Jobsjada

Epos komiczne

Rozdział pierwszy

Przedmowa, przy czym autor postanawia opisać historię nieboszczyka Hieronima Jobsa, a także książkę swoją w świat z ojcowskim błogosławieństwem wyprawuje.

By nudne chwile skrócić mnie i tobie,

Mój czytelniku, oto się sposobię

Do opisania, jako żył

Jobs Hieronimus i kim był.

Dowiesz się tedy1, gdy jesteś ciekawy,

Jak dziwne były życia jego sprawy

I jak — gdziekolwiek padła kość —

Mógł Hieronimus w sławę rość.

Nie wszystko wszakże w karty się te wkłada,

A tylko, co już niezbędnie wypada,

Gdyż książki mało, by na jaw

Dać pełny regestr2 jego spraw.

Wiem wprawdzie o mym bohaterze wiele,

Część przecież tylko tutaj z tobą dzielę

I opisuję, czym się rad3

Od przyjścia wsławiał na ten świat.

A iż w świętego Apollina4 darze

Mam kunszt składania wierszyków po parze,

Więc zamiast prozy, jak mógłbym,

Wybrałem raczej piękny rym.

Nie zawsze wprawdzie wiersz mój stoi w rzędzie,

I stać też z miarą tu i z wagą będzie,

Lecz niech zawczasu każdy wie,

Że się to luźny burlesk5 zwie.

Wszak z rodu jeszcze od Hans-Sachsa6 szewca —

Praszczura7 mego — jestem sobie piewca,

A kiedy piszę, to jak w dym

Do pióra mego leci rym.

Więc śmiać się wcale z czego tutaj nie ma,

Ksiądz Baka8 przecież pisał też poema,

W którym tak forma, jak i treść

Nie warte za mną butów nieść.

Są wprawdzie u mnie strofy kulejące,

Na krótkich zbytnio stopach, jak zające,

Lecz inne za to lecą w cwał

Na nazbyt długich, jak Bóg dał.

Dość biedy także podjąłem i trudu,

By stanąć mogła zacnie przed sąd ludu

Ta księga, zdobna w wiele kart,

Na których obraz wiersza wart.

A kiedym nie mógł nowych znaleźć w miarę,

Tam, gdzie popadłem, brałem też i stare,

Które — jak łatwo sprawdzić wam —

Plus-minus wchodzą do swych ram.

Choć Chodowiecki9 rylcem ich nie żłobił,

Takem dobierał i takem sposobił,

By przepchnąć mogły akurat

To dzieło przez ciernisty świat.

Nie ryli mi ich w miedzi sławni mistrze,

Lecz rymy do nich nie są też najczystsze;

Tak więc zgodzone rzeczy dwie

Nie będą w książce czubić się.

Więc nie chcę cię tu już wstrzymywać dłużej,

o księgo moja, w twej na świat podróży,

Wszak wiele gorszych niźli ty

Przed sam się ołtarz pcha na mszy.

A na ostatek, na wszelki przypadek,

Jako autor i twych zalet świadek,

To, na co serce ojca stać —

Krzyż ci na drogę chcę tu dać.

Niechaj ci niebo pochód da zwycięski,

Wskroś krytyk, molów, fidybusów10 klęski

I innych, które niszczą druk,

Zwyczajnych księgom szkód i trwóg!

Miejże wśród Szwabów i wśród inszych nacji

Tłum czytelników pełnych admiracji,

Aby pisanie, papier, druk

Nie szły na marne, chowaj Bóg!

Z wszech zaś każdemu, kto płaci i czyta,

Piękny komplement pal zaraz z kopyta,

A krytykowi, co cię zjeść

Zechce, oświadczaj swoją cześć.

Przy czym pokornie, jako ci przystoi,

Mędrcowi temu ku obronie swojej

Rzeknij jak cichy, skromny gość:

«I sam wszak bredni piszesz dość».

Rozdział drugi

z którego czytelnik dowiaduje się o rodzicach bohatera, jak się urodził, a także o dającym do myślenia śnie, jaki miała matka jego.

Zanim się dalej puszczę et cetera11...

O rodzie powiem mego bohatera,

A także słówko albo trzy

O miejscu, w którym zaczął dni.

Mieszkał ród jego w Szwabii, w zacnym mieście,

Gdzie domów było co najmniej ze dwieście,

I gdzie Jobs senior, chłop na schwał,

Pierwszy głos w Radzie miejskiej miał.

Bogacz to był. Miał krowy, mnogie stada,

Dzieci uczciwa była też gromada,

Chłopców i dziewcząt cały huk —

Żył więc Jobs senior, jako mógł.

Handelek winny miał na samym rogu,

Był miły ludziom, sobie, Panu Bogu,

A czy w Ratuszu, czy też gdzie,

Obchodzić z groszem umiał się.

