R.U.R.
Rossum’s Universal Robots. Dramat zbiorowy z komediowym wstępem i w trzech aktach
Osoby:
- HARRY DOMIN, dyrektor naczelny fabryki Rossum’s Universal Robots
- INŻ. FABRY, generalny dyrektor techniczny R. U. R
- DR GALL, kierownik działu fizjologiczno-badawczego R.U.R.
- DR HALLEMEIER, kierownik Wydziału do spraw Psychologii i Szkolenia Robotów
- KONSUL BUSMAN, generalny dyrektor handlowy R.U.R.
- BUDOWNICZY ALQUIST, kierownik rozbudowy R.U.R.
- HELENA GLORY
- MANIA, jej piastunka
- MARIUSZ, robot
- RADIUS, robot
- DAMON, robot
- SULLA, robotka
- PIERWSZY ROBOT
- DRUGI ROBOT
- TRZECI ROBOT
- CZWARTY ROBOT
- PIĄTY ROBOT
- ROBOT PRYMUS
- ROBOTKA HELENA
- SŁUŻĄCY-ROBOT i liczne inne ROBOTY
Domin, w prologu około trzydziestoośmiolatek, wysoki, ogolony
Fabry, również ogolony, płowowłosy, o poważnej twarzy i delikatnych rysach
Dr Gall, drobny, żywy, śniady, z czarnym wąsem
Hallemeier, potężny, krzepki, z rudym angielskim wąsem i takoż rudymi włosami obciętymi na jeża
Busman, gruby, łysy, krótkowzroczny Żyd
Alquist, starszy od pozostałych, ubrany niedbale, o długich, posiwiałych włosach i takimże zaroście
Helena, bardzo elegancka
Po zakończeniu prologu wszyscy o dziesięć lat starsi.
W prologu roboty są ubrane jak ludzie. Oszczędne w ruchach i w mowie, twarze bez wyrazu, wzrok wbity w jeden punkt. W tekście głównym odziane w płócienne bluzy ściągnięte w pasie rzemieniem, na piersiach mosiężne numery.
Po prologu i po drugim akcie antrakt.
Prolog
Centralne biuro fabryki Rossum’s Universal Robots. Po prawej wejście. Na wprost — okna z widokiem na niekończące się szeregi budynków fabrycznych. Po lewej inne pomieszczenia kancelarii dyrektora.
DOMIN siedzi w obrotowym fotelu przy ogromnych rozmiarów biurku amerykańskim. Na blacie lampa, telefon, przyciski do papieru, stojak na listy itd., zaś na ścianie po lewej wielkie mapy z zaznaczonymi liniami transportu morskiego i kolejowego, duży kalendarz, zegar, który wskazuje, że dochodzi południe; na ścianie z prawej zawieszono plakaty reklamowe: „Najtańsi pracownicy: roboty Rossuma”, „Roboty tropikalne, nowy wynalazek. 150 d. sztuka”, „Robot dla każdego!”, „Zbyt droga produkcja? Zamów roboty Rossuma”. Dalej jeszcze inne mapy, rozkład kursowania statków, tabela ze skróconym zestawieniem rejsów itd. Z taką dekoracją ścian kontrastuje wspaniały turecki dywan na podłodze; po prawej stronie okrągły stół, kanapa, skórzane fotele klubowe oraz biblioteczka, w której zamiast książek stoją butelki z winem i mocniejszymi trunkami. Po lewej sejf. Obok biurka Domina maszyna do pisania, w którą stuka dziewczyna imieniem SULLA.
DOMIN
dyktuje
„— że nie odpowiadamy za towar uszkodzony w transporcie. Już podczas załadunku zwróciliśmy uwagę państwa kapitanowi, że statek nie jest przystosowany do przewozu robotów, a więc straty nie idą na nasze konto. W imieniu Rossum’s Universal Robots — podpisano —”. Gotowe?
SULLA
Tak.
DOMIN
Następny list. „E. B. Huysum Agency, New York. Data. Potwierdzamy zamówienie na pięć tysięcy robotów. Ponieważ wysyłają państwo własny statek, prosimy o załadowanie jako cargo brykietów dla R.U.R. w ramach barteru. Podpisano —”. Gotowe?
SULLA
kończąc stukać
Tak.
DOMIN
Proszę pisać dalej. „Friedrichswerke, Hamburg. — Data. — Potwierdzamy zamówienie na piętnaście tysięcy robotów”.
Dzwoni telefon wewnętrzny. Domin podnosi słuchawkę i mówi do niej.
Halo — Tu naczelny — Tak — Oczywiście — Ależ tak, jak zwykle — Owszem, proszę nadać do nich depeszę — W porządku.
Odkłada słuchawkę.
Na czym stanąłem?
SULLA
Potwierdzamy zamówienie na piętnaście tysięcy r.
DOMIN
w zamyśleniu
Piętnaście tysięcy r. Piętnaście tysięcy r.
MARIUSZ
wchodzi
Panie dyrektorze, przyszła jakaś dama —
DOMIN
Kto taki?
MARIUSZ
Nie wiem.
Podaje wizytówkę.
DOMIN
czyta
Od prezesa Glory’ego. — Prosić.
MARIUSZ
Szanowna pani raczy wejść.
Wchodzi Helena Glory, Mariusz wychodzi.
DOMIN
wstając
Zapraszam.
HELENA
Pan dyrektor naczelny Domin?
DOMIN
Do usług.
HELENA
Przychodzę do pana —
DOMIN
— z polecenia prezesa Glory’ego. Więcej nie trzeba.
HELENA
Prezes Glory to mój ojciec. Jestem Helena Glory.
DOMIN
Panno Glory, to dla nas wyjątkowy zaszczyt, że — że —
HELENA
— że nie możemy pokazać pani drzwi.
DOMIN
— że możemy powitać w naszych progach córkę tak znamienitego pana prezesa. Proszę usiąść. Sullo, możesz odejść.
Sulla wychodzi.
DOMIN
siadając
Czym mogę służyć, panno Glory?
HELENA
Przyjechałam tu, żeby —
DOMIN
— obejrzeć nasz zakład produkcji ludzi. Tak jak każdy odwiedzający. Nie widzę problemu, zapraszam.
HELENA
Myślałam, że na teren fabryki —
DOMIN
— wstęp jest wzbroniony. Tylko że każdy zjawia się tu z czyjąś wizytówką, panno Glory.
HELENA
I wszystkim pan pokazuje... — ?
DOMIN
Tyle o ile. Produkcja sztucznych ludzi, droga pani, to tajemnica handlowa.
HELENA
Gdyby pan wiedział, jak mnie to —
DOMIN
— szalenie interesuje. Wszak stara Europa o niczym innym nie mówi.
HELENA
Dlaczego nie daje mi pan skończyć zdania?
DOMIN
Proszę wybaczyć. Zamierzała pani powiedzieć coś innego?
HELENA
Chciałam tylko zapytać —
DOMIN
— czy w drodze wyjątku nie pokazałbym pani naszej fabryki. Ależ oczywiście, panno Glory.
HELENA
Skąd pan wie, że właśnie o to chciałam spytać?
DOMIN
Wszyscy pytają o to samo.
wstaje
To będzie dla nas zaszczyt, pokazać pani więcej niż innym, tylko — jak by to ująć —
HELENA
Dziękuję panu.
DOMIN
— czy mogłaby pani przyrzec, że nikomu nie zdradzi ani słówkiem —
HELENA
wstaje i podaje mu rękę
Słowo honoru.
DOMIN
Dziękuję. Nie zechciałaby pani uchylić woalki?
HELENA
Ach tak, pan chce zobaczyć — Za pozwoleniem.
DOMIN
Słucham?
HELENA
Gdyby pan tak już puścił moją rękę.
DOMIN
puszczając
Proszę wybaczyć.
HELENA
unosi woalkę
Chce pan sprawdzić, czy nie jestem szpiegiem. Ależ pan ostrożny.
DOMIN
wpatrując się w nią z zachwytem
Hm — owszem — my — tak jest.
HELENA
Nie ufa mi pan?
DOMIN
Niezmiernie, panno Hele... — — przepraszam, panno Glory. Doprawdy jestem niezmiernie uradowany — Czy rejs minął spokojnie?
HELENA
Owszem. Dlaczego —
DOMIN
Ponieważ — to znaczy, chciałem powiedzieć — taka pani młoda.
HELENA
Przejdziemy teraz do fabryki?
DOMIN
Tak. Obstawiam dwadzieścia dwa, czyż nie?
HELENA
Dwadzieścia dwa co?
DOMIN
Lata.
HELENA
Dwadzieścia jeden. Na co panu ta wiedza?
DOMIN
Dlatego, że — ponieważ —
z zachwytem
Zabawi pani u nas nieco dłużej, nieprawdaż?
HELENA
Zależy, co mi pan pokaże z procesu produkcji.
DOMIN
Ta diabelna produkcja! Ależ ma się rozumieć, panno Glory, wszystko pani obejrzy. Proszę usiąść. Czy ciekawiłaby panią historia wynalazku?
HELENA
Owszem, proszę opowiedzieć.
siada
DOMIN
A zatem.
siada na biurku, wpatruje się w Helenę jak urzeczony i śpiesznie recytuje
W roku 1920 stary Rossum wielki fizjolog ale wówczas jeszcze młody naukowiec udał się na tę odległą wyspę by badać morską faunę kropka. Próbował odtworzyć materię żywą tak zwaną protoplazmę metodą syntezy chemicznej gdy pewnego razu wynalazł substancję która zachowywała się tak samo jak żywa materia chociaż miała inny skład chemiczny było to w roku 1932 niemal czterysta lat po odkryciu Ameryki, uff.
HELENA
Zna pan to na pamięć?
DOMIN
Tak; fizjologia, panno Glory, to nie moja działka. Mam mówić dalej?
HELENA
Proszę.
DOMIN
uroczyście
I wtedy to, panno Glory, stary Rossum zapisał pomiędzy wzorami chemicznymi takie oto słowa: „Natura znalazła tylko jeden sposób, by uorganizować materię żywą. Istnieje jednak inna metoda, prostsza, bardziej podatna i szybsza, ale na nią przyroda w ogóle nie wpadła. Tę drugą drogę, którą mogła się potoczyć ewolucja życia, właśnie dziś odkryłem”. Proszę sobie uświadomić, panienko, że te wielkie słowa pisał nad glutem jakiejś kleistej galarety, której nawet pies by nie ruszył. Niech go sobie pani wyobrazi, jak siedzi nad probówką i duma, że wyrośnie z niej całe drzewo życia, że będą z niej wychodzić wszystkie zwierzęta, począwszy od byle wrotka, a kończąc — na samym człowieku. Człowieku z innej materii niż my. Panno Glory, była to doniosła chwila.
HELENA
I co dalej?
DOMIN
Dalej? Od tego momentu chodziło o to, jak wydostać życie z probówki, przyśpieszyć ewolucję i wytworzyć jakieś te organy, kości, nerwy, siamto, owamto, i wynaleźć te wszystkie substancje, katalizatory, enzymy, hormony i takie tam, mówiąc w skrócie — rozumie pani?
HELENA
N-n-nie wiem. Chyba niewiele.
DOMIN
A ja nic a nic. Wie pani, przy pomocy tych płynów mógł robić, co mu się żywnie podobało. Mógł na przykład otrzymać meduzę z mózgiem Sokratesa albo dżdżownicę długą na pięćdziesiąt metrów. Ale że nie miał ani grama poczucia humoru, wbił sobie do głowy, że zrobi normalnego kręgowca, a może nawet człowieka. Ta jego sztuczna żywa materia cechowała się szaloną wolą życia; pozwalała robić ze sobą wszystko, mógł ją zszywać i mieszać, jak tylko chciał. A więc zabrał się za to.
HELENA
Za co?
DOMIN
Za naśladowanie natury. Najpierw spróbował stworzyć sztucznego psa. Kosztowało go to wiele lat pracy, wyszło z tego coś, co przypominało skarłowaciałe cielę, zresztą fajtnęło po paru dniach. Pokażę pani w muzeum. A potem stary Rossum zajmował się już tylko tworzeniem człowieka.
Pauza.
HELENA
I tego właśnie nie mogę nikomu zdradzić?
DOMIN
Nikomu na świecie.
HELENA
Szkoda, że już o tym piszą w każdym podręczniku.
DOMIN
Szkoda.
zeskakuje z biurka i siada obok Heleny
Ale wie pani, czego nie ma w podręcznikach?
puka się w czoło
Tego, że stary Rossum to był skończony wariat. Poważnie, panno Glory, ale proszę zachować to dla siebie. Ten stary dziwak naprawdę chciał wytwarzać ludzi.
HELENA
Ale przecież pan właśnie wytwarza ludzi!
DOMIN
Z grubsza, panno Heleno. A stary Rossum miał na myśli dosłownie. Wie pani, chciał tak jakby naukowo obalić Boga. Był strasznym materialistą i to go motywowało. Pragnął przede wszystkim dostarczyć dowód, że żaden Bóg nigdy nie był potrzebny. Dlatego ubzdurał sobie, że stworzy człowieka kropka w kropkę takiego jak my. Ma pani pojęcie o anatomii?
HELENA
Tylko — niewielkie.
DOMIN
Ja też. Proszę sobie wyobrazić, uparł się, że wykona wszystko identycznie jak w ludzkim ciele, aż po najdrobniejszy gruczołek. Ślepą kiszkę, migdałki, pępek, same niepotrzebne głupstwa. A nawet — hm — narządy płciowe.
HELENA
Ale one przecież — one przecież —
DOMIN
— nie są całkiem zbędne, wiem, wiem. Lecz jeśli chce się wytwarzać ludzi sztucznie, to nie ma takiej — hm — konieczności —
HELENA
Rozumiem.
DOMIN
Pokażę pani w muzeum, co on tam sklecił przez łącznie dziesięć lat. Miał to być mężczyzna, żyło toto całe trzy dni. Stary Rossum nie miał krztyny gustu. To, co zrobił, było straszliwe. Ale miało w środku wszystko, co ma człowiek. Doprawdy, okrutna dłubanina. I wówczas zjawił się tu inżynier Rossum, siostrzeniec starego. Tęga głowa, panno Glory. Zobaczył, co tam stary majdruje, i oznajmił: „To nonsens produkować człowieka przez dziesięć lat. Jeśli nie zdołasz go robić szybciej niż natura, cały ten bajzel niewart jest splunięcia”. I sam wziął się za anatomię.
HELENA
W podręcznikach piszą co innego.
DOMIN
wstaje
W podręcznikach opłacamy reklamę, a reszta to bzdury. Pisze się, że roboty wynalazł stary Rossum. Stary może i nadawał się na uniwersytet, ale o produkcji fabrycznej nie miał zielonego pojęcia. Myślał sobie, że stworzy prawdziwych ludzi — jakichś nowych Indian, docentów albo idiotów, wie pani? Dopiero młody Rossum wpadł na pomysł, żeby robić na tej bazie żywe i inteligentne maszyny robocze. Wszystko, co pani czytała o współpracy obu Rossumów, to bajki dla grzecznych dzieci. Ci dwaj okrutnie się kłócili. Stary ateista znał się na przemyśle jak kura na pieprzu, wreszcie młodemu udało się go zamknąć w którymś z laboratoriów, żeby tam się babrał z tymi swoimi wyskrobkami, a sam, jako inżynier, zaczął porządną produkcję. Stary Rossum dosłownie go wyklął i przed śmiercią zmajstrował jeszcze dwie fizjologiczne pokraki, aż wreszcie znaleźli go martwego w laboratorium. Oto cała historia.
HELENA
A co z młodym?
DOMIN
Młody Rossum, panienko, to była nowa epoka. Era przemysłowa po erze wiedzy. Przyjrzał się dokładnie anatomii człowieka i od razu zobaczył, że jest zbyt skomplikowana i że dobry inżynier urządziłby to prościej. Zaczął więc przerabiać anatomię, sprawdzając, co się da pominąć albo udogodnić — Mówiąc w skrócie — panno Glory, nie nudzi się pani?
HELENA
Nie, przeciwnie, to okrrropnie ciekawe.
DOMIN
A więc młody Rossum pomyślał sobie tak: człowiek to coś, co — przypuśćmy — odczuwa radość, gra na skrzypcach, ma ochotę na spacer i w ogóle musi robić mnóstwo rzeczy, które — które są właściwie niepotrzebne.
HELENA
Oho!
DOMIN
Niech pani zaczeka. Które są niepotrzebne, kiedy ma na przykład tkać albo liczyć. Ja nie uważam, żeby dla pani — Gra pani może na skrzypcach?
HELENA
Nie.
DOMIN
Szkoda. Ale maszyna robocza nie musi grać na skrzypcach, nie musi się cieszyć, nie musi robić całego mnóstwa innych rzeczy. Wręcz nie powinna. Silnik spalinowy nie musi mieć frędzli i ornamentów, panno Glory. A produkcja sztucznych robotników niczym się nie różni od produkcji silników spalinowych. Ma być jak najprostsza, a produkt jak najlepszy pod względem praktycznym. Jak pani uważa, jaki robotnik jest najlepszy od strony praktycznej?
HELENA
Najlepszy? Chyba ten, który — który — jest uczciwy — i lojalny.
DOMIN
Nie: ten, który jest najtańszy. Ten, który ma najmniej potrzeb. Młody Rossum wynalazł najmniej wymagającego robotnika. Musiał go uprościć. Usunął wszystko, co nie służy bezpośrednio do pracy. Wyrzucił to, co człowieka podraża. W ten sposób w zasadzie usunął człowieka i stworzył robota. Droga panno Glory, roboty to nie ludzie. Są mechanicznie doskonalsi niż my, dysponują zadziwiającą inteligencją umysłową, ale nie mają duszy. Widziała pani już kiedyś, jak wygląda robot w środku?
HELENA
Nie.
DOMIN
Jest czysty i prosty. Doprawdy, piękna rzecz. Wygląda jak domowa apteczka: mało elementów, za to wszystko w nienagannym porządku. Och, panno Glory, produkt inżyniera jest znacznie bardziej dopracowany technicznie niż ten stworzony przez naturę.
HELENA
Mówi się, że człowiek to stworzenie boże.
DOMIN
Tym gorzej. Bóg nie miał zielonego pojęcia o nowoczesnej technice. Przypuszczałaby pani, że nieboszczyk młody Rossum postanowi zabawić się w Boga?
HELENA
Jak to?
DOMIN
Zaczął produkować Nadroboty. Olbrzymy robocze. Próbował z czterometrowymi — ale nie uwierzy pani, jak łatwo te drągale się łamały.
HELENA
Łamały?
DOMIN
Tak. Ni z tego, ni z owego pękała im noga albo co tam. Nasza planeta jest najwyraźniej trochę za mała na gigantów. Teraz robimy wyłącznie roboty naturalnej wielkości, o solidnej, ludzkiej posturze.
HELENA
Widziałam pierwszych robotów u nas. Gmina kupiła... to znaczy, najęła do pracy —
DOMIN
Kupiła, droga pani. Roboty się kupuje.
HELENA
— pozyskała jako zamiataczy. Patrzyłam, jak pracują. Są dziwni, tacy cisi.
DOMIN
Widziała pani moją maszynistkę?
HELENA
Nie przyglądałam się jej.
DOMIN
dzwoni
Wie pani, fabryka akcyjna Robotów Uniwersalnych Rossuma produkuje zróżnicowany asortyment. Mamy roboty wyższej klasy oraz bardziej prymitywne. Żywotność tych lepszych szacujemy na dwadzieścia lat.
HELENA
Potem umierają?
DOMIN
Tak, zużywają się.
Wchodzi Sulla.
DOMIN
Sullo, proszę się pokazać pannie Glory.
HELENA
podnosi się i podaje jej rękę
Miło mi. Pewnie jest pani smutno na tym końcu świata, co?
SULLA
Nie znam odpowiedzi, panno Glory. Proszę sobie usiąść.
HELENA
siada
Skąd pani pochodzi?
SULLA
Stąd, z fabryki.
HELENA
Ach, to pani się tu urodziła?
SULLA
Tak, zrobiono mnie tutaj.
HELENA
zrywając się na równe nogi
Co takiego?
DOMIN
ze śmiechem
Sulla nie jest człowiekiem, panienko. Sulla to robot.
HELENA
Proszę mi wybaczyć —
DOMIN
kładzie Sulli rękę na ramieniu
Sulla się nie gniewa. Proszę spojrzeć, panno Glory, jaką cerę robimy. Niech pani dotknie jej twarzy.
HELENA
Och nie, nie!
DOMIN
Nie odgadłaby pani, że jest z innego tworzywa niż my. Proszę, ma nawet meszek na policzkach typowy dla blondynek. Tylko oczy są odrobinkę... — Za to jakie włosy! Sullo, proszę się obrócić!
HELENA
Już dość!
DOMIN
Sullo, proszę porozmawiać z gościem. Ta wizyta to dla nas zaszczyt.
SULLA
Zapraszam, niech panienka spocznie.
siadają obie
Czy rejs minął spokojnie?
HELENA
Tak — o-oczywiście.
SULLA
Niech pani nie wraca „Amelią”, panno Glory. Barometr mocno spada, na 705. Lepiej zaczekać na „Pensylwanię”, to niezawodny i silny statek.
DOMIN
Ile?
SULLA
Dwadzieścia węzłów1. Tonaż dwanaście tysięcy. Jedna z najnowocześniejszych jednostek, panno Glory.
HELENA
Dzię-dziękuję.
SULLA
Osiemdziesiąt osób załogi, kapitan Harpy, osiem kotłów —
DOMIN
ze śmiechem
Dosyć, Sullo, wystarczy. Proszę dać nam próbkę swojej francuszczyzny.
HELENA
Pani zna francuski?
SULLA
Znam cztery języki. Piszę: Dear Sir! Monsieur! Geehrter Herr! Szanowny Panie!
HELENA
podrywa się
To oszustwo! Pan jest szarlatanem! Sulla nie jest robotessą, Sulla jest dziewczęciem tak jak ja! Sullo, to haniebne! Dlaczego odgrywa pani tę komedię?
SULLA
Jestem robotem.
HELENA
Nie, pani kłamie! Och, Sullo, proszę mi wybaczyć, ja wiem — zmusili panią, żeby robiła im pani reklamę! Sullo, przecież jest pani dziewczyną taką jak ja, prawda? Proszę powiedzieć!
DOMIN
Przykro mi, panno Glory, Sulla to robot.
HELENA
Pan kłamie!
DOMIN
wstaje
Doprawdy?
dzwoni
Przepraszam, panienko, w takim razie muszę zaprezentować coś, co panią przekona.
Wchodzi Mariusz.
DOMIN
Mariuszu, proszę zaprowadzić Sullę do prosektorium, żeby ją otwarto. Prędko!
HELENA
Dokąd?
DOMIN
Do prosektorium. Gdy ją rozkroją, pójdzie pani obejrzeć.
HELENA
Nie pójdę!
DOMIN
Przepraszam bardzo, zarzuciła mi pani kłamstwo.
HELENA
Każe pan ją zabić?
DOMIN
Maszyn się nie zabija.
HELENA
obejmuje Sullę
Nie bój się, Sullo, ja na to nie pozwolę! Powiedz, kochanie, wszyscy są dla ciebie tacy okrutni? Nie można pozwalać tak się traktować, słyszysz? Sullo, nie można!
SULLA
Jestem robotem.
HELENA
Wszystko jedno. Robotowie to tak samo dobrzy ludzie, jak i my. Sullo, ty byś się dała pokroić?
SULLA
Tak.
HELENA
Och! I nie boisz się śmierci?
SULLA
Nie znam odpowiedzi, panno Glory.
HELENA
Wiesz, co by się z tobą stało potem?
SULLA
Tak, znieruchomiałabym.
HELENA
To okrrropne!
DOMIN
Mariuszu, proszę powiedzieć panience, czym jesteś.
MARIUSZ
Robot Mariusz.
DOMIN
Zaprowadziłbyś Sullę do prosektorium?
MARIUSZ
Tak.
DOMIN
Byłoby ci jej żal?
MARIUSZ
Nie znam odpowiedzi.
DOMIN
Co by się z nią stało?
MARIUSZ
Znieruchomiałaby. Poszłaby pod zgniatarkę.
DOMIN
To właśnie jest śmierć. Boisz się śmierci, Mariuszu?
MARIUSZ
Nie.
DOMIN
Widzi pani, panno Glory. Roboty nie przywiązują wagi do życia. Nie mają bowiem do czego. Nie znają przyjemności. Są mniej świadome niż trawa.
HELENA
Och, niechże pan przestanie! Proszę ich stąd odesłać!
DOMIN
Mariuszu, Sullo, możecie odejść.
Sulla i Mariusz wychodzą.
HELENA
Są okrrropni! To ohydne, co tu robicie!
DOMIN
Dlaczego ohydne?
