nuta człowiecza (tomik)

jesienią

w oknie chmur plamy deszczowa sieć

ogród to rdzawość czerwień i śniedź

w kroplach co ciężkie na brzoskwiń listkach

niebo kuliste błyska i pryska

słucham szelestów jesienny gość

mało wód szmeru szumu nie dość

czujnie czatuję rankiem przy oknie

gdy kwiat opada w kałużę ogniem

może usłyszę któregoś dnia

nutę człowieczą z samego dna

nutę co dzwoni mocno i ostro

a niebo całe dźwiga jak sosrąb 1

jabłko życia

niejeden rok uchodzi od dłoni które piszą

aby odgonić wizyj2 puszysty zwarty natłok

oddając oczy nocom a serce swe narcyzom

uchodzę i ja także ucieczka nie jest łatwa

zakwitną kiedyś dymy na czasu złych otchłaniach

spokojnie wejdę starzec w odwiecznych ognisk światło

bom żył dwojaką siłą czekania i kochania

i nie ucieknę dłonią żywot ujmę jak jabłko

rymy pobożne

smutku pora siwa

porosła mieszkania sprzęty

wiatr chmurzyska przywiał

bladym odmętem

okno szumiące krzaki

kosaciec3 powiewa dłonią

to ty dajesz znaki

persefono4

jutro czyha we wszystkim

nim do niego zegary dotrą

błyskawic jarzy się błyskiem

widnokrąg

koniec dnia ma oczy sarnie

błyskawice chwytają za nóż

nam i bitwom elementarnym

na dwoje wróżący janus5

błądząc miastem nad sobą się użal

an ang ang

katedr sennych dzwonienie

łamie ulic promienie

tak bym tę sprawę nazwał

neonów konstelacje

jak męki pańskiej stacje

krwawią asfalt

blask czerwona perła duża

ang ang ang

błądząc miastem nad sobą się użal

tak by szepnąć mogła z mozaiki w bazylice

roniąca perły eleusa6

pod dworcem głównym w warszawie

z okien bryzgało blaskiem

królował w niklach bufet

biły pod sufit płaski

fontanny kwiatów kruche

są tam firanki płyną

dają tło cieniom sytych

czy to nocną godziną

czy szronowym przedświtem

alkoholu symfonie

fugi jarzyn i mięsa

ciszej grajcie w agonii

żywy głód się wałęsa

jeden głód kaszle szczeka

drugi głód palce łamie

na cóż trzeci głód czeka

drżąc we wnęce przy bramie

wielookie zarosłe

twarze głodów człowieczych

to są biedne księżyce

spustoszałych wszechrzeczy

dyszą kaszlają7 w runo

wytartego szalika

mówię wam przez nie runą

mocne twierdze jerycha8

żal

głowę która siwieje a świeci jak świecznik

kiedy srebrne pasemka wiatrów przefruwają

niosę po dnach uliczek

jaskółki nadrzeczne

świergocą to mało idźże

tak chodzić tak oglądać sceny sny festyny

roztrzaskane szybki synagog

płomień połykający grube statków liny

płomień miłości

nagość

tak wysłuchiwać ryku głodnych ludów

a to jest inny głos niż ludzi głodnych płacz

zniża się wieczór świata tego

nozdrza wietrzą czerwony udój

z potopu gorącego

zapytamy się wzajem ktoś zacz

rozmnożony cudownie na wszystkich nas

będę strzelał do siebie i marł wielokrotnie

ja gdym z pługiem do bruzdy przywarł

ja przy foliałach jurysta

zakrztuszony wołaniem gaz

ja śpiąca pośród jaskrów

i dziecko w żywej pochodni

i bombą trafiony w stallach

i powieszony podpalacz

ja czarny krzyżyk na listach

o żniwa żniwa huku i blasków

czy zdąży kręta rzeka z braterskiej krwi odrdzawieć

nim się kolumny stolic znów podźwigną nade mną