Z wyznania prawy był to luteranin,

Nie zaś kancista12 lub jaki wolfianin,

A to z przyczyny, iż na świat

Bez filozofii patrzył rad.

W naukach przecież spore miał zasługi,

Do szkoły chodził rok jeden i drugi,

Wyższą więc mądrość posiadł stąd

Niż panów Radnych cały rząd.

Współbraci nieraz chętnie wspierał w nędzy,

Gdy fant13 był pięćkroć więcej wart pieniędzy,

Brał dziesięć od sta14, nie pruł żył,

Był niski, pocił się i tył.

Miastu swych ojców wiernie czynem służył,

Jadł, pił, z cybucha godnie fajkę kurzył

I ulubiony «Morgenblatt»

Przy cienkiej kawie czytał rad.

Podagrę15 miewał w stopie i w kolanie,

Na żółci srodze cierpiał też ulanie,

Urząd swój przecie dźwigał rad,

Właśnie jak Atlas16 dźwiga świat.

Matka, co miała herb w swym starym rodzie,

Najwymowniejszą damą była w grodzie,

Sucha, a taka pełna cnót,

Że ni w tył bez nich, ani w przód.

Lecz jak się i jagniętom skromnym zdarza,

Gdy już odejdą wreszcie od ołtarza,

Przy sposobności tak i siak

Dawała władzy swojej znak.

Że różnie w domu było, łaski nieba,

Tłumaczyć przecież mężom nie potrzeba,

Lecz mimo swarów, mimo zwad,

Przykład z tej pary mógł brać świat.

Mieli więc — żyjąc różnie, jak się dało —

Progeniturę17 wielce okazałą,

Kiedy Jobsowi żona znów

Szepnęła w ucho kilka słów.

Czas leci chyżo... Jutro goni wczora...

Rozlicza pani — bliski czas i pora!

Więc przysposabia cały kram,

A resztę zrobi bocian sam.

Jemu powierzmy zatem ową sprawę,

A ja zdarzenie zaiste ciekawe

Lub raczej treść opowiem snu,

Który, jak raz, pasuje tu.

Mądry, kto wieszczych snów nie lekceważy!

Tak w Testamencie zawżdy18 czynią starzy,

Tak czyń i teraz każdy z was,

Choć się kaducznie19 zmienił czas.

Pani Jobsowa śpi w łożu i marzy

(A we śnie wielce było jej do twarzy),

Wtem zdało jej się — strzeż ją Bóg! —

Że zamiast dziecka rodzi — róg.

Zlękła się srodze, aż owy róg właśnie

Jak nie zachrapie! jak na głos nie wrzaśnie!

Więc biedna pani się co tchu

W potach zbudziła z swego snu.

Ledwo dzień błysnął, bieży do sąsiadki,

Co dar wróżenia ze snów miała rzadki,

Ta z rady w radę zgadła wraz,

Że chłopak będzie, i to — bas.

A jako znaczyć tamten róg nie może

Nic, tylko właśnie dzielne sługi boże,

Więc oczywista, iż ten syn

Z ambony będzie karcił gmin!

Czy miała słuszność — trudno dzisiaj dociec.

Wierzyła matka, wierzył i pan ociec.

My dajmy chłopcu dojść do lat,

A przedtem jeszcze — przyjść na świat.

Wśród betów, sznurków, jaśków i poduszek,

Chust, powijaków, powłoczek, pieluszek,

W trzydziestym września, w termin sam,

Zapukał gość do życia bram.

Ach, co za radość kwitnie w całym dworze,

Jak się senator cieszył — dobry Boże! —

Kiedy mu babka pod sam nos

Podetkła z dzieckiem pieluch stos!

Rozdział trzeci

jak panią położnicę Jobsową nawiedziły przyjaciółki i co pani Schnepperle dziecku przepowiedziała.

Więc gdy w połogu — jako wyżej mowa —

Legła z Jobsiątkiem swym pani Jobsowa,

Spał nasz bohater przy niej tuż,

Ani się troszcząc, że żył już.

Jak domownicy szli go w ręce chwytać,

O tym się nie da ni pisać, ni czytać:

Krewni, sąsiedzi, każdy miał

W szczęściu tym udział — lub mieć chciał.

W pokoju pani wciąż huczy jak w ulu

(Nie miała biedna czasu stęknąć z bólu),

A wkoło łóżka taki brzęk,

Jak gdy się pszczoły zwiążą w pęk.

Jużci minęły trzy dni od tej biedy,

Jak Jobsek przyszedł na świat boży, kiedy

Na placek z kawą w zmierzchu czas

Rój przyjaciółek przybył wraz.

Choć wszystkie, które tu widzicie, damy

Był to miasteczka kwiat i zaszczyt samy,

Przecież wymową chlubi się

Nad inne pani Schnepperle.

Sam Jobs senator był jejmości kumem20!