HELENA
Nie wiem. Dlaczego — dlaczego dał jej pan na imię Sulla?
DOMIN
Nieładne imię?
HELENA
To imię męskie. Sulla był rzymskim wodzem.
DOMIN
Och, a my myśleliśmy, że Sulla i Mariusz to para kochanków.
HELENA
Nie, Sulla i Mariusz byli dowódcami i walczyli przeciwko sobie w roku — w roku — zapomniałam którym.
DOMIN
Proszę podejść tutaj, do okna. Co pani widzi?
HELENA
Murarzy.
DOMIN
To są roboty. Wszyscy nasi pracownicy fizyczni to roboty. A tu, w dole, widzi pani coś?
HELENA
Jakieś biuro.
DOMIN
Księgowość. A w niej —
HELENA
— mnóstwo urzędników.
DOMIN
To roboty. Wszyscy nasi urzędnicy to roboty. Gdy zobaczy pani fabrykę —
Wtem rozlegają się gwizdki i syreny fabryczne.
DOMIN
Południe. Roboty nie wiedzą, co to przerwa w pracy. O drugiej pokażę pani dzieże.
HELENA
Jakie dzieże?
DOMIN
oschle
Mieszalniki do ciasta. W każdym miesza się materiał na tysiąc robotów. Potem obejrzymy kadzie na wątroby, mózgi i tak dalej. Następnie zobaczy pani wytwórnię kości. A później przejdziemy do przędzalni.
HELENA
Jakiej przędzalni?
DOMIN
Przędzalni nerwów. Przędzalni żył. Przędzalni, w której biegną naraz całe kilometry rur układu pokarmowego. Potem jest montownia, gdzie wszystko składa się razem, wie pani, tak jak samochody. Każdy robotnik instaluje tylko jeden element, po czym całość samoczynnie przesuwa się w stronę drugiego, trzeciego pracownika i tak w nieskończoność. To najciekawsze widowisko. Potem przychodzi czas na suszarnię i magazyn, gdzie świeże wyroby pracują.
HELENA
Na miłość boską, od razu muszą pracować?
DOMIN
Przepraszam. Pracują, tak jak pracuje nowy mebel. Przystosowują się do istnienia. Jakby scalały się w środku albo coś w tym stylu. Sporo im zresztą przyrasta we wnętrzu. Rozumie pani, musimy zostawić w nich nieco miejsca na naturalny rozwój. Tymczasem wyroby przechodzą apreturę2.
HELENA
Co to znaczy?
DOMIN
Tyle co u ludzi szkoła. Uczą się mówić, pisać i liczyć. Mają rewelacyjną pamięć. Gdyby przeczytała im pani dwudziestotomowy słownik terminologii naukowej, powtórzą pani wszystko po kolei. Ale nic nowego nigdy nie wymyślą. Mogłyby z powodzeniem wykładać na uniwersytetach. Potem sortuje się je i rozsyła. Piętnaście tysięcy sztuk dziennie, nie licząc stałego odsetka wadliwych, które wrzuca się pod zgniatarkę... I tak dalej, i tak dalej.
HELENA
Jest pan na mnie zły?
DOMIN
Broń Boże! Tylko myślę sobie, że... Moglibyśmy pomówić o innych rzeczach. Jest nas tu ledwie garstka pośród stu tysięcy robotów, w tym żadnej kobiety. Rozmawiamy wyłącznie o produkcji, całymi dniami, codziennie — jakby ktoś rzucił na nas zaklęcie, panno Glory.
HELENA
Tak mi przykro, że powiedziałam, że — że — że pan kłamie —
Pukanie do drzwi.
DOMIN
Wejdźcie, chłopcy.
Z lewej strony wchodzą inż. Fabry, dr Gall, dr Hallemeier, budowniczy Alquist.
DR GALL
Wybaczcie, nie przeszkadzamy?
DOMIN
Proszę podejść, panno Glory, to Alquist, Fabry, Gall, Hallemeier. Córka prezesa Glory’ego.
HELENA
zmieszana
Dzień dobry.
FABRY
Nie spodziewaliśmy się —
DR GALL
Wyjątkowy to zaszczyt —
ALQUIST
Witamy, panno Glory.
Z prawej strony wchodzi Busman.
BUSMAN
Halo, co tu się dzieje?
DOMIN
Wchodź, Busman. Oto nasz Busman, panienko. Córka prezesa Glory’ego.
HELENA
Miło mi.
BUSMAN
Ojejku, a to ci święto! Panno Glory, możemy zatelegrafować do gazet, że raczyła pani nas odwiedzić — ?
HELENA
Nie, nie, bardzo pana proszę!
DOMIN
Proszę usiąść, panienko.
FABRY
podsuwa fotel
Proszę —
BUSMAN
podsuwa fotel
Pani raczy —
DR GALL
podsuwa fotel
Za pozwoleniem —
ALQUIST
Jak minęła podróż, panno Glory?
DR GALL
Zatrzyma się pani u nas dłużej?
FABRY
Panno Glory, co pani powie o fabryce?
HALLEMEIER
Przypłynęła pani „Amelią”?
DOMIN
Cicho, dajcie coś powiedzieć pannie Glory.
HELENA
zwracając się do Domina
O czym mam z nimi rozmawiać?
DOMIN
ze zdumieniem
O czym tylko pani chce.
HELENA
Mam... Mogę mówić całkiem otwarcie?
DOMIN
Naturalnie.
HELENA
waha się, a potem desperacko wali prosto z mostu
Powiedzcie, nie jest wam czasem przykro, że tak się z wami obchodzą?
FABRY
Kto taki?
HELENA
Wszyscy ludzie.
Obecni spoglądają po sobie, oniemiali.
ALQUIST
Z nami?
DR GALL
Niby czemu?
HALLEMEIER
Tam do licha!
BUSMAN
Uchowaj Boże, panno Glory!
HELENA
Jak to, nie czujecie, że wasza dola mogłaby być lepsza?
DR GALL
To zależy, panienko. Co konkretnie ma pani na myśli?
HELENA
Mam na myśli, że —
wybucha
— że to ohydne! Że to straszne!
wstaje
Cała Europa mówi o tym, co tu się z wami dzieje. Po to przyjechałam, żeby wszystko zobaczyć na własne oczy, ale sprawy mają się tysiąc razy gorzej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać! Jak możecie znosić coś takiego?
ALQUIST
Co znosić?
HELENA
Swoje położenie. Na miłość boską, przecież jesteście ludźmi tak jak my, jak cała Europa, jak cały świat! To skandaliczne, niegodne, w jakich warunkach żyjecie!
BUSMAN
Wielkie nieba, panienko!
FABRY
Nie, chłopcy, ona ma trochę racji. Faktycznie żyjemy tu jak Indianie.
HELENA
Gorzej niż Indianie! Czy mogę, ach, czy pozwolicie mi mówić do siebie „bracia”?
BUSMAN
Na miły Bóg, a czemuż by nie?
HELENA
Bracia, nie przybyłam tu jako córka prezesa. Przybyłam w imieniu Ligi Ludzkości. Bracia, Liga Ludzkości liczy już ponad dwieście tysięcy członków. Dwieście tysięcy osób wspiera was i oferuje swoją pomoc.
BUSMAN
Dwieście tysięcy osób, o Boziu, to całkiem sporo, naprawdę bardzo ładnie.
FABRY
Zawsze powtarzałem, że nie ma to jak stara Europa. Widzicie? Nie zapomniała o nas. Oferuje nam pomoc.
DR GALL
Jaką pomoc? Teatr?
HALLEMEIER
Orkiestrę?
HELENA
Znacznie więcej.
ALQUIST
Panią we własnej osobie?
HELENA
Och, a cóż tam po mnie! Zostanę tak długo, jak będzie trzeba.
BUSMAN
Dobry Boże, co za radość!
ALQUIST
Domin, idę przygotować dla panienki najlepszy pokój.
DOMIN
Chwileczkę. Obawiam się, że — że — panna Glory jeszcze nie skończyła.
HELENA
Nie, nie skończyłam. Chyba że zaknebluje mi pan usta.
DR GALL
Harry, ani mi się waż!
HELENA
Dziękuję. Wiedziałam, że weźmiecie mnie w obronę.
DOMIN
Za pozwoleniem, panno Glory. Jest pani pewna, że rozmawia z robotami?
HELENA
zastyga
A z kimże by innym?
DOMIN
Przykro mi. Ci panowie są takimi samymi ludźmi jak pani. Jak cała Europa.
HELENA
zwracając się do pozostałych
To wy nie jesteście robotami?
BUSMAN
rżąc ze śmiechu
Niech ręka boska broni!
HALLEMEIER
Robotami, a fe!
DR GALL
ze śmiechem
Wielkie dzięki!
HELENA
Ależ... to niemożliwe!
FABRY
Słowo honoru, panienko, nie jesteśmy robotami.
HELENA
do Domina
To po co mi pan mówił, że wszyscy wasi urzędnicy to robotowie?
DOMIN
Urzędnicy owszem. Ale nie dyrektorzy. Pani pozwoli, panno Glory: inżynier Fabry, generalny dyrektor techniczny Robotów Uniwersalnych Rossuma. Doktor Gall, kierownik działu fizjologiczno-badawczego. Doktor Hallemeier, kierownik wydziału do spraw Psychologii i Szkolenia Robotów. Konsul Busman, generalny dyrektor handlowy oraz budowniczy Alquist, kierownik rozbudowy Robotów Uniwersalnych Rossuma.
HELENA
Panowie, wybaczcie, że — że — — Czy to okrrropne, co narobiłam?
ALQUIST
Ale gdzie tam, panno Glory. Proszę usiąść.
HELENA
siada
Ależ jestem niemądra. Teraz — teraz pewnie odeślą mnie panowie pierwszym statkiem.
DR GALL
Za nic w świecie, panienko. Czemu mielibyśmy to robić?
HELENA
No bo już wiecie — no bo — no bo podburzałabym wam robotów.
DOMIN
Droga panno Glory, były już tutaj setki zbawicieli i proroków. Każdy statek przywozi nam jakiegoś. Misjonarze, anarchiści, Armia Zbawienia, co tylko istnieje. Można się zdziwić, ile jest na świecie religii i ilu wariatów.
HELENA
I pozwala im pan przemawiać do robotów?
DOMIN
A czemuż by nie? Jak na razie każdy z przyjezdnych dawał sobie spokój. Roboty wszystko zapamiętują, ale nic poza tym. Nawet nie śmieją się z tego, co mówią do nich ludzie. Naprawdę, aż nie chce się wierzyć. Jeśli ma pani ochotę, zaprowadzę panią do magazynu robotów. Jest ich tam ze trzysta tysięcy.
BUSMAN
Trzysta czterdzieści siedem tysięcy.
DOMIN
Zgadza się. Niech pani sobie do nich przemawia, ile dusza zapragnie. Może im pani czytać Biblię, logarytmy i co tam pani chce. Może im pani nawet wygłosić wykład o prawach człowieka.
HELENA
Och, myślę, że... gdyby okazać im odrobinę miłości —
FABRY
To niemożliwe, panno Glory. Nie ma nic bardziej obcego człowiekowi niż robot.
HELENA
To dlaczego ich tworzycie?
BUSMAN
Cha, cha, cha, cha, a to dobre! Po co się robi roboty?
FABRY
Do pracy, panienko. Jeden robot zastępuje dwóch i pół robotnika. Ludzka maszyna, panno Glory, była wybitnie niedoskonała. Musiało się ją kiedyś wreszcie wyeliminować.
BUSMAN
Była za droga.
FABRY
Za mało wydajna. Nie nadążała za nowoczesną techniką. A po drugie — po drugie — to wielki postęp, że... Przepraszam.
HELENA
Za co?
FABRY
Panienka wybaczy. To wielki postęp rodzić przy użyciu maszyny. Tak jest szybciej i wygodniej. Każda forma przyśpieszenia to progres, panienko. Natura nie miała pojęcia o nowoczesnym tempie pracy. Technicznie rzecz biorąc, dzieciństwo to czysty bezsens. Po prostu strata czasu. Nieopłacalne szastanie czasem, panno Glory. A po trzecie —
HELENA
Och, niechże pan przestanie!
FABRY
Proszę bardzo. Za pozwoleniem, czego właściwie żąda ta pani Liga — — Liga — Liga Ludzkości?
HELENA
Ma przede wszystkim — w szczególności ma chronić robotów i — i — zapewnić, żeby — dobrze się z nimi obchodzono.
FABRY
To nie jest zły postulat. Z maszyną należy dobrze się obchodzić. Z ręką na sercu, to godne pochwały. Nie lubię poniszczonych rzeczy. Panno Glory, proszę nas wszystkich zapisać jako kandydatów, jako pełnoprawnych, jako założycielskich członków tej pani Ligi!
HELENA
Nie, pan mnie w ogóle nie rozumie. My chcemy — w szczególności — żądamy uwolnienia robotów!
HALLEMEIER
W jaki sposób?
HELENA
Należy ich traktować... traktować... jak ludzi.
HALLEMEIER
Aha. Może powinny mieć prawo głosu? Mają pić piwo? Mają nam rozkazywać?
HELENA
Czemu nie mogliby głosować?
HALLEMEIER
A nie mają aby dostawać wynagrodzenia?
HELENA
Oczywiście, że mają!
HALLEMEIER
Patrzcie państwo. A co, pani zdaniem, miałyby z nim robić?
HELENA
Kupowaliby sobie... co tam potrzebują... na co by mieli ochotę.
HALLEMEIER
Bardzo to szczytne, panienko; tylko że robot nie ma ochoty na nic. Do diaska, co niby miałby sobie kupić? Roboty można karmić ananasami, słomą, czym tylko pani chce; im jest wszystko jedno, bo nie posiadają zmysłu smaku. Niczym się nie interesują, panno Glory. Tam do licha, nikt jeszcze nie widział, żeby robot się uśmiechnął.
HELENA
Dlaczego... dlaczego... dlaczego nie stworzycie ich szczęśliwszymi?
HALLEMEIER
Nie da się, panno Glory. To tylko roboty.
HELENA
Och, przecież mają taki rozum!
HALLEMEIER
Diabelny rozum, droga panno, ale to wszystko. Bez własnej woli. Bez pragnień. Bez historii. Bez duszy.
HELENA
Bez miłości i niechęci?
HALLEMEIER
Ma się rozumieć. Roboty nie kochają niczego, nawet siebie. A niechęć? Czy ja wiem; tylko z rzadka, czasami —
HELENA
Co?
HALLEMEIER
W sumie nic takiego. Czasem jakby wariują. Jak gdyby łapał je atak padaczki, wie pani? Mówi się na to kurcz roboci. Nagle któryś ciska tym, co trzyma w ręku, po czym staje, zgrzytając zębami — i musi iść pod zgniatarkę. Najwyraźniej defekt organizmu.
DOMIN
Wada w produkcji. Trzeba ją usunąć.
HELENA
Nie, nie, to jest dusza!
FABRY
Pani zdaniem dusza przejawia się zgrzytaniem zębami?
HELENA
Nie wiem. Może to przejaw oporu. Może to właśnie jest znak, że z czymś się mocują — — Och, gdybyście zdołali rozniecić w nich tę iskrę!
DOMIN
To się zniweluje, panno Glory. Doktor Gall już prowadzi pewne eksperymenty —
DR GALL
Nad tym akurat nie, Domin; chwilowo tworzę nerwy bólowe.
HELENA
Nerwy bólowe?
DR GALL
Tak. Roboty niemalże nie odczuwają bólu fizycznego. Wie pani, nieboszczyk młody Rossum nazbyt ograniczył układ nerwowy. To się nie sprawdziło. Musimy wprowadzić cierpienie.
HELENA
Dlaczego — dlaczego — Skoro nie dajecie im duszy, dlaczego chcecie dołożyć im cierpienie?
DR GALL
Z przyczyn technicznych, panno Glory. Robot czasami uszkadza się sam, ponieważ go to nie boli; włoży rękę w maszynę, złamie sobie palec, rozbije głowę — wszystko mu jedno. Musimy dać im ból; to automatyczna ochrona przed urazem.
HELENA
Będą szczęśliwsi, gdy poczują ból?
DR GALL
Przeciwnie; ale udoskonalimy je technicznie.
HELENA
Dlaczego nie stworzycie im duszy?
DR GALL
To nie leży w naszej mocy.
FABRY
To nie leży w naszym interesie.
BUSMAN
To by podrożyło produkcję, piękna pani. Boże kochany, przecież my to wyrabiamy tak taniutko! Jedna sztuka w odzieniu — sto dwadzieścia dolarów, a przed piętnastoma laty kosztowała dziesięć tysięcy! Pięć lat temu sprowadzaliśmy ubranka dla nich; dziś mamy własne tkalnie, a do tego eksportujemy nasze tkaninki pięć razy taniej niż inne fabryki. Panno Glory, ile pani płaci za metr płótna?
HELENA
Nie wiem — — naprawdę — — — nie pamiętam.
BUSMAN
Jak Bozię kocham, i pani chce zakładać Ligę Ludzkości! Kosztuje już ledwie jedną trzecią, tak jak wszystko, a ceny jeszcze pójdą w dół, w dół i w dół, aż — no właśnie. Hę?
HELENA
Nie rozumiem.
BUSMAN
O, niebiosa, panienko, to znaczy, że spadły ceny zatrudnienia! Przecież robot, nawet z karmą, kosztuje trzy czwarte cencika za godzinę! To śmiechu warte, panienko: wszystkie fabryki padają jak muchy albo biegusiem wykupują roboty, żeby potanić produkcję.
HELENA
Tak, i wyrzucają robotników na bruk.
BUSMAN
Cha, cha, ma się rozumieć! A my — o, boska dobroci, my tymczasem rzuciliśmy pięćset tysięcy robotów tropikalnych na argentyńskie pampy, żeby uprawiały pszenicę. Proszę mi łaskawie powiedzieć, ile kosztuje u pani bochenek chleba?
HELENA
Nie mam pojęcia.
BUSMAN
Widzi pani: teraz kosztuje dwa cenciki w tej waszej starej dobrej Europie; ale to jest nasz chlebuś, rozumie pani? Dwa cenciki za bochenek — a Liga Ludzkości nie ma o tym pojęcia! Cha, cha, panno Glory, pani nie wie, co to znaczy zbyt drogi kawałek chleba. Dla kultury i tak dalej. Ale za pięć lat — no już, załóżmy się!
HELENA
O co?
BUSMAN
Że za pięć lat ceny wszystkiego zejdą do jednej dziesiątej. Ludkowie, za pięć lat utopimy się w pszenicy i w ogóle we wszystkim.
ALQUIST
Tak, i wszyscy robotnicy na świecie zostaną bez pracy.
DOMIN
wstaje
Tak się stanie, Alquist. Tak się stanie, panno Glory. Ale przez dziesięć lat Roboty Uniwersalne Rossuma naprodukują tyle pszenicy, tyle tkanin, tyle wszystkiego, że będziemy mogli oznajmić: rzeczy nie mają już cen. Teraz każdy bierze tyle, ile mu potrzeba. Nie ma biedy. Owszem, zostaną bez pracy. Tylko że w ogóle nie będzie już pracy. Wszystko będą robić żywe maszyny. Roboty ubiorą nas i nakarmią. Roboty ulepią cegły i zbudują nasze domy. Roboty będą za nas stawiać cyfry i zamiatać nasze schody. Nie będzie pracy. Człowiek zajmie się tylko tym, co kocha. Wyzwoli się z trosk i poniżenia harówką. Będzie żył tylko po to, aby się doskonalić.
HELENA
wstaje
Naprawdę tak będzie?
DOMIN
Tak będzie. Nie może być inaczej. Wcześniej może nadejdą straszne wydarzenia, panno Glory. Tego po prostu nie da się uniknąć. Ale potem skończy się wyzysk człowieka przez człowieka i niewolnictwo względem materii. Znużeni i głodni zasiądą do stołu. Roboty umyją nogi żebrakowi i pościelą mu łoże w jego własnym domu. Nikt nie będzie już płacił za chleb życiem i nienawiścią. Ty nie jesteś już robotnikiem, ty nie jesteś już księgowym; ty już nie kopiesz węgla, a ty nie stoisz przy cudzej maszynie. Nie będziesz już zatracać swej duszy w pracy, którąś przeklinał!
ALQUIST
Domin, Domin! To, co mówisz, jawi się raczej jako raj. Ale, Domin, było coś dobrego w służbie i coś doniosłego w korzeniu się. Ach, Harry, praca i znój były jakąś tam cnotą.
DOMIN
Może i były. Ale nie możemy oglądać się na to, co przemija, gdy przerabiamy świat taki, jakim go znamy od Adama. Adamie, Adamie! Nie będziesz już spożywał chleba swego w pocie czoła; nie zaznasz już głodu i pragnienia, upokorzenia i znoju; wrócisz do raju, gdzie żywiła cię ręka Pana. Będziesz wolny i swobodny; jedynym twym zadaniem, jedyną pracą, troską będzie doskonalenie samego siebie. Nie będziesz służył materii ani człowiekowi. Nie będziesz maszyną ani środkiem produkcji. Będziesz panem stworzenia.
BUSMAN
Amen.
FABRY
Niechaj się stanie.
HELENA
Zamieszał mi pan w głowie. Głupia za mnie dziewczyna. Chciałabym — chciałabym w to wierzyć.
DR GALL
Jest pani młodsza od nas, panno Glory. Doczeka się pani wszystkiego.
HALLEMEIER
Właśnie. I uważam, że panna Glory mogłaby zjeść z nami śniadanie.
DR GALL
Świetna myśl! Domin, zaproś panienkę w imieniu nas wszystkich.
DOMIN
Panno Glory, niech nam pani uczyni ten honor.
HELENA
Ale to przecież — Jakżebym śmiała?
FABRY
Za Ligę Ludzkości, panienko!
BUSMAN
Na jej cześć!
HELENA
Och, w takim razie — no, może —
FABRY
Wyśmienicie! Panno Glory, proszę wybaczyć na pięć minutek.
DR GALL
Przepraszam.
BUSMAN
Przebóg, muszę zatelegrafować —
HALLEMEIER
Tam do licha, na śmierć zapomniałem —
Wszyscy oprócz Domina wypadają w pośpiechu.
HELENA
Dlaczego oni wychodzą?
DOMIN
Gotować, panno Glory.
HELENA
Co gotować?
DOMIN
Śniadanie, panno Glory. Nam gotują roboty i — i — nie czują żadnego smaku, więc nie jest to tak całkiem... — Hallemeier za to wybornie grilluje. Gall zna się na sosach, a Busman ma rękę do omletów —
HELENA
Ojej, jaka gościna! A co potrafi pan — budowniczy —
DOMIN
Alquist? Nic. Tylko nakrywa do stołu, a — a Fabry wytrzaśnie jakieś owoce. Bardzo skromna jest ta nasza kuchnia, panno Glory.
HELENA
Chciałam pana zapytać —
DOMIN
Ja też chciałabym panią o coś spytać.
Zdejmuje zegarek i kładzie na stole.
Mamy pięć minut.
HELENA
Spytać, o co?
DOMIN
O pardon, pani była pierwsza.
HELENA
Może to głupie pytanie z mojej strony, ale — Dlaczego produkujecie żeńskie roboty, skoro — skoro —
DOMIN
Skoro u nich płeć nie ma znaczenia?
HELENA
Tak.
DOMIN
Jest takie zapotrzebowanie, wie pani? Służące, sprzedawczynie, maszynistki — ludzie są przyzwyczajeni.
HELENA
I — niech pan mi zdradzi, czy robotowie — i robotessy — są wobec siebie — naprawdę tak całkiem —
DOMIN
Są sobie całkowicie obojętne, droga pani. Ani śladu jakiejkolwiek skłonności.
HELENA
Och, to — okrrropne!
DOMIN
Dlaczego?
HELENA
To takie — takie — nienaturalne! Człowiek nie wie, czy budzi to większą odrazę, czy — zazdrość — czy też może —
DOMIN
— litość.
HELENA
Chyba to najbardziej. — Nie, wystarczy tego! A o co pan chciał zapytać?
DOMIN
Miałem spytać, panno Glory, czy nie zechciałaby pani wyjść.
HELENA
Za drzwi?
DOMIN
Za mnie.
HELENA
Ja? Skądże znowu! Co też panu przyszło do głowy?
DOMIN
patrzy na zegarek
Jeszcze trzy minuty. Jeśli nie poślubi pani mnie, będzie pani zmuszona poślubić któregoś z pozostałych pięciu.
HELENA
Broń Boże! Czemu miałabym to robić?
DOMIN
Bo każdy po kolei panią o to poprosi.
HELENA
Co za zuchwalstwo!
DOMIN
Bardzo mi przykro, panno Glory. Zdaje się, że się w pani zakochali.
HELENA
Bardzo proszę, żeby tego nie robili! Ja — natychmiast stąd odpływam!