naleci wtedy jaskółek zamieć

świśnie u głowy skrzydło poprzez ptasią ciemność

idźże idź dalej

elegia czwarta

spokój falowałby ścichał drżąc u studziennych cembrowin

mżąc na płomiennych topolach coś nucąc w oczach krowich

tylko że ty mi szalejesz

skrzydła teopais9 o skrzydła

furkocą furkocą płosząc

z mroku pastwiska

parę bułanych łosząt10

pod gajem z porcelany

przebłyska

zachodu złoty dar kałuża o teopais

i domy są znane jak zygzak na starej tapecie

biegną ze wzgórz dyszą

oknami otwartymi w białym zakurzonym lecie

tak się na nas nasuwa przedmieścia obszerny futerał

ciszą

tyś wrastał w wiślane lato

gdy tratwy pluskały tędy ciemną na toniach łatą

gdy w niski pułap upału tłukły ospałe ptaki

tyś dzień kołysał pomału

a jaki byłeś jaki

no miasto naroża w godłach rzemiosł

wetknął się skośny promień

w sklepu framugę i zgasł

dokoła rżał na górach gaj i żółty las

bizantyjskie niebo rżało

na dachy budynków bo dzień wiądł

czerwone płaszcze rzucało

sentencja elegijna miłosna

kiedyś wzejdzie hesperus11 nad mym sarkofagiem

i drobnych kropel srebra w ciemności nastruże

ty w dłoń zbierzesz blask nikły ciałem jak wiatr nagim

rozweselając smętarz choć tylko w marmurze

sentencja ostateczna

nie pod krzyżem mi spać

polacy

więc najpierw blaski pną się po domach

wyżej i wyżej i gasną na rosie okien

warszawa wisła w układzie zodiakalnym nieomal

bo widzę wodnika pannę ryby

wieczór niweluje zieleń i purpurę

wchodzi po schodach wyżyn na niebo krok za krokiem

otrząsa się w zenicie zatrzymuje rdzawe obłoki

ciemno

jak gdyby

aksamitu fałdy urosły w całą górę

wieczór codzienna daremna

forma syntez

wsparci wzrokiem o rzekę o kratowany most

dajemy się ogarniać muzyce horyzontu

błyski w wodzie chodzą gwintem

gwintem spływa hałas uliczny

rozplusk mokry klaszcze dłońmi czarnymi o ponton

rejestrując zdarzenia milczmy

bowiem pod świateł strażą sypią się perły uroku

pod świateł strażą błogo leją się wieczór i lato

wiatr żarliwy radośnie parska

zginęły w drzew zadymce geniusze mroku

jest tak jakby nie grzmiała granica zamorska

jakby nigdy przez falę nie stąpał skrzydlaty tanatos12

przypomnij

przypomnij przypomnij

za miastem sprężona droga

przestrzeń mdli na niej w okrytych pyłem stopach

rozpostarły się szerokie rozłogi13

zły ugór pod noc podsuwa się bezdomnie

o uwierzyć że to ona

obmyta w zimnych potopach

jak ranni

w syntez formie którą jest wieczór

utkwił po rękojeść głos

jego stal drży

jego smukłość wyrywa się z porządku rzeczy

we mnie to czy w nas czy za mną

ten gniew bez żalu

czyś to ty ojczyzno serce los

czyś to ty słoneczna Jeruzalem14

moje zaduszki

Wyprowadzam królów szeregi

mają szaty zorzanozłote

ja nad falą ładogi oniegi

złote szaty fałduję młotem

przeznaczenie to moje umarli

wam krokami pożarów grać

cienie wzywać na grobów darni

słów muzyką ku wam je gnać

a w tym kraju inaczej świta

łuski wodne u kryp się łamią

gwiazdę bladą przez kraty widać

głosy fabryk ranią i kłamią

o piwiarnio w której się budzę

obnażone konary lip

ci pijani ubodzy ludzie

dorożkarska szkapa u szyb

