwa. Usiłował zapomnieć o nienawistnej rzeczywistości, pogrążając się w pracy albo dając się unieść wyobraźni wysoko ponad szczyty drzew, gdzie wespół z wielkimi białymi chmurami dążył na zachód w stronę raju Europy, który czekał na przyszłego milionera ze Wschodu. A i Marula nie ubiegał się już teraz o towarzystwo białego człowieka; interes był ubity i nie pozostawało nic więcej do omówienia. Jednak Dain tkwił stale gdzieś w pobliżu domu, choć rzadko zatrzymywał się dłużej na wybrzeżu podczas codziennych wizyt w domu białego. Spokojnym krokiem przechodził przez środkowy korytarz domku i szedł do ogrodu, gdzie w kuchennej szopie nad rozpalonym ogniskiem kołysał się kocioł z ryżem pod czujnym okiem pani Almayer. Omijając z dala to miejsce, skąd dochodziły kłęby czarnego dymu i świergot miękkich głosów kobiecych, skręcał na lewo. Na skraju plantacji bananów rosła kępa palm i mangowców76, tworząc cienisty gaik oddzielony kilku krzewami. Przenikały tu tylko wybuchy śmiechu i daleki szczebiot dziewcząt służebnych. Dostawszy się tam, Dain stawał się niewidocznym; opierał się o gładki pień wyniosłej palmy i czekał w ukryciu, z błyszczącymi oczyma i spokojnym uśmiechem, nasłuchując szelestu zeschłej trawy pod lekkimi stopami.

Od pierwszej chwili, gdy oczy jego spoczęły na Ninie, uczuł w głębi serca pewność, że ta według niego doskonale piękna kobieta będzie do niego należeć. Nieuchwytny prąd wzajemnego porozumienia przebiegł między nimi, jednocząc dzikie ich natury. Dain nie potrzebował zachęcających uśmiechów pani Almayer, aby chwytać każdą sposobność zbliżenia się do dziewczyny. A ona odwracała wstydliwie twarz, gdy mówił do niej i zaglądał jej w oczy, lecz czuła każdej chwili, że nieulękły ten mąż — który szepce palące słowa, tak chętnie przez nią słuchane — jest jej przeznaczeniem, że wymarzyła go sobie w snach — i oto stoi przed nią, dziki i zuchwały, gotów zadać wrogowi cios błyszczącym krisem lub ogarnąć namiętnym uściskiem ukochaną kobietę — żywy wzór malajskiego wodza według tradycji jej matki.

Z dreszczem rozkosznej trwogi uświadomiła sobie tajemniczą swoją jedność z tym człowiekiem. Słuchając jego słów, doznała wrażenia, że wskrzesił ją do nowego bytu; przy nim dopiero odczuła pełnię życia. W milczeniu i z twarzą na wpół zasłoniętą, jak przystało malajskiej dziewczynie, poddawała się fali sennego szczęścia, a Dain rzucał do jej stóp skarby namiętnej miłości w nieokiełznanym porywie dzikiej natury nieznoszącej przymusu ni opanowania.

Wiele takich rozkosznych godzin, zdających się być jedną chwilką, przeżyli w mangowym gaju za osłoną krzewów. Hasło do rozłąki dawał ostry głos pani Almayer, która podjęła się łatwego zadania: czuwała, aby jej mąż nie zmącił gładkiego biegu miłosnych spraw córki, cieszących się jej łaskawym i gorliwym poparciem. Patrzyła z dumą i szczęściem na namiętną miłość Daina; był to w jej przekonaniu wielki, potężny wódz, którego wspaniałomyślna szczodrość zaspokajała hojnie jej chciwe instynkty.

W przeddzień owego ranka, kiedy Babalaczi przekonał się naocznie o słuszności swych podejrzeń, Dain i Nina pozostali dłużej niż zwykle w cienistym schronieniu. Posłyszeli ostrzegawczy krzyk pani Almayer, gdy na werandzie rozległy się już ciężkie kroki jej męża i opryskliwy głos domagający się wieczerzy. Marula przesadził lekko niski płot bambusowy i przedzierał się chyłkiem przez plantację bananów ku błotnistemu wybrzeżu zatoki, Nina zaś szła wolno ku domowi, aby przygotować wieczerzę dla ojca, jak to co dnia czyniła. Almayer był szczęśliwy tego wieczoru. Przygotowania do wyprawy skończą się wkrótce; jutro spuści łodzie na wodę. Uczuł się posiadaczem nieprzebranych skarbów i z łyżką w ręku zapomniał o talerzu z ryżem, rozmyślając nad urządzeniem olbrzymiej uczty, którą wyda za przybyciem77 do Amsterdamu. Od czasu do czasu wyrywały mu się jakieś bezładne słowa. Nina leżała w bujającym fotelu, słuchając z roztargnieniem. Przygotowania do wyprawy! Złoto! Cóż ją to wszystko może obchodzić? Ale gdy ojciec jej wymówił imię Daina, zamieniła się cała w słuch. Dain ma popłynąć jutro brygiem w dół rzeki, mówił Almayer; nieobecność jego potrwa kilka dni. Znowu zwłoka! To doprawdy nieznośne. Wyruszą natychmiast po jego powrocie; nie ma czasu do stracenia, bo rzeka zaczyna przybierać. Nie zdziwiłby go nawet wielki wylew. Tu Almayer odepchnął niecierpliwie talerz i wstał od stołu. Ale Nina przestała go teraz słyszeć. Dain odjeżdża! Zrozumiała, czemu zażądał, by o świcie spotkała się z nim w zatoce Bulangiego. Wspomniała spokojny, władczy jego głos. Jakąż rozkoszą jest spełnianie jego rozkazów! Zatroszczyła się nagle, czy jej łódeczka gotowa i czy znajdzie w niej wiosło. Trzeba będzie wypłynąć o czwartej z rana — już za kilka godzin...

Wstała z fotelu; musi wypocząć — o świcie czeka ją długa przejażdżka. Lampa paliła się ciemno, a ojciec, znużony całodziennym trudem, leżał już w hamaku. Zgasiła lampę i weszła do dużego pokoju z lewej strony korytarza, gdzie sypiały obie z matką. W kącie, na stosie mat służących pani Almayer za posłanie, nie było nikogo. Nina zobaczyła matkę schyloną nad wielką, drewnianą skrzynią, której wieko było podniesione. Na podłodze stała łupina z kokosowego orzecha napełniona olejem, z bawełnianą szmatką zamiast knota. Blask kaganka prześwietlał smugi czarnego, woniejącego dymu, otaczając czerwoną aureolą postać pani Almayer. Plecy jej były zgięte, a głowa i ramiona chowały się w wysokiej skrzyni. Widocznie przewracała coś na dnie, bo dochodził stamtąd łagodny dźwięk srebrnych pieniędzy. Nie zwróciła zrazu uwagi na obecność córki. Nina stała obok niej w milczeniu, patrząc na małe woreczki z grubego płótna ustawione na dnie skrzyni. Pani Almayer wyjmowała garściami błyszczące guldeny i dolary meksykańskie78; rozwarłszy dłonie, patrzyła, jak pieniądze sypią się z powrotem do skrzyni przez jej krogulcze palce. Upajała ją dźwięczna muzyka srebra, a w oczach jej odbijały się błyski nowych monet.

— Ten worek, i drugi, i jeszcze jeden! — mruczała z cicha. — On mi da jeszcze więcej — da mi tyle, ile zażądam. On jest potężnym radżą, synem Niebios, a ona będzie wielką rani79 To wszystko dał mi za nią! A za mnie nikt nikomu nie zapłacił! Jestem tylko niewolnicą. Nie! Ja jestem matką wielkiej rani!

Zamilkła, spostrzegłszy córkę. Zatrzasnęła gwałtownie wieko i nie podnosząc się z ziemi, spojrzała na Ninę, która stała przy niej z bladym uśmiechem na sennej twarzy.

— Widziałaś! Prawda, że widziałaś! — krzyknęła ostrym głosem. — To wszystko moje. Za ciebie to dostałam. Jeszcze nie dosyć! Będzie musiał dać więcej, nim zabierze cię na tę południową wyspę, gdzie jego ojciec jest królem. Czy mnie słyszysz? Jesteś więcej warta, wnuczko radżów! Więcej! Więcej!