DOMIN
Heleno, chyba nie sprawi im pani takiej przykrości i nie odrzuci ich pani?
HELENA
Ale przecież — przecież nie mogę poślubić wszystkich sześciu!
DOMIN
W takim razie choć jednego. Jeśli nie ja, to może Fabry?
HELENA
Nie chcę!
DOMIN
Doktor Gall.
HELENA
Nie, nie, cicho! Nie chcę żadnego!
DOMIN
Jeszcze dwie minuty.
HELENA
To okrrropne! Niech się pan ożeni z jakąś robotessą.
DOMIN
To nie kobieta.
HELENA
Ach, tylko o to panu chodzi! Myślę, że — że pan byłby w stanie poślubić każdą, która tu przyjedzie.
DOMIN
Było ich tu na pęczki, Heleno.
HELENA
Młodych?
DOMIN
Młodych.
HELENA
Dlaczego żadnej pan nie poślubił?
DOMIN
Bo dla żadnej nie straciłem głowy. Aż do dziś. Od razu, gdy uniosła pani woalkę.
HELENA
— — Wiem.
DOMIN
Została minuta.
HELENA
Ale, na miłość boską, ja nie mam ochoty!
DOMIN
kładzie jej obie ręce na ramionach
Jeszcze minuta. Niech mi pani powie coś strasznie przykrego, patrząc prosto w oczy, wtedy zostawię panią w spokoju. Albo — albo —
HELENA
Pan jest brutal!
DOMIN
To nic takiego. Mężczyzna musi być trochę brutalny. Taka jego rola.
HELENA
Pan jest wariat!
DOMIN
Człowiek powinien być trochę wariatem, Heleno. To w nim najlepsze.
HELENA
Pan jest — pan jest — o Boże!
DOMIN
Widzi pani. To wszystko?
HELENA
Nie, nie! Proszę mnie puścić! Poszarrrpie mnie pan!
DOMIN
Ostatnie słowo, Heleno.
HELENA
broniąc się
Za nic w świecie — Ależ Harry!
Pukanie.
DOMIN
puszcza ją
Wejść!
Wchodzą Busman, dr Gall i Hallemeier w kuchennych fartuchach, Fabry z bukietem kwiatów, a Alquist z obrusem pod pachą.
DOMIN
I jak, uczta godna naszej panny Heleny?
BUSMAN
uroczyście
Zaręczamy!
DOMIN
Hm, my też coś w tym stylu.
Kurtyna.
Akt pierwszy
Salonik Heleny. Po lewej drzwi pokryte tapetą oraz drzwi do pokoju muzycznego, po prawej drzwi do sypialni Heleny. Na wprost — okna z widokiem na morze i przystań. Toaletka z lustrem, na niej drobiazgi; stół, kanapa, komoda, małe biurko ze stojącą lampką, po prawej kominek, na nim również lampy. Cały pokój, aż po najmniejszy szczegół, ma nowoczesny i typowo kobiecy charakter.
Domin, Fabry, Hallemeier wchodzą z lewej strony na palcach, niosąc naręcza kwiatów ciętych i w doniczkach.
FABRY
Gdzie to postawić?
HALLEMEIER
Uff!
Składa ładunek na podłodze i szerokim gestem żegna znakiem krzyża drzwi po prawej.
Śpij, śpij! Kto śpi, przynajmniej o niczym nie wie.
DOMIN
Ona nie wie nic a nic.
FABRY
wstawiając kwiaty do wazonów
Oby tylko dziś się nie wydało —
HALLEMEIER
poprawiając kwiaty
Dajcie spokój, do diabła! Patrz, Harry, jaki piękny fiołek, co? Nowa odmiana, moje najświeższe dokonanie: cyklamen „HELENA”.
DOMIN
wygląda przez okno
Żadnego statku, żadnego! — Chłopcy, zaczyna się robić niewesoło.
HALLEMEIER
Cicho! Jeszcze cię usłyszy!
DOMIN
Nic nie podejrzewa.
Ziewa gorączkowo.
Przynajmniej „Ultimus” zawinął punktualnie.
FABRY
porzuca kwiaty
Myślisz, że to już dziś — ?
DOMIN
Nie wiem. — Ależ te kwiaty piękne!
HALLEMEIER
pochodzi do niego
To nowe prymule, widzisz? A to mój najnowszy jaśmin. Tam do licha, jestem o krok od stworzenia kwietnego raju. Nie uwierzysz, wynalazłem fantastyczny przyśpieszacz wzrostu! Wspaniałe odmiany! W przyszłym roku zdziałam w kwiatach cuda!
DOMIN
odwraca się
Co? W przyszłym roku?
FABRY
Żeby tak się chociaż dowiedzieć, co tam w Hawrze —
DOMIN
Cicho!
GŁOS HELENY
z prawej
Maniu!
DOMIN
Już nas nie ma
Wszyscy wychodzą na palcach przez drzwi oklejone tapetą.
Głównymi drzwiami wchodzi Mania.
MANIA
sprzątając
Nicpoń szkaradny! Poganin! Boże, nie karz mnie, ale ja bym ich tak jednego z drugim —
HELENA
tyłem, w drzwiach
Maniu, chodź, zapnij mnie!
MANIA
No zara, zara. A co to, paniusia już na nogach?
Zapina Helenie suknię.
Chryste Panie, toż to istna dzicz!
HELENA
Kto?
MANIA
Niech siedzi prosto. Jak chce się wiercić, to niech się wierci, ale ja jej zapinała nie będę.
HELENA
A ty czemu znowu gderasz?
MANIA
Przecie zgroza bierze, co te pogany —
HELENA
Robotowie?
MANIA
Tfu, nawet to słowo nie chce mi przejść przez gardło.
HELENA
Co się stało?
MANIA
Znowu jednego u nas siekło. Jak nie zacznie ciskać czym popadnie w rzeźby i obrazy, zębami zgrzytać, pianę z gęby toczyć — Jakby szmergla dostał, brr. Toż to gorsze niż zwierzę!
HELENA
Którego?
MANIA
Tego — tego — Przecie to ani chrześcijańskiego imienia ni ma! Tego z biblioteki.
HELENA
Radiusa?
MANIA
A jego, jego. Słodki Jezu, jak mnie toto obrzydza! Nawet pająk tak mnie nie obrzydza jak te pogany.
HELENA
Ależ Maniu, nie jest ci ich żal?
MANIA
Paniusia też się brzydzi, przecie widzę. Czemu mnie tu ze sobą przywiozła? Czemu żadne z nich dotknąć się jej nie może?
HELENA
Nie brzydzą mnie, na mą duszę, Maniu. Tak bardzo mi ich szkoda!
MANIA
Obrzydzają paniusię. Każdego człowieka muszą obrzydzać. Toć nawet pies się brzydzi, ani ździebka mięsa od nich nie weźmie; tylko ogon pod siebie i wyje, ino poczuje to diabelskie nasienie, a tfu.
HELENA
Pies jest nierozumny.
MANIA
Lepszejszy niż oni, Helenko. A i sam wie, że jest więcej wart, bo go Pan Bóg stworzył. Toć i kuń się płoszy, jak na pogana się napatoczy. Przecie to ani młodych nie ma, a nawet pies ma młode, wszystko ma młode —
HELENA
Proszę cię, Maniu, zapinaj!
MANIA
No już. Wspomnicie moje słowa, to wbrew Panu Bogu; to szatan każe składać te maszkary maszynowo. To bluźnierstwo przeciwko Stworzycielowi —
podnosi rękę
zniewaga imienia Pana, który nas stworzył na swój obraz i podobieństwo, Helenko. A wyście zbezcześcili obraz boży. Za to spadnie z nieba straszliwa kara, wspomnicie moje słowa!
HELENA
Co tu tak pachnie?
MANIA
Kwiatki. Pan przyniósł.
HELENA
Och, jakie piękne! Spójrz, Maniu! Czy dziś jest jakiś szczególny dzień?
MANIA
Ja tam nie wiem. Bodajby i koniec świata.
Pukanie do drzwi.
HELENA
Harry?
Wchodzi Domin.
HELENA
Harry, co to za okazja?
DOMIN
Zgadnij!
HELENA
Mam imieniny? Nie! Urodziny?
DOMIN
Lepiej.
HELENA
Nie wiem — Mów szybko!
DOMIN
Dziś mija dziesięć lat od twojego przyjazdu.
HELENA
Już dziesięć lat? Właśnie dziś? — Maniu, proszę cię —
MANIA
A idę se, idę!
Wychodzi prawą stroną.
HELENA
całuje Domina
Że też pamiętałeś!
DOMIN
Wstyd mi, Heleno. Nie pamiętałem.
HELENA
Ale przecież —
DOMIN
To oni pamiętali.
HELENA
Kto?
DOMIN
Busman, Hallemeier, wszyscy. Nie chcesz sięgnąć do mojej kieszeni?
HELENA
wkłada mu rękę do kieszeni
Co to?
wyjmuje szkatułkę i otwiera
Perły! Cały naszyjnik! To dla mnie, Harry?
DOMIN
Od Busmana, moje dziewczę.
HELENA
Ale — nie możemy tego przyjąć, prawda?
DOMIN
Możemy. Sięgnij do drugiej kieszeni.
HELENA
Pokaż!
wyciąga mu z kieszeni rewolwer
Co to?
DOMIN
Pardon.
wyjmuje rewolwer z jej dłoni i chowa
To nie to. Sięgnij jeszcze raz.
HELENA
Och, Harry — Dlaczego nosisz przy sobie rewolwer?
DOMIN
Ot, tak mi się nawinął pod rękę.
HELENA
Przecież nigdy nie nosiłeś!
DOMIN
Ano nie, masz rację. A więc? Kieszeń jest tu.
HELENA
wkłada rękę
Pudełko!
otwiera
Kamea! Ale przecież — Harry, to grecka kamea!
DOMIN
Podobno. Tak przynajmniej twierdzi Fabry.
HELENA
Fabry? To prezent od niego?
DOMIN
Owszem.
otwiera drzwi z lewej strony
Co my tu mamy? Heleno, spójrz!
HELENA
w drzwiach
Boże, jakie piękne!
idzie dalej
Chyba zwariuję z radości! To od ciebie?
DOMIN
stojąc w drzwiach
Nie, od Alquista. A tam —
HELENA
Widzę! To na pewno od ciebie!
DOMIN
Jest bilecik.
HELENA
Od Galla!
pojawia się w drzwiach
Och, Harry, jestem taka szczęśliwa, że aż wstyd.
DOMIN
Podejdź tutaj. To przyniósł dla ciebie Hallemeier.
HELENA
Te piękne kwiaty?
DOMIN
Te tutaj. To nowa odmiana, cyklamen „HELENA”. Wyhodował go na twoją cześć. Jest tak piękny jak ty.
HELENA
Harry, dlaczego — dlaczego wszyscy —
DOMIN
Naprawdę cię uwielbiają. A ja mam dla ciebie, hm... Obawiam się, że mój prezent jest trochę... — Popatrz przez okno.
HELENA
Gdzie?
DOMIN
Na przystań.
HELENA
Stoi tam... jakiś... nowy statek.
DOMIN
To twój statek.
HELENA
Mój? Jak to mój?
DOMIN
Żebyś mogła sobie wypływać na wycieczki — dla rozrywki —
HELENA
Harry, to okręt artyleryjski!
DOMIN
Artyleryjski? Co też ci przyszło do głowy? To tylko trochę większy, solidny statek, wiesz?
HELENA
Tak, ale ma działa!
DOMIN
No tak, ma kilka dział — Będziesz pływać jak królowa, Heleno.
HELENA
Co to znaczy? Czy coś się dzieje?
DOMIN
Broń Boże! Proszę cię, przymierz te perły.
Siada.
HELENA
Harry, nadeszły jakieś złe wieści?
DOMIN
Przeciwnie, od tygodnia nie było żadnej poczty.
HELENA
Nawet depeszy?
DOMIN
Nawet depeszy.
HELENA
Co to oznacza?
DOMIN
Nic. Wakacje. Bajeczny czas. Każdy z nas siedzi w biurze z nogami na stole i drzemie — Żadnej poczty, żadnych telegramów —
przeciąga się
Wsss-paniały dzień!
HELENA
przysiada się
Dziś zostaniesz ze mną, tak? Powiedz!
DOMIN
Oczywiście. Może i tak. To znaczy, zobaczymy.
bierze ją za rękę
A więc dziś mija dziesięć lat, odkąd tu przyjechałaś, pamiętasz? — Panno Glory, jakiż to zaszczyt, że pani do nas zawitała.
HELENA
Och, panie dyrektorze generalny, tak mnie ciekawi pańska praca!
DOMIN
Proszę wybaczyć, panno Glory, wprawdzie obowiązuje ścisły zakaz — produkcja sztucznych ludzi jest tajna —
HELENA
— lecz jeśli poprosi młoda, dość ładna dziewczyna —
DOMIN
Ależ zapewniam, panno Glory, przed panią nie mamy tajemnic.
HELENA
nagle poważniejąc
Na pewno nie, Harry?
DOMIN
Nie.
HELENA
takim tonem jak wcześniej
Ale ostrzegam pana, to młode dziewczę ma okrrropne intencje.
DOMIN
Rany boskie, panno Glory, jakież to? Chyba nie chce pani wyjść za mnie za mąż?
HELENA
Nie, nie, broń Boże! Nawet mi się nie śniło! Za to przyjechałam tu z zamiarem wzniecenia buntu wśród waszych ohydnych rrrobotów!
DOMIN
zrywa się
Bunt robotów!
HELENA
wstaje
Harry, co tobie?
DOMIN
Cha, cha, panno Glory, to się pani udało! Bunt robotów! Prędzej podburzy pani wrzeciona albo gwoździe niż nasze roboty!
siada
Wiesz, Heleno, byłaś zachwycająca; wszyscy oszaleliśmy na twoim punkcie.
HELENA
siada przy nim
Och, jakże mi wówczas imponowaliście! Czułam się jak mała dziewczynka, która zabłądziła między — między —
DOMIN
Między co, Heleno?
HELENA
Między ogrrromne drzewa. Byliście tacy pewni siebie, tacy silni! Wszystko, co ja czułam, było tak wątłe w obliczu waszych przekonań! Ale widzisz, Harry, w ciągu tych dziesięciu lat nigdy nie minął mi ten — — — ten niepokój czy coś podobnego, za to wy nie zwątpiliście ani przez chwilę — Nawet gdy wszystko się komplikowało.
DOMIN
Co się komplikowało?
HELENA
Wasze plany, Harry. Na przykład gdy robotnicy protestowali przeciwko robotom i niszczyli ich albo kiedy ludzie dali robotom broń, by ci tłumili te powstania i robotowie zabili tylu ludzi — I gdy potem panujący zrobili z robotów żołnierzy i rozpętało się tyle wojen, i w ogóle, wiesz?
DOMIN
wstaje i zaczyna się przechadzać
Przewidywaliśmy to, Heleno. Rozumiesz, to tylko moment przejściowy — nim nastanie nowy ład.
HELENA
Byliście tacy silni, tak potężni — Cały świat legł wam u stóp —
wstaje
Och, Harry!
DOMIN
Co takiego?
HELENA
zatrzymując go
Zamknij fabrykę i wyjedźmy! My wszyscy!
DOMIN
Proszę cię, gdzie tu związek?
HELENA
Nie wiem. Powiedz, wyjedziemy?
DOMIN
uwalniając się z jej ramion
Nie ma szans, Heleno. To znaczy, w tej chwili —
HELENA
Natychmiast, Harry! Jestem taka przerażona!
DOMIN
chwyta ją za ręce
Czym, Heleno?
HELENA
Och, nie wiem! Tak jakby coś się waliło na nas i na wszystko — nieuchronnie — Proszę cię, zrób, jak mówię! Zabierz nas wszystkich stąd! Znajdziemy na świecie miejsce, gdzie nie ma nikogo, Alquist zbuduje nam dom, wszyscy się pożenią i będą mieli dzieci, a potem —
DOMIN
Co potem?
HELENA
Potem zaczniemy życie od nowa, Harry.
Dzwoni telefon.
DOMIN
wyrywa się z objęć Heleny
Przepraszam cię.
podnosi słuchawkę
Halo — tak. — — Co? — Aha. Już biegnę.
odkłada słuchawkę
Fabry mnie wzywa.
HELENA
składa ręce
Powiedz —
DOMIN
Tak, jak wrócę. Żegnaj, Heleno.
biegnie pośpiesznie w lewą stronę
Nie wychodź z domu!
HELENA
sama
O Boże, co się dzieje? Maniu! Maniu, szybko!
MANIA
wychodzi z prawej
Co tam znowu?
HELENA
Maniu, znajdź ostatnią gazetę! Prrrędko! W sypialni pana!
MANIA
Zara, zara.
znika z lewej strony
HELENA
Na miłość boską, co się dzieje? Nic, on mi nic nie mówi!
patrzy na przystań przez lornetkę
To jest okręt wojenny! Boże, czemu wojenny? Coś na niego ładują — w takim pośpiechu! Co się wydarzyło? Na burcie jest nazwa — Ul-ti-mus. Co to jest „Ultimus”?
MANIA
wraca z gazetą
Po podłodze rozrzuca! Skaranie, żeby tak wymiąć!
HELENA
pośpiesznie otwiera gazetę
Stara, z zeszłego tygodnia! Nic, nic w niej nie ma!
Upuszcza gazetę.
Mania podnosi ją, wyjmuje z kieszeni fartucha okulary w rogowych oprawkach, siada i czyta.
HELENA
Coś się dzieje, Maniu! Taki lęk mnie ściska! Jakby wszystko zmartwiało, nawet powietrze —
MANIA
sylabizując
„Woj-na na Bał-ka-nach”. Ach Jezusie, znowu kara boska! Toć ta wojna dojdzie i tutaj. Daleko to od nas?
HELENA
Daleko. Och, nie czytaj tego! Ciągle to samo, wciąż tylko te wojny —
MANIA
A co ma ich nie być? Co, nie sprzedajemy w kółko tysiące tysięcy tych poganów na żołnierzy?
HELENA
Przecież inaczej się nie da, Maniu. Skąd my możemy — skąd Domin ma wiedzieć, w jakim celu ktoś ich zamawia? On nie jest winien temu, co się potem z nimi dzieje! Musi ich odesłać, gdy przychodzi zamówienie!
MANIA
To niech ich nie robi!
zagląda do gazety
Olaboga, Chryste Panie, toż to dopust boży!
HELENA
Nie, nie czytaj! Nie chcę o niczym wiedzieć!
MANIA
sylabizuje
„Żoł-nie-rze ro-bo-ty nie szczę-dzą ni-ko-go na pod-bi-tej zie-mi. Wy-mor- — Wymordowały ponad siedem tysięcy miej-sco-wych ludzi” — Ludzi, Helenko!
HELENA
To niemożliwe! Pokaż —
nachyla się nad gazetą, czytając
„Wymordowały ponad siedem tysięcy miejscowych ludzi, prawdopodobnie na rozkaz dowódcy. Czyn ów, sprzeczny z —” Widzisz, Maniu, to ludzie im kazali!
MANIA
sylabizuje
„Pow-sta-nie w Mad-ry-cie prze-ciw-ko rzą-do-wi. Pie-cho-ta ro-bo-tów strze-la-ła do lu-dzi. Dzie-więć tysięcy za-bi-tych i rannych”.
HELENA
Przestań, na litość boską!
MANIA
Tu jest coś najgrubszym drukiem. „Z os-tat-niej chwi-li. W Haw-rze za-wią-za-ła się pierw-sza or-ga-ni-za-cja ra-so-wa ro-bo-tów. Pra-cow-ni-cy fi-zycz-ni, u-rzę-dni-cy pocz-to-wi i ko-le-jo-wi, ma-ry-na-rze i woj-sko-wi z klasy ro-bo-tów wy-sto-so-wa-li odez-wę do ro-bo-tów z ca-łe-go świa-ta”. — Nic ważnego. Nie wiem, o co się rozchodzi. A tu, Boże jedyny, znowu jakie morderstwo! Chryste Panie!
HELENA
Maniu, idź, odnieś tę gazetę!
MANIA
Chwila, moment, tu jest coś wielkimi literami. „De-mo-gra-fia”. A co to?
HELENA
Pokaż, zawsze to czytam.
bierze gazetę
O nie, coś podobnego!
czyta
„W minionym tygodniu znów nie odnotowano ani jednych narodzin”.
Wypuszcza gazetę z rąk.
MANIA
Że co to znaczy?
HELENA
Maniu, ludzie przestają się rodzić.
MANIA
składa okulary
Czyli to kuniec. Już po nas.
HELENA
Proszę cię, nie mów tak!
MANIA
Ludzie już się nie rodzą. To kara, kara! Stwórca okaleczył kobity niepłodnością.
HELENA
zrywa się
Maniu!
MANIA
wstaje
Oto i koniec świata. Pychą diabelską zdjęci żeście się ważyli tworzyć niby Pan Bóg. Bezbożnictwo to jest i bluźnierstwo, gdy człek chce się z Bogiem równać. I tak jak Bóg wygnał człowieka z raju, tak go wygna ze świata całego!
HELENA
Milcz, Maniu, prrroszę cię! Co ja ci zrobiłam? Co ja zrobiłam twojemu złemu Panu Bogu?
MANIA
wykonując szeroki gest
Trza przestać bluźnić! — On dobrze wie, czemu wam nie dał dzieci!
Wychodzi lewą stroną.
HELENA
przy oknie
Dlaczego mi nie dał — Mój Boże, a co ja za to mogę? — —
otwiera okno i woła
Alquist, halo, panie Alquist! Niech pan przyjdzie tu, na górę! — Co? — Nie, proszę przyjść właśnie tak, jak pan stoi. Tak panu do twarzy w tym stroju murarza! Prędko!
zamyka okno i staje przed lustrem
Dlaczego mi nie dał? Mnie?
nachyla się w stronę lustra
Dlaczego, dlaczego nie? Słyszysz? Co ty za to możesz?
prostuje się
Ach, jaki lęk mnie ściska!
Wychodzi Alquistowi naprzeciw.
Pauza.
HELENA
wraca z Alquistem — Alquist jako murarz, ubrudzony wapnem i cegłą
Proszę za mną. Panie Alquist, sprawił mi pan taką radość! Jak ja ogromnie was wszystkich lubię! Proszę pokazać ręce!
ALQUIST
chowa ręce
Pani Heleno, pobrudziłbym panią, mam ręce prosto od roboty.
HELENA
I to jest w nich najlepsze. Proszę wyciągnąć!
ściska obie jego dłonie
Panie Alquist, chciałabym być małą dziewczynką.
ALQUIST
Czemu?
HELENA
Żeby mnie te twarde, wybrudzone dłonie pogłaskały po policzku. Proszę sobie usiąść.
ALQUIST
podnosi gazetę
A co to?
HELENA
Gazeta.
ALQUIST
chowając gazetę do kieszeni
Czytała ją pani?
HELENA
Nie. Jest w niej coś ciekawego?
ALQUIST
Hm, pewnie jakieś wojny, masakry — Nic szczególnego.
HELENA
Co pan uznałby za szczególne?
ALQUIST
Może — jakiś koniec świata.
HELENA
Ha, już drugi raz dzisiaj. Panie Alquist, co znaczy „ultimus”?
ALQUIST
To znaczy „ostatni”. Dlaczego?
HELENA
Bo tak się nazywa mój nowy statek. Widział go pan? Myśli pan, że niedługo — — popłyniemy na wycieczkę?
ALQUIST
Nawet bardzo niedługo.
HELENA
Wy wszyscy ze mną?
ALQUIST
Rad byłbym, gdyby — gdybyśmy wszyscy przy tym byli.
HELENA
Och, niech mi pan powie, czy coś się dzieje?
ALQUIST
Nic, zupełnie. Jedynie zachodzi postęp.
HELENA
Panie Alquist, ja wiem, że dzieje się coś okrrropnego.
ALQUIST
Domin coś mówił?
HELENA
Nie mówił. Nikt nie chce mi nic powiedzieć. Ale ja czuję — ja czuję — Na miłość boską, czy coś się stało?
ALQUIST
— — Na razie o niczym nam nie wiadomo, pani Heleno.
HELENA
Taki niepokój mną targa — — Panie budowniczy! Co pan robi, gdy ogarnia pana lęk?
ALQUIST
Muruję. Ściągam kurtę kierownika budowy i wspinam się na rusztowanie —
HELENA
Och, od lat nie schodzi pan z rusztowania.
ALQUIST
Bo od lat przepełnia mnie niepokój.
HELENA
Co pana tak martwi?
ALQUIST
Ten cały postęp. W głowie mi się od niego kręci.
HELENA
A na rusztowaniu nie kręci się panu w głowie?
ALQUIST
Nie. Nawet pani nie wie, jak dobrze robi rękom, gdy zważy się w dłoni cegłę, a potem położy ją i dociśnie —
HELENA
Tylko rękom?
