III. Zdania na wypadek

Nie inaczej

1

Złuszczy się krajobraz razem z nami,

niewiele ubędzie ciemnemu powietrzu,

ale chyba jakieś arche pozostanie.

2

Czas buduje rzeczy swe niedostrzegalnie;

te ruiny są budowlą w toku,

skrzącą się od znaczeń, westchnień

zmarłych wczoraj mieszkańców Hellady.

3

Palce Losu zdrapią nas jak naklejkę,

nie uszkadzając właściwego rdzenia,

bo pozostanie chyba jakieś arche,

4

Tak jak z liścia na wietrze

pozostaje szkielet sieć żył —

widoma konstrukcja, co się przyoblecze

w zieleń... cicho, znów niedostrzegalnie;

5

Czy ślepi krążymy w zaułkach planety?

Bracie, nie inaczej.

***

dla Alka Radomskiego

W pudełkach, w których mieszkam,

jest dużo zielska.

Skrzypią podłogi w pudełkach,

w których mieszkam.

Pudełko podwórka; i ktoś tam nosi

ciasne półbuty po mnie;

pudełko tarasu, jestem ubogi,

uboższy o dach nad głową.

Pudełko ulicy otwierane czule,

zamykane z drżeniem —

dziecięca twarz słońca zagląda

do królika w sianie, podsuwa mu liść.

W pudełku, w którym śpię,

są rośliny; najczęściej paprocie,

skrzypy odciśnięte w węglu,

jest pleśń od północnej strony

i mrowisko, co ogryza na kość.

A tamto pudełko to starość,

z pergaminu zsuwa się sznur

...rozwiń, rozwiń se

ostrożnie przymierzając

zmarszczki, brodę, żałość.

W pudełku żyda na dnie

to ci pozostało.

Woda z pól

Darkowi Sośnickiemu

Podpełza zwątpienie, o pół tonu światła

mniej pod latarnią wiersza; oszczędność energii,

kuśtykanie frazy, o jedenastej cichnie szum

maszyn, milkną drzewa, pękają dreny —

woda z pól, z miedz. Surowy napój,

który trzeba

przebyć; gruda gliny w usta

Requiem

Tu wszystkie gałęzie należą do zmarłych,

machają nimi wytrwale na wietrze;

czy wciąż w albumach tkwią ich młode oczy,

nie wiem; pozostawili mundury,

suknie ślubne, komunijne ubranka;

nadzy wślizgują się między gałęzie;

czy tam jest jakiś popas

lub piknik u Boga, nie wiem;

nie mogę zawierzyć mitologiom,

niezupełnie wierzę tylko w rozkład;

wrócić na ziemię wiosną, bić deszczem,

być jasnym pędem, gorzkim mleczem w żwirze.

Wielki post

Wśliznął się w trumnę pejzażu ten szelest,

malarstwo flamandzkie czy co do cholery.

Kot płacze na schodach wtulony

w poduszkę marcowej śnieżycy, opery

na trzy, i już cztery: inflacja pór,

miesięcy, całego poczucia. Człowiek

budzi się w człowieku (pst, kurwa, kocie)

z ręką w kanale, na pilocie

ciągłego czuwania: lepkie ślady, Vermeery,

szumy, telepatia, higiena usteczek

nienawykłych do posług, do szukania związku.

Powrót do źródeł, najęty jak kłamie —

poparzony, pojebany, w futro

wsunięty jak w trumnę.

Wielkanoc

„A nie ma jednej kawki w powietrzu,

która by nie spała przez jedną noc życia

w spokojnym gnieździe.

Lecz o mnie Bóg zapomniał”.

J. Słowacki

To było w marcu we wtorek;

zamarzło pod nogami grząskie oparcie

dla paru przebiśniegów.

Z pudła schodów wychodziły dźwięki,

rury jak żywe wiły się pod tynkiem.

Pokrywała się grubą warstwą śniegu

trawa zieleńsza od wszystkiego.

W górach tłoczyło się nowe powietrze,

by nazajutrz zasypać światłem podwórze.

Trzaskały bramy, przelewała się rzeka,

nic nie mogłem zmienić zapisany w księgach.

„Chrystus chuj” wołali wysłannicy piekła.

Zakwitnie kij w twej ręce

Zakwitnie kij w twej ręce tak będzie

oddychaj pełną piersią oddychaj

więcej wspomnień zabierzesz ze sobą

świeże pachnące kretowiska

wyrzucą z siebie krokusa łodyżkę

śnieżyczki wychyną zza kamieni

szlifowanych niegdyś przez potok

już w płuca nabierz trochę ziemi

i niech cię nie zaskoczą

sroki goniące się po niebie

obłoki skrzypiące na wietrze

(jak blaszane wota w kapliczce

bielonej ptasim łajnem)

zakwitnie wszystko bez ciebie

najwyższy wypuści cię z ręki

i powie leć a nie obnoś się

ze złamanym skrzydłem.