Z werandy ozwał się głos Almayera, nakazujący milczenie. Pani Almayer zdmuchnęła światło i wpełzła na czworakach do swego kąta. Nina wyciągnęła się na stosie mat, z rękami splecionymi pod głową; przez otwór w ścianie, zastępujący okno, patrzyła w gwiazdy mrugające na czarnym niebie i czekała chwili, gdy trzeba będzie udać się na umówione miejsce. Ciche szczęście przepełniało ją na myśl o tym spotkaniu w głębi puszczy, z dala od ludzkich oczu i siedzib. Dusza jej zapadała znowu w dzikość, której nie zdołało wytępić zetknięcie z cywilizacją oddziałującą na nią ongi za pośrednictwem pani Vinck. Uczucie dumy i zarazem lekkiego pomieszania ogarnęło ją na myśl o wysokiej cenie, jakiej zażądała za nią doświadczona matka, lecz uspokoiło ją wspomnienie wymownych spojrzeń i słów Daina. Przymknęła oczy, przejęta słodkim dreszczem w przeczuciu oczekiwanego spotkania.

Bywają okoliczności, w których i dziki, i tak zwany cywilizowany człowiek doznają jednakowych uczuć. Można przypuścić, że Dain Marula nie był zbytnio oczarowany przyszłą teściową i że nie pochwalał zachłanności tej zacnej kobiety na błyszczące guldeny. Lecz owego ranka, kiedy Babalaczi odłożył na bok troski państwowe i oddał się badaniu sieci zastawionych w zatoce Bulangiego, Dain nie doznawał żadnych uczuć prócz niecierpliwości i tęsknoty. Dotarł do wysepki, której wschodni brzeg tworzył wyżej wspomnianą zatokę, ukrył łódkę w krzakach i szedł wielkimi krokami, przedzierając się niecierpliwie przez gałęzie gęstego leśnego podszycia skrzyżowane nad ścieżką. Ze względu na ostrożność nie dojechał do samego miejsca spotkania, jak to zrobiła Nina; zostawił czółno w głównym korycie rzeki z przeciwległej strony wyspy. Gęsta, ciepła mgła ogarnęła go zaraz, ale zdołał dostrzec na lewo dalekie światełko w domu Bulangiego. Od tej chwili nie mógł już nic rozeznać w gęstniejącej mgle i trzymał się ścieżki jedynie przez jakiś instynkt, który przywiódł go do oznaczonego miejsca na przeciwległym brzegu wysepki. Wielka kłoda oparła się tutaj o ląd prostopadle do brzegu, tworząc rodzaj pomostu, o który rozbijały się z głośnym szumem wody bystrego strumienia. Wszedł na kłodę szybko i pewnie i dwoma długimi krokami znalazł się na drugim jej końcu wśród szumu i syku wody pieniącej się u jego stóp.

Trwał tak, odcięty od całego świata, niby zawieszony w pustce między niebem a ziemią, gdyż nawet woda szumiąca pod nim pochłonięta była przez gęstą mgłę poranną. I nagle wyszeptał imię Niny w bezkresną przestrzeń, pewien, że to wezwanie dojdzie jej uszu; czuł instynktownie bliskość czarownego zjawiska, przekonany, że i Nina świadoma jest jego obecności.

Czółno jej zamajaczyło przy kłodzie, wystając wysoko nad wodą wskutek ciężaru wioślarki siedzącej u rufy. Marula przytrzymał łódkę i wskoczył lekko, odsadzając się od brzegu silnym rzutem. Czółenko, posłuszne nadanemu kierunkowi, przepłynęło o włos od kłody i puściło się na fale rzeki, która z przychylną życzliwością obróciła je bokiem do prądu i poniosła szybko i bezgłośnie między niewidzialnymi brzegami. A Dain zapomniał znów o całym świecie u stóp Niny, porwany falą uniesienia, zmożony szczęściem, dumą i pożądaniem. Uczuł raz jeszcze z niezbitą pewnością, że nie ma dla niego życia poza istotą, którą trzyma przy sercu w namiętnym, długim uścisku.

Nina wysunęła mu się z objęć z cichym śmiechem.

— Przewrócisz łódkę, Dainie! — szepnęła.

Chwilę jeszcze topił w jej oczach rozgorzałe spojrzenie, wreszcie puścił ją z westchnieniem i wyciągnął się na dnie czółna, opierając głowę o jej kolana. Spojrzał w górę, sięgnął poza siebie, ogarniając ramionami jej kibić, i splótł ręce na jej plecach. Schyliła się nad nim, wstrząsnąwszy głową, rozluźniła sploty włosów, które opadły, ujmując twarze obojga w czarne ramy.

Prąd ich unosił. Nina chyliła głowę coraz niżej, aby nie stracić żadnego ze słów Daina, droższych jej niż samo życie. Rodziły mu się na ustach, nieokrzesane, a wymowne; dzika jego natura poddała się wszechwładnej namiętności. Nic nie istniało dla tych dwojga poza łupiną wątłego czółenka. Zawarli w nim cały swój świat, tchnący potężną, zachłanną miłością. Nie widzieli zgęstniałej mgły, nie czuli przedrannego powiewu, który zacichł niebawem, zapomnieli o otaczającej ich puszczy, o całym świecie tropikalnej przyrody, która czekała w uroczystym, wymownym skupieniu na pojawienie się słońca.

Gwiazdy pobladły nad gęstą oponą80 mgły otulającej łódkę z jej brzemieniem młodości i szczęścia. Od wschodu niebo nasiąkło srebrnoszarą barwą. Wiatr przycichł; wszystkie żyjące stworzenia nad brzegiem wielkiej rzeki zastygły w spoczynku i ciszy niezamąconej ani szelestem liścia, ani pluskiem skaczącej ryby. Ziemia, woda i niebo zapadły w sen tak głęboki, że — zdało się — nie ockną się nigdy. Wszystka żywotność kipiąca w podzwrotnikowej naturze skupiła się w gorejących spojrzeniach i rozkołysanych sercach dwóch istot mknących w czółenku po gładkiej rzecznej tafli pod białym baldachimem mgły.

Wielki snop żółtych promieni strzelił nagle zza czarnej zasłony drzew okalających brzegi Pantai. Gwiazdy zagasły; drobne czarne chmurki u zenitu rozgorzały na chwilę purpurą. Gęsta mgła tknięta łagodnym powiewem — westchnieniem budzącej się natury — wirowała i darła się na fantastyczne strzępy, spod których wyjrzała pomarszczona toń rzeki, mieniąc się skrami w jasnym świetle dnia. Wielkie stada białych ptaków zanosiły się krzykiem i zataczały kręgi nad rozchwianymi wierzchołkami drzew. Słońce wzeszło nad wschodnim wybrzeżem.

Dain zbudził się pierwszy do trosk codziennego życia. Powstał i rzucił szybko wzrokiem w górę i w dół rzeki. Dostrzegł w tyle łódkę Babalacziego i odkrył drugą czarną plamkę na błyszczącej wodzie — czółenko Taminy. Przykląkł ostrożnie w dziobie czółna i ujął wiosło, a Nina, siedząca u rufy, poszła jego śladem. Pochylali się miarowo, odgarniając wodę każdym uderzeniem wioseł, a mała łupinka sunęła szybko i żłobiła wąską bruzdę objętą koronkowym szlakiem białej, lśniącej piany.

— Ktoś płynie za nami, Nino — rzekł Dain, nie odwracając głowy. — Nie dajmy się dopędzić. Jest chyba za daleko, aby mógł nas poznać.

— Przed nami widzę także łódkę — rzuciła Nina zdyszanym głosem, nie przestając wiosłować.

— Zdaje mi się, że poznaję, kto to taki — odrzekł Dain. — Blask wody mnie oślepia, ale to chyba Tamina. Przychodzi co rano na pokład brygu ze swoimi ciastkami i pozostaje czasem przez cały dzień. Nic nie szkodzi, steruj ku brzegowi, musimy dostać się pod gałęzie. Tu gdzieś blisko schowałem czółno.

Mówiąc to, spoglądał bacznie na szerokie liście palm nipah, o które ocierało się czółno w szybkim, cichym biegu.

— Spójrz, Nino — rzekł wreszcie — o tam, gdzie kończą się wodne palmy, pod zwisającymi gałęziami tego pochyłego drzewa. Steruj wprost na ten zielony konar.

