Pole bawełny

To musiał być dzień Bożego Ciała. Starsza kobieta

wiodła za sobą okazałą downicę: córciu, córciu,

gdy umrę, co się z tobą stanie. A ja nie mogłam ci

starsza obiecać kobieto, że jej nie zjemy, niedokładnie znam zwyczaje

mojego gatunku, nie na tyle dokładnie.

Widuję nas, jak przystajemy na rogach ulic,

wyjmujemy z portfeli zdjęcia budynków krytych złotymi kopułami

i pokazujemy je sobie nawzajem, mężczyźni i kobiety,

starzy i młodzi, ale czy tęskniąc, czy grożąc, nie wiem.

To musiał być ten dzień, wzdłuż torów

albo skrajem parku szedł mężczyzna w brązowej marynarce,

niósł piłkarzyki główkami do dołu

i nic na to nie poradzę, ale słońce, ono chyliło się ku zachodowi.