***

że ptaki,

że przelatują z nagich gałęzi jaśminu

na szczyt domu, w którym pędzimy

(przewracając się z jednego przebitego boku

na drugi) żywot,

że bywają spłoszone,

że niekiedy śpiewają (komu? czemu?) —

nie jest powiedziane, że śpiewają

nam, czekającym na nadejście

(kogo? czego?) dopełniacza losu,

może śpiewają tym, którzy nie doczekali,

może Panu Bogu w okno, w jego białe firany

podwiązane różowym kordonkiem świtu;

że kogut,

że pieje zaciekle w komórce sąsiada,

pies szczeka, pękają pąki mimo naszej woli

i że to wszystko mówi coś i znaczy,

bo jest zaznaczone

w księdze naszych domysłów,

w Naturze.

Tren

Antoniemu Mackiewiczowi

Przebiera palcami ciemność

i pociera o pierścionek pełni

zastawiony w lombardzie uschłych olch;

miasteczka pełnią wartę tylko dla mnie,

połyka je horyzont, chłodzi wiatr.

Kobieta drzemie, a spod jej nóg

ucieka ziemia. Agresywny pot,

ale nawet mi nie staje;

robi się starzec ze mnie, powoli

smakuję ten chleb, niosę trumnę,

ocieram się o sąsiedni grób.

a potem przebieram palcami,

sypiąc na twoją twarz

kamyczki, muszelki, grudki. Ciemność

dnia.

Ostatni wiersz dla matki

światło rdzy

kryjesz ty

Rdza traw, ta rozpacz,

pod bukami przepaść;

przepaść rozpatrz

z góry, przyklaśnij do echa.

Tam przerzuca miasto

zmarłych, stąd światło

na wzgórzach; rozrasta się

cmentarz, rozpycha

jak nowotwór; grząskie pola

równa spychacz,

potwór w snach dziecka;

mamo, pamiętasz

mnie z tamtych przerażeń;

iść na swój grób trzeba odważnie

Zdania na wypadek śmierci

E. i J. Sołtyszczakom

Być ojcem i spokojnie rozmawiać z synem.

Doprowadzić córki do miejsca, skąd same ogarną

pozostałość życia.

Być synem i spokojnie rozmawiać z ojcem przez ścianę

z trawy, gliny, przez korzenie, kłącza.

Nie spodziewać się czegoś nadzwyczajnego,

bo wszystko jest nadzwyczajne.

Groby, grzbiety fal, grzywy koni,

kościany grzebień u twojej skroni.

Sukienka matki, i twoja. Szmer

spodni w szafie, jęk szuflad.

Błądzący oddech trafi na poetę lub szewca

jak Boehme; pozostawi oddźwięk.

Już trzeba wierzyć w coś niezniszczalnego.

Głuchy czerwiec

Iwonie i Antkowi

„...żeby rzucać carmina w przestrzeń

sakralnych jaskiń...”

Cz. Miłosz

Kaplice jak ptactwo,

co obsiada miedze

i wydaje głuchy krzyk

słyszany przez nielicznych;

przez nielicznych tak bardzo.

Urodziłem się w okolicy pozbawionej

katedr — luster wyższej wiary,

pośród wzgórz kręcących się w kółko

nasiąkałem pustką, niedzielą

bez znaczeń. I teraz nie słyszę,

co w powietrzu drży

i dlaczego; za moją głuchotę pomódl się

czytelny, jasny i wytrwały.

Zapowiedź

To są przecież groby, mamrocze

dziecko; nie mów tak o górach;

niesiemy drabinę ku wyniosłej

gruszy, jabłko w woskowinę

chroni się przed mrozem;

to jest przecież cmentarz, spójrz,

tato, w obłoki, szkielet

goni szkielet i jeździec

bez głowy; góry (przez graby)

zdrobniałe, zgrabiałe;

parowozy zatraciły się

w polach po osie, po rdzę.

Za tobą głos ze stacji

krzyżowej, ksiądz ma

mikrofon; to jest przecież miasto

dochodzące z dołu.

Ciepły grudzień

Ani i Jurkowi

„jastrząb kwilił, co rozwścieczało psy.

krzesło w rzece. kry”.

Tu szedłem, a tam dosłownie

leżałem pod brukiem, pod pianą liści

bitą na asfalcie: oddech ziemi

strofował mnie, naprowadzał —

zaczynały się schody, korytarze.

Tak się leży, tak układa,

wyrównuje oddechy ze wszech stron —

w sobie. Tak się widzi kroki

od spodu, przeczuwa podeszwy; podejrzany

wiatr. W zajezdni dużo flag.

Trochę szedłem, ale coraz bardziej

obraz zachodził w głąb. Zachodziłem,

zaszedłem, stoję nad otwartą

myślą: w notatniku zaciskał się

rząd, gwar brył. I sny.

Kręto, przestrzennie, lustrzanie.

Potrawy pośmiertne;

ten olśniewający stół,

którego będziecie się trzymać

jak burty okrętu zapadającego się

w tłustej zupie oceanu,

a ja wam będę machał jak szalony

z bezludnej wyspy, która zaludni się szybko

i któryś powie „Co się wściekasz”,

i będzie się zacinał, jąkał;

dopiero potem powiedzą mi,

że to Bóg. Ale nie dojdzie do mnie nic,

żadna wielkość, prawda czy poczucie,

pustka rozdęta w piersiach, lśniąca

na krawędziach, to wszystko

(koniec do przełknięcia jak ołów,

rtęć do wypicia)