Szła o pogodzie wpierw dysputa z szumem,

Potem o rzeczach, które też

Równie są ważne wzdłuż i wszerz.

Wreszcie o zdrowie (choć to z staroświecka)

Zaczęto pytać i matki, i dziecka,

Jaki apetyt, brzuszek miał,

Czy krzyczał w nocy, czy też spał?

Tu mu z aplauzem oddano honory,

Że taki ciężki, tłusty był i spory,

I wychwalano w jeden głos

Grzeczność nad wiek, oczy i nos.

Wtem rzecze pani Schnepperle: «Dla Boga!

— Mówiła przez nos nieco dama droga —

Ksiądz z niego będzie, mówię wam...

Już ja się na tych rzeczach znam.

Niedawno właśnie książkę w ręku miałam

(Trochę z niej nawet tu owdzie czytałam) —

Otoż powiada książka ta,

Co która fizys21 znaczyć ma.

Pełno tam było różnych dziwnych twarzy,

Mędrców i głupców, zacnych i zbrodniarzy,

Ten miał nos krzywy, tamten brew,

Był nawet wielbłąd, pies i lew.

Jeśli więc tylko tu nie jestem w błędzie,

To mędrcem chłopiec lub proboszczem będzie,

Bo uszy, co odstają tak,

Talentów wielkich pewny znak!

Już dzisiaj zatem mogę przepowiedzieć,

Że w książkach będzie dniem i nocą siedzieć,

Pisać je nawet może sam...

Już ja się na tych rzeczach znam!»

Mówiła jeszcze zacna pani wiele,

Co ja się przecież pominąć ośmielę,

A inne damy razem znów

Krzyk swój łączyły do jej słów.

Aż się skończyła tak miła wizyta,

Gdy kawa z plackiem została wypita

I damy, wiodąc dalej rzecz,

Jak przyszły, tak i poszły precz.

Pani Jobs wszakże, z ciężkim bólem głowy,

Do serca wzięła kumy swojej mowy,

Gdyż głos był, że się dama ta

Na magii, jak aptekarz, zna.

Rozdział czwarty

jako dzieciątko było chrzczone i jak imienia Hieronima dostało.

Gdy przeszło czasu jeszcze mało wiele,

Chłopiec się zdawał żądać chrztu w kościel

Bo hałasował, krzyczał tak,

Że najwyraźniej dawał znak.

Ani spać nie chciał, ani nawet drzymać22,

Ani gałganka z cukrem w ustach trzymać,

Tylko wciąż wrzeszczał, co miał sił,

Jak gdyby za to płatny był.

Tak gdy poznano, że dziecko chrztu woła,

Sam Jobs senator poszedł do kościoła

I ceremoniał cały wnet

Od «a» zamówił aż do «zet».

Zaraz też w kuchni wszczęły się narady;

Swędy, pieczenie, torty, marmelady,

Piwo i wino, wódka, miód —

Wszystkiego tego było w bród.

Aż kumotrowie, krewni i sąsiady,

Babka, znajomi i kościelne dziady,

Wszyscy stanęli pięknie wraz,

Gdy oznaczony przyszedł czas.

Był więc zakrystian, pleban z formularzem,

Chłopak z ampułką23, stułą, trybularzem24,

A także panów Radnych rząd

I magistracki świetny sąd.

Trudno mi w regestr wpisywać tu gości,

Co udział wzięli w tej uroczystości,

I tylko jedno powiem to,

Że wszystko jakby z płatka szło.

Lecz kiedy miano już do stołu siadać,

Spór powstał, jakie dziecku imię nadać:

Piotr, Walter, Kuno czy też Hans,

Czy Jost, czy Herman, czyli25 Franz?

Żadne z tych imion, choć ich jest niemało,

Wszystkim się przecież podobać nie chciało,

Jednych Hans raził, drugich Piotr,

Josta chce kuma, Franza kmotr.

Powstało tedy znaczne zamieszanie,

Gdy każdy z gości wyjawiał swe zdanie,

Krzycząc, iż dziecka twarz i wzrost

Imienia jego żąda wprost.

Dopieroż pleban, co nie od parady

Miał głowę, rzecze: «Nie ma innej rady,

Tylko w kalendarz zajrzeć nam,

Co chłopak sobie przyniósł sam».

Bez dalszych tedy sporów zdjęto z ściany

Kalendarz lipski, dobrze już zszarzany,

Gdzie pod trzydziestym września w dół

Święty Hieronim stał jak wół.

Wnieśli więc goście, a także kumowie,

Powszechny wiwat za plebana zdrowie,

In pleno26 godząc całą rzecz,

Jakby ją ostry przeciął miecz.

Zaczem chrzest w dobrym odbył się porządku,

Do kresu swego krocząc od początku:

Sól, woda, olej, z świecy dym —

I oto nowy Hieronim!

A by uświetnić tę rodzinną scenę,

Jak mógł, tak każdy czynił sobie bene27