Za życia nikt

Za życia nikt nie wyruszyłby w wyboistą drogę z kobietą, która przez ubranie

sprawdza jednym muśnięciem palca sztywność kręgosłupa, choć jest on

najpewniejszą linią ludzkiego ciała. Nikt za nią by nie pożądał, nie śledził jej

posunięć nawet do najbardziej zaawansowanych pozycji. Samo życie dałoby jej

radę i prelekcję na temat przeżycia, czyli samotnego doświadczenia i przetrwania.

Radosne komunikaty nietrafiające do celu, ale błogosławione ich lotki znaczone

uczuciem, które grzęzły w trawie, choć ich nie znalazł tam ani jeden uśmiech.

Widoczne były jednak kątem oka jak spadające gwiazdy, wśród sennych pyłków

i baniek mydlanych, które wypadały z wysokich pięter, wydmuchiwane przez

dziecko, badające z przejęciem długości ich życia i krótkiej przygody.

Mimo obojętności liczbowej i niedoceniania na co dzień skarbów sztuki

całkowania1, z pomocą nadeszła niezawodna ekspertyza — statystyczny rozdział na

trafione i niezatopione, których nikt jednak nie obserwował dalej. A te, które nie

chciały tonąć, żeglowały niezbicie w stronę chóru i nikomu nie chciały się

tłumaczyć, jak człowiek śpieszący na próbę generalną, który po drodze nie chce

nawet słyszeć przechodniów, bo oszczędzał głos już w windzie i przedpokoju,

żeby go wydać z siebie w ostatecznym, foremnym wykonaniu, w splendorze

i blasku sceny.

Bo czyż scena nie jest miejscem wiadomości dobrego i złego, sercem i rozumem

zaistnienia, niebędącego przeżyciem, lecz samodzielnym wyczynem — tą mityczną,

wyniosłą woltą, której w ramach aktualnie panującego DNA zazdroszczą zaocznie

nawet nienarodzone dzieci, w tym także te nie poczęte?

Gdyż ten rodzaj istnienia okazuje się najważniejszym z ostatnio proponowanych

wyników płodnej ewolucji, bo ludność myśli nawet, iż jest to rodzaj wiedzy:

że warto poćwiczyć lotki, w wątpliwym celu, żeby następnie z brawurą godną

obłąkanego, w ostatniej chwili pozdrawiając fale, spaść z uśmiechem ze skraju

granatowego klifu. Odlecieć w poczucie niechybnego awansu, pozwalając sobie

na chwilową nieobecność, zużytą całkowicie na twórczą cyrkulację, w wyniku

której znów zakwitną na targach książki i róże, i bzy. A tam już prawdziwe,

czytelne dziewczyny z krwi i ciała spojrzą na kwiaty z nieskrywanym zachwytem.

I stanie się światło, bo odwieczny cel rozbłyśnie im w dłoni.

Przypisy:

1. całkowanie (mat.) — rodzaj sumowania nieskończenie wielu nieskończenie małych wartości, stosowany dla wielkości zmieniających się w sposób ciągły. [przypis edytorski]