Podniósł się i patrzył uważnie, jak łódka zbliża się powoli do brzegu, kierowana pewną i lekką ręką Niny. Przytrzymał się konara i przegiąwszy się do tyłu, silnym rzutem pchnął czółno pod niską, zieloną arkadę splecioną z pnączy. Wjechali do malutkiej zatoczki, powstałej wskutek zapadnięcia się wybrzeża podczas ostatniego wielkiego wylewu. Łódź Daina tkwiła tu u brzegu, obciążona wielkim kamieniem; wskoczył do niej, przytrzymując czółno Niny, i w chwilę później obie łupinki kołysały się spokojnie jedna obok drugiej, odbite w czarnym zwierciadle wody. Przyćmione, zielonawe światło przedzierało się przez wyniosłe sklepienie z gęstego listowia, a hen u góry, w jasnym blasku dnia, jarzyły się olbrzymie, purpurowe kwiaty, rozsypując nad Dainem i Niną deszcz wielkich, zroszonych płatków, które wirowały z wolna, spadając na ich głowy nieustanną wonną kaskadą. A w górze nad nimi i w głębi sennej wody, i wszędzie wokoło wrzała natężona praca podzwrotnikowej natury. Bujna roślinność pławiła się w ciepłym powietrzu przesyconym wonnymi, ostrymi zapachami. Drzewa i liany wydzierały się ku górze, gmatwając się w nierozerwalne sploty, dusiły się w okrutnych uściskach z zapamiętałością i szaleństwem, prąc ku życiodajnemu blaskowi słońca w złowrogiej milczącej walce na śmierć i życie. Zdało się, że wszystkie rośliny, przejęte zgrozą na widok zgnilizny szerzącej się u ich stóp, porwały się do nagłej ucieczki, by ujść rozkładowi i śmierci, z której same wzięły początek.

— Musimy się rozstać — przemówił Dain po długim milczeniu. — Wracaj zaraz do domu, ja poczekam tutaj, aż bryg przypłynie i zabierze mnie po drodze.

— Czy długo tam zostaniesz, Dainie? — spytała cicho Nina.

— Długo! — wykrzyknął Dain. — Któryż człowiek chciałby pozostać długo w ciemności? Kiedy nie jestem przy tobie, Nino, wydaje mi się, że oślepłem. I cóż mi po życiu bez światła?

Z uśmiechem dumy i szczęścia Nina wychyliła się i ujęła twarz Daina w obie dłonie, topiąc w jego źrenicach tkliwe i badawcze spojrzenie. Snadź wyczytała z oczu potwierdzenie jego słów, bo słodki spokój ją ogarnął i złagodził ból rozłąki. Uwierzyła, że ten potomek wielkich radżów, syn potężnego wodza, pan życia i śmierci, przy niej tylko widzi blask słońca. Porwała ją nieskończona fala wdzięczności i miłości. Jakimże znakiem objawi wszystko, co czuje, człowiekowi, który nasycił jej serce taką radością i taką dumą? W zamęt targających nią uczuć padło nagle, jak błyskawica, wspomnienie wzgardzonej i prawie zapomnianej cywilizacji, z którą obcowała w dniach ucisku, smutku i gniewu. Z zimnego popieliska nienawistnej i nędznej przeszłości spłynęło miłosne natchnienie; znalazła wyraz dla szczęścia bez granic i rękojmię promiennych dni wspaniałego jutra. Zarzuciła ramiona na szyję Daina i przycisnęła wargi do jego ust w długim, palącym pocałunku. Zamknął oczy, zdumiony i przerażony burzą, jaką w nim rozpętało to dziwne, nieznane mu dotknięcie. Czółno Niny wypłynęło już dawno na środek rzeki, a on trwał wciąż jeszcze bez ruchu, nie śmiejąc otworzyć oczu, aby nie spłoszyć uczucia upajającej rozkoszy, której zaznał pierwszy raz w życiu. Teraz pragnął już tylko nieśmiertelności, by stanąć na równi z bogami, a istota, która w taki sposób umiała otworzyć przed nim wrota raju, musi być jego na wieki.

Gdy otworzył oczy, ujrzał przez arkadę z pnączy dziób brygu płynącego wolno z prądem w dół rzeki. Uprzytomnił sobie, że trzeba już wrócić na pokład, a jednak nie mógł oderwać się od miejsca, gdzie uczuł, czym jest szczęście. „Jeszcze czas, niech sobie płyną”, szepnął cicho i zamknął oczy pod purpurowym deszczem wonnych płatków, usiłując przeżyć raz jeszcze chwilę pożegnania z całą jej rozkoszą i całym jej lękiem.

Zdążył jednak widocznie dopędzić swoją załogę i pochłonęły go snadź ważne sprawy, gdyż Almayer oczekiwał na próżno rychłego powrotu przyjaciela. Jakże często spoglądał w dół rzeki, wyglądając niecierpliwie pojawienia się brygu! Lecz pustka panowała na wodach Pantai, tylko w dali mignęło niekiedy czółno rybackie. Natomiast od strony lądu nadpłynęły czarne chmury i spadły ciężkie ulewy, zwiastujące nadejście pory deszczów, burz i powodzi, w czasie których rzeka była prawie niedostępna dla czółen malajskich.

Almayer wałęsał się wzdłuż rozmiękłego wybrzeża między swymi domami. Przyglądał się niespokojnie rzece, która wzdymała się coraz bardziej, podpełzając ku łódkom, gotowym do drogi i ustawionym w rząd pod osłoną przemokłych mat z Kajangu81. Almayer czuł, że mu się szczęście z rąk wymyka. Chodził ciężkim krokiem tam i z powrotem po bezustannym deszczu lejącym się z niskich chmur. Owładnęła nim rozpaczliwa jakaś obojętność. Niech się już dzieje, co chce! On zawsze ma takie szczęście. Ładnie go wykierowały te dwa przeklęte dzikusy, Dain i Lakamba! Licząc na ich pomoc, wydał na naprawę łodzi wszystko aż do ostatniego dolara. Teraz Dain gdzieś przepadł, a Lakamba nie daje znaku życia zza swojego częstokołu. „Nawet ten łotr Babalaczi nie pokaże mi się ma oczy — rozmyślał w dalszym ciągu. — Kupiłem już od nich wszystek ryż i miedziane gongi, i tkaniny potrzebne do wyprawy. Wycisnęli ze mnie ostatni grosz i teraz wszystko im jedno, czy pojadę, czy też zostanę”. Machnąwszy ręką ze zniechęceniem, właził powoli na schody nowego domu, aby schronić się przed deszczem na werandzie. Wspierał się o poręcz, z głową wsuniętą w ramiona, i zapamiętywał się w gorzkich myślach. Nie czuł mijających godzin, nie zważał na głód, nie słyszał ostrego głosu żony wołającej go na wieczerzę. Dopiero pierwszy grzmot wieczornej burzy zbudził go z ponurej zadumy. Gdy szedł chwiejnym krokiem w stronę światełka błyszczącego w starym domku, najlżejszy szmer znad rzeki nie uszedł jego słuchowi, zaostrzonemu przez niepokój i oczekiwanie. Przez kilka nocy z rzędu słyszał plusk wioseł i widział mętny zarys łodzi; za każdym razem serce tłukło mu się nadzieją, że Dain powraca, lecz zawsze spotykało go rozczarowanie: niechętne głosy odpowiadały na jego okrzyki i dowiadywał się, że to Arabowie jadą w odwiedziny do Lakamby. Świadomość tych wizyt przyprawiała go o bezsenne noce; nie mógł zmrużyć oka, trawiony dociekaniem, jak będzie wyglądało nowe łotrostwo, uknute przez tę szanowną kompanię. Wreszcie gdy stracił już wszelką nadzieję, porwała go radość, gdy usłyszał głos Daina. Lecz Dain pragnął przede wszystkim widzieć się z Lakambą; zaniepokoiło to Almayera, który żywił głęboką nieufność do radży i nie dowierzał zawartemu przymierzu. A jednak Dain powrócił; chciał widać dotrzymać umowy. I w sercu Almayera odżyła znów nadzieja; nocy tej spał spokojnie, podczas gdy Nina czuwała, pochłaniając wzrokiem rzekę rozszalałą pod chłostą burzy ciągnącej w dal ku morzu.