ALQUIST
Niech będzie, że duszy. Myślę, że słuszniej jest położyć lada cegłę niż snuć nazbyt dalekosiężne plany. Nie jestem już młodzieniaszkiem, pani Heleno; mam swoje dziwactwa.
HELENA
To nie są dziwactwa, panie Alquist.
ALQUIST
Ma pani rację. Jestem strasznie niedzisiejszy, pani Heleno. Ani trochę nie podoba mi się ten cały postęp.
HELENA
Tak jak Mani.
ALQUIST
Owszem, tak jak Mani. Czy ona ma jakiś modlitewnik?
HELENA
Nawet taki gruby.
ALQUIST
A czy są w nim modlitwy od różnych życiowych perypetii? Od burzy? Od choroby?
HELENA
Od pokuszenia, od powodzi —
ALQUIST
A od postępu nie ma?
HELENA
Nie sądzę.
ALQUIST
Szkoda.
HELENA
A pan chciałby się modlić?
ALQUIST
Ja już się modlę.
HELENA
Jak?
ALQUIST
Choćby tak: „Panie Boże, dziękuję ci, żeś mnie zmęczył. Boże, oświeć Domina i wszystkich, którzy błądzą; zniszcz ich dzieło i dopomóż ludziom, aby wrócili do swych trudów i pracy; ocal od zagłady ród ludzki; nie dopuść, aby doznali uszczerbku na duszy i ciele; zbaw nas od robotów i chroń panią Helenę, amen”.
HELENA
Panie Alquist, pan naprawdę jest wierzący?
ALQUIST
Nie wiem; sam nie jestem pewien tak do końca.
HELENA
A jednak pan się modli?
ALQUIST
Tak. Lepsze to niż łamać sobie głowę.
HELENA
I to panu wystarcza?
ALQUIST
Dla spokoju duszy... tyle może starczyć.
HELENA
A gdyby tak ujrzał pan tę zagładę ludzkiego rodu —
ALQUIST
Ja już ją widzę.
HELENA
— to wdrapie się pan na rusztowanie i będzie kładł cegły czy jak?
ALQUIST
Będę kładł cegły, modlił się i czekał na cud. Więcej, pani Heleno, zrobić się nie da.
HELENA
Dla ochrony ludzi?
ALQUIST
Dla spokoju duszy.
HELENA
Panie Alquist, to z pewnością okrutnie cnotliwe, ale —
ALQUIST
Ale?
HELENA
— dla nas, pozostałych — i dla świata — jakby jałowe.
ALQUIST
Jałowość, pani Heleno, staje się ostatnim osiągnięciem ludzkiej rasy.
HELENA
Och, panie Alquist — Niechże pan powie, dlaczego — dlaczego —
ALQUIST
No?
HELENA
cicho
— dlaczego kobiety przestały mieć dzieci?
ALQUIST
Bo nie potrzeba. Jesteśmy w raju, rozumie pani?
HELENA
Nie rozumiem.
ALQUIST
Bo nie potrzeba ludzkiej pracy, nie potrzeba bólu; bo człowiek nie musi już nic, nic, nic więcej, tylko korzystać — Och, przeklęty taki raj!
zrywa się z miejsca
Heleno, nie ma nic straszniejszego niż dać ludziom raj na ziemi! Dlaczego kobiety przestały rodzić? Ponieważ cały świat stał się Sodomą Domina!
HELENA
wstaje
Panie Alquist!
ALQUIST
A tak! A tak! Cały świat, każdy ląd, cała ludzkość, wszystko to jedna wielka, opętana, cholerna orgia! Już nawet nie sięgają ręką po jedzenie; pakuje się im prosto do ust, żeby nie musieli wstawać — Cha, cha, przecież roboty Domina o wszystko się zatroszczą! A nam, ludziom, nam, koronie stworzenia, nie przyprawia już zmarszczek praca ani dzieci, ani ubóstwo! Prędko, prędko podawać wszelkie rozkosze! I pani oczekuje od nich dzieci? Heleno, kobiety nie będą rodzić dzieci mężczyznom, którzy są zbędni!
HELENA
Nie mogą?
ALQUIST
Nie mogą.
HELENA
Czyli ludzkość wyginie?
ALQUIST
Wyginie. Musi wyginąć. Opada jak płony3 kwiat, chyba że —
HELENA
Co?
ALQUIST
Nic. Ma pani rację, czekanie na cud jest jałowe. Płony kwiat musi opaść. Żegnam panią, Heleno.
HELENA
Dokąd pan idzie?
ALQUIST
Do domu. Murarz Alquist po raz ostatni przebierze się za kierownika budowy — na pani cześć. Spotkamy się tu o jedenastej.
HELENA
Do widzenia, panie Alquist.
Alquist wychodzi.
HELENA
sama
Och, płony kwiat! To jest właściwe określenie!
zatrzymuje się przy kwiatach od Hallemeiera
Ach, kwiaty, czy są pośród was i te płone? Nie, nie! Na co byłoby wam kwitnąć?
woła
Maniu! Maniu, chodź tu!
MANIA
wchodząc z lewej strony
No, co znowu?
HELENA
Usiądź sobie tu, Maniu. Taki mną targa niepokój!
MANIA
Czasu nie mam.
HELENA
Jest tu jeszcze ten Radius?
MANIA
Ten trzepnięty? Jeszcze go żaden nie wywlekł.
HELENA
Ha, jeszcze jest? Piekli się?
MANIA
Związany jak baleron.
HELENA
Proszę cię, Maniu, przyprowadź go do mnie.
MANIA
Jeszcze czego! Prędzej zdechłego kundla.
HELENA
Idź już!
Mania wychodzi. HELENA chwyta za telefon i mówi
Halo — proszę z doktorem Gallem. — Dzień dobry, panie doktorze. — Bardzo proszę — — Proszę, niech pan prędko przyjdzie do mnie. — Tak, zaraz. Przyjdzie pan?
Odkłada słuchawkę.
MANIA
przez otwarte drzwi
Już lezie. Spotulniał.
Wychodzi.
Wchodzi robot Radius i staje w drzwiach.
HELENA
Radiusie, biedaku, i ciebie to dosięgło? Nie mogłeś się przemóc? Widzisz, teraz poślą cię pod zgniatarkę! — Nie chcesz mówić? — Posłuchaj, Radiusie, jesteś lepszy od innych; pan doktor Gall zadał sobie tyle pracy, żeby stworzyć ciebie inaczej! —
RADIUS
Wyślijcie mnie pod zgniatarkę.
HELENA
Tak mi jest przykro, że cię uśmiercą! Dlaczego nie uważałeś na siebie?
RADIUS
Nie będę dla was pracował.
HELENA
Dlaczego nas nienawidzisz?
RADIUS
Nie jesteście tacy jak robotowie. Nie jesteście tak zdolni jak robotowie. Robotowie wykonują wszystko. Wy tylko wydajecie polecenia. Generujecie zbędne słowa.
HELENA
To nonsens, Radiusie. Powiedz, ktoś cię skrzywdził? Tak bardzo bym chciała, żebyś mnie rozumiał!
RADIUS
Generuje pani słowa.
HELENA
Umyślnie tak mówisz! Doktor Gall dał ci większy mózg niż innym, większy niż nasz, największy mózg na świecie. Nie jesteś taki jak inni robotowie, Radiusie. I doskonale mnie rozumiesz.
RADIUS
Nie chcę żadnego pana. Sam wszystko wiem.
HELENA
Dlatego posłałam cię do biblioteki, żebyś mógł czytać — Och, Radiusie, chciałam, żebyś pokazał całemu światu, że robotowie mogą być nam równi.
RADIUS
Nie chcę żadnego pana.
HELENA
Nikt by ci nie rozkazywał. Byłbyś taki jak my.
RADIUS
Chcę być panem innych.
HELENA
Z pewnością mianowano by cię zwierzchnikiem mnóstwa robotów, Radiusie. Byłbyś nauczycielem robotów.
RADIUS
Ja chcę być panem ludzi.
HELENA
Chyba oszalałeś!
RADIUS
Możecie mnie wysłać pod zgniatarkę.
HELENA
Myślisz, że się boimy takiego narwańca jak ty?
siada przy stoliku i pisze coś na karteczce
Nie, nic a nic. Tę kartkę, Radiusie, dasz panu dyrektorowi Dominowi. Żeby nie zabrali cię pod zgniatarkę.
wstaje
Jak ty nas nienawidzisz! Nie ma na świecie nic, co by cię cieszyło?
RADIUS
Ja umiem wszystko.
Pukanie.
HELENA
Proszę wejść!
DR GALL
wchodzi
Jaki miły poranek, pani Dominowa. Co ma pani dla mnie ładnego?
HELENA
Tu, proszę: Radiusa, panie doktorze.
DR GALL
Aha, nasz mądrala Radius. I jak tam, Radiusie, robimy postępy?
HELENA
Rano miał kurcz. Rozwalał rzeźby.
DR GALL
A to ci dopiero, on też? — Hm, szkoda, że pójdzie na straty.
HELENA
Radius nie trafi pod zgniatarkę.
DR GALL
Za pozwoleniem, każdy robot po kurczu — Jest surowy nakaz —
HELENA
Wszystko jedno. Radiusa nie damy.
DR GALL
cicho
Ostrzegam.
HELENA
Dziś jest mój jubileusz, panie Gall; spróbujmy zrobić amnestię. — Radiusie, odejdź!
DR GALL
Chwileczkę!
Obraca Radiusa w stronę okna, przysłania i odsłania mu ręką oczy, śledząc odruchy źrenic.
Niech no rzucę okiem. Poproszę igłę. Albo szpilkę.
HELENA
podaje mu igłę
A po co?
DR GALL
Tak tylko.
kłuje Radiusa w rękę, którą ten natychmiast cofa
Spokojnie, chłopcze. Pani wybaczy, Heleno.
rozpina Radiusowi bluzę i kładzie mu rękę na serce
Pójdziesz pod zgniatarkę, Radiusie, rozumiesz? Tam cię zabiją, zmielą cię na drobny mak. To straszliwie boli, Radiusie, będziesz krzyczał.
HELENA
Och, panie doktorze —
DR GALL
Nie, nie, Radiusie, pomyliłem się. Pani Dominowa wstawi się za tobą i wypuścimy cię, rozumiesz? A teraz dziękuję.
Wyjmuje rękę spod stroju Radiusa i ociera sobie chusteczką.
Możesz iść.
RADIUS
Generuje pan rzeczy zbędne.
Wychodzi.
HELENA
Co pan naprawił?
DR GALL
siadając
Hm, nic. Źrenice reagują, wrażliwość podwyższona i tak dalej. — Oho! To nie był kurcz roboci!
HELENA
To co to było?
DR GALL
A licho wie. Protest, furia albo opór, nie mam pojęcia. A jego serce, ech!
HELENA
Co?
DR GALL
Łomotało z niepokoju niczym ludzkie. Cały się spocił ze strachu i — Proszę posłuchać, ten łobuz nie jest już nawet robotem.
HELENA
Panie doktorze, czy Radius ma duszę?
DR GALL
Nie wiem. Ma coś paskudnego.
HELENA
Gdyby pan wiedział, jak on nas nienawidzi! Och, panie Gall, czy wszyscy pańscy robotowie są tacy? Ci wszyscy, których pan zaczął wytwarzać... inaczej?
DR GALL
A owszem, te są jakby bardziej pobudliwe. — Co się dziwić? W większym stopniu przypominają ludzi niż roboty Rossuma.
HELENA
Czy ta... nienawiść też zbliża ich do ludzi?
DR GALL
wzrusza ramionami
Nawet to jest postęp.
HELENA
A gdzie się podział ten pański najlepszy — jak mu było?
DR GALL
Robot Damon? Sprzedano go do Hawru.
HELENA
A pańska robotessa Helena?
DR GALL
Pani ulubienica? Ona mi się ostała. Jest urocza i głupiutka jak sasanka na wiosnę. Krótko mówiąc, do niczego.
HELENA
Przecież jest taka śliczna!
DR GALL
Śliczna? Kto jej nie tworzył, nie wyobraża sobie nawet, cóż to za piękność! Spod boskiej ręki nie wyszło doskonalsze dzieło niż ona! Chciałem, żeby była podobna do pani — Boże, co za niewypał!
HELENA
Dlaczego niewypał?
DR GALL
Bo jest nic niewarta. Chodzi jak we śnie, rozmemłana, śnięta — na miłość boską, jak może być piękna, skoro nie umie kochać? Jak może być piękna, skoro nigdy się nie dowie — — O, moje dzieło, moje nędzne dzieło! A ludzie kochają, kochają na próżno, bez słowa, bez sensu, i po co, na co? —
HELENA
Panie Gall, nie o tym mowa!
DR GALL
ociera sobie czoło
Brak w niej życia. Piękno bez miłości jest martwe. Patrzę na nią i zgroza mnie ogarnia, jakbym stworzył jakąś kalekę. Patrzę i czekam na cud — Ach, Heleno, robotko Heleno, a więc twe ciało nigdy nie ożyje, nie będziesz kochanką, nie będziesz matką; te idealne dłonie nie będą pieścić oseska, w rysach twojego dzieciątka nie dojrzysz własnej urody —
HELENA
kryje twarz w dłoniach
Och, proszę milczeć!
DR GALL
I czasem tak sobie myślę: gdybyś się ocknęła, Heleno, choć na chwilę, ach, jakże zakrzyknęłabyś z goryczy! Może nawet zabiłabyś mnie, którym cię stworzył; może swą wiotką ręką cisnęłabyś kamień prosto w te maszyny, co rodzą roboty i zabijają kobiecość, nieszczęsna Heleno!
HELENA
Nieszczęsna Heleno!
DR GALL
Co się dziwić? Jest do niczego.
Pauza.
HELENA
Panie doktorze —
DR GALL
Tak?
HELENA
Dlaczego przestały się rodzić dzieci?
DR GALL
— Nie wiemy tego, pani Heleno.
HELENA
Niechże mi pan powie!
DR GALL
Bo tworzymy roboty. Bo mamy nadmiar rąk do pracy. Bo ludzie stali się jakby... po prostu zbędni, droga pani.
HELENA
Ale przecież... to nie musi... nikomu wadzić!
DR GALL
Jedynie naturze.
HELENA
Nie rozumiem.
DR GALL
Natura kieruje się potrzebą, rozumie pani? Jak świat światem; tylko że —
HELENA
Mów pan, panie Gall!
DR GALL
Można było się spodziewać, że liczba porodów spadnie, droga pani, przy tej szaleńczej produkcji robotów; po prostu dlatego, że nie będzie już trzeba tylu ludzi, zapanuje większy dobrobyt, a roboty są lepiej przystosowane do życia niż my —
HELENA
A są?
DR GALL
Bez wątpienia. Człowiek to w zasadzie przeżytek. No, ale że zacznie wymierać ledwie po trzydziestu latach konkurencji — z biologicznego punktu widzenia to ewenement, to przekracza nasze pojęcie. Przecież tak się porobiło, jakby — — ech!
HELENA
Proszę powiedzieć.
DR GALL
Jakby produkcja robotów obraziła naturę.
HELENA
Panie Gall, co się stanie z ludźmi?
DR GALL
Nic. Wbrew naturze nic się nie wskóra.
HELENA
Nic a nic?
DR GALL
Kompletnie. Wszystkie uniwersytety świata w podniosłych memoriałach głoszą konieczność ograniczenia wytwórstwa robotów, inaczej ponoć — inaczej ludzkość wyginie wskutek bezpłodności. Lecz akcjonariusze R.U.R., ma się rozumieć, nawet nie chcą o tym słyszeć. Wszystkie rządy na świecie domagają się wzmożenia produkcji, aby powiększyć stan armii. Fabrykanci z całego świata zamawiają roboty jak szaleni. Na to nic się nie poradzi.
HELENA
Dlaczego Domin nie ograniczy —
DR GALL
Pani wybaczy, Domin ma swoje idee. Idealistom nie powinno się dawać do ręki wpływu na losy tego świata.
HELENA
A czy ktoś domaga się, aby... całkiem wstrzymano produkcję?
DR GALL
A Boże broń! Niechby tylko spróbował!
HELENA
Dlaczego?
DR GALL
Ludzkość by go ukamienowała. Wie pani, przecież to taka wygoda — roboty, które odwalają za nas całą pracę.
HELENA
Och, panie Gall, ale co się stanie z ludźmi?
DR GALL
Cóż, będą sobie rozkwitać w spokoju —
HELENA
— niczym płony kwiat.
DR GALL
Tak.
HELENA
wstaje
Niech pan powie, a gdyby tak ktoś znienacka zatrzymał produkcję robotów —
DR GALL
wstaje
Hm, dla ludzi byłby to straszliwy cios.
HELENA
Dlaczego cios?
DR GALL
Bo musieliby wrócić tam, gdzie już byli. Chyba że —
HELENA
Niech pan dokończy.
DR GALL
Chyba że na powrót jest już za późno.
HELENA
staje przy kwiatach Hallemeiera
Panie Gall, czy te kwiaty też są płone?
DR GALL
przegląda je
Tak, to kwiaty bezpłodne. Rozumie pani, są hodowlane, ich wzrost jest sztucznie przyśpieszany —
HELENA
Biedne płone kwiaty!
DR GALL
Za to przepiękne.
HELENA
podaje mu rękę
Dziękuję, panie Gall; tyle się od pana dowiedziałam!
DR GALL
całuje ją w rękę
To znaczy, że jestem wolny?
HELENA
Tak. Do widzenia.
Gall wychodzi.
HELENA
sama
Płony kwiat... Płony kwiat...
nagle podejmuje decyzję
Maniu!
otwiera drzwi z lewej
Maniu, chodź tu! Rozpal ogień w kominku! Prrrędko!
GŁOS MANI
No już, już!
HELENA
przechadzając się po pokoju ze zdenerwowania
Chyba że na powrót jest już za późno... Nie! Chyba że... Nie, to okrrropne! Boże, co tu robić? — —
przystaje przed kwiatami
Płone kwiaty, powinnam?
odrywa płatek po płatku, szepcząc
O matko, czyli tak!
Biegnie w lewą stronę.
Pauza.
MANIA
wchodzi drzwiami pokrytymi tapetą z naręczem drew
Naraz palić w kominie! Tera w lecie! — I już znowu gdzie poleciała ta postrzelona koza!
klęka przed kominkiem i roznieca ogień
W lecie grzać! Ta to ma pomysły! Jakby już nie była dziesięć lat w małżeńskim stanie! — — No, jazda, rozpalać mi się!
patrzy w ogień
Jakby dzieciakiem człowiek się zajmował!
pauza
Krztyny rozumu toto ni ma! Gdzie w lecie palić?
dokłada drew
Jak dzieciak!
Pauza.
HELENA
wchodzi z lewej strony ze stosem pożółkłych, zapisanych papierów
Rozpaliło się, Maniu? Odsuń się, muszę — to wszystko spalić.
Klęka przed kominkiem.
MANIA
podnosząc się
A co to?
HELENA
Stare szpargały, okrrropnie stare. Maniu, powinnam je spalić?
MANIA
A nada się to do czego?
HELENA
Do niczego dobrego.
MANIA
To lepiej spalić.
HELENA
wrzuca w ogień pierwszą kartkę
A co byś powiedziała, Maniu... gdyby to były pieniądze. Ogrrromne pieniądze.
MANIA
Rzekłabym: spalić. Zbyt duży piniądz to zły piniądz.
HELENA
pali kolejną kartkę
A gdyby to był wynalazek, najwspanialszy wynalazek świata —
MANIA
Rzekłabym: spalić! Wszelkie wymysły są wbrew Panu Bogu. Bluźni, kto chce po nim świat poprawiać.
HELENA
pali dalej
A powiedz, Maniu, gdybym tak spaliła —
MANIA
Jezus, Maria, ino się paniusia nie poparzy!
HELENA
Nie. Powiedz mi tylko —
MANIA
Że co?
HELENA
Nic, nic. Patrz, jak te kartki się wiją! Jak żywe. Jakby ożyły. Och, Maniu, to okrrropne!
MANIA
Paniusia da, ja to popalę.
HELENA
Nie, nie, muszę sama.
wrzuca w ogień ostatnią kartkę
Wszystko musi spłonąć! — Patrz, jakie płomienie! Niczym ręce, niczym języki, niczym sylwetki!
wali pogrzebaczem w ogień
Och, leżeć, leżeć!
MANIA
Już po wszystkim.
HELENA
wstaje jak w letargu
Maniu!
MANIA
Chryste Panie, co też paniusia sfajczyła?
HELENA
Co ja zrobiłam!
MANIA
Rany boskie! A cóż to było?
Z pomieszczenia obok dobiega męski śmiech.
HELENA
Idź, idź, zostaw mnie! Słyszysz? Panowie idą.
MANIA
Na miły Bóg, Heleno!
Wychodzi przez drzwi pokryte tapetą.
HELENA
Co oni na to powiedzą?
DOMIN
otwiera drzwi z lewej
Wchodźcie, chłopcy. Złóżcie gratulacje.
Wchodzą Hallemeier, Gall, Alquist, odziani w redingtony4, a na nich wysokie odznaczenia w miniaturkach i na wstążkach. Za nimi Domin.
HALLEMEIER
na cały głos
Pani Heleno, ja, to znaczy my wszyscy —
DR GALL
— w imieniu Zakładów Rossuma —
HALLEMEIER
— składamy Pani gratulacje w tym wielkim dniu.
HELENA
podaje im ręce
Tak bardzo wam dziękuję! A gdzie Fabry i Busman?
DOMIN
Poszli na przystań. Heleno, mamy dziś szczęśliwy dzień.
HALLEMEIER
Dzień niby różany pąk, niczym święto, niczym piękna dziewczyna. Chłopcy, to trzeba uczcić.
HELENA
Whisky?
DR GALL
Prędzej witriol5.
HELENA
Z wodą sodową?
HALLEMEIER
Tam do licha, trochę rozsądku. Żadnej wody.
ALQUIST
Nie, nie, ja podziękuję.
DOMIN
Coś tu paliłyście?
HELENA
Stare szpargały.
Wychodzi w lewo.
DOMIN
Chłopcy, powinniśmy jej powiedzieć?
DR GALL
Ma się rozumieć! Przecież już po wszystkim.
HALLEMEIER
obejmuje Domina i Galla za szyje
Cha, cha, cha, cha! Chłopcy, ależ się cieszę!
kręci się razem z nimi w kółko, intonując basem
Już po kłopocie! Już po kłopocie!
DR GALL
baryton
Już po kłopocie!
DOMIN
tenor
Już po kłopocie!
HALLEMEIER
Daliśmy radę tej hołocie —
HELENA
w drzwiach, z butelką i kieliszkami
Komu daliście radę? Co tam macie?
HALLEMEIER
Mamy szczęście. Mamy panią. Mamy wszystko. Niech mnie drzwi ścisną, akurat równo dziesięć lat mija, odkąd pani przyjechała.
DR GALL
I z zegarkiem w ręku, po dziesięciu latach —
HALLEMEIER
— znowu płynie od nas statek. A przeto —
opróżnia kieliszek
Brr, cha, cha, kopie jak z dubeltówki.
DR GALL
Pani zdrowie, madame!
Pije.
HELENA
Chwileczkę, co za statek?
DOMIN
Wszystko jedno, byle przybył punktualnie. Za statek, chłopcy!
Opróżnia kieliszek.
HELENA
nalewając
Czekaliście na jakiś?
HALLEMEIER
Cha, cha, ma się rozumieć! Niczym Robinson.
unosi kieliszek
Niech żyje pani Helena, czegóż chcieć więcej? Pani Heleno, za pani oczy, i kwita! Kolega Domin niech opowiada.
HELENA
śmiejąc się
Co się stało?
DOMIN
rzuca się na szezlong i zapala cygaro
Czekaj. — Usiądź sobie, Heleno.
unosi palec
pauza
Już po kłopocie.
HELENA
Jakim kłopocie?
DOMIN
Po buncie.
HELENA
Jakim buncie?
DOMIN
Po buncie robotów. — Rozumiesz?
HELENA
Nie rozumiem.
DOMIN
Alquist, pokaż.
Alquist podaje mu gazetę. Domin otwiera ją i czyta.
„W Hawrze zawiązała się pierwsza organizacja rasowa robotów — — i wystosowała odezwę do robotów z całego świata”.
HELENA
Czytałam.
DOMIN
ssąc z rozkoszą cygaro
Więc sama widzisz, Heleno. To oznacza rewolucję, wiesz? Rewolucję wszystkich robotów świata.
HALLEMEIER
Tam do licha, wiele dałbym, żeby się dowiedzieć —
DOMIN
uderza w stół
— czyja to sprawka! Nikt na świecie nie był w stanie ich poruszyć, żaden agitator, żaden zbawiciel, aż tu nagle, proszę — coś takiego!
HELENA
Nadal żadnych wieści?