wolno kładę na kartach rękę

trudno śpiewać śpiewaniem pisać

zziębli z torów zbierają węgiel

węgiel brudzi listopad liszaj

lepię tęcze na rudej darni

królów gonię na złoty bieg

to co stworzę wesprzyjcie zmarli

może przetrwa i nas i brzeg

przedświt

pół globu wypływa spod nocnych gwiezdności

śpiący już ręce unoszą a zasiani są gęsto jak sieć

przedświt schodzi łagodnie ma moc uspokoić uprościć

lecz zginie gdy się w niebo wleje płonąca miedź

północ sączyła udrękę cóż z tego zabłysła woda

można choć konno uciec uciec wzdłuż niskich wierzb

tu koń tu na wprost drogą pachnie jesienna uroda

zaranna rosa liże po rękach liże jak zwierz

jest wybawienie kupcy cieśle prorocy złodzieje

patrzeć młodo

widnokrąg ugnie się niby rzemień

zanim rozdnieje strzemię

powietrze rwiesz to pęd to pęd u czoła wiatr i wiatr

u pięt promienie wierzb unosi wiatr i wiatrem koń

w czerwony pęd w niebieski pęd w zielony pęd

ha w wodospadach pagórków tętent lotnej pogoni

najbliżsi nienawistni na koniach smolistych i rydzych

chcesz czy nie chcesz zaliczonyś do nich

widzisz

w świtaniu pałającym przewala się tłum jeźdźców

a oddalając się rosną

o klęsko

dno

zawrzały jednocześnie noc północ świt i wieczór

droga strumień wierzbiny burzą się wirują grzmią

a konie jak urastają gniotąc ogromem jesień

w potwornych obłoków leju znikasz i ty i oni i wszystko

i nie wiadomo gdzie się

ozwała trąbka żołnierska

grając opadłym z wierzb listkom

wigilia

kolędo czarujesz a łowisz jak niewód15

a rośniesz jedlicznyś żywiczny bór

tak radziśmy cackom i świeczkom i drzewu

co z gęstwin przybyło w zieleni piór

lulajże Jezuniu lulajże lulaj

a ty go Matuniu w płaczu utulaj

królowie i święci w kamiennych portalach

czuwają noc każe natężyć słuch

muzyką sypnęło z wysoka i z dala

zachrzęścił jak perły pierwszy ruch

lulajże Jezuniu

widziadło śnieżycy wyszydza to świszcze

dłoń trędowatą raniące o głóg

wiesz w łunie wigilii śpiewają chórmistrze

krzewino zaiste zrodził się bóg

lulajże Jezuniu lulajże lulaj

ty nigdy nie będziesz chodził o kulach

ach ślepi ach głodni nakryci gazetą

po bramach śpią ludzie centurie chór

im sianem stajenki jest asfalt i beton

z ciał można ułożyć piękny wzór

lulajże człowieku lulajże lulaj

ulubione pieścidełko samotności

co spływa ku nam

listek łódeczka żółta opadający motyl

z dębu na czarnorole

teraz dokoła płoty i płoty

drewniane aureole

wieczorem księżycowy srebrnik

wichr16 węszy

jesienią bywa rzewniej

bo smutek gęstszy

bo znad bałtyku od mgieł włochata

skrzypi sośnina

i w naddniestrzańskich słyszysz winogradach

deszcz zacina

biły tarabany17 biły tarabany

dobyli surmacze głosu z surm18

tupotały pułki turkotały czołgi

u stóp gór

biły tarabany biły tarabany

kołysały łany jasnych ostrz

dudniły armaty tętnili ułani

wojsko szło

zaolzie19

spoza leśnych granicznych przesiek

w żelazie brązie

rąbek mapy nam wzeszedł

a to dobra nowina

choć słota skośna słota stroma

słota sina

choć listopad

i słomy chocholej mokry aromat

w drewnianych drewnianych płotach

za nami tylko lat dwudziestu ginący obłok