Rozdział szósty

Rozstawszy się z Almayerem, Dain przeprawił się szybko na drugi brzeg Pantai i wylądował naprzeciwko wrót w częstokole opasującym zabudowania, które składały się na rezydencję radży Sembiru. Widać oczekiwano tu kogoś, bo wrota były otwarte; ludzie z pochodniami stali w pogotowiu, aby wprowadzić gościa na pochyły pomost z desek wiodący do największego budynku, gdzie mieszkał sam Lakamba i gdzie załatwiano wszelkie sprawy państwowe. Pozostałe domki służyły ku wygodzie licznych domowników i żon władcy.

Rezydencję Lakamby stanowiła solidna siedziba z grubych bierwion82, osadzona na wysokich pałach; naokoło biegła weranda z łupanego bambusu, a całą budowlę przykrywał niezmiernie wysoki dach z liści palmowych, spoczywających na belkach sczerniałych od dymów z pochodni.

Dom stał równolegle do rzeki, zwrócony długą fasadą ku wrotom w ostrokole; w jednej z bocznych ścian były drzwi, do których prowadził pomost z desek. W niepewnym świetle dymiących pochodni Dain zauważył na prawo grupę zbrojnych ludzi; Babalaczi odłączył się od nich i otworzył drzwi przed gościem. Dain znalazł się w sali przyjęć, zajmującej mniej więcej trzecią część domu i oddzielonej ciężką kotarą z europejskiej tkaniny; na jej tle stał wielki, bogato rzeźbiony fotel z czarnego drzewa, a przed nim prosty stół sklecony z desek. Poza tym umeblowanie składało się wyłącznie z wielkiej ilości mat. Z lewej strony tkwiła w stojaku broń: trzy strzelby z nasadzonymi bagnetami. W cieniu pod ścianą spała przyboczna straż Lakamby, złożona wyłącznie z jego przyjaciół i krewnych, stłoczonych w bezładną kupę brunatnych rąk, nóg i różnokolorowego odzienia. Dochodziło stamtąd niekiedy silniejsze chrapnięcie lub stłumiony jęk śpiącego niespokojnie żołnierza. Na stole stała europejska lampa z zielonym abażurem; przyćmione jej światło pozwoliło Dainowi rozejrzeć się pobieżnie po sali.

— Bądź pozdrowiony, tuanie! — odezwał się Babalaczi i spojrzał pytająco na gościa.

— Muszę natychmiast rozmówić się z radżą — odrzekł Dain.

Babalaczi skinął głową, podszedł do miedzianego gongu wiszącego pod stojakiem i uderzył weń ostro po dwakroć.

Ogłuszający hałas zbudził uśpionych wojowników. Chrapanie ustało; nogi, wystające na wszystkie strony z kupy śpiących ludzi, wciągnięto do środka; cała grupa drgnęła i rozpadła się z wolna na pojedyncze postacie. Rozległy się głośne ziewania, przecierano senne oczy. Za kotarą zaszczebiotały kobiece głosy, po czym ozwał się niski bas Lakamby:

— Czy to ten arabski kupiec?

— Nie, tuanie — odrzekł Babalaczi — to Dain wreszcie powrócił. Przybył na ważną rozmowę — biczarra — jeśli łaskawie zezwolić raczysz.

Lakamba zezwolił snadź łaskawie, bo ukazał się po chwili na tle kotary; jednakże łaskawość jego nie sięgała tak daleko, aby zechciał wejść w szczegóły swojej toalety. Krótki czerwony sarong, zawiązany pospiesznie wokoło bioder, oto wszystko, co miał na sobie. Miłościwy władca Sembiru był zaspany i w dosyć kwaśnym humorze. Zasiadł w fotelu, rozstawiwszy szeroko kolana, ręce wsparł na poręczach i spuścił głowę, ciężko oddychając; oczekiwał ponuro na rozpoczęcie ważnej rozmowy.

Ale Dainowi się nie spieszyło. Spojrzał na Babalacziego — który przykucnął wygodnie u stóp władcy — i milczał w dalszym ciągu z pochyloną głową, niby czekając uważnie na słowa mądrości.

Babalaczi zakaszlał dyskretnie; pochyliwszy się naprzód, podsunął Dainowi maty i przemówił piskliwym głosem, zapewniając gościa płynnie i gorąco, że powrót jego, z dawna upragniony, przepełnił wszystkich rozkoszą. Tęsknota za widokiem Daina pożerała serce Babalacziego, a uszy jego więdły, pozbawione odżywczego dźwięku słów znakomitego gościa. Serca i uszy wszystkich innych ludzi były również w tym przykrym położeniu, zapewniał, wskazując szerokim ruchem w kierunku przeciwległego wybrzeża, gdzie drzemała spokojnie osada, nie przeczuwając wielkiej radości, jaka ją czeka następnego ranka, kiedy fakt przybycia Daina zostanie podany do ogólnej wiadomości.

— Bo i skądże ma spłynąć radość na biednego człowieka — ciągnął dalej Babalaczi — jeśli nie z hojnej dłoni wspaniałomyślnego kupca albo też wielkiego...

Tu urwał raptownie, z całą świadomością udając zmieszanie, i utkwił w podłodze latające oko, a potworne jego usta skrzywiły się w uśmiechu pełnym skruchy. W czasie tej inauguracyjnej przemowy wyraz serdecznego ubawienia przewinął się parę razy po twarzy Daina, ustępując natychmiast pozorowi skupionej uwagi. Czoło Lakamby przecięła głęboka zmarszczka, a usta jego poruszały się gniewnie w czasie oracji premiera. Wśród ciszy zapadłej po mowie Babalacziego rozległ się urozmaicony chór chrapań; to straż przyboczna spoczywała znowu w głębokim śnie. Żaden z trzech ludzi zdążających do własnego celu — na śmierć lub życie — nie zwrócił uwagi na dalekie przelewanie się grzmotu, które w tej samej chwili przejęło serce Niny trwogą o ukochanego.

Po krótkim milczeniu Babalaczi odezwał się znowu, zaniedbując tym razem kunszt kwiecistej wymowy. Zniżył głos i rzucał krótkie, urywane zdania. Dain naraził ich wielki niepokój. Dlaczego nieobecność jego trwała aż tak długo? Ludzie zamieszkujący wybrzeża dolnej Pantai słyszeli wystrzały wielkich armat i widzieli ognisty statek Holendrów błąkający się między wyspami przy ujściu zeki. Lakamba i Babalaczi byli bardzo niespokojni. Pogłoski o klęsce dosięgły ich przed kilku dniami przez usta Abdulli; od tej chwili żyli pod grozą przeczuwanego nieszczęścia, wyczekując powrotu Daina. Zasypiali z lękiem, budzili się w przerażeniu, a dzień cały spędzali w trwodze jak ludzie w obliczu nieprzyjaciela. Wszystko to z powodu Daina. Czy nie uśmierzy trwogi, jaką w nich wzbudzają grożące mu niebezpieczeństwa? Gdyż Lakamba i Babalaczi nie o siebie się troszczą. Żyli zawsze w spokoju, oddani duszą i ciałem wielkiemu radży w Batawii — oby los prowadził go zawsze do zwycięstw ku radości i pożytkowi oddanych mu sług!

— Mój pan Lakamba usychał z niepokoju o kupca, którego wziął pod swoją opiekę — ciągnął Babalaczi. — Abdulla był także niespokojny; bo cóż by powiedzieli źli ludzie, gdyby przypadkiem...

— Milcz, głupcze! — warknął gniewnie Lakamba.

Babalaczi zamilkł z uśmiechem zadowolenia, a Dain, który patrzył na niego jak urzeczony, zwrócił się z westchnieniem ulgi ku władcy Sembiru. Lakamba siedział wciąż nieruchomo; nie podnosząc głowy, spojrzał spod nawisłych brwi na Daina i wydął wargi z głośnym sapaniem. Cała jego postawa wyrażała najżywsze niezadowolenie.

— Mów, o Dainie! — odezwał się w końcu. — Słyszeliśmy różne pogłoski. Przez cały szereg dni przyjaciel mój Reszyd przybywał nocną porą ze złymi nowinami. Wieści lecą na skrzydłach wzdłuż wybrzeża. Ale może są kłamliwe? Więcej teraz łgarstw na ustach ludzi niż za dni mej młodości, lecz nie jestem łatwiejszy do oszukania na stare lata.