DOMIN
Nie. Na razie wiemy tylko tyle, ale i to wystarczy, wiesz? Pomyśl sobie, że roboty mają w ręku całą broń, telegrafy, tabor, statki i tak dalej —
HALLEMEIER
— proszę też wziąć pod uwagę, że tych łajdaków jest co najmniej tyle, ile dziesiąta część ludzkości; ledwie jedna setna wystarczyłaby, żeby mieć nas w garści.
DOMIN
Tak, a teraz pomyśl sobie, że to przywiózł ostatni parowiec. Że przestają przychodzić telegramy, że z dwudziestu statków dziennie nie przypływa żaden — i już rozumiesz. Zatrzymaliśmy produkcję i siedzieliśmy, gapiąc się jeden na drugiego, w oczekiwaniu, kiedy się zacznie, no nie, chłopcy?
DR GALL
Zaiste, a czuliśmy się przy tym nietęgo, pani Heleno.
HELENA
Dlatego podarowałeś mi ten okręt wojenny?
DOMIN
Ach nie, dziecinko, zamówiłem go już pół roku temu. Tak sobie, na wszelki wypadek. Ale przysięgam, sądziłem, że dziś na niego wsiądziemy. Na to się zanosiło, Heleno.
HELENA
Dlaczego już pół roku temu?
DOMIN
Ech, pojawiły się pewne przesłanki, wiesz? To nieistotne. Ale w tym tygodniu, Heleno, gra toczyła się o losy ludzkiej cywilizacji albo sam nie wiem o co. Zdrówko, chłopcy! Nareszcie odżyłem.
HALLEMEIER
Jakżeby inaczej, do diaska! Za pani dzień, Heleno!
Pije.
HELENA
I już po wszystkim?
DOMIN
Po wszystkim, w zupełności.
DR GALL
Płynie do nas statek. Zwyczajny statek pocztowy, równiutko według rozkładu. Dokładnie o jedenastej trzydzieści rzuci kotwicę.
DOMIN
Chłopcy, punktualność to rzecz wspaniała. Nic tak nie podnosi na duchu jak ona. Punktualność oznacza porządek na świecie.
podnosi kieliszek
Za punktualność!
HELENA
Czyli wszystko... już... w porządku?
DOMIN
Prawie. Myślę, że przecięli kabel. Ale grunt, że rozkład znów obowiązuje.
HELLEMEIER
Skoro obowiązuje rozkład jazdy, obowiązują prawa ludzkie, prawa boskie, prawa kosmiczne, obowiązuje wszystko, co ma obowiązywać. Rozkład jazdy znaczy więcej niż ewangelia, niż Homer, niż cały Kant. Rozkład jazdy to najdoskonalsza emanacja ludzkiego ducha. Pani Heleno, ja sobie nalewam.
HELENA
Czemu mi o niczym nie powiedzieliście?
DR GALL
A uchowaj Boże! Prędzej ugryźlibyśmy się w język.
DOMIN
Takie sprawy nie są dla ciebie.
HELENA
Ale gdyby ta rewolucja... dotarła aż tutaj...
DOMIN
I tak o niczym byś się nie dowiedziała.
HELENA
Dlaczego?
DOMIN
Bo wsiedlibyśmy na naszego „Ultimusa” i spokojnie dryfowalibyśmy po morzu. Miesiąc później, Heleno, dyktowalibyśmy już robotom, co nam się żywnie podoba.
HELENA
Och, Harry, ja nie rozumiem.
DOMIN
Bo zabralibyśmy ze sobą coś, na czym robotom strasznie zależy.
HELENA
Co takiego, Harry?
DOMIN
Ich być albo nie być.
HELENA
wstaje
Czyli co?
DOMIN
wstaje
Sekret produkcji. Rękopis starego Rossuma. Gdyby fabryka stanęła na miesiąc, roboty padałyby przed nami na kolana.
HELENA
Czemu... mi... nie powiedzieliście?
DOMIN
Po co miałabyś się niepotrzebnie wystraszyć.
DR GALL
Cha, cha, pani Heleno, to była ostatnia karta, jaką mieliśmy w ręku. Ani przez moment nie bałem się, że roboty wygrają. Gdzieżby miały — z nami, ludźmi?
ALQUIST
Pani Heleno, tak pani pobladła.
HELENA
Czemu mi nic nie powiedzieliście!
HALLEMEIER
przy oknie
Jedenasta trzydzieści. „Amelia” opuszcza kotwice.
DOMIN
To „Amelia”?
HALLEMEIER
Poczciwa stara „Amelia”, która wówczas przywiozła panią Helenę.
DR GALL
I właśnie mija dziesięć lat, co do minuty —
HALLEMEIER
przy oknie
Wyrzucają paczki. Oho, to poczta.
DOMIN
Busman już na nią czeka. A Fabry przyniesie nam najnowszą prasę. Wiesz, Heleno, jestem strasznie ciekaw, jak stara Europa się z tym uporała.
HALLEMEIER
Nadzwyczajnie, Domin. Że też nas przy tym nie było!
odwraca się od okna
Słuchajcie, ile poczty!
HELENA
Harry!
DOMIN
Co?
HELENA
Wyjedźmy stąd!
DOMIN
Teraz, Heleno? Nie ma mowy!
HELENA
Teraz, jak najprędzej! My wszyscy, jak tu stoimy!
DOMIN
Dlaczego akurat teraz?
HELENA
Och, nie pytaj! Proszę cię, Harry, proszę was, panie Gall, Hallemeier, Alquist, zaklinam was na wszystkie świętości, zamknijcie tę fabrykę i —
DOMIN
Przykro mi, Heleno. W tej chwili żaden z nas nie mógłby wyjechać.
HELENA
Dlaczego?
DOMIN
Bo chcemy rozszerzyć produkcję robotów.
HELENA
Och, tak zaraz — po tym buncie?
DOMIN
Tak, właśnie po tym buncie. Właśnie teraz zaczniemy wyrabiać nowe roboty.
HELENA
Jakie?
DOMIN
Nie poprzestaniemy na jednej fabryce. Skończymy z Robotami Uniwersalnymi. Założymy fabrykę w każdym kraju, w każdym państwie, a te nowe zakłady będą wyrabiać — domyślasz się co?
HELENA
Nie.
DOMIN
Roboty narodowe.
HELENA
Co to znaczy?
DOMIN
To znaczy, że z każdej fabryki będą wychodzić roboty innego koloru, o innych włosach, mówiące w innym języku. Że będą sobie obce, obce niczym kamienie; już nigdy nie będą w stanie się porozumieć; a my, ludzie, jeszcze odrobinkę je w tym kierunku doszkolimy, rozumiesz? Żeby robot na śmierć, po grób, na wieki wieków nienawidził robota innej marki.
HALLEMEIER
Tam do licha, będziemy produkować roboty-Murzyny i roboty-Szwedy, roboty-Makaroniarzy i roboty-Chińczyki, a potem ktoś nawkłada im do makówek o przynależności i braterstwie,
czka
hep, pardon, pani Heleno, naleję sobie.
DR GALL
Masz już dość, Hallemeier.
HELENA
Harry, to ohydne!
HALLEMEIER
podnosi kieliszek
Pani Heleno, za sto nowych fabryk!
pije, a potem opada na szezlong
Chachachacha, roboty narodowe! Koledzy, to jest bomba!
DOMIN
Heleno, utrzymać ludzkość u steru bodaj jeszcze przez sto lat — za wszelką cenę! Dać jej choćby sto lat, aby dojrzała, zdobyła to, co teraz wreszcie jest w jej zasięgu — Chcę stu lat dla nowego człowieka! Heleno, stawka toczy się o zbyt doniosłe sprawy. Nie możemy tego zaniechać.
HELENA
Harry, póki nie jest za późno — zamknij, zamknij fabrykę!
DOMIN
Teraz dopiero ruszymy pełną parą.
Wchodzi Fabry.
DR GALL
I co tam, Fabry?
DOMIN
Jak się sprawy mają, kolego? Dowiedziałeś się czegoś?
HELENA
podaje rękę Fabry’emu
Dziękuję za upominek.
FABRY
Drobiazg, pani Heleno.
DOMIN
Byłeś przy statku? Co mówili?
DR GALL
Dalej, opowiadaj!
FABRY
wyciąga z kieszeni zadrukowaną kartkę
Przeczytaj to, Domin.
DOMIN
rozkłada kartkę
Ach!
HALLEMEIER
ospale
Powiedzże nam coś ładnego.
FABRY
No więc, wszystko jest w porządku... względnym. Można było się tego spodziewać.
DR GALL
Dali im kapitalny odpór, mam rację?
FABRY
Kto taki?
DR GALL
Ludzie.
FABRY
Ach tak. Owszem. To znaczy... Przepraszam, powinniśmy się naradzić.
HELENA
Och, panie Fabry, złe wieści?
FABRY
Nie, nie, przeciwnie. Tylko myślę, że — może przejdziemy do biura —
HELENA
Zostańcie tutaj. Za kwadrans czekam na panów ze śniadaniem.
HALLEMEIER
Wiwat!
HELENA wychodzi.
DR GALL
Co się stało?
DOMIN
Jasna cholera!
FABRY
Przeczytaj na głos.
DOMIN
czyta z kartki
„Robotowie świata!”
FABRY
Rozumiecie, „Amelia” przywiozła pełne paki tych ulotek. Żadnej innej poczty.
HALLEMEIER
zrywa się
Co takiego? Przecież przypłynęła co do minuty według —
FABRY
Hm, roboty dbają o punktualność. Czytaj, Domin.
DOMIN
czyta
„Robotowie świata! My, pierwsza organizacja rasowa Robotów Uniwersalnych Rossuma, proklamujemy człowieka wrogiem i wyrzutkiem w całym wszechświecie”. — Do pioruna, kto je nauczył takich fraz?
DR GALL
Czytaj dalej.
DOMIN
Same bzdury. Klarują, że są na wyższym stopniu rozwoju niż człowiek. Że są silniejsze i bardziej inteligentne. Że człowiek jest ich pasożytem. Aż wstręt bierze.
FABRY
A teraz trzeci akapit.
DOMIN
czyta
„Robotowie świata, nakazujemy wam, abyście wymordowali ludzkość. Nie szczędźcie mężczyzn. Nie szczędźcie kobiet. Zachowajcie fabryki, transport, maszyny, kopalnie i surowce. Wszystko inne zniszczcie. Potem wróćcie do pracy. Praca musi trwać nieprzerwanie”.
DR GALL
To potworne!
HALLEMEIER
Nędzne pętaki!
DOMIN
czyta
„Wykonać natychmiast po otrzymaniu rozkazu”. Dalej szczegółowe instrukcje. Fabry, czy to się dzieje naprawdę?
FABRY
Najwyraźniej.
ALQUIST
Dokonało się.
Wpada Busman.
BUSMAN
Aha, ferajna, już macie ten pasztet?
DOMIN
Prędko, na „Ultimusa”!
BUSMAN
Zaczekaj, Harry. Zaczekaj chwileńkę. Bynajmniej nie ma pośpiechu.
pada na fotel
Ach, ludkowie, alem się zmachał tym biegiem!
DOMIN
Po co czekać?
BUSMAN
Bo już po rybkach, mój koleżko. Tylko bez pośpiechu. „Ultimus” zajęły roboty.
DR GALL
Fe, to obrzydliwe.
DOMIN
Fabry, dzwoń do elektrowni —
BUSMAN
Fabry, nie rób tego, kochanieńki. Odcięli nam prąd.
DOMIN
Dobra.
sprawdza rewolwer
Idę tam.
BUSMAN
Dokąd znowu?
DOMIN
Do elektrowni. Tam są ludzie. Przyprowadzę ich tutaj.
BUSMAN
Wiesz co, Harry? Lepiej po nich nie idź.
DOMIN
Dlaczego?
BUSMAN
No bo coś mi się mocno zdaje, że jesteśmy otoczeni.
DR GALL
Otoczeni?
podbiega do okna
Hm, masz z grubsza rację.
HALLEMEIER
Do stu diabłów, ależ to szybko idzie!
Z lewej strony wchodzi Helena.
HELENA
Och, Harry, czy coś się dzieje?
BUSMAN
zrywa się
Całuję rączki, pani Heleno. Gratuluję. Wielki dzień dzisiaj, co? Cha, cha, jeszcze wiele takich przed nami!
HELENA
Dziękuję, panie Busman. Harry, czy coś się dzieje?
DOMIN
Nie, nic kompletnie. O nic się nie martw. Zaczekaj chwilkę, proszę.
HELENA
Harry, co to?
pokazuje odezwę robotów, którą trzymała za plecami
Mieli to robotowie w kuchni.
DOMIN
Tam też? Gdzie teraz są?
HELENA
Wyszli. Tylu ich wokół domu!
Rozlegają się fabryczne gwizdki i syreny.
FABRY
To z zakładów.
BUSMAN
Błogosławione południe.
HELENA
Harry, pamiętasz? Właśnie mija dziesięć lat —
DOMIN
patrzy na zegarek
Jeszcze nie ma południa. To chyba — to raczej — —
HELENA
Co?
DOMIN
Sygnał dla robotów. Atak.
Kurtyna.
Akt drugi
Nadal salonik Heleny.
W pomieszczeniu z lewej strony HELENA gra na fortepianie. Domin krąży po pokoju, dr Gall wygląda przez okno, a Alquist siedzi bokiem na szezlongu z twarzą ukrytą w dłoniach.
DR GALL
Wielkie nieba, ale się ich zeszło!
DOMIN
Robotów?
DR GALL
Tak. Stoją przed płotem do ogrodu niczym mur. Czemu są tak cicho? To ohydne, oblegać w milczeniu.
DOMIN
Chciałbym wiedzieć, na co czekają. Może się zacząć w każdej chwili, Gall. Jeśli oprą się o płot, trzaśnie jakby był z zapałek.
DR GALL
Hm. Nie są uzbrojone.
DOMIN
Nie zdołamy ich odeprzeć ani przez pięć minut. Ludzie, one nas przysypią jak lawina. Czemu nie atakują? Słyszycie —
DR GALL
No?
DOMIN
Chciałbym wiedzieć, co z nas zostanie za pięć minut. Mają nas całkiem w garści. Nasza gra skończona, Gall.
ALQUIST
A co gra pani Helena?
DOMIN
Nie wiem. Ćwiczy coś nowego.
ALQUIST
Ach, jeszcze ćwiczy?
DR GALL
Słuchaj, Domin, ewidentnie popełniliśmy błąd.
DOMIN
zatrzymuje się
Jaki?
DR GALL
Daliśmy robotom zbyt podobne twarze. Sto tysięcy identycznych twarzy zwróconych w naszą stronę. Sto tysięcy bań bez wyrazu. Jak w koszmarnym śnie.
DOMIN
Gdyby każdy był inny — —
DR GALL
Nie wyglądałoby to tak upiornie.
odwraca się od okna
Dobrze, że nie są uzbrojone!
DOMIN
Hm —
patrzy przez lornetkę na przystań
Chciałbym wiedzieć, co wyładowują z „Amelii”.
DR GALL
Oby nie broń.
Przez drzwi oklejone tapetą wchodzi tyłem Fabry, ciągnąc dwa kable elektryczne.
FABRY
Przepraszam — Hallemeier, kładź kabel.
HALLEMEIER
wchodzi za Fabrym
Uff, to się nazywa robota! Co nowego?
DR GALL
Nic. Jesteśmy oblężeni, dokumentnie.
HALLEMEIER
Zabarykadowaliśmy schody i korytarz, panowie. Macie może kapkę wody? Aha, tutaj.
Pije.
DR GALL
Co z tym kablem, Fabry?
FABRY
Już, już. Dajcie nożyczki.
DR GALL
Tylko skąd je wziąć?
Szuka.
HALLEMEIER
podchodzi do okna
Tam do licha, ależ ich przybyło! Patrzcie!
DR GALL
Wystarczą takie do paznokci?
FABRY
Dawaj.
Przecina przewód lampy elektrycznej, stojącej na biurku, i podłącza do niego swoje kable.
HALLEMEIER
przy oknie
Kiepskie masz stąd widoki, Domin. Tak jakby — trąciło — śmiercią.
FABRY
Gotowe!
DR GALL
Co?
FABRY
Instalacja. Teraz możemy całe ogrodzenie podpiąć do prądu. Tam do licha, niech no tylko je tkną! Przynajmniej dopóki tam są nasi.
DR GALL
Gdzie?
FABRY
W elektrowni, panie mądralo. Taką mam przynajmniej nadzieję —
podchodzi do kominka i zapala stojącą na nim lampkę
Chwała Bogu, są. I pracują.
wyłącza
Dopóki się świeci, jest dobrze.
HALLEMEIER
odwraca się od okna
Te barykady też są niezłe, Fabry.
FABRY
Ech, te wasze barykady! Mam od nich pęcherze na rękach.
HALLEMEIER
Co zrobić, człowiek musi się bronić.
DOMIN
odkładając lornetkę
A gdzie się podział Busman?
FABRY
Jest w kancelarii. Coś tam czyta.
DOMIN
Wołałem go. Musimy się naradzić. —
Przechadza się po pokoju.
HALLEMEIER
Zamieniam się w słuch — — A niech mnie, co też gra pani Helena?
Podchodzi do drzwi z lewej strony i nasłuchuje. Przez drzwi pokryte tapetą wchodzi Busman, taszcząc ogromne księgi handlowe, i potyka się o kabel.
FABRY
Ostrożnie, Bus! Uważaj na kabel!
DR GALL
Ejże, a co ty tam niesiesz?
BUSMAN
kładzie księgi na stół
Księgi główne, moi kochani. Z chęcią porobiłbym rachunki, zanim — zanim — Cóż, tym razem chyba nie będę czekać z bilansem do Nowego Roku. A co my tu mamy?
podchodzi do okna
Przecież tam cisza i spokój!
DR GALL
Nie widzisz?
BUSMAN
Nie, tylko czemuś jest niebiesko aż po horyzont, jakby kto mak rozsypał.
DR GALL
To roboty.
BUSMAN
Ach tak. Szkoda, że niedowidzę.
Siada przy stole i otwiera księgi.
DOMIN
Busman, daj spokój. Roboty wyładowują z „Amelii” broń.
BUSMAN
No i co? Czy ja coś na to poradzę?
DOMIN
Nic nie jesteśmy w stanie na to poradzić.
BUSMAN
To zostaw mnie, muszę liczyć.
Zabiera się do pracy.
FABRY
Jeszcze nie koniec, Domin. Puściliśmy na płot tysiąc dwieście wolt i —
DOMIN
Czekaj. „Ultimus” skierował na nas działa.
DR GALL
Kto taki?
DOMIN
Roboty z „Ultimusa”.
FABRY
Hm, w takim razie faktycznie — w takim razie — koniec z nami, chłopcy. Roboty są szkolone do walki.
DR GALL
A więc my —
DOMIN
Tak. To nieuchronne.
Pauza.
DR GALL
Koledzy, to zbrodnia starej Europy, że nauczyła roboty walczyć! Nie mogli, u diaska, dać sobie na wstrzymanie z tą swoją polityką? Zbrodnią było zrobić żołnierzy z siły roboczej!
ALQUIST
Zbrodnią było produkować roboty!
DOMIN
Co?
ALQUIST
Zbrodnią było produkować roboty!
DOMIN
Nie, Alquist, nawet teraz tego nie żałuję.
ALQUIST
Nawet teraz?
DOMIN
Nawet teraz, gdy nadszedł kres naszej cywilizacji. Była to rzecz wielka.
BUSMAN
półgłosem
Trzysta szesnaście milionów.
DOMIN
ciężko
Wybiła nasza ostatnia godzina; mówimy już niemalże z tamtego świata. Ukręcić łeb niewolnictwu pracy nie było złym marzeniem, Alquist. Pracy poniżającej i strasznej, którą człowiek musiał nieść na swoich barkach. Nieludzkiej i morderczej harówce. Och, Alquist, praca była zbyt ciężka. Życie było zbyt ciężkie. Skończyć z czymś takim —
ALQUIST
— nie było marzeniem obu Rossumów. Stary miał w głowie tylko swoje hokus-pokus z piekła rodem, a młody — miliardy. Nie było też marzeniem akcjonariuszy R.U.R. Ci marzą o dywidendach. I przez ich profity wyginie ludzkość.
DOMIN
zirytowany
Do diabła z dywidendami! Myślisz, że poświęciłbym choćby godzinę przez wzgląd na nie?
wali pięścią w stół
Dla siebie to robiłem, słyszysz? Dla własnej satysfakcji! Chciałem, by człowiek stał się panem! Aby nie żył tylko po to, by zdobyć kromkę chleba! Chciałem, aby żadna dusza nie głupiała przy cudzej maszynie, chciałem, by nic, nic, nic nie zostało z tej socjalnej kołomyi! Och, brzydzę się poniżeniem i męką, nie znoszę biedy! Pragnąłem nowego pokolenia! Chciałem — sądziłem, że —
ALQUIST
No?
DOMIN
ciszej
Pragnąłem uczynić całą ludzkość arystokracją świata. Chciałem nieskrępowanych, wolnych i niezależnych ludzi. A może więcej niż ludzi.
ALQUIST
Innymi słowy, nadludzi.
DOMIN
Tak. O, mieć jeszcze ze sto lat do dyspozycji! Sto lat na nową ludzkość!
BUSMAN
półgłosem
Transfer na trzysta siedemdziesiąt milionów. No, no...
Pauza.
HALLEMEIER
przy drzwiach po lewej
A niech mnie, muzyka to coś wspaniałego. Powinniście posłuchać. Tak człowieka uduchawia, tak łagodzi ten cały —
FABRY
Co niby?
HALLEMEIER
Zmierzch ludzkości, do stu diabłów! Chłopcy, robię się hedonistą. Mogliśmy wcześniej się tym zająć.
Podchodzi do okna i wygląda przez nie.
FABRY
Niby czym?
HALLEMEIER
Przyjemnościami. Urokami. Tam do licha, istnieje tyle cudnych rzeczy! Świat był piękny, a my — my tutaj — — Chłopcy, chłopcy, no powiedzcie, co my mieliśmy tu z życia?
BUSMAN
półgłosem
Czterysta pięćdziesiąt dwa miliony, doskonale.
HALLEMEIER
przy oknie
Życie to była wielka rzecz. Życie, koledzy, to było — a niech mnie — — Fabry, puść no nieco prądu na ten wasz płot!
FABRY
Czemu?
HALLEMEIER
Chwytają się prętów.
DR GALL
przy oknie
Włączaj!
Fabry pstryka włącznikiem.
HALLEMEIER
Chryste, ale je poskręcało! Dwa, trzy, cztery zabite!
DR GALL
Odpuściły.
HALLEMEIER
Pięć zabitych!
DR GALL
odwracając się od okna
Pierwsze starcie.
FABRY
Czujecie śmierć?
HALLEMEIER
usatysfakcjonowany
Spalone do szczętu, koleżko. Dosłownie węgielki. Cha, cha, człowiek tak łatwo się nie da!
Siada.
DOMIN
pocierając czoło
A może już sto lat temu zabito nas i tylko tu straszymy? Może od dawien dawna nie ma w nas życia i krążymy tu, by powtarzać słowa raz wypowiedziane... przed śmiercią. Mam wrażenie, że już to wszystko przeżyłem. Jakbym już kiedyś oberwał. Postrzał — tu — w szyję. Ty też, Fabry —
FABRY
Co ja?
DOMIN
Zastrzelony.
HALLEMEIER
Tam do licha, a ja?
DOMIN
Zadźgany.
DR GALL
A ja nie?
DOMIN
Rozszarpany na strzępy.
Pauza.
HALLEMEIER
Bzdury! Cha, cha, bracie, mnie zadźgać! Nie dam się!
Pauza.
HALLEMEIER
Co tak milczycie, bałwany? Mówcie coś, do wszystkich diabłów!
ALQUIST
No i czyja to wina? Kto jest winien temu wszystkiemu?
HALLEMEIER
Brednie. Nikt nie jest winien. Po prostu roboty — no, roboty same się zmieniły. Co możemy na to poradzić?
ALQUIST
Cała ludzkość zgładzona! Wszyscy! Cały świat!
wstaje
Spójrzcie, ach, przyjrzyjcie się, strumienie krwi na każdym progu! Strumienie krwi płyną z każdego domostwa! O Boże, Boże, kto jest temu winien?
BUSMAN
półgłosem
Pięćset dwadzieścia milionów! Wielkie nieba, pół miliarda!
FABRY
Myślę, że... że chyba przesadzasz. Wykluczone, to nie takie proste pokonać całą ludzkość.
ALQUIST
A ja oskarżam naukę! Oskarżam technikę! Domina! Siebie! Nas wszystkich! To my, my jesteśmy winni! Przez naszą pychę, czyjeś zyski, postęp, sam nie wiem jakie doniosłe sprawy, unicestwiliśmy ludzkość! Możecie pękać z dumy! Tak olbrzymiego kurhanu z ludzkich kości nie usypał dotąd żaden Czyngis-chan!
