IV. Pod twoją obronę

***

Rożen, z którego uciekłeś,

niebieski ptaku,

rożen słońca przebijający mgłę,

i dumny napis „źródło Kaczawy”,

wszystko to jest,

bo dożyłem kolejnej odsłony, no cud

(miało być „cóż”, brnę w egzaltację),

ta sama trawa, ten sam zgrzyt kości

muflonów na ścieżce,

która zmieniła bieg z potokiem;

co jeszcze słonko widziało?

martwe pola, z których wstawał śnieg

i szedł na leże do Ojca (za rok wyciąg-

niemy go z pudełek na bombki),

w wywijające się piąstki, pozlepiane palce

roślin chwytał się mroźny dzień;

było to w tych dniach, niebieski ptaku,

kiedy gorszy rodzaj ludzi nie przeżywał

nadejścia wiosny, śmierci papieża,

nie mógł znaleźć kanału.

Rondo

Nie miał żadnej gałęzi a śpiewał

Czułem pustkę za całe tysiąclecia

za tych co przede mną i po mnie

o takich ustach mówią gorzkie

w pokoju hotelowym jest telewizor

wyłącz fonię poruszają się usta

przesuwają się cienie wymachują rękami

kręcą jakiś film z życia

ciebie to już nie dotyczy

ty umarłeś wcześniej za nas

nieznany ty poległy bohaterski

róża niesiona przez obsługę

dalej będzie pachnieć i dalej

spotkamy się za milion gestów i poruszeń

coś musi się z nami stać zgorzknieć

miniemy się w hotelu na schodach

i nie będzie miał gałęzi będzie śpiewał

słowik w Kutnie.

Bez tytułu

Kiedy jedziesz, pchając widmo samego siebie

w pokrzywy, łopiany

i coś szamocze się w trawie aż po rdest,

ruch szprych jak metronom, i płoszy się rytm

wróbel, jaszczurka, szczur?

Kiedy przegrywasz, spóźniasz się na start,

potem tylko krążysz w formie opowieści,

zanurzasz się w trzecią burzę tego dnia

i suchy jest tylko liść nerwów, i spada na czoło

wróbel, jaszczurka, szczur?

(Kiedy wreszcie przyjdą spieniężyć dom,

w którym czekasz na „lepszą” przyszłość,

podejdź do okna, rozłóż ramiona,

wgarnij w siebie świat, jaki jest,

wróbel, jaszczurka, szczur?)

Wiersz dla zmotoryzowanych

Tiry smutne jak konie,

z opuszczonymi głowami

na poboczach szos,

dolewają im coś, donoszą

akumulator w brudnej folii

(jak obrok),

tu urywa opowieść, swoje patataj

przenosi do następnej zwrotki,

zwraca się w stronę publiczności

zatartej na obrazku, ukrytej,

też ma mokre podwozie

i czeka cierpliwie na ssanie,

został mu tytko jeden cylinder,

trzyma się go jak tonący,

kuśtyka do warsztatu boso;

tam się wszyscy spotkamy przy ogniu,

Hefajstos francuzem wskaże napis, porządek,

Pod twoją obronę

Cezaremu Domarusowi

Broń się przed uderzeniem głową.

Zadbaj o formę odparowania.

To, co z ciebie zostanie,

pokażą w telewizji.

Reszta zostanie w domu, na prowincji,

unosząc kieliszek coraz wyżej —

„niech mu ziemia lekką będzie” powie

i wzniesie toast za tych, co pod ziemią

na sargassowym morzu, w zawiesistej zupie —

występują gorliwie w postpunkowej trupie.

Broń się przed uderzeniem głową,

uderzaj wątpliwie, muskaj

nerwem, mięśniem i powieką,

chodzi o wrażenia; co wymyśli głowa,

niech się w cień, smugę cienia schowa.

Pokazywali pana w telewizji, dziecko

powie: miał pan przyszyte szelki

i wyglądał ładnie. Te różne kawałki

krążą, składając poetę

z oddzielności, z tego, co nie ustaje —

szuka się cierpliwie.

Tu przewrotna lista: usterki

tworzą mapę rzek niewielkich,

ospałość w poziomicach

(rzuca się w oczy tatuowana kostnica) —

na wzgórzach świeci próchno

z triangulacyjnych wież.

Broń się przed uderzeniem głową,

zadbać o formę można też:

elegancko nadstaw kolano.

Odpryski kości chcą zostać, zostaną;

włącz telewizor, sprawdź, jak się utrwala

demokratycznie wyłoniona fala.