— Żadne z moich słów nie kłamie — odparł niedbale Dain. — Chcesz wiedzieć, co się stało z brygiem? Oto dostał się w ręce Holendrów. Wierzaj mi, radżo — dodał z nagłą energią — orang Belanda mają w Sembirze dobrych przyjaciół, bo skądże by wiedzieli, którędy prowadzi moja droga?

Lakamba błysnął ku Dainowi krótkim, wrogim spojrzeniem. Babalaczi podniósł się ze spokojem i podszedłszy do gongu, uderzył weń gwałtownie.

Za drzwiami zaszurały bose nogi. Wojownicy ze straży przebudzili się w kącie i usiedli, gapiąc się w sennym zdziwieniu.

— Tak, wierny przyjacielu białego radży — ciągnął pogardliwie Dain, zwracając się do Babalacziego, który wrócił na swoje miejsce u stóp Lakamby. — Uszedłem niebezpieczeństwu, aby uradować twoje serce. Ujrzawszy statek Holendrów, wpędziłem okręt na brzeg i rozbiłem go o skały. Orang Belanda nie śmieli nas ścigać statkiem i spuścili szalupy. Rzuciliśmy się do łodzi, aby uciec, lecz statek wypuścił na nas ogniste kule i zabił wielu z moich ludzi. Ja jednak ocalałem, o Babalaczi! Holendrzy śpieszą tutaj w pościgu za mną, aby zasięgnąć języka u wiernego swego przyjaciela Lakamby i jego niewolnika Babalacziego. Radujcie się teraz!

Ale żaden ze słuchaczy nie zdawał się być w radosnymi nastroju. Lakamba założył nogę na kolano i drapał ją w zamyśleniu, a Babalaczi, który siedział ze skrzyżowanym nogami, patrząc przed siebie bezmyślnie, zmalał niejako w oczach i obwisł. Straż ujawniła pewne zainteresowanie toczącą się rozmową i wyciągnęła się na matach, aby znaleźć się bliżej gościa. Jeden z wojowników powstał i oparł się o stojak, bawiąc się frędzlami zdobiącymi rękojeść miecza.

Dain czekał, aż łoskot grzmotu przebrzmi w dalekim pomruku, po czym ozwał się znowu.

— Zali83 jesteś niemym, o władco Sembiru? A może syn wielkiego radży niegodzien jest twojej uwagi? Przybyłem tutaj, aby zaleźć schronienie i przestrzec ciebie; pragnę wiedzieć, co zamierzasz uczynić.

— Przybyłeś tutaj dla córki białego człowieka — odparł szybko Lakamba. — Schronienie twoje jest u ojca, władcy Bali, syna Niebios — u samego anak agung84! Cóżem jest, aby opiekować się potężnymi władcami? Wczoraj jeszcze sadziłem ryż na wypalonej polance, a dzisiaj słyszę, że życie twoje ode mnie zależy!

Babalaczi spojrzał na władcę.

— Żaden człowiek nie ujdzie swojemu losowi — mruknął pobożnie. — Gdy miłość zagnieździ się w sercu człowieka, staje się on jak dziecko, które nic nie rozumie. Bądź miłościwym, Lakambo! — dodał, ciągnąc ostrzegawczo za sarong radży.

Lecz Lakamba wyrwał gniewnie sarong z rąk wiernego sługi. Zaczynał rozumieć, jak nieobliczalne zawikłania pociągnął za sobą powrót Daina i stopniowo tracił panowanie nad sobą. Przemówił potężnym głosem, głusząc poświsty wichru i chlupot ulewy bębniącej o dach. Ciężka nawałnica przeciągała nad Sembirem.

— Przybyłeś tu najpierw jako kupiec, nie szczędząc słodkich słów i wspaniałych obietnic. Żądałeś, abym zamknął oczy na twoje knowania z białym człowiekiem. Zgodziłem się na to. Czegóż chcesz teraz? Za młodych lat walczyłem; teraz jestem stary i potrzebuję spokoju. Nie chcę się bić z Holendrami. Daleko mi wygodniej, abyś zginął; tak będzie lepiej.

Nawałnica przyczaiła się. Po zamęcie burzy nastała krótka chwila ciszy. Lakamba powtórzył miękko, niby do siebie:

— I wygodniej — i lepiej.

Dain nie wydawał się przerażony groźnymi słowami radży. W czasie jego przemowy spojrzał błyskawicznie w tył; stwierdziwszy, że nikt za nim nie stoi, wyciągnął spokojnie z fałd szarfy pudełeczko sirih i jął zawijać starannie odrobinę orzecha betelowego oraz szczyptę wapna w zielony liść, którym poczęstował go grzecznie czujny Babalaczi. Dain uznał to za propozycję pokojową ze strony milczącego męża stanu — rodzaj niemego protestu przeciw niepolitycznej gwałtowności jego pana — a zarazem oznakę, że możliwość porozumienia nie jest całkowicie wykluczona. Zresztą Dain nie był zaniepokojony. Uznawał w zupełności słuszność podejrzeń Lakamby; nie przeczył, że jedynie wzgląd na córkę białego sprowadził go do Sembiru — ale nie poczuwał się wcale do dziecinnej lekkomyślności, o którą posądzał go Babalaczi. Wiedział, że Lakamba za głęboko jest wciągnięty w sprawę przemycania prochu, aby się nie obawiać śledztwa władz holenderskich. Ojciec Daina, niezawisły radża z Bali, wysłał go na poszukiwanie prochu, w czasie gdy utarczki na Sumatrze między Holendrami i Malajami groziły pożogą wojenną całemu Archipelagowi. Żaden z wielkich kupców nie dał posłuchu ostrożnym propozycjom Daina; oparli się pokusie mimo wysokiej ceny, jaką gotów był zapłacić. W końcu Dain przybył do Sembiru, choć zwątpił już prawie zupełnie o powodzeniu swojej wyprawy. Mówiono mu w Makassarze o białym człowieku zamieszkałym w Sembirze i o parowcu kursującym regularnie między tą osadą a Singapurem; znęcił go też fakt, że nad Pantai nie było stałego holenderskiego rezydenta, co ułatwiało niewątpliwie całą sprawę. Nadzieje Daina rozbiły się prawie o nieugiętą prawomyślność Lakamby, pochodzącą z dobrze rozumianego własnego interesu. Lecz hojność młodego wodza, przekonywająca moc jego zapału i urok wielkiego imienia władcy Bali zwyciężyły przezorne wahania radży. Sam Lakamba nie chciał mieć nic do czynienia z zakazanym handlem. Nie był także za tym, aby użyć jako narzędzia Arabów, natomiast podsunął Dainowi Almayera, przedstawiając go jako człowieka słabego, którym łatwo można powodować. Wspomniał też o przyjacielu białego, angielskim kapitanie, który mógł oddać wielkie usługi. Udałoby się prawdopodobnie wciągnąć go do spółki i użyć jego statku do przewiezienia prochu w tajemnicy przed Abdullą. Lecz Dain natknął się tu znowu na opór Almayera; Lakamba musiał złożyć za pośrednictwem Babalacziego uroczyste przyrzeczenie, że oczy władcy pozostaną zamknięte na czyny białego. Za tę przyjazną dyskrecję sypnął Dain srebrnymi guldenami znienawidzonych orang Belanda. Almayer przystał w końcu i przyrzekł, że proch się znajdzie, ale Dain musi powierzyć mu pieniądze, które trzeba przesłać do Singapuru na zakupienie towaru. Podjął się także skłonić Forda, aby wystarał się o proch i dostarczył go na pokład brygu. Nie żądał dla siebie żadnej pieniężnej nagrody, byle się Dain zobowiązał, że po odesłaniu brygu pomoże mu w jego wielkim przedsięwzięciu, wyprawie do Gunung Mas, Góry Złota. Wytłumaczył Dainowi, że przypuszczenie radży do sekretu było rzeczą bardzo niebezpieczną; narażało Almayera na utratę skarbu, a może i życia, gdyż chciwość Lakamby nie przebierała w środkach. Musieli jednak ostatecznie odsłonić przed nim tajemnicę, a nawet obiecać współudział w zyskach, bo groził, że w przeciwnym razie milczeć nie będzie. Gdyby Dain nie był ujrzał Niny, odmówiłby prawdopodobnie uczestnictwa w projektowanej wyprawie. Ale los zrządził inaczej — i Dain postanowił wrócić do Sembiru z połową swoich ludzi, przeprowadziwszy bryg przez niebezpieczne rafy Pantai. Uporczywy pościg holenderskiej fregaty zniewolił go do ucieczki na południe; doprowadzony do ostateczności, musiał roztrzaskać statek o skały, aby ocalić zagrożoną wolność, a może i życie. Tak! Dain przyznawał słuszność podejrzeniom radży: powrócił do Sembiru wyłącznie dla Niny, choć wiedział, że go tu Holendrzy szukać będą; lecz zważył przedtem dokładnie szanse swojego bezpieczeństwa w rękach Lakamby. Otóż pewien był, że miłosierny radża go nie zabije mimo morderczych pogróżek, bo ceni w nim wspólnika, który posiadał tajemnicę skarbu Lingarda. Nie zechce także wydać go w ręce Holendrów, gdyż będzie się lękał wykrycia swojego uczestnictwa w występnym handlu. Zważywszy to wszystko, Dain czuł się mniej więcej bezpieczny i siedział spokojnie, obmyślając odpowiedź na krwiożerczą przemowę radży. Tak! Musi przedstawić wyraźnie Lakambie, co go czeka w razie, gdyby on — Dain — wpadł w ręce Holendrów i został przynaglony do odkrycia całej prawdy. Nie miałby już wówczas nic do stracenia i powiedziałby wszystko. Cóż z tego, że powrócił do Sembiru, zamącając spokój radży? Przecież musi pilnować swojego imienia! Czyż nie ugasił potokiem srebra chciwości pani Almayer? Zapłacił za dziewczynę okup godny wielkiego księcia, choć niegodny tej rozkosznej oszołamiającej istoty, do której nieokiełznana jego dusza rwała się w utęsknieniu tysiąckroć dotkliwszym od najostrzejszego bólu. Chciał swojego szczęścia. Miał prawo znaleźć się w Sembirze.