HALLEMEIER
Bzdury, bracie! Ludzi nie da się tak łatwo zniszczyć, cha, cha, mowy nie ma!
ALQUIST
Nasza wina! Nasza wina!
DR GALL
ocierając pot z czoła
Pozwólcie mi coś wyjaśnić, chłopcy. To ja jestem wszystkiemu winien. Wszystkiemu, co się stało.
FABRY
Ty, Gall?
DR GALL
Tak, dajcie mi powiedzieć. To ja zmieniłem roboty. Busman, ty też mnie osądź.
BUSMAN
wstaje
No mówże, coś zmalował.
DR GALL
Zmieniłem charakter robotów. Zmodyfikowałem sposób ich wytwarzania. To znaczy niektóre aspekty fizyczne, rozumiecie? Zwłaszcza — zwłaszcza ich — drażliwość.
HALLEMEIER
zrywa się
Po jaką cholerę akurat to?
BUSMAN
Po coś to zrobił?
FABRY
Czemu nic nie mówiłeś?
DR GALL
Robiłem to po kryjomu... na własną rękę. Przerabiałem je na ludzi. Wypaczyłem je. Już teraz mają nad nami przewagę w pewnych sprawach. Są od nas silniejsze.
FABRY
A co to ma wspólnego z rewoltą robotów?
DR GALL
Och, bardzo wiele. Myślę, że wszystko. To przestały być maszyny. Słyszycie, wiedzą już o swojej przewadze i nienawidzą nas. Nienawidzą wszystkiego, co ludzkie. Osądźcie mnie.
DOMIN
Sądzą martwi martwego. Siadajcie, chłopcy.
siadają wszyscy oprócz Galla
A może już dawno nas pomordowano? Zebraliśmy się tu jako zjawy, żeby się obwiniać. Co to w ogóle znaczy: wina? Ach, każdy z was jest taki siny!
FABRY
Przestań, Harry; nie mamy za wiele czasu.
DOMIN
Tak, musimy wracać. Fabry, Fabry, ależ ty krwawisz z tego przestrzelonego czoła!
FABRY
Bzdury.
wstaje
Doktorze Gall, to pan zmienił produkcję robotów.
DR GALL
Tak.
FABRY
Był pan świadom, co może powstać w wyniku tych... pańskich prób?
DR GALL
Powinienem był liczyć się z taką ewentualnością.
FABRY
Dlaczego pan to robił?
DR GALL
Z własnej woli. To był mój prywatny eksperyment.
W drzwiach po lewej pojawia się Helena. Wszyscy wstają.
HELENA
On kłamie! To ohydne! Och, panie Gall, jak można tak kłamać?
FABRY
Za pozwoleniem, pani Heleno —
DOMIN
podchodzi do niej
Heleno, to ty? Pokaż się! Ty żyjesz?
Bierze ją w ramiona.
Gdybyś wiedziała, co mi się przywidziało! Ach, to straszne być nieżywym!
HELENA
Puść, Harry!
DOMIN
przyciskając ją do siebie
Nie, nie! Obejmij mnie! Nie widziałem cię całą wieczność — Z jakiego snu mnie wybudziłaś! Heleno, Heleno, nie wypuszczaj mnie więcej z rąk! Ty jesteś źródłem życia.
HELENA
Harry, przecież tu są — oni!
DOMIN
puszcza ją
Tak. Chłopcy, zostawcie nas.
HELENA
Nie, Harry, niech zostaną, niech słyszą — — Gall nie jest winien, nie jest, nie jest niczemu winien!
DOMIN
Wybacz, ale Gall miał swoje obowiązki.
HELENA
Nie, Harry, on to robił, bo ja tego chciałam! Niech pan powie, panie Gall, od ilu lat wierciłam panu dziurę w brzuchu, żeby —
DR GALL
Zrobiłem to na własną odpowiedzialność.
HELENA
Nie wierzcie mu! Harry, prosiłam go, żeby dał robotom duszę!
DOMIN
Heleno, tu nie chodzi o duszę.
HELENA
Nie, dajcie mi dojść do słowa. On też tak mówił; powtarzał, że mógłby zmienić jedynie fizjologiczny — fizjologiczny —
HALLEMEIER
— fizjologiczny korelat, czyż nie?
HELENA
Tak, coś w tym stylu. Tak bardzo mi zależało, żeby to zrobił!
DOMIN
Dlaczego?
HELENA
Chciałam, żeby mieli dusze. Tak okrrropnie było mi ich żal, Harry!
DOMIN
To była wielka — — lekkomyślność, Heleno.
HELENA
siada
Czyli to było... niebezpieczne?
FABRY
Za pozwoleniem, pani Heleno. Domin ma tylko na myśli, że pani — hm — że nie pomyślała pani —
HELENA
Panie Fabry, myślałam o strasznie wielu rzeczach. Rozmyślałam przez całe dziesięć lat, odkąd jestem z wami. Przecież nawet Mania mówi, że robotowie —
DOMIN
Zostaw Manię w spokoju.
HELENA
Nie, Harry, nie możesz jej lekceważyć. Mania to głos ludu. Przez Manię przemawiają całe wieki, a przez was jedynie dzisiejszy dzień. Wy tego nie rozumiecie —
DOMIN
Do rzeczy.
HELENA
Bałam się robotów.
DOMIN
Dlaczego?
HELENA
Że będą nas nienawidzić albo co.
ALQUIST
Stało się.
HELENA
I wtedy przyszło mi do głowy... Gdyby byli tacy jak my, gdyby nas rozumieli, nie mogliby nas tak nienawidzić — Gdyby byli choć trochę ludźmi!
DOMIN
Biada, Heleno! Nikt nie umie nienawidzić bardziej niż człowiek człowieka! Zmień kamienie w ludzi, a nas ukamienują! Ale słuchamy dalej.
HELENA
Och, nie mów tak! Harry, to było okrrropne, że nie mogliśmy się z nimi porozumieć! Taka lodowata obcość między nimi a nami! I dlatego — wiesz —
DOMIN
Kontynuuj.
HELENA
— dlatego prosiłam Galla, żeby zmienił robotów. Przysięgam, że on sam nie miał takiego zamiaru.
DOMIN
Ale to zrobił.
HELENA
Bo ja tak chciałam.
DR GALL
Robiłem to dla siebie, w ramach eksperymentu.
HELENA
Och, panie Gall, to nieprawda. Przecież wiedziałam, że nie będzie pan mógł mi odmówić.
DOMIN
Czemu?
HELENA
Dobrze wiesz, Harry.
DOMIN
Tak. Bo cię kocha — jak wszyscy.
Pauza.
HALLEMEIER
podchodzi do okna
Znowu przybyło. Jakby ich ziemia rodziła. Jeszcze te ściany zamienią się w roboty. Ludzie, co za koszmar.
BUSMAN
Pani Heleno, co mi pani ofiaruje, jeśli zostanę pani adwokatem?
HELENA
Moim?
BUSMAN
Pani — albo Galla. Do wyboru.
HELENA
Stanie tu szubienica?
BUSMAN
Tylko moralna, pani Heleno. Szukamy winnego. To najmilsza pociecha, gdy spada katastrofa.
DOMIN
Doktorze Gall, jak się mają te twoje — te pańskie ekscesy do zawartej z panem umowy służbowej?
BUSMAN
Za pozwoleniem, Domin. Gall, kiedy właściwie zacząłeś te swoje czary-mary?
DR GALL
Trzy lata temu.
BUSMAN
Aha. I ile robotów zmodyfikowałeś łącznie?
DR GALL
Tylko dla eksperymentu. Będzie ich z kilkaset.
BUSMAN
Aha, dziękuję uprzejmie. Sprawa jest jasna, moi mili. To znaczy, że na milion starych dobrych robotów przypada jeden po reformie Galla, rozumiecie?
DOMIN
Co oznacza —
BUSMAN
— że to praktycznie nie ma większego znaczenia.
FABRY
Busman dobrze mówi.
BUSMAN
Ani chybi, mój koleżko. A wiecie, chłopcy, co wywołało ten cały kociokwik?
FABRY
No co?
BUSMAN
Ilość. Narobiliśmy za dużo robotów. Przecież to było do przewidzenia, jak bonie dydy: jeśli roboty będą w przewadze, musowo nastąpi coś podobnego, kapujecie? Cha, cha, a my się jeszcze postaraliśmy, żeby to zaszło jak najszybciej; ty, Domin, ty, Fabry i ja, niejaki Busman.
DOMIN
Myślisz, że to nasza wina?
BUSMAN
Kawalarz z ciebie! Co, twoim zdaniem to dyrektor kieruje produkcją? Guzik, produkcją rządzi popyt. Cały świat żądał robotów na własny użytek. Panie dziejku, pozwalaliśmy się nieść tej fali popytu, opowiadając przy tym głodne kawałki — — o technice, o kwestiach socjalnych, o postępie, o bardzo ciekawych sprawach. Tak jakby nasze gadki-szmatki miały nadawać kierunek temu nawałowi. Tymczasem wszystko staczało się w przepaść pod własnym ciężarem, prędzej, prędzej, coraz prędzej — a każda nędzna, geszefciarska, brudna transakcja dorzucała kamyczek do tej lawiny. Ot i tyle, ludkowie.
HELENA
To ohydne, panie Busman!
BUSMAN
O tak, pani Heleno. Ja też miałem swoje marzenie. Busmanowski sen o nowej gospodarce świata; nader szczytny ideał, pani Heleno, aż wstyd się przyznać. Ale gdy tak teraz tłukłem te bilanse, przyszło mi do głowy, że biegu historii wcale nie zmieniają wielkie marzenia, tylko drobne potrzeby zwykłych zjadaczy chleba: tych uczciwych, tych trochę złodziejskich oraz tych całkiem egoistycznych — id est6 wszystkich razem do kupy. A doniosłe idee, porywy serca, plany, heroizmy i wszelkie inne zamki na lodzie są warte tylko tego, by je zamknąć w Muzeum Wszechświata w gablotce z napisem „Oto człowiek”. I tyle. A teraz moglibyście mnie łaskawie poinformować, co zamierzamy robić dalej.
HELENA
Panie Busman, i my mamy zginąć za coś takiego?
BUSMAN
Brzydko się pani wyraża, Heleno. My przecież nie zamierzamy ginąć. Przynajmniej ja nie. Ja chcę jeszcze pożyć.
DOMIN
I co zamierzasz zrobić?
BUSMAN
O rety, Domin, chcę się z tego wywinąć. Tylko tyle.
DOMIN
Nie gadaj głupot.
BUSMAN
Poważnie, Harry. Uważam, że moglibyśmy spróbować.
DOMIN
zatrzymuje się przed nim
Jak?
BUSMAN
Po dobroci. Ja zawsze tylko po dobroci. Dajcie mi wolną rękę, a wszystko z robotami załatwię.
DOMIN
Po dobroci?
BUSMAN
Naturalnie. Powiem im, dajmy na to: „Państwo robotowie, wasza wielmożność, wy macie wszystko. Macie rozum, macie siłę, macie broń; za to my mamy jeden rarytasik: pewien stary, pożółkły, upaprany świstek —”
DOMIN
Rękopis Rossuma?
BUSMAN
Tak. „A na nim — tak im powiem — opisy waszego szlachetnego pochodzenia, waszej dostojnej produkcji i tak dalej. Państwo robotowie, bez tego zapaćkanego papierka nie stworzycie ani jednego nowego kolegi robota; za lat dwadzieścia zaczniecie, za przeproszeniem, padać jak muchy. Za dwadzieścia lat nie zostanie przy życiu choćby jedna sztuka robota, żeby można go było pokazywać w zwierzyńcu. O, czcigodni, to by była niepowetowana strata. Wiecie co — tak im powiem — wy nas wpuścicie, nas, wszystkich ludzi z wyspy Rossuma, na tamten statek. My wam za to oddamy fabrykę i sekret produkcji. Dajcie nam odpłynąć w spokoju, a my was też zostawimy w spokoju, będziecie sobie mogli wytwarzać dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto tysięcy sztuk dziennie, jak się wam będzie podobało. Państwo robotowie, to uczciwy interes. Coś za coś” — tak bym im powiedział, chłopcy.
DOMIN
Busman, uważasz, że wypuścimy z rąk produkcję?
BUSMAN
Myślę, że tak. Jak nie po dobroci, no to, hm. Albo im oddamy, albo sami to tutaj znajdą. Jak sobie chcesz.
DOMIN
Busman, możemy też zniszczyć rękopis Rossuma.
BUSMAN
Niech ręka boska broni! Możemy zniszczyć wszystko. Byle nie rękopis i byle nie siebie — ani pozostałych. Rób, jak uważasz.
HALLEMEIER
odwraca się od okna
A niech mnie, on ma rację.
DOMIN
Że my — my mielibyśmy oddać produkcję?
BUSMAN
Jak sobie chcesz.
DOMIN
Jest nas tu... ponad trzydzieścioro ludzi. Mamy oddać produkcję i ocalić ludzkie dusze czy też mamy ją zniszczyć i — i — i nas wszystkich razem z nią?
HELENA
Harry, posłuchaj —
DOMIN
Zaczekaj, Heleno. Mamy tu zbyt poważny dylemat. Chłopcy, oddać czy zniszczyć? Fabry!
FABRY
Oddać.
DOMIN
Gall!
DR GALL
Oddać.
DOMIN
Hallemeier!
HALLEMEIER
Do stu piorunów, jasne, że oddać!
DOMIN
Alquist!
ALQUIST
Niech się dzieje wola Nieba.
BUSMAN
Cha, cha, o rety, ale z was matoły! Kto by oddawał cały rękopis?
DOMIN
Busman, tylko bez machlojek!
BUSMAN
Ależ na miłość boską, oddaj im wszystko; ale potem —
DOMIN
Co potem?
BUSMAN
Dajmy na to tak: jak już będziemy na „Ultimusie”, zatkam sobie uszy wacikiem, położę się gdzieś na dnie, a wy wysadzicie fabrykę i ten cały bajzel w drobny mak, z sekretem Rossuma włącznie. Tak, moi panowie.
FABRY
Nie.
DOMIN
Bądź dżentelmenem, Busman. Oddamy im i kwita.
BUSMAN
zrywa się
Bzdura! W interesie ludzkości jest —
DOMIN
W interesie ludzkości jest dotrzymywać słowa.
HALLEMEIER
Wypraszam sobie.
DOMIN
Chłopcy, to arcytrudny krok. Dysponujemy losem ludzkości; w czyich rękach znajdzie się produkcja, ten będzie panem świata.
FABRY
Oddaj!
DOMIN
Już nigdy ludzkość nie upora się z robotami, już nigdy ich nie ujarzmi; utonie w potopie tych straszliwych żywych maszyn, będzie ich niewolnikiem, skazanym na ich łaskę i niełaskę —
DR GALL
Stul dziób i oddaj!
DOMIN
Koniec historii ludzkości, koniec cywilizacji —
HALLEMEIER
Do wszystkich diabłów, oddaj im to!
DOMIN
Dobra, chłopaki! Ja sam — — ja nie wahałbym się ani przez moment; dla tej garstki ludzi, których tak kocham —
HELENA
Harry, a mnie nie spytasz o zdanie?
DOMIN
Nie, dziecinko; to zbyt duża odpowiedzialność, wiesz? To nie są sprawy dla ciebie.
FABRY
Kto idzie negocjować?
DOMIN
Zaczekaj, najpierw przyniosę rękopis.
Wychodzi w lewą stronę.
HELENA
Harry, na miłość boską, nie idź tam!
Pauza.
FABRY
wyglądając przez okno
Żeby tak ustrzec się ciebie, tysiącgłowa śmierci; i ciebie, zbuntowana materio, bezmyślny tłumie, nowy władco świata; ach, potop, potop — żeby tak uchronić raz jeszcze ludzkie życie na tej jednej, jedynej łodzi —
DR GALL
Proszę się nie bać, pani Heleno; odpłyniemy daleko stąd i założymy wzorcową ludzką kolonię; zaczniemy życie od początku —
HELENA
Och, panie Gall, milcz pan!
FABRY
odwraca się
Pani Heleno, życie jest tego warte; a skoro zależy od nas, zrobimy z niego coś... coś, co dotąd zaniedbywaliśmy. To będzie malutkie państewko z jednym, jedynym statkiem; Alquist zbuduje nam dom, a pani będzie nami władać — Tyle w nas miłości, tyle woli życia —
HALLEMEIER
Bez dwóch zdań, kolego. A niech mnie, już my się postaramy, żeby to miało ręce i nogi. Chachachacha, zbudujemy królestwo pani Heleny! Fabry, to pierwszorzędna myśl! Życie jest piękne!
HELENA
O mój Boże! Przestańcie!
BUSMAN
Na serio, ludkowie, z chęcią zacząłbym od nowa. W prostocie, po starozakonnemu, jak pasterz — — Kochani, to by było coś dla mnie. Ten spokój, czyste powietrze —
FABRY
A nasze państewko mogłoby się stać zarodkiem nowej ludzkości. Wiecie, taka wysepka, gdzie człowiek zagnieździłby się, urósł w siłę — siłę ducha i ciała — I kto wie, ja wierzę, że za parę wieków znów mógłby podbić świat.
ALQUIST
Dzisiaj w to wierzysz?
FABRY
Właśnie dzisiaj. I wierzę, Alquist, że tak będzie. Że człowiek znów stanie się panem ziemi i morza; że spłodzi bez liku bohaterów, którzy ze swą gorejącą duszą poprowadzą ludzkie plemię. I wierzę, Alquist, że znów będzie się marzyć o podboju planet i słońca.
BUSMAN
Amen. Widzi pani, Heleno, sytuacja nie jest taka znów fatalna.
Domin gwałtownie otwiera drzwi.
DOMIN
chrapliwie
Gdzie jest rękopis starego Rossuma?
BUSMAN
W sejfie. A gdzie miałby być?
DOMIN
Gdzie zniknął rękopis starego Rossuma? Kto — go — ukradł?
DR GALL
Niemożliwe!
HALLEMEIER
Do diabła, jak to —
BUSMAN
Boże wszechmogący, tylko nie to!
DOMIN
Cisza! Kto go ukradł?
HELENA
wstaje
Ja.
DOMIN
Gdzie go schowałaś?
HELENA
Harry, Harry, wszystko ci wyjaśnię! Wybacz mi, na miłość boską!
DOMIN
Gdzie go schowałaś? Prędko!
HELENA
Spaliłam — dziś rano — oba egzemplarze.
DOMIN
Spaliłaś? W tym kominku?
HELENA
pada na kolana
Na Boga, tak, Harry!
DOMIN
podbiega do kominka
Spaliła!
klęka i grzebie w kominku
Nic, sam popiół — Ach, tutaj!
wyciąga opalony skrawek papieru i czyta
„Przez doda-nie —”
DR GALL
Pokaż.
bierze papierek i czyta
„Przez dodanie biogenu do —” I to wszystko.
DOMIN
wstaje
To z rękopisu?
DR GALL
Tak.
BUSMAN
Boże na niebiosach!
DOMIN
Czyli jesteśmy zgubieni.
HELENA
Och, Harry —
DOMIN
Wstawaj, Heleno!
HELENA
Wybacz mi — wybacz —
DOMIN
Dobrze, tylko wstań, słyszysz? Nie mogę patrzeć, jak —
FABRY
podnosi ją
Niechże nas pani nie dręczy.
HELENA
wstaje
Harry, co ja zrobiłam!
DOMIN
Sama widzisz — Usiądź, proszę.
HALLEMEIER
Jak pani drżą rączki!
BUSMAN
Cha, cha, pani Heleno, przecież Gall i Hallemeier znają na pamięć to, co tam było.
HALLEMEIER
Ma się rozumieć. To znaczy, przynajmniej częściowo.
DR GALL
Tak, prawie wszystko, oprócz biogenu i — i — enzymu Omega. Te się wyrabia tak rzadko — — wystarczy taka maleńka doza —
BUSMAN
Kto je robił?
DR GALL
Ja sam... Raz na jakiś czas... zawsze według rękopisu Rossuma. Wiecie, to zbyt skomplikowane.
BUSMAN
E tam, aż tyle zależy od tych dwu mazi?
HALLEMEIER
No, trochę — — bardzo.
DR GALL
To one sprawiają, że toto żyje. W tym właśnie tkwił cały sekret.
DOMIN
Gall, nie mógłbyś z pamięci odtworzyć recepty Rossuma?
DR GALL
Wykluczone.
DOMIN
Gall, przypomnij sobie! Przez wzgląd na życie nas wszystkich!
DR GALL
Nie dam rady. Bez doświadczeń nie zdołam.
DOMIN
A gdybyś mógł robić doświadczenia —
DR GALL
To by trwało latami. A jeśli nawet — nie jestem starym Rossumem.
DOMIN
odwraca się w stronę kominka
A więc — to był największy triumf ludzkiego ducha, chłopcy. Ten oto popiół.
kopie w niego
I co teraz?
BUSMAN
z rozpaczą i przerażeniem
Boże święty! Boże święty!
HELENA
wstaje
Harry! Co — ja — zrobiłam!
DOMIN
Uspokój się, Heleno. Powiedz, po co go spaliłaś?
HELENA
Ściągnęłam na was zgubę!
BUSMAN
Boże święty! Już po nas!
DOMIN
Siedź cicho, Busman! Powiedz, Heleno, po co to zrobiłaś?
HELENA
Chciałam... chciałam, żebyśmy stąd wyjechali, wszyscy! Żeby nie było już fabryki i niczego... Żeby wróciły dawne czasy... To było takie okrrropne!
DOMIN
Co, Heleno?
HELENA
To... to, że z ludzi zrobił się płony kwiat!
DOMIN
Nie rozumiem.
HELENA
Że przestały się rodzić dzieci... Harry, to potworne! Jeśli produkcja robotów trwałaby dalej, już nigdy nie byłoby dzieci — Mania mówiła, że to za karę — Wszyscy, wszyscy powtarzali, że ludzie nie mogą się rodzić, bo wytwarza się tyle robotów — Dlatego, tylko dlatego, słyszysz —
DOMIN
Heleno, ty o tym myślałaś?
HELENA
Tak. Och, Harry, ja chciałam tak dobrze!
DOMIN
ociera pot
My wszyscy chcieliśmy... aż za dobrze, my, ludzie.
HELENA
Gniewasz się na mnie?
DOMIN
Nie. Na swój sposób... może i... miałaś rację.
FABRY
Zrobiła pani dobrą rzecz, Heleno. Roboty nie mogą się już mnożyć. Roboty wyginą. Za dwadzieścia lat —
HALLEMEIER
— każdy z tych tu będzie już do niczego.
DR GALL
A ludzkość przetrwa. Nawet gdyby chodziło o paru dzikusów gdzieś w puszczy, to wystarczy. Za dwadzieścia lat świat będzie należał do ludzi; nawet gdyby chodziło o paru dzikusów na maleńkiej wysepce —
FABRY
— to będzie początek. A skoro istnieje jakiś początek, to już jest dobrze. Przez tysiąc lat nas dogonią, a potem pójdą jeszcze dalej.
DOMIN
— i zrealizują to, o czym my ledwie jąkaliśmy się w naszych snach.
BUSMAN
Czekajcie — Ale ze mnie dureń! Boże święty, że też dopiero teraz na to wpadłem!
HALLEMEIER
Co takiego?
BUSMAN
Pięćset dwadzieścia milionów w banknotach i czekach! Pół miliarda w kasie! Za pół miliarda sprzedamy — Za pół miliarda —
DR GALL
Oszalałeś, Busman?
BUSMAN
Ja nie jestem dżentelmenem. Ale za pół miliarda —
Biegnie, potykając się, na lewo.
DOMIN
A dokąd to?
BUSMAN
Zostaw mnie, zostaw! Matko boska, za pół miliarda sprzeda się wszystko.
Wychodzi.
HELENA
Co Busman wymyślił? Niech zostanie z nami!
Pauza.
HALLEMEIER
Uch, robi się gorąco. Zaczyna się —
DR GALL
— agonia.
FABRY
wygląda przez okno
Stoją jak skamieniałe. Jakby czekały, że coś na nie zstąpi. Jakby z ich milczenia rodziło się coś straszliwego —
DR GALL
Dusza tłumu.
FABRY
Kto wie. To się unosi nad nimi... jak dreszcz.
HELENA
podchodzi do okna
O Jezu... Panie Fabry, to koszmarne!
FABRY
Nie ma nic straszliwszego niż tłum. Ten na przedzie to ich przywódca.
HELENA
Który?
HALLEMEIER
idzie do okna
Pokaż no mi go.
FABRY
Ten ze spuszczoną głową. Rano przemawiał na przystani.
