Co do cholery (lata osiemdziesiąte)

Kątem na Bródnie u dwóch dziewczyn

z socjologii W dzień szedłem na cmentarz

grzebać wśród nazwisk szukać ojca mojego

ojca zmarł w 1914 na suchoty W nocy na Wschodni

węszyć nasłuchiwać czy jeszcze bije serce narodu

Biło zomo i ostry zapach krocza

prostytutek trzeciej kategorii

mieszał się z moją egzaltacją Toboły wylewały się

z przechowalni aż na perony Staruszki dławiły się

kaszą gryczaną sos pomidorowy ściekał im

po brodach wszędzie sos pomidorowy tampony

podpaski pieluszki nocniki podwiązane do

plecaków I ta nagła czułość co zalewa ci

gardło miłość do tego całego bajzlu

Smród buchający z łachmanów żebraczki

peweksowski zapaszek gogusiów powracających

w panice z wakacji bo jakieś tam strajki

Spali na swych wyperfumowanych żeglarskich workach

synkowie a w ciemnym kącie na piętrze

pieprzyły się zdrowo dwa długowłose cienie

obwieszone koralikami udające się na pielgrzymkę

do grobu Stachury Edwarda Napisy w klozecie

zachęcały do wolnej miłości ale co do cholery

co do cholery ze mną kim jestem

spłodzony lecz niepocieszony (współistotny ojcu?)

na warszawskim bruku w mroku kim jestem

i po co Wracałem nad ranem pamiętając

że miałem coś ważnego do powiedzenia

ludzkości światu narodowi naszemu

który jest jak lawa wylewa się

na ulicę Gęsta ślina w ustach

na widok rozrzuconych nóg pod cienką kołdrą

kropelka śluzu pojawia się znika czeka

pochwa by pochwycić dłoń palec cokolwiek

Któregoś dnia odszedłem padał śnieg

tramwaje odprowadziły mnie za miasto

szedłem szosą w stronę rodzinnego południa

szeleściły w plecaku pamiątki młodości

trochę zdjęć pożółkłe ulotki mapa Masywu Śnieżnika

i Gór Bialskich Biblia Bursa

dwa w kratkę bruliony.