Powstał i zbliżywszy się do stołu, wsparł się na nim obu łokciami. Lakamba przysunął się nieco z fotelem, a Babalaczi podniósł się z ziemi i wetknął węszący nos między ich głowy. Zamieniali szeptem szybkie zdania, stykając się prawie twarzami; Dain przekonywał, Lakamba przeczył, Babalaczi łagodził i wyrównywał przeciwieństwa, zaniepokojony wyłaniającymi się trudnościami. Najczęściej zabierał głos Babalaczi: szeptał z powagą i przejęciem, spoglądając kolejno jedynym okiem na Daina i Lakambę, co go zmuszało do ustawicznego kręcenia głową. I po cóż ten cały spór — zapytywał. Miłość dla Daina ustępuje w sercu Babalacziego tylko miłości dla pana jego i władcy. Niechże Dain im zaufa i skryje się w bezpiecznym miejscu. Dobrych kryjówek jest wiele, ale najlepsza z nich to dom Bulangiego, stojący daleko stąd na leśnej polance. Bulangi jest człowiekiem pewnym. Żaden biały nie połapie się w sieci krętych cieśninek oplątujących jego siedzibę. Biali ludzie są potężni, lecz głupi. Walka z nimi nie jest pożądana, ale oszukać ich łatwo. Naiwni są jak kobiety słabo władające rozumem. On, Babalaczi, podejmuje się wywieść w pole każdego białego człowieka, ciągnął dalej z niewzruszoną pewnością siebie, płynącą, jak zwykle, z braku doświadczenia. Holendrzy będą prawdopodobnie szukali Almayera. Może nawet zabiorą go ze sobą, jeżeli ściągnie na ciebie ich podejrzenia. To by było wcale nieźle. Po odjeździe Holendrów Lakamba i Dain dobraliby się do skarbu bez żadnych przeszkód, przy czym jedna osoba mniej stanęłaby do podziału. Zali nie mądrość przemawia ustami Babalacziego? Czy tuan Dain zechce schronić się przed niebezpieczeństwem do wskazanej kryjówki? A może uda się tam natychmiast?

Dain przystał na projekt ukrycia się, zaznaczając, że wyświadcza tym łaskę Lakambie i niespokojnemu mężowi stanu, natomiast odrzucił zdecydowanie propozycję bezzwłocznego udania się do Bulangiego i spojrzał znacząco w oko Babalacziemu. Dyplomata westchnął z rezygnacją jak człowiek, który poddaje się nieuniknionej konieczności, i wskazał, milcząc, w kierunku przeciwległego brzegu Pantai. Dain skłonił powoli głowę.

— Tak. Udaję się tam — odpowiedział.

— Zanim dzień nastanie? — spytał Babalaczi.

— Natychmiast — odparł Dain stanowczo. — Orang Belanda nie zjawią się tu pewno przed jutrzejszym wieczorem. Muszę powiadomić Almayera o naszym postanowieniu.

— Nie, tuanie! Nie mów nic — protestował Babalaczi. — Przeprawię się sam o świcie i zawiadomię go o wszystkim.

— Zobaczę jeszcze — rzekł Dain, zabierając się do odejścia.

Burza rozpętała się znowu. Ciężkie chmury zwisały nisko nad ziemią; ciągłe przelewanie się dalekiego grzmotu podkreślał od czasu do czasu łoskot bliskich piorunów, a w nieustannej grze niebieskich błyskawic las i rzeka ukazywały się chwilami ze złudną dokładnością szczegółów. Dain i Babalaczi stali na trzęsącej się werandzie, olśnieni i ogłuszeni gwałtownością burzy. Otaczały ich skulone postaci niewolników i rezydentów radży, szukających schronienia przed deszczem. Dain krzyknął na wioślarzy. „Ada, tuan!85 — odpowiedzieli jednogłośnie, spoglądając z niepokojem na rzekę.

— Jaka wielka woda! — krzyknął Babalaczi w ucho Dainowi. — Rzeka bardzo się gniewa. Popatrz tylko! Widzisz te pędzące kłody? Czyż możesz teraz ruszyć?

Dain ogarnął niepewnym spojrzeniem siną przestrzeń kipiących wód, ujętych hen daleko, na drugim brzegu, czarną wstęgą lasów. Nagle w jaskrawym olśnieniu błyskawicy wpadł mu w oczy niski przylądek z gnącymi się drzewami i domem Almayera. Wizja zamigotała i znikła. Dain odepchnął Babalacziego i rzucił się do łodzi, a za nim pobiegli drżący wioślarze.

Babalaczi wycofał się powoli z werandy i zamknął drzwi za sobą, po czym odwrócił się i spojrzał, milcząc, na Lakambę. Radża siedział bez ruchu, wlepiwszy w stół kamienne spojrzenie. Babalaczi przypatrywał się z ciekawością markotnemu obliczu męża, któremu służył przez tyle lat w złej i dobrej doli. W dzikim i przewrotnym sercu jednookiego statysty rodziło się niezwykłe dlań uczucie sympatii, a może nawet i litości dla człowieka, którego zwał swoim panem. Z bezpiecznego stanowiska poufnego doradcy obejrzał się wstecz w mglistą przeszłość i dojrzał siebie — ot, w razie potrzeby zwykłego zbója — znajdującego przytułek pod dachem Lakamby, w chacie stojącej wśród niewielkiej ryżowej polanki. Był to skromny początek jego kariery. Potem nastał długi okres nieustannego powodzenia, mądrych rad i przebiegłych forteli przeprowadzanych śmiało przez nieustraszonego Lakambę — aż przyszedł wreszcie czas, gdy całe wschodnie wybrzeże od Pulo Laut do Tandjung Batu wsłuchiwało się w mądrość Babalacziego, przemawiającego ustami władcy Sembiru. Ileż niebezpieczeństw udało im się ominąć w ciągu tych długich lat; iluż wrogom stawili mężnie czoło, iluż białych ludzi wywiedli w pole! A teraz Babalaczi spogląda na owoc tylu lat znojnej i żmudnej pracy: oto nieulękły Lakamba drży przed cieniem grożącego mu kłopotu. Władca zaczyna się starzeć. Babalaczi poczuł nieprzyjemne ściskanie w dołku i przyłożył obie dłonie do brzucha, a jednocześnie mignęło mu jasne i smętne zrozumienie faktu, że i on się starzeć zaczyna. Czas zuchwałych czynów przeminął dla nich obu, należy teraz szukać ucieczki w ostrożnych fortelach. Obydwaj pragną spokoju i skłonni są do ustępstw, gotowi nawet poddać się pewnym ograniczeniom, byle tylko odwrócić zagrażające zło — o ile da się to zrobić. Babalaczi westchnął już drugi raz tej nocy, przysiadając znów na piętach u stóp władcy, i pełen milczącego współczucia podał mu swoje pudełeczko z orzechami betelowymi. Siedzieli obaj w niemym, lecz poufnym zbliżeniu ludzi żujących betel; poruszali z wolna szczękami, spluwając delikatnie do szerokiego mosiężnego naczynia, które krążyło między nimi z rąk do rąk, a jednocześnie wsłuchiwali się w przeraźliwy huk zmagających się żywiołów.