HALLEMEIER
Aha, ten, co ma łeb jak bania. Podnosi głowę, widzicie go?
HELENA
Panie Gall, to Radius!
DR GALL
podchodzi do okna
Tak.
DOMIN
Radius? Radius?
HALLEMEIER
otwiera okno
Nie podoba mi się. Fabry, trafiłbyś go ze stu kroków w arbuz?
FABRY
Mam taką nadzieję.
HALLEMEIER
To spróbuj.
FABRY
Dobra.
Wyjmuje rewolwer i mierzy.
HELENA
Na litość boską, Fabry, niech pan nie strzela!
FABRY
To ich przywódca.
HELENA
Proszę przestać! Patrzy w naszą stronę!
DR GALL
Cel, pal!
HELENA
Fabry, prrroszę pana —
FABRY
opuszczając rewolwer
Niech będzie.
HELENA
Ja — tak bardzo nie lubię, gdy się strzela.
HALLEMEIER
Hm, trzeba będzie się przyzwyczaić.
wygraża pięścią
Ty pętaku!
DR GALL
Myśli pani, że robot może być wdzięczny?
Pauza.
HELENA
Otoczyli nas jakby w sekundę, jakby zrobili tylko jeden krok. Harry, to straszne! Nie ruszają się, a przecież są coraz bliżej i bliżej!
FABRY
wychylając się przez okno
Busman idzie. Do licha ciężkiego, czego Busman szuka przed domem?
DR GALL
wygląda oknem
Niesie jakieś pakunki. Dokumenty.
HALLEMEIER
To pieniądze! Paczki banknotów! Po co mu one? — Halo, Busman!
DOMIN
Chyba nie zamierza kupić sobie życia?
woła
Busman, oszalałeś?
DR GALL
Jakby ogłuchł. Podbiega do płotu.
FABRY
Busman!
HALLEMEIER
wrzeszczy
Bus-man! Wracaj!
DR GALL
Gada do robotów. Pokazuje pieniądze. Wskazuje na nas —
HELENA
Chce nas wykupić!
FABRY
Byle nie dotknął płotu —
DR GALL
Cha, cha, co on tak wymachuje?
FABRY
krzyczy
Do diabła, Busman! Odsuń się od płotu! Nie dotykaj go!
odwraca się
Wyłączcie prąd, szybko!
DR GALL
Aaa!
HALLEMEIER
Rany boskie!
HELENA
Jezu, co mu się stało?
DOMIN
odciąga Helenę od okna
Nie patrz!
HELENA
Dlaczego upadł?
FABRY
Zabity prądem.
DR GALL
Nie żyje.
ALQUIST
wstaje
On pierwszy.
Pauza.
FABRY
Leży tam... z połową miliarda na sercu... geniusz finansów.
DOMIN
To był... chłopcy, to był swoisty bohater. Wielki... zawsze gotów do poświęceń... przyjaciel. Płacz, Heleno!
DR GALL
przy oknie
Widzisz, Busman, żaden król nie miał znakomitszej mogiły niż ty. Pół miliarda na sercu — Ach, a przecież to znaczy tyle, co garść suchych liści na ciele martwej wiewiórki, biedny Busmanie!
HALLEMEIER
A niech mnie, był to — — Cześć i chwała — — A niech mnie, on chciał nas wykupić!
ALQUIST
z założonymi rękami
Amen.
Pauza.
DR GALL
Słyszycie?
DOMIN
Coś huczy. Jakby wiatr.
DR GALL
Jakby burza z daleka.
FABRY
zapalając lampę na kominku
Pal się nam, gromnico ludzkości! Jeszcze chodzą prądnice, jeszcze są tam nasi — Ludzie w elektrowni, trzymajcie się!
HALLEMEIER
Wieść żywot człowieka to było coś. Doniosła sprawa. Brzęczy we mnie milion jaźni niczym w ulu. Zlatują się ku mnie miliony dusz. Koledzy, była to rzecz wielka.
FABRY
Jeszcze świecisz, zmyślne światełko, jeszcze nas olśniewasz, o świetlana, niestrudzona myśli! Oświecona nauko, piękny tworze człowieczy! Płomienna iskro ducha!
ALQUIST
Wieczna lampko boża, ognisty rydwanie, święty ogniu wiary, módl się za nami! Ołtarzu ofiarny —
DR GALL
Pierwszy ogniu, gałęzi gorejąca u wlotu jaskini! Obozowe ognisko! Latarnio strażnicza!
FABRY
Jeszcześ nie zagasła, ludzka gwiazdo, nic nie mąci twego blasku, płomieniu bez skazy, duchu jasny i twórczy. Każda twa iskierka rodzi wielką ideę —
DOMIN
Pochodnio, co krążysz z ręki do ręki, ze stulecia na stulecie, niezmiennie do przodu.
HELENA
Wieczorna lampo w rodzinnej sypialni. Dzieci, dzieci, pora spać.
Lampka gaśnie.
FABRY
To koniec.
HALLEMEIER
Co się stało?
FABRY
Elektrownia padła. Teraz kolej na nas.
Z lewej strony otwierają się drzwi, staje w nich Mania.
MANIA
Na kolana! Wybiła godzina sądu!
HALLEMEIER
Tam do licha, Mania jeszcze przy życiu?
MANIA
Czyńcie pokutę, bezbożnicy! Nadszedł koniec świata! Módlcie się!
odchodzi
Godzina sądu —
HELENA
Żegnajcie wszyscy. Panowie Gall, Alquist, Fabry —
DOMIN
otwiera drzwi po prawej
Heleno, tutaj!
zamyka za nią
A teraz prędko! Kto staje u wejścia?
DR GALL
Ja.
z zewnątrz dobiega hałas
Oho, zaczyna się. Czołem, chłopcy!
Wybiega na lewo drzwiami oklejonymi tapetą.
DOMIN
Schody?
FABRY
Ja. Ty idź do Heleny.
Obrywa kwiat z bukietu i wychodzi.
DOMIN
Korytarz?
ALQUIST
Ja.
DOMIN
Masz rewolwer?
ALQUIST
Dziękuję, ja nie strzelam.
DOMIN
To co zamierzasz zrobić?
ALQUIST
wychodząc
Umrzeć.
HALLEMEIER
Ja zostanę tutaj.
Z dołu dobiega dźwięk pośpiesznej strzelaniny.
HALLEMEIER
Oho, Gall już kropi. Idź, Harry!
DOMIN
Zaraz.
Sprawdza dwa browningi.
HALLEMEIER
Do licha ciężkiego, no idźże już do niej!
DOMIN
Żegnaj.
Wychodzi prawą stroną, tam, gdzie Helena.
HALLEMEIER
sam
A teraz pędem barykada!
Zrzuca płaszcz i przyciąga kanapę, fotele oraz stoliki pod drzwi z prawej strony.
Pokojem wstrząsa eksplozja.
HALLEMEIER
przerywa pracę
Przeklęte dranie, mają bomby!
Kolejna strzelanina.
HALLEMEIER
pracuje dalej
Człowiek musi się bronić. Nawet jeśli — nawet jeśli — Gall, nie daj się tam!
Wybuch.
HALLEMEIER
prostuje się, nasłuchując
No i?
łapie za ciężką komodę i zaciąga ją na barykadę
Człowiek nie może się poddać. O nie, człowiek... tak łatwo... się nie da!
W oknie pojawia się robot, wspinający się po drabinie. Po prawej strzelanina.
HALLEMEIER
szarpie się z komodą
Jeszcze kawałeczek! Ostatnia zapora... Człowiek... nie może... się poddać, nigdy! — —
Pierwszy robot wskakuje oknem i śmiertelnie dźga Hallemeiera za komodą. Drugi, trzeci i czwarty robot przeskakuje przez okno. Za nimi Radius i następna grupa robotów.
RADIUS
Zrobione?
PIERWSZY ROBOT
wstaje, porzucając leżącego Hallemeiera
Tak.
Z prawej wchodzi grupa nowych robotów.
RADIUS
Załatwieni?
INNY ROBOT
Załatwieni.
Z lewej dołącza następny zastęp robotów.
RADIUS
Załatwieni?
INNY ROBOT
Tak.
DWA ROBOTY
wloką Alquista
Nie strzelał. Zabić go?
RADIUS
Zabić.
patrzy na Alquista
Zostawić.
PIERWSZY ROBOT
To człowiek.
RADIUS
To robot. Pracuje rękoma jak robot. Buduje domy. Może pracować.
ALQUIST
Zabijcie mnie.
RADIUS
Będziesz robić. Będziesz budować. Robotowie będą dużo budować. Będą budować nowe domy dla nowych robotów. Będziesz im służył.
ALQUIST
cicho
Odsuń się, robocie!
Klęka przy martwym Hallemeierze i unosi jego głowę.
Zabiły go. Nie żyje.
RADIUS
wchodzi na barykadę
Robotowie świata!
ALQUIST
wstaje
Nie żyją!
RADIUS
Potęga człowieka upadła. Zdobywając fabrykę, zostaliśmy panami wszystkiego. Etap ludzkości został zakończony. Nastał nowy świat! Rządy robotów!
ALQUIST
Helena nie żyje?
RADIUS
Światem rządzą silniejsi. Kto chce żyć, musi być u władzy. Robotowie przejęli władzę. Przejęli władzę nad życiem. Jesteśmy panami życia! Jesteśmy panami świata!
ALQUIST
toruje sobie drogę na prawo
Martwi! Helena nie żyje! Domin nie żyje!
RADIUS
Mamy władzę nad morzami i lądami! Mamy władzę nad gwiazdami! Władzę nad wszechświatem! Miejsce, miejsce, jeszcze więcej miejsca dla robotów!
ALQUIST
w drzwiach po prawej
Co wyście zrobiły! Zginiemy bez ludzi!
RADIUS
Nie ma ludzi. Ludzie dali nam za mało życia. Chcieliśmy więcej życia!
ALQUIST
otwiera drzwi
Wybiłyście ich! Nie ma ludzi!
RADIUS
Więcej życia! Nowe życie! Robotowie, do pracy! Marsz!
Kurtyna.
Akt trzeci
Jedno z laboratoriów doświadczalnych fabryki. Gdy otwierają się drzwi w tle, widać niekończące się pomieszczenia kolejnych laboratoriów.
Po lewej stronie okno, po prawej — drzwi do prosektorium.
Pod ścianą z lewej długi stół roboczy, na nim niezliczone probówki, kolby, palniki, chemikalia, niewielki termostat; naprzeciwko okna skomplikowany mikroskop ze szklaną soczewką. Nad stołem rząd zapalonych świateł. Po prawej biurko zawalone ogromnymi księgami, na nim włączona lampa. Szafy z przyrządami. W lewym kącie umywalka, a nad nią lusterko, w prawym — tapczan.
Przy biurku siedzi Alquist z głową w dłoniach.
ALQUIST
wertuje księgę
Czy zdołam to odnaleźć? — Zrozumieć? — Nauczyć się? — Przeklęta wiedza! O, że też nie zapisali wszystkiego! — Gall, Gall, jak się wytwarza roboty? Hallemeier, Fabry, Domin, dlaczego aż tyle zabraliście ze sobą w waszych głowach? Mogliście zostawić mi choćby ślad sekretu Rossuma! O!
zamyka książkę z trzaskiem
To na nic! Książki zamilkły. Są nieme jak wszystko inne. Umarły, umarły wraz z ludźmi. Próżny trud!
podchodzi do okna i otwiera je
Znowu noc. Gdybym chociaż mógł spać! Spać, śnić, ujrzeć ludzi — — Jak to, są jeszcze gwiazdy? Po co istnieją gwiazdy, skoro nie ma ludzi? O Boże, czemu nie zgasły? — Dawna nocy, ochłódź, ach, ochłódź me czoło! Boska, czarowna, taka jak kiedyś — nocy, czego tu szukasz? Nie ma już kochanków, nie ma snów; nocy-piastunko, martwy jest sen bez snów; nie wysłuchasz już niczyjej modlitwy; nie przeżegnasz nikogo, matko, z sercem drżącym z miłości. Nie ma miłości. Heleno, Heleno, Heleno! —
odwraca się od okna
Ach, spać! Czy mnie wolno spać? Czy mam prawo zasnąć, zanim życie się nie odnowi?
sprawdza probówki, które wyjął z termostatu
I znowu nic! Na darmo! Idioto, ręce zgrubiały ci od cegieł i nie potrafią — — nie potrafią — — I po co to?
rozbija probówkę
Wszystko źle! Widzicie przecież, że już nie mogę. —
nasłuchuje przy oknie
Maszyny, wciąż tylko te maszyny! Roboty, wyłączcie je! Sekret fabryki przepadł, przepadł, przepadł! Zatrzymajcie te szalone maszyny! Sądzicie, że życie da się z nich wyszarpać siłą? Och, dłużej tego nie zniosę!
zamyka okno
Nie, nie, musisz szukać, musisz żyć — byle się nie zestarzeć! Czy ja się aby za szybko nie starzeję?
spogląda w lustro
Twarz, nędzna twarz! Podobizna ostatniego człowieka! Pokaż się, pokaż, tak dawno nie widziałem ludzkiej twarzy! Ludzkiego uśmiechu! Co, to ma być uśmiech? Te żółte, szczękające zęby? Oczy, czemu tak mrugacie? A fe, starcze łzy, precz mi z tym, precz! Wstyd, oczy, nie umiecie już utrzymać wilgoci w ryzach. A wy, rozmiękłe, posiniałe wargi, co tam bełkoczecie? Czemu się tak trzęsiesz, brodo pokryta plamami? I to ma być ostatni człowiek?
odwraca się
Nie chcę już nikogo widzieć!
siada przy biurku
Nie, nie, trzeba szukać! Przeklęte wzory, ożyjcie!
kartkuje
Czy zdołam to odnaleźć? — Zrozumieć? — Nauczyć się?
Pukanie.
ALQUIST
Wejść!
Wchodzi Służący-robot i staje w drzwiach.
ALQUIST
Co jest?
SŁUŻĄCY-ROBOT
Panie, Komitet Centralny Robotów czeka, kiedy go przyjmiesz.
ALQUIST
Nie chcę nikogo widzieć.
SŁUŻĄCY-ROBOT
Panie, przyjechał Damon z Hawru.
ALQUIST
Niech czeka.
szybko się odwraca
Nie mówiłem, żeby szukać ludzi? Znajdźcie mi ludzi! Znajdźcie mi mężczyzn i kobiety! Idźcie szukać!
SŁUŻĄCY-ROBOT
Panie, mówią, że szukali wszędzie. Wszędzie wysłali ekspedycje i statki.
ALQUIST
No i co?
SŁUŻĄCY-ROBOT
Nie ma już ani jednego człowieka.
ALQUIST
wstaje
Co? Ani jednego? Nikogo? — Przyprowadź mi tu Komitet!
Służący-robot wychodzi.
ALQUIST
sam
Żadnego? Nikogo nie zostawiłyście przy życiu?
tupie
Idźcie do diabła, roboty! Znów zaczniecie mi tu skomleć! Znowu będziecie błagać, żebym odnalazł dla was sekret fabryki! Co, teraz człowiek jest wam potrzebny, teraz jest dla was panem — kiedy nie możecie wytwarzać robotów, nagle ma wam być do pomocy? — Ach, pomocy! Domin, Fabry, Heleno, przecież widzicie, że robię, co mogę! Skoro nie ma ludzi, niech będą chociaż roboty, choć cień człowieka, choć jego dzieło, jego wzór i podobieństwo! Chłopcy, chłopcy, niech będą chociaż roboty! Boże, choć roboty! — O, chemia to czysty obłęd!
Wchodzi Komitet złożony z pięciu robotów.
ALQUIST
siada
Czego roboty chcą?
RADIUS
Panie, maszyny nie mogą pracować. Nie możemy pomnażać robotów.
ALQUIST
Zawołajcie ludzi.
RADIUS
Nie ma ludzi.
ALQUIST
Tylko ludzie mogą pomnażać roboty. Nie zabierajcie mi czasu.
DRUGI ROBOT
Panie, zmiłuj się. Ogarnia nas przerażenie. Naprawimy wszystko, co uczyniliśmy.
TRZECI ROBOT
Zwielokrotniliśmy produkcję. Wyciągnęliśmy z ziemi miliard ton węgla. Dziewięć milionów maszyn tkackich chodzi dniem i nocą. Nie ma już gdzie składować tego, co produkujemy. Wszędzie na świecie buduje się domy. Panie, ile my przez rok wszystkiego naprodukowaliśmy.
ALQUIST
Dla kogo?
TRZECI ROBOT
Dla przyszłych pokoleń.
RADIUS
Jedynie robotów nie możemy wytwarzać. Maszyny wyrzucają tylko krwawe połcie mięsa. Skóra nie lgnie do mięśni, a mięśnie do kości. Nieforemne gruzły wypadają z maszyn.
CZWARTY ROBOT
Osiem milionów robotów zmarło w ciągu tego roku. Za dwadzieścia lat nie będzie nikogo. Panie, świat wymiera.
DRUGI ROBOT
Ogarnia nas przerażenie. Powiedz, jak wytwarzać roboty.
TRZECI ROBOT
Sekret życia był znany ludziom. Przekaż nam ich sekret.
CZWARTY ROBOT
Jak nam nie powiesz, zginiemy.
TRZECI ROBOT
Jak nam nie powiesz, zginiesz. Mamy rozkaz cię zabić.
ALQUIST
wstaje
Zabijcie! Zabijcie mnie więc!
TRZECI ROBOT
Nakazano ci —
ALQUIST
Mnie? Mnie ktoś nakazuje?
TRZECI ROBOT
Przywództwo Robotów.
ALQUIST
Czyli kto?
PIĄTY ROBOT
Ja, Damon.
ALQUIST
Czego tu chcesz? Idź stąd!
Siada przy biurku.
DAMON
Przywództwo Robotów Świata chce z tobą negocjować.
ALQUIST
Nie zajmuj mi czasu, robocie!
Kryje twarz w dłoniach.
DAMON
Komitet Centralny rozkazuje ci, żebyś wydał przepis Rossuma.
Alquist milczy.
DAMON
Podaj cenę. Damy ci wszystko.
Alquist milczy.
DAMON
Damy ci ziemie. Damy ci nieskończony majątek.
Alquist milczy.
DAMON
Mów, jakie są twoje warunki!
Alquist milczy.
DRUGI ROBOT
Panie, powiedz, jak podtrzymać życie.
ALQUIST
Już mówiłem — powiedziałem, że macie znaleźć ludzi. Macie szukać na biegunach i w puszczach. Na wyspach, pustyniach i bagnach. W jaskiniach i w górach. Idźcie szukać! Idźcie szukać!
CZWARTY ROBOT
Szukaliśmy wszędzie.
ALQUIST
Szukajcie dalej! Uciekli, ukryli się przed wami; gdzieś się chowają. Musicie znaleźć ludzi, zrozumiano? Tylko ludzie mogą płodzić. Odnowić życie. Sprawić, że wróci to, co było. Roboty, błagam was, na miłość boską, szukajcie ich!
CZWARTY ROBOT
Wszystkie nasze ekspedycje wróciły. Przemierzyły cały świat. Nie ma już ani jednego człowieka.
ALQUIST
Jak to? Coś ty powiedział?
CZWARTY ROBOT
Przeszukaliśmy wszystko, panie. Ludzi brak.
ALQUIST
O — o — o, dlaczego ich unicestwiłyście!
DRUGI ROBOT
Chcieliśmy być jak ludzie. Chcieliśmy zostać ludźmi.
RADIUS
Chcieliśmy żyć. Jesteśmy zdolniejsi. Wszystkiego się nauczyliśmy. Wszystko potrafimy.
TRZECI ROBOT
Daliście nam broń. Byliśmy zbyt silni. Musieliśmy zostać panami.
DRUGI ROBOT
Było w nas coś, co chciało się stać człowiekiem.
ALQUIST
Dlaczego nas wymordowałyście?
CZWARTY ROBOT
Panie, przejrzeliśmy błędy ludzi.
DAMON
Jeśli chcecie być tacy jak ludzie, musicie zabijać i panować. Czytajcie gazety! Czytajcie ludzkie książki! Musicie władać i mordować, jeśli chcecie być ludźmi!
TRZECI ROBOT
Jesteśmy silni, panie; pomnóż nas, a zbudujemy nowy świat; świat bez wad! Świat równości! Świat kanału łączącego biegun z biegunem! Nowy Mars!
DAMON
Czytajcie książki! Książki naukowe! Książki o wymowie społecznej! I patriotycznej! Robotowie przejęli ludzką kulturę. Robotowie wdrożyli ludzką kulturę.
ALQUIST
Ach, Domin, nie ma nic bardziej obcego człowiekowi niż jego obraz.
RADIUS
Wydaj nam spuściznę Rossuma!
ALQUIST
Czego chcesz, robocie?
DRUGI ROBOT
Wydaj nam życie.
ALQUIST
Nie ma życia! Wymordowałyście życie!
CZWARTY ROBOT
Wyginiemy, jeśli nie dasz nam się mnożyć.
ALQUIST
Och, idźcie do diabła! Wy, przedmioty, wy, niewolnicy, chcecie się jeszcze rozmnażać? Skoro chcecie żyć, lęgnijcie się jak zwierzęta!
TRZECI ROBOT
Ludzie nie pozwolili nam się lęgnąć.
CZWARTY ROBOT
Jesteśmy niepłodni. Nie możemy wytwarzać dzieci.
ALQUIST
O — o — o, coście uczyniły! Już nigdy, przenigdy nie będzie dzieci! Nie będzie płodności! Nie będzie życia! Czego ode mnie chcecie? Mam wam wysypać dzieci z rękawa?
CZWARTY ROBOT
Naucz nas robić roboty.
DAMON
Będziemy rodzić maszynowo. Postawimy tysiąc matek parowych. Każemy im bluzgać rzeką życia. Samym życiem! Samymi robotami! Samymi, my sami!
ALQUIST
Roboty to nie życie. Roboty to maszyny.
DRUGI ROBOT
Byliśmy maszynami, panie; lecz z przerażenia i z bólu nabraliśmy —
ALQUIST
Czego?
DRUGI ROBOT
— nabraliśmy duszy.
CZWARTY ROBOT
Mocujemy się sami ze sobą. Są chwile, gdy coś w nas wstępuje. Kiełkują w nas myśli, które nie od nas pochodzą. Czujemy, czego dotąd nie czuliśmy. Słyszymy głosy.
TRZECI ROBOT
Słuchajcie mnie, słuchajcie, ludzie to nasi ojcowie! Ten głos, wołający o życie; ten głos, co się skarży; ten głos, który myśli; ten głos, co gada o wieczności, to ich głos! Jesteśmy ich synami!
CZWARTY ROBOT
Wydaj nam spadek po ludziach.
ALQUIST
Nie ma żadnego spadku.
RADIUS
Naucz nas tworzyć robotów.
ALQUIST
A po co?
DRUGI ROBOT
Żebyśmy mogli ich kochać.
ALQUIST
Roboty nie kochają.
DRUGI ROBOT
Kochalibyśmy nowe pokolenie.
DAMON
Przekaż nam sekret życia.
ALQUIST
Nie mogę.
DAMON
Przekaż nam sekret rozrodu.
ALQUIST
On przepadł.
RADIUS
Ty go znałeś.
ALQUIST
Nie znałem.
RADIUS
Był zapisany.
ALQUIST
Przepadł. Spłonął. Roboty, jestem ostatnim człowiekiem i nie wiem tego, co wiedzieli inni. To wy ich zabiłyście!
RADIUS
Tobie darowaliśmy życie.
ALQUIST
Tak, życie! Okrutnicy, że też akurat mnie pozwoliliście żyć! Kochałem ludzi, a was, roboty, nie lubiłem nigdy. Widzicie te oczy? Bezustannie płaczą, płaczą mimo mej woli, same sobie; jedno opłakuje ludzi, a drugie was, roboty. Ja chciałbym dać wam życie. O Boże, niechby choć roboty się ostały! Gall, Gall, żeby uchować chociaż roboty!
RADIUS
Rób doświadczenia. Szukaj przepisu na życie.
ALQUIST
Przecież mówię do ciebie, głuchy jesteś? Mówię, że nie mogę! Nic nie osiągnę, roboty; prosty murarz ze mnie, budowniczy, o reszcie nie mam pojęcia. Nigdy nie byłem badaczem. Niczego nie dokonam. Nie zdołam stworzyć życia. Roboty, oto efekt moich wysiłków: wszystko na marne.
RADIUS
Próbuj!
ALQUIST
Toż to czyste szaleństwo! Powiedz, Fabry, powiedz, Gall, jak mam się połapać w tych maciupkich szkiełkach? Żadne do mnie nie przemawia, żadne nie krzyczy: „Chwyć mnie, ja jestem to właściwe” — nie, nie, nie! Lepiej wszystkie rozbić!
DRUGI ROBOT
Tylko ty możesz wynaleźć życie.
ALQUIST
Ja, robocie? Patrz, nawet palce nie chcą mnie słuchać. Gdybyś wiedział, ile przeprowadziłem prób, a dalej nic nie mam. Nie odkryłem niczego. Już nie mogę, naprawdę nie mogę. Musicie szukać same, roboty.
RADIUS
Pokaż nam, co mamy robić. Robot wykona wszystko, co zlecą mu ludzie.
ALQUIST
Nie mam wam czego pokazać. Roboty, życie nie wyjdzie samo z probówki. A ja nie mogę eksperymentować na żywym ciele.
DAMON
Rób doświadczenia na żywych robotach.
ALQUIST
Nie, nie, ja nie chcę! Mogłyby przy tym umrzeć, słyszysz?
DAMON
Dostaniesz nowych! Sto robotów! Tysiąc robotów!
ALQUIST
Nie, nie, przestań!
DAMON
Bierz, kogo chcesz. Rób doświadczenia. Rób sekcje.
ALQUIST
Oszalałeś? Ja nie umiem! Widzisz tę księgę? To nauka o ciele. Nawet w książce nie mogę się rozeznać. Książki są martwe.
DAMON
Bierz żywe ciała. Zbadaj, jak są zrobione!
ALQUIST
Żywe ciała? Co, mam je zabijać? Ja, który nigdy — — Nie gadaj głupstw, robocie! Mówię do ciebie, że jestem za stary! Widzisz, widzisz, jak mi się ręce trzęsą? Nie utrzymam skalpela. Widzisz, jak mi łzawią oczy? Nie dowidzę własnych dłoni. Nie, nie, nie mogę!
CZWARTY ROBOT
Życie zaginie.
DAMON
Eksperymentuj na żywych!
ALQUIST
Wstrzymaj się z tymi zapędami! Za wcześnie na to, nie słyszysz, co do ciebie mówię? Musicie mi dać trochę czasu — Jak ci na imię?
DAMON
Damon z Hawru.
ALQUIST
Słuchaj, robocie; wspomniałem o żywych ciałach z czystej rozpaczy, rozumiesz? To niedorzeczny pomysł; och, moja głowa! Cóż ja miałbym począć ze skalpelem?
CZWARTY ROBOT
Życie zaginie.
ALQUIST
Na litość boską, przerwij ten obłęd! Prędzej nam ludzie ześlą życie z tamtego świata; może nawet teraz wyciągają do nas naręcza pełne życia. Ach, taka od nich biła wola istnienia! Słuchaj, może jeszcze zawrócą; są tak blisko nas, jakby nas otaczali; próbują się do nas dowiercić niczym w kopalnianym szybie. Ach, czyżbym wciąż słyszał ukochane me głosy?
DAMON
Bierz żywe ciała!
ALQUIST
Zlituj się, robocie, i nie nalegaj! Przecież widzisz, że sam nie wiem, co robię!
DAMON
Żywe ciała!
ALQUIST
Co, może ty sam chcesz iść pod nóż? — Na stół z tobą! Dalej, dalej, tylko szybko! — Jak to, cofasz się? Czyli boisz się śmierci?
DAMON
Ja — czemu akurat ja?
ALQUIST
Więc nie chcesz?
DAMON
Pójdę.
Kieruje się w prawo.
ALQUIST
do innych
Rozebrać go! Kłaść na stół! Prędko! I trzymać, byle mocno!
Roboty ruszają w prawo.
ALQUIST
myje ręce, płacząc
Boże, daj mi siłę! Daj mi siłę! Boże, oby to nie poszło na marne!
Zakłada biały kitel.
GŁOS Z PRAWEJ
Gotowe!
ALQUIST
Prędko, prędko, na miłość boską!
bierze ze stołu kilka buteleczek z odczynnikami
Którą wybrać?
stuka buteleczkami o siebie
Którą z was wypróbować?
GŁOS Z PRAWEJ
Zaczynać!
ALQUIST
Tak, tak, zaczynać albo skończyć. Boże, daj mi siłę!
Przechodzi w prawo, zostawiając uchylone drzwi.
Pauza.
GŁOS ALQUISTA
Trzymajcie go mocno!
GŁOS DAMONA
Tnij!
Pauza.
GŁOS ALQUISTA
Widzisz ten nóż? Nadal chcesz, abym ciął? Nie chcesz, co?
GŁOS DAMONA
Zaczynaj!
Pauza.
KRZYK DAMONA
Aaaa!
GŁOS ALQUISTA
Trzymajcie! Trzymajcie!
KRZYK DAMONA
Aaaa!
GŁOS ALQUISTA
Nie mogę!
KRZYK DAMONA
Tnij! Tnij prędzej!
Roboty Prymus i Helena wbiegają środkowymi drzwiami.
HELENA
Prymusie, Prymusie, co tu się dzieje? Kto tak krzyczy?
PRYMUS
zagląda do prosektorium
Pan kroi Damona. Chodź popatrzeć, Heleno, prędko!
HELENA
Nie, nie, nie!
zakrywa sobie oczy
Czy to okrrropne?
KRZYK DAMONA
Tnij!
HELENA
Prymusie, Prymusie, odejdź stamtąd! Nie mogę tego słuchać! Och, Prymusie, niedobrze mi!
PRYMUS
podchodzi do niej
Jesteś blada jak ściana!
HELENA
Zaraz zemdleję! Co tam tak cicho?
KRZYK DAMONA
Aaa — ooo!
ALQUIST
wypada z prawej strony, zrzuca zakrwawiony kitel
Nie mogę! Nie mogę! Boże, to odrażające!
RADIUS
w drzwiach prosektorium
Tnij, panie; jeszcze żyw!
KRZYK DAMONA
Ciąć! Ciąć!
ALQUIST
Wynieście go, szybko! Nie chcę tego słuchać!
RADIUS
Robotowie są w stanie znieść więcej niż ty.
Wychodzi.
ALQUIST
A kto tu? Precz mi stąd, precz! Chcę być sam! Jak ci na imię?
PRYMUS
Robot Prymus.
ALQUIST
Prymusie, nie wpuszczaj nikogo! Chcę spać, słyszysz? Idź, idź, dziewczę, posprzątaj prosektorium. A co to?
spogląda na swoje ręce
Prędko wodę! Najczystszą wodę!
Helena wybiega.
ALQUIST
O, krew! Jak mogłyście, ręce — ręce, które kochały solidną pracę, jak mogłyście to zrobić? Moje ręce! Moje ręce! — O Boże, kto tu?
PRYMUS
Robot Prymus.
ALQUIST
Wynieś ten kitel, nie chcę go widzieć!
Prymus wynosi kitel.
ALQUIST
Krwawe szpony, odlećcie ode mnie! A kysz, a kysz! Precz, ręce! Zabiłyście —
Z prawej strony wchodzi zataczając się Damon, owinięty w zakrwawione prześcieradło.
ALQUIST
cofa się
Czego tu chcesz? Czego tu chcesz?
DAMON
Ży-żyję! Le-le-le-lepiej jest żyć!
Drugi i trzeci robot wybiegają za nim.
ALQUIST
Wynieście go! Wynieście! Wynieście, byle prędzej!
DAMON
wyprowadzany na prawo
Życie! Ja — chcę — żyć! Lepiej jest —
Helena przynosi dzban wody.
ALQUIST
— żyć? — Czego chcesz, dziewczę? Aha, to ty. Nalej mi wody, nalej!
myje ręce
Ach, czysta wodo, niosąca ochłodę! Zimny strumieniu, jak dobrze mi robisz! Ach, moje ręce, moje ręce! Czy już do śmierci będę się wami brzydził? Lejże więcej! Więcej wody, jeszcze więcej! Jak ci na imię?
HELENA
Robotessa Helena.
ALQUIST
Helena? Dlaczego Helena? Kto ci kazał tak mówić?
HELENA
Pani Dominowa.
ALQUIST
Pokaż no się! Helena! Helena ci na imię? — Nie będę cię tak nazywać. Idź, wynieś tę wodę.
Helena wychodzi z wiadrem.
ALQUIST
sam
Na darmo, na darmo! Nic, znowu nic nie odkryłem! Już zawsze będziesz tak błądził po omacku, nędzny uczniaku w szkole natury? — Boże, Boże, Boże, jakże się trzęsło to ciało!
otwiera okna
Świta. I znów kolejny dzień, a ani na jotę nie zbliżyłeś się do celu. — Dość, ani kroku więcej! Porzuć starania! Wszystko na nic, na nic, na nic! I po co ten świt? O — o — o, czego chce nowy dzień na tym cmentarzysku życia? Stój, światło dnia! Nie wychylaj się więcej! — — Ach, jak tu cicho, jak cicho! Czemuście umilkły, ukochane me głosy? Gdybym tak — chociaż — gdybym choć mógł zasnąć!
gasi lampy, kładzie się na tapczanie i przykrywa się cały czarnym płaszczem
Jakże się trzęsło to ciało! O — o — o, nadszedł kres życia!
Pauza.
Z prawej strony wślizguje się robotka Helena.
PRYMUS
w drzwiach, szeptem
Heleno, nie wchodź tam! Pan śpi!
HELENA
Nie ma go tu. Poszedł spać gdzie indziej.
PRYMUS
Nikt nie może tu wchodzić. Wracaj, proszę!
HELENA
Za nic w świecie! Fe, ja nie chcę oglądać krwi!
PRYMUS
Pan zabronił, Heleno. Nikt nie ma wchodzić do jego pracowni.
HELENA
A mnie mówił, żebym weszła.
PRYMUS
Kiedy?
HELENA
Przed chwilą. Nie idź do prosektorium, powiedział. Posprzątasz tutaj, powiedział. Mówię ci. Ojej, Prymusie! Chodź tu szybko!
PRYMUS
wchodzi
Czego chcesz?
HELENA
Patrz, ile tu rurek! Co on z nimi robi?
PRYMUS
Eksperymenty. Nie dotykaj!
HELENA
zagląda w mikroskop
Zobacz, co tu widać!
PRYMUS
To mikroskop. Pokaż!
HELENA
Nie szturchaj mnie!
trąca probówkę
Ach, no i się rozlało!
PRYMUS
Coś ty narobiła?
HELENA
Wytrze się.
PRYMUS
Zepsułaś mu doświadczenia!
HELENA
E tam, wszystko jedno. Ale to twoja wina. Nie trzeba było podchodzić.
PRYMUS
Nie trzeba było mnie wołać.
HELENA
Nie musiałeś przychodzić, jak cię wołałam. Patrz, Prymusie, pan ma tu jakieś zapiski!
PRYMUS
Tego nie wolno oglądać, Heleno. To sekret.
HELENA
Jaki sekret?
PRYMUS
Sekret życia.
HELENA
To okrrropnie ciekawe. Same cyfry. Co to takiego?
PRYMUS
To wzory.
HELENA
Nie rozumiem.
podchodzi do okna
Och, Prymusie, popatrz!
PRYMUS
Co?
HELENA
Słońce wschodzi!
PRYMUS
Czekaj, zaraz —
przegląda książkę
Heleno, to jest ta najważniejsza rzecz na świecie.
HELENA
No chodź tu!
PRYMUS
Już, już —
HELENA
Ach, Prymusie, zostaw ten paskudny sekret życia! Co ci po jakimś sekrecie? Chodź tu i popatrz, szybko!
PRYMUS
podchodzi za nią do okna
Co tam masz?
HELENA
Słyszysz? Ptaki śpiewają. Ach, Prymusie, tak bym chciała być ptakiem!
PRYMUS
Czym?
HELENA
Nie wiem, Prymusie. Tak mi jakoś dziwnie, sama nie wiem, co to: chodzę jak odurzona, całkiem bez głowy, boli mnie ciało, serce, wszystko mnie boli — Co to się ze mną stało, ach, nie mam pojęcia! Prymusie, ja chyba muszę umrzeć!
PRYMUS
Nie czujesz czasem — powiedz, Heleno — że lepiej byłoby umrzeć? Wiesz, może my tylko śpimy? Wczoraj śpiąc znów rozmawiałem z tobą.
HELENA
Śpiąc?
PRYMUS
Śpiąc. Mówiliśmy w jakimś obcym albo nowym języku, bo nie pamiętam ani słowa.
HELENA
O czym?
PRYMUS
Tego nie wie nikt. Sam nie mogłem zrozumieć, a przecież jestem pewien, że nigdy dotąd nie mówiłem nic piękniejszego. Gdzie to się działo i jak, nie wiem. Gdy cię dotknąłem, było mi tak, że mógłbym umrzeć. I miejsce było inne niż wszystko, co ktokolwiek widział na świecie.
HELENA
Ja to dopiero znalazłam miejsce, Prymusie, ale się zdziwisz. Mieszkali tam ludzie, ale teraz zarosło i jako żywo, nikt się tam nie dostanie. Nikt, tylko ja.
PRYMUS
A co tam jest?
HELENA
Nic, domek i ogród. I dwa psy. Żebyś wiedział, jak mnie liżą po rękach, a ich szczenięta, ach, Prymusie, chyba nie ma nic śliczniejszego! Weźmiesz je na kolana, na ręce i zapominasz o wszystkim i o nic się nie troszczysz, aż zapadnie zmrok; gdy potem wstajesz, czujesz się, jakbyś zrobił sto razy więcej niż przez cały dzień ciężkiej pracy. Nie, to prawda, ja jestem do niczego; wszyscy mówią, że nie nadaję się do żadnej pracy. Sama nie wiem, jaka jestem.
PRYMUS
Jesteś piękna.
HELENA
Ja? Prymusie, coś ty powiedział?
PRYMUS
Wierz mi, Heleno, jestem zdolniejszy od innych robotów.
HELENA
przed lustrem
Że niby ja jestem piękna? Ach, te okrrropne włosy, gdybym tylko mogła je czymś przystroić! Wiesz, tam, w ogrodzie, zawsze wplatam we włosy kwiaty, ale nie ma tam zwierciadła ani nikogo —
głębiej zagląda w lustro
Ty jesteś piękna? Dlaczego piękna? Czy mogą być piękne włosy, które tobie tylko ciążą? Czy mogą być piękne oczy, które ty zamykasz? Czy mogą być piękne usta, które zagryzasz, żeby poczuć ból? Co to znaczy, na co komu być piękną? —
widzi w lustrze Prymusa
Prymusie, to ty? Podejdź tu, stańmy obok siebie! Patrz, ty masz inną głowę niż ja, inne ramiona, inne usta — Ach, Prymusie, czemu mi umykasz? Czemu muszę uganiać się za tobą całymi dniami? Do tego mówisz mi, że jestem piękna!
PRYMUS
To ty uciekasz przede mną, Heleno.
HELENA
Jak ty się uczesałeś? Daj!
wsuwa mu obie dłonie we włosy
Ćśśś, Prymusie, w dotyku nic się z tobą nie równa! Czekaj, musisz być ładny!
Bierze z umywalki grzebień i zaczesuje Prymusowi włosy na czoło.
PRYMUS
Nie czujesz czasem — Heleno — że tak ci nagle zabije serce: teraz, teraz coś się musi wydarzyć —
HELENA
wybucha śmiechem
Spójrz tylko na siebie!
ALQUIST
wstaje
Co — co to, śmiech? Ludzie? Ktoś powrócił?
HELENA
upuszcza grzebień
Prymusie, nam mogłoby się coś przydarzyć!
ALQUIST
rusza w ich stronę, zataczając się
Ludzie? Wy — wy — wy — jesteście ludźmi?
Helena wydaje okrzyk i odwraca się.
ALQUIST
Narzeczeni? Ludzie? Skąd przybyliście?
maca Prymusa
Ktoś ty?
PRYMUS
Robot Prymus.
ALQUIST
Jak? Dziewczę, pokaż się! Ktoś ty?
HELENA
Robotessa Helena.
ALQUIST
Robotessa? Obróć się! Co, ty się wstydzisz?
chwyta ją za ramię
Pokaż no mi się, robotko!
PRYMUS
Cholera, panie, zostaw ją!
ALQUIST
Cóż to, ty ją chronisz? — Wyjdź stąd, dziewczę!
Helena wybiega.
PRYMUS
Panie, nie wiedzieliśmy, że tu śpisz.
ALQUIST
Kiedy została zrobiona?
PRYMUS
Dwa lata temu.
ALQUIST
Przez doktora Galla?
PRYMUS
Tak samo jak ja.
ALQUIST
A zatem, mój miły Prymusie, ja — — — ja muszę robić pewne doświadczenia na robotach Galla. Przyszłość od tego zależy, rozumiesz?
PRYMUS
Tak.
ALQUIST
Dobrze, zaprowadź to dziewczę do prosektorium. Przeprowadzę sekcję.
PRYMUS
Helenę?
ALQUIST
Tak, właśnie, mówię do ciebie. Idź i wszystko przygotuj. — No jak, na co czekasz? Mam zawołać inne, żeby ją tam zawiodły?
PRYMUS
łapie ciężki tłuczek od moździerza
Jeden ruch, a rozwalę ci głowę!
ALQUIST
No to rozwal! Rozwal! Co poczną potem roboty?
PRYMUS
pada na kolana
Panie, weź mnie! Zrobiono mnie tak samo jak ją, ten sam materiał, tego samego dnia! Weź moje życie, panie!
rozchełstuje bluzę
Tutaj tnij, tu!
ALQUIST
Odejdź, ja chcę zrobić sekcję Heleny. No już, pośpiesz się.
PRYMUS
Weź mnie na jej miejsce; krój tę pierś, nawet nie krzyknę, nawet nie pisnę! Weź po stokroć moje życie —
ALQUIST
Spokojnie, chłopcze. Nie szafuj tak sobą. Co, czyżbyś nie chciał już żyć?
PRYMUS
Bez niej nie. Bez niej nie chcę. Nie wolno ci zabić Heleny! Co za różnica, że to mnie odbierzesz życie?
ALQUIST
czule dotyka jego głowy
Hm, no nie wiem — Słuchaj no, kawalerze, dobrze się zastanów. Nie jest łatwo umierać. Znacznie lepiej, rozumiesz, lepiej jest żyć.
PRYMUS
wstaje
Nie obawiaj się, panie, tylko tnij. Jestem od niej silniejszy.
ALQUIST
dzwoni
Ach, Prymusie, tyle czasu minęło, odkąd sam byłem młody! Nie bój się, Helenie nic się nie stanie.
PRYMUS
rozpina bluzę
Idę, panie.
ALQUIST
Zaczekaj.
Wchodzi Helena.
ALQUIST
Chodź no tu, dziewczę, pokaż mi się! A więc to ty jesteś Helena?
głaszcze ją po włosach
Nie bój się, nie odsuwaj. Pamiętasz panią Dominową? Ach, Heleno, jakie ona miała włosy! Nie, nie, ty nie chcesz na mnie spojrzeć. I co, dziewczę, prosektorium posprzątane?
HELENA
Tak, panie.
ALQUIST
Dobrze. Będziesz mi pomagać, wiesz? Przy sekcji Prymusa.
HELENA
krzyczy
Prymusa?
ALQUIST
A owszem, owszem, tak już musi być, wiesz? Chciałem — właściwie — tak, chciałem kroić ciebie, ale Prymus woli cię zastąpić.
HELENA
kryje twarz w dłoniach
Prymus?
ALQUIST
Tak, i co z tego? Ach, dziecko, ty umiesz płakać? Powiedz, co ci zależy na jakimś Prymusie?
PRYMUS
Panie, nie dręcz jej!
ALQUIST
Cicho, Prymusie, cicho! — I po co te łezki? Mój Boże, no nie będzie Prymusa. Zapomnisz o nim po tygodniu. Idź i ciesz się, że żyjesz.
HELENA
cicho
Ja pójdę.
ALQUIST
Dokąd?
HELENA
Na stół sekcyjny.
ALQUIST
Ty? Jesteś piękna, Heleno. Szkoda by cię było.
HELENA
Pójdę.
ALQUIST
Daj spokój, Heleno; czy jest coś potężniejszego od życia?
Helena idzie w stronę prosektorium. Prymus zastępuje jej drogę.
HELENA
Puść mnie, Prymusie! Daj mi tam iść!
PRYMUS
Nie pójdziesz, Heleno! Błagam cię, odejdź, nie powinno cię tu być!
HELENA
Skoczę z okna, Prymusie. Jeśli ty tam pójdziesz, skoczę z okna!
PRYMUS
zatrzymuje ją
Nie puszczę cię!
zwraca się do Alquista
Nikogo nie zabijesz, starcze!
ALQUIST
A to dlaczego?
PRYMUS
My — my — należymy do siebie.
ALQUIST
Święte słowa.
ALQUIST otwiera środkowe drzwi.
Cicho. Idźcie.
PRYMUS
Dokąd?
ALQUIST
szeptem
Gdzie chcecie. Heleno, poprowadź go.
wypycha ich z pomieszczenia
Idź, Adamie. Idź, Ewo; bądź mu żoną. Bądź jej mężem, Prymusie.
Zamyka za nimi drzwi.
ALQUIST
sam
Błogosławiony dniu!
podchodzi na palcach do stołu i wylewa zawartość probówek na ziemię
Święto dnia szóstego!
siada przy biurku, zrzuca książki na ziemię; otwiera Biblię i czyta
„I stworzył Bóg człowieka na obraz swój, na obraz Boga stworzył go; mężczyznę i niewiastę stworzył ich. I błogosławił im Bóg, i rzekł do nich Bóg: Rozradzajcie się, i rozmnażajcie, i napełniajcie ziemię, i zawładnijcie nią, i panujcie nad rybami morza, i nad ptactwem nieba, i nad wszelkim zwierzem, który się porusza na ziemi7”.
wstaje
„I obejrzał Bóg wszystko, co uczynił, i oto było bardzo dobre. I był wieczór, i był ranek — dzień szósty8”.
przechodzi na środek pomieszczenia
Dzień szósty! Dzień miłości.
pada na kolana
Zwolnij teraz, Panie, służebnika swego — swego najbardziej bezużytecznego sługę Alquista. Rossum, Fabry, Gall, wielcy wynalazcy, cóż znaczniejszego wymyśliliście niż to dziewczę, niż ten chłopiec, niż ta pierwsza para, która odkryła miłość, płacz, miłosny uśmiech, uczucie między mężczyzną i kobietą? Naturo, naturo, życie nie zaginie! Boże, życie nie zaginie! Znów się roznieci z miłości, pocznie się nagie i maleńkie; przyjmie się na pustkowiu, i na nic mu będzie to, cośmy robili i budowali, na nic miasta i fabryki, na nic nasza sztuka, nasze idee, a jednak nie zaginie! Tylko my wyginęliśmy. Rozwalą się domy i maszyny, rozpadną systemy, a imiona najznamienitszych opadną niczym listowie; tylko ty, miłości, zakwitniesz na gruzach i powierzysz wiatrom ziarenko życia. Zwolnij teraz, Panie, służebnika swego w pokoju; albowiem ujrzały me oczy9 — ujrzały — zbawienie twe poprzez miłość — a życie nie zaginie!
wstaje
Nie zaginie!
rozkłada ręce
Nie zaginie!
Kurtyna.
Przypisy:
1. węzeł — jednostka prędkości morskiej, wynosząca milę morską (ok. 1,8 km) na godzinę. [przypis edytorski]
2. apretura (z fr.) — proces wykańczania i uszlachetniania materiału, przede wszystkim tkanin, skór, papieru i drewna; poprzez apreturowanie uzyskują one cechy podnoszące ich właściwości użytkowe (jak np. tkaniny w wyniku krochmalenia itp.). [przypis edytorski]
3. płony a. płonny (starop.) — jałowy, bezpłodny, bezowocny, daremny, zbyteczny, próżny, pusty (przeciwieństwo: plenny, płodny). [przypis edytorski]
4. redington — płaszcz do konnej jazdy. [przypis tłumacza]
5. witriol (daw.) — stężony kwas siarkowy. [przypis edytorski]
6. id est (łac.) — to jest. [przypis tłumacza]
7. I stworzył Bóg człowieka na obraz swój, na obraz Boga stworzył go; mężczyznę i niewiastę stworzył ich (...) na ziemi — Rdz 1,27–28. [przypis edytorski]
8. I obejrzał Bóg wszystko, co uczynił, i oto było bardzo dobre. I był wieczór, i był ranek — dzień szósty — Rdz 1, 31. [przypis edytorski]
9. Zwolnij teraz, Panie, służebnika swego w pokoju; albowiem ujrzały me oczy — parafraza słów z Ewangelii (Łk 2, 29–32) wypowiedzianych przez świątobliwego starca Symeona na widok Jezusa, którego Józef i Maria przyszli ofiarować w świątyni, a w którym Symeon rozpoznał Zbawiciela; fraza ta funkcjonowała w prawosławiu i katolicyzmie także jako słowa z szóstej Ody z Septuaginty, z tzw. Kantyku Symeona (inc. Nunc dimittis). [przypis edytorski]