— Wylew jest bardzo wielki — zauważył smutno Babalaczi.

— Wiem — odrzekł Lakamba. — Czy Dain odpłynął?

— Tak, tuanie. Rzucił się ku rzece jak człowiek nawiedzony przez samego szejtana86.

I znów nastało długie milczenie.

— Może on utonie? — ozwał się w końcu Lakamba z pewnym zainteresowaniem.

— Rzeka niesie bardzo wiele pni — odrzekł Babalaczi — ale z niego dobry pływak — dodał z wolna.

— Powinien żyć — oświadczył Lakamba. — On wie, gdzie się skarb znajduje.

Babalaczi przytwierdził kwaśnym mruknięciem. Bezskuteczność wysiłków, aby odkryć tajemnicę białego człowieka, stanowiła dotkliwą jego bolączkę; nie potrafił zdobyć żadnych wiadomości ani wskazówek co do sekretnych pokładów złota. Był to jedyny mroczny punkt w świetlanej karierze dyplomatycznej sembirskiego męża stanu.

Wielki spokój nastał teraz po zamęcie burzy. Tylko małe, zapóźnione chmurki, rozpędzone w pościgu za jądrem nawałnicy błyskającym bezgłośnie w oddali, przelatywały górą, śląc na ziemię krótkie, ulewne deszcze, które z kojącym szmerem lekko uderzały o dach z palmowych liści. Lakamba ocknął się z odrętwienia; wyraz jego twarzy świadczył, że opanował wreszcie położenie.

— Babalaczi! — zawołał żwawo i kopnął z lekka wiernego sługę.

Ada, tuan! Słucham cię, panie.

— Jeśli orang Belanda tu przybędą i wezmą Almayera do Batawii, aby go ukarać za przemycanie prochu, jak myślisz, co on wtedy zrobi?

— Nie wiem, tuanie.

— Głupi jesteś — oświadczył tryumfująco Lakamba. — Powie im, gdzie się skarb znajduje, aby uzyskać przebaczenie. Zrobi tak na pewno.

Babalaczi spojrzał na swojego pana i pokiwał smutno głową nad tą przykrą niespodzianką. Nie przyszło mu to na myśl; nowa komplikacja!

— Almayer musi umrzeć, inaczej tajemnica zostanie zdradzona. Musi umrzeć spokojnie, Babalaczi! To już twoja sprawa.

Babalaczi skinął głową potakująco i powstał ciężko z ziemi.

— Jutro? — zapytał.

— Tak, jeszcze przed przybyciem Holendrów — odrzekł Lakamba. — On pije. dużo kawy — dodał pozornie bez związku.

Babalaczi przeciągnął się i ziewnął, lecz Lakamba stracił nagle wszelką ochotę do snu, połechtany mile świadomością, że o własnych siłach znalazł wyjście z zawiłej sytuacji.

— Babalaczi — zwrócił się do wyczerpanego męża stanu — przynieś pudełko z muzyką, które dostałem od białego kapitana. Nie chce mi się spać.

Rozkaz władcy sprawił, iż oblicze Babalacziego powlekło się posępnym cieniem melancholii. Poszedł niechętnie za kotarę i wrócił niebawem, trzymając w objęciach niewielką katarynkę, którą umieścił na stole z wyrazem głębokiego przygnębienia. Lakamba usadowił się wygodnie w fotelu.

— Kręć, Babalaczi, kręć — mruknął z przymkniętymi oczami.

Babalaczi chwycił rączkę katarynki z energią płynącą z rozpaczy. W miarę tego jak kręcił, mroczna posępność jego twarzy ustępowała wyrazowi beznadziejnej rezygnacji. Tony muzyki Verdiego87 wybiegały przez otwarte okno w wielką ciszę, która legła nad rzeką i lasem. Lakamba słuchał z zamkniętymi oczami i błogim uśmiechem, a Babalaczi wciąż kręcił. Zapadał chwilami w drzemkę, kiwając się nad katarynką, i budził się z wielkim strachem, nadrabiając stracony czas kilku szybkimi obrotami rączki. Natura spoczywała w głębokim śnie, wyczerpana dzikim zamętem, a pod niepewną ręką sembirskiego dyplomaty il Trovatore88 płakał, zawodził i żegnał się w kółko ze swoją Eleonorą, porwany żałosnym i łzawym kręgiem wynurzeń powtarzających się bez końca.

Rozdział siódmy

Po burzliwej nocy nastał jasny, przejrzysty poranek. Ścieżka wiodąca od niskiego brzegu Pantai do wrót osiedla Abdulli tonęła w blasku wczesnego słońca. Tego ranka była pusta i słała się między kępami palm ciemnożółtym szlakiem udeptanym twardo przez bose nogi. Cienie wyniosłych pni przekreślały ją w nieregularnych odstępach ostrymi, czarnymi liniami, a sylwetki liściastych głów palmowych padały ponad dachami domów stojących nad brzegiem Pantai, hen, aż na samą rzekę, która płynęła szybko i cicho obok opustoszałych chat. Na wąskim pasie wydeptanej trawy między zabudowaniami a ścieżką kurzyły się porzucone ogniska; cienkie, żłobione kolumienki dymu wykwitały z nich w chłodnym powietrzu, zasnuwając słoneczną pustkę osady przejrzystą gazą tajemniczej niebieskawej mgły. Almayer wstał dopiero co z hamaku i wodził sennym wzrokiem po Sembirze, dziwiąc się jego martwemu wyglądowi. W domu panowała także głucha cisza. Nie słyszał ani głosu żony, ani kroków Niny, krzątającej się zwykle o tej porze w wielkim pokoju, który łączył się z werandą. Pokój ów zwany był salonem w chwilach, gdy Almayer chciał podkreślić wobec białych swoje kulturalne potrzeby i nawyknienia. Nikt w tym salonie nigdy nie siadywał; zresztą nie było i na czym siedzieć, bo pani Almayer zniszczyła w napadach wściekłości całe umeblowanie. Podniecona wspomnieniami z korsarskich swoich czasów, zrywała z okien firanki na sarongi dla dziewcząt służebnych, a okazałe meble paliła po kawałku, aby ugotować ryż. Lecz Almayer nie myślał o tym w danej chwili; rozpamiętywał powrót Daina i jego nocne widzenie się z Lakambą. Jaki wpływ będzie miała ich narada na wykonanie z dawna obmyślonych planów, tak bliskich urzeczywistnienia? Niepokoiła go nieobecność Daina, który obiecał zjawić się wczesnym rankiem. „Miał aż nadto czasu, aby przeprawić się przez rzekę — rozmyślał Almayer. — Tyle jest dziś jeszcze do roboty! Trzeba obmyślić szczegóły jutrzejszego wczesnego wyjazdu, trzeba spuścić łodzie na rzekę — i w ogóle chodzi o mnóstwo rzeczy, które nasuwają się dopiero w ostatniej chwili. Wyprawa musi być zorganizowana bez zarzutu; nie wolno niczego zapomnieć ani zaniedbać, ani też...”

Ogarnęło go nagle poczucie niezwykłego osamotnienia. Zatęsknił za czyimkolwiek głosem, choćby to był nienawistny głos żony — aby tylko położyć kres złowróżbnej ciszy, w której zalękniona wyobraźnia przeczuwała zwiastunkę nowego nieszczęścia.

— Cóż się stało? — mruknął i poczłapał do balustrady w zsuwających się z nóg pantoflach. — Czy wszyscy pospali się, czy też wymarli?

Osada jednak żyła, i to nawet bardzo intensywnie. Ocknęła się już o bladym świcie, gdy Mahmat Bandżar w przypływie niesłychanej energii dźwignął się z posłania i wziąwszy siekierę, przestąpił przez postacie swoich dwóch śpiących żon. Drżąc z chłodu, szedł nad brzeg rzeki, aby sprawdzić, czy woda nie porwała domku, który tam zbudował.

Przedsiębiorczy Mahmat umieścił swoją nową chatę na dużej tratwie, przymocowanej bezpiecznie u błotnistego przylądka, przy zbiegu obu ramion Pantai. Wybrał miejsce, gdzie chata była zabezpieczona przed pniami ocierającymi się o przylądek w czasie wylewu. Mahmat szedł przez wilgotną trawę, szczękając zębami, i przeklinał po cichu twarde wymagania codziennego życia, które wyganiały go z ciepłego posłania w chłód poranny. Rzuciwszy okiem, przekonał się, że chata stoi na miejscu. Powinszował sobie przezorności w umieszczeniu jej, bo coraz jaśniejsze światło dnia ukazało mu pogmatwane szczątki drzew, osiadłych na błotnistej mieliźnie, splecione gałęźmi w bezkształtną tratwę. Wir powstały u zbiegu obu ramion rzeki szarpał tą plątaniną gałęzi i kłód, uderzając i trąc je o siebie. Mahmat zszedł aż do wody, aby opatrzyć liny z rotanu, którymi chata była przymocowana. Słońce wysunęło się właśnie zza lasu na przeciwległym brzegu rzeki. Pochylony nad wiązadłami, spojrzał obojętnie na gmatwaninę pni miotających się niespokojnie i dostrzegł widać coś niezwykłego, bo upuścił nagle siekierę i wyprostował się, ocieniając ręką oczy przed promieniami wschodzącego słońca. Dojrzał jakiś czerwony przedmiot, po którym przewalały się kłody, otaczając go lub też zwierając się nad nim. Zrazu wydało się Mahmatowi, że to kawał czerwonego materiału, ale wnet spostrzegł swoją pomyłkę i podniósł wielki wrzask.

Ah, ja! Tam w wodzie, tam jest człowiek między kłodami! — Przytknął dłonie do ust i krzyczał, zwrócony w stronę osady, wymawiając wyraźnie sylaby. — Tu w wodzie są czyjeś zwłoki! Chodźcie zobaczyć! Jakiś obcy trup!

Kobiety z najbliższego domku krzątały się już na dworze przy rozniecaniu ognisk i łuskały ryż na śniadanie. Ostrymi głosami podjęły wezwanie Mahmata, które przewędrowało całą osadę od chaty do chaty i zamarło w oddali. Mężczyźni, podnieceni wieścią, wypadli z chat, biegnąc w milczeniu ku błotnistemu cyplowi, gdzie nieczułe kłody zwierały się, tarły i przewalały nad nieznajomym trupem z tępą zawziętością właściwą bezdusznym przedmiotom. Za mężczyznami śpieszyły kobiety, zaniedbując domowe obowiązki i lekceważąc sobie skutki takiego postępowania, a na samym końcu biegły z radosnym świergotem gromadki dzieci upojonych nieoczekiwanymi wrażeniami.

Almayer zawołał głośno na żonę i córkę, nie otrzymał jednak żadnej odpowiedzi. Znieruchomiał, nasłuchując pilnie. Słaby, oddalony gwar tłumu dosięgnął go teraz, świadcząc, że dzieje się coś niezwykłego. Ruszył ku schodom, lecz spojrzawszy ku rzece, wstrzymał się nagle na widok czółenka płynącego od strony osiedla radży. Samotny wioślarz, w którym Almayer rozpoznał niebawem Babalacziego, przeprawił się przez rzekę i płynął teraz ku pomostowi pasmem cichej wody wzdłuż brzegu. Wylazł powoli z czółenka i jął przytwierdzać je z przesadną starannością, jak gdyby pragnął odwlec chwilę spotkania z białym, spoglądającym ku niemu z werandy. Ta zwłoka pozwoliła Almayerowi zauważyć ze zdumieniem urzędowy strój Babalacziego. Sembirski statysta przybrany był odpowiednio do wysokiego stanowiska: jaskrawy sarong w kraty ujmował jego biodra, a z gęstych fałd u pasa sterczała srebrna rękojeść krisa, który oglądał światło dzienne tylko podczas wielkich uczt lub też urzędowych przyjęć. Przez lewe ramię i nagą pierś wiekowego dyplomaty biegł błyszczący, lakierowany pas ze skóry, opatrzony mosiężną tabliczką z herbem Niderlandów i napisem: „Sułtan Sembiru”. Głowa Babalacziego okręcona była czerwonym turbanem, zdobionym frędzlami, spadającymi na lewy policzek i ramię, co nadawało zwiędłej twarzy Malaja pocieszny wyraz zuchowatej wesołości. Przymocowawszy wreszcie czółno należycie, wyprostował się, strzepnął fałdy sarongu i ruszył wielkimi krokami ku domowi, podpierając się wysoką hebanową laską, której złota rękojeść, nasadzona drogocennymi kamieniami, skrzyła się w rannym słońcu. Almayer wyciągnął rękę na prawo w kierunku cypla, niewidocznego z miejsca, w którym stał; z pomostu widać go było jednak dokładnie.

— Babalaczi, hej, Babalaczi! — zawołał. — Cóż się tam dzieje? Czy widzisz?

Babalaczi przystanął i wpatrzył się uważnie w tłum na wybrzeżu. Almayer zobaczył po chwili, że Babalaczi zbacza ze ścieżki, zbiera w garść fałdy sarongu i puszcza się przez mokrą trawę na przełaj ku błotnistemu przylądkowi. Zaintrygowany, zbiegł ze schodów; usłyszał teraz wyraźnie gwar męskich głosów i przenikliwe krzyki kobiece. Znalazłszy się za domem, ujrzał na niskim przylądku ciżbę89 ludzi tłoczącą się naokoło czegoś, co wzbudzało ogólne zaciekawienie. Doszedł go głos Babalacziego; widział, jak tłum rozstąpił się przed nim i pochłonął go z gorączkowym gwarem, wzrastającym stopniowo aż do głośnej wrzawy.

Gdy Almayer był już blisko tłumu, oderwał się od ciżby jakiś człowiek i biegł ku osadzie, nie odpowiadając wcale na jego wołania, aby zatrzymał się i wyjaśnił przyczynę tego poruszenia. Wreszcie Almayer dopadł zbitej gromady, lecz prosił na próżno, aby go przepuszczono; nikt się nie usunął, gdy usiłował przepchnąć się ku brzegowi.

Torował sobie drogę powoli i ostrożnie, gdy nagle wydało mu się, że słyszy głos żony dochodzący z największego tłoku. Nie mylił się, był to rzeczywiście jej krzykliwy głos, lecz słychać go było tak niewyraźnie, że nie mógł zrozumieć, o co chodzi. Przestał się przepychać i zwrócił się do otaczających, aby zasięgnąć wyjaśnień, gdy wtem ostry i przeciągły krzyk rozdarł powietrze. Ucichła wrzawa, zamilkły głosy ludzi odpowiadających Almayerowi, a on sam skamieniał ze zdumienia i zgrozy: był już pewien, że jego żona zawodzi nad umarłym. Przypomniał sobie nagle zagadkową nieobecność Niny i oszalały z niepokoju o nią rzucił się przed siebie na oślep, a tłum ustępował przed jego wściekłym naporem z okrzykami zdumienia i bólu.

Na wąskim cyplu leżały wydobyte spośród kłód zwłoki nieznajomego, otoczone pierścieniem tłumu. Obok trupa stał Babalaczi; wsparł się brodą o rękojeść laski i wlepił nieporuszenie jedyne oko w bezkształtną masę zdruzgotanych członków, poszarpanego ciała i krwawych łachmanów. Gdy Almayer przebił się wreszcie przez ciżbę struchlałych widzów, żona jego zarzuciła zasłonę na twarz topielca, przykucnęła obok zwłok i zawyła ponuro po raz drugi, budząc dreszcz przerażenia w oniemiałym tłumie. Ociekający wodą Mahmat zwrócił się do Almayera, żądny powtórzyć swoje